Rozdział 1 W którym opowiadam o moim trudnym dzieciństwie,
o pierwszym Wydarzeniu w moim życiu i o mojej wstrząsającej nocnej
ucieczce, a także o historycznym spotkaniu z Fredriksonem
Któregoś ponurego i wietrznego wieczoru sierpniowego
przed wieloma laty znaleziona została zwyczajna torba papierowa na
schodach wiodących do domu dla Muminków podrzutków. W torbie leżał
nie kto inny, tylko właśnie ja.
O ileż bardziej romantycznie by było, gdyby mnie
położono na przykład na mchu, w ładnym małym koszyczku!
Otóż Ciotka Paszczaka, założycielka domu
dla podrzutków, interesowała się astrologią[2] (na użytek domowy) i bardzo słusznie zwróciła baczną
uwagę na gwiazdy, pod którymi przyszedłem na świat. Wskazywały
one na narodziny bardzo niezwykłego i utalentowanego Muminka i Ciotka
Paszczaka zaniepokoiła się, że będę jej sprawiał wiele kłopotów
(panuje na ogół opinia, że geniusze są niesympatyczni, lecz jeśli
o mnie chodzi, jakoś nigdy tego nie zauważyłem).
Położenie gwiazd to zdumiewająca sprawa! Gdybym
się był urodził kilka godzin wcześniej, byłby ze mnie zwariowany
pokerzysta, a wszyscy, którzy by przyszli na świat dwadzieścia minut
po mnie, byliby zmuszeni przyłączyć się do ochotniczej orkiestry
Paszczaków. (Niech tatusiowie i mamusie będą ponad wszelką
miarę ostrożni, zanim wydadzą na świat dzieci; zalecam im jak
najdokładniejsze wyliczenia).
Tak czy inaczej, gdy mnie wyciągnięto z torby,
kichnąłem trzy razy w bardzo stanowczy sposób. To z pewnością już
coś oznaczało.
Ciotka Paszczaka przyczepiła blaszkę do mojego ogonka
i ostemplowała ją magiczną cyfrą trzynaście, jako że miała już
dwanaścioro podrzutków. Wszystkie były tak samo poważne, posłuszne
i porządne, bo Ciotka Paszczaka, niestety, częściej je myła, niż
brała na ręce (cechował ją tego rodzaju rzetelny charakter, co to nie
ma żadnych delikatniejszych odcieni). Drogi czytelniku, wyobraź sobie
dom Muminków, w którym wszystkie pokoje tworzą uporządkowane szeregi,
wszystkie są kwadratowe i pomalowane na jeden i ten sam ohydny kolor
jasnego piwa. Nie wierzysz mi? Twierdzisz, że w domu Muminków musi
być pełno najdziwniejszych zakątków, tajemniczych pokoi, schodów,
balkonów i wieżyczek? Otóż tu było inaczej. A na domiar złego,
nikt nie miał prawa wstawać w nocy, żeby coś zjeść, nikt nie
mógł rozmawiać ani spacerować (dobrze, że chociaż wolno nam było
siusiać!).
Nie pozwalano mi przynosić do domu żadnych miłych
stworzonek i chować ich pod łóżkiem! Musiałem jeść i myć się
o określonych godzinach! Witając się, musiałem trzymać ogonek pod
kątem czterdziestu pięciu stopni! Ach, czy ktokolwiek może mówić
o takich rzeczach, nie roniąc łez?
Nieraz stawałem przed małym lusterkiem w przedpokoju
i patrzyłem głęboko w odbicie mych smutnych niebieskich oczu,
starając się przeniknąć tajemnicę mojego życia. I z pyszczkiem
w łapkach wzdychałem: "Jestem sam. Okrutny świat! Nie uniknę mego
przeznaczenia", i wypowiadałem tym podobne smutne słowa, dopóki
nie zrobiło mi się trochę lżej na sercu.
Byłem bardzo samotnym małym Muminkiem, jak to
często bywa w przypadku posiadaczy wybitnych uzdolnień. Nikt się
na mnie nie poznał ani nawet ja sam. Zauważyłem, oczywiście,
różnicę między mną a innymi Muminkami. Polegała ona przede
wszystkim na ich pożałowania godnej niezdolności do zastanawiania
się i dziwienia.
Potrafiłem, na przykład, pytać Ciotkę Paszczaka,
dlaczego wszystko jest tak, jak jest, a nie odwrotnie.
- To by dopiero ładnie wyglądało! -
odpowiadała. - Czyż nie jest dobrze tak, jak jest?
Nigdy nie otrzymywałem od niej wyczerpujących
wyjaśnień i to utwierdzało mnie coraz bardziej w przekonaniu, że
Ciotka zawsze usiłuje robić wszystko byle jak. Wiadomo zresztą, że dla
Paszczaków nie ma żadnego znaczenia: co - kiedy i kto - jak.
Zdarzało się, że pytałem ją, dlaczego ja jestem
sobą, a nie kimś całkiem innym.
- Prawdziwy pech, twój i mój! Myłeś się
już? - to była cała jej odpowiedź.
Lecz ja pytałem dalej:
- A dlaczego pani jest Paszczakiem, a nie
Muminkiem?
- Bo moi rodzice byli Paszczakami, dzięki Bogu
- odpowiadała.
- A ich tatuś i mamusia? - zastanawiałem
się.
- Paszczakami, rzecz jasna - oburzała się. -
Tak samo jak ich tatusie i mamy, i tych tatusiów i mam tatusie
i mamy, i tak dalej, i tak dalej, a teraz idź się umyć, bo inaczej
zwariuję.
- To niesamowite - dziwiłem się. - Oni się
nigdy nie kończą? Przecież kiedyś musiało się zacząć od pierwszego
tatusia i pierwszej mamy?
- To było tak dawno, że nie ma co sobie tym
głowy zawracać - odpowiadała Ciotka Paszczaka. - Zresztą,
dlaczego mieliby się kończyć?
Ogarniało mnie wówczas mgliste, lecz uporczywe
uczucie, że cały szereg tatusiów i mam mnie dotyczących był czymś
jedynym w swoim rodzaju. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby na moim powijaku
była wyhaftowana korona królewska. Lecz niestety!
Którejś nocy śniło mi się, że przywitałem
się z Ciotką Paszczaka, trzymając ogonek pod nieodpowiednim kątem,
to znaczy siedemdziesięciu stopni. Opowiedziałem jej mój przyjemny
sen i zapytałem, czy ją rozgniewał.
- Sny to zawracanie głowy - odparła.
- A skąd to wiadomo? - nie dawałem za
wygraną. - Może Muminek, który mi się śnił, jest tym właściwym,
a ten, który tu stoi, tylko się pani śni?
- Niestety, nie! Nie mam wątpliwości, że
istniejesz - rzekła Ciotka Paszczaka zmęczonym głosem. - Ja nie
nadążam za tobą! Przyprawiasz mnie o ból głowy! Co z ciebie będzie
w tym niepaszczackim świecie?
- Będę sławny - odparłem poważnie. -
A poza tym wybuduję dom dziecka dla Paszczaków podrzutków. I wszystkim im
będzie wolno jeść w łóżku chleb z miodem i trzymać pod łóżkiem
zaskrońce i skunksy!
- One na pewno nie będą chciały - zapewniła
mnie Ciotka Paszczaka.
Niestety, chyba miała rację.
I tak przeminęło moje wczesne dzieciństwo
w ustawicznej cichej zadumie. Dziwiłem się wciąż i bez przerwy
i ciągle powtarzałem pytania na temat: "co - kiedy" i "kto -
jak?".
Ciotka Paszczaka i jej zdyscyplinowane podrzutki
unikały mnie, jak tylko mogły, bo słowo "dlaczego" wyraźnie
wprowadzało je w zakłopotanie. Toteż snułem się samotnie po
nadmorskim bezdrzewnym pustkowiu otaczającym dom i rozmyślałem
nad pajęczynami i gwiazdami, nad małymi stworzonkami o zakręconych
ogonkach, uwijającymi się w kałużach, i nad wiatrem, który wiał
z różnych stron i zawsze miał inny zapach (później dopiero miałem
się dowiedzieć, że uzdolniony Muminek zawsze się dziwi temu, co
wygląda na oczywiste, natomiast absolutnie nie widzi nic dziwnego
w tym, co zwyczajnemu Muminkowi wydaje się niezwykłe). Był to okres
pełen melancholii.
Lecz powolutku zaszła pewna zmiana: zacząłem
rozmyślać nad kształtem mojego nosa. Pozostawiłem moje obojętne
otoczenie swojemu losowi, a sam zacząłem się zastanawiać coraz
bardziej i bardziej nad sobą, znajdując w tym zajęciu nieodparty
urok. Przestałem zadawać pytania, ogarnęła mnie natomiast przemożna
chęć mówienia o tym, co czuję i co myślę. Lecz, niestety, poza mną
samym nie było nikogo, kto by uważał, że jestem interesujący.
I wtedy przyszła owa wiosna tak ważna dla mojego
rozwoju. Nie rozumiałem początkowo, że jest ona specjalnie dla mnie
przeznaczona. Dochodziły mnie wiosenne odgłosy, różne bzyczenia,
popiskiwania, brzęczenie i pomruki wszystkich tych, którzy budzili
się z zimowego snu i którym się spieszyło. Widziałem, jak robi
się ruch na symetrycznych grządkach w ogródku warzywnym Ciotki
Paszczaka, jak wszystko, co wykluwa się z ziemi, jest pomarszczone
z niecierpliwości. W nocy śpiewały nowe wiatry. I pachniało inaczej,
pachniało odnową. Wąchałem, wietrzyłem, nogi mnie bolały od
rośnięcia, ale dalej nie rozumiałem, że to wszystko dotyczy tylko
mnie.
W końcu, któregoś jasnego poranka, poczułem
w sobie... no tak, po prostu coś poczułem. Zbiegłem więc prosto
nad morze, co było niedozwolone, bo Ciotka Paszczaka nie lubiła
morza.
Tam stała się rzecz wielkiej wagi. Po raz pierwszy
w życiu zobaczyłem siebie w całości. Połyskliwy lód był znacznie
większy niż lusterko w przedpokoju u Ciotki Paszczaka. Zobaczyłem
w nim, jak chmury pędzące po wiosennym niebie przelatują koło moich
ślicznych, prosto stojących uszu, nareszcie mogłem objąć wzrokiem nie
tylko mój nos, lecz i całą postać, mocną, pięknie ukształtowaną
aż do samych łapek.
Ale te łapki, niestety, trochę mnie
rozczarowały. Była w nich odrobina bezradności, dziecinności, którą
się, przyznam, speszyłem. Może to jednak minie z czasem, myślałem
sobie. Nie ma żadnej wątpliwości, że moim najsilniejszym atutem
jest głowa. Cokolwiek bym robił, nigdy nikogo nie znudzę, po prostu
nikt nie będzie się kwapił, by mnie oglądać aż do samego dołu, to
znaczy do łapek. Oczarowany przypatrywałem się swojemu odbiciu. Żeby
je lepiej widzieć, położyłem się na brzuchu na lodzie.
I wtedy przestałem jakby istnieć. Została tylko
zielona ciemność pełznąca coraz głębiej w dół, w jakiś obcy
świat żyjący ukradkiem pod lodem. Poruszały się w nim niewyraźne
cienie, groźne, ale jakże pociągające! Dostałem zawrotu głowy
i pomyślałem: "Żeby tak spaść między nie! Zapuścić się
w nieznane...".
To była taka okropna myśl, że pomyślałem ją
jeszcze raz: "Głębiej, jeszcze głębiej... Nic więcej, tylko
w dół i w dół, i w dół...".
Okropnie mnie to podnieciło. Podniosłem
się i zacząłem tupać po lodzie, żeby sprawdzić, czy
wytrzymuje. Wytrzymywał. Wtedy poszedłem trochę dalej, żeby
zobaczyć, czy tam też wytrzymuje - i tam nie wytrzymał.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[2] Astrologia - przepowiadanie losów człowieka według
położenia gwiazd.