Pamietniki wampirów. Księga 10: Bez maski - L.J. Smith, Aubrey Clark

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Tutaj założę ogród ziołowy - powiedziała do Zandera Bonnie, patrząc na ich nowe podwórze.

Przed nią rozciągał się zielony trawnik, aż po krętą wiejską drogę. Było tu też częściowo ocienione miejsce, doskonale się nadające na sadzenie ziół, których używała do swoich czarów. Za drogą widać było ośnieżone szczyty gór, prawdziwych gór, znacznie wyższych niż łagodne pagórki Wirginii.

Zander objął ją od tyłu w pasie i oparł podbródek na jej ramieniu. Bonnie wtuliła się w jego ciepłe, umięśnione ciało. Odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem Kolorado i powiedziała:

- Jakże tu pięknie.

Byli tu dopiero od kilku dni, a każdego ranka, gdy Bonnie otwierała oczy, zaskakiwało ją, jak bardzo się cieszy. Przeniosła się tutaj, bo nie mogła stracić Zandera, ale nie sądziła, że tak jej się tu spodoba.

Nawet podczas lotu czuła, że żołądek skręca się jej z niepokoju. Nigdy jeszcze nie znalazła się tak daleko od rodziny; do tej pory mieszkała najwyżej po kilka miesięcy w miejscach, z których nie dało się w każdej chwili podjechać do matki lub sióstr. A do tego zawsze miała blisko także swoje drugie siostry, te, które sama sobie wybrała: Elenę i Meredith.

Czuła się jak zdrajczyni, opuszczając Elenę i Mederith. Obie powiedziały, że doskonale ją rozumieją i dodały, że zawsze może zadzwonić. Ale ona wciąż miała wyrzuty sumienia. Stefano, miłość życia Eleny, zginął. Meredith została zamieniona w wampira. Bonnie na pewno nie powinna ich opuszczać, zwłaszcza w tym momencie.

Tyle że pobyt tutaj wydawał jej się taki wspaniały. Niebo nad Kolorado było jasne i czyste, o błękicie tak głębokim, że Bonnie miała wrażenie, jakby wystarczyło wyciągnąć w górę ręce, by polecieć do gwiazd.

Coś w tym bezkresie nieba, w przestrzeniach i otaczającej ją naturze sprawiało, że miała wrażenie, jakby rozsadzała ją moc.

- Każdego dnia robię się silniejsza - powiedziała, splatając palce z Zanderem i przyciągając go bliżej do siebie.

- Mhm... - Zander pocałował ją w policzek. - To miejsce naprawdę żyje. Jared powiedział mi, że poprzedniej nocy przebiegł całe mile jako wilk i nie musiał niczego omijać, żadnych samochodów ani miast. Nieźle, co?

Pociągnął ją za rękę, a ona poszła za nim do domu.

Nasz dom. To niesamowite, pomyślała. Lubiła ich stare mieszkanie, ale w tym małym białym domku nie było żadnych sąsiadów, którzy narzekaliby na hałas, ani gospodarza, który narzucałby jakieś zasady. Był ich!

- Możemy tu robić, co tylko chcemy - powiedziała Zanderowi.

Uśmiechnął się do niej szeroko swoim zabójczym uśmiechem.

- A co takiego chciałaby pani robić, panno Bonnie?

Bonnie roześmiała się zawadiacko.

- Mam kilka pomysłów - rzuciła od niechcenia, a potem wspięła się na palce i pocałowała go, zamykając oczy.

Poczuła dreszcz, ten sam co zawsze, gdy całowała Zandera, ale także coś innego. Teraz byli małżeństwem. Dopóki śmierć nas nie rozłączy. Był jej.

Uniosła powieki i spojrzała w ciepłe, niebieskie niczym morze oczy Zandera. Ogarnęła ją niesamowita radość. Skierowała odrobinę energii Zandera w siebie i skupiła się na nim. Przeszył ją dreszcz radości, gdy poczuła istotę swojego słodkiego, wesołego męża. Z kominka wystrzeliły fioletowe i zielone iskry, rozświetlając pokój.

- Piękne - powiedział Zander. - Jak minifajerwerki.

