Pamiętniki Mordbota: Wszystkie wskaźniki czerwone / Sztuczny stan - Martha Wells

Kup ebooka

35.00 zł
27.79 zł (26,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Po zha­ko­wa­niu swo­jego modułu kon­tro­lera mogłom zająć się maso­wymi mor­dami, ale dotarło do mnie, że mogę korzy­stać ze wszyst­kich kana­łów roz­ryw­ko­wych dostęp­nych przez sate­lity firmy. Od tam­tej pory minęło dobrze ponad trzy­dzie­ści pięć tysięcy godzin bez prze­sad­nego mor­do­wa­nia, choć być może, zapewne, rów­nież nieco poni­żej trzy­dzie­stu pię­ciu tysięcy godzin pochła­nia­nia fil­mów, seriali, ksią­żek, sztuki i muzyki. Bar­dzo nie wycho­dziło mi bycie bez­li­to­sną maszyną do zabi­ja­nia.

Wciąż wyko­ny­wa­łom swoją pracę, obec­nie na nowym kontr­ak­cie, mając nadzieję, że dok­tor Vole­scu i dok­tor Bha­ra­dwaj szybko skoń­czą swoje bada­nia, żeby­śmy mogli wró­cić do bazy, gdzie zajmę się obej­rze­niem trzy­sta dzie­więć­dzie­sią­tego siód­mego odcinka Wzlotu i upadku księ­ży­co­wej ostoi.

Przy­znaję, że nie sku­pia­łom się mocno. Jak dotąd kon­trakt był bar­dzo nudny i roz­wa­ża­łom prze­rzu­ce­nie kanału alar­mo­wego w tło i próbę dostępu do muzyki z roz­ryw­ko­wego w taki spo­sób, żeby sys­tem cen­tralny nie reje­stro­wał dodat­ko­wej aktyw­no­ści. Zro­bie­nie tego w tere­nie było trud­niej­sze niż w bazie.

Oce­niana strefa była suro­wym przy­brzeż­nym frag­men­tem wyspy, pofa­lo­wa­nym w niskie wzgó­rza poro­śnięte gęstą, się­ga­jącą kostek zie­lon­kawo-czarną trawą. Nie było tu za wiele innych roślin ani zwie­rząt poza garstką róż­nych pta­ko­po­dob­nych stwo­rzeń i czymś nadmu­cha­nym, uno­szą­cym się w powie­trzu, co wyda­wało się nie­szko­dliwe. W pobliżu brzegu znaj­do­wało się sporo pozba­wio­nych roślin­no­ści kra­te­rów, a Bha­ra­dwaj i Vole­scu wła­śnie pobie­rali z jed­nego próbki. Pla­netę ota­czał pier­ścień, który z naszej bie­żą­cej pozy­cji domi­no­wał na hory­zon­cie od strony morza. Zaj­mo­wa­łom się oglą­da­niem nieba i deli­kat­nym obma­cy­wa­niem stru­mie­nia danych, gdy dno kra­teru eks­plo­do­wało.

Nie tra­cąc czasu na wyko­na­nie gło­so­wego połą­cze­nia awa­ryj­nego, wysła­łom stru­mień wideo z mojej kamery tere­no­wej do dok­tor Men­sah i sko­czy­łom w głąb kra­teru. Brnąc przez piasz­czy­ste zbo­cze, usły­sza­łom Men­sah krzy­czącą do kogoś na kanale awa­ryj­nym komu­ni­ka­tora, żeby natych­miast pode­rwał skoczka. Byli jakieś dzie­sięć kilo­me­trów stąd, pra­cu­jąc w innej czę­ści wyspy, więc nie było mowy, żeby dotarli tu na tyle szybko, by pomóc.

Stru­mień wypeł­niły sprzeczne pole­ce­nia, ale nie zwra­ca­łom na nie uwagi. Nawet mój moduł kon­tro­lera nie został zmo­dy­fi­ko­wany, stru­mień awa­ryjny miał prio­ry­tet, a na nim też pano­wał chaos, z auto­ma­tycz­nym sys­te­mem cen­tral­nym żąda­ją­cym danych, pró­bu­ją­cym wysy­łać mi jesz­cze nie­po­trzebne infor­ma­cje oraz Men­sah prze­sy­ła­jącą mi tele­me­trię ze skoczka. Która rów­nież nie była mi potrzebna, ale przy­naj­mniej było ją łatwiej igno­ro­wać niż sys­tem cen­tralny rów­no­cze­śnie żąda­jący odpo­wie­dzi i pró­bu­jący ich udzie­lać.

Pośrodku tego wszyst­kiego dotar­łom na dno kra­teru. W obu przed­ra­mio­nach mam wbu­do­waną małą broń ener­ge­tyczną, ale się­gnę­łom po zamo­co­wany do ple­ców duży kara­bin na poci­ski. Wro­gie stwo­rze­nie, które wystrze­liło z ziemi, miało naprawdę wielką pasz­czę, więc uzna­łom, że potrze­buję dużego kali­bru.

Po wyszarp­nię­ciu Bha­ra­dwaj z jego pasz­czy wepchnę­łom się tam zamiast niej, a potem wypa­li­łom z kara­binu w głąb jego gar­dła i w górę, gdzie powi­nien znaj­do­wać się mózg. Nie mam pew­no­ści, czy wszystko to zaszło w tej kolej­no­ści, trzeba by odtwo­rzyć nagra­nie z mojej kamery polo­wej. Wie­dzia­łom tylko, że to ja mam Bha­ra­dwaj, a nie stwór, który scho­wał się z powro­tem w swoim tunelu.

Była nie­przy­tomna i krwa­wiła przez kom­bi­ne­zon z potęż­nych ran na pra­wej nodze i w boku. Kara­bin tra­fił z powro­tem do uprzęży, żeby uwol­nić obie ręce do unie­sie­nia jej. Stra­ci­łom pan­cerz na lewej ręce i sporo ciała pod spodem, ale moje nie­orga­niczne czę­ści wciąż dzia­łały. Dotarł kolejny pakiet pole­ceń z modułu kon­tro­lera, więc wrzu­ci­łom go w tło, nie zawra­ca­jąc sobie głowy deko­do­wa­niem. Zde­cy­do­wa­nym prio­ry­te­tem była teraz nie­ma­jąca czę­ści nie­orga­nicz­nych i nie tak łatwo dająca się napra­wić Bha­ra­dwaj, a mnie inte­re­so­wało głów­nie to, co w stru­mie­niu awa­ryj­nym pró­bo­wał do mnie mówić sys­tem medyczny. Naj­pierw jed­nak nale­żało ją wydo­stać z kra­teru.

Przez cały ten czas Vole­scu kulił się na wywró­co­nym kamie­niu i total­nie pani­ko­wał, co było dla mnie cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe. Ja w takiej sytu­acji jestem dużo mniej podatne na znisz­cze­nie, a nie mogę powie­dzieć, żebym się świet­nie bawiło.

- Dok­to­rze Vole­scu, musi pan teraz iść ze mną - powie­dzia­łom.

