- Obawiam się, Watsonie, że
mi znowu wypadnie jechać, - rzekł mi Holms, gdyśmy razu jednego
siedzieli razem przy śniadaniu.
- Tak? Dokąd że to?
- Do Dartmuru - do Kings Pailend.
Nie zdziwiłem się bynajmniej. Owszem, dziwiłem się przedtem,
że Holms nie wtrąca się do sprawy, która była na ustach wszystkich,
głośna w całej Anglii.
Przez cały dzień przyjaciel mój chodził po pokoju, z głową
zwieszoną, z czołem zachmurzonem, nakładając co chwila do fajki
najmocniejszy czarny tytoń i nie odpowiadając na moje zapytania.
Ostatnie wydania gazet, otrzymane przez naszych ajentów, rzucone
zostały do kąta, zaledwie przejrzane. Chociaż nie mówił ani słowa,
wiedziałem doskonale, o czem wciąż myśli. Jedna tylko nierozwikłana
zagadka mogła podniecać jego myśl, a zagadką tą było tajemnicze
zniknięcie faworyta na wielkie derby w Wessex i tragiczna śmierć
jego berajtera.
Dla tego też, gdy mi oznajmił o zamiarze udania się na
miejsce wypadku, nie zdziwiłem się ani trochę.
- Pojechał-bym chętnie z tobą, gdybym wiedział, że ci
przeszkadzać nie będę, - rzekłem po chwili.
- Ależ, kochany Watsonie, nie możesz mi się bardziej
przysłużyć, jak jadąc ze mną tym razem. Mam przytem nadzieję, że
czasu nie stracisz napróżno, przypuszczam bowiem na zasadzie
pewnych poszlak, że sprawa ta będzie jedyną w swym rodzaju. Sądzę,
że zdążymy jeszcze na pociąg w Paddingtownie; w drodze opowiem ci
wszystko szczegółowo. Bądź też łaskaw wziąść ze sobą tę swoją,
znakomitą lornetkę polową.
Tym sposobem niespełna w godzinę siedzieliśmy już w
przedziale pierwszej klasy kolei, dążącej do Exeter - i Sherlock
Holms, nasunąwszy na oczy czapkę podróżną, która doskonale
zarysowywała jego twarz ruchliwą, zaszył się w stos świeżych gazet,
w które zaopatrzył się był na stacyi w Paddingtownie.
Minęliśmy już dawno Riding, gdy nareszcie odrzuciwszy
ostatnią z gazet pod ławkę, zaproponował mi cygaro.
- Szybko jedziemy, - rzekł, wyglądając przez okno i spojrzał
na zegarek. Bez mała - pięćdziesiąt trzy i pół mili na godzinę.
- Nie zauważyłem słupów wiorstowych, - rzekłem.
- I ja ich nie widziałem. Natomiast słupy telegraficzne
rozstawione są tutaj na przestrzeni 60 yardów od siebie, ztąd też
rachunek nie jest trudny. Przypuszczam, żeś już czytał w gazetach o
zabójstwie Dżona Strakera i o zniknięciu Srebrzystej Gwiazdy.
- Czytałem o tem tylko w Telegraphe i w Chronicle.
- Jest to jeden z tych wypadków, do których zręczna analiza
ma być zastosowaną nie tyle dla zdobycia nowych poszlak, ile dla
wystudyowania szczegółów. Dramat ten jest do tego stopnia
niezwykły, nadto zahacza o sprawy tylu osób, że wprost jesteśmy w
kłopocie z powodu nadmiaru przypuszczeń i hypotez. Cała trudność
polega na tem, by z tej powodzi bajań reporterskich wyłowić fakty
nagie i niezaprzeczone. Następnie gdy upewnimy się już co do tej
podstawy, zadaniem naszem będzie poczynienie pewnych poszukiwań i
stwierdzeń, tudzież ustanowienie głównych punktów, na których się
zasadza cały ten ciemny wypadek. We wtorek otrzymałem dwie depesze:
jednę od pułkownika Rossa, właściciela konia, drugą od inspektora
Gregori'ego, któremu powierzono tę sprawę. Proszą mnie obadwaj, bym
im dopomógł w ujęciu zabójcy.
- We wtorek wieczorem! - wykrzyknąłem zdumiony, - a dzisiaj
czwartek. Dla czego nie pojechaliśmy wczoraj?
- Masz racyę, kochany Watsonie, - przeliczyłem się, chodzi
jednak o to, że nigdy nie przypuszczałem, by ten koń znany w całej
Anglii mógł przepaść bez wieści, zwłaszcza w tak odludnej stronie,
jaką jest północ Dartmuru. Co chwila oczekiwałem wczoraj, że konia
znajdą i że ten, kto go uprowadził, będzie zarazem zabójcą Dżona
Strakera. Rankiem jednak, gdy się dowiedziałem, że poza
zaaresztowaniem młodego Simpsona niczego nie dokonano, przyszedłem
do wniosku, że pora zacząć działać. Tym więc sposobem dzień
wczorajszy spełzł nam na niczem.
- Bądź co bądź, masz już zapewne jakieś jasne zarysy w całej
tej niezwykłej sprawie.
- Dotychczas wyodrębniłem fakty najważniejsze. Zaraz ci je
wyliczę. Nic tak nie wyświetla sprawy, jak - gdy ją komu wykładamy.
Nie mogę też chyba liczyć skutecznie na twój współudział, jeżeli ci
pierwej nie wyłuszczę wszystkiego po porządku.
Usadowiłem się wygodnie, a Sherlock Holms, pochylając się ku
mnie, począł wyliczać na palcach fakty które mu były wiadome,
komentując je szczegółowym opisem wypadków, które stały się powodem
naszej wspólnej wyprawy.
"Srebrzysta gwiazda", mówił mi, "pochodzi z rodu Izonomi i
jest prawie tak samo znamienita, jak i jej przodek. Dobiega teraz
pięciu lat wieku i na wszystkich prawie wyścigach zdobywała
nagrody, przysparzając sławy i pieniędzy szczęśliwemu jej
posiadaczowi, pułkownikowi Rossowi. Aż do ostatnich chwil uważaną
była za faworytkę na derby Wessexskie; szanse miała w stosunku
trzech do jednego. Dotychczas stale była faworytką publiczności,
nie zawiodła nigdy nadziei, wskutek czego grano na nią ogromnemi
stawkami. Wynika ztąd oczywiście, że nieobecność jej w przyszły
wtorek, gdy flaga zostanie podniesioną, dla wielu będzie pożądaną.
- O wszystkiem tem, rzecz prosta, wiedziano dobrze w Kings
Pajlend, gdzie była stajnia pułkownika Rossa. Faworytkę strzeżono
jak można najstaranniej. Berajter Dżon Straker - dżokiej
dymisyonowany, nosił przedtem barwy pułkownika Rossa na wszystkich
wyścigach, dopóki nie ociężał zupełnie. Służył u pułkownika Rossa
pięć lat, jako dżokiej, i siedm lat, jako berajter; był zawsze
sługą wiernym i całkowicie oddanym. Miał do posług trzech chłopców,
bowiem stajnia pułkownika liczyła zaledwie cztery konie. Jeden z
chłopców co noc stróżował w stajni, podczas gdy dwaj inni spali na
strychu. Wszyscy trzej cieszyli się dobrą opinią. Dżon Straker był
żonaty i mieszkał w niewielkiej willi o dwieście yardów od stajni.
Nie ma wcale dzieci, trzyma jednę służącą i byt ma zgoła
zabezpieczony. Okolica zupełnie odludna, o pół mili jedynie na
północ znajduje się mała osada, złożona z kilkunastu domów,
pobudowana przez przedsiębiorcę z Tawistoku dla chorych, pragnących
się leczyć świeżem i zdrowem powietrzem dartmurskiem. Samo
miasteczko Tawistok znajduje się o dwie mile dalej na zachód, a
naprzeciw niego poprzez błota, również w odległości dwóch mil, jest
Kepletoński Zakład tresury koni, należący do lorda Bekuotera i
znajdujący się pod zwierzchnictwem Silasa Brauna. Po za tem błota
okoliczne nie są zamieszkałe i tylko od czasu do czasu nawiedzają
je cyganie, którzy śród nich obozują. Oto jak się przedstawiał
teren i ogólny stan rzeczy w wieczór poniedziałkowy, kiedy stał się
wypadek.
- W wieczór ów, po treningu koni i po napojeniu, jak zwykle,
zamknięto stajnię o samej dziewiątej. Dwóch chłopców udało się do
kuchni berajtera, żeby tam spożyć kolacyę, trzeci chłopiec,
nazwiskiem Ned Genter, pozostał na nocnym dyżurze w stajni. W kilka
minut potem służąca Edyta Wakster zaniosła mu do stajni kolacyę;
była to pieczona baranina. Nie przyniosła mu nic do picia, bowiem
woda była przeprowadzona do stajni, chłopiec zaś czuwający miał
zakazane używanie innego napoju. Dziewczyna miała ze sobą latarnię,
było bowiem ciemno i droga prowadziła przez błoto.
