Pamiętniki wampirów. Księga 6: Pieśń księżyca - L.J. Smith

Reflow text when sidebars are open.
Drogi Pamiętniku,
jestem przerażona.
Serce wali mi jak młotem, czuję suchość w ustach i nie mogę opanować drżenia rąk. Przeżyłam już starcia z wampirami, wilkołakami i fantomami. Nawet nie wierzyłam wcześniej, że takie potwory istnieją. Ale teraz jestem przerażona. Dlaczego?
Po prostu dlatego, że wyjeżdżam z domu.
Wiem, że to zupełnie bez sensu. Tak naprawdę nawet się nie wyprowadzam. Jadę do college'u, to tylko kilka godzin drogi od mojego ukochanego domu, w którym mieszkałam od najmłodszych lat. Nie, nie będę znowu płakać. Zamieszkam w jednym pokoju z Bonnie i Meredith, moimi najlepszymi przyjaciółkami. W tym samym akademiku, kilka pięter wyżej, będzie spał mój ukochany Stefano. Mój drugi najbliższy przyjaciel, Matt, będzie miał pokój w innym budynku w kampusie. Nawet Damon zamieszka niedaleko, w pobliskim miasteczku.
Naprawdę, gdybym chciała zostać bliżej domu, musiałabym chyba nie wyjść za drzwi. Zachowuję się jak ostatni mięczak. Ale właśnie teraz, kiedy po tak długim wygnaniu udało mi się odzyskać dom, rodzinę i życie, nagle muszę znów wszystko to zostawić.
Pewnie boję się trochę dlatego, że ostatnie tygodnie lata były takie cudowne. Musieliśmy w ciągu trzech wspaniałych tygodni odrobić wszystkie zaległe przyjemności, którymi cieszylibyśmy się przez całe miesiące, gdyby nie walka z kitsune, podróż do Mrocznego Wymiaru, zmaganie z fantomem zazdrości i wszystkie inne zupełnie niefajne rzeczy. Urządzaliśmy pikniki, zapraszaliśmy się na noc, chodziliśmy na zakupy i pływaliśmy. Wybraliśmy się też na wycieczkę na festyn. Matt wygrał pluszowego tygrysa, którego podarował Bonnie, a kiedy ona rzuciła mu się w ramiona z piskiem radości, zrobił się zupełnie czerwony. Stefano pocałował mnie na szczycie diabelskiego młyna, zupełnie jak byśmy byli normalną parą, która świętuje piękną letnią noc.
Byliśmy tacy szczęśliwi. Tacy zwyczajni... Myślałam, że już nigdy nie poczuję, jak to jest.
Chyba tego właśnie się boję. Ostatnie tygodnie były jak złociste wakacje, a teraz wszystko się zmienia i nie wiem, czy znów nie pogrążymy się w ciemnościach i strachu. To tak jak w tym wierszu, który czytaliśmy na zajęciach z angielskiego ostatniej jesieni: "Wszystko, co złote, krótko trwa". Przynajmniej dla mnie.
Nawet Damon...
Elena Gilbert oderwała długopis od kartki, rozproszona dźwiękiem kroków w korytarzu. Zerknęła na ostatnie pakunki porozwalane po pokoju. Stefano i Damon pewnie już po nią przyjechali.
Chciała jednak dokończyć myśl, wyrazić obawę, która zatruwała jej minione idealne wakacje. Wróciła do dziennika i starała się pisać jak najszybciej, żeby zdążyć powierzyć mu myśli przed odjazdem.
Damon się zmienił. Od kiedy pokonaliśmy fantom zazdrości, stał się jakby milszy. Nie tylko dla mnie i dla Bonnie, do której zawsze miał słabość. Jest bardziej ludzki nawet wobec Matta i Meredith. Wciąż potrafi być nieprzewidywalny i irytujący - bez tego nie byłby sobą - ale nie ma w nim już okrucieństwa. Coś się zmieniło.
