Pamiętniki wampirów 9. Bez słów - L.J. Smith, Aubrey Clark

Reflow text when sidebars are open.
Meredith bezsilnie szarpała się w metalowych okowach, którymi jej ręce i nogi zostały przymocowane do stołu operacyjnego. Czując, jak w jej żyłach krąży adrenalina, zamknęła oczy i napięła mięśnie, ale pęta ani drgnęły.
- Proszę - błagała ze łzami, które spływały jej po policzkach.
Jack nie zwracał uwagi na jej błagania, w skupieniu wprowadzając igłę pod skórę na jej szyi.
- Prawie gotowe - powiedział, wciskając tłoczek strzykawki.
Szyja Meredith była zbyt odrętwiała, by odczuć ukłucie, ale wstrzyknięta substancja paliła, rozchodząc się po jej ciele. Meredith gwałtownie wciągnęła powietrze i znowu spróbowała wyrwać ramię napastnikowi.
Jack patrzył na jej bezskuteczne wysiłki brązowymi oczami, które wydawały się równie ciepłe jak wtedy, kiedy uważała go za mentora i jednego z najlepszych łowców, jakich znała. Zanim dowiedziała się, że on sam jest wampirem. Zanim zamordował Stefano.
Zanim dotarło do niej, że on chce ją przemienić.
- Nie chcę być wampirem - wyszeptała drżącym głosem. Oczy zaszły jej łzami. Pomyślała o Cristianie, swoim bracie - wampirze, którego musiała zabić, i całych pokoleniach swojej rodziny, której misją była likwidacja nadprzyrodzonej rasy. Nie mogła stać się jedną z ich wrogów, nie po tym wszystkim, co przeszła.
Przez twarz Jacka przemknął uśmiech, w kącikach oczu ukazały się zmarszczki.
- Gotowe.
Meredith bolało całe ciało. Zaczęła powoli potrząsać głową, w przód i w tył; oddychała nierówno, spazmatycznie.
- Zabiję się - powiedziała z rozpaczą.
Jack uśmiechnął się szerzej.
- Proszę bardzo, spróbuj - odparł. - Udoskonaliłem środek. Nie można nas zabić.
W nagłym ataku paniki Meredith szarpnęła rękami i nogami. Uczucie ciężkości i odrętwienia ustępowało; metalowe pęta ostro wbiły się w jej nadgarstki. Szarpnęła jeszcze raz, z całej siły, i teraz była wolna. Stoczyła się ze stołu operacyjnego, nogi się pod nią ugięły i runęła ciężko na podłogę.
Na czworakach ruszyła do drzwi, pewna, że Jack zaraz znowu spróbuje przykuć ją do stołu. Ale on nie zrobił żadnego ruchu, tylko obserwował jej wysiłki. Słyszała swój własny oddech, chrapliwy, dyszący, desperacko posuwając się w stronę wyjścia. Musi się stąd wydostać.
Dotarła do drzwi i podniosła się na nogi, chwytając za gałkę.
- Wrócisz tu! - zawołał za nią Jack, z upiornym spokojem.
Meredith otworzyła drzwi i potykając się, tak szybko, jak tylko potrafiła, wybiegła na korytarz. Był długi, oświetlony jarzeniówkami. Podłoga została wyłożona ciemnoszarymi kaflami jak w szpitalu albo w szkole. Nasłuchiwała kroków Jacka za sobą, ale tylko jego obłąkańczy śmiech dobiegał ją zza drzwi sali, z której wybiegła.
- Wrócisz tu! - zawołał znowu. - Nic na to nie poradzisz.
Meredith nie pozwoliła sobie myśleć o niczym poza ucieczką. Rozejrzała się dookoła gorączkowo. Podwójne drzwi na końcu korytarza prowadziły na schody; pchnęła je i ruszyła w dół, uderzając stopami w betonowe stopnie. Miała nadzieję, że zaraz znajdzie się na zewnątrz.
Schody zdawały się nie mieć końca. Wreszcie dopadła kolejnych podwójnych drzwi i wypadła na chodnik. Zatrzymała się na moment, z trudem chwytając powietrze i rozglądając się wokół. Za nią ciągnęły się jakieś biurowce. Nie miała pojęcia, gdzie jest. Było jeszcze ciemno, ale czerń nieba powoli ustępowała szarości.