- Edyta Wakster była już w odległości trzydziestu yardów od
stajni, gdy nagle w ciemności ukazał się jakiś mężczyzna, który
zawołał na nią. Gdy światło latarni upadło na niego, spostrzegła,
że był to jakiś przyzwoity jegomość, ubrany w szare palto, w
miękkim kapeluszu na głowie, w sztybletach i z ciężką laską w
dłoni. Nadewszystko zaś zwróciła jej uwagę nadzwyczajna bladość
tego pana i widoczne jakieś pomieszanie. Wyglądał na trzydzieści
lat lub może trochę więcej.
- Czy nie możesz mi powiedzieć, gdzie się znajduję? -
zapytał ją. - Miałem już zamiar nocować w tem błocie, gdym naraz
ujrzał blask twojej latarki.
- Jesteś pan w pobliżu stajni w Kings Pajlend, - odrzekła
mu.
- Tak? Ależ to wyśmienicie! - wykrzyknął nieznajomy. -
Słyszałem, że w stajni śpi zawsze chłopiec dyżurujący. Dla niego to
prawdopodobnie niesiesz tę kolacyę. Sądzę, że chciała byś zarobić
sobie na nowe ubranie.
Z temi słowy wyjął z kieszonki w kamizelce złożony kawałek
białego papieru.
- Oddaj to, moje dziecko, dziś wieczorem temu chłopcu, a
ręczę, że będziesz miała najpiękniejsze ubranie, jakie sprawić
sobie można za sute pieniądze.
Poważny ton nieznajomego tak ją przestraszył, że nie biorąc
papieru, pobiegła pędem wprost do okna, przez które podawała jadło.
Okno było już otwarte i Genter siedział koło niego przy małym
stoliku. Zaledwie zaczęła mu opowiadać, co się jej przytrafiło w
drodze, gdy ów nieznajomy stał już tuż koło niej.
- Dobry wieczór! - rzekł, zaglądając do okna, - chciałbym
ci, chłopcze, parę słów powiedzieć.
Służąca gotowa przysiądz, że podczas gdy to mówił, z dłoni
zaciśniętej wystawał rożek białego papieru.
- Czego pan tutaj chcesz? - zapytał chłopiec.
- Mam interes do ciebie, interes bardzo dla kieszeni
korzystny, - rzekł jegomość. W stajni swej macie dwa konie na derby
wessekskie: Srebrzystą gwiazdę i Bajarda. Czy to prawda, że Bajard
ma szanse pokonania Srebrzystej gwiazdy i że na niego gra wasza
stajnia?
- Aha! to pan tu przyszedł na zwiady! - wykrzyknął chłopiec.
- Zaraz panu pokażę, jak stoją sprawy w Kings Pajlend!
Z temi słowy poskoczył do odległego kąta stajni, żeby
spuścić wielkiego psa z łańcucha. Dziewczyna poczęła uciekać ku
domowi, w drodze atoli obejrzała się i spostrzegła, że nieznajomy
przechylił się przez okno. Zresztą, niespełna w minutę, gdy Genter
wybiegł z psem na podwórze, nie było już nieznajomego i chociaż
chłopiec obiegł stajnię dokoła, ani śladu nigdzie go nie było.
- Chwileczkę... - przerwałem mówiącemu: - czy chłopiec,
wybiegłszy z psem, zamknął drzwi od stajni?..
- Wybornie, Watsonie, wybornie! - zawołał mój towarzysz. -
To pytanie i mnie nurtowało. Wczoraj też posłałem depeszę do
Dartmuru, żeby wyjaśnić tę sprawę. Otóż chłopiec zamknął drzwi za
sobą. Teraz co do okienka, to było ono za małe, by mógł przez nie
przeleźć człowiek.
Genter poczekał, aż wrócili jego towarzysze, i wtedy
oznajmił, co zaszło, berajterowi. Straker bardzo się tem
zaniepokoił, chociaż widocznie nie bardzo wiedział, o co chodzi.
Mimo to niepokój nie opuszczał go - i o pierwszej w nocy, pani
Straker, która się obudziła, ujrzała, że mąż jej się ubiera. Na
zapytanie jej odrzekł, że obawia się o konie i że pójdzie do stajni
zobaczyć, czy wszystko tam w porządku. Prosiła go, by pozostał,
gdyż padał deszcz, nie posłuchał jej jednak, wdział płaszcz od
deszczu i wyszedł z domu.
- O siódmej zrana; gdy pani Straker się obudziła,
spostrzegła, że mąż jej jeszcze nie wrócił. Spiesznie się tedy
ubrała, zawołała służącą i udały się do stajni. Drzwi do stajni
były otwarte; Genter, na krześle skurczony, spał, jak zabity,
zagroda Srebrzystej Gwiazdy stała pustkami, a berajtera nie było
ani śladu.
Zbudziły coprędzej obu chłopców, śpiących na strychu. Ci nic
nie słyszeli w nocy, obaj bowiem zazwyczaj twardo spali. Gentera
upojono widocznie jakimś narkotykiem, nie można bowiem było
dobudzić się go, ani coś sensownego wydobyć. Pozostawiono go tedy w
spokoju, żeby się wyspał, chłopcy zaś i obie kobiety puściły się na
poszukiwania nieobecnych. Wciąż jeszcze myślano, że berajter
wyprowadził konia na ranną przechadzkę; gdy jednak wyszli na
wzgórek, z którego całą okolicę widać było jak na dłoni, i nigdzie
ani widać, ani słychać nie było konia, naraz ujrzeli coś, co zdjęło
ich trwogą, dając do domysłu, że się stało nieszczęście.
W odległości ćwierci mili od stajni, na nizkim krzaku, leżał
porzucony surdut Dżona Strakera; tuż opodal w niewielkim dole
leżało ciało nieszczęsnego berajtera. Czaszka była rozbita cieżkiem
jakiemś widocznie narzędziem, na ciele z boku widniała długa wązka
rana, zadana prawdopodobnie jakiemś bardzo ostrem narzędziem. Dżon
Straker musiał widocznie bronić się od morderców, bowiem w prawej
ręce miał mały nóż otwarty, cały krwią zbroczony, zaś w lewej - w
garści mocno zaciśniętej trzymał czarny jedwabny krawat w białe
grochy, który, jak twierdziła dziewczyna, miał być owego wieczoru
na szyi nieznajomego, gdy tenże przychodził do stajni.
- Gdy Genter się obudził, oświadczył to samo, dodał przytem,
że to ów nieznajomy wsypał mu widocznie proszek usypiający do
baraniny i tym sposobem pozbył się go skutecznie.
- Co się tycze konia, to wnosząc z wielu bardzo śladów
kopyt, które się odbiły na błocie nie grzązkiem, z całą pewnością
można było świadczyć, iż podczas zbrodni znajdował się w tem
miejscu. Od tego jednak ranka znikł bez śladu; poruszono wszystkich
cyganów w Dartmurze; pomimo jednak wielkiej nagrody, jaką
wyznaczono za odprowadzenie, nie zdołano natrafić na ślad jego. Co
się tycze kolacyi chłopca stajennego, to analiza wskazała, że w
baraninie znajdowało się opium w proszku, od którego chłopiec
zasnął niebawem po zjedzeniu, podczas gdy wszyscy inni, jedzący
tego wieczoru baraninę, pozostali zdrowi i przytomni.
- Oto są fakty główniejsze, zakomunikowane mi przez policyę;
szczegółów nie będę przytaczał.
- Inspektor policyjny, Gregori, któremu poruczono tę sprawę,
bez wątpienia człowiek zasłużony, na jednym tylko punkcie szwankuje
- mianowicie na punkcie wyobraźni! Nie posiada jej wcale.
Przyjechawszy na miejsce wypadku, kazał niezwłocznie aresztować
człowieka, na którego przedewszystkiem winno było paść podejrzenie.
Nie trudno go było odszukać, wszyscy go bowiem znali w okolicy.
Nazywa się, jeśli się nie mylę, Ficroj Simpson. Jest to człowiek
znanego dosyć rodu i bardzo starannie wychowany. Niegdyś zamożny,
stracił wszystko, grając na wyścigach, i żył z tego, że spełniał
różne polecenia londyńskich klubów sportowych. W notatniku, który
miał przy sobie, odczytano, iż założył się o pięć tysięcy funtów
przeciw faworytce Rossa.
- Gdy go aresztowano, przyznał się odrazu, że jeździł do
Dartmuru, a to w celu dowiedzenia się czegoś o koniach w Kings
Pajlendzie, a także o Deborze, drugim faworycie, który znajdował
się pod opieką Silasa Brauna w stajniach Kepltońskich. Nie starał
się zapierać zupełnie, że go widziano w wilię dnia tego koło
stajni, zapewniał jednak, że nie miał żadnych złych zamiarów, lecz
pragnął zasięgnąć języka bezpośrednio u źródła. Gdy pokazano mu
krawat, zbladł raptownie i nie mógł dać żadnych wyjaśnień, zkądby
się mógł w ręce zabitego znajdować. Odzież jego przemokła
świadczyła wyraźnie, iż w wilię aresztowania był na deszczu, ciężka
zaś laska jego, zakończona ołowiem, mogła być tem zabójczem
narzędziem, którego kilka uderzeń spowodowało śmierć nieszczęsnego
berajtera.
Z drugiej atoli strony, na ciele aresztowanego nie było ani
śladu rany, ani zadraśnięcia, gdy tymczasem nóż zbroczony w ręku
Strakera wskazywał wyraźnie, że co najmniej jeden z zabójców musiał
być nim zraniony.
- Masz teraz, kochany Watsonie, wszystko, jak na dłoni; będę
ci prawdziwie obowiązany, jeżeli rzucisz na te sprawę choć trochę
światła.
Z największą uwagą wysłuchałem tego opowiadania Holmsa,
wyłożonego ze zwykłą mu jasnością. Choć większość faktów była mi
wiadomą, nie zdołałem jednak dotychczas uchwycić wewnętrznego ich
związku i ocenić ich wartości.
- Czyż nie jest rzeczą możebną, - odezwałem się, - że rana,
na ciele Strakera skonstatowana, była zadana własnym jego nożem i
własną ręką w chwili targań konwulsyjnych, spowodowanych przez
wstrząśnienie mózgu.
- Nie tylko możebne, lecz zupełnie prawdopodobne, - odrzekł
Holms. - A wtedy upada najważniejsze ze świadectw, jakie było na
obronę aresztowanego.
- Po za tem, - dodałem jeszcze, - nic sobie dotychczas, nie
uprzytamniam co sądzi o tem wszystkiem policya.
- Obawiam się, że wszystkie przypuszczenia, które poczyniła,
dadzą pole do poważnych zaprzeczeń, - rzekł mój towarzysz. - O ile
mi się zdaje, policya jest zdania, że Ficroj Simpson, uśpiwszy
chłopca i zdobywszy jakąś drogą drugi klucz, otworzył stajnię i
wyprowadził konia, z zamiarem prawdopodobnie natychmiastowego
uprowadzenia. Uzdy konia nie znaleziono na zwykłem miejscu w
stajni, włożył więc ją widocznie na konia. Zostawiwszy następnie
drzwi za sobą otwarte, miał już konia przez błoto uprowadzać, gdy
oto spotkał go czy przyłapał berajter. Wywiązała się walka. Simpson
ciężką swą laską rozwalił głowę berajterowi, nie otrzymawszy
wzamian uszkodzenia od małego noża, którego Straker użył widocznie
do obrony. Potem zbrodniarz lub ukrył konia w miejscu gdzieś
ustronnem, lub też koń się wyrwał i uciekł od niego na błota. Tak
oto przedstawia się rzecz policyi, a chociaż to wszystko jest
bardzo nieprawdopodobne, nieprawdopodobniejszem wszakże byłoby
każde inne przypuszczenie. Zresztą, co rychlej rozpatrzę to
wszystko na miejscu, tymczasem nic stanowczego nie mogę o tem
orzec.
Pod wieczór dopiero dojechaliśmy do małej mieściny
Tawistoku, znajdującej się pośrodku Dartmuru. Dwóch panów
oczekiwało na nas na stacyi: jeden z nich wysokiego wzrostu, z
ogromną czupryną, wielką brodą i bystremi oczyma niebieskiemi;
drugi - drobny, wykwintny i wesoły, w surducie i w sztybletach, z
małemi faworytami i z monoklem w oku. Był to pułkownik Ross, znany
sportsman. Pierwszy - był to inspektor Gregori, który w krótkim
czasie umiał zjednać sobie imię śród śledczych ajentów policyi
londyńskiej.