Zdaje się, że doszedł do jakiegoś porozumienia ze Stefano. Chłopcy wiedzą, że kocham ich obu, a jednak nie pozwalają, żeby zazdrość zaburzała ich relacje. Są ze sobą blisko, stworzyli prawdziwą, braterską więź, jakiej wcześniej między nimi nie widziałam. Między nami trojgiem wytworzyła się delikatna równowaga, która przetrwała koniec lata. Boję się, że jeden mój fałszywy krok zburzy ten kruchy układ i że przeze mnie znów zwrócą się przeciwko sobie, tak samo jak kiedyś z powodu Katherine. A wtedy na zawsze stracimy Damona.
- Elena! - krzyknęła z naciskiem ciotka Judith. W jej głosie było słychać zniecierpliwienie.
- Już idę! - odezwała się Elena. Szybko nakreśliła jeszcze kilka zdań.
Oczywiście możliwe, że nowe życie okaże się cudowne i że odnajdę wszystko, czego tylko pragnęłam. Nie mogę wiecznie chodzić do liceum i trzymać się rodzinnego domu. Kto wie? Może tym razem złoto będzie trochę bardziej trwałe.
- Elena! Czekają na ciebie!
Ciotka Judith niewątpliwie zaczynała się już denerwować. Chciała sama odwieźć Elenę, ale dziewczyna wiedziała, że nie będzie umiała pożegnać się z rodziną bez łez, więc poprosiła Stefano i Damona. Już lepiej było kompromitować się w domowym zaciszu niż na widoku, w kampusie w Dalcrest. Ponieważ Elena postanowiła pojechać ze Stefano i Damonem, ciotka Judith przeżywała każdy szczegół przeprowadzki w przekonaniu, że bez jej nadzoru akademicka kariera dziewczyny nie może zacząć się dobrze. Elena zaś wiedziała, że ciotka zachowuje się tak, bo ją kocha.
Elena zamknęła błękitną aksamitną okładkę dziennika i wrzuciła go do otwartego kartonu. Podniosła się, by ruszyć do drzwi, ale przed wyjściem jeszcze raz rozejrzała się po pokoju.
Wydawał się teraz taki pusty, bez jej ulubionych plakatów na ścianach i wielu książek, które znikły z półek. W szafie zostało zaledwie kilka ubrań. Meble wciąż stały na swoich miejscach. Jednak teraz, gdy Elena wyjęła z nich wszystkie swoje skarby, sypialnia wyglądała raczej jak bezosobowy hotelowy pokój niż jak przytulny azyl dzieciństwa.
Tak wiele się tu wydarzyło. Elena pamiętała, jak ojciec przytulał ją na krześle przy oknie, kiedy czytał jej przed snem. Spędziła tu tyle nocy - z Bonnie, Meredith i Caroline, która także była kiedyś jej przyjaciółką. Dzieliły się zwierzeniami, uczyły się razem, przebierały na imprezy i po prostu plotkowały o wszystkim. To tu Stefano całował ją o świcie, po czym znikał przed nadejściem ciotki Judith. Elena pamiętała okrutny, triumfalny uśmiech Damona, gdy zaprosiła go tu po raz pierwszy. To było chyba milion lat temu. I pamiętała własną radość, kiedy nie tak dawno tutaj właśnie Damon pojawił się pewnej ciemnej nocy, chociaż wszyscy sądzili, że nie żyje.
Rozległo się ciche pukanie, po czym Stefano otworzył drzwi. Stał w korytarzu, patrząc na nią.
- Gotowa? - spytał. - Twoja ciotka trochę się martwi. Myśli, że jeśli zaraz nie wyruszymy, to nie zdążysz się rozpakować przed spotkaniem organizacyjnym.
Elena wstała i podeszła, by objąć Stefano. Pachniał czystością i drewnem. Wtuliła mu mocno głowę w ramię.
- Już idę - powiedziała. - Trudno jest się pożegnać, wiesz? Wszystko się zmienia.
Pochylił się i pocałował ją delikatnie.
- Wiem - szepnął, gdy już oderwał usta, po czym lekko musnął palcem dolną wargę Eleny. - Zniosę te kartony na dół i dam ci jeszcze chwilkę. Ciotka poczuje się lepiej, jak zobaczy, że ładujemy ciężarówkę.
- W porządku. Zaraz schodzę.
Stefano wyszedł, niosąc pudła, a Elena znów rozejrzała się z westchnieniem. Niebieskie zasłony w kwiaty - matka uszyła je dla niej, gdy dziewczynka miała dziewięć lat - wciąż wisiały w oknach. Elena pamiętała, jak mama uściskała ją ze łzami w oczach, gdy malutka córeczka powiedziała jej, że jest za duża na zasłonki z Kubusiem Puchatkiem.
W tej chwili poczuła, że sama płacze, i zatknęła kosmyk włosów za ucho, tak samo, jak robiła jej matka, kiedy się nad czymś zastanawiała. Elena była bardzo mała, gdy jej rodzice umarli. Może, gdyby żyli, to teraz mama stałaby się przyjaciółką swojej dorosłej już córki.
Rodzice także uczyli się w Dalcrest. To tam się poznali. Na dole, na fortepianie, stało zdjęcie z ceremonii rozdania dyplomów - państwo Gilbertowie pozowali na nim w uczelnianych togach, stojąc na zalanym słońcem trawniku przed biblioteką. Na zdjęciu byli tacy uśmiechnięci i tak nieprawdopodobnie młodzi.
Może nauka w Dalcrest pozwoli Elenie trochę się do nich zbliżyć. Może miała szansę dowiedzieć się więcej o nich jako o osobach, a nie tylko rodzicach, których znała jako małe dziecko. Elena zastanawiała się, czy między neoklasycystycznymi budynkami i wielkimi zielonymi trawnikami mogła odnaleźć ślady po swojej utraconej rodzinie.
To nic, że wyjeżdża z domu. Po prostu musi żyć dalej.
Elana zacisnęła zęby i wyszła z pokoju, gasząc za sobą światło.
Na dole czekali ciotka Judith, jej mąż Robert i pięcioletnia siostra Eleny Margaret. Wszyscy patrzyli na Elenę, gdy szła w dół po schodach.
Ciotka Judith była okropnie przejęta i zdenerwowana. Nie potrafiła ustać w spokoju, co chwila wykręcała dłonie, przygładzała włosy albo nerwowo dotykała kolczyków.
- Czy na pewno wzięłaś wszystko, czego potrzebujesz? - spytała. - Jest tyle rzeczy, o których trzeba pamiętać. - Starsza pani zmarszczyła brwi.
Widoczny niepokój ciotki ułatwił Elenie zadanie. Uśmiechnęła się kojąco i przytuliła swoją opiekunkę. Ciotka Judith ścisnęła ją mocno i na chwilę się rozluźniła.
- Będzie mi cię brakowało, skarbie - sapnęła, pociągając nosem.
- Ja też będę tęsknić - odparła Elena, po czym przytuliła ciotkę jeszcze mocniej. Zadrżały jej wargi, ale zdołała niepewnie się roześmiać. - Przecież niedługo wrócę. Jeśli czegokolwiek zapomniałam albo jeśli za bardzo się stęsknię, to zawsze mogę przyjechać na weekend. Nie muszę czekać do Święta Dziękczynienia.
Robert przestępował z nogi na nogę i od czasu do czasu odchrząkiwał. Elena puściła ciotkę i odwróciła się w stronę wujka.
- Wiem, że studenci mają mnóstwo wydatków - stwierdził. - Nie chcemy, żebyś musiała martwić się o pieniądze, więc otworzyliśmy ci rachunek na zakupy w kampusie, ale... - Robert otworzył portfel i podał Elenie garść banknotów. - To na wszelki wypadek.
- O... Dziękuję ci bardzo, Robercie... naprawdę nie potrzebuję... - wymamrotała Elena z mieszaniną wzruszenia i zażenowania.
Poklepał ją po ramieniu.
