Rozdział pierwszy
Mam strasznego pecha do transportowców sterowanych przez boty.
Pierwszy zgodził się wpuścić mnie na pokład w zamian za moją kolekcję
plików multimedialnych, bez żadnych ukrytych motywów, i tak bardzo
skupiał się na swoim zadaniu, że wymiana informacji między nami
przypominała to, czego można by oczekiwać od traktorbota. Przez cały lot
byłom samo z moimi multimediami, co bardzo mi odpowiadało. Zrodziło to
we mnie fałszywe przekonanie, że wszystkie boty pilotujące będą właśnie
takie.
A potem trafiłom na Dupkowaty Transportowiec Badawczy. Według
oficjalnego opisu DTB był statkiem badawczym głębokiej przestrzeni. Na
różnych etapach naszych relacji DTB groził mi śmiercią, oglądał ze mną
moje ulubione seriale, umożliwił mi zmianę konfiguracji ciała, zapewnił
doskonałe wsparcie taktyczne, przekonał do udawania wspomaganego
człowieka pracującego jako konsultant do spraw bezpieczeństwa, uratował
życie moich klientek i zatarł ślady, gdy musiałom zamordować paru ludzi.
(To byli źli ludzie). Naprawdę za nim tęskniłom.
A teraz ten transportowiec.
Też sterowany przez bota, ale przewoził pasażerów, głównie nisko lub
średnio wykwalifikowanych pracowników technicznych, ludzi i wspomaganych
ludzi, podróżujących między stacjami tranzytowymi w ramach kontraktów
czasowych. Nie była to dla mnie idealna sytuacja, ale był to jedyny
transportowiec lecący we właściwą stronę.
Jak przystało na pilotowane przez bota transportowce niebędące DTB,
porozumiewał się obrazami i wpuścił mnie na pokład w zamian za kopię
kolekcji multimediów. Ponieważ manifest znajdował się w strumieniu
transportowca, a tym samym był dostępny dla pozostałych pasażerów,
poprosiłom, żeby mnie do niego dopisał na czas lotu, na wypadek gdyby
ktoś sprawdzał. W informacjach o pasażerach było pole na zawód i w chwili słabości powiedziałom mu, że jestem konsultantką do spraw
bezpieczeństwa.
W związku z tym transportowiec uznał, że może mnie wykorzystać do
utrzymywania porządku na pokładzie, i zaczął informować o problemach
między pasażerami. A ja w swojej głupocie zaczęłom reagować. Nie, też
nie wiem czemu. Może dlatego, że do tego mnie właśnie zbudowano i musiałom to mieć zapisane w DNA kontrolującym części organiczne. (Musi
gdzieś istnieć kod błędu znaczący "Otrzymałom twoje żądanie, ale
postanowiłom je zignorować").
Z początku było dość prosto. ("Jeśli jeszcze raz będziesz ją zaczepiał,
połamię ci wszystkie kości w dłoni i ręce. To potrwa około godziny").
Potem sytuacja zrobiła się bardziej skomplikowana, jako że zaczęli się
kłócić nawet pasażerowie, którzy się lubili. Mnóstwo czasu (bardzo
cennego, który mógł zostać spędzony na oglądaniu/czytaniu zapisanych
multimediów rozrywkowych) zajmowało mi rozsądzanie sporów, które mnie
zupełnie nie obchodziły.
Był już ostatni cykl podróży, którą w jakiś sposób wszystkim nam udało
się przeżyć, i kierowałom się właśnie do mesy, żeby przerwać kolejną
kłótnię między durnymi ludźmi.
Transportowiec nie miał dronów, choć przynajmniej dysponował ograniczoną
liczbą kamer monitoringu, więc znałom pozycje wszystkich w kambuzie/mesie, zanim jeszcze rozsunęły się drzwi. Weszłom do sali,
przechodząc przez labirynt krzyczących ludzi oraz przewróconych stołów i krzeseł, i wkroczyłom między walczących. Jeden używał jako broni
przyboru kuchennego, więc przejęłom go jednym ruchem bez wyrywania mu
palców.
Moglibyście pomyśleć, że gdy osoba znana jako konsultantka do spraw
ochrony wpada do pomieszczenia i rozbraja jednego z nich, to pozostali
zatrzymują się i zastanawiają nad swoimi priorytetami w tej sytuacji,
ale och, jak bardzo się mylicie. Cofnęli się nieco, wciąż obrzucając się
obelgami. Pozostali przerzucili się z wrzeszczenia na siebie na
wrzeszczenie do mnie, równocześnie próbując opowiedzieć różne wersje
tego, co zaszło.
- Zamknąć się! - krzyknęłom.
(W udawaniu wspomaganego człowieka będącego konsultantem do spraw
bezpieczeństwa zamiast bycia jednostką ochroniarską dobre jest to, że
można kazać ludziom się zamknąć).
Wszyscy się zamknęli.
- Konsultantko Rin - odezwał się Ayres, wciąż ciężko dysząc - chyba
mówiłaś, że nie chcesz tu więcej przychodzić...
- Konsultantko Rin, on powiedział, że... - przerwał mu ten drugi, Elbik,
wykonując teatralny gest.
Choć na RaviHyral używałom imienia Eden, na transportowcu przedstawiłom
się jako Rin. Byłom dość przekonane, że ochrona stacji tranzytowej
RaviHyral nie miała powodu wiązać tej tożsamości z żadnymi nagłymi
zgonami, do których doszło na prywatnym promie, a nawet gdyby mieli, nie
ścigaliby nikogo poza swoją jurysdykcją, chyba że zostaliby do tego
zatrudnieni. Jednak zmiana imienia i tak wydawała się słusznym krokiem.
Pozostali zaczęli wychodzić zza stołów oraz pośpiesznie wzniesionych
barykad z krzeseł i wszyscy próbowali coś dorzucić, czego skutkiem było
wskazywanie palcami i wrzaski. Co było typowe. (Gdyby nie pobrane przeze
mnie z kanałów rozrywkowych seriale, sądziłobym, że jedyny sposób, w jaki porozumiewa się większość ludzi, to wskazywanie palcami i wrzaski).
Obiektywne dwadzieścia sześć cykli lotu subiektywnie sprawiało wrażenie
przynajmniej dwustu trzydziestu. Musiałom odwrócić ich uwagę.