Wszystko w niej krzyczało "uciekaj"; serce w panice waliło jej jak młotem. A jeśli okrutne, nieśmiertelne wampiry Jacka są gdzieś w pobliżu? Meredith przycisnęła plecy do zimnej ceglanej ściany, usiłując skryć się w ciemności, i rozejrzała się ostrożnie dookoła. Nikogo.
Wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalałe serce. Zacisnęła dłonie w pięści i rozluźniła je, chcąc pozbyć się napięcia z całego ciała. Teraz już pewniej trzymała się na nogach, w dłoniach i stopach czuła mrowienie, odrętwienie mijało. Wokół było zupełnie pusto. Po lewej usłyszała samochód przejeżdżający autostradą. Ruszyła w tę stronę, gotowa odszukać drogę do domu.
Świtało, kiedy Meredith otworzyła drzwi mieszkania i cicho weszła do środka, rzucając klucze na stół. Nic mi nie jest, mówiła sobie. Jack powiedział, że została wampirem, ale ona czuła się dokładnie tak jak zwykle. Może środek nie zadziałał.
Odetchnęła głęboko, rozglądając się po swojej znajomej sypialni. Przez zasłonięte okna sączyło się już światło wczesnego ranka; wszystko tu wydawało się tak uspokajająco zwyczajne. Podręczniki prawa stały na półce naprzeciw łóżka; na sekretarzyku stało zdjęcie ślubne jej i Alarica. Nie zdejmując ubrania, Meredith odsunęła chłodną kołdrę i wślizgnęła się do łóżka. Tuż obok Alaric wymruczał coś przez sen i zakopał się głębiej w pościeli.
Jest bezpieczna. To wszystko było takie straszne: Stefano nie żyje, Jack okazał się wampirem, ale do najgorszego nie doszło. Nic mi nie jest, powtórzyła sobie. Na próbę przesunęła palcem po zębach. Normalne. Żadnych ostrych kłów. Ręce miała ciepłe, serce biło szybko jak u każdego innego człowieka. Wszystko jest w porządku. Jej ciało musiało zwalczyć efekty substancji, którą wstrzyknął jej Jack.
Przysunęła się bliżej do Alarica, ale zaraz zmarszczyła brwi. W kieszeni dżinsów coś było. Sięgnęła do środka i jej palce trafiły na cienki prostokątny kartonik. Wizytówka. Zmrużyła oczy i odwróciła go do słabego porannego światła. Na wizytówce widniał czarny symbol nieskończoności i nazwa firmy: Lifetime Solutions. A poniżej, ręcznie dopisany czarnym atramentem, numer telefonu.
Jack jest bardzo pewny siebie, pomyślała ze złością. Zacisnęła palce na wizytówce, zginając ją trochę, a potem wrzuciła ją do szuflady nocnej szafki. Nie ma najmniejszego zamiaru kiedykolwiek spotkać się z Jackiem.
Według zegara nie było jeszcze piątej. Meredith wzięła kolejny głęboki oddech, próbując uspokoić się i zasnąć, i zapomnieć twarz Jacka, kiedy wbijał w jej ciało ostatnią igłę.
Łóżko było miękkie, pościel pachniała lekko detergentem. Ale czuła jeszcze inny zapach. Jakby... słony. Lekko metaliczny. Zmarszczyła brwi, usiłując zorientować się, co tak pachnie.
Stopniowo zaczął do niej docierać też dźwięk. Dobiegający ze wszystkich stron miarowy szum przypominający ocean, głęboki, powolny rytm fal. Oddychając wraz z nim, Meredith coraz bardziej zbliżała się do snu.
Ale coś nie dawało jej spokoju, zaostrzając apetyt. Bezwiednie oblizała wargi. Ten słonawy, metaliczny zapach... było w nim coś bardziej smakowitego niż kurczak, którego piekła jej mama, niż świeżo upieczona szarlotka. Coś znajomego, czego jednak nie była w stanie nazwać.
Do ust Meredith napłynęła ślina, kiedy nagle coś w nich drgnęło. Zaskoczona podniosła szybko rękę do twarzy.
Znowu ten ruch. Ostrożnie dotknęła warg. Były tak wrażliwe, że skrzywiła się, jednocześnie z bólu i przyjemności. Palcami musnęła zęby. I jeszcze ostrożniej, zrobiła to jeszcze raz.
Kły były długie i ostre. Miała prawdziwe kły.
Ten szum i powolny rytm, ten zapach - słonawy i jakby... miedziany - wydawał się teraz wszechobecny. Z każdą chwilą coraz bardziej bolał ją żołądek i zęby.
Alaric. Słyszała uderzenia jego serca. Czuła zapach jego krwi.
Przerażona zerwała się z łóżka i spojrzała na Alarica, który spał spokojnie, niczego nieświadomy.
Jackowi jednak się udało. Zmienił ją w wampira.
I umierała z głodu.
Drogi Pamiętniku,
Straciłam wszystko. Zgubiłam się.
Nie wiem, kim jestem bez Stefano.
Od wielu dni nie byłam w stanie niczego tu napisać. Jakbym się bała, że opisując te wydarzenia, sprawię, że wszystko stanie jeszcze bardziej realne.
Ale taka jest prawda, czy to napiszę, czy nie.
Stefano nie żyje.
Elena oderwała ręce od laptopa, jakby ją oparzył i przycisnęła palce mocno do ust. Stefano nie żyje. Do oczu napłynęły jej gorące łzy; otarła je szorstko. Ostatnio ciągle tylko płakała, a od tego nie robiło się wcale lepiej.
Wydaje mi się, że ziemia powinna przestać się obracać. Skoro Stefano nie żyje, słońce nie powinno wschodzić. Ale czas mija i nadchodzą kolejne, nowe dni. Tylko dla mnie nie mają już żadnego znaczenia, bo Stefano ciągle nie żyje.
Wszyscy zaufaliśmy Jackowi. On i Stefano walczyli ramię w ramię, tropiąc Pierwotnego, Solomona. Ale kiedy powinniśmy byli wszyscy cieszyć się ze zwycięstwa nad Solomonem, nareszcie szczęśliwi i bezpieczni, Jack nagle wbił kołek w serce Stefano. Jack go zabił.
Elena przestała pisać i oparła głowę na rękach, wspominając. Stefano spojrzał jej w oczy, a ona uśmiechnęła się do niego lekko. Wiedziała, że oboje myślą o tym samym: teraz, kiedy nie ma już Pierwotnych, może rozpocząć się nasze prawdziwe wspólne życie.
To wszystko stało się tak szybko. Elena widziała, że coś jest nie tak, ale zanim zdążyła krzyknąć ostrzeżenie, Jack wbił swój kołek w serce Stefano. I było już za późno.
Uśmiech na twarzy Stefano zbladł; jego oczy rozszerzyły się. Przez chwilę wyglądał na niewinnie zaskoczonego, a potem jego twarz po prostu zgasła. Jego oczy - te zielone jak liście oczy, które zawsze patrzyły na nią z taką miłością - utraciły ostrość. Jego ciało runęło na ziemię, ale Stefano już w nim wtedy nie było.
To prawda, że Jack polował na Pierwotnych tak jak my. Ale nie chciał wcale, by świat stał się dzięki temu bezpieczniejszy. Jack stworzył nową rasę wampirów za pomocą środków chemicznych i chirurgii, zamiast krwi i magii. Jego wampiry są przerażające: odporne na światło słońca i werbenę, a według Damona nie sposób ich zabić żadną ze zwykłych metod.
Jack nie chce konkurencji dla swoich powstałych w laboratorium wampirów. Postanowił więc wyeliminować najniebezpieczniejsze wampiry, te najstarsze. Nie tylko Pierwotne, ale też inteligentne, doświadczone wampiry, istniejące na ziemi od kilku stuleci. Takie jak Katherine i Damon. Jak Stefano.
Jack wykorzystał nas wszystkich - moją Moc Strażniczki, znajomość sztuk walki Stefano i Meredith, magię Bonnie. Byliśmy jego bronią w wojnie przeciw Solomonowi. Pierwotny był zbyt dobrze ukryty, by Jack mógł go odnaleźć sam. A potem, kiedy Solomon został zlikwidowany, Stefano był dla Jacka tylko kolejną przeszkodą na drodze do celu.
Nie wiemy, gdzie teraz jest Jack ani co planuje. Łowcy, którzy z nim podróżowali - Trinity, Darlene i Alex - tak samo dali mu się oszukać jak my. Opuścili miasto, chcąc go odszukać. Ale nie mają pojęcia, gdzie on może być.
Elena przełknęła ślinę i znowu otarła oczy rękawem szlafroka.
Meredith i Damon uważają, że tak naprawdę Jack nigdzie nie wyjechał. Kilka dni temu Meredith walczyła z jednym z tych jego syntetycznych wampirów. Wampir uciekł, a Meredith ledwo uszła z życiem. Czy Jack kontynuuje swoje eksperymenty tu, w Dalcrest?
Powinnam się tym interesować. Powinnam pragnąć zemsty. Ale zamiast tego jestem odrętwiała.
Bez Stefano ja też jestem jakby martwa.
Klucz zazgrzytał w zamku; Elena podniosła głowę znad komputera i zobaczyła Damona. W zimnym mieszkaniu zrobiło się trochę cieplej. Jakby smukły, ciemnowłosy wampir wniósł ostatni powiew letniego powietrza do klimatyzowanego wnętrza. Ale Damon był przygarbiony i wydawał się jakby mniejszy. Przez łączącą ich więź Elena wyczuwała jego żal i ból na widok rzeczy, które należały do Stefano i przypominały mu o śmierci brata.
- Żywiłeś się - zauważyła, patrząc na niemal ludzki rumieniec na jego policzkach.
- Jeśli tak chcesz to nazwać. - Damon skrzywił się z niesmakiem. - Zwierzęca dieta Stefano jest absolutnie ohydna, jak zawsze podejrzewałem.
Elena drgnęła; Damon spojrzał na nią i jego twarz spoważniała.
- Przepraszam - szepnął. - Wiem, że nie powinienem...
Widziała swój własny ból na wspomnienie Stefano odbity w jego oczach.
- W porządku - powiedziała, stanowczo kręcąc głową. - Powinieneś móc wymawiać jego imię, to twój brat. Ja tylko... - Jej oczy znowu wezbrały łzami, powstrzymała je jednak. Musi przestać w końcu płakać.
Damon ujął jej dłoń chłodnymi, gładkimi palcami.
- Obiecuję ci, że Jack za to zapłaci - rzekł cicho, z oczami ciemnymi jak nocne niebo. - Bez względu na wszystko.
Elenę nagle ogarnęła panika, zabrakło jej tchu w piersi. Zacisnęła palce na ręce Damona.
- Nie - powiedziała. - Damonie, musisz być ostrożny. Nawet jeśli oznaczałoby to pozwolić Jackowi uciec.
Damon zesztywniał i wbił w nią swoje ciemne oczy.
- Obiecaliśmy sobie, że zemścimy się na Jacku - stwierdził zdecydowanie. - Jesteśmy to winni Stefano.
Elena pokręciła głową.
- Nie mogę stracić także ciebie. - Słyszała drżenie własnego głosu, ale wyprostowała plecy i spojrzała Damonowi prosto w oczy, zdecydowanie. Czasami miała wrażenie, że to obecność Damona jest tą cienką barierą, odgradzającą ją od szaleństwa. Damon był jedynym, który ją rozumiał, jedynym, który naprawdę kochał Stefano tak głęboko jak ona.
Każdej nocy słyszała, jak chodził cicho po mieszkaniu, od salonu, przez kuchnię i korytarz; zatrzymywał się czasami przed jej sypialnią, ale nigdy do niej nie wchodził, nawet wtedy, kiedy tak bardzo pragnęła, by ją pocieszył. Czuwał nad nią, ale zmagał się też z własnym smutkiem i niepokojem. Na myśl o tym, że on także mógłby zginąć jak Stefano, że jego przystojna twarz też mogłaby nagle zgasnąć, serce Eleny zaczynało walić jak oszalałe.
- Damonie, proszę - powiedziała błagalnie.
Spojrzenie Damona złagodniało. Westchnął i lekko musnął jej dłoń palcami, ale zaraz odsunął się szybko, a jego twarz stężała.
- Nie zrobię nic głupiego. Pamiętaj, dobrze potrafię o siebie dbać.
Elena zaczęła z wdzięcznością kiwać głową, ale nagle znieruchomiała. Nie obiecał, że będzie unikał niebezpieczeństwa, nie tak naprawdę.
- Nie możesz nikogo zabić - przypomniała mu z uporem. - Strażnicy powiedzieli jasno, jeśli kogoś zabijesz, ja umrę. Więc nie ma sensu szukać zemsty.
Damon uśmiechnął się, ale bez cienia wesołości.
- Wampiry to nie ludzie - odparł. - Mogę zabić Jacka i zrobię to.
Elena puściła jego rękę. Damon nigdy nie przestanie próbować schwytać Jacka.
I zginie, była tego pewna. A wtedy jej naprawdę nie zostanie już nic.
Koniec wersji demonstracyjnej.