Nie zare­ago­wał. Sys­tem medyczny zale­cał zastrzyk uspo­ka­ja­jący i bla, bla, bla, ale jedna moja ręka zaci­skała się na kom­bi­ne­zo­nie dr Bha­ra­dwaj, żeby powstrzy­mać krwa­wie­nie, a druga pod­pie­rała jej głowę. A mimo wszystko wciąż mia­łom tylko dwie ręce. Pole­ci­łom heł­mowi się zło­żyć, żeby zoba­czył moją ludzką twarz. Gdyby wróg wyło­nił się ponow­nie i znowu mnie ugryzł, to byłby fatalny błąd, bo potrze­bo­wa­łom orga­nicz­nych czę­ści swo­jej głowy. Przy­bra­łom pewny, cie­pły i łagodny ton głosu.

- Wszystko będzie dobrze, dok­to­rze Vole­scu, ale musi pan wstać, podejść tu i pomóc mi ją stąd wydo­stać.

Zadzia­łało. Dźwi­gnął się na nogi i chwiej­nie ruszył w moją stronę, wciąż się trzę­sąc. Zwró­ci­łom się ku niemu nie­usz­ko­dzoną stroną.

- Pro­szę zła­pać moją rękę, dobrze? I trzy­mać.

Zdo­łał zacze­pić się ręką o zgię­cie mojego łok­cia i ruszy­łom w górę kra­teru, cią­gnąc go i przy­ci­ska­jąc Bha­ra­dwaj do piersi. Oddy­chała nie­równo i chra­pli­wie, a jej kom­bi­ne­zon nie prze­sy­łał żad­nych infor­ma­cji. Mój został roze­rwany na tor­sie, więc pod­wyż­szy­łom tem­pe­ra­turę ciała w nadziei, że to pomoże. Stru­mień ucichł w końcu, bo Men­sah użyła swo­jego prio­ry­tetu dowo­dze­nia do wyci­sze­nia wszyst­kiego poza sys­te­mem medycz­nym i skocz­kiem, a w stru­mie­niu skoczka sły­sza­łom tylko, jak pozo­stali gorącz­kowo się uci­szają.

Pod­łoże po tej stro­nie kra­teru było dość nie­przy­jemne, głów­nie miękki piach i luźne kamie­nie, ale nogi mia­łom nie­usz­ko­dzone i dotar­łom na górę z oboj­giem ludzi wciąż przy życiu. Vole­scu pró­bo­wał paść na zie­mię, ale udało mi się odpro­wa­dzić go kilka metrów od kra­wę­dzi, na wypa­dek gdyby cokol­wiek, co sie­działo w dole, miało zasięg więk­szy, niż się zda­wało.

Nie chcia­łom odkła­dać Bha­ra­dwaj, bo coś w moim brzu­chu ule­gło uszko­dze­niu i nie było pewne, czy mogło­bym ją ponow­nie pod­nieść. Cof­nę­łom nagra­nie z kamery polo­wej i oka­zało się, że dźgnięto mnie zębem albo jakąś rzę­ską. Czy cho­dziło mi o rzę­skę, czy o coś innego? Mord­bo­tom nie dają przy­zwo­itych modu­łów edu­ka­cyj­nych na jakie­kol­wiek tematy poza mor­do­wa­niem, choć nawet one są tymi tań­szymi wer­sjami. Szu­ka­łom tego w ośrodku języ­ko­wym sys­temu cen­tral­nego, gdy nie­da­leko wylą­do­wał mały sko­czek. Kiedy sia­dali na tra­wie, z powro­tem akty­wo­wa­łom swój hełm z nie­przej­rzy­stym wizje­rem.

Mie­li­śmy dwa stan­dar­dowe skoczki: dużego na sytu­acje awa­ryjne i tego malu­cha do prze­lo­tów na miej­sca badań. Mały miał trzy prze­działy: duży w środku na ludzką załogę i dwa mniej­sze po bokach na ładu­nek, wypo­sa­że­nie i mnie. Za ste­rami sie­działa Men­sah. Zaczę­łom iść, wol­niej niż w zwy­kłym tem­pie, bo nie chcia­łom zgu­bić Vole­scu. Gdy tylko rampa zaczęła opa­dać, ze środka wysko­czyły Pin-Lee i Arada, a ja prze­łą­czy­łom się na obwód gło­sowy.

- Dok­tor Men­sah, nie mogę puścić jej kom­bi­ne­zonu.

Potrze­bo­wała chwili na zro­zu­mie­nie, o co mi cho­dzi.

- W porządku, wnieś ją do kabiny zało­go­wej - odparła pośpiesz­nie.

Mord­bo­tom nie wolno latać z ludźmi i musia­łom otrzy­mać gło­sowe pozwo­le­nie, żeby tam wejść. Co prawda dzięki zha­ko­wa­niu kon­tro­lera nic nie mogło mnie przed tym powstrzy­mać, to jed­nak nie­zdra­dza­nie nikomu, zwłasz­cza ludziom, któ­rym zosta­łom zakon­trak­to­wane, że mogę samo o sobie decy­do­wać, było w sumie dość ważne. Tak do poziomu nie­do­pusz­cze­nia do znisz­cze­nia moich orga­nicz­nych ele­men­tów i roze­bra­nia reszty na czę­ści zamienne.

Zanio­słom Bha­ra­dwaj po ram­pie do kabiny, gdzie Overse i Rat­thi gorącz­kowo odpi­nali sie­dze­nia, żeby zro­bić miej­sce. Nie mieli na gło­wach heł­mów i ścią­gnęli kap­tury kom­bi­ne­zo­nów, więc zoba­czy­łom prze­ra­że­nie na ich twa­rzach, gdy przez roz­darty kom­bi­ne­zon ujrzeli, ile zostało z gór­nej czę­ści mojego ciała. Ucie­szy­łom się, że mój hełm wró­cił na swoje miej­sce.

Dla­tego wła­śnie lubię latać z ładun­kiem. Robi się nie­zręcz­nie, gdy ludzie i wspo­ma­gani ludzie znaj­dują się bli­sko mord­bo­tów. A przy­naj­mniej nie­zręcz­nie dla mord­bo­tów. Usia­dłom na pod­ło­dze z Bha­ra­dwaj na kola­nach, a Pin-Lee i Arada wcią­gnęły Vole­scu do środka.

Zosta­wi­li­śmy na miej­scu dwa pakiety sprzętu tere­no­wego i parę instru­men­tów wciąż roz­sta­wio­nych na tra­wie tam, gdzie Bha­ra­dwaj i Vole­scu pra­co­wali przed zej­ściem do kra­teru po próbki. Zwy­kle pomó­gło­bym im je przy­nieść, ale sys­tem medyczny moni­to­ru­jący Bha­ra­dwaj przez resztki jej kom­bi­ne­zonu dojść jasno suge­ro­wał, że pusz­cze­nie jej byłoby złym pomy­słem. I nikt nie wspo­mniał o sprzę­cie. Porzu­ce­nie w sytu­acji awa­ryj­nej łatwo dają­cych się zastą­pić rze­czy wydaje się czymś oczy­wi­stym, ale bywa­łom na kon­trak­tach, gdzie klienci kaza­liby mi odło­żyć krwa­wią­cego czło­wieka, żeby przy­nieść rze­czy.

Na tym kontr­ak­cie to dok­tor Rat­thi zerwał się z miej­sca.

- Przy­niosę rze­czy! - krzyk­nął.

- Nie! - krzyk­nę­łom, czego nie nale­żało robić. Mam obo­wią­zek zawsze odzy­wać się do klien­tów z sza­cun­kiem, nawet gdy zamie­rzają przy­pad­kowo popeł­nić samo­bój­stwo. Sys­tem cen­tralny mógł to zare­je­stro­wać i akty­wo­wać karę przez moduł kon­tro­lera. Gdyby ten nie został zha­ko­wany.

Na szczę­ście pozo­stali ludzie rów­nież krzyk­nęli "Nie!", a Pin-Lee dodała jesz­cze:

- Do cho­lery, Rat­thi!

- Och, fak­tycz­nie, nie ma czasu - odpo­wie­dział Rat­thi. - Prze­pra­szam! - I wdu­sił przy­cisk szyb­kiego zamy­ka­nia włazu.

Dzięki temu nie stra­ci­li­śmy rampy, gdy wro­gie stwo­rze­nie wyło­niło się tuż pod nią, z wielką pasz­czą pełną zębów, rzę­sek czy czego tam jesz­cze, prze­gry­za­ją­cych się pro­sto przez grunt. Z kamer skoczka był na nie świetny widok, rado­śnie prze­słany przez sys­tem pro­sto do stru­mieni danych wszyst­kich na pokła­dzie. Ludzie wrza­snęli.

Men­sah posłała nas w powie­trze tak szybko, że pra­wie się zgię­łom, a każdy, kto nie sie­dział na pod­ło­dze, natych­miast na niej wylą­do­wał.

W ciszy peł­nej wes­tchnień ulgi ode­zwała się Pin-Lee.

- Jeśli dasz się zabić, Rat­thi...

- To ni­gdy mi tego nie wyba­czysz, wiem. - Rat­thi tro­chę pod­su­nął się przy ścia­nie i mach­nął do niej słabo.

- To roz­kaz, Rat­thi, nie daj się zabić - rzu­ciła ze sta­no­wi­ska pilota Men­sah. Brzmiała spo­koj­nie, ale mam prio­ry­tet bez­pie­czeń­stwa i przez sys­tem medyczny widzia­łom, jak szybko bije jej serce.

Arada wycią­gnęła medyczny zestaw ratun­kowy, żeby zatrzy­mać krwa­wie­nie i spró­bo­wać usta­bi­li­zo­wać Bha­ra­dwaj. Sta­ra­łom się w mak­sy­mal­nym moż­li­wym stop­niu być tylko przed­mio­tem, zaci­ska­jąc rany na ich pole­ce­nia, uży­wa­jąc tem­pe­ra­tury mojego zawo­dzą­cego ciała do pod­grze­wa­nia jej oraz trzy­ma­jąc spusz­czoną głowę, żeby nie widzieć ich spoj­rzeń.

* * *

nie­za­wod­ność dzia­ła­nia 60% i spada

Nasza baza to dość stan­dar­dowy model: sie­dem połą­czo­nych wza­jem­nie kopuł usta­wio­nych na sto­sun­kowo pła­skiej rów­ni­nie nad doliną wąskiej rzeki, z pod­łą­czo­nymi z jed­nej strony sys­te­mami zasi­la­nia i recy­klingu. Mie­li­śmy sys­tem śro­do­wi­skowy, ale bez śluz powietrz­nych, ponie­waż atmos­fera pla­nety nada­wała się do oddy­cha­nia, tyle że nie była szcze­gól­nie przy­ja­zna dla ludzi na dłuż­szą metę. Powody nie były dla mnie jasne, bo ta wie­dza nie była ode mnie wyma­gana w ramach kon­traktu.

Wybra­li­śmy to miej­sce, bo znaj­do­wało się w samym środku bada­nego obszaru, a choć rów­ninę pora­stają roz­pro­szone drzewa się­ga­jące jakichś pięt­na­stu metrów, to są bar­dzo chude i two­rzą tylko poje­dyn­cze bal­da­chimy liści, więc gdyby coś się do nas zbli­żało, trudno byłoby mu się za nimi scho­wać. Oczy­wi­ście nie uwzględ­niało to zbli­ża­nia się przez tunel.

Dla bez­pie­czeń­stwa baza wypo­sa­żona jest w gro­dzie, ale sys­tem cen­tralny powie­dział mi, że w chwili lądo­wa­nia skoczka główna była już otwarta. Dok­tor Gura­thin cze­kał z rucho­mymi noszami i pod­pro­wa­dził je do nas. Overse i Arada zdo­łali usta­bi­li­zo­wać Bha­ra­dwaj, więc mogłom ją poło­żyć na noszach i pójść za pozo­sta­łymi do bazy.

Ludzie skie­ro­wali się do ambu­la­to­rium, a ja zatrzy­ma­łom się, aby wysłać skocz­kowi pole­ce­nie zamknię­cia się i zablo­ko­wa­nia, a potem zamknę­łom zewnętrzne drzwi. Korzy­sta­jąc z kanału ochrony, pole­ci­łom dro­nom roz­sze­rzyć pery­metr, żeby wcze­śniej dostać ostrze­że­nie, gdyby zbli­żało się do nas coś dużego. Dodat­kowo usta­wi­łom moni­tory przy czuj­ni­kach sej­smicz­nych do ostrze­że­nia mnie w razie zare­je­stro­wa­nia cze­goś nie­ty­po­wego, na wypa­dek gdyby to hipo­te­tyczne coś dużego zde­cy­do­wało się prze­ko­pać pod zie­mią.

Po zabez­pie­cze­niu habi­tatu wró­ci­łom do pomiesz­cze­nia nazy­wa­nego dyżurką ochrony, w któ­rym skła­do­wano broń, amu­ni­cję, alarmy czuj­ni­ków pery­me­tru, drony i całe pozo­stałe wypo­sa­że­nie mające zwią­zek z ochroną, włącz­nie ze mną. Pozby­łom się resz­tek pan­ce­rza i zgod­nie z zale­ce­niem sys­temu medycz­nego spry­ska­łom całą pokie­re­szo­waną stronę środ­kiem do zamy­ka­nia ran. Nie cie­kła ze mnie krew, bo moje tęt­nice i żyły zamy­kają się auto­ma­tycz­nie, ale nie był to ładny widok. A do tego bolało, choć zamknię­cie rany tro­chę osła­biło nasi­le­nie bólu. Za pośred­nic­twem sys­temu cen­tral­nego wpro­wa­dzi­łom już ośmio­go­dzinną blo­kadę bez­pie­czeń­stwa, więc nikt nie mógł wyjść na zewnątrz beze mnie, a potem wyłą­czy­łom się ze służby. Spraw­dzi­łom główny stru­mień, ale nikt nie zgło­sił żad­nych pro­te­stów.

Mar­z­łom, bo moja kon­trola tem­pe­ra­tury wysia­dła gdzieś w dro­dze do bazy, a ochronna powłoka noszona pod pan­ce­rzem została roz­darta na kawałki. Mia­łom kilka zapa­so­wych, ale zało­że­nie jej teraz na sie­bie nie byłoby ani prak­tyczne, ani łatwe. Jedy­nym innym posia­da­nym przeze mnie stro­jem był mun­dur, któ­rego jesz­cze nie zakła­da­łom, i teraz chyba nie uda­łoby mi się go zało­żyć. (Mun­dur nie był potrzebny, bo patrole wewnątrz bazy nie były wyma­gane. Nikt o to nie popro­sił, bo ponie­waż była ich tylko ósemka i wszy­scy się przy­jaź­nili, byłoby to głu­pim mar­no­wa­niem zaso­bów, czyli mnie). Pogrze­ba­łom jedną ręką w szafce, aż zna­la­złom dodat­kowy zestaw medyczny dla ludzi, któ­rego wolno mi uży­wać w sytu­acjach zagro­że­nia, otwar­łom go i wycią­gnę­łom koc ter­miczny. Po owi­nię­ciu się nim wczoł­ga­łom się na pla­sti­kową leżankę mojego boksu. Drzwi zamknęły się i zapa­liło się świa­tło.

Nie było tu wiele cie­plej, ale cho­ciaż przy­tul­niej. Pod­łą­czy­łom się do odpro­wa­dzeń uzu­peł­nia­nia zaso­bów i napraw, opar­łom o ścianę i zady­go­ta­łom. Sys­tem medyczny pomoc­nie zgło­sił, że moja nie­za­wod­ność dzia­ła­nia wynosi obec­nie pięć­dzie­siąt osiem pro­cent i spada, co nie dzi­wiło. Zde­cy­do­wa­nie mogłom się napra­wić w osiem godzin i praw­do­po­dob­nie zre­ge­ne­ro­wać więk­szość uszko­dzo­nych ele­men­tów bio­lo­gicz­nych, ale wąt­pliwe było, żebym przy pięć­dzie­się­ciu ośmiu pro­centach mogłom też prze­pro­wa­dzić jakąś ana­lizę. Zamiast tego usta­wi­łom stru­mień ochrony na ostrze­że­nie mnie, gdyby coś pró­bo­wało zjeść bazę, i zaczę­łom prze­glą­dać biblio­tekę mul­ti­me­diów pobra­nych ze stru­mie­nia roz­ryw­ko­wego. Bolało za mocno, żeby zwra­cać uwagę na cokol­wiek z fabułą, ale przy­ja­zne dźwięki mogły mi dotrzy­mać towa­rzy­stwa.

Wtedy ktoś zapu­kał do drzwi boksu.

Zaga­pi­łom się na nie i stra­ci­łom orien­ta­cję w sta­ran­nie upo­rząd­ko­wa­nych danych wej­ścio­wych.

- Uch, tak? - odpo­wie­dzia­łom jak coś głu­piego.

Dok­tor Men­sah otwo­rzyła drzwi i popa­trzyła na mnie. Nawet pomimo wszyst­kich oglą­da­nych pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych nie mam wprawy w zga­dy­wa­niu rze­czy­wi­stego wieku ludzi. Ludzie w seria­lach zwy­kle nie wyglą­dają jak ludzie w praw­dzi­wym życiu, przy­naj­mniej nie w tych dobrych seria­lach. Miała ciem­no­brą­zową skórę i nieco jaśniej­sze, krótko przy­cięte brą­zowe włosy, ale chyba nie była bar­dzo młoda, bo ina­czej nie byłaby tu sze­fową.

- Jak się czu­jesz? - zapy­tała. - Widzia­łam twój raport o sta­nie.

- Uch. - Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nale­żało nie odpo­wia­dać i uda­wać, że jestem w uśpie­niu. Pod­cią­gną­łom koc na piersi z nadzieją, że nie zoba­czyła żad­nych bra­ku­ją­cych kawał­ków. Bez trzy­ma­ją­cego mnie w cało­ści pan­ce­rza wyglą­dało to dużo gorzej. - W porządku.

Tak, przy ludziach czuję się nie­zręcz­nie. Nie cho­dzi o para­noję doty­czącą zha­ko­wa­nego modułu kon­tro­lera ani o nich, takie po pro­stu jestem. Wiem, że jestem prze­ra­ża­ją­cym mord­bo­tem, i oni też to wie­dzą, przez co obie strony czują się ner­wowo, co jesz­cze nasila moją ner­wowość. Tym bar­dziej jeśli do tego nie jestem w pan­ce­rzu, bo jestem ranne i jedna z moich orga­nicz­nych czę­ści może w każ­dej chwili wypaść i pla­snąć na pod­łogę, czego prze­cież nikt nie chce oglą­dać.

- W porządku? - Zmarsz­czyła czoło. - Według raportu stra­ci­łaś dwa­dzie­ścia pro­cent masy ciała.

- Odro­śnie - odpar­łom. Wiem, że dla praw­dzi­wego czło­wieka zapewne wyglą­da­łom, jak­bym umie­rało. Moje rany były odpo­wied­ni­kiem utraty przez czło­wieka koń­czyny albo dwóch oraz więk­szo­ści krwi.

- Wiem, ale i tak.

Przy­glą­dała mi się dłuż­szą chwilę, tak długo, że pod­łą­czy­łom się do stru­mie­nia moni­to­ringu z kan­tyny, gdzie przy stole sie­dzieli i roz­ma­wiali człon­ko­wie grupy, któ­rzy nie odnie­śli obra­żeń. Oma­wiali moż­li­wość ist­nie­nia dodat­ko­wych gatun­ków pod­ziem­nej fauny i wyra­żali tęsk­notę za środ­kami odu­rza­ją­cymi. Wyda­wało się to cał­kiem typowe.

- Byłaś bar­dzo dobra z dok­tor Vole­scu - ode­zwała się znowu. - Nie sądzę, żeby pozo­stali zda­wali sobie sprawę... Byli pod bar­dzo dużym wra­że­niem.

- Uspo­ka­ja­nie ofiar to ele­ment instruk­cji medycz­nych doty­czą­cych postę­po­wa­nia w nagłych wypad­kach. - Cia­śniej pod­cią­gnę­łom koc, żeby nie zoba­czyła niczego okrop­nego. Czu­łom, że coś niżej ciek­nie.

- Tak, ale sys­tem medyczny prio­ry­te­ty­zo­wał Bha­ra­dwaj i nie kon­tro­lo­wał para­me­trów życio­wych Vole­scu. Nie wziął pod uwagę szoku wywo­ła­nego przez to zda­rze­nie i ocze­ki­wał, że będzie w sta­nie samo­dziel­nie opu­ścić tamto miej­sce.

W stru­mie­niu wyraź­nie widzia­łom, że pozo­stali prze­glą­dali nagra­nie z kamery polo­wej Vole­scu. Mówili rze­czy w rodzaju: "Nawet nie wie­dzia­łem, że to ma twarz". Byłom w pan­ce­rzu, od kiedy tu przy­le­cie­li­śmy, i nie otwie­ra­łom przy nich hełmu. Nie mia­łom ku temu żad­nego kon­kret­nego powodu. Jedyną czę­ścią mnie, którą mogliby zoba­czyć, była głowa, wyglą­da­jąca jak stan­dar­dowy, gene­tyczny czło­wiek. Tylko że oni wcale nie chcieli ze mną roz­ma­wiać, a ja bar­dzo zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łom roz­ma­wiać z nimi, bo na służ­bie by mnie to roz­pra­szało, a po służ­bie... Po pro­stu nie chcia­łom z nimi roz­ma­wiać. Men­sah widziała mnie, pod­pi­su­jąc kon­trakt wynajmu, ale led­wie na mnie spoj­rzała, a ja led­wie spoj­rza­łom na nią, bo jesz­cze raz: mord­bot + praw­dziwy czło­wiek = nie­zręcz­ność. Nosze­nie przez cały czas pan­ce­rza ogra­ni­cza nie­po­trzebne inte­rak­cje.

- Czę­ścią mojej pracy jest nie­słu­cha­nie stru­mieni sys­temu, gdy... popeł­niają błędy - odpo­wie­dzia­łom. Dla­tego wła­śnie potrzebne są kon­strukty, jed­nostki ochro­niar­skie z ele­men­tami orga­nicz­nymi. Tylko że ona to wie­działa. Zanim przy­jęła dostawę ze mną, zare­je­stro­wała około dzie­się­ciu pro­te­stów, pró­bu­jąc wywi­nąć się z koniecz­no­ści posia­da­nia mnie. Nie mia­łom jej tego za złe. Ja też bym nie chciało sie­bie mieć.

Serio, nie wiem czemu nie powie­dzia­łom po pro­stu "pro­szę bar­dzo" i "pro­szę wyjść z mojego boksu, żebym mogło tu spo­koj­nie sie­dzieć i prze­cie­kać".

- No dobrze - stwier­dziła i popa­trzyła na mnie przez, obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, 2,4 sekundy, choć subiek­tyw­nie trwało to około dwu­dzie­stu strasz­li­wych minut. - Zoba­czymy się za osiem godzin. Jeśli będziesz wcze­śniej cze­goś potrze­bo­wać, wyślij mi pro­szę powia­do­mie­nie w stru­mie­niu. - Wyszła i pozwo­liła drzwiom się zamknąć.

Zaczą­łom się przez to zasta­na­wiać, czym oni wszy­scy tak się przej­mo­wali, więc wywo­ła­łom nagra­nie zda­rze­nia. No dobra, rety. Mówi­łom do Vole­scu przez cały czas wycho­dze­nia z kra­teru. Głów­nie przej­mo­wa­łom się tra­jek­to­rią lotu skoczka, tym, żeby Bha­ra­dwaj się nie wykrwa­wiła, oraz co może wyło­nić się z tego kra­teru do dru­giej próby, więc w zasa­dzie się nie słu­cha­łom. Pyta­łom go, czy ma dzieci. To było zadzi­wia­jące. Może oglą­da­łom za dużo seriali. (Miał dzieci. Był w czte­ro­stron­nym mał­żeń­stwie i z part­ne­rami mieli łącz­nie sió­demkę).

Wszyst­kie moje para­me­try były teraz zbyt pod­nie­sione na odpo­czy­nek, więc uzna­łom, że rów­nie dobrze mogę to wyko­rzy­stać i obej­rzeć pozo­stałe nagra­nia. Wtedy tra­fi­łom na coś dziw­nego. Roz­kaz "prze­rwać" w stru­mie­niu dowo­dze­nia z sys­temu cen­tral­nego bazy, tego, który kon­tro­lo­wał, a przy­naj­mniej tak sądził, mój moduł kon­tro­lera. To musiała być jakaś usterka. To zresztą nie miało zna­cze­nia, bo gdy prio­ry­tet ma sys­tem medyczny...

nie­za­wod­ność dzia­ła­nia 39%

akty­wa­cja wstrzy­mana do sekwen­cji naprawy awa­ryj­nej

Rozdział drugi

Po obu­dze­niu byłom prze­waż­nie w cało­ści, a moja bie­żąca spraw­ność wyno­siła osiem­dzie­siąt pro­cent i rosła. Natych­miast skon­tro­lo­wa­łom wszyst­kie stru­mie­nie na wypa­dek, gdyby ludzie chcieli wyjść, ale Men­sah prze­dłu­żyła blo­kadę bez­pie­czeń­stwa bazy o dodat­kowe cztery godziny. Ulżyło mi, bo dzięki temu będę miało czas na dotar­cie do zakresu dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu pro­cent. Była jed­nak też infor­ma­cja, żeby się do niej zgło­sić. Tego jesz­cze nie było. Może po pro­stu chciała omó­wić pakiet infor­ma­cji o zagro­że­niu i spró­bo­wać dowie­dzieć się, czemu nie zawie­rał ostrze­że­nia o wro­gich stwo­rze­niach pod zie­mią. Mnie też to zasta­na­wiało.

Ich grupa nazy­wała się Pie­lę­gna­cja Pomoc­ni­cza i wyku­piła opcję eks­plo­ata­cji zaso­bów tej pla­nety, zaś lot badaw­czy miał spraw­dzić, czy warto było licy­to­wać pełny udział. Wie­dza o znaj­du­ją­cych się na pla­ne­cie rze­czach, które mogły ich zjeść pod­czas prób robie­nia tego, co chcieli tu robić, była w sumie dość istotna.

Nie­zbyt mnie inte­re­suje, kim są moi klienci ani co pró­bują osią­gnąć. Wie­dzia­łom, że grupa pocho­dzi z auto­no­micz­nej pla­nety, ale nie chciało mi się spraw­dzać szcze­gó­łów. Bycie auto­no­miczną ozna­czało, że została pod­dana ter­ra­for­ma­cji i sko­lo­ni­zo­wana, ale nie była powią­zana z żadną kon­fe­de­ra­cją kor­po­ra­cyjną. Zasad­ni­czo auto­no­miczna gene­ral­nie było syno­ni­mem gów­niana, więc nie spo­dzie­wa­łom się po nich wiele, ale zdu­mie­wa­jąco łatwo się z nimi pra­co­wało.

Usu­nę­łom z nowej skóry resztki pły­nów, a potem wydo­sta­łom się z boksu. Dopiero wtedy zorien­to­wa­łom się, że nie mam na sobie pan­ce­rza, któ­rego czę­ści leżą poroz­rzu­cane po całej pod­ło­dze, pokryte moimi pły­nami i krwią Bha­ra­dwaj. Nic dziw­nego, że Men­sah zaj­rzała do boksu: zapewne spo­dzie­wała się zoba­czyć tam mojego trupa. Zebra­łom wszystko do otworu sys­temu napraw­czego.

Mia­łom zestaw zapa­sowy, ale wciąż był zapa­ko­wany do trans­portu, a jego wyję­cie, prze­pro­wa­dze­nie dia­gno­styki i dopa­so­wa­nia zaję­łoby sporo czasu. Zawa­ha­łom się nad mun­du­rem, ale stru­mień ochrony musiał powia­do­mić Men­sah o moim obu­dze­niu, więc mia­łom obo­wią­zek się do niej zgło­sić.

Mun­dur oparto na stan­dar­do­wych stro­jach grup badaw­czych i miał pozwa­lać na wygodne nosze­nie wewnątrz bazy: szare spodnie z dzia­niny, T-shirt z dłu­gimi ręka­wami i bluza, jak odzież noszona do ćwi­czeń przez ludzi i wspo­ma­ga­nych ludzi, a do tego mięk­kie buty. Zało­ży­łom wszystko na sie­bie, prze­cią­ga­jąc rękawy nad gniaz­dami broni na przed­ra­mio­nach, i wyszłom do bazy.

Po przej­ściu dwóch wewnętrz­nych gro­dzi dotar­łom do czę­ści zało­go­wej, gdzie sie­dzieli w głów­nej kopule, zgro­ma­dzeni przy kon­soli, wpa­tru­jąc się w jedną z zawie­szo­nych powierzchni pro­jek­cyj­nych. Byli tam wszy­scy poza wciąż leżącą w ambu­la­to­rium Bha­ra­dwaj oraz sie­dzą­cego tam przy niej Vole­scu. Na nie­któ­rych kon­so­lach stały puste kubki i opa­ko­wa­nia po jedze­niu. Nie sprzą­tam takich rze­czy, jeśli nie dostanę bez­po­śred­niego pole­ce­nia.

Men­sah była zajęta, więc sta­nę­łom, cze­ka­jąc.

Rat­thi zer­k­nął w moją stronę, a potem obró­cił się ku mnie wyraź­nie wstrzą­śnięty. Nie mia­łom poję­cia, jak zare­ago­wać. Dla­tego wła­śnie wolę nosić pan­cerz nawet wewnątrz bazy, gdzie jest nie­po­trzebny i może wręcz prze­szka­dzać. Klienci zwy­kle wolą uda­wać, że jestem robo­tem, co jest dużo łatwiej­sze, gdy mam na sobie pan­cerz. Wbi­łom wzrok w pustkę i uda­wa­łom, że prze­pro­wa­dzam dia­gno­stykę czy coś takiego.

- Kto to? - zapy­tał wyraź­nie poru­szony Rat­thi.

Wszy­scy obró­cili się w moją stronę. Wszy­scy poza Men­sah, która sie­działa przy kon­soli z inter­fej­sem przy­ci­śnię­tym do czoła. Było jasne, że nawet po zoba­cze­niu mojej twa­rzy na nagra­niu z kamery Vole­scu nie roz­po­znali mnie bez hełmu. Musia­łom więc w końcu na nich popa­trzeć i odpo­wie­dzieć.

- Jestem waszą jed­nostką ochro­niar­ską.

Wszy­scy wyglą­dali na zasko­czo­nych i skrę­po­wa­nych. Pra­wie rów­nie skrę­po­wa­nych jak ja. Poża­ło­wa­łom, że nie wycią­gnę­łom zapa­so­wego pan­ce­rza.

Część pro­blemu brała się stąd, że wcale mnie tu nie chcieli. Nie tu w ich bazie, ale tu na pla­ne­cie. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych wymaga tego firma porę­cze­niowa, poza pobie­ra­niem od klien­tów wyż­szej marży, jest fakt, że przez cały czas nagry­wam wszyst­kie ich roz­mowy, choć nie moni­to­ruję niczego, co nie jest nie­zbędne do wyko­ny­wa­nia naj­bar­dziej ele­men­tar­nej wer­sji mojej pracy. Jed­nak firma uzy­ska dostęp do tych wszyst­kich nagrań i wydo­bę­dzie z nich wszystko, co zdoła sprze­dać. Nie, nie mówią o tym ludziom. Tak, wszy­scy to robią. Nie, nic nie można z tym zro­bić.

Po subiek­tyw­nej pół­go­dzi­nie i obiek­tyw­nych 3,4 sekundy dok­tor Men­sah odwró­ciła się, zoba­czyła mnie i opu­ściła inter­fejs.

- Spraw­dza­li­śmy raport doty­czący zagro­żeń dla tego rejonu i pró­bo­wa­li­śmy odkryć, czemu to coś nie było wymie­nione na liście nie­bez­piecz­nej fauny - ode­zwała się. - Pin-Lee uważa, że dane zostały zmo­dy­fi­ko­wane. Czy możesz dla nas zba­dać ten raport?

- Tak, dok­tor Men­sah. - Mogłom to zro­bić ze swo­jego boksu, co oszczę­dzi­łoby wszyst­kim nie­zręcz­no­ści. W każ­dym razie prze­chwy­ci­łom oglą­dany przez nią stru­mień z sys­temu cen­tral­nego i zaczę­łom spraw­dzać raport.

Był zasad­ni­czo długą listą ostrze­żeń oraz infor­ma­cji na temat pla­nety, w szcze­gól­no­ści obszaru, na któ­rym znaj­do­wała się nasza baza, z naci­skiem na pogodę, teren, florę, faunę, jakość powie­trza, pokłady mine­ra­łów, moż­liwe zagro­że­nia zwią­zane z powyż­szymi, z odsy­ła­czami do dodat­ko­wych rapor­tów zawie­ra­ją­cych wię­cej szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji. Dok­tor Gura­thin, ten naj­mniej gada­tliwy, był wspo­ma­ga­nym czło­wie­kiem i miał wła­sny wsz­cze­piony inter­fejs. Czu­łom, jak grze­bie w danych, pod­czas gdy pozo­stali, korzy­sta­ją­cych z inter­fejsów doty­ko­wych, byli tylko odle­głymi duchami. Dys­po­no­wa­łom jed­nak dużo więk­szą mocą prze­twa­rza­nia od niego.

Myśla­łom, że wyka­zują para­noję, bo nawet z inter­fej­sem trzeba prze­czy­tać słowa raportu, naj­le­piej wszyst­kie, a nie­wspo­ma­gani ludzie cza­sami tego nie potra­fią. Cza­sami nie robią tego rów­nież wspo­ma­gani. Jed­nak spraw­dza­jąc sek­cję ostrze­żeń ogól­nych, zauwa­ży­łom coś dziw­nego w for­ma­to­wa­niu. Szyb­kie porów­na­nie z innymi czę­ściami raportu wyka­zało, że ow­szem, coś zostało usu­nięte i zerwano odsy­łacz do raportu dodat­ko­wego.

- Macie rację - oświad­czy­łom, wciąż prze­glą­da­jąc bazy danych w poszu­ki­wa­niu bra­ku­ją­cego kawałka. Nie zna­la­złom go, to nie był tylko uszko­dzony odsy­łacz, ktoś celowo usu­nął szcze­gó­łowy raport. W tego typu pakie­cie bada­nia pla­nety powinno to być nie­moż­liwe, ale zapewne wcale jed­nak takie nie było. - Coś zostało usu­nięte z ostrze­żeń oraz sek­cji doty­czą­cej fauny.

Ogólna reak­cja suge­ro­wała sporo zło­ści. Pin-Lee i Overse dość gło­śno wyra­żały swoje emo­cje, a Rat­thi dra­ma­tycz­nie wyrzu­cił ręce w powie­trze. Jed­nak, jak już wspo­mnia­łom, byli dość zaprzy­jaź­nieni ze sobą i wyka­zy­wali dużo więk­sze opa­no­wa­nie niż mój ostatni zestaw zobo­wią­zań kon­trak­to­wych. I wła­śnie dla­tego, jeśli zmu­si­łom się do przy­zna­nia tego, ten kon­trakt wła­ści­wie spra­wiał mi przy­jem­ność, aż do chwili, gdy coś pró­bo­wało zjeść mnie i Bha­ra­dwaj.

Sys­tem moni­to­ringu nagrywa stale, nawet wnę­trza sypialni, więc wszystko widzę. Dla­tego łatwiej jest uda­wać, że jestem robo­tem. Overse i Arada były parą, ale sądząc po spo­so­bie zacho­wa­nia, były nią od zawsze, a do tego bli­sko przy­jaź­niły się z Rat­thim. Rat­thi odczu­wał coś nie­odwza­jem­nio­nego do Pin-Lee, ale nie zacho­wy­wał się przez to głu­pio. Pin-Lee czę­sto była ziry­to­wana i pod nie­obec­ność innych rzu­cała rze­czami, ale nie cho­dziło o Rat­thiego. Mia­łom wra­że­nie, że cią­gła obser­wa­cja przez firmę dotyka ją moc­niej niż pozo­sta­łych. Vole­scu podzi­wiał Men­sah do takiego stop­nia, że mógł być w niej zako­chany. Pin-Lee też, ale flir­to­wała cza­sami z Bha­ra­dwaj w wyprak­ty­ko­wany spo­sób suge­ru­jący, że trwa to już od bar­dzo dawna. Gura­thin był jedy­nym samot­ni­kiem, ale wyda­wał się lubić towa­rzy­stwo pozo­sta­łych. Uśmie­chał się lekko i nie­na­chal­nie, a pozo­stali zda­wali się żywić do niego sym­pa­tię.

W ich gru­pie nie było dużo stresu, nie kłó­cili się wiele ani nie draż­nili się wza­jem­nie dla roz­rywki, więc prze­by­wa­nie przy nich było dość nie­wy­ma­ga­jące, o ile tylko nie pró­bo­wali ze mną roz­ma­wiać czy pro­wa­dzić jakichś innych inte­rak­cji.

- Czyli nie mamy żad­nego spo­sobu na spraw­dze­nie, czy to stwo­rze­nie było czymś wyjąt­ko­wym, czy też takie żyją na dnie tych wszyst­kich kra­te­rów? - zapy­tał Rat­thi w trak­cie rucho­wego wyra­ża­nia swej fru­stra­cji.

- Wiesz, założę się, że tak jest - odpo­wie­działa spe­cja­li­zu­jąca się w bio­lo­gii Arada. - Jeśli te duże ptaki, które widzie­li­śmy na ska­nach, czę­sto lądują na tam­tych barie­ro­wych wyspach, to te stwo­rze­nia mogą na nie polo­wać.

- To by tłu­ma­czyło, co tam robią te kra­tery - w zamy­śle­niu sko­men­to­wała Men­sah. - Oraz wyja­śnia to przy­naj­mniej jedną ano­ma­lię.

- Ale kto usu­nął dodat­kowy raport? - zapy­tała Pin-Lee, co ja także uwa­ża­łom za dużo waż­niej­sze pyta­nie. Obró­ciła się do mnie jed­nym z tych gwał­tow­nych ruchów, na które nauczy­łom się już nie reago­wać. - Czy sys­tem cen­tralny mógł zostać zha­ko­wany?

Nie mia­łom poję­cia, czy da się to zro­bić z zewnątrz. Z inter­fej­sami wbu­do­wa­nymi w moje ciało od środka było to łatwe. Zha­ko­wa­łom go nie­zwłocz­nie po akty­wo­wa­niu, gdy jesz­cze wzno­si­li­śmy bazę. Musia­łom, bo gdyby moni­to­ro­wał moduł kon­tro­lera i mój stru­mień tak jak powi­nien, mogłoby to pro­wa­dzić do mnó­stwa nie­zręcz­nych pytań i roze­bra­nia mnie na czę­ści.

- Na ile wiem, to moż­liwe - odpar­łom. - Ale dużo bar­dziej praw­do­po­dobne, że raport został uszko­dzony, zanim otrzy­ma­li­ście pakiet badaw­czy.

Naj­tań­szy ofe­rent. W tym można mi zaufać.

Roz­le­gły się jęki i narze­ka­nia na koniecz­ność pła­ce­nia wyso­kich kwot za gów­niany sprzęt. (Nie biorę tego do sie­bie).

- Gura­thin, może z Pin-Lee zdo­ła­cie odkryć, co się stało - zasu­ge­ro­wała Men­sah. Więk­szość moich klien­tów zna się tylko na swo­ich spe­cja­li­za­cjach, a zwy­kle nie ma powodu wysy­ła­nia na wyprawę badaw­czą spe­cja­li­sty od sys­te­mów. Firma dostar­cza wszyst­kich sys­te­mów i wypo­sa­że­nia (takiego jak sprzęt medyczny, drony, ja itp.) i zaj­muje się utrzy­ma­niem tego w ramach cało­ścio­wego pakietu zaku­pio­nego przez klienta. Pin-Lee wyda­wała się uzdol­nioną ama­torką w inter­pre­ta­cji sys­te­mów, a Gura­thin miał do dys­po­zy­cji swój wewnętrzny inter­fejs. - A na razie - dodała Men­sah - czy grupa Delt­Fall ma taki sam pakiet badaw­czy jak my?

Spraw­dzi­łom. Sys­tem cen­tralny uwa­żał to za praw­do­po­dobne, ale wie­dzie­li­śmy już, ile jest warta jego opi­nia.

- Praw­do­po­dob­nie - odpo­wie­dzia­łom. Delt­Fall była drugą grupą pro­wa­dzącą bada­nia, taką jak nasza, tylko że znaj­do­wała się na kon­ty­nen­cie po dru­giej stro­nie pla­nety. Byli też dużo więk­szym zespo­łem i zostali przy­wie­zieni przez inny sta­tek, więc ludzie nie spo­tkali się oso­bi­ście, choć cza­sami zda­rzało im się roz­ma­wiać przez sieć. Nie byli ele­men­tem mojego kon­traktu i mieli wła­sne jed­nostki ochro­niar­skie, stan­dar­dowo jedną na dzie­się­ciu klien­tów. Powin­ni­śmy móc się kon­tak­to­wać w sytu­acjach awa­ryj­nych, ale prze­by­wa­nie po prze­ciw­le­głych stro­nach pla­nety w natu­ralny spo­sób to ogra­ni­czało.

Men­sah odchy­liła się na opar­cie krze­sła i splo­tła palce.

- No dobrze, zro­bimy tak. Chcę, żeby każde z was spraw­dziło poszcze­gólne sek­cje pakietu badań pod kątem swo­ich spe­cja­li­za­cji. Spró­buj­cie zoba­czyć, czy nie bra­kuje tam jesz­cze jakichś infor­ma­cji. Kiedy będziemy mieć czę­ściową listę, skon­tak­tuję się z Delt­Fall i zoba­czę, czy będą mogli nam wysłać pliki.

To brzmiało jak świetny plan, bo nie wyma­gało niczego ode mnie.

- Czy będzie mnie pani jesz­cze do cze­goś potrze­bo­wać, dok­tor Men­sah? - zapy­ta­łom.

Obró­ciła się do mnie.

- Nie, zadzwo­nię, jeśli będę mieć jakieś pyta­nia. - Zda­rzało mi się pra­co­wać na kon­trak­tach, gdzie kaza­liby mi tam stać przez cały cykl dnia i nocy, na wypa­dek gdyby ode mnie cze­goś chcieli i uży­cie stru­mie­nia do wezwa­nia mnie wyma­ga­łoby za dużo wysiłku. - Wiesz, możesz zostać tu, w czę­ści zało­go­wej, jeśli tylko masz ochotę. Chcia­ła­byś tego?

Wszy­scy na mnie popa­trzyli, więk­szość z uśmie­chem. Jedną z wad nosze­nia pan­ce­rza jest fakt, że przy­zwy­cza­iłom się do nie­przej­rzy­stego z zewnątrz wizjera. Nie mam wprawy w kon­tro­lo­wa­niu wyrazu twa­rzy, który w tej chwili musiał ema­no­wać oszo­ło­mio­nym prze­ra­że­niem, a może prze­ra­że­niem wymie­sza­nym z grozą.

Men­sah wypro­sto­wała się poru­szona.

- Albo nie, wiesz, co wolisz - rzu­ciła pośpiesz­nie.

- Muszę spraw­dzić pery­metr - oznaj­mi­łom, a potem udało mi się wyko­nać zwrot i opu­ścić część zało­gową w zupeł­nie nor­malny spo­sób, a nie jak­bym ucie­kało przed bandą strasz­nych wro­gów.

* * *

W bez­pie­czeń­stwie zapew­nia­nym przez dyżurkę ochrony opar­łom głowę o pokrytą pla­sti­kiem ścianę. Teraz wie­dzieli już, że ich mord­bot nie chce prze­by­wać przy nich ani tro­chę bar­dziej niż oni z nim. Odda­łom mały kawa­łek sie­bie.

Tak być nie może. Mam zbyt wiele do ukry­cia, a zdra­dze­nie jed­nego ele­mentu ozna­cza, że reszta nie jest chro­niona.

Ode­pchnę­łom się od ściany i posta­no­wi­łom tro­chę popra­co­wać. Bra­ku­jący raport wzbu­dził moją czuj­ność. Nie żeby nie było żad­nych wytycz­nych na takie sytu­acje. Moje moduły edu­ka­cyjne były tanim badzie­wiem i więk­szość przy­dat­nej wie­dzy na temat ochrony zdo­by­łom z pro­gra­mów edu­ka­cyjno-roz­ryw­ko­wych na kana­łach roz­ryw­ko­wych. (To kolejny powód, dla któ­rego muszą wyma­gać od grup badaw­czych oraz firm bio­lo­gicz­nych i tech­no­lo­gicz­nych wynaj­mo­wa­nia jed­nego z nas pod groźbą braku porę­cze­nia: jeste­śmy bar­dzo tani i kiep­scy. Nikt nie wyna­jąłby nas do celów innych niż mor­do­wa­nie, gdyby nie musiał).

Po zało­że­niu na sie­bie zapa­so­wego try­kotu i pan­ce­rza obe­szłom pery­metr i porów­na­łom bie­żące odczyty terenu i skany sej­smiczne z zare­je­stro­wa­nymi zaraz po przy­lo­cie. W stru­mie­niu było parę nota­tek od Rat­thi i Arady na temat tego, że zwie­rzęta podobne do tych, które nazy­wa­li­śmy teraz Wro­giem Jeden, mogły wyge­ne­ro­wać wszyst­kie nie­ty­powe kra­tery w bada­nym obsza­rze. Jed­nak wokół bazy nic się nie zmie­niło.

Spraw­dzi­łom też, żeby się upew­nić, że zarówno duży, jak i mały sko­czek mają pełny stan wypo­sa­że­nia awa­ryj­nego. Samo je tam pako­wa­łom kilka dni temu, ale spraw­dza­łom, głów­nie żeby mieć pew­ność, że od czasu ostat­niej kon­troli ludzie nie zro­bili z nimi niczego głu­piego.

Zro­bi­łom wszystko, co przy­cho­dziło mi do głowy, aż w końcu pozwo­li­łom sobie przejść w tryb spo­czynku i nad­ro­bić seriale. Obje­rza­łom trzy odcinki Księ­ży­co­wej ostoi i prze­wi­ja­łom scenę seksu, gdy dok­tor Men­sah prze­słała mi przez stru­mień parę cie­ka­wych zdjęć. (Nie mam żad­nych czę­ści zwią­za­nych z płcią ani sek­sem - jeśli kon­strukt je posiada, to jest seks­bo­tem w bur­delu, nie mord­bo­tem - więc może dla­tego sceny seksu mnie nudzą. Choć chyba byłyby nudne nawet, gdy­bym miało czę­ści zwią­zane z sek­sem). Spoj­rza­łom na zdję­cia w wia­do­mo­ści Men­sah, a potem zapi­sa­łom miej­sce w serialu.

Muszę się do cze­goś przy­znać: tak naprawdę nie wiem, gdzie jeste­śmy. W pakie­cie badaw­czym mamy, a przy­naj­mniej powin­ni­śmy mieć, pełną mapę sate­li­tarną pla­nety. Na tej pod­sta­wie ludzie podej­mują decy­zje doty­czące wyboru miej­sca badań i ocen. Jesz­cze nie oglą­da­łom tych map i led­wie zer­k­nę­łom na pakiet badaw­czy. Na swoją obronę mam fakt, że byli­śmy tu dwa­dzie­ścia lokal­nych dni i nie mia­łom do robie­nia niczego poza sta­niem i przy­glą­da­niem się, jak ludzie prze­pro­wa­dzają skany albo pobie­rają próbki ziemi, skał, wody i liści. Nic mnie nie goniło. Na doda­tek, jak mogli­ście zauwa­żyć, nie obcho­dzi mnie to.

Tak więc nowo­ścią był dla mnie fakt, że na naszej mapie bra­ko­wało sze­ściu frag­men­tów. Pin-Lee i Gura­thin odkryli te nie­zgod­no­ści, a Men­sah chciała wie­dzieć, czy moim zda­niem to wynik taniego i peł­nego błę­dów pakietu badaw­czego, czy też kolejny efekt hako­wa­nia. Doce­nia­łom fakt, że poro­zu­mie­wa­li­śmy się przez stru­mień i nie zmu­szała mnie do mówie­nia do niej przez komu­ni­ka­tor. Doce­ni­łom to tak bar­dzo, że wyra­zi­łom swą praw­dziwą opi­nię, że to praw­do­po­dob­nie sku­tek taniego, gów­nia­nego pakietu badaw­czego, ale jedy­nym spo­so­bem na upew­nie­nie się byłoby wybra­nie się w celu obej­rze­nia bra­ku­ją­cych frag­men­tów i spraw­dze­nie, czy jest tam coś poza nudną pla­netą. Nie uję­łom tego dokład­nie w ten spo­sób, ale o to mi cho­dziło.

Wyco­fała się po tym ze stru­mie­nia, ale zacho­wa­łom czuj­ność, bo wie­dzia­łom, że zwy­kle szybko podej­muje decy­zje i jeśli zacznę z powro­tem oglą­dać serial, znowu mi prze­rwie. Z dru­giej strony spraw­dzi­łom widok z kamery moni­to­ringu bazy, żeby posłu­chać ich roz­mowy. Wszy­scy chcieli lecieć spraw­dzić i nie mogli się tylko zgo­dzić, czy robić to od razu, czy pocze­kać. Dopiero co odbyli roz­mowę z Delt­Fall na dru­gim kon­ty­nen­cie, któ­rzy zgo­dzili się wysłać kopie bra­ku­ją­cych pli­ków pakietu badaw­czego. Niektó­rzy klienci chcieli naj­pierw prze­ko­nać się, czego jesz­cze bra­kuje, a pozo­stali chcieli lecieć od razu i bla, bla, bla.

Wie­dzia­łom, jak się to skoń­czy.

To nie był długi lot, nie­wiele poza zasięg już prze­pro­wa­dza­nych przez nich badań i ocen, choć brak wie­dzy na temat miej­sca doce­lo­wego zde­cy­do­wa­nie sta­no­wił czer­wony sygnał dla ochrony. W inte­li­gent­nym świe­cie powin­nom pole­cieć samo, ale z modu­łem kon­tro­lera musia­łom przez cały czas pozo­sta­wać nie dalej niż sto metrów od przy­naj­mniej jed­nego klienta, bo ina­czej by mnie usma­żył. Wie­dzieli o tym, więc zgło­sze­nie się na ochot­nika na samotny lot przez pół kon­ty­nentu mogłoby akty­wo­wać kilka alar­mów.

Kiedy więc Men­sah ponow­nie otwo­rzyła stru­mień, by poin­for­mo­wać mnie o gru­po­wym wylo­cie, powie­dza­łom jej, że zgod­nie z pro­ce­du­rami bez­pie­czeń­stwa ja też powin­nom lecieć.