Skopiowałom wszystkie moje media wizualne do systemu transportowca
dostępnego dla pasażerów, co umożliwiło ich odtwarzanie na
powierzchniach ekranowych i przynajmniej ograniczyło do minimum płacz (u dorosłych i dzieci). I muszę przyznać, że liczba bójek spadła
drastycznie po tym, gdy pierwszy raz przycisnęłom kogoś do ściany jedną
ręką i ustanowiłom jasne zasady. (Zasada numer jeden: nie dotykać
konsultantki Rin). Jednak nawet po tym zwykle musiałom stać bezradnie,
słuchając ich problemów i żalów względem pozostałych, względem różnych
korporacji, które ich wyruchały (jasne, wiem coś o tym) i do świata w ogólności. Owszem, słuchanie tego wszystkiego było straszliwe.
- Nie obchodzi mnie to - powiedziałom dzisiaj.
Wszyscy znowu się zamknęli.
- Zostało nam najwyżej sześć godzin do dokowania transportowca. Kiedy to
nastąpi, możecie sobie wzajemnie robić, co tylko będziecie chcieli.
Co nie zadziałało, bo i tak musieli mi powiedzieć, co było powodem
najnowszej bójki. (Nie pamiętam, o co chodziło, usunęłom to z pamięci
natychmiast po wyjściu z pomieszczenia).
Wszyscy byli irytująco i głęboko niedoskonałymi ludźmi, ale nie chciałom
ich zabijać. No dobrze, może trochę.
Zadaniem jednostki ochroniarskiej jest ochrona jej klientów przed
wszystkim, co chce ich zabić albo skrzywdzić, oraz łagodne zniechęcanie
ich do zabijania, kaleczenia i tym podobnych wobec siebie nawzajem.
Powód, dla którego próbowali się wzajemnie pozabijać, pokaleczyć i tak
dalej, nie jest dla jednostki ochroniarskiej istotny, bo tym powinien
zająć się przełożony ludzi. (Który może też świadomie wszystko
zignorować, aż cały projekt zmieni się w jedną wielką gównoburzę, a jednostka ochroniarska będzie się modlić o miłosierne rozwiązanie w postaci przypadkowej gwałtownej dekompresji - nie żebym mówiło to z doświadczenia czy coś).
Jednak tutaj, na tym transportowcu, nie było przełożonego, tylko ja. I wiedziałom, gdzie lecą, równie dobrze jak oni, nawet jeśli udawali, że
cała ich złość i frustracja spowodowana była przez Vinigo albo Evę
biorących dodatkowy pakiet udawanych owoców. Tak więc spędzałom mnóstwo
czasu na słuchaniu ich i udawaniu, że rozpocznę dogłębne śledztwo w sprawach takich jak kto zostawił opakowanie po ciastkach w umywalce
ubikacji przy kambuzie.
Lecieli pracować w jakiejś instalacji na gównianej planecie. Ayres
powiedział, że wszyscy sprzedali się na dwudziestoletnie kontrakty z dużą wypłatą na koniec. Zdawał sobie sprawę, że to bardzo kiepski układ,
ale i tak był lepszy od innych dostępnych dla nich opcji. Kontrakt
obejmował mieszkanie, ale za wszystko inne musieli płacić odsetkiem
wypłaty, włącznie z jedzeniem, zużyciem energii oraz opieką medyczną,
wliczając w to profilaktykę.
(Wiem. Ratthi powiedział, że używanie konstruktów to niewolnictwo, ale
przynajmniej nie musiałom płacić firmie za naprawy, konserwację,
amunicję i pancerz. Oczywiście nikt mnie nie pytał, czy chciałom zostać
jednostką ochroniarską, ale to już zupełnie inna metafora).
(Na przyszłość: wyszukać definicję metafory).
Zapytałom Ayresa, czy te dwadzieścia lat odmierzane jest według
kalendarza planetarnego, prywatnego kalendarza korporacji utrzymującej
planetę, zalecanego standardu Rubieży korporacyjnej czy jeszcze jakiegoś
innego. Nie wiedział i nie rozumiał, czemu to miało znaczenie.
Tak, to było jednym z głównych powodów, dla których starałom się do nich
nie przywiązywać.
Mając wybór, nigdy nie wybrałobym tego transportowca, ale tylko on
leciał do stacji tranzytowej będącej połączeniem do mojego następnego
celu. Próbowałom dostać się do miejsca zwanego Milu, poza Rubieżą
korporacyjną.
Decyzję podjęłom po opuszczeniu RaviHyral. Z początku musiałom szybko
się stamtąd zabrać i jak najbardziej oddalić od tamtejszej stacji
tranzytowej. (Patrz wyżej: zamordowani ludzie). Wsiadłom na pierwszy
przyjazny transportowiec towarowy i po locie trwającym siedem cykli
wysiadłom na zatłoczonym węźle tranzytowym, co było dobre, bo w tłumie
łatwo się zgubić, oraz złe, bo wszędzie było pełno ludzi i wspomaganych
ludzi, otaczających mnie ze wszystkich stron i patrzących na mnie, co
było piekłem. (Oczywiście po spotkaniu z Ayresem i pozostałymi moja
definicja piekła uległa zmianie).
Ponadto tęskniłom za DTB, a jeszcze bardziej za Tapan, Maro i Rami.
Jeśli już musiałom się opiekować ludźmi, lepiej było zajmować się
drobnymi i miękkimi kobietami, które były dla mnie miłe i uważały, że
jestem wspaniałe, bo nieustannie chroniłom je przed zamordowaniem.
(Lubiły mnie tylko dlatego, że uważały mnie za wspomaganego człowieka,
ale nie można mieć wszystkiego).
Po RaviHyral zdecydowałom się skończyć z kręceniem po okolicy i wydostać
się z Rubieży korporacyjnej, ale to wymagało zaplanowania trasy. Na
transportowcu nie było dostępu do planów lotów i potrzebnych mi
strumieni, ale po zadokowaniu zalały mnie informacje, więc musiałom
poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z nimi. Na dodatek byłom w tej
stacji dopiero od dwudziestu minut, a już desperacko potrzebowałom ciszy
i spokoju, więc weszłom do zautomatyzowanego centrum usług tymczasowych
i wykorzystałom część funduszy na karcie gotówkowej do opłacenia
prywatnego boksu odpoczynkowego. Był dość duży, żeby położyć się w nim z plecakiem, ale zbyt przypominał skrzynię transportową, bym dobrze się w nim czuło. Spędziłom mnóstwo czasu w samotności skrzyń transportowych
podczas przewożenia jako ładunek na kontrakty. Pomyślałom, że człowiek
musiał być bardzo zmęczony, by odpoczywać w takim miejscu bez uczucia
strachu.
Po rozłożeniu się sprawdziłom strumienie stacji pod kątem nowych
pakietów wiadomości dotyczących DeltFall i GrayCris. Niemal natychmiast
znalazłom wątek. Wciąż toczyło się postępowanie sądowe, składano
zeznania i tak dalej. Nie wyglądało na to, żeby wiele się zmieniło, od
kiedy wyleciałom z RaviHyral, co było frustrujące. Ta nieznośna
jednostka ochroniarska, o której nikt nie chciał rozmawiać, wciąż była
zaginiona, więc o tyle dobrze. Trudno było stwierdzić, czy według
dziennikarzy ktoś mnie ukrywa, czy nie. Miałom wrażenie, że nie chcieli
spekulować na temat tego, czy oddaliłom się z własnej woli. Potem
trafiłom na opublikowany sześć cykli temu wywiad z doktor Mensah.
Niespodziewanie dobrze było znowu ją zobaczyć. Powiększyłom obraz, żeby
lepiej się przyjrzeć, i uznałom, że wygląda na zmęczoną. Na podstawie
tła nagrania nie dało się stwierdzić, gdzie się znajduje, a szybki
przegląd treści wywiadu zdradził, że nie jest to wspomniane. Miałom
nadzieję, że wróciła na Pielęgnację, a jeśli wciąż znajduje się w Porcie Wolny Handel, to przynajmniej zatrudnili przyzwoitą ochronę.
Jednak znając jej stosunek do jednostek ochroniarskich (to całe "to
niewolnictwo"), wątpiłom, żeby tak było. Nawet bez systemu medycznego w strumieniu widziałom zmiany skóry wokół jej oczu wskazujące na znaczący,
zapewne przewlekły brak snu.
Niemal poczułom się trochę winne. Coś było nie tak i miałom nadzieję, że
nie chodziło o mnie. Moja ucieczka nie była jej winą i nie mogli
obarczyć jej odpowiedzialnością za, no wiecie, uwolnienie zbuntowanej
jednostki ochroniarskiej, która w przeszłości dopuściła się masowego
mordu niewinnych ludzi. Owszem, wcale nie miała takiego zamiaru. Chciała
mnie wysłać do domu w Pielęgnacji, gdzie by mnie, no nie wiem...
ucywilizowała, wyedukowała czy coś w tym stylu. Szczegóły nie były zbyt
jasne. Jedyne, co wiedziałom z pewnością, to fakt, że Pielęgnacja nie
potrzebowała jednostek ochroniarskich, a ich koncepcja uznania jednostki
ochroniarskiej za wolnego obywatela obejmowała posiadanie ludzkiego
"opiekuna" (gdzie indziej nazywają go po prostu właścicielem).
Jeszcze raz obejrzałom wywiad. Śledztwo dziennikarskie prowadzone przez
agencje wiadomości w sprawie GrayCris ujawniło inne przypadki
sugerujące, że atak na DeltFall był raczej ich typowym sposobem
działania niż wyjątkiem. (Ależ mnie to zdziwiło). GrayCris od bardzo
dawna gromadził skargi dotyczące podejrzanych kontraktów i umów na
wyłączne korzystanie z różnych miejsc, włącznie z potencjalnym projektem
terraformacji poza Rubieżą korporacyjną, który został porzucony, choć
nikt nie znał przyczyn. Popsucie planety, nawet tylko jej części, bez
żadnego powodu było dość dużą sprawą i zdziwiło mnie, że uszło im to na
sucho. No dobrze, wcale mnie nie zdziwiło.
Dziennikarz zapytał doktor Mensah o to ostatnie i odpowiedziała:
- Po tym, czego dowiedziałam się o GrayCris, zamierzam poprosić Radę
Pielęgnacji o przystąpienie do formalnego wniosku o zbadanie sytuacji na
Milu. Zaniechana próba terraformacji to straszne marnotrawstwo zasobów
oraz naturalnej powierzchni planety, jednak GrayCris odmówiło
wyjaśnienia swojego postępowania.
Dziennikarz dodał do wypowiedzi pasek informacyjny z komentarzem na
temat małej firmy spoza Rubieży korporacyjnej, która niedawno złożyła
wniosek o przejęcie porzuconego projektu terraformacyjnego GrayCris.
Ustawili właśnie matrycę holującą, aby powstrzymać porzuconą instalację
terraformacyjną przed spłonięciem w atmosferze, i planowali niedługo
rozpocząć ocenę. Potem komentarz poszedł w dramatyzm, włącznie z rozważaniami na temat tego, co zespół oceniający znajdzie na miejscu.
Leżałom tam, przeskakując przez strumienie i harmonogramy, i uznałom, że
wiem, co znajdą.
Powodem, dla którego wędrowałom samodzielnie, a doktor Mensah pojawiała
się w wiadomościach, był fakt, że GrayCris był gotów zamordować całe
mnóstwo bezradnych badaczy w celu uzyskania wyłącznego dostępu do
pozostałości po obcych: mineralnych i potencjalnie biologicznych resztek
świadomej cywilizacji obcych pozostawionej w ziemi naszego obszaru
oceny. Teraz wiedziałom o tym dużo więcej po wysłuchaniu, jak Tapan i pozostali rozmawiają o swoim kodzie do identyfikacji dziwnych
syntetynków, oraz ponieważ pobrałom książkę na ten temat i przeczytałom
ją między odcinkami moich seriali. Istniało całe mnóstwo umów między
jednostkami politycznymi i korporacyjnymi, zarówno w Rubieży
korporacyjnej, jak i poza nią, dotyczących pozostałości obcych.
Zasadniczo nie należało ich w ogóle dotykać bez licznych specjalnych
certyfikatów, a może nawet z nimi też nie.
Kiedy opuszczałom Port Wolny Handel, przyjmowano, że GrayCris chciał
uzyskać wyłączny dostęp do takich pozostałości. Prawdopodobnie GrayCris
ustanowiłby operację wydobywczą lub kolonię albo jakiś inny podobny duży
projekt jako przykrywkę, zajmując się wydobywaniem i analizą
pozostałości.
A jeśli instalacja terraformacyjna na Milu była tylko udaną przykrywką
dla operacji wydobycia lub pozyskiwania pozostałości obcych, dziwnych
syntetyków? GrayCris zakończył pozyskiwanie i udał, że porzuca projekt
terraformacji, której nigdy tak naprawdę nie prowadzono. Po porzuceniu
instalacja spłonęłaby z czasem w atmosferze, niszcząc tym samym
wszystkie dowody.
Gdyby doktor Mensah miała na to świadectwa, śledztwo przeciwko GrayCris
zrobiłoby się dużo ciekawsze. Może dostatecznie ciekawe, by dziennikarze
zapomnieli o zagubionej jednostce ochroniarskiej, a wtedy doktor Mensah
nie byłaby już potrzebna w Porcie Wolny Handel i mogłaby wrócić do
Pielęgnacji, gdzie było bezpiecznie, a ja mogłobym przestać się o nią
martwić.
Zdobycie dowodów nie powinno być trudne. Ludzie zawsze myślą, że
zacierają po sobie ślady i usuwają dane, ale często się mylą. A więc...
może powinnom to zrobić. Mogłobym polecieć na Milu, a potem wysłać
zebrane tam dane doktor Mensah, albo do miejsca jej pobytu w Porcie
Wolny Handel, albo do domu na Pielęgnacji.
Ponownie otwarłom strumień stacji i zmieniłom zapytania w celu
poszukania transportu na Milu, jednak niczego takiego nie było w publicznym planie lotów tej stacji. Rozszerzyłom poszukiwanie,
sprawdzając inne połączone stacje tranzytowe. Znalazłom tylko stary
komunikat kontroli lotów sprzed czterdziestu dni, gdy według wiadomości
ogłoszono porzucenie instalacji terraformacyjnej po długim okresie braku
aktywności lokalnej stacji tranzytowej. Według komunikatu loty towarowe
do Milu zostały anulowane, z wyjątkiem trasy ze znajdującej się na
skraju Rubieży korporacyjnej stacji HaveRatton. Nie znalazłom żadnych
aktualnych informacji na temat transportowców latających do Milu z HaveRatton, poza niejasnymi raportami, że coś ciągle tam jeszcze lata.
Możliwe, że nie zdołam dostać się na Milu bez własnego statku, a na to
nie było szans. Mam moduł szkoleniowy dla skoczków i innych latających
pojazdów planetarnych, ale nie promów, transportowców czy tym podobnych.
Musiałobym ukraść statek z botem pilotującym, a to zrobiłoby się zbyt
skomplikowane nawet dla mnie.
Jednak HaveRatton było głównym węzłem transportów lecących poza Rubież
korporacyjną i mogłom stamtąd wybierać pośród setek miejsc docelowych,
więc nawet jeśli plan z Milu nie wypali, nie zmarnuję czasu na lot.
Następny transportowiec lecący bezpośrednio do HaveRatton był oznaczony
jako towarowo-pasażerski i tak właśnie wylądowałom z Ayresem i jego
grupą związanych kontraktem durniów.
***
Po przerwaniu ostatniej bójki w mesie i próbie zakończenia krótkotrwałej
kariery doradczyni do spraw związków dla zdesperowanych ludzi ukryłom
się na swojej pryczy. Kiedy przeszliśmy przez tunel podprzestrzenny i zaczęliśmy podchodzenie do HaveRatton, odebrałom strumień stacji.
Chciałom jak najszybciej zdobyć rozkład lotów i cieszyłom się na
możliwość pobrania nowych multimediów. Ostatni oglądany przeze mnie nowy
serial zaczął się bardzo dobrze, ale zrobił się irytujący. Dotyczył
zespołu oceniającego przed terraformacją (na planecie o profilu, który
zupełnie nie kwalifikował się do terraformacji, choć to mi nie
przeszkadzało), jednak zmieniło się to w walkę o przetrwanie z wrogą
fauną i zmutowanymi piratami. Ludzie okazali się zbyt bezradni, by
serial zrobił się ciekawy, i wszyscy ginęli. Ewidentne było, że całość
zmierza ku depresyjnemu zakończeniu, na które nie miałom nastroju.
Irytowało mnie to szczególnie dlatego, że było widać, jak dodanie
heroicznej jednostki ochroniarskiej i może jakichś ciekawych
pozostałości obcych mogło zmienić całość w świetną historię przygodową.
Zresztą nie było mowy, żeby firma poręczeniowa gwarantowała wyprawę
oceniającą bez jakiegoś rodzaju profesjonalnej ochrony. To było
nierealistyczne. Heroiczne jednostki ochroniarskie też były
nierealistyczne, ale jak powiedziałom DTB, istnieją właściwe i niewłaściwe odmiany braku realizmu.
Przestałom oglądać, gdy mutanci odciągnęli biologa grupy, żeby go zjeść.
To był dokładnie ten rodzaj sytuacji, jakim miałom zapobiegać.
Myślenie o prawdopodobnym losie pasażerów transportowca też nie
poprawiało mi nastroju. Nie chciałom oglądać bezradnych ludzi, wolałom
raczej inteligentnych, którzy się wzajemnie ratują.
Przejrzałom indeksy dostępnych danych, rozpoczęłom nowe pobierania i wysłałom zapytanie o plany lotów oraz informacje na temat sposobu
dostania się na Milu.
Nic w tym cyklu, nic w następnym. Nawet po rozszerzeniu poszukiwań do
trzydziestu cykli od teraz. Hm, to potencjalnie mogło być problemem.
Między akcjami pacyfikowania pasażerów dużo myślałom o swoim planie i teraz bardzo nie chciałobym go porzucać, bo naprawdę miałom ochotę
dowalić GrayCris, a skoro nie mogłom użyć pocisków wybuchowych, to był
to najlepszy możliwy sposób. Może plany lotów nie zostały
zaktualizowane, bo ludzie są tak cholernie niesolidni, jeśli chodzi o wprowadzanie danych. Gdy zwolniliśmy przy końcowym podejściu do
dokowania, przeszukałom publiczny katalog miejsc docelowych stacji i faktycznie, znalazłom w nim Milu. Stacja tranzytowa była jak zwykle
obsługiwana przez niezależną firmę, więc miejsce było wymienione jako
wciąż aktywne, choć instalacja została porzucona. Liczba mieszkańców
stacji była zmienna i nie sięgała setki.
Zmienność była dobra, bo oznaczała niewielką liczbę stałych mieszkańców:
ludzie ciągle przybywali i odlatywali. Nawet jeśli zdołam tam dotrzeć,
to nie mając uzasadnionego powodu przebywania tam, będę musiało
dopilnować, żeby nikt mnie nie zobaczył.
DTB zmienił mój wygląd tak, że skany nie zobaczą we mnie jednostki
ochroniarskiej, a dodatkowo napisałom sobie trochę kodu pilnującego,
żeby moje zachowanie bardziej przypominało ludzi lub wspomaganych ludzi,
co głównie obejmowało randomizację ruchów i oddychania. Jednak musiałom
unikać innych jednostek ochroniarskich i najlepiej było unikać ludzi
(takich jak personel ośrodka rozlokowania), którzy widzieli jednostki
ochroniarskie bez pancerza. GrayCris kontraktował jednostki w Rubieży
korporacyjnej, więc mogli używać ich także na stacji Milu. Po
opuszczeniu instalacji GrayCris powinien rzekomo usunąć wszelkie swoje
biura ze stacji tranzytowej, ale wciąż przebywający tam ludzie mogli
widzieć ich jednostki ochroniarskie. To było skalkulowane ryzyko, co
oznaczało, że zrobię to, choć ze świadomością, że będzie to jak
strzelanie sobie w staw kolanowy.
Mogłom zrezygnować z całego pomysłu. Były tu transportowce odlatujące w miejsca daleko od terytorium korporacyjnego, miejsca, które były dla
mnie kompletną niewiadomą. Ale zmęczyło mnie udawanie człowieka.
Potrzebowałom przerwy.
Sprawdziłom plany lotów prywatnych statków i nie znalazłom żadnego
oznaczonego na Milu. Było jednak jeszcze kilka jednostek z planowym
wylotem w najbliższym cyklu, bez podanego celu. Jednym był mały,
pilotowany przez bota statek towarowy, akurat na tyle duży, by przewieźć
zaopatrzenie dla około stu do stu pięćdziesięciu ludzi na ponad sto
cykli. Sprawdziłom jego historię w bazie danych i stwierdziłom, że
wylatuje i wraca bardzo regularnie. Mógł to być prywatny kontraktor
zaopatrujący stację Milu, który nie zgłaszał jej w planie lotu, bo nie
chciał, żeby przypadkowi ludzie wybierali się tam do czasu
rozstrzygnięcia sytuacji związanej z instalacją terraformacyjną.
Statek towarowy planowo miał wylecieć osiemnaście cykli temu, ale
poprosił o wstrzymanie. Równocześnie z moim transportowcem na HaveRatton
przybywało sześć innych jednostek różnej wielkości i z różnych miejsc.
Statek towarowy mógł czekać na jeden z nich, jeśli miał odebrać jakiś
określony ładunek. Mógł też po prostu czekać na naprawę.
Żeby dowiedzieć się więcej, będę musiało zapytać osobiście.
Rozdział drugi
Po zakończeniu procedur dokowania mojego statku opuściłom pryczę,
zgarnęłom plecak (miałom w nim kilka rzeczy, ale głównie pomagał mi
wyglądać bardziej jak podróżujący człowiek) i przez tunel techniczny
skróciłom sobie drogę do śluzy pasażerskiej. Pozostali będą wychodzić
przez śluzę towarową do modułu transportowego, który zostanie doholowany
przez bota dźwigowego do statku zabierającego ich do nowego domu.
Sprzedano im to jako sposób na zapewnienie większej wygody, choć tak
naprawdę zatrudniająca ich firma nie chciała, żeby przechodzili przez
stację, gdzie mogliby zmienić zdanie i uciec.
Nie chciałom się żegnać. Nie mogłom uratować tylu ludzi przed miejscem,
do którego się wybierali - sądzili, że chcą tam lecieć - ale też nie
miałom ochoty tego oglądać.
Pożegnałom się za to z transportowcem, który wypuścił mnie przez śluzę,
a potem usunął zapis z dziennika. Widziałom, że smuci go moje odejście,
ale nie była to podróż, którą chciałobym powtarzać.
Nabrałom już wprawy w przejmowaniu różnych systemów stacji i ochrony,
więc przejście przez skanery broni było dużo mniej stresujące. Jednostki
ochroniarskie zaprojektowano do bycia ruchomymi elementami systemów
ochrony, każdego typu systemów ochrony, dzięki czemu firma może nas
wynajmować jak największej liczbie różnorodnych klientów, nawet
używających własnego, niestandardowego sprzętu. Sztuka hakowania systemu
ochrony polega na przekonaniu go, że powinno się tam znajdować, a firma
pomocnie dostarczyła nam cały potrzebny do tego kod. Praktyka i przerażająca konieczność sprawiły, że stałom się dobre w modyfikacjach w locie.
Zatrzymałom się w centrum handlowym pierścienia, przy automatycznym
kiosku sprzedającym interfejsy strumienia dla ludzi bez wspomagania,
przenośne powierzchnie wyświetlaczy i karty pamięci. Karty przeznaczone
były do zapisu danych i miały wielkość czubka palca. Używali ich ludzie,
którzy musieli konfigurować nowe systemy lub podróżować do miejsc bez
strumienia, albo ci, którzy pragnęli przechowywać dane w miejscu bez
dostępu strumienia. (Choć system bezpieczeństwa firmy zawsze miał
sposoby na ich odczytanie, bo klienci czasem próbowali na nich ukrywać
prywatne dane). Kupiłom zestaw kart pamięci, płacąc swoją kartą.
(Zobaczyłom, że mam na niej jeszcze mnóstwo pieniędzy, co znaczyło, że
Tapan i pozostali musieli mi dużo zapłacić).
Prywatne doki nigdy nie były tak pełne ruchu jak publiczne: kręciło się
tam tylko kilku ludzi oraz mnóstwo traktorbotów przewożących ładunki.
Przechodząc przez terminal wylotowy, przeskanowałom go pod kątem dronów,
ale były tam tylko dwa, monitorujące aktywność traktorbotów. Znalazłom
śluzę statku zaopatrzeniowego i pingnęłom, by sprawdzić, czy ktoś jest w domu. Odpowiedział mi bot pilotujący.
Był to bot niższego poziomu, niedostatecznie zaawansowany, by się nudzić
podczas pobytu w doku czy interesować się perspektywą czegoś do
zrobienia. Jak wszystkie boty transportowe, z którymi się zetknęłom (z wyjątkiem DTB), porozumiewał się obrazami. Tak, był statkiem
zaopatrzeniowym. Tak, leciał na Milu, latał tam regularnie co
czterdzieści siedem dni. Otrzymał aktualizację od kontroli lotów z informacją, że ma wstrzymać wylot, ale spodziewał się zezwolenia na
wylot w ciągu najbliższych dwóch cykli. Przypominało to rozmowę z nagraną reklamą informacji turystycznej, ale uznałom, że przynajmniej
tym razem mi się poszczęściło.
Skłoniłom go do myślenia, że mam autoryzację kapitanatu portu, i poprosiłom o wpuszczenie na pokład, co zrobił. Potem łagodnie usunęłom
ten fakt z jego pamięci. Jeśli chodziło o niego, zawsze byłom na
pokładzie. Nie lubiłom tego robić, wolę negocjować z botami
pilotującymi, ale ten był tak ograniczony, że obawiałom się, że nie jest
w stanie osiągnąć porozumienia, a potem się go trzymać. Nie chciałom
ryzykować, że poinformuje o mnie kapitanat portu, nie rozumiejąc, czemu
to zły pomysł.
Przeszłom krótkim korytarzem do głównej kabiny i znalazłom włazy do
ładowni. Kabina była mała, mieściła tylko konsolę używaną do mocowania i odłączania dwóch modułów towarowych oraz szafki na zaopatrzenie
pokładowe. Oba moduły były już zamocowane, więc jeśli statek czekał na
ładunek, jeden trzeba będzie odłączyć i przeładować. Choć przy
konfiguracji przestrzeni załogowej nie powinno to na mnie wpłynąć.
Użyłom czasu do przeszukania przestrzeni, głównie dlatego, że wciąż
byłom poddenerwowane i wciąż miałom zaprogramowany zwyczaj patrolowania.
Drony naprawcze statku podążały za mną, przyciągnięte ruszającym się
ciałem tam, gdzie żadnego być nie powinno, ale bez poleceń statku nie
próbowały mi przeszkadzać. Nie było tu prywatnych kabin, tylko dwie
prycze przymocowane do ściany przy kabinie pilota oraz jeszcze dwie w pomieszczeniu za kabiną kontroli ładunku, obok awaryjnego systemu
medycznego i maleńkiej łazienki. Nie potrzebowałom jej i nie musiałom
udawać, że używam jej dostatecznie często, by uchodzić za człowieka.
Choć zaczynałom się przyzwyczajać do możliwości korzystania z prysznica
dla ludzi. W porównaniu z gabinetem ochrony pomieszczenia były wręcz
luksusowe. Usiadłom na jednej z prycz w kabinie sterowania i zaczęłom
przeglądać nowe pliki.
(No dobrze, powinnom było zdać sobie sprawę z faktu, że paczki z pościelą i innym zaopatrzeniem w jednej z szafek zapewne znalazły się
tam z jakiegoś powodu).
Po spróbowaniu i odrzuceniu kilku nowo pobranych seriali odpaliłom
pierwszy odcinek czegoś, co wyglądało obiecująco. Akcja rozgrywała się w alternatywnym świecie z magią i nieprawdopodobną mówiącą bronią.
(Nieprawdopodobną, bo byłom mówiącą bronią i wiedziałom, jaki ludzie
mają do mnie stosunek).
Jakieś dwadzieścia godzin później byłom wciąż głęboko pogrążone w serialu i cieszyłom się z wakacji wolnych od ludzi. Na szczęście
poczułom wzrost ciśnienia powietrza po aktywacji systemu podtrzymywania
życia. (Nie potrzebuję wiele powietrza i zawsze mogę przejść w tryb
hibernacji, jeśli go zabraknie, więc minimalna atmosfera na
automatycznych transportowcach zupełnie mi wystarcza).
Wstrzymałom film i usiadłom. Zapytałom pilotującego bota, czy ktoś
wchodzi na pokład. Tak, na pokład wejdą dwie osoby. Otrzymał informację
od kapitanatu portu, że teraz może już prosić o zgodę na wyznaczenie
okna startowego.
Kolejna z tych chwil w stylu "o cholera".
Przynajmniej przeszukałom już statek, więc miałom wytypowane kilka
potencjalnych miejsc. Sturlałom się z pryczy, pamiętałom o złapaniu
plecaka i opadłom przez pionowy korytarz do głównej kabiny. Po przejściu
przez nią weszłom w korytarz do części towarowej. Wybrałom szafkę o najmniej wygodnym dostępie i przesunęłom jej zawartość tak, że mogłom
się wcisnąć z tyłu, a paczki z zaopatrzeniem będą mnie zasłaniać.
Przytuliłom się do bota pilotującego i przypomniałom mu, że powinnom tu
być, ale nie ma potrzeby wspominać o mnie komukolwiek innemu, włącznie z pasażerami oraz kapitanatem portu. Nie miał żadnych kamer monitoringu
(transportowce nie kontrolowane przez korporacyjne jednostki polityczne
rzadko je mają), ale miał drony. Dzięki ich skanerom miałom dobry wgląd
we wszystkie pomieszczenia wewnętrzne, gdy już udało mi się odfiltrować
niepotrzebne dane techniczne.
Szesnaście minut później otworzyła się śluza i na pokład weszły dwie
osoby. Dwóch wspomaganych ludzi (płeć żeńska) z torbami podróżnymi i paroma skrzyniami, które natychmiast rozpoznałom. Sprzęt bojowy,
włącznie z pancerzami i bronią.
Hm. Boty były stosowane do walki częściej od ludzi z tego samego powodu,
dla którego jednostki ochroniarskie były częstsze na kontraktach
ochrony: jeśli nie wykonujemy rozkazów, smażą nam mózgi. Jednak istniały
traktaty łączące korporacje i inne jednostki polityczne, regulujące
stosowanie botów bojowych. (Choć wyglądało na to, że wszyscy potrafią je
obchodzić, co stanowiło dość częsty element fabuły niektórych seriali
spoza Rubieży korporacyjnej).
Słuchałom przez drony i strumień statku, ale ludzie nie rozmawiali zbyt
wiele, po prostu chowali swój sprzęt, czasami wymieniając krótkie uwagi.
Na podstawie ich oznaczeń w strumieniu dowiedziałom się, że nazywają się
Wilken i Gerth. Liczenie na to, że będą rozmawiać o powodach swojego
lotu na Milu, byłoby przesadą.