Bonnie chciała rzucić jakiś tandetny, chociaż szczery tekst, w rodzaju "tak właśnie się czuję, gdy jestem z tobą, jak przy fajerwerkach", ale zanim zdążyła wypowiedzieć choć słowo, rozległ się dzwonek telefonu.

Mederith. Jej przyjaciółka na pewno chciała się dowiedzieć, jak upłynął im miesiąc miodowy i jak było w Kolorado. Bonnie odebrała telefon wciąż się uśmiechając.

- Cześć! Jak leci?

Nastała chwila ciszy. A potem rozległ się słaby, urywany głos Meredith.

- Bonnie?

- Meredith? - Bonnie zamarła. Jej przyjaciółka była wyraźnie załamana.

- Chodzi o Elenę - głos Meredith był tak cichy, że Bonnie ledwie ją usłyszała. - Możesz przyjechać do domu?

Siedzący na brzegu łóżka Eleny Damon zamknął na moment oczy. Był okropnie zmęczony, bardziej niż kiedykolwiek. Siedział przy jej łóżku godzinami, trzymając ją za rękę i pragnąc, by wciąż oddychała, by jej serce nie przestawało bić.

Pragnąc, by się ocknęła.

I rzeczywiście nadal oddychała, chociaż każdy następny oddech był powolny i płytki, i brzmiał, jakby miał być jej ostatnim. Przez całą drogę przez Atlantyk, z Paryża do Wirginii, oddychała. Słyszał, jak bije jej serce, słabo i nieregularnie.

Niestety wciąż była nieprzytomna. I to bez względu na to, jak bardzo pragnął, aby się przebudziła. I bez względu na to, czy błagał samą Elenę, czy przypominał sobie na wpół zapomniane modlitwy z dzieciństwa i błagał Boga, który na pewno już dawno się od niego odwrócił.

Nic, co robił, nie dawało efektów.

Ostrożnie odsunął jej kosmyk włosów z policzka. Niegdyś złote włosy teraz wydawały się dziwnie matowe i poplątane, a policzki zapadnięte. Elena zdawała się tak bliska śmierci, że Damonowi serce ściskało się w piersi.

Odsunął dłoń od jej twarzy i przycisnął pięść do piersi. W miejscu, gdzie kiedyś czuł emocje Eleny dzięki łączącej ich więzi, teraz był tylko pusty ból. Od kiedy Elena straciła przytomność, ani razu nie czuł ich więzi.

- Przyjedź jak najszybciej - usłyszał z salonu słowa Meredith. Słyszał też odpowiedź zaniepokojonej Bonnie, która obiecała rzucić wszystko i przylecieć pierwszym samolotem. Gdy Meredith odłożyła w końcu słuchawkę, przez moment panowała cisza, a potem usłyszał łzawe pociągnięcie nosem.

Wiedział, że Meredith wciąż liczy na magię ich przyjaciółki. On sam też czuł zdradzieckie ukłucie nadziei - Bonnie była teraz taka potężna - ale w głębi duszy wiedział, że nawet Bonnie nie zdoła tu pomóc. Strażnicy zadecydowali i Elena została skazana.

Damon wstał i przeszedł przez pokój, do otwartego okna. Właśnie zachodziło słońce. Ściany pokoju dusiły go. Był boleśnie świadom obecności Eleny, milczącej i nieruchomej.

Dość. Mógł tak przy niej siedzieć bez końca, ale to jej nie pomagało. Damon był bezużyteczny. Musiał się stąd wyrwać, od tych płytkich oddechów Eleny i delikatnego, upiornego zapachu śmierci, który powoli zaczynał wypełniać pokój.

Damon skupił się i poczuł, jak jego ciało się kurczy, a kości zmieniają kształt i robią się puste w środku. Jego nową postać okryły połyskujące czarne pióra. Kilka chwil później lśniący czarny kruk rozwinął skrzydła i wyleciał w ciemność.

Nachylając skrzydła tak, by złapać wieczorny wiaterek, Damon skierował się do rzeki. Nad nim zbierały się ciemnoszare chmury, pasujące do jego nastroju.