- Chcemy, żebyś miała wszystko, czego ci tylko trzeba - oświadczył stanowczo. Elena uśmiechnęła się z wdzięcznością, złożyła banknoty i wcisnęła je do kieszeni.
Margaret stała obok Roberta, wpatrując się ze złością w ziemię. Elena uklękła, by wziąć siostrę za ręce.
- Margaret? - powiedziała na zachętę.
Dziewczynka wbiła w nią spojrzenie wielkich niebieskich oczu. Potem zmarszczyła brwi i pokręciła głową, zaciskając wargi w cienką linię.
- Będę strasznie tęsknić, Meggie - oznajmiła Elena, tuląc do siebie siostrzyczkę, która znów zaczęła płakać. Miękkie jak jedwab włosy Margaret musnęły policzek Eleny. - Ale wrócę na Święto Dziękczynienia, a może ty odwiedzisz mnie w kampusie. Bardzo chciałabym pochwalić się wszystkim, jaką mam wspaniałą siostrę.
Margaret przełknęła ślinę.
- Nie chcę, żebyś jechała - pisnęła cichym, pełnym żałości głosikiem. - Ty zawsze tylko wyjeżdżasz.
- Och, kochanie - wyszeptała bezradnie Elena, ściskając mocno małą. - Przecież zawsze też wracam, prawda?
Zadrżała. Znów zaczęła się zastanawiać, czy Margaret pamięta, co naprawdę wydarzyło się w Fell's Church w ciągu ostatniego roku. Opiekunowie przyrzekli, że zmienią wszystkim wspomnienia i wymażą z nich te mroczne miesiące pełne wampirów, wilkołaków i kitsune, kiedy miasteczko omal nie zginęło - i kiedy sama Elena umarła, po czym zmartwychwstała. Chyba jednak nie na wszystkich to podziałało. Caleb Smallwood nadal wszystko pamiętał, a niewinna buzia Margaret momentami przybierała dziwny, rozumiejący wyraz.
- Eleno - odezwała się ciotka Judith głosem nabrzmiałym od łez. - Powinnaś już jechać.
Jeszcze raz przytuliła mocno siostrę.
- W porządku - powiedziała, wstając i podnosząc torbę. - Zadzwonię wieczorem, żeby opowiedzieć, jak się czuję w nowym miejscu.
Ciotka przytaknęła, a Elena ucałowała ją szybko, otarła łzy i otworzyła drzwi od domu.
Na zewnątrz słońce świeciło tak mocno, że aż musiała zamrugać. Damon i Stefano opierali się o wynajętą ciężarówkę. Rzeczy Eleny leżały spakowane z tyłu. Gdy ruszyła w ich stronę, obaj podnieśli wzrok i jednocześnie się uśmiechnęli.
Och. Gdy tak stali obok siebie, wyglądali tak pięknie, że ich widok wciąż, nawet po wszystkim co się stało, przyprawiał ją o wstrząs. Stefano, ukochany Stefano, którego zielone jak liście oczy rozjaśniły się na jej widok. Stefano o olśniewająco pięknym, klasycznym kształcie twarzy i słodko wykrzywionej dolnej wardze, która aż prosiła, by ją pocałować.
I Damon - blada, lśniąca skóra, wielkie czarne aksamitne oczy i jedwabiste włosy - ucieleśnienie wdzięku i zarazem śmiertelne zagrożenie. Promienny uśmiech Damona poruszał w Elenie jakąś głęboką strunę; na jego widok chciała mruczeć jak wielki dziki kot, który rozpoznaje swojego partnera.
Obaj bracia wodzili za nią wzrokiem pełnym miłości i zaborczości.
Stefano i Damon Salvatore należeli do niej. Co zamierzała z nimi zrobić? Na tę myśl ściągnęła brwi i nerwowo przygarbiła plecy. Po chwili jednak z wysiłkiem rozprostowała zmarszczki na czole, zmusiła się do rozluźnienia i odpowiedziała braciom uśmiechem. Pomyślała, że co będzie, to będzie.
- Czas jechać - oznajmiła, wystawiając twarz do słońca.