Istotnym elementem moich zadań jako jednostki ochroniarskiej było
pomaganie firmie w rejestrowaniu wszystkiego, co robili i mówili moi
klienci, żeby firma mogła robić z tego ekstrakcję danych i sprzedawać
wszystko, co miało jakąś wartość. (Mówi się, że dobra ochrona ma swoją
cenę, i firma traktuje to bardzo dosłownie). Większość nagrań to śmieci,
które się kasuje, ale najpierw trzeba je przeanalizować i wydłubać
ciekawostki. Zwykle robi się to z pomocą systemu centralnego, ale
potrafię to zrobić samodzielnie i wciąż mam cały potrzebny do tego kod.
Zajmował miejsce w mojej przestrzeni, które można było wykorzystać na
multimedia, jednak nie było to coś, co mogłobym szybko odzyskać.
Podczas gdy ludzie wyciągali jakieś pakiety zaopatrzenia z szafki, w której się nie chowałom, i urządzali się na czas lotu, dostosowałom kod
dronów tak, by mogły nagrywać. Kiedy zbiorę dość danych, rozpocznę
analizę w tle.
W chwili gdy statek wychodził z doku, rozpoczynając lot na Milu, z powrotem oglądałom już mój nowy serial.
***
Dotarcie na miejsce zajęło dwadzieścia cykli lokalnego czasu statku.
Nie spodziewałom się, żeby miało mi to przeszkadzać. Przesiadywałom w skrzyniach transportowych i boksach przez dużo dłuższe okresy, a wiele z tych lotów odbywało się, zanim zhakowałom swój moduł kontrolera i zaczęłom ściągać multimedia. Jednak odwykłom od podróżowania jako
ładunek, nawet z nowymi filmami, serialami i kilkuset książkami do
czytania. Boks przejściowego odpoczynku mi nie przeszkadzał i spędziłom
niemal bez ruchu trzy inne loty transportowcami, włącznie z lotem z DTB.
Nie byłom pewne, na czym polega różnica. No dobrze, może wiedziałom: we
wszystkich innych przypadkach miałom możliwość ruszania się, gdy tylko
chciałom.
Wszystko jedno, poczułom ulgę, gdy statek poinformował, że zbliża się do
Milu. Dwie minuty później uświadomiłom sobie, że odbieram strumień
stacji, ale jest pusty. Zwykle zawierał informacje o ruchu i dokowaniu,
potencjalne zagrożenia nawigacyjne, wiadomości podróżne i inne tego typu
rzeczy, ale tutaj nie było niczego. Spytałom Statek, który poinformował,
że nie ma żadnego innego ruchu, ale było to zgodne z jego wcześniejszymi
doświadczeniami w dokowaniu do tej stacji. (Kiedyś oglądałom serial, w którym występowała martwa nawiedzona stacja, i owszem, coś takiego było
mało prawdopodobne, ale lepiej było się upewnić).
Cisza i tak była dziwnie niepokojąca. Stacja miała kształt trójkąta i była mniejsza niż RaviHyral. Skan wykazał dwa statki w doku i trochę
promów, choć był to zaledwie ułamek jej możliwości.
Statek podszedł do pozycji dokowania, zanim w końcu usłyszałom cokolwiek
w strumieniu. Komunikat powitalny zabrzmiał całkiem normalnie, ale
indeks stacji wyglądał tak, jakby system informacyjny doznał awarii.
Była tam lista firm i usług, ale każda pozycja została zaktualizowana
powiadomieniem o zamknięciu/dezaktywacji. Czyli to miejsce może jednak
nie było nawiedzone, ale stało na krawędzi statusu
martwego/nieaktywnego.
Czekając na ukończenie dokowania przez Statek, sprawdziłom wyniki swojej
analizy. Wilken i Gerth były konsultantkami do spraw bezpieczeństwa
zatrudnionymi przez grupę badawczą wynajętą przez Niezależny
DobryNocnyLądownik. ND ustawiło znaczniki porzucenia na opuszczonej
instalacji terraformacyjnej GrayCris i uruchomiło matrycę holującą, by
ochronić ją przed rozpadem, a teraz rozpoczynało procedurę formalnego
przejęcia własności. Zadaniem grupy badawczej było dostanie się do
instalacji i przygotowanie raportu o jej stanie.
Był to dokładnie taki rodzaj kontraktu, do jakich firmy poręczeniowe
dostarczają jednostki ochroniarskie, rodzaj kontraktu wykonywanego
przeze mnie więcej razy, niż wciąż mam zapisane w pamięci. Jednak sądząc
z rozmów Wilken i Gerth z ostatnich dwudziestu cykli, było jasne, że w tym wypadku nie ma żadnej firmy poręczeniowej ani jednostek
ochroniarskich. Próbowałom nie brać tego do siebie.
(Gdyby w sprawie brała udział firma poręczeniowa z ochroną w postaci
jednostek ochroniarskich, musiałobym przerwać to... cokolwiek tu
robiłom. Zmiana mojej konfiguracji mogła oszukać skanery, ale nie inną
jednostkę ochroniarską, a każda jednostka, która by mnie wykryła,
natychmiast zgłosiłaby ten fakt swojemu systemowi centralnemu. Ja z całą
pewnością bym siebie zgłosiło. Bardzo dobrze wiem, jak cholernie
niebezpieczne mogą być zbuntowane jednostki ochroniarskie).
Czekając na ukończenie przez statek procedury dokowania, uznałom, że
związane z tym odgłosy zamaskują ewentualne dźwięki wynikające z drobnych ruchów. Przesunęłom swój plecak do przodu, otwarłom skórę na
prawym przedramieniu w miejscu, gdzie znajdowała się broń energetyczna,
i wsunęłom w to miejsce wszystkie kupione karty pamięci. Sprawiały
dziwne wrażenie, jakby było ich bardzo dużo, ale przyzwyczaję się do
tego. Plecak zamierzałom zostawić tutaj, w szafce.
Zadokowaliśmy, a Wilken i Gerth zebrały swoje rzeczy i wyszły przez
śluzę na stację. Wypakowując się z szafki, użyłom publicznego strumienia
stacji do zhakowania systemu bezpieczeństwa. Większość kamer nie była
aktywna, a skanery monitorowały wyłącznie pod kątem bezpieczeństwa
środowiska i wykrywania uszkodzeń. Bardziej martwili się usterkami
sprzętu niż podejmowanymi przez ludzi próbami kradzieży lub sabotażu,
ale może wynikało to z faktu, że tutejsza populacja nie była liczna.
Po ponownym załadowaniu szafki i upewnieniu się, że nie zostawiłom
żadnych śladów swojej obecności, pokręciłom się trochę po statku, aby
sprawdzić, czy ludzie czegoś po sobie nie pozostawili. Nic z tego.
Zawahałom się, rozważając użycie dronów statku. Przy tak skromnym
pokryciu kamerami posiadanie dronów byłoby miłe, ale te naprawcze były
dużo większe od dronów, do których się przyzwyczaiłom, co wynikało
głównie z potrzeby uwzględnienia niewielkich manipulatorów i chwytaków
potrzebnych do konserwacji. Uznałom, że zabieranie ich statkowi nie było
tego warte.
Wprowadziłom jeszcze kilka modyfikacji. Poleciłom statkowi przestawienie
się w planie lotu portu na status konserwacji i przekonałom go do
myślenia, że potrzebuje mojej zgody na wylot. Ponieważ statek sam o siebie dbał, a będąca jego właścicielem firma nie miała w tym systemie
nawet stoiska, nie sądziłom, żeby ktokolwiek zawracał sobie głowę
sprawdzaniem go, jeśli tylko nie rozminie się z planowym wylotem o więcej niż kilka cykli. Przy tak małej liczbie jednostek w doku nie
chciałom tu utknąć.
Po opuszczeniu statku przez śluzę znalazłom się w pustym terminalu.
Niedostateczne oświetlenie generowało mnóstwo cieni, które jednak nie
wystarczały do ukrycia uszkodzeń i plam na dużych panelach podłogowych.
W podmuchu z systemu recyklingu powietrza dryfowała samotna folia z opakowania jedzenia, jakby tu już nikt nie sprzątał. Nie było żadnych
dronów, żadnych traktorbotów. Na zewnątrz unosiły się teraz dwa duże,
kierowane przez boty dźwigi wyładowujące moduły towarowe statku, i poczułom się nieco pewniej, słysząc towarzyszące temu odgłosy uderzeń i odbierając dane, które przesyłały sobie przez zasadniczo cichy strumień
stacji. Nie lubię poruszać się przez korytarze pełne ludzi gapiących się
na mnie i nawiązujących kontakt wzrokowy, ale o dziwo, przeciwieństwo
było równie nieprzyjemne.
Znalazłom Gerth i Wilken na obrazie jednej z nielicznych działających
kamer monitoringu i ruszyłom za nimi. Kierowały się w głąb terminala,
nie na poziomy mieszkalne. W strumieniu nie było informacji
turystycznych, ale zhakowanie kamer dało mi dostęp do systemu
konserwacyjnego stacji i wyciągnęłom stamtąd plan. Wszystkie obszary
poza niezbędnymi do utrzymania minimum funkcjonowania stacji zostały
wyłączone. Zaciekawiło mnie, czy złożony przez Niezależny
DobryNocnyLądownik wniosek o przejęcie porzuconego projektu był
popularny na miejscowej stacji tranzytowej. To miejsce już mi się nie
podobało, a przecież nie musiałom tu mieszkać.
Mam kod do zamrażania obrazu z kamer i usuwania się z nich, którego
używałom w dużo bardziej wymagających sytuacjach, zmodyfikowałom go więc
do pracy z firmowym systemem bezpieczeństwa stacji. Choć tak naprawdę
największe niebezpieczeństwo wiązało się z zauważeniem mnie przez
człowieka z głębi terminala, który pomyślałby sobie: Hej, a to kto? Na
szczęście na stacji było przeważnie ciemno.
Doszłom śladem Wilken i Gerth do końca terminala wylotowego, a potem w górę rampy do miejsca, które według planu mieściło biura kapitanatu
portu i kontroli towarów.
Kiedy mijałom wyjście śluzy u góry rampy, tuż przede mną pojawiło się
nagle coś jasnego i kolorowego, a ja niemal krzyknęłom. To była
reagująca na ruch reklama usług towarowych, zrobiona farbą markerową na
podłodze. Rzuciła mi też krótkie wideo do strumienia, na wypadek gdyby w jakiś sposób udało mi się nie zauważyć świecącego obrazu tuż przed
twarzą. Zwykle takie znaczniki używane są tylko do procedur awaryjnych,
bo działają nawet przy braku zasilania, i nigdy jeszcze nie widziałom,
żeby używano ich do reklam. Cały sens znaczników polegał na tym, że były
jedynymi rzeczami widocznymi w razie awarii zasilania, więc łatwo było
je zobaczyć. Zmuszenie głupich ludzi, by kierowali się znacznikami do
bezpiecznych miejsc, było dostatecznie trudne i bez zaśmiecających drogę
ewakuacyjną wyskakujących nagle reklam.
Przypomniałom sobie, że zapewnianie ludziom bezpieczeństwa nie jest już
moim obowiązkiem.
Ale i tak nienawidziłom reklam znacznikowych.
Ponownie sprawdziłom obraz z kamer i odkryłom, że Wilken i Gerth
znalazły ślady życia na terenie kapitanatu portu. Stały przed centrum
biurowym z trzema poziomami bańkowych okien wychodzących na to, co
powinno być centrum handlowym stacji. Znajdował się tam otwarty teren z kilkoma rurami transportowymi przechodzącymi po łukach w górze oraz
dużym kulistym wyświetlaczem, unoszącym się w powietrzu w trybie
uśpienia. Przestrzeń otoczona była przez wielopoziomowe ciemne bloki
mieszkalne oraz puste witryny miejsc, które powinny być kawiarniami,
hotelami, punktami usługowymi, biurami i tak dalej. Wiele z nich
wyglądało na niewykończone, jakby nikt się tam nigdy nie wprowadził, a reszta została zamknięta, zostawiając po sobie jedynie porzucone
unoszące się w powietrzu ekrany.
Skręciłom w korytarz prowadzący w stronę przeciwną do kapitanatu, do
głównego bloku mieszkalnego stacji, jeśli w ogóle było tu coś takiego.
Wędrowałom w prawie całkowitej ciemności, aż znalazłom puste
pomieszczenie przygotowane pod coś, co nigdy nie zostało zainstalowane,
i przykucnęłom w środku. Mogłom teraz monitorować kamery, nie martwiąc
się, że zauważy mnie jakaś przypadkowa osoba z personelu stacji. O mój
strumień otarł się dron techniczny/skanujący pod kątem broni, więc
chwyciłom go i przejęłom kontrolę. Prowadził samotny patrol przed
biurami kapitanatu portu i użyłom go do uzyskania lepszego widoku i dźwięku, niż zapewniała statyczna kamera monitoringu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki