Pamiętniki Mordbota - Martha Wells

Kup ebooka

40.00 zł
33.16 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Mam strasz­nego pecha do trans­por­tow­ców ste­ro­wa­nych przez boty.

Pierw­szy zgo­dził się wpu­ścić mnie na pokład w zamian za moją kolek­cję pli­ków mul­ti­me­dial­nych, bez żad­nych ukry­tych moty­wów, i tak bar­dzo sku­piał się na swoim zada­niu, że wymiana infor­ma­cji mię­dzy nami przy­po­mi­nała to, czego można by ocze­ki­wać od trak­tor­bota. Przez cały lot byłom samo z moimi mul­ti­me­diami, co bar­dzo mi odpo­wia­dało. Zro­dziło to we mnie fał­szywe prze­ko­na­nie, że wszyst­kie boty pilo­tu­jące będą wła­śnie takie.

A potem tra­fi­łom na Dup­ko­waty Trans­por­to­wiec Badaw­czy. Według ofi­cjal­nego opisu DTB był stat­kiem badaw­czym głę­bo­kiej prze­strzeni. Na róż­nych eta­pach naszych rela­cji DTB gro­ził mi śmier­cią, oglą­dał ze mną moje ulu­bione seriale, umoż­li­wił mi zmianę kon­fi­gu­ra­cji ciała, zapew­nił dosko­nałe wspar­cie tak­tyczne, prze­ko­nał do uda­wa­nia wspo­ma­ga­nego czło­wieka pra­cu­ją­cego jako kon­sul­tant do spraw bez­pie­czeń­stwa, ura­to­wał życie moich klien­tek i zatarł ślady, gdy musia­łom zamor­do­wać paru ludzi. (To byli źli ludzie). Naprawdę za nim tęsk­ni­łom.

A teraz ten trans­por­to­wiec.

Też ste­ro­wany przez bota, ale prze­wo­ził pasa­że­rów, głów­nie nisko lub śred­nio wykwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych, ludzi i wspo­ma­ga­nych ludzi, podró­żu­ją­cych mię­dzy sta­cjami tran­zy­to­wymi w ramach kon­trak­tów cza­so­wych. Nie była to dla mnie ide­alna sytu­acja, ale był to jedyny trans­por­to­wiec lecący we wła­ściwą stronę.

Jak przy­stało na pilo­to­wane przez bota trans­por­towce nie­bę­dące DTB, poro­zu­mie­wał się obra­zami i wpu­ścił mnie na pokład w zamian za kopię kolek­cji mul­ti­me­diów. Ponie­waż mani­fest znaj­do­wał się w stru­mie­niu trans­por­towca, a tym samym był dostępny dla pozo­sta­łych pasa­że­rów, popro­si­łom, żeby mnie do niego dopi­sał na czas lotu, na wypa­dek gdyby ktoś spraw­dzał. W infor­ma­cjach o pasa­że­rach było pole na zawód i w chwili sła­bo­ści powie­dzia­łom mu, że jestem kon­sul­tantką do spraw bez­pie­czeń­stwa.

W związku z tym trans­por­to­wiec uznał, że może mnie wyko­rzy­stać do utrzy­my­wa­nia porządku na pokła­dzie, i zaczął infor­mo­wać o pro­ble­mach mię­dzy pasa­że­rami. A ja w swo­jej głu­po­cie zaczę­łom reago­wać. Nie, też nie wiem czemu. Może dla­tego, że do tego mnie wła­śnie zbu­do­wano i musia­łom to mieć zapi­sane w DNA kon­tro­lu­ją­cym czę­ści orga­niczne. (Musi gdzieś ist­nieć kod błędu zna­czący "Otrzy­ma­łom twoje żąda­nie, ale posta­no­wi­łom je zigno­ro­wać").

Z początku było dość pro­sto. ("Jeśli jesz­cze raz będziesz ją zacze­piał, poła­mię ci wszyst­kie kości w dłoni i ręce. To potrwa około godziny"). Potem sytu­acja zro­biła się bar­dziej skom­pli­ko­wana, jako że zaczęli się kłó­cić nawet pasa­że­ro­wie, któ­rzy się lubili. Mnó­stwo czasu (bar­dzo cen­nego, który mógł zostać spę­dzony na oglą­da­niu/czy­ta­niu zapi­sa­nych mul­ti­me­diów roz­ryw­ko­wych) zaj­mo­wało mi roz­są­dza­nie spo­rów, które mnie zupeł­nie nie obcho­dziły.

Był już ostatni cykl podróży, którą w jakiś spo­sób wszyst­kim nam udało się prze­żyć, i kie­ro­wa­łom się wła­śnie do mesy, żeby prze­rwać kolejną kłót­nię mię­dzy dur­nymi ludźmi.

Trans­por­to­wiec nie miał dro­nów, choć przy­naj­mniej dys­po­no­wał ogra­ni­czoną liczbą kamer moni­to­ringu, więc zna­łom pozy­cje wszyst­kich w kam­bu­zie/mesie, zanim jesz­cze roz­su­nęły się drzwi. Weszłom do sali, prze­cho­dząc przez labi­rynt krzy­czą­cych ludzi oraz prze­wró­co­nych sto­łów i krze­seł, i wkro­czy­łom mię­dzy wal­czą­cych. Jeden uży­wał jako broni przy­boru kuchen­nego, więc prze­ję­łom go jed­nym ruchem bez wyry­wa­nia mu pal­ców.

Mogli­by­ście pomy­śleć, że gdy osoba znana jako kon­sul­tantka do spraw ochrony wpada do pomiesz­cze­nia i roz­braja jed­nego z nich, to pozo­stali zatrzy­mują się i zasta­na­wiają nad swo­imi prio­ry­te­tami w tej sytu­acji, ale och, jak bar­dzo się myli­cie. Cof­nęli się nieco, wciąż obrzu­ca­jąc się obe­lgami. Pozo­stali prze­rzu­cili się z wrzesz­cze­nia na sie­bie na wrzesz­cze­nie do mnie, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc opo­wie­dzieć różne wer­sje tego, co zaszło.

- Zamknąć się! - krzyk­nę­łom.

(W uda­wa­niu wspo­ma­ga­nego czło­wieka będą­cego kon­sul­tan­tem do spraw bez­pie­czeń­stwa zamiast bycia jed­nostką ochro­niar­ską dobre jest to, że można kazać ludziom się zamknąć).

Wszy­scy się zamknęli.

- Kon­sul­tantko Rin - ode­zwał się Ayres, wciąż ciężko dysząc - chyba mówi­łaś, że nie chcesz tu wię­cej przy­cho­dzić...

- Kon­sul­tantko Rin, on powie­dział, że... - prze­rwał mu ten drugi, Elbik, wyko­nu­jąc teatralny gest.

Choć na Ravi­Hy­ral uży­wa­łom imie­nia Eden, na trans­por­towcu przed­sta­wi­łom się jako Rin. Byłom dość prze­ko­nane, że ochrona sta­cji tran­zy­to­wej Ravi­Hy­ral nie miała powodu wią­zać tej toż­sa­mo­ści z żad­nymi nagłymi zgo­nami, do któ­rych doszło na pry­wat­nym pro­mie, a nawet gdyby mieli, nie ści­ga­liby nikogo poza swoją jurys­dyk­cją, chyba że zosta­liby do tego zatrud­nieni. Jed­nak zmiana imie­nia i tak wyda­wała się słusz­nym kro­kiem.

Pozo­stali zaczęli wycho­dzić zza sto­łów oraz pośpiesz­nie wznie­sio­nych bary­kad z krze­seł i wszy­scy pró­bo­wali coś dorzu­cić, czego skut­kiem było wska­zy­wa­nie pal­cami i wrza­ski. Co było typowe. (Gdyby nie pobrane przeze mnie z kana­łów roz­ryw­ko­wych seriale, sądzi­ło­bym, że jedyny spo­sób, w jaki poro­zu­miewa się więk­szość ludzi, to wska­zy­wa­nie pal­cami i wrza­ski).

Obiek­tywne dwa­dzie­ścia sześć cykli lotu subiek­tyw­nie spra­wiało wra­że­nie przy­naj­mniej dwu­stu trzy­dzie­stu. Musia­łom odwró­cić ich uwagę. Sko­pio­wa­łom wszyst­kie moje media wizu­alne do sys­temu trans­por­towca dostęp­nego dla pasa­że­rów, co umoż­li­wiło ich odtwa­rza­nie na powierzch­niach ekra­no­wych i przy­naj­mniej ogra­ni­czyło do mini­mum płacz (u doro­słych i dzieci). I muszę przy­znać, że liczba bójek spa­dła dra­stycz­nie po tym, gdy pierw­szy raz przy­ci­snę­łom kogoś do ściany jedną ręką i usta­no­wi­łom jasne zasady. (Zasada numer jeden: nie doty­kać kon­sul­tantki Rin). Jed­nak nawet po tym zwy­kle musia­łom stać bez­rad­nie, słu­cha­jąc ich pro­ble­mów i żalów wzglę­dem pozo­sta­łych, wzglę­dem róż­nych kor­po­ra­cji, które ich wyru­chały (jasne, wiem coś o tym) i do świata w ogól­no­ści. Ow­szem, słu­cha­nie tego wszyst­kiego było strasz­liwe.

- Nie obcho­dzi mnie to - powie­dzia­łom dzi­siaj.

Wszy­scy znowu się zamknęli.

- Zostało nam naj­wy­żej sześć godzin do doko­wa­nia trans­por­towca. Kiedy to nastąpi, może­cie sobie wza­jem­nie robić, co tylko będzie­cie chcieli.

Co nie zadzia­łało, bo i tak musieli mi powie­dzieć, co było powo­dem naj­now­szej bójki. (Nie pamię­tam, o co cho­dziło, usu­nę­łom to z pamięci natych­miast po wyj­ściu z pomiesz­cze­nia).

Wszy­scy byli iry­tu­jąco i głę­boko nie­do­sko­na­łymi ludźmi, ale nie chcia­łom ich zabi­jać. No dobrze, może tro­chę.

Zada­niem jed­nostki ochro­niar­skiej jest ochrona jej klien­tów przed wszyst­kim, co chce ich zabić albo skrzyw­dzić, oraz łagodne znie­chę­ca­nie ich do zabi­ja­nia, kale­cze­nia i tym podob­nych wobec sie­bie nawza­jem. Powód, dla któ­rego pró­bo­wali się wza­jem­nie poza­bi­jać, poka­le­czyć i tak dalej, nie jest dla jed­nostki ochro­niar­skiej istotny, bo tym powi­nien zająć się prze­ło­żony ludzi. (Który może też świa­do­mie wszystko zigno­ro­wać, aż cały pro­jekt zmieni się w jedną wielką gów­no­bu­rzę, a jed­nostka ochro­niar­ska będzie się modlić o miło­sierne roz­wią­za­nie w postaci przy­pad­ko­wej gwał­tow­nej dekom­pre­sji - nie żebym mówiło to z doświad­cze­nia czy coś).

Jed­nak tutaj, na tym trans­por­towcu, nie było prze­ło­żo­nego, tylko ja. I wie­dzia­łom, gdzie lecą, rów­nie dobrze jak oni, nawet jeśli uda­wali, że cała ich złość i fru­stra­cja spo­wo­do­wana była przez Vinigo albo Evę bio­rą­cych dodat­kowy pakiet uda­wa­nych owo­ców. Tak więc spę­dza­łom mnó­stwo czasu na słu­cha­niu ich i uda­wa­niu, że roz­pocznę dogłębne śledz­two w spra­wach takich jak kto zosta­wił opa­ko­wa­nie po ciast­kach w umy­walce ubi­ka­cji przy kam­bu­zie.

Lecieli pra­co­wać w jakiejś insta­la­cji na gów­nia­nej pla­ne­cie. Ayres powie­dział, że wszy­scy sprze­dali się na dwu­dzie­sto­let­nie kon­trakty z dużą wypłatą na koniec. Zda­wał sobie sprawę, że to bar­dzo kiep­ski układ, ale i tak był lep­szy od innych dostęp­nych dla nich opcji. Kon­trakt obej­mo­wał miesz­ka­nie, ale za wszystko inne musieli pła­cić odset­kiem wypłaty, włącz­nie z jedze­niem, zuży­ciem ener­gii oraz opieką medyczną, wli­cza­jąc w to pro­fi­lak­tykę.

(Wiem. Rat­thi powie­dział, że uży­wa­nie kon­struk­tów to nie­wol­nic­two, ale przy­naj­mniej nie musia­łom pła­cić fir­mie za naprawy, kon­ser­wa­cję, amu­ni­cję i pan­cerz. Oczy­wi­ście nikt mnie nie pytał, czy chcia­łom zostać jed­nostką ochro­niar­ską, ale to już zupeł­nie inna meta­fora).

(Na przy­szłość: wyszu­kać defi­ni­cję meta­fory).

Zapy­ta­łom Ayresa, czy te dwa­dzie­ścia lat odmie­rzane jest według kalen­da­rza pla­ne­tar­nego, pry­wat­nego kalen­da­rza kor­po­ra­cji utrzy­mu­ją­cej pla­netę, zale­ca­nego stan­dardu Rubieży kor­po­ra­cyj­nej czy jesz­cze jakie­goś innego. Nie wie­dział i nie rozu­miał, czemu to miało zna­cze­nie.

Tak, to było jed­nym z głów­nych powo­dów, dla któ­rych sta­ra­łom się do nich nie przy­wią­zy­wać.

Mając wybór, ni­gdy nie wybra­ło­bym tego trans­por­towca, ale tylko on leciał do sta­cji tran­zy­to­wej będą­cej połą­cze­niem do mojego następ­nego celu. Pró­bo­wa­łom dostać się do miej­sca zwa­nego Milu, poza Rubieżą kor­po­ra­cyjną.

Decy­zję pod­ję­łom po opusz­cze­niu Ravi­Hy­ral. Z początku musia­łom szybko się stam­tąd zabrać i jak naj­bar­dziej odda­lić od tam­tej­szej sta­cji tran­zy­to­wej. (Patrz wyżej: zamor­do­wani ludzie). Wsia­dłom na pierw­szy przy­ja­zny trans­por­to­wiec towa­rowy i po locie trwa­ją­cym sie­dem cykli wysia­dłom na zatło­czo­nym węźle tran­zy­to­wym, co było dobre, bo w tłu­mie łatwo się zgu­bić, oraz złe, bo wszę­dzie było pełno ludzi i wspo­ma­ga­nych ludzi, ota­cza­ją­cych mnie ze wszyst­kich stron i patrzą­cych na mnie, co było pie­kłem. (Oczy­wi­ście po spo­tka­niu z Ayre­sem i pozo­sta­łymi moja defi­ni­cja pie­kła ule­gła zmia­nie).

Ponadto tęsk­ni­łom za DTB, a jesz­cze bar­dziej za Tapan, Maro i Rami. Jeśli już musia­łom się opie­ko­wać ludźmi, lepiej było zaj­mo­wać się drob­nymi i mięk­kimi kobie­tami, które były dla mnie miłe i uwa­żały, że jestem wspa­niałe, bo nie­ustan­nie chro­ni­łom je przed zamor­do­wa­niem. (Lubiły mnie tylko dla­tego, że uwa­żały mnie za wspo­ma­ga­nego czło­wieka, ale nie można mieć wszyst­kiego).

Po Ravi­Hy­ral zde­cy­do­wa­łom się skoń­czyć z krę­ce­niem po oko­licy i wydo­stać się z Rubieży kor­po­ra­cyj­nej, ale to wyma­gało zapla­no­wa­nia trasy. Na trans­por­towcu nie było dostępu do pla­nów lotów i potrzeb­nych mi stru­mieni, ale po zado­ko­wa­niu zalały mnie infor­ma­cje, więc musia­łom poświę­cić tro­chę czasu na zapo­zna­nie się z nimi. Na doda­tek byłom w tej sta­cji dopiero od dwu­dzie­stu minut, a już despe­racko potrze­bo­wa­łom ciszy i spo­koju, więc weszłom do zauto­ma­ty­zo­wa­nego cen­trum usług tym­cza­so­wych i wyko­rzy­sta­łom część fun­du­szy na kar­cie gotów­ko­wej do opła­ce­nia pry­wat­nego boksu odpo­czyn­ko­wego. Był dość duży, żeby poło­żyć się w nim z ple­ca­kiem, ale zbyt przy­po­mi­nał skrzy­nię trans­por­tową, bym dobrze się w nim czuło. Spę­dzi­łom mnó­stwo czasu w samot­no­ści skrzyń trans­por­to­wych pod­czas prze­wo­że­nia jako ładu­nek na kon­trakty. Pomy­śla­łom, że czło­wiek musiał być bar­dzo zmę­czony, by odpo­czy­wać w takim miej­scu bez uczu­cia stra­chu.

Po roz­ło­że­niu się spraw­dzi­łom stru­mie­nie sta­cji pod kątem nowych pakie­tów wia­do­mo­ści doty­czą­cych Delt­Fall i Gray­Cris. Nie­mal natych­miast zna­la­złom wątek. Wciąż toczyło się postę­po­wa­nie sądowe, skła­dano zezna­nia i tak dalej. Nie wyglą­dało na to, żeby wiele się zmie­niło, od kiedy wyle­cia­łom z Ravi­Hy­ral, co było fru­stru­jące. Ta nie­zno­śna jed­nostka ochro­niar­ska, o któ­rej nikt nie chciał roz­ma­wiać, wciąż była zagi­niona, więc o tyle dobrze. Trudno było stwier­dzić, czy według dzien­ni­ka­rzy ktoś mnie ukrywa, czy nie. Mia­łom wra­że­nie, że nie chcieli spe­ku­lo­wać na temat tego, czy odda­li­łom się z wła­snej woli. Potem tra­fi­łom na opu­bli­ko­wany sześć cykli temu wywiad z dok­tor Men­sah.

Nie­spo­dzie­wa­nie dobrze było znowu ją zoba­czyć. Powięk­szy­łom obraz, żeby lepiej się przyj­rzeć, i uzna­łom, że wygląda na zmę­czoną. Na pod­sta­wie tła nagra­nia nie dało się stwier­dzić, gdzie się znaj­duje, a szybki prze­gląd tre­ści wywiadu zdra­dził, że nie jest to wspo­mniane. Mia­łom nadzieję, że wró­ciła na Pie­lę­gna­cję, a jeśli wciąż znaj­duje się w Por­cie Wolny Han­del, to przy­naj­mniej zatrud­nili przy­zwo­itą ochronę. Jed­nak zna­jąc jej sto­su­nek do jed­no­stek ochro­niar­skich (to całe "to nie­wol­nic­two"), wąt­pi­łom, żeby tak było. Nawet bez sys­temu medycz­nego w stru­mie­niu widzia­łom zmiany skóry wokół jej oczu wska­zu­jące na zna­czący, zapewne prze­wle­kły brak snu.

Nie­mal poczu­łom się tro­chę winne. Coś było nie tak i mia­łom nadzieję, że nie cho­dziło o mnie. Moja ucieczka nie była jej winą i nie mogli obar­czyć jej odpo­wie­dzial­no­ścią za, no wie­cie, uwol­nie­nie zbun­to­wa­nej jed­nostki ochro­niar­skiej, która w prze­szło­ści dopu­ściła się maso­wego mordu nie­win­nych ludzi. Ow­szem, wcale nie miała takiego zamiaru. Chciała mnie wysłać do domu w Pie­lę­gna­cji, gdzie by mnie, no nie wiem... ucy­wi­li­zo­wała, wyedu­ko­wała czy coś w tym stylu. Szcze­góły nie były zbyt jasne. Jedyne, co wie­dzia­łom z pew­no­ścią, to fakt, że Pie­lę­gna­cja nie potrze­bo­wała jed­no­stek ochro­niar­skich, a ich kon­cep­cja uzna­nia jed­nostki ochro­niar­skiej za wol­nego oby­wa­tela obej­mo­wała posia­da­nie ludz­kiego "opie­kuna" (gdzie indziej nazy­wają go po pro­stu wła­ści­cie­lem).

Jesz­cze raz obej­rza­łom wywiad. Śledz­two dzien­ni­kar­skie pro­wa­dzone przez agen­cje wia­do­mo­ści w spra­wie Gray­Cris ujaw­niło inne przy­padki suge­ru­jące, że atak na Delt­Fall był raczej ich typo­wym spo­so­bem dzia­ła­nia niż wyjąt­kiem. (Ależ mnie to zdzi­wiło). Gray­Cris od bar­dzo dawna gro­ma­dził skargi doty­czące podej­rza­nych kon­trak­tów i umów na wyłączne korzy­sta­nie z róż­nych miejsc, włącz­nie z poten­cjal­nym pro­jek­tem ter­ra­for­ma­cji poza Rubieżą kor­po­ra­cyjną, który został porzu­cony, choć nikt nie znał przy­czyn. Popsu­cie pla­nety, nawet tylko jej czę­ści, bez żad­nego powodu było dość dużą sprawą i zdzi­wiło mnie, że uszło im to na sucho. No dobrze, wcale mnie nie zdzi­wiło.

Dzien­ni­karz zapy­tał dok­tor Men­sah o to ostat­nie i odpo­wie­działa:

- Po tym, czego dowie­dzia­łam się o Gray­Cris, zamie­rzam popro­sić Radę Pie­lę­gna­cji o przy­stą­pie­nie do for­mal­nego wnio­sku o zba­da­nie sytu­acji na Milu. Zanie­chana próba ter­ra­for­ma­cji to straszne mar­no­traw­stwo zaso­bów oraz natu­ral­nej powierzchni pla­nety, jed­nak Gray­Cris odmó­wiło wyja­śnie­nia swo­jego postę­po­wa­nia.

Dzien­ni­karz dodał do wypo­wie­dzi pasek infor­ma­cyjny z komen­ta­rzem na temat małej firmy spoza Rubieży kor­po­ra­cyj­nej, która nie­dawno zło­żyła wnio­sek o prze­ję­cie porzu­co­nego pro­jektu ter­ra­for­ma­cyj­nego Gray­Cris. Usta­wili wła­śnie matrycę holu­jącą, aby powstrzy­mać porzu­coną insta­la­cję ter­ra­for­ma­cyjną przed spło­nię­ciem w atmos­fe­rze, i pla­no­wali nie­długo roz­po­cząć ocenę. Potem komen­tarz poszedł w dra­ma­tyzm, włącz­nie z roz­wa­ża­niami na temat tego, co zespół oce­nia­jący znaj­dzie na miej­scu.

Leża­łom tam, prze­ska­ku­jąc przez stru­mie­nie i har­mo­no­gramy, i uzna­łom, że wiem, co znajdą.

Powo­dem, dla któ­rego wędro­wa­łom samo­dziel­nie, a dok­tor Men­sah poja­wiała się w wia­do­mo­ściach, był fakt, że Gray­Cris był gotów zamor­do­wać całe mnó­stwo bez­rad­nych bada­czy w celu uzy­ska­nia wyłącz­nego dostępu do pozo­sta­ło­ści po obcych: mine­ral­nych i poten­cjal­nie bio­lo­gicz­nych resz­tek świa­do­mej cywi­li­za­cji obcych pozo­sta­wio­nej w ziemi naszego obszaru oceny. Teraz wie­dzia­łom o tym dużo wię­cej po wysłu­cha­niu, jak Tapan i pozo­stali roz­ma­wiają o swoim kodzie do iden­ty­fi­ka­cji dziw­nych syn­te­tyn­ków, oraz ponie­waż pobra­łom książkę na ten temat i prze­czy­ta­łom ją mię­dzy odcin­kami moich seriali. Ist­niało całe mnó­stwo umów mię­dzy jed­nost­kami poli­tycz­nymi i kor­po­ra­cyj­nymi, zarówno w Rubieży kor­po­ra­cyj­nej, jak i poza nią, doty­czą­cych pozo­sta­ło­ści obcych. Zasad­ni­czo nie nale­żało ich w ogóle doty­kać bez licz­nych spe­cjal­nych cer­ty­fi­ka­tów, a może nawet z nimi też nie.

Kiedy opusz­cza­łom Port Wolny Han­del, przyj­mo­wano, że Gray­Cris chciał uzy­skać wyłączny dostęp do takich pozo­sta­ło­ści. Praw­do­po­dob­nie Gray­Cris usta­no­wiłby ope­ra­cję wydo­byw­czą lub kolo­nię albo jakiś inny podobny duży pro­jekt jako przy­krywkę, zaj­mu­jąc się wydo­by­wa­niem i ana­lizą pozo­sta­ło­ści.

A jeśli insta­la­cja ter­ra­for­ma­cyjna na Milu była tylko udaną przy­krywką dla ope­ra­cji wydo­by­cia lub pozy­ski­wa­nia pozo­sta­ło­ści obcych, dziw­nych syn­te­ty­ków? Gray­Cris zakoń­czył pozy­ski­wa­nie i udał, że porzuca pro­jekt ter­ra­for­ma­cji, któ­rej ni­gdy tak naprawdę nie pro­wa­dzono. Po porzu­ce­niu insta­la­cja spło­nę­łaby z cza­sem w atmos­fe­rze, nisz­cząc tym samym wszyst­kie dowody.

Gdyby dok­tor Men­sah miała na to świa­dec­twa, śledz­two prze­ciwko Gray­Cris zro­bi­łoby się dużo cie­kaw­sze. Może dosta­tecz­nie cie­kawe, by dzien­ni­ka­rze zapo­mnieli o zagu­bio­nej jed­no­stce ochro­niar­skiej, a wtedy dok­tor Men­sah nie byłaby już potrzebna w Por­cie Wolny Han­del i mogłaby wró­cić do Pie­lę­gna­cji, gdzie było bez­piecz­nie, a ja mogło­bym prze­stać się o nią mar­twić.

Zdo­by­cie dowo­dów nie powinno być trudne. Ludzie zawsze myślą, że zacie­rają po sobie ślady i usu­wają dane, ale czę­sto się mylą. A więc... może powin­nom to zro­bić. Mogło­bym pole­cieć na Milu, a potem wysłać zebrane tam dane dok­tor Men­sah, albo do miej­sca jej pobytu w Por­cie Wolny Han­del, albo do domu na Pie­lę­gna­cji.

Ponow­nie otwar­łom stru­mień sta­cji i zmie­ni­łom zapy­ta­nia w celu poszu­ka­nia trans­portu na Milu, jed­nak niczego takiego nie było w publicz­nym pla­nie lotów tej sta­cji. Roz­sze­rzy­łom poszu­ki­wa­nie, spraw­dza­jąc inne połą­czone sta­cje tran­zy­towe. Zna­la­złom tylko stary komu­ni­kat kon­troli lotów sprzed czter­dzie­stu dni, gdy według wia­do­mo­ści ogło­szono porzu­ce­nie insta­la­cji ter­ra­for­ma­cyj­nej po dłu­gim okre­sie braku aktyw­no­ści lokal­nej sta­cji tran­zy­towej. Według komu­ni­katu loty towa­rowe do Milu zostały anu­lo­wane, z wyjąt­kiem trasy ze znaj­du­ją­cej się na skraju Rubieży kor­po­ra­cyj­nej sta­cji Have­Rat­ton. Nie zna­la­złom żad­nych aktu­al­nych infor­ma­cji na temat trans­por­tow­ców lata­ją­cych do Milu z Have­Rat­ton, poza nie­ja­snymi rapor­tami, że coś cią­gle tam jesz­cze lata.

Moż­liwe, że nie zdo­łam dostać się na Milu bez wła­snego statku, a na to nie było szans. Mam moduł szko­le­niowy dla skocz­ków i innych lata­ją­cych pojaz­dów pla­ne­tar­nych, ale nie pro­mów, trans­por­tow­ców czy tym podob­nych. Musia­ło­bym ukraść sta­tek z botem pilo­tu­ją­cym, a to zro­bi­łoby się zbyt skom­pli­ko­wane nawet dla mnie.

Jed­nak Have­Rat­ton było głów­nym węzłem trans­por­tów lecą­cych poza Rubież kor­po­ra­cyjną i mogłom stam­tąd wybie­rać pośród setek miejsc doce­lo­wych, więc nawet jeśli plan z Milu nie wypali, nie zmar­nuję czasu na lot.

Następny trans­por­to­wiec lecący bez­po­śred­nio do Have­Rat­ton był ozna­czony jako towa­rowo-pasa­żer­ski i tak wła­śnie wylą­do­wa­łom z Ayre­sem i jego grupą zwią­za­nych kon­trak­tem dur­niów.

***

Po prze­rwa­niu ostat­niej bójki w mesie i pró­bie zakoń­cze­nia krót­ko­trwa­łej kariery dorad­czyni do spraw związ­ków dla zde­spe­ro­wa­nych ludzi ukry­łom się na swo­jej pry­czy. Kiedy prze­szli­śmy przez tunel pod­prze­strzenny i zaczę­li­śmy pod­cho­dze­nie do Have­Rat­ton, ode­bra­łom stru­mień sta­cji.

Chcia­łom jak naj­szyb­ciej zdo­być roz­kład lotów i cie­szy­łom się na moż­li­wość pobra­nia nowych mul­ti­me­diów. Ostatni oglą­dany przeze mnie nowy serial zaczął się bar­dzo dobrze, ale zro­bił się iry­tu­jący. Doty­czył zespołu oce­nia­ją­cego przed ter­ra­for­ma­cją (na pla­ne­cie o pro­filu, który zupeł­nie nie kwa­li­fi­ko­wał się do ter­ra­for­ma­cji, choć to mi nie prze­szka­dzało), jed­nak zmie­niło się to w walkę o prze­trwa­nie z wrogą fauną i zmu­to­wa­nymi pira­tami. Ludzie oka­zali się zbyt bez­radni, by serial zro­bił się cie­kawy, i wszy­scy ginęli. Ewi­dentne było, że całość zmie­rza ku depre­syj­nemu zakoń­cze­niu, na które nie mia­łom nastroju. Iry­to­wało mnie to szcze­gól­nie dla­tego, że było widać, jak doda­nie hero­icz­nej jed­nostki ochro­niar­skiej i może jakichś cie­kawych pozo­sta­ło­ści obcych mogło zmie­nić całość w świetną histo­rię przy­go­dową.

Zresztą nie było mowy, żeby firma porę­cze­niowa gwa­ran­to­wała wyprawę oce­nia­jącą bez jakie­goś rodzaju pro­fe­sjo­nal­nej ochrony. To było nie­re­ali­styczne. Hero­iczne jed­nostki ochro­niar­skie też były nie­re­ali­styczne, ale jak powie­dzia­łom DTB, ist­nieją wła­ściwe i niewła­ściwe odmiany braku reali­zmu.

Prze­sta­łom oglą­dać, gdy mutanci odcią­gnęli bio­loga grupy, żeby go zjeść. To był dokład­nie ten rodzaj sytu­acji, jakim mia­łom zapo­bie­gać.

Myśle­nie o praw­do­po­dob­nym losie pasa­że­rów trans­por­towca też nie popra­wiało mi nastroju. Nie chcia­łom oglą­dać bez­rad­nych ludzi, wola­łom raczej inte­li­gent­nych, któ­rzy się wza­jem­nie ratują.

Przej­rza­łom indeksy dostęp­nych danych, roz­po­czę­łom nowe pobie­ra­nia i wysła­łom zapy­ta­nie o plany lotów oraz infor­ma­cje na temat spo­sobu dosta­nia się na Milu.

Nic w tym cyklu, nic w następ­nym. Nawet po roz­sze­rze­niu poszu­ki­wań do trzy­dzie­stu cykli od teraz. Hm, to poten­cjal­nie mogło być pro­ble­mem.

Mię­dzy akcjami pacy­fi­ko­wa­nia pasa­że­rów dużo myśla­łom o swoim pla­nie i teraz bar­dzo nie chcia­ło­bym go porzu­cać, bo naprawdę mia­łom ochotę dowa­lić Gray­Cris, a skoro nie mogłom użyć poci­sków wybu­cho­wych, to był to naj­lep­szy moż­liwy spo­sób. Może plany lotów nie zostały zak­tu­ali­zo­wane, bo ludzie są tak cho­ler­nie nie­so­lidni, jeśli cho­dzi o wpro­wa­dza­nie danych. Gdy zwol­ni­li­śmy przy koń­co­wym podej­ściu do doko­wa­nia, prze­szu­ka­łom publiczny kata­log miejsc doce­lo­wych sta­cji i fak­tycz­nie, zna­la­złom w nim Milu. Sta­cja tran­zy­towa była jak zwy­kle obsłu­gi­wana przez nie­za­leżną firmę, więc miej­sce było wymie­nione jako wciąż aktywne, choć insta­la­cja została porzu­cona. Liczba miesz­kań­ców sta­cji była zmienna i nie się­gała setki.

Zmien­ność była dobra, bo ozna­czała nie­wielką liczbę sta­łych miesz­kań­ców: ludzie cią­gle przy­by­wali i odla­ty­wali. Nawet jeśli zdo­łam tam dotrzeć, to nie mając uza­sad­nio­nego powodu prze­by­wa­nia tam, będę musiało dopil­no­wać, żeby nikt mnie nie zoba­czył.

DTB zmie­nił mój wygląd tak, że skany nie zoba­czą we mnie jed­nostki ochro­niar­skiej, a dodat­kowo napi­sa­łom sobie tro­chę kodu pil­nu­ją­cego, żeby moje zacho­wa­nie bar­dziej przy­po­mi­nało ludzi lub wspo­ma­ga­nych ludzi, co głów­nie obej­mo­wało ran­do­mi­za­cję ruchów i oddy­cha­nia. Jed­nak musia­łom uni­kać innych jed­no­stek ochro­niar­skich i naj­le­piej było uni­kać ludzi (takich jak per­so­nel ośrodka roz­lo­ko­wa­nia), któ­rzy widzieli jed­nostki ochro­niar­skie bez pan­ce­rza. Gray­Cris kon­trak­to­wał jed­nostki w Rubieży kor­po­ra­cyj­nej, więc mogli uży­wać ich także na sta­cji Milu. Po opusz­cze­niu insta­la­cji Gray­Cris powi­nien rze­komo usu­nąć wszel­kie swoje biura ze sta­cji tran­zy­to­wej, ale wciąż prze­by­wa­jący tam ludzie mogli widzieć ich jed­nostki ochro­niar­skie. To było skal­ku­lo­wane ryzyko, co ozna­czało, że zro­bię to, choć ze świa­do­mo­ścią, że będzie to jak strze­la­nie sobie w staw kola­nowy.

Mogłom zre­zy­gno­wać z całego pomy­słu. Były tu trans­por­towce odla­tu­jące w miej­sca daleko od tery­to­rium kor­po­ra­cyj­nego, miej­sca, które były dla mnie kom­pletną nie­wia­domą. Ale zmę­czyło mnie uda­wa­nie czło­wieka. Potrze­bo­wa­łom prze­rwy.

Spraw­dzi­łom plany lotów pry­wat­nych stat­ków i nie zna­la­złom żad­nego ozna­czo­nego na Milu. Było jed­nak jesz­cze kilka jed­no­stek z pla­no­wym wylo­tem w naj­bliż­szym cyklu, bez poda­nego celu. Jed­nym był mały, pilo­to­wany przez bota sta­tek towa­rowy, aku­rat na tyle duży, by prze­wieźć zaopa­trze­nie dla około stu do stu pięć­dzie­się­ciu ludzi na ponad sto cykli. Spraw­dzi­łom jego histo­rię w bazie danych i stwier­dzi­łom, że wyla­tuje i wraca bar­dzo regu­lar­nie. Mógł to być pry­watny kon­trak­tor zaopa­tru­jący sta­cję Milu, który nie zgła­szał jej w pla­nie lotu, bo nie chciał, żeby przy­pad­kowi ludzie wybie­rali się tam do czasu roz­strzy­gnię­cia sytu­acji zwią­za­nej z insta­la­cją ter­ra­for­ma­cyjną.

Sta­tek towa­rowy pla­nowo miał wyle­cieć osiem­na­ście cykli temu, ale popro­sił o wstrzy­ma­nie. Rów­no­cze­śnie z moim trans­por­tow­cem na Have­Rat­ton przy­by­wało sześć innych jed­no­stek róż­nej wiel­ko­ści i z róż­nych miejsc. Sta­tek towa­rowy mógł cze­kać na jeden z nich, jeśli miał ode­brać jakiś okre­ślony ładu­nek. Mógł też po pro­stu cze­kać na naprawę.

Żeby dowie­dzieć się wię­cej, będę musiało zapy­tać oso­bi­ście.

Rozdział drugi

Po zakoń­cze­niu pro­ce­dur doko­wa­nia mojego statku opu­ści­łom pry­czę, zgar­nę­łom ple­cak (mia­łom w nim kilka rze­czy, ale głów­nie poma­gał mi wyglą­dać bar­dziej jak podró­żu­jący czło­wiek) i przez tunel tech­niczny skró­ci­łom sobie drogę do śluzy pasa­żer­skiej. Pozo­stali będą wycho­dzić przez śluzę towa­rową do modułu trans­por­to­wego, który zosta­nie doho­lo­wany przez bota dźwi­go­wego do statku zabie­ra­ją­cego ich do nowego domu. Sprze­dano im to jako spo­sób na zapew­nie­nie więk­szej wygody, choć tak naprawdę zatrud­nia­jąca ich firma nie chciała, żeby prze­cho­dzili przez sta­cję, gdzie mogliby zmie­nić zda­nie i uciec.

Nie chcia­łom się żegnać. Nie mogłom ura­to­wać tylu ludzi przed miej­scem, do któ­rego się wybie­rali - sądzili, że chcą tam lecieć - ale też nie mia­łom ochoty tego oglą­dać.

Poże­gna­łom się za to z trans­por­tow­cem, który wypu­ścił mnie przez śluzę, a potem usu­nął zapis z dzien­nika. Widzia­łom, że smuci go moje odej­ście, ale nie była to podróż, którą chcia­ło­bym powta­rzać.

Nabra­łom już wprawy w przej­mo­wa­niu róż­nych sys­te­mów sta­cji i ochrony, więc przej­ście przez ska­nery broni było dużo mniej stre­su­jące. Jed­nostki ochro­niar­skie zapro­jek­to­wano do bycia rucho­mymi ele­men­tami sys­te­mów ochrony, każ­dego typu sys­te­mów ochrony, dzięki czemu firma może nas wynaj­mo­wać jak naj­więk­szej licz­bie róż­no­rod­nych klien­tów, nawet uży­wa­ją­cych wła­snego, nie­stan­dar­do­wego sprzętu. Sztuka hako­wa­nia sys­temu ochrony polega na prze­ko­na­niu go, że powinno się tam znaj­do­wać, a firma pomoc­nie dostar­czyła nam cały potrzebny do tego kod. Prak­tyka i prze­ra­ża­jąca koniecz­ność spra­wiły, że sta­łom się dobre w mody­fi­ka­cjach w locie.

Zatrzy­ma­łom się w cen­trum han­dlo­wym pier­ście­nia, przy auto­ma­tycz­nym kio­sku sprze­da­ją­cym inter­fejsy stru­mie­nia dla ludzi bez wspo­ma­ga­nia, prze­no­śne powierzch­nie wyświe­tla­czy i karty pamięci. Karty prze­zna­czone były do zapisu danych i miały wiel­kość czubka palca. Uży­wali ich ludzie, któ­rzy musieli kon­fi­gu­ro­wać nowe sys­temy lub podró­żo­wać do miejsc bez stru­mie­nia, albo ci, któ­rzy pra­gnęli prze­cho­wy­wać dane w miej­scu bez dostępu stru­mie­nia. (Choć sys­tem bez­pie­czeń­stwa firmy zawsze miał spo­soby na ich odczy­ta­nie, bo klienci cza­sem pró­bo­wali na nich ukry­wać pry­watne dane). Kupi­łom zestaw kart pamięci, pła­cąc swoją kartą. (Zoba­czy­łom, że mam na niej jesz­cze mnó­stwo pie­nię­dzy, co zna­czyło, że Tapan i pozo­stali musieli mi dużo zapła­cić).

Pry­watne doki ni­gdy nie były tak pełne ruchu jak publiczne: krę­ciło się tam tylko kilku ludzi oraz mnó­stwo trak­tor­bo­tów prze­wo­żą­cych ładunki. Prze­cho­dząc przez ter­mi­nal wylo­towy, prze­ska­no­wa­łom go pod kątem dro­nów, ale były tam tylko dwa, moni­to­ru­jące aktyw­ność trak­tor­bo­tów. Zna­la­złom śluzę statku zaopa­trze­nio­wego i pin­gnę­łom, by spraw­dzić, czy ktoś jest w domu. Odpo­wie­dział mi bot pilo­tu­jący.

Był to bot niż­szego poziomu, nie­do­sta­tecz­nie zaawan­so­wany, by się nudzić pod­czas pobytu w doku czy inte­re­so­wać się per­spek­tywą cze­goś do zro­bie­nia. Jak wszyst­kie boty trans­por­towe, z któ­rymi się zetknę­łom (z wyjąt­kiem DTB), poro­zu­mie­wał się obra­zami. Tak, był stat­kiem zaopa­trze­nio­wym. Tak, leciał na Milu, latał tam regu­lar­nie co czter­dzie­ści sie­dem dni. Otrzy­mał aktu­ali­za­cję od kon­troli lotów z infor­ma­cją, że ma wstrzy­mać wylot, ale spo­dzie­wał się zezwo­le­nia na wylot w ciągu naj­bliż­szych dwóch cykli. Przy­po­mi­nało to roz­mowę z nagraną reklamą infor­ma­cji tury­stycz­nej, ale uzna­łom, że przy­naj­mniej tym razem mi się poszczę­ściło.

Skło­ni­łom go do myśle­nia, że mam auto­ry­za­cję kapi­ta­natu portu, i popro­si­łom o wpusz­cze­nie na pokład, co zro­bił. Potem łagod­nie usu­nę­łom ten fakt z jego pamięci. Jeśli cho­dziło o niego, zawsze byłom na pokła­dzie. Nie lubi­łom tego robić, wolę nego­cjo­wać z botami pilo­tu­ją­cymi, ale ten był tak ogra­ni­czony, że oba­wia­łom się, że nie jest w sta­nie osią­gnąć poro­zu­mie­nia, a potem się go trzy­mać. Nie chcia­łom ryzy­ko­wać, że poin­for­muje o mnie kapi­ta­nat portu, nie rozu­mie­jąc, czemu to zły pomysł.

Prze­szłom krót­kim kory­ta­rzem do głów­nej kabiny i zna­la­złom włazy do ładowni. Kabina była mała, mie­ściła tylko kon­solę uży­waną do moco­wa­nia i odłą­cza­nia dwóch modu­łów towa­ro­wych oraz szafki na zaopa­trze­nie pokła­dowe. Oba moduły były już zamo­co­wane, więc jeśli sta­tek cze­kał na ładu­nek, jeden trzeba będzie odłą­czyć i prze­ła­do­wać. Choć przy kon­fi­gu­ra­cji prze­strzeni zało­go­wej nie powinno to na mnie wpły­nąć.

Uży­łom czasu do prze­szu­ka­nia prze­strzeni, głów­nie dla­tego, że wciąż byłom pod­de­ner­wo­wane i wciąż mia­łom zapro­gra­mo­wany zwy­czaj patro­lo­wa­nia. Drony napraw­cze statku podą­żały za mną, przy­cią­gnięte rusza­ją­cym się cia­łem tam, gdzie żad­nego być nie powinno, ale bez pole­ceń statku nie pró­bo­wały mi prze­szka­dzać. Nie było tu pry­wat­nych kabin, tylko dwie pry­cze przy­mo­co­wane do ściany przy kabi­nie pilota oraz jesz­cze dwie w pomiesz­cze­niu za kabiną kon­troli ładunku, obok awa­ryj­nego sys­temu medycz­nego i maleń­kiej łazienki. Nie potrze­bo­wa­łom jej i nie musia­łom uda­wać, że uży­wam jej dosta­tecz­nie czę­sto, by ucho­dzić za czło­wieka. Choć zaczy­na­łom się przyzwy­czajać do moż­li­wo­ści korzy­sta­nia z prysz­nica dla ludzi. W porów­na­niu z gabi­ne­tem ochrony pomiesz­cze­nia były wręcz luk­su­sowe. Usia­dłom na jed­nej z prycz w kabi­nie ste­ro­wa­nia i zaczę­łom prze­glą­dać nowe pliki.

(No dobrze, powin­nom było zdać sobie sprawę z faktu, że paczki z pościelą i innym zaopa­trze­niem w jed­nej z sza­fek zapewne zna­la­zły się tam z jakie­goś powodu).

Po spró­bo­wa­niu i odrzu­ce­niu kilku nowo pobra­nych seriali odpa­li­łom pierw­szy odci­nek cze­goś, co wyglą­dało obie­cu­jąco. Akcja roz­gry­wała się w alter­na­tyw­nym świe­cie z magią i nie­praw­do­po­dobną mówiącą bro­nią. (Nie­praw­do­po­dobną, bo byłom mówiącą bro­nią i wie­dzia­łom, jaki ludzie mają do mnie sto­su­nek).

Jakieś dwa­dzie­ścia godzin póź­niej byłom wciąż głę­boko pogrą­żone w serialu i cie­szy­łom się z waka­cji wol­nych od ludzi. Na szczę­ście poczu­łom wzrost ciśnie­nia powie­trza po akty­wa­cji sys­temu pod­trzy­my­wa­nia życia. (Nie potrze­buję wiele powie­trza i zawsze mogę przejść w tryb hiber­na­cji, jeśli go zabrak­nie, więc mini­malna atmos­fera na auto­ma­tycz­nych trans­por­tow­cach zupeł­nie mi wystar­cza).

Wstrzy­ma­łom film i usia­dłom. Zapy­ta­łom pilo­tu­ją­cego bota, czy ktoś wcho­dzi na pokład. Tak, na pokład wejdą dwie osoby. Otrzy­mał infor­ma­cję od kapi­ta­natu portu, że teraz może już pro­sić o zgodę na wyzna­cze­nie okna star­to­wego.

Kolejna z tych chwil w stylu "o cho­lera".

Przy­naj­mniej prze­szu­ka­łom już sta­tek, więc mia­łom wyty­po­wane kilka poten­cjal­nych miejsc. Stur­la­łom się z pry­czy, pamię­ta­łom o zła­pa­niu ple­caka i opa­dłom przez pio­nowy kory­tarz do głów­nej kabiny. Po przej­ściu przez nią weszłom w kory­tarz do czę­ści towa­ro­wej. Wybra­łom szafkę o naj­mniej wygod­nym dostę­pie i prze­su­nę­łom jej zawar­tość tak, że mogłom się wci­snąć z tyłu, a paczki z zaopa­trze­niem będą mnie zasła­niać. Przy­tu­li­łom się do bota pilo­tu­ją­cego i przy­po­mnia­łom mu, że powin­nom tu być, ale nie ma potrzeby wspo­mi­nać o mnie komu­kol­wiek innemu, włącz­nie z pasa­że­rami oraz kapi­ta­na­tem portu. Nie miał żad­nych kamer moni­to­ringu (trans­por­towce nie kon­tro­lo­wane przez kor­po­ra­cyjne jed­nostki poli­tyczne rzadko je mają), ale miał drony. Dzięki ich ska­ne­rom mia­łom dobry wgląd we wszyst­kie pomiesz­cze­nia wewnętrzne, gdy już udało mi się odfil­tro­wać nie­po­trzebne dane tech­niczne.

Szes­na­ście minut póź­niej otwo­rzyła się śluza i na pokład weszły dwie osoby. Dwóch wspo­ma­ga­nych ludzi (płeć żeń­ska) z tor­bami podróż­nymi i paroma skrzy­niami, które natych­miast roz­po­zna­łom. Sprzęt bojowy, włącz­nie z pan­ce­rzami i bro­nią.

Hm. Boty były sto­so­wane do walki czę­ściej od ludzi z tego samego powodu, dla któ­rego jed­nostki ochro­niar­skie były częst­sze na kon­trak­tach ochrony: jeśli nie wyko­nu­jemy roz­ka­zów, smażą nam mózgi. Jed­nak ist­niały trak­taty łączące kor­po­ra­cje i inne jed­nostki poli­tyczne, regu­lu­jące sto­so­wa­nie botów bojo­wych. (Choć wyglą­dało na to, że wszy­scy potra­fią je obcho­dzić, co sta­no­wiło dość czę­sty ele­ment fabuły nie­któ­rych seriali spoza Rubieży kor­po­ra­cyj­nej).

Słu­cha­łom przez drony i stru­mień statku, ale ludzie nie roz­ma­wiali zbyt wiele, po pro­stu cho­wali swój sprzęt, cza­sami wymie­nia­jąc krót­kie uwagi. Na pod­sta­wie ich ozna­czeń w stru­mie­niu dowie­dzia­łom się, że nazy­wają się Wil­ken i Gerth. Licze­nie na to, że będą roz­ma­wiać o powo­dach swo­jego lotu na Milu, byłoby prze­sadą.

Istot­nym ele­men­tem moich zadań jako jed­nostki ochro­niar­skiej było poma­ga­nie fir­mie w reje­stro­wa­niu wszyst­kiego, co robili i mówili moi klienci, żeby firma mogła robić z tego eks­trak­cję danych i sprze­da­wać wszystko, co miało jakąś war­tość. (Mówi się, że dobra ochrona ma swoją cenę, i firma trak­tuje to bar­dzo dosłow­nie). Więk­szość nagrań to śmieci, które się kasuje, ale naj­pierw trzeba je prze­ana­li­zo­wać i wydłu­bać cie­ka­wostki. Zwy­kle robi się to z pomocą sys­temu cen­tral­nego, ale potra­fię to zro­bić samo­dziel­nie i wciąż mam cały potrzebny do tego kod. Zaj­mo­wał miej­sce w mojej prze­strzeni, które można było wyko­rzy­stać na mul­ti­me­dia, jed­nak nie było to coś, co mogło­bym szybko odzy­skać.

Pod­czas gdy ludzie wycią­gali jakieś pakiety zaopa­trze­nia z szafki, w któ­rej się nie cho­wa­łom, i urzą­dzali się na czas lotu, dosto­so­wa­łom kod dro­nów tak, by mogły nagry­wać. Kiedy zbiorę dość danych, roz­pocznę ana­lizę w tle.

W chwili gdy sta­tek wycho­dził z doku, roz­po­czy­na­jąc lot na Milu, z powro­tem oglą­da­łom już mój nowy serial.

***

Dotar­cie na miej­sce zajęło dwa­dzie­ścia cykli lokal­nego czasu statku.

Nie spo­dzie­wa­łom się, żeby miało mi to prze­szka­dzać. Prze­sia­dy­wa­łom w skrzy­niach trans­por­to­wych i bok­sach przez dużo dłuż­sze okresy, a wiele z tych lotów odby­wało się, zanim zha­ko­wa­łom swój moduł kon­tro­lera i zaczę­łom ścią­gać mul­ti­me­dia. Jed­nak odwy­kłom od podró­żo­wa­nia jako ładu­nek, nawet z nowymi fil­mami, seria­lami i kil­ku­set książ­kami do czy­ta­nia. Boks przej­ścio­wego odpo­czynku mi nie prze­szka­dzał i spę­dzi­łom nie­mal bez ruchu trzy inne loty trans­por­tow­cami, włącz­nie z lotem z DTB. Nie byłom pewne, na czym polega róż­nica. No dobrze, może wie­dzia­łom: we wszyst­kich innych przy­pad­kach mia­łom moż­li­wość rusza­nia się, gdy tylko chcia­łom.

Wszystko jedno, poczu­łom ulgę, gdy sta­tek poin­for­mo­wał, że zbliża się do Milu. Dwie minuty póź­niej uświa­do­mi­łom sobie, że odbie­ram stru­mień sta­cji, ale jest pusty. Zwy­kle zawie­rał infor­ma­cje o ruchu i doko­wa­niu, poten­cjalne zagro­że­nia nawi­ga­cyjne, wia­do­mo­ści podróżne i inne tego typu rze­czy, ale tutaj nie było niczego. Spy­ta­łom Sta­tek, który poin­for­mo­wał, że nie ma żad­nego innego ruchu, ale było to zgodne z jego wcze­śniej­szymi doświad­cze­niami w doko­wa­niu do tej sta­cji. (Kie­dyś oglą­da­łom serial, w któ­rym wystę­po­wała mar­twa nawie­dzona sta­cja, i ow­szem, coś takiego było mało praw­do­po­dobne, ale lepiej było się upew­nić).

Cisza i tak była dziw­nie nie­po­ko­jąca. Sta­cja miała kształt trój­kąta i była mniej­sza niż Ravi­Hy­ral. Skan wyka­zał dwa statki w doku i tro­chę pro­mów, choć był to zale­d­wie uła­mek jej moż­li­wo­ści.

Sta­tek pod­szedł do pozy­cji doko­wa­nia, zanim w końcu usły­sza­łom cokol­wiek w stru­mie­niu. Komu­ni­kat powi­talny zabrzmiał cał­kiem nor­mal­nie, ale indeks sta­cji wyglą­dał tak, jakby sys­tem infor­ma­cyjny doznał awa­rii. Była tam lista firm i usług, ale każda pozy­cja została zak­tu­ali­zo­wana powia­do­mie­niem o zamknię­ciu/dez­ak­ty­wa­cji. Czyli to miej­sce może jed­nak nie było nawie­dzone, ale stało na kra­wę­dzi sta­tusu mar­twego/nie­ak­tyw­nego.

Cze­ka­jąc na ukoń­cze­nie doko­wa­nia przez Sta­tek, spraw­dzi­łom wyniki swo­jej ana­lizy. Wil­ken i Gerth były kon­sul­tant­kami do spraw bez­pie­czeń­stwa zatrud­nio­nymi przez grupę badaw­czą wyna­jętą przez Nie­za­leżny Dobry­Noc­ny­Lą­dow­nik. ND usta­wiło znacz­niki porzu­ce­nia na opusz­czo­nej insta­la­cji ter­ra­for­ma­cyj­nej Gray­Cris i uru­cho­miło matrycę holu­jącą, by ochro­nić ją przed roz­pa­dem, a teraz roz­po­czy­nało pro­ce­durę for­mal­nego prze­ję­cia wła­sno­ści. Zada­niem grupy badaw­czej było dosta­nie się do insta­la­cji i przy­go­to­wa­nie raportu o jej sta­nie.

Był to dokład­nie taki rodzaj kon­traktu, do jakich firmy porę­cze­niowe dostar­czają jed­nostki ochro­niar­skie, rodzaj kon­traktu wyko­ny­wa­nego przeze mnie wię­cej razy, niż wciąż mam zapi­sane w pamięci. Jed­nak sądząc z roz­mów Wil­ken i Gerth z ostat­nich dwu­dzie­stu cykli, było jasne, że w tym wypadku nie ma żad­nej firmy porę­cze­niowej ani jed­no­stek ochro­niar­skich. Pró­bo­wa­łom nie brać tego do sie­bie.

(Gdyby w spra­wie brała udział firma porę­cze­niowa z ochroną w postaci jed­no­stek ochro­niar­skich, musia­ło­bym prze­rwać to... cokol­wiek tu robi­łom. Zmiana mojej kon­fi­gu­ra­cji mogła oszu­kać ska­nery, ale nie inną jed­nostkę ochro­niar­ską, a każda jed­nostka, która by mnie wykryła, natych­miast zgło­si­łaby ten fakt swo­jemu sys­te­mowi cen­tral­nemu. Ja z całą pew­no­ścią bym sie­bie zgło­siło. Bar­dzo dobrze wiem, jak cho­ler­nie nie­bez­pieczne mogą być zbun­to­wane jed­nostki ochro­niar­skie).

Cze­ka­jąc na ukoń­cze­nie przez sta­tek pro­ce­dury doko­wa­nia, uzna­łom, że zwią­zane z tym odgłosy zama­skują ewen­tu­alne dźwięki wyni­ka­jące z drob­nych ruchów. Prze­su­nę­łom swój ple­cak do przodu, otwar­łom skórę na pra­wym przed­ra­mie­niu w miej­scu, gdzie znaj­do­wała się broń ener­ge­tyczna, i wsu­nę­łom w to miej­sce wszyst­kie kupione karty pamięci. Spra­wiały dziwne wra­że­nie, jakby było ich bar­dzo dużo, ale przy­zwy­czaję się do tego. Ple­cak zamie­rza­łom zosta­wić tutaj, w szafce.

Zado­ko­wa­li­śmy, a Wil­ken i Gerth zebrały swoje rze­czy i wyszły przez śluzę na sta­cję. Wypa­ko­wu­jąc się z szafki, uży­łom publicz­nego stru­mie­nia sta­cji do zha­ko­wa­nia sys­temu bez­pie­czeń­stwa. Więk­szość kamer nie była aktywna, a ska­nery moni­to­ro­wały wyłącz­nie pod kątem bez­pie­czeń­stwa śro­do­wi­ska i wykry­wa­nia uszko­dzeń. Bar­dziej mar­twili się uster­kami sprzętu niż podej­mo­wa­nymi przez ludzi pró­bami kra­dzieży lub sabo­tażu, ale może wyni­kało to z faktu, że tutej­sza popu­la­cja nie była liczna.

Po ponow­nym zała­do­wa­niu szafki i upew­nie­niu się, że nie zosta­wi­łom żad­nych śla­dów swo­jej obec­no­ści, pokrę­ci­łom się tro­chę po statku, aby spraw­dzić, czy ludzie cze­goś po sobie nie pozo­sta­wili. Nic z tego. Zawa­ha­łom się, roz­wa­ża­jąc uży­cie dro­nów statku. Przy tak skrom­nym pokry­ciu kame­rami posia­da­nie dro­nów byłoby miłe, ale te napraw­cze były dużo więk­sze od dro­nów, do któ­rych się przy­zwy­cza­iłom, co wyni­kało głów­nie z potrzeby uwzględ­nie­nia nie­wiel­kich mani­pu­la­to­rów i chwy­ta­ków potrzeb­nych do kon­ser­wa­cji. Uzna­łom, że zabie­ra­nie ich stat­kowi nie było tego warte.

Wpro­wa­dzi­łom jesz­cze kilka mody­fi­ka­cji. Pole­ci­łom stat­kowi prze­sta­wie­nie się w pla­nie lotu portu na sta­tus kon­ser­wa­cji i prze­ko­na­łom go do myśle­nia, że potrze­buje mojej zgody na wylot. Ponie­waż sta­tek sam o sie­bie dbał, a będąca jego wła­ści­cie­lem firma nie miała w tym sys­te­mie nawet sto­iska, nie sądzi­łom, żeby kto­kol­wiek zawra­cał sobie głowę spraw­dza­niem go, jeśli tylko nie roz­mi­nie się z pla­no­wym wylo­tem o wię­cej niż kilka cykli. Przy tak małej licz­bie jed­no­stek w doku nie chcia­łom tu utknąć.

Po opusz­cze­niu statku przez śluzę zna­la­złom się w pustym ter­mi­nalu. Nie­do­sta­teczne oświe­tle­nie gene­ro­wało mnó­stwo cieni, które jed­nak nie wystar­czały do ukry­cia uszko­dzeń i plam na dużych pane­lach pod­ło­go­wych. W podmu­chu z sys­temu recy­klingu powie­trza dry­fo­wała samotna folia z opa­ko­wa­nia jedze­nia, jakby tu już nikt nie sprzą­tał. Nie było żad­nych dro­nów, żad­nych trak­tor­bo­tów. Na zewnątrz uno­siły się teraz dwa duże, kie­ro­wane przez boty dźwigi wyła­do­wu­jące moduły towa­rowe statku, i poczu­łom się nieco pew­niej, sły­sząc towa­rzy­szące temu odgłosy ude­rzeń i odbie­ra­jąc dane, które prze­sy­łały sobie przez zasad­ni­czo cichy stru­mień sta­cji. Nie lubię poru­szać się przez kory­ta­rze pełne ludzi gapią­cych się na mnie i nawią­zu­ją­cych kon­takt wzro­kowy, ale o dziwo, prze­ci­wień­stwo było rów­nie nie­przy­jemne.

Zna­la­złom Gerth i Wil­ken na obra­zie jed­nej z nie­licz­nych dzia­ła­ją­cych kamer moni­to­ringu i ruszy­łom za nimi. Kie­ro­wały się w głąb ter­mi­nala, nie na poziomy miesz­kalne. W stru­mie­niu nie było infor­ma­cji tury­stycz­nych, ale zha­ko­wa­nie kamer dało mi dostęp do sys­temu kon­ser­wa­cyj­nego sta­cji i wycią­gnę­łom stam­tąd plan. Wszyst­kie obszary poza nie­zbęd­nymi do utrzy­ma­nia mini­mum funk­cjo­no­wa­nia sta­cji zostały wyłą­czone. Zacie­ka­wiło mnie, czy zło­żony przez Nie­za­leżny Dobry­Noc­ny­Lą­dow­nik wnio­sek o prze­ję­cie porzu­co­nego pro­jektu był popu­larny na miej­sco­wej sta­cji tran­zy­to­wej. To miej­sce już mi się nie podo­bało, a prze­cież nie musia­łom tu miesz­kać.

Mam kod do zamra­ża­nia obrazu z kamer i usu­wa­nia się z nich, któ­rego uży­wa­łom w dużo bar­dziej wyma­ga­ją­cych sytu­acjach, zmo­dy­fi­ko­wa­łom go więc do pracy z fir­mo­wym sys­te­mem bez­pie­czeń­stwa sta­cji. Choć tak naprawdę naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo wią­zało się z zauwa­że­niem mnie przez czło­wieka z głębi ter­mi­nala, który pomy­ślałby sobie: Hej, a to kto? Na szczę­ście na sta­cji było prze­waż­nie ciemno.

Doszłom śla­dem Wil­ken i Gerth do końca ter­mi­nala wylo­to­wego, a potem w górę rampy do miej­sca, które według planu mie­ściło biura kapi­ta­natu portu i kon­troli towa­rów.

Kiedy mija­łom wyj­ście śluzy u góry rampy, tuż przede mną poja­wiło się nagle coś jasnego i kolo­ro­wego, a ja nie­mal krzyk­nę­łom. To była reagu­jąca na ruch reklama usług towa­ro­wych, zro­biona farbą mar­ke­rową na pod­ło­dze. Rzu­ciła mi też krót­kie wideo do stru­mie­nia, na wypa­dek gdyby w jakiś spo­sób udało mi się nie zauwa­żyć świe­cą­cego obrazu tuż przed twa­rzą. Zwy­kle takie znacz­niki uży­wane są tylko do pro­ce­dur awa­ryj­nych, bo dzia­łają nawet przy braku zasi­la­nia, i ni­gdy jesz­cze nie widzia­łom, żeby uży­wano ich do reklam. Cały sens znacz­ni­ków pole­gał na tym, że były jedy­nymi rze­czami widocz­nymi w razie awa­rii zasi­la­nia, więc łatwo było je zoba­czyć. Zmu­sze­nie głu­pich ludzi, by kie­ro­wali się znacz­ni­kami do bez­piecz­nych miejsc, było dosta­tecz­nie trudne i bez zaśmie­ca­ją­cych drogę ewa­ku­acyjną wyska­ku­ją­cych nagle reklam.

Przy­po­mnia­łom sobie, że zapew­nia­nie ludziom bez­pie­czeń­stwa nie jest już moim obo­wiąz­kiem.

Ale i tak nie­na­wi­dzi­łom reklam znacz­ni­ko­wych.

Ponow­nie spraw­dzi­łom obraz z kamer i odkry­łom, że Wil­ken i Gerth zna­la­zły ślady życia na tere­nie kapi­ta­natu portu. Stały przed cen­trum biu­ro­wym z trzema pozio­mami bań­ko­wych okien wycho­dzą­cych na to, co powinno być cen­trum han­dlo­wym sta­cji. Znaj­do­wał się tam otwarty teren z kil­koma rurami trans­por­to­wymi prze­cho­dzą­cymi po łukach w górze oraz dużym kuli­stym wyświe­tla­czem, uno­szą­cym się w powie­trzu w try­bie uśpie­nia. Prze­strzeń oto­czona była przez wie­lo­po­zio­mowe ciemne bloki miesz­kalne oraz puste witryny miejsc, które powinny być kawiar­niami, hote­lami, punk­tami usłu­go­wymi, biu­rami i tak dalej. Wiele z nich wyglą­dało na nie­wy­koń­czone, jakby nikt się tam ni­gdy nie wpro­wa­dził, a reszta została zamknięta, zosta­wia­jąc po sobie jedy­nie porzu­cone uno­szące się w powie­trzu ekrany.

Skrę­ci­łom w kory­tarz pro­wa­dzący w stronę prze­ciwną do kapi­ta­natu, do głów­nego bloku miesz­kal­nego sta­cji, jeśli w ogóle było tu coś takiego. Wędro­wa­łom w pra­wie cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, aż zna­la­złom puste pomiesz­cze­nie przy­go­to­wane pod coś, co ni­gdy nie zostało zain­sta­lo­wane, i przy­kuc­nę­łom w środku. Mogłom teraz moni­to­ro­wać kamery, nie mar­twiąc się, że zauważy mnie jakaś przy­pad­kowa osoba z per­so­nelu sta­cji. O mój stru­mień otarł się dron tech­niczny/ska­nu­jący pod kątem broni, więc chwy­ci­łom go i prze­ję­łom kon­trolę. Pro­wa­dził samotny patrol przed biu­rami kapi­ta­natu portu i uży­łom go do uzy­ska­nia lep­szego widoku i dźwięku, niż zapew­niała sta­tyczna kamera moni­to­ringu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki