PRZEDMOWA
Długo zastanawiałem się Drogi Czytelniku jak przygotować to dzieło, które trzymasz w dłoniach. Nie, nie jestem jego autorem. Przyjąłem na siebie jedynie rolę redaktora. Pokusiłem się, aby zrobić coś odwrotnego od tego, co zazwyczaj jest czynione. Otóż postanowiłem przenieść Internet do drukowanej książki. W połowie pracy zauważyłem jak trudne to zadanie. Zmierzyłem się z ogromnym materiałem zgromadzonym przez mojego ojca na blogu, którego prowadzi już 10 lat. Wybrałem jedynie skrawki, które niczym ulotne chwile, bardziej przypominają wspomnienia. Zatem Drogi Czytelniku, najbardziej odpowiednio jest nazwać to dzieło pamiętnikiem.
Kiedy w 2014 roku mój ojciec zaczął prowadzić bloga, nic nie zapowiadało tego, że w krótkim czasie stanie się on dość popularny w kręgach lokalnych rowerzystów. Posty pełne opisów przyrody, historycznych odniesień i kontekstów, okraszone naprawdę dobrymi zdjęciami i poczuciem humoru, szybko zaczęły służyć lokalnym obieżyświatom za inspirację do wyznaczania sobie tras wędrówek. W tym miejscu Drogi Czytelniku możesz zastanawiać się, czemu nie używam określenia "mój tata". Prawda, brzmiałoby zdecydowanie lepiej i cieplej. Lecz w moim rodzinnym domu zawsze, z bratem, mówiliśmy o nim "nasz ojciec", w czym kryło się równie wiele ciepła i rodzinnej więzi. Zatem Drogi Czytelniku, sam rozumiesz, tylko taki zwrot jest dla mnie naturalny... już od 45 lat.
To, że ojciec ma talent do robienia zdjęć, wiedzieliśmy praktycznie od dzieciństwa. Wszystkie rodzinne wycieczki były przez niego dokumentowane. Wielki, ciężki aparat Zenit, chyba radzieckiej produkcji, zawsze wisiał mu u szyi. Jeszcze pamiętam wielką optyczną maszynę, która znajdowała się w piwnicy. Nigdy nie widziałem jej w użyciu, ale był to ślad po czasach, kiedy ojciec także sam zdjęcia wywoływał. Zrobienie zdjęcia w tamtych czasach nie było łatwe. Dzisiejszy uczeń podstawówki, w ciągu godziny robi więcej zdjęć, niż standardowy Polak lat 80-tych XX wieku w ciągu roku. I tak oto staliśmy sobie grzecznie w bezruchu, a ojciec celował w nas obiektywem, który posiadał dziesiątki pokręteł, namiętnie przez niego obracanych. Zniecierpliwieni, słuchaliśmy wykładu, że aparat trzeba ustawić żeby zdjęcie wyszło. Wychodziło, bardzo dobrze mu wychodziło. Ot, zwykłe fotki z wakacji, ale po latach dalej dobrze się je ogląda. Czasy się zmieniły, a aparaty stały się cyfrowe, robienie zdjęć proste jak nigdy. Niemniej śledząc karty tego dzieła, zauważysz z pewnością Drogi Czytelniku, że oko ma mój ojciec dalej dobre do fotografowania.
To, że ojciec uwielbia historię, to też właściwie wiedzieliśmy od dawna. Wiedział wszystko, zawsze. Pamiętam, że kiedy byłem w liceum to miałem problem, żeby przebrnąć przez opasłe lektury. Myślałem, że po przeczytaniu "Zbrodni i kary" dostanę medal, a tymczasem mój ojciec w tym samym czasie, w kuchni, "leciał" sobie historię Rosji od XV do XVII wieku, książkę grubości opony do Fiata 126p, zapisanej małym druczkiem. Mało tego, on to nie tylko przeczytał, on to pamiętał. Każda podróż, dłuższa czy krótsza, wiązała się z tym, że walorem dodatkowym była przypowieść naszego ojca na temat historii danego miejsca. Czasem miałem wrażenie, że w tym kraju każdy kamień leżący przy drodze ma jakąś historię.