Nie wybierał świadomie kierunku, ale chwilę potem zorientował się, że unosi się nad grobem Stefano, nad brzegiem rzeki. Wylądował i z gracją wrócił do swojej postaci. Rozejrzał się wokół. Ledwie kilka tygodni temu pochowali Stefano, a trawa już zarosła ziemię, pod którą spoczywał jego młodszy brat. Patrząc na mogiłę, Damon poczuł, jak ogarnia go jeszcze większy ból.

Nachylił się i położył rękę na ziemi, na grobie Stefano. Poczuł suchy pył.

- Tak mi przykro braciszku - szepnął. - Zawiodłem cię. Zawiodłem Elenę.

Wyprostował się i zaczął rozmyślać, co też brat robi. Zmarli to zmarli. Stefano nie mógł mu teraz przebaczyć, mimo że Damon tak bardzo tego pragnął.

Tak długo się nienawidzili. Teraz Damon był w stanie przyznać, że wszystko to wynikało z jego winy. Nie cierpiał swojego brata z wielu powodów, poczynając od tego, że ich ojciec wolał Stefano. Ich wzajemna nienawiść wzrosła jeszcze od tego okropnego dnia, gdy się pozabijali, a przez lata obserwacji, jak Stefano cierpiał z powodu bycia wampirem i powstrzymywał się od zabijania ludzi, Damon robił się coraz bardziej zgorzkniały. Nawet jako potwór Stefano był bardziej cnotliwy niż Damon jako człowiek i za to właśnie tak strasznie go nienawidził.

Ale w chwili, gdy pojawił się Jack, Damon nie żywił już nienawiści do Stefano. Jack. Damon zacisnął z wściekłością szczękę, a w odpowiedzi nad jego głową rozległ się grzmot.

Jack Daltry udawał, że jest człowiekiem polującym na okrutnego starego wampira. Wszystko to było kłamstwem. Jack był naukowcem, który stworzył szybszą i silniejszą rasę wampirów, które miały zniszczyć stare wampiry. W tym Stefano, Katherine i Damona.

Gdy Stefano zginął, Damon był na innym kontynencie. Wrócił do domu na pogrzeb brata i tam był świadkiem rozpaczy Eleny. Damon potarł ręką klatkę piersiową, krzywiąc się na wspomnienie bólu Eleny, który poczuł poprzez ich magiczną więź. To on ściągnął go do domu. To ten ból powiedział mu, że Stefano nie żyje. Nic innego nie wywołałoby u Eleny takiego cierpienia.

To właśnie ta więź była powodem, dla którego Elena teraz umierała. Strażnicy połączyli ich, by mieć Damona pod kontrolą. Słusznie uznali, że jeśli Damon i Elena będą połączeni, to powstrzyma to Damona przed uleganiem swoim najgorszym instynktom. Jasno mu powiedzieli, że jeśli będzie się pożywiał kimś, kto nie wyrazi na to zgody, to Elena będzie za to cierpieć. A jeśli zabije człowieka, Elena zginie.

Zaczęło padać, od dużych kropli deszczu ciemniała ziemia. Damon wsunął ręce do kieszeni i znów się odezwał, patrząc na grób brata:

- Nie wiedziałem - powiedział cicho.

Jedyne, czego pragnęli i co nimi całkowicie owładnęło, to zemsta. I udało im się. Odnaleźli Jacka i Damon go zabił, mszcząc się za śmierć Stefano.

A kiedy Jack zginął, Elena poczuła, że ten rozdział jest zamknięty. Zwróciła się do Damona i po raz pierwszy mogli się kochać bez poczucia winy, że zdradzają Stefano.

Damon wiedział, że na nią nie zasługuje. Jego dusza, jeśli w ogóle jakąś kiedyś miał, już dawno została zniszczona. Ale mimo to Elena go pragnęła.

Przez dwa cudowne tygodnie wspólnej podróży byli sobą wzajemnie pochłonięci. A potem Elena osunęła się, jęcząc z bólu i pojawiła się Mylea, strażniczka o bezdusznej twarzy, która ich połączyła.

Damon uznał, że może zabić Jacka Daltry'ego, bo Jack był wampirem. Nie wolno mu było tknąć ludzi. Potwory były dozwolone. Jakim był głupcem! Jack zamienił się w wampira. Wykorzystał naukę, by nadać sobie siłę i brutalność wampira, nie ulegając przy tym tradycyjnym słabościom wampirów, nieodpornych na drewno, ogień i światło słoneczne.

Zmienił się metodami śmiertelników, ale nie umarł. Jego życie się nie skończyło. Jack nie był prawdziwym wampirem, a jedynie jego namiastką. Nie było w nim kropli magii. I zdaniem strażników to Damon złamał ich umowę. A teraz płacił za to.

Śmierć.

Damon przywiózł Elenę z powrotem do Dalcrest. Coś mówiło mu, że chciałaby tu być, wśród ludzi, których kochała.

Razem pokonywali potwory nie do zabicia, razem ocalili świat. W głębi serca, pewnie głupio, liczył, że zdołają też razem ją uratować.

Ale teraz, gdy byli tu razem i nic się nie zmieniło, bał się, że nie zdołają. Może Elena była poza ich zasięgiem. Damon zadrżał na samą myśl, kuląc się w siekącym deszczu.

- Stefano - wyszeptał, patrząc na błotnistą ziemię na grobie brata. - Co mam robić?

Próbował zmusić ją do przełknięcia jego krwi - nie spodobałoby jej się to, ale lepiej być wampirem niż umrzeć - ale gdy wreszcie ją połknęła, nic się nie stało.

Ogarnęła go wściekłość, a nad głową rozbłysła błyskawica. Damon uniósł głowę w stronę nieba. Deszcz spływał mu po włosach, moczył ubranie.

- Mylea! - krzyknął, a własny głos wydał mu się słaby. - Poddaję się! Ukaż mnie! Nie dbam o to. Cokolwiek. Powiedz tylko, co mam zrobić!

Zamilkł i wstrzymał oddech, wsłuchując się i szukając jakiegoś znaku, że strażnicy zgadzają się z nim paktować. Czuł, jak po policzkach płyną mu łzy, odrobinę cieplejsze od kropli deszczu.

- Proszę - wyszeptał. - Uratuj ją.

Nie było odpowiedzi, nic poza szumem rzeki i deszczu. Jeśli strażniczka go usłyszała, to najwyraźniej nie zrobiło to na niej wrażenia.

Rozdział 2

Meredith pogładziła czoło Eleny. Było chłodne i lepkie. Elena miała podkrążone oczy i bladą skórę. Meredith nie mogła oderwać wzroku od twarzy śpiącej przyjaciółki, licząc mimo wszystko, że coś się wydarzy, że nagle skrzywi się, jak zawsze o poranku.

Meredith zastygła w bezruchu. Czyżby za zamkniętymi powiekami Eleny zauważyła ruch gałek ocznych?

- Elena? - odezwała się cicho. - Słyszysz mnie?

Nie było odpowiedzi. Oczywiście, że nie. Próbowali już od tylu dni. Najpierw Damon w Paryżu, a gdy przywiózł ją do domu, Meredith starała się ją obudzić na wszelkie znane sposoby.

I przez cały ten czas nic się nie zmieniło. Elena leżała bez ruchu, niczym manekin, i tylko płytki, równy oddech mówił im, że wciąż żyje.

Damon powiedział, że nim Elena wpadła w śpiączkę, potwornie cierpiała. Meredith cieszyła się, że nie była tego świadkiem i że teraz Elena już nie cierpi. Ale ta... ta cicha, blada istota przerażała ją. To nie mogła być Elena. Nie ta mądra, zwinna Elena, która tyle przetrwała, która była jej bliższa niż siostra, od kiedy były dziećmi.

Meredith podniosła się ze stojącego przy dużym, białym łożu krzesła, nie mogąc już dłużej patrzeć na Elenę. Ruszyła przez pokój, porządkując go - odłożyła książki ze stolika nocnego na półki, wyprostowała buty stojące na spodzie szafy. Skupiała się na swoim działaniu. Starała się nie myśleć o nieruchomej postaci leżącej na łóżku.

Zęby Meredith zapulsowały boleśnie. Z roztargnieniem potarła dziąsła palcem. Niedługo będzie musiała wymknąć się do lasu, by się posilić, ale nie mogła zostawić Eleny samej.

Sama. Ich szeregi się przerzedzały. Stefano zginął. Elena umierała. Alaric, Bonnie i Matt byli wciąż w drodze. Bonnie ze swojego nowego domu, Alaric z konferencji akademickiej, a Matt z odwiedzin u rodziców swojej dziewczyny, Jasmine. Nie miała pojęcia, gdzie mógł być Damon. Zniknął całe godziny temu.

Meredith podniosła delikatną apaszkę w srebrne wzory i złożyła ją starannie. Elena miała ją na sobie, gdy widziały się po raz ostatni.

- Nareszcie wiem - zwróciła się wtedy do Meredith z taką radością, że to wspomnienie aż bolało. - Stefano pragnie, abym żyła. Pragnie, bym była szczęśliwa. Teraz mogę pokochać Damona... wszystko w porządku.

Meredith zamrugała, by zahamować łzy. Elena się myliła. Nic nie było w porządku.

Meredith zacisnęła dłonie na apaszce i otworzyła szufladę. Już miała włożyć ją do środka, gdy ujrzała ­ciemnobrązowy album. Kto by pomyślał, że ta pewna siebie, dorosła Elena Gilbert trzymała przy łóżku księgę pamiątkową ze szkoły?

Ostrożnie wyciągnęła księgę z szuflady i zaczęła ją przeglądać. Przedostatnia klasa szkoły średniej. Ostatnia prawdziwa szkolna księga pamiątkowa, nim wszystko się zmieniło. Z ich ostatniego roku były dwie księgi pamiątkowe. Ta pierwsza, z ostatniego roku szkoły, który pamiętała, zawierała stronę upamiętniającą śmierć Eleny Gilbert i Sue Carsona. Ta druga, ze zmienionego przez strażników świata, mówiła tylko o drużynach, klasach i klubach. A teraz żadna z nich nie wydawała jej się prawdziwa. Ale przedostatni rok był tylko w jednej wersji.

Ze zdjęcia przedstawiającego scenę z balu uśmiechała się jej o wiele lat młodsza twarz. Oczywiście Elena była klasową księżniczką. Komitet do spraw balu. Wraz z Eleną i Bonnie opuściły go po miesiącu, ale załapały się na zdjęcie, na którym szczerzyły się jak głupie. Zdjęcie Matta podczas szarży w meczu futbolu. Wszystko to wyglądało tak normalnie.

Spojrzała na ostatnią stronę i ujrzała swoje własne pismo.

Eleno,

cóż mogę powiedzieć? Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i siostrą, zawsze mogę na Ciebie liczyć. Zawsze będę pamiętać pikniki w Hot Springs, jazdę na przyjęcie bractwa z uniwersytetu Wirginii, Matta, który z chłopakami popsuł twoje przyjęcie urodzinowe z nocowaniem. I zawsze, gdy szykowałyśmy się razem na bal - Ty, ja, Bonnie i Caroline - bawiłyśmy się lepiej niż na samym balu.

Tego lata baw się doskonale w Paryżu, Szczęściaro, i pamiętaj! Został już tylko jeden rok do WOLNOŚCI!!!

XXX

Meredith

Zwykły wpis w księdze pamiątkowej, od jednej zwykłej dziewczyny dla drugiej. Nim zginęli rodzice Eleny. Zanim do Fell's Church przyjechali bracia Salvadore i wszystko się zmieniło. Elena i Meredith nie doczekały się wolności, o której mówił wpis, wolności, by dorosnąć i żyć normalnie, by decydować o własnym losie. Tak samo jak Bonnie, Matt i ludzie, w których się zakochali, gdy dorośli.

Wciągnął ich natomiast nadnaturalny świat - wampiry i wilkołaki, demony i strażnicy. Odpowiedzialność nakazująca wszystkich ocalić, stać na straży pomiędzy życiem codziennym a czającą się ciemnością, to wszystko ich wchłonęło i trzymało jak zakładników.

A zwłaszcza Elenę - pomyślała Meredith i rzuciła okiem na jej łóżko. Klatka piersiowa Eleny unosiła się ledwie zauważalnie przy każdym powolnym, rzężącym oddechu. Elena nigdy właściwie nie miała szans na normalność, od kiedy zakochała się w Stefano Salvadore.

Zgrzytnęły drzwi sypialni i do środka wszedł z wdziękiem Damon. Najpierw spojrzał z niepokojem na łóżko, a potem oparł się o framugę, jakby nagle zabrakło mu sił. Wokół oczu miał czerwone obwódki i Meredith zaczęła się zastanawiać, czy płakał. Damon mógł szaleć albo oddawać się zgorzknieniu, ale nigdy nie płakał.

Ale może teraz wreszcie zaczął.

Matt zaparkował krzywo, jednym kołem na krawężniku, wyskoczył z samochodu i zatrzasnął drzwi.

- Wiedziałem, że to w końcu się stanie - wydyszał przez zaciśnięte zęby, gdy gnał chodnikiem do budynku, w którym znajdowało się mieszkanie Eleny. - Wiedziałem, że Stefano i Damon w końcu doprowadzą do jej śmierci.

Jasmine szła za nim wolniej, a w jej złotobrązowych oczach widać było powagę.

- Nie mów tak - położyła mu rękę na ramieniu, gdy czekali na windę. - Elena żyje. Nie możemy się poddawać.

Matt przygryzł wargę i przez całą drogę na piętro Eleny więcej się nie odezwał. W korytarzu było cicho. Zawahał się, nim zapukał mocno do drzwi mieszkania.

- Wyobraź sobie najgorszy możliwy scenariusz - wyszeptał zduszonym z wściekłości głosem. - I tak jest, taka jest prawda. Za każdym razem.

Stojąca za nim Jasmine uniosła rękę, by znów go uścisnąć, gdy otworzyły się drzwi.

Stanął w nich Damon, miał wynędzniałą, bladą twarz i włosy w nieładzie. Zdaniem Matta wyglądał bardziej ludzko niż kiedykolwiek wcześniej. Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, Matt zacisnął dłoń w pięść i z całej siły uderzył Damona w twarz.

Głowa Damona odskoczyła lekko, zamrugał zaskoczony, a na jego bladym policzku pojawił się czerwony ślad.

- Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolny. - powiedział, uśmiechając się ponuro. Dotknął delikatnie policzka, a potem opuścił rękę i spochmurniał. - Pewnie na to zasługiwałem.

- Tak mi się wydaje - odparł Matt, mijając go.

Stanął w drzwiach do sypialni Eleny. Na jej widok zrobiło mu się słabo.

Kiedy był mały, przy drodze numer czterdzieści było wesołe miasteczko, nawiązujące do różnych bajek. Ojciec Matta zabierał go tam czasem w soboty. Od lat o tym nie myślał. Ale teraz nagle wszystko mu się przypomniało. Leżąca nieruchomo Elena przypominała mu Śpiącą Królewnę z sali elfów. Jasnowłosą królewnę leżącą bez ruchu niczym ofiara. Bladą, piękną i niezmienną.

Matt zawsze uważał, że wyglądała na martwą.

Jasmine minęła go i weszła do sypialni. Dotknęła szyi Eleny, by sprawdzić puls, i uniosła powiekę, by spojrzeć na jej źrenicę. Przygryzła wargę i spojrzała znów na Matta. Na jej twarzy widać było smutek.

- Lekarze w Paryżu nie wiedzieli, co o tym sądzić - odezwał się zza ich pleców Damon. - Nigdy wcześniej nie widzieli czegoś takiego. Zabrałem ją tam do szpitala, na wszelki wypadek, a potem przylecieliśmy tu. Ale to nic nie dało.

- Tak, to logiczne - powiedział Matt. Zaschło mu w ustach i z trudem wydobywał słowa. - Strażnicy nie bawiliby się w żadne ludzkie choroby. Jeśli to oni to wywołali, to oni muszą to naprawić. Trzeba ich tylko do tego zmusić.

Gdy tylko to powiedział, ogarnęło go poczucie bezsilności. A cóż oni mogli zaproponować strażnikom? Co mogło skusić tych jasnookich, bezdusznych sędziów, do tego, by oddali Elenę?

Koniec wersji demonstracyjnej.