- Rad jestem wielce, że widzę pana, mister Holms, - rzekł
pułkownik. - Pan inspektor uczynił już wszystko, co tylko można
było obmyślić, ja zaś postanowiłem wszystko dokoła przetrząsnąć,
byle tylko odszukać zabójcę biednego Strakera i odzyskać mego
cennego konia.
- Jest co nowego? - zapytał Holms.
- Niestety! wyznać muszę, że sprawa nasza posuwa się bardzo
wolno, - rzekł inspektor. - Czeka tu na nas powóz otwarty; ponieważ
pan zechce prawdopodobnie za dnia jeszcze obejrzeć miejsce wypadku,
opowiem panu szczegóły w powozie.
Za chwilę siedzieliśmy już wszyscy czterej w wygodnem
landzie i jechaliśmy ulicami starego oryginalnego miasteczka.
Inspektor Gregori był bardzo całą tą sprawą przejęty i mówił
bez przerwy, Holms zrzadka tylko rzucał pytanie lub wydawał okrzyk.
Pułkownik Ross siedział, wciśnięty w poduszki, ze skrzyżowanemi na
piersiach rękoma i z nasuniętą na oczy czapką, przysłuchując się
ciekawie rozmowie dwóch ajentów.
Gregori wypowiadał swój pogląd, prawie w zupełności
odpowiadający temu, jaki wywróżył Holms w wagonie.
- Wszystkie poszlaki zwracają się przeciw Simpsonowi, -
mówił Gregori, - przypuszczam też, że on jest zabójcą. Jednocześnie
atoli rozumiem doskonale, że fakty te mogą być przypadkowemi i że
nowa jaka okoliczność może wszystko do góry nogami wywrócić.
- Jakież jest zdanie pańskie co do noża Strakera?
- Przyszliśmy do wniosku, że sam się zranił, padając na
ziemię.
- Przyjaciel mój, doktór Watson, zrobił to samo
przypuszczenie, gdyśmy jechali koleją. To wszakże świadczy przeciw
Simpsonowi.
- Bez wątpienia. Nie ma na ciele ani zadraśnięcia. Tymczasem
poszlaki wszystkie przeciw niemu. Chodziło mu wielce o zgładzenie
faworytki niepożądanej; podejrzenie o uśpienie chłopca pada na
niego w zupełności; był na deszczu; był uzbrojony w ciężką laskę i
w ręku zabitego znaleziono jego krawat. Zdaje mi się, że mamy prawo
wystąpić przeciw niemu z oskarżeniem.
Holms pokręcił głową.
- Wyrokowanie o tem jest przedwczesne. Pocóż by tedy
wyprowadzał konia ze stajni? Jeżeli chciał go skaleczyć, mógł to
zrobić i w stajni. Czy znaleziono drugi klucz w jego kieszeni? Kto
mu sprzedał opium sproszkowane? A co najważniejsza, jakim sposobem,
nie znając miejscowości, mógł ukryć w niej konia, przytem konia tak
powszechnie znanego? Jakże się tłomaczy co do tego papierka, który
chciał dać służącej, by doręczyła chłopcu?
- Powiada, że to był papierek dziesięcio-funtowy. Znaleziono
istotnie w kieszeni jego ubrania banknot tej wartości. Na inne
pańskie pytania odpowiedź łatwa. Okolica była mu znana. Mieszkał
dwa lata z rzędu w Tawistoku. Opium przywiózł widocznie z Londynu.
Klucz, gdy spełnił już zadanie, był nie potrzebny; wyrzucił go też
zapewne. Koń, być może, leży gdzie w dole lub w starych błotnych
wertepach.
- Cóż mówi o krawacie?
- Przyznaje się, że jest jego i powiada, że go musiał
zgubić. Zjawiła się atoli nowa okoliczność, która poniekąd
wyjaśnia, jakie miał względem konia zamiary.
Holms nastroszył uszu.
- Odnaleźliśmy ślad obozu cygańskiego, który się znajdował w
odległości mili od miejsca wypadku; w noc poniedziałkową był tam
jeszcze, we wtorek zniknął. Przypuściwszy, że między cyganami i
Simpsonem istniało porozumienie, przychodzimy do wniosku, że koń
był do nich prowadzony, kiedy Straker go zdybał, i że być może u
nich się teraz znajduje.
- Rozumie się, że to możebne.
- Obszukaliśmy wszystkie błota dokoła, lecz po cyganach
nawet ślad przepadł. Kazałem także przetrząść i przepatrzeć
wszystkie stajnie i zagrody w Tawistoku, tudzież całą okolicę w
promieniu dziesięciomilowym.
- Zdaje się, że tu w pobliżu są jeszcze inne stajnie?
- Tak - i to jest okoliczność, którą mieć trzeba wielce na
uwadze. Ponieważ Debora, koń, należący do tych stajen, był drugim
faworytem, korzystną było dla nich rzeczą, by zniknął pierwszy
faworyt. Berajter Silas Braun poczynił wiele zakładów, polegając na
swym koniu; stosunek jego do biednego Strakera nie był wcale
przyjazny: ta rzecz była pewną. Pomimo jednak, żeśmy przeszukali
stajnie jak najstaranniej, nie znaleźliśmy nic podejrzanego.
- Zupełnie nic?
- Najzupełniej.
Holms wtulił się głębiej w poduszki i umilkł; rozmowa się
przerwała. Po kilku minutach podjechaliśmy do pięknego domku,
stojącego koło drogi, pobudowanego z czerwonej cegły. Opodal za
parkanem ciągnął się budynek długi i nizki. Dokoła - aż do skrajów
horyzontu widniały błota i moczary, paprocią poszyte, więdnącą i
pożółkłą; jednostajność widoku w jednem tylko miejscu przerywał
zarys dalekich wież Tawistoku i szereg domków na zachodzie, gdzie
były stajnie Kepltońskie. Wyszliśmy wszyscy z powozu prócz Holmsa,
który wciąż siedział z utkwionemi w przestrzeń oczyma, całkowicie
pogrążony w myśleniu. I wtedy tylko, gdym dotknął jego ramienia,
drgnął i wysiadł z powozu.
- Wybacz pan, - rzekł do inspektora Gregori'ego, który
patrzał na niego zdziwiony, - zamyśliłem się.
Z oczu jego i z wyrazu twarzy, ja, co znałem go tak dobrze,
odrazu wyczytałem, że zagadka, która nas dręczyła, została przez
niego rozwiązaną; znaczenia jej atoli nie mogłem się domyślić.
- Panie Holms! czy pan chce zaraz udać się na miejsce
wypadku?
- Przedtem pragnąłbym zatrzymać się tu trochę i zadać parę
pytań, które mnie interesują. Wszak prawda, że Strakera
przeniesiono tutaj?
- Tak jest. Leży na górze. Śledztwo naznaczone na jutro.
- On służył u pana kilkanaście lat, nieprawdaż, panie
pułkowniku?
- Tak. Był sługą zawsze wzorowym.
- Przypuszczam, że zrobiliście panowie spis rzeczy, które
znaleźliście w jego kieszeni.
- Rozumie się. Leżą one tu w sali. Jeżeli pan pragnie, może
pan je obejrzeć.
- Z całą przyjemnością.
Weszliśmy wszyscy do sali i zasiedliśmy przy okrągłym stole.
Po chwili inspektor podał nam kilka przedmiotów, które wyjął z
czworokątnego pudełka metalowego. Były to: pudełko zapałek,
dwucalowa łojowa świeczka, sakwa ze skóry foczej, zawierająca uncyę
tytoniu, srebrny zegarek z łańcuszkiem złotym, kilka papierów i
nożyk z trzonkiem z kości słoniowej, z ostrzem cienkiem i giętkiem,
wyrobu fabryki Wejsa i S-ka w Londynie.
- Jaki oryginalny nóż, - rzekł Holms, biorąc go i
przypatrując mu się z uwagą. - Ponieważ są tu ślady krwi,
przypuszczam, że to ten sam, który był w ręku zabitego? Ten nóż,
Watsonie, jeśli się nie mylę, ma związek z waszą profesyą.
- Tak jest. Jest to nóż, jakiego używamy przy zdejmowaniu
katarakty ocznej, - odrzekłem.
- Tak też przypuszczałem. Cienkie to ostrze przeznaczone
jest do subtelnej roboty. Rzecz ciekawa, dlaczego Straker wziął to
ze sobą podczas swej nocnej wyprawy, tem ciekawsza, że nóż się
wcale nie zamyka.
- Ostrze to było w skórzanym futerale, który znaleźliśmy
niedaleko od trupa ofiary, - rzekł inspektor. - Żona jego
stwierdziła, że nożyk ten od kilku dni już leżał na tualetce i że
Straker wziął go, kiedy wychodził z pokoju. Broń to na wroga zaiste
nie szczególna, wziął to jednak widocznie, nie mając nic innego pod
ręką.
- To możebne. No, a te papiery?
- Trzy z nich - to rachunki za siano. Tu oto - polecenie
pułkownika Rossa, a tu - rachunek krawcowej na trzydzieści siedm
funtów piętnaście szylingów, od madame Lesuryez z Bandstritu na
imię Wiliama Derbiszura. Pani Straker powiada, że Derbiszure -
przyjaciel jej męża, i że listy do niego czasami przychodziły na
ich imię.
- Ho, ho! Ależ ta pani Derbiszure ma gusta niepowszednie, -
zauważył Holms, przeglądając rachunek. - Dwadzieścia dwie gwinee
jedno ubranie - to dosyć wiele. No, zdaje się, żeśmy już wszystko
tutaj obejrzeli i że teraz możemy się udać na miejsce wypadku.
Gdyśmy wychodzili z salonu, jakaś niewiasta, która widocznie
czekała na nas w korytarzu, postąpiła krok naprzód i schwyciła za
rękę inspektora. Twarz jej była blada, zapadła; znać było, że
przeszła wielkie nieszczęście.
- Cóż? znaleźliście ich panowie? pojmaliście? - zapytała.
- Nie, pani Straker! Dotychczas - nie. Lecz oto przybył z
Londynu pan Holms, żeby nam pomódz. Niech pani będzie spokojną;
uczynimy wszystko, co będzie w naszej mocy.
- Zdaje się, żem widział panią niedawno w Plimuth, na jakimś
pikniku, pani Straker! Czy tak? - zapytał Holms.
- Nie, panie, pan się myli.
- Patrzcie państwo! Mógłbym przysiądz, że to pani była.
Miała pani na sobie suknię koloru niebieskiego z przybraniem z piór
strusich.
- Nigdy nie miałam takiej sukni, proszę pana, - rzekła
zaskoczona.
- Ha, w takim razie omyliłem się, - rzekł Holms; a
przeprosiwszy ją za sprawiony niepokój, wyszedł wraz z inspektorem
z mieszkania. Nie uszliśmy jeszcze kilkunastu kroków, gdy
znaleźliśmy się w obrębie tego miejsca, na którem znaleziono trupa;
krzak, na którem był porzucony surdut, znajdował się tuż w pobliżu.
- Wszak prawda, że tej nocy nie było wiatru? - zapytał
Holms.
- Nie! był tylko deszcz dość duży.
- W takim razie surdut był tu złożony, i wiatr nie mógł go
aż tu zapędzić.
- Prawdopodobnie, był złożony.
- To - ciekawe. Ha, ha! Ależ tu ziemia porządnie stratowana.
Bez wątpienia, od poniedziałku odcisnęło się tu wiele śladów.
- Bynajmniej. Położyliśmy tu z boku maty i na nich stojąc,
oglądaliśmy.
- Wybornie.
- Oto mam tutaj w torbie jeden z butów, które były na nogach
Strakera, jeden but Ficroya Simpsona i podkowę Srebrzystej Gwiazdy.
- Kochany inspektorze! Przeszedłeś pan sam siebie!
Holms wziął torbę z rąk inspektora i przysunąwszy matę,
położył się na niej brzuchem, a podparłszy głowę łokciami, począł
najuważniej badać wszystkie ślady.
- Otóż to tak! - wykrzyknął nagle. - A to co znowu?
Była to zapałka woskowa, do połowy spalona i tak błotem
pokryta, że wyglądała, jak kawałek patyczka.
- Nie rozumiem, jak mogłem to przeoczyć, - rzekł inspektor
głosem niezadowolonym.
- Bo też trudno ją było dojrzeć w błocie. Ja ją dla tego
tylko znalazłem, żem jej szukał właśnie.
- Jakto? Szukałeś jej pan?
- Nie inaczej. Przypuszczałem, że znajdę coś w tym rodzaju.
Wyjął buty z worka i każdy z nich przykładał do śladów na
ziemi. Potem obszedł całe to miejsce do koła i nawet podpełzał pod
krzaki i paprocie.
- Wątpię, czy pan co jeszcze znajdzie, - rzekł inspektor.
Przepatrzyłem wszystko naokół w promieniu sto yardowym.
- A! w takim razie, - rzekł Holms, powstając z ziemi, - nie
śmiem sprawdzać po panu. Pragnąłbym jednakże, zanim się ściemni,
przejść się trochę po błotach, a co się tycze tej podkowy, to biorę
ją do kieszeni - na szczęście.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.