O jego kolejnych pasjach dowiedzieliśmy się trochę później. Rower. Przez jednych używany jako środek transportu, dla innych jest jedynie sportowym przyrządem. Dla mojego ojca stał się przyjemnością, bo dawał wolność swobodnej podróży i fantastyczny kontakt z przyrodą. Kiedy nogi nadają rytm, a wzrok śledzi uciekający spod kół asfalt, to się rozum uspokaja, bo nadąża za organizmem na swój sposób, układając myśli w równe sztaple, jak deski w tartaku. Wiem, bo kiedyś też sporo jeździłem. Ojciec jeździ dużo i oby miał siłę jeździć jeszcze więcej. Oczywiście to nie sama jazda, bo dodatkowo jest w stanie rozłożyć w piwnicy rower na drobne części i złożyć go z zamkniętymi oczami, niczym komandos składający swój karabin.
Kiedy przeczytałem jego wpisy na blogu zauważyłem, że ma też dar do pisania. Oto Drogi Czytelniku trafia w Twe ręce skopiowanych kilkadziesiąt postów z 10 lat historii bloga www.bikestats.pl/rowerzysta/Jorg. Autor bloga, Jorg (mój ojciec) nie wiedział, że mam zamiar to zrobić, więc nie miał wpływu, na dobór postów. Mam wrażenie, że nawet ja nie miałem wpływu, bo tyle tam tego jest i wszystko dobre, że czasami musiałem przyjmować metodę losowania, który post trafi do książki.
Znajdziesz tu Drogi Czytelniku głównie opisy ciekawostek bliższej i dalszej okolicy Skwierzyny, miejsca gdzie Jorg osiadł na stałe, ale odwiedził on rowerem praktycznie całe północne województwo lubuskie, od Kostrzyna nad Odrą na zachodzie, od Świebodzina na południu, po zachodnią Wielkopolskę, Międzychód i okolice, aż do Poznania. Świetnie w swych podróżach i odkryciach udokumentował kulturę zachodniej Polski i nieco zaniedbane dziedzictwo dawnych mieszkańców tych terenów. Z wielką pasją odnajdował w lasach Puszczy Noteckiej ślady po dawnych niemieckich osadach. Fantastycznie ukazał życie współczesnych mieszkańców północnej Ziemi Lubuskiej, na tle artefaktów pozostawionych przez przedwojennych Niemców. Udowodnił w swych podróżach, że ślady te widać, wystarczy otworzyć oczy. Pokazał, że człowiek powinien się zatrzymać, zajrzeć za krzak i zastanowić się kto mieszkał w domu, z którego zostało jedynie parę cegieł. Historia Ziemi Lubuskiej jest wielowymiarowa, w świadomości współczesnych naznaczona okrucieństwem II wojny światowej. Odwiedził Jorg wiele pozostałości po betonowych bunkrach, które są świadectwem szalonych idei XX wieku, które niech na zawsze już pozostaną ruinami. Jorg sięgał często dalej, odnajdując perełki z czasów napoleońskich i dużo wcześniejszych, z początkami chrześcijaństwa na tych ziemiach włącznie. Ślady dawnych mnichów, bitew, legend, opowieści o dawnych władcach. Lecz, co najważniejsze, uchwycił również ślady zwykłego życia ludzi, dla których ziemie te były domem, i współcześnie są domem. Bywał też Jorg rowerem w swych rodzinnych stronach, w dalekiej Małopolsce, a posty z wycieczek po malowniczych Ryglicach i Tuchowie też tutaj odnajdziesz. Uważaj Drogi Czytelniku!!! Jorg przejechał 91 618,16 km, w rowerowym siodełku spędził 193 doby, 16 godzin i 42 minuty, a na blogu umieścił 990 postów. Statystyka cały czas rośnie. Zatem Drogi Czytelniku, jeśli spodoba Ci się to dzieło, zajrzyj koniecznie na bloga rowerzysty Jorga (mojego ojca).
Artur Wójtowicz
Październik 2024 r.