Pamiętniki Mordbota: Efekt Sieci - Martha Wells

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Miewałom klientów uważających, że potrzebują absurdalnego poziomu ochrony. (A mówię o poziomie absurdalnym nawet jak na moje standardy - mój kod opracowała firma poręczeniowa znana z potężnej ksenofobicznej paranoi, hamowanej wyłącznie przez kosmiczną pazerność).

Miewałom też klientów sądzących, że w ogóle nie jest im potrzebna jakaś tam ochrona. Aż do chwili, gdy coś ich zjadło. (Zasadniczo to metafora. Mam dość dobre statystyki niezjedzonych klientów).

Doktor Arada, nazywana przez swoją partnerkę "nieuleczalną optymistką", mieści się gdzieś w okolicy środka między tymi ekstremami. Doktor Thiago zdecydowanie trzyma się grupy "zbadajmy tamtą ciemną jaskinię bez tej uciążliwej jednostki ochroniarskiej" i dlatego właśnie Arada stała przyciśnięta do ściany obok włazu na otwarty pokład obserwacyjny, trzymając w spoconych dłoniach broń pociskową, a Thiago stał na rzeczonym pokładzie obserwacyjnym i próbował dogadać się z potencjalnym celem. ("Potencjalnym" wyłącznie na bazie wcześniejszej rozmowy, podczas której doktor Arada powiedziała: "Och, jednostko ochroniarska, wolałabym, żebyś nie nazywał ludzi "celami"", a Thiago posłał mi spojrzenie znaczące zwykle "To coś tylko szuka wymówki, żeby zabijać").

Ale to było zanim potencjalne cele zaczęły wymachiwać swoją sporą kolekcją broni pociskowej.

W każdym razie o takich właśnie rzeczach myślałom, nurkując pod jednostką piratów, którzy próbowali wejść na pokład naszej morskiej instalacji badawczej.

Płynęłom od dziobu, starannie unikając urządzenia napędowego. Cicho się wynurzyłom i po złapaniu relingu wyciągnęłom się z wody. Dzień był jasny, powietrze przejrzyste i czułom się bardzo odsłonięte. (Czemu głupi piraci nie mogli zaatakować w nocy?). Miałom w powietrzu drony dające mi widok z kamer na oba pokłady tej głupiej łodzi, więc wiedziałom, że ta część rufy jest pusta.

Nadbudówka wyżej była trójkątna, z kątami dobranymi tak, by łódź mogła szybciej pływać czy coś, w sumie nie wiem, bo jestem mordbotem i łodzie zupełnie mnie nie obchodzą. Górny pokład obejmował większość dziobu ze stanowiskiem przedniego działka. Dawało to głupiej łodzi mnóstwo martwych pól, co stanowiło koszmar ochrony dla kogoś innego. Była też bardziej zaawansowana niż inne łodzie, które widzieliśmy dotąd podczas badań, i miała lepsze wyposażenie.

Przez co oczywiście była tylko bardziej podatna.

Monitorowałom także naszą okolicę i otaczające nas rozproszone wysepki, na wypadek gdyby się okazało, że łódź miała tylko odwrócić naszą uwagę i zaplanowano drugą próbę abordażu. Oczywiście miałom też widok z kamery na gównianą sytuację rozwijającą się na pokładzie obserwacyjnym.

Thiago stał prawie cztery metry od włazu; nie miał na sobie nawet sprzętu ochronnego, co było bardzo w stylu człowieka nieufającego ocenie sytuacji przez jednostkę ochroniarską. Ewidentny przywódca potencjalnych celów stał na skraju pokładu, ledwie trzy metry dalej, swobodnie mierząc w Thiago z broni pociskowej. Bardziej martwiło mnie sześć innych potencjalnych celów rozstawionych na dziobowym pokładzie głupiej łodzi oraz lufa osadzonego tam działka, wycelowanego obecnie w górny pokład naszej instalacji.

Niektóre potencjalne cele nie miały na głowach hełmów. Jest coś, co można zrobić z tymi małymi dronami zwiadowczymi (jeśli klient wyda taki rozkaz albo jeśli nie ma się działającego modułu kontrolera), o ile wrogowie są dość głupi, by dopuszczać się agresji bez odpowiedniego opancerzenia. Można rozpędzić drona i wysłać go prosto w twarz wroga. Nawet jeśli nie trafi w oko czy ucho, docierając prosto do mózgu, można wybić dziurę w czaszce. Coś takiego rozwiązałoby problem i pozwoliło szybciej wrócić do nowych odcinków Rodowodów Słońca, ale wiedziałom, że Arada zrobiłaby się smutna, a Thiago by się wkurzył. Zapewne i tak będę musiało to zrobić. Niestety dowódca potencjalnych celów miał na głowie hełm.

(Thiago był partnerem małżeńskim brata doktor Mensah i tylko dlatego obchodziła mnie jego opinia).

Nie wiedziałom też jeszcze, ilu wrogów siedziało wewnątrz łodzi, gdzie znajdowało się sterowanie działkiem. Przedwczesna eliminacja widocznych celów (przepraszam, potencjalnych celów) na pokładzie mogła zmienić sytuację z zapowiedzi szamba w pełny zalew gównem.

Wciąż istniał cień szansy, że Thiago zdoła rozwiązać sytuację gadaniem, bo był świetny w mówieniu do innych ludzi. Co jednak nie zmieniało faktu, że miałom drona czekającego tuż za włazem przy Aradzie. (Overse byłaby niezadowolona, gdybym dopuściło do zabicia jej partnerki, a ja lubiłom Aradę).

- To wszystko jest niepotrzebne - powiedział Thiago głosem wciąż, pomimo wszystkiego, spokojnym. - Jesteśmy badaczami, nie robimy niczego, co mogłoby tu komuś zaszkodzić.

- Pokazałem, że mówię poważnie - brzmiały słowa dowódcy potencjalnych celów po przetłumaczeniu przez nasz system instalacji. - Weźmiemy, co zechcemy, a potem zostawimy was w spokoju. Powiedz innym, żeby wyszli.

- Damy wam zaopatrzenie, ale nie ludzi - odparł Thiago.

- Jeśli macie dobre zaopatrzenie, ludzi zostawię.

- Nie musicie do nikogo strzelać. - W głosie Thiago pojawiło się przejęcie. - Jeśli potrzebujecie zaopatrzenia, możemy je wam przekazać.

Bez obaw, "nikim" do strzelania będę ja.

(Naruszając procedury bezpieczeństwa, na które wszyscy zgodzili się z wyprzedzeniem, Thiago wyszedł na pokład obserwacyjny powitać obcych na ich głupiej łodzi. Poszłom za nim i odciągnęłom go od brzegu, dzięki czemu dowódca potencjalnych celów strzelił do mnie zamiast do niego. Trafił mnie prosto w ramię. Udało mi się spaść z pokładu obserwacyjnego, nie trafiając na wlot poboru wody. Tak, wkurzyłom się.

- Jednostko ochroniarska, jednostko, jesteś tam?! - krzyczała Overse przez interfejs komunikatora z mostka instalacji.

Tak, nic mi nie jest, wysłałom jej przez strumień. Dobrze, że nie krwawię jak ludzie, bo w tej sytuacji brakowałoby jeszcze tylko wrogiej fauny morskiej. Mam wszystko pod pieprzoną kontrolą, jasne?

- Nie, mówi, że nic mu nie jest - usłyszałom przez komunikator, jak mówi do pozostałych. - Tak, jest wściekłe).

Przeskoczyłom przez reling i wylądowałom na pokładzie. Stłumiłom swoje receptory bólu, ale czułom pocisk wbity obok szkieletu nośnego, co było bardzo irytujące. Skulone zeszłom po schodach w dół nadbudówki z kabinami. Człowiek wewnątrz monitorował prymitywny system skanerów. (Zagłuszyłom go, jeszcze zanim mnie postrzelono, wysyłając mu artystyczny szum i losowe raporty o nieprawidłowych odczytach energii, żeby go zająć). Przydusiłom ją, aż straciła przytomność, a potem złamałom rękę, żeby miała czym się zająć, gdyby zbyt szybko oprzytomniała. Nie zabrałom jej broni pociskowej, ale poświęciłom moment na uszkodzenie paru jej kluczowych elementów.

Pomieszczenie było pełne toreb, pojemników i różnych innych ludzkich śmieci. Zainstalowano tam zgrabne regały, ale wszystko leżało pomieszane na pokładzie. Z oddali widzieliśmy dotąd jedenaście grup obcych ludzi w łodziach, a dwie z nich się z nami skontaktowały. Obie były, słowami Thiago, "niezwykle różnorodne", a pozostali nazwali je bardzo dziwnymi. Obie grupy podjęły bardzo wyszukane środki ostrożności w celu dopilnowania, by nie wyglądać groźnie, i nie pokazały żadnej broni. Obie grupy chciały też wymieniać z nami zapasy. (Arada i pozostali zamierzali po prostu dać im to, czego potrzebowali, ale Thiago poprosił, żeby za towary zapłacili swoimi historiami o tym, jak znaleźli się na tej planecie).

No dobrze, może Thiago miał powód przypuszczać, że ta grupa także nie będzie wroga, ale wcześniejsze dały mi okazję opracowania profilu miejscowych podejść/interakcji bez wrogości i ta grupa do niego nie pasowała.

Nikt mnie, do cholery, nie słucha.

Dowódca potencjalnych celów oraz jego kumple na pokładzie głupiej łodzi byli też lepiej ubrani niż wszyscy spotkani dotąd ludzie, w rzeczy, które niekoniecznie były czystsze, ale wyglądały na nowsze. Nie było tu strumienia planetarnego (durna planeta), ale głupia łódź miała własny prosty strumień pełen gier i pornografii, z bardzo małą ilością treści pomocnych w ocenie tego, kim są ci ludzie i czego chcą. Nawet oznaczenia poszczególnych osób w strumieniu zawierały tylko informacje o dostępności seksualnej i prezentowanej płci, co zupełnie mnie nie obchodziło.

Przeszłom przez brudny metalowy korytarz, a potem z następnych drzwi wyszedł człowiek. Rozbroiłom go i walnęłom jego głową o podłogę.

Kolejne drzwi były zamknięte, ale jeden z moich dronów wylądował wcześniej na dachu, przysunął się do okna i dał mi trochę dobrych skanów oraz obrazów wideo. Co było dość ważne, bo właśnie tam znajdowała się konsola sterowania dużego działa pociskowego, skierowanego obecnie w naszą instalację.

Według nagrania drona przy konsoli broni siedział jeden mały człowiek, skupiając uwagę na prymitywnym systemie celowania korzystającym z kamer. Wokół konsoli niedbale siedziało na poobijanych fotelach biurowych trzech dużych ludzi z bronią, pozostałe konsole wykazywały braki sprzętu lub prowizorycznie zainstalowane zastępniki. Rozmawiali, oglądając na ekranie Thiago i dowódcę potencjalnych celów, bla, bla, bla, kolejny dzień w pracy.

Pomieszczenie było kulistą strukturą osadzoną na prawo od dzioba, wzmocnioną metalem chroniącym i wspierającym działo. Sześcioro wrogów na dziobie z bronią skierowaną w stronę pokładu obserwacyjnego instalacji było zbyt daleko, by coś usłyszeć, o ile tylko nie przesadzę. Więc zerwałom zamek i przechodząc, nie trzasnęłom drzwiami.

Cel Jeden przy konsoli broni oberwał impulsem energii z lewego przedramienia, a Cel Dwa uderzeniem w gardło, gdy pozostali zrywali się na nogi. Obróciłom się i zmiażdżyłom rzepkę Celu Trzy, a potem zbiłom broń Celu Cztery i złamałom mu obojczyk. Już wcześniej poleciłom systemowi instalacji przygotować mi tłumaczenie jedynego zdania, które będzie mi potrzebne.

- Jeśli się odezwiecie, wszyscy zginą - powiedziałom.

Cel Jeden osunął się nieprzytomnie na konsolę sterowania broni, z parującą w wilgotnym powietrzu raną. Pozostała trójka została na podłodze, skomląc i charcząc.

Jeden z wrogów na zewnątrz zerknął w bok, ale nie zmienił pozycji. Thiago, który był niespodziewanie dobry w przeciąganiu, uniknął odpowiadania na pytanie, czy pozostali badacze wyjdą na pokład obserwacyjny, żeby dowódca potencjalnych wrogów mógł zdecydować, czy chce ich porwać. Thiago wymieniał teraz nasze zapasy i udawał, że ma problemy z podsuwanym mu przez system instalacji tłumaczeniem. (Wiedziałom, że udaje, bo między innymi był ekspertem językowym). Widok z drona zdradzał, że dowódca potencjalnych celów czerpie satysfakcję z dręczenia Thiago, który mógł to zauważyć i trochę podkręcać przedstawienie. Był dość inteligentny.

No dobrze, przyznaję, że trochę mnie zirytował brak zaufania ze strony Thiago.

(Odbyli z Mensah rozmowę na mój temat jeszcze na Stacji Pielęgnacja, gdy Arada planowała tę wyprawę. Transkrypcja:

Thiago:

- Wiem, że jestem tu w mniejszości, ale mam poważne zastrzeżenia.

Mensah:

- Wyprawą dowodzi Arada, która chce udziału jednostki ochroniarskiej. I szczerze mówiąc, gdyby ona nie zapewniała ochrony, to wycofałabym zgodę Ameny na udział w wyprawie.

[Amena to jedno z dzieci Mensah, i owszem, była teraz w naszej instalacji. Żadnej presji!].

Thiago:

- Tak bardzo temu ufasz?

Mensah:

- Swoim życiem, dosłownie. Wiem, ile zrobi, żeby ochronić ją, ciebie i resztę zespołu. Oczywiście, że ma swoje wady. Zapewne właśnie nas podsłuchuje. Słuchasz, jednostko ochroniarska?

Ja w strumieniu: Co? Nie.

Reszty nie słuchałom. Uznałom, że lepiej będzie wyłączyć podsłuch w konsoli łączności pokoju i wyjść stamtąd).

Cel Dwa wyszeptał coś, co system instalacji przetłumaczył na:

- Czym jesteś?

- Jestem Stul Pysk Albo Rozwalę Ci Łeb - odpowiedziałom.

Czyli jednak potrzebne mi były dwa zdania.

Musiałom wyjść, bo dowódca celów zaczął iść w stronę Thiago, a unikanie sytuacji z zakładnikami było ważne dla "Harmonogramu zdarzeń wiodących do udanego rozwiązania" w moim module oceny ryzyka. (W terminologii firmy to HZWDUR, co jest koszmarnym anagramem). (Nie miałom na myśli anagramu, tylko to drugie).

- Nie chcesz tego robić - powiedział Thiago, cofając się. - Naprawdę tego nie chcesz.

No cóż, teraz i tak już było dla nich za późno na ucieczkę.

Podeszłom do włazu na zewnątrz i poleciłom dronom zająć pozycje. Dwóch wrogów miało hełmy i pancerze, a jeden hełm bez przyłbicy na twarz. Rozkaz wydałom równocześnie z wciśnięciem zwolnienia włazu.

(W ostatniej chwili zmieniłom polecenia dronów z zabójczych uderzeń w głowy lub twarze na unieruchamiające trafienia w odsłonięte miejsca rąk i dłoni, choć głupi wrogowie sami byli sobie winni zaatakowania nas. Myślenie o smutnej twarzy Arady powodowało u mnie za duży dyskomfort).

Głupi właz (nienawidzę tej łajby) był powolny i zanim się otworzył, wszystkie sześć celów obróciło się w moją stronę. Drony uderzyły w chwili, gdy wyskakiwałom na pokład. Jeden cel trafiłom wyładowaniem energii z prawego przedramienia, drugi walnęłom w kolano, a dwa cele padły od uderzeń, tylko że trzeci, padając, zacisnął palec na spuście swojej broni i strzelił mi prosto w pierś. No kurwa mać.

Do tego czasu dowódca celów chwycił Thiago za rękę i przystawił mu broń do głowy.

Poświęciłom kolejne sześć dronów na przerobienie rozrzuconej wokół broni w bezużyteczne bryły metalu, a potem wstałom. Przeszłom po rampie abordażowej na pokład obserwacyjny.

- Puść go - powiedziałom. Nie miałom nastroju na negocjacje. Gdzieś w archiwum mam moduł na ich temat, ale nigdy nie był zbytnio pomocny.

W oczach dowódcy celów widać było dużo białego i wykazywał liczne objawy stresu. Podobnie jak Thiago. Widok z drona pokazał mi, jak wyglądam: woda kapiąca z odzieży, kurtka z logo wyprawy Pielęgnacji i koszula z dziurami po broni pociskowej, umazane płynem i odrobiną krwi.

Zaczęłom ich obchodzić, jakbym kierowało się do włazu.

- Stój! - krzyknął dowódca celów, obracając Thiago tak, by był zwrócony w moją stronę. - Albo go zabiję!

Miał rację, próbowałom zmusić go do ruchu, żeby ustawić strzał. Miał teraz za sobą kopułę obserwacyjną, co nie dawało mi dobrego kąta.

- Wciąż możesz z tego wyjść - wydyszał Thiago. - Po prostu nas puść. Możesz mnie wziąć jako zakładnika...

Jasne, bardzo pomocne.

- Żadnych zakładników - oświadczyłom.

- Co to jest? - zapytał ostrym tonem dowódca celów. - Czym jesteś? Botem?

- To jednostka ochroniarska - wyjaśnił Thiago. - Konstrukt łączący człowieka i bota.

Dowódca celów nie sprawiał wrażenia, że mu uwierzył.

- Czemu wygląda jak osoba?

- Sam czasami zadaję sobie to pytanie - odpowiedziałom.

- To jest osoba! - dobiegł z głośnika oburzony głos doktora Ratthiego.

- Ratthi, zostaw mikrofon! - usłyszałom dobiegający z głębi głośny szept Overse.

W tym czasie przeprowadziłom szybkie wyszukiwanie w kolekcji zarchiwizowanych multimediów i wyciągnęłom odcinek Szlachetnych obrońców. Serial nie jest zły, ale w tym fatalnym odcinku bohaterowie są atakowani przez złe jednostki ochroniarskie. (To jak przeciwieństwo oksymoronu, bo w mediach nie ma czegoś takiego jak jednostka ochroniarska, która nie jest zła). (Czy istnieje słowo na przeciwieństwo oksymoronu?). Wyciełom trzyminutową sekwencję, w której jednostki ochroniarskie zalewają bazę i wyrzynają bezradnych uciekinierów. Wysłałom to do strumienia głupiej łodzi i ustawiłom odtwarzanie w pętli bez końca.

Jestem szybkie, więc skończyłom do czasu, gdy dowódca celów potrząsnął Thiago i rzucił:

- Każ się temu cofnąć.

Thiago wydał z siebie odgłos podejrzanie przypominający drwiące prychnięcie.

- Chciałbym móc! To mnie nie słucha.

Och, słucham cię bardzo uważnie, Thiago.

- To kogo to... - Dowódca celów słusznie zrezygnował z tego pytania. - Słuchaj, ktokolwiek to kontroluje, zabieram tego tu na mój statek...

- Zniszczyłom wasz silnik - rzuciłom. Naprawdę należało to zrobić. Cóż, teraz już za późno.

Emanujący furią dowódca celów szarpnął Thiago, który się potknął i odchylił od niego. W tej samej chwili na ramieniu dowódcy celów wykwitła dziura między kawałkami źle dopasowanego pancerza.

Skoczyłom do przodu i złapałom Thiago, pchnęłom go w bok i wyrwałom dowódcy celów broń pociskową. Kolbą szturchnęłom go lekko w żołądek i mostek, a on padł na pokład.

Arada wyszła z włazu z bronią pociskową rozsądnie skierowaną w dół, choć mój skan wskazał, że zdążyła już przestawić w niej bezpiecznik.

- Wszystko w porządku? - zapytała. - Thiago? Jednostko ochroniarska?

Powiedziałom wcześniej, że próbowałom ustawić strzał, ale nie mówiłom, że sobie.

Po tej całej sprawie z GrayCris Arada zaliczyła kurs strzelecki. Pewnie doświadczenie z bandą morderców ścigających człowieka po całej planecie, żeby zablokować mu badania przez zamordowanie, zmusza człowieka do większej ostrożności, nawet jeśli jest niepoprawnym optymistą.

Doktorze Thiago, doktor Arada, wejdźcie do środka, powiedziałom w strumieniu. Chwyciłom dowódcę celów i rzuciłom go na pokład jego łodzi, gdzie niezbornie czołgały się pozostałe cele, próbując dostać się do włazu. Mój skan wykrył wzrost mocy w systemie uzbrojenia broni. Takie rzeczy dzieją się, gdy brak czasu na gruntowne oczyszczenie pojazdu wroga.

- Overse, teraz będzie dobry moment - powiedziałom przez komunikator.

Przez cały czas trwania tej sytuacji Overse i pozostali zajmowali się przygotowywaniem naszej instalacji do startu. Pokład pod moimi stopami zadudnił i zawibrował, a zewnętrzne wsporniki wynurzyły się z wody, wysyłając fale uderzające w łódź w trakcie naszego unoszenia.

Piraci chyba nie zdawali sobie sprawy z faktu, że nasza instalacja jest ruchoma. Masa wody przemieszczonej po uruchomieniu silnika pchnęła łódź w bok, a piraci stracili namiar dla działa.

Zewnętrzne wsporniki złożyły się i unieśliśmy się wyżej nad powierzchnię. Z głośników interkomu rozległ się ryk syreny i tłumaczone ostrzeżenie o minimalnej bezpiecznej odległości, w które piraci chyba uwierzyli, bo ich silniki zawyły rozpaczliwie. Wezwałom swoje drony, które pomknęły ku nam i wpadły strumieniem przez właz. Weszłom za nimi do środka i pozwoliłom włazowi się zamknąć wraz z uruchomieniem procedur startowych.

Rozdział drugi

Powiedziałom sobie, że nie było to tak gówniane zakończenie mojego pierwszego razu jako "Konsultantki do spraw bezpieczeństwa nieudającej bycie człowiekiem" i/lub "nieudającej istnienia ludzkiego nadzorcy", jak mogłoby być. Wszyscy żyli, wszystkim udało się pobrać planowane próbki i dokonać skanów. Zgodnie z pierwotnym planem mieliśmy odlecieć po sześciu miejscowych dniach, ale ponieważ skończyliśmy wcześniej, Arada przyśpieszyła odlot do trzech miejscowych dni, dzięki czemu instalacja była prawie gotowa do startu.

Ale mieliśmy szczęście, a ja nienawidzę szczęścia.

Stojąc w korytarzu wejściowym, rozporządziłom swoimi dronami, każąc czterem zostać ze mną i wysyłając pozostałe do zajęcia różnych pozycji w instalacji, a następnie uśpienie. Potem sprawdziłom strumień pod kątem ostrzeżeń. Członkowie zespołu, którzy nie zajmowali się pilotowaniem instalacji w drodze przez atmosferę, krzyczeli do siebie przez komunikator. Korytarzem nadchodziła Arada. Nie miała już przy sobie broni, a moja kontrola procedur bezpieczeństwa wykazała, że ją rozładowała i schowała z powrotem w szafce.

- Jednostko ochroniarska, musisz iść do ambulatorium!

Znowu sprawdziłom strumień, wciąż żadnych ostrzeżeń.

- Co się tam dzieje?

- Ty się dziejesz, postrzelono cię.

Ach tak, to.

Arada machnęła na mnie ręką, więc poszłom za nią korytarzem do głównej rampy. Wsadziłom palec do dziury w bluzie i koszuli, a potem trochę zwiększyłom czułość receptorów bólu. Pociski wciąż tam były. (Czasami wypadają same).

Ambulatorium znajdowało się u szczytu rampy i zajmowało małe pomieszczenie na tym samym poziomie co sale rekreacyjne załogi i kantyna. Kabiny mieszkalne, laboratoria i magazyny mieściły się dwa poziomy niżej, a pokład z kokpitem nad nimi. Ratthi już na nas czekał, stojąc obok systemu medycznego.

- Dobrze się czujesz? - zapytał natychmiast. - Lepiej się połóż!

Nie chciałom przesadnego zamieszania.

- Nie, nic mi nie jest. Po prostu daj mi ekstraktor.

- Nie ma mowy, byłoś w wodzie, konieczne jest odkażanie i posiew antybiotykowy. Połóż się do czasu, aż system wszystko przygotuje. - Wskazał z przejęciem wąską platformę i ściągnął z regału jeden z zestawów awaryjnych. - Thiago ma trochę zadrapań na szyi - rzucił - ale poza tym nic mu nie jest.

Ratthi zajął się zestawem. Krzyki w komunikatorze przycichły, ale słyszałom napięte głosy dobiegające z salonu. Instalacje należące do Pielęgnacji, takie jak ta, nie miały systemów monitoringu z wszędzie rozmieszczonymi i nagrywającymi wszystko kamerami, ze względu na prywatność i takie tam bzdety, ale mogłom podsłuchiwać przez komunikator i moje drony. Jeśli chciałom, a w tej chwili nie miałom na to ochoty.

- Ratthi ma rację, jednostko ochroniarska - zgodziła się Arada - powinnaś pozwolić systemowi upewnić się, że rany nie są zakażone. - Zawahała się. - Czy ja... - Ostro wciągnęła powietrze. Stałom bez ruchu, bo jeszcze nie rozumiałom pytania. - Czy był jakiś inny sposób...

Nie dokończyła, ale tym razem wiedziałom już, o co pyta.

- Nie. Gdybyś czekała choć chwilę dłużej, musiałobym spróbować użyć drona. I jeśli pozostali zapewnią mu opiekę medyczną, on zapewne przeżyje.

Naprawdę nie chciała do nikogo strzelać i mówiła mi, że musiała walczyć ze sobą, żeby zmusić się do nauki posługiwania się bronią. Ja też niespecjalnie chciałom, żeby się tego uczyła. (Ludzie mają koszmarną skłonność do używania broni bez potrzeby i bezkrytycznie. Postrzelono mnie bardzo wiele razy, a nieprzyjemnie duży odsetek tych ran był wynikiem działań moich klientów, którzy próbowali mi "pomóc". Inny znaczący odsetek był skutkiem działań klientów, którzy po prostu mieli ochotę do czegoś strzelić, a ja akurat stałom w okolicy).

Arada potarła oczy i wykrzywiła usta.

- Czy próbujesz mi poprawić samopoczucie?

- Nie. - Naprawdę nie próbowałom. Często kłamię ludziom, ale nie Aradzie, nie w tej sprawie. - Nie próbowałobym poprawiać ci samopoczucia. Znasz mnie.

Prychnęła w mimowolnym wyrazie rozbawienia.

- Faktycznie, znam cię.

Jej twarz przybrała tkliwy i sentymentalny wyraz.

- Żadnego przytulania - ostrzegłom ją. Miałom to wpisane w kontrakt. - Czy potrzebujesz wsparcia emocjonalnego? Czy mam kogoś wezwać?

- Nic mi nie jest. - Uśmiechnęła się. W strumieniu system medyczny zasygnalizował gotowość. - Teraz upewnij się, że z tobą też wszystko w porządku.

Wyszła z pomieszczenia, włączając w drzwiach filtr prywatności. Rozebrałom się, wrzucając ubranie do pojemnika odkażającego, a potem położyłom się na platformie. System przeprowadzi kontrolę pod kątem czynników zakaźnych oraz usunie pociski z mojego barku i klatki piersiowej.

Cała procedura zajęła tylko trzy minuty, dość długo, bym dokończyło scenę Rodowodów Słońca spauzowaną w chwili, gdy Thiago postanowił doprowadzić do postrzelenia mnie. System medyczny spróbował przełączyć się na opcje leczenia i rekonwalescencji, ale zatrzymałom go i zeszłom z platformy. Ze strumienia dowiedziałom się, że osiągnęliśmy orbitę i podchodzimy do naszego statku-bazy.

Moje ubranie woniało teraz płynem odkażającym, ale było suche i czyste. Ubrałom się i otwarłom ekran prywatności.

W korytarzu stał Thiago. O rety.

Wyglądał na rozzłoszczonego i poruszonego, co byłom w stanie rozpoznać, choć patrzyłom trochę w prawo od jego głowy.

- Zabiłoś tych ludzi? - zapytał.

Byłom dość wściekłe, żeby rozerwać ich wszystkich na drobne kawałeczki. Będąca moim właścicielem firma miała na takie sytuacje procedury wymagające zabójczych strzałów, przynajmniej w przypadku uzbrojonych wrogów na pokładzie. Na dodatek już raz mnie postrzelono, a wrogowie jednoznacznie wyrażali swoje zamiary zabicia i/lub porwania moich klientów. Jednak nie należałom już do firmy, a jedyną osobą, przed którą odpowiadałom, była Arada, na dodatek tylko w ograniczonym zakresie ujętym w kontrakcie wynegocjowanym dla mnie przez Pin-Lee.

Tylko że cały sens zhakowania mojego modułu kontrolera polegał na tym, żeby nikt nie mógł mi kazać zabijać grupy ludzi, jeśli nie miałom na to ochoty. (Ani nawet jeśli miałom na to ochotę).

- Przesłałom raport swojej zakontraktowanej przełożonej - odpowiedziałom.

(No wiem, wiem, mogłom powiedzieć, że nikogo nie zabiłom. Mogłom wyjaśnić, że nawet jednostki ochroniarskie w ramach procedur firmy stosują minimalną wymaganą przemoc, bo firma nienawidzi płacić odszkodowań za obrażenia ocalałych, a ponadto jednostki ochroniarskie nie są wściekłymi mordercami, chyba że takie zachowanie zostanie im nakazane przez ludzi. Mogłom dodać, że ryzykowałom życie, strzelając do uzbrojonych celów bez intencji zabicia, bo wiedziałom, że Arada nie chciałaby, żebym zabijał).

- Mógłbym ją zapytać. - Mocno zacisnął wargi.

- Zdecydowanie powinieneś to zrobić - potwierdziłom.

Patrzył na mnie gniewnie, a jego brązowa skóra na policzkach wykazywała silne oznaki podwyższonej temperatury, oznaczające gniew, zawstydzenie i możliwe, że jeszcze inne emocje. Choć byłom przekonane, że po prostu się złościł. Potem się zawahał.

- Słuchaj, ja... nie chciałem, żebyś zostało postrzelone. Przepraszam.

Gdybyś chciał, żebym zostało postrzelone, Thiago, ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej.

- Procedury bezpieczeństwa, na przestrzeganie których zgodzili się wszyscy uczestnicy wyprawy, są dostępne w strumieniu instalacji - odpowiedziałom, bo wciąż byłom na niego wściekłe.

Jego twarz zrobiła coś, co robią ludzie, próbując nie okazać, jak bardzo są zirytowani. (Cel osiągnięty).

- Popełniłem błąd - przyznał. - Ale nie miałem powodu zakładać, że ci ludzie mają wrogie zamiary.

Ja miałom. Mogłom na szybko wyciągnąć fragment mojego Raportu oceny zagrożenia ze strony zbliżającej się łodzi i czemu uznałom, że prawdopodobieństwo ataku wynosi 72 procent. Mogłom przypomnieć, że oni strzelili do mnie pierwsi, będąc przekonani, że jestem tylko zwykłym nieuzbrojonym człowiekiem. Ale nie miałom dla niego odpowiedzi. On nie lubił mnie, a ja nie lubiłom jego, i dobrze.

Tak było absolutnie w porządku.

Oddaliłom się korytarzem.

***

pomóż_mi.plik fragment 1

(plik oderwany od głównej linii narracyjnej)

Ponieważ postanowiłom (tymczasowo) zostać na Stacji Pielęgnacja, doktor Mensah siedem razy prosiła mnie, żebym udało się z nią w różne miejsca. Sześciokrotnie były to tylko stosunkowo krótkie, nudne spotkania dotyczące statków na orbicie lub w doku. W przypadku siódmego poprosiła mnie, żebym zleciało z nią na powierzchnię planety. Nie lubię planet, ale zwabiła mnie, tłumacząc, że celem wycieczki jest festiwal sztuki / konferencja / ceremonie religijne, które będą obejmować "dużo" przedstawień na żywo. Zgodziłom się polecieć po sprawdzeniu i odkryciu, że "dużo" oznacza osiemdziesiąt siedem i trochę.

Niektóre przedstawienia na żywo były bardziej pokazami lub seminariami, które zupełnie mnie nie interesowały, ale udało mi się zaliczyć trzydzieści dwie sztuki i spektakle muzyczne w czasie, gdy Mensah uczestniczyła w spotkaniach lub robiła różne rzeczy z członkami swojej rodziny. (W przypadku przedstawień, które całkowicie lub częściowo się nakładały, używałom dronów do rejestracji. Wszystkie były nagrywane dla lokalnego strumienia rozrywkowego planety, a te popularne zostaną specjalnie przygotowane jako produkcje wideo, ale chciałom zobaczyć wszystkie wersje). Jednego wieczora sztuka została przerwana, gdy Mensah stuknęła mój strumień i poprosiła, żebym przyszło ją odebrać.

Prośba była tak niespodziewana i nie w jej stylu, że zareagowałom hasłem, które uzgodniliśmy, na wypadek gdyby przetrzymywano ją wbrew jej woli. Odpowiedziała, że jest po prostu zmęczona. To jeszcze bardziej do niej nie pasowało. To znaczy wiedziałom, kiedy robi się zmęczona, tylko bardzo nie lubiła się do tego przyznawać.

Zostawiłom drona do nagrania reszty sztuki i wymknęłom się z teatru. Była noc i tłum na ulicy zaczynał się przerzedzać, ale duży otwarty pawilon po drugiej stronie placu, gdzie odbywało się przyjęcie, był wciąż bardzo jasny i głośny.

Gdyby trzeba było się znaleźć w ludzkim tłumie, ten tutaj na festiwalu nie był zły, bo w dużej części składał się z ludzi o rozproszonej uwadze, bo ludzie i wspomagani ludzie rozmawiali ze sobą przez komunikatory lub strumień albo próbowali się dostać do jakichś miejsc. Negatywnym aspektem sytuacji było mnóstwo osób machających patykami ze świecącymi się przedmiotami lub zabawkami siejącymi iskrami albo rzucającymi barwne proszki, które świeciły i strzelały. (Nie mam pojęcia). W każdym razie w tym wszystkim nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Na dodatek to była Pielęgnacja, więc nie było tu dronów skanujących, żadnej uzbrojonej ludzkiej ochrony, tylko pewna liczba gotowych zareagować na wezwanie medyków z pomocniczymi botami oraz "strażnicy" zajmujący się głównie pilnowaniem przestrzegania przepisów dotyczących ochrony środowiska i krzyczeniem na ludzi i wspomaganych ludzi, żeby schodzili z drogi pojazdom naziemnym.

Zlokalizowałom Mensah w pawilonie blisko skraju grupy rozmawiającej z Thiago i Farai, będącej jedną z jej partnerek małżeńskich. Stanęłom obok Mensah, która chwyciła moją dłoń.

Hm, zazwyczaj dobrym pomysłem jest ostrzeżenie konstruktów nazywających się Mordbotem, które są połączeniem botów i ludzi, zanim spróbuje się je chwycić, z wyjątkiem chwil zagrożenia, kiedy to oczekuje się, by człowiek wymagający uratowania życia chwycił i mocno trzymał. Odebrałom jej zachowanie jak właśnie ten drugi rodzaj zdarzenia, jakby Mensah potrzebowała mojego ratunku. W związku z tym moją jedyną reakcją było przysunięcie się bliżej do niej.

- Nie wiem, czemu nie możesz po prostu z nami porozmawiać - mówił Thiago. Słyszałom go wyraźnie, bo dźwięki otoczenia częściowo stłumiłom, by zmniejszyć natężenie ryczącej muzyki do poziomu przyjemnego tła dźwiękowego. Thiago rzucił mi zirytowane spojrzenie, jakbym przerwał ich rozmowę. Hej, to ona mnie wezwała. Ja tu pracuję, płacą mi kartami gotówkowymi i w ogóle.

- Już ci mówiłam - odparła Mensah, brzmiąc zwyczajnie, spokojnie i pewnie. Tylko że tak właśnie brzmiała również wtedy, gdy próbowali nas zabić inni ludzie, więc... Cały pawilon był obserwowany przez moje drony, a skan pod kątem uzbrojenia niczego nie wykazał. (Broń w ogóle nie była dozwolona na planecie, poza wyznaczonymi strefami dzikiej przyrody, gdzie problemem była wroga fauna). Głosy były podniesione, ale moje filtry wykazywały, że wciąż mieszczą się w zakresie radosnych-odurzonych-zainteresowanych emocji. Tyle że uścisk dłoni Mensah zdradzał, jak bardzo napina mięśnie rąk. Ocena sytuacji: nie mam pojęcia.

- Nie, Thiago - odezwała się Farai. - Poprosiła, żebyś jej odpuścił, więc właśnie to powinieneś zrobić. - Uśmiechnęła się do mnie uprzejmie. Nigdy nie wiem, jak zareagować na coś takiego. Przechyliła się do Mensah, żeby ją pocałować. - Zobaczymy się w domu.

Mensah kiwnęła głową i odwróciła się, a ja pozwoliłom się poprowadzić przez pawilon.

Zwróciłom się do niej, gdy wyszliśmy na zewnątrz, na plac.

- Czy potrzebujesz pomocy medycznej? - Uznałom, że może być chora. Gdybym było człowiekiem i musiało przebywać w pawilonie z tymi wszystkimi ludźmi przez ostatnie dwie i pół godziny, byłoby mi niedobrze.

- Nie - zapewniła, wciąż brzmiąc spokojnie i zwyczajnie. - Jestem tylko zmęczona.

Wysłałom przez strumień wezwanie pojazdu naziemnego (w Pielęgnacji z jakiegoś głupiego powodu nazywa się je "wózkami"), żeby podjechał dla nas do najbliższego postoju. Plac i ulice oświetlone były małymi lampami wyglądającymi jak baloniki, a ziemię i tymczasowe nawierzchnie pomalowano w wyszukane wzory świecącą farbą (na szczęście nie farbą znacznikową, która emituje w strumieniu, bo to byłby koszmar). Gdy szliśmy przez tłumy, ludzie rozpoznawali Mensah, uśmiechając się do niej i machając. Ona odpowiadała tym samym, ale nie puszczała mojej dłoni. Na skraju obszaru z dopuszczonym transportem naziemnym odurzony człowiek zaczął iść ku nam z pełną garścią świecącego pyłu, ale zmienił zdanie, gdy specjalnie nawiązałom z nim kontakt wzrokowy.

Nasz pojazd już czekał i pomogłom jej wsiąść, a potem zajęłom drugie miejsce. Poleciłom mu skierować się do domku kempingowego jej rodziny, wzniesionego w obszarze mieszkalnym na skraju terenów festiwalowych. Pojazd prowadzony był przez prostego bota, który rozwoził ludzi po terenie kampingu i festiwalu, ale wiedział, że nie powinien wjeżdżać do stref wyznaczonych tylko dla ruchu pieszego.

Z szumem wyjechał z postoju w mrok, jadąc trasą prowadzącą przez trawy i zarośla. Mensah westchnęła i otworzyła okno. Powietrze było wciąż ciepłe i pachniało roślinnością, a światła rozmieszczone wzdłuż drogi były na tyle słabe, by nie tłumiły blasku gwiazd. Wszyscy mieszkający tam na czas festiwalu ludzie i wspomagani ludzie sprawiali, że teren zrobił się dość gęsto zamieszkany, ale jechaliśmy teraz przez obszar wydzielony dla osób, które chciały w nocy spać. Tymczasowe domki (rozstawiane schronienia we wszystkich kształtach i rozmiarach, pojazdy kempingowe, namioty i składane struktury wyglądające bardziej jak instalacje artystyczne) były głównie ciemne i ciche. Teren kempingowy dla ludzi, którzy nie potrafili zachować ciszy, znajdował się na drugim końcu terenów, z barierą dźwiękową odbijającą muzykę i hałasy tłumów.

- Dziękuję - powiedziała. - Przepraszam, że zepsułam ci wieczór.

Odwołałom wszystkie drony poza tymi nagrywającymi sztukę oraz grupą przydzieloną do monitorowania tego, co działo się z rodziną wciąż uczestniczącą w zabawie. (Kolejna grupa znajdowała się przy domku kempingowym, kontrolując okolicę i pilnując dwójki dorosłych oraz siedmiorga dzieci, którzy wrócili wcześniej). Nie byłom pewne, jak zareagować. Mensah nie zachowywała się tak, jakbym uratowało ją przed pewną śmiercią, ale jej zachowanie nie pasowało też do powrotu do bazy z nudnego, ale udanego dnia zbierania próbek.

- Nagrałom przedstawienia - odpowiedziałom. - Chciałabyś je obejrzeć?

Ożywiła się.

- Nigdy nie mam okazji zobaczyć żadnych przestawień na tych imprezach. Masz tę... och, jaki to ma tytuł? Tę nową historyczną autorstwa Glaw i Ji-Min?

Różnica między "spokojna i normalna" a faktyczną normalnością była tak wyraźna i mierzalna, że mogłobym zrobić wykres.

- Tak - potwierdziłom. - Jest całkiem niezła.

Coś ją dręczyło i nie chodziło tylko o rodzinę, która wyraźnie była tym równie zaniepokojona, jak oni niepokoili mnie. Spodziewali się, że będę mieszkać z nimi w domku, co było absolutnie wykluczone. Mensah powiedziała im, że nie potrzebuję żadnej pomocy czy nadzoru i mogę sobie samo radzić. (Cytując: "Jeśli potrafi wniknąć do silnie bronionych instalacji korporacyjnych pod ostrzałem wroga, to poradzi sobie ze spokojnym festiwalem").

Nie chodziło o to, że jej rodzina bała się strasznych jednostek ochroniarskich tak lubianych przez różnorodne programy rozrywkowe i kanały wiadomości albo że nie lubili botów. (W Pielęgnacji istniały "wolne", kręcące się wśród ludzi boty, choć miały opiekunów, którzy formalnie byli zobowiązani do ich pilnowania). Nie lubili po prostu mnie, istoty będącej jednostką ochroniarską.

(Nie dotyczyło to siódemki dzieci. Nielegalnie wymieniałom się z nimi przez strumień pobranymi plikami).

Sądzę, że gdybym było zwykłym botem albo nawet zwykłą jednostką ochroniarską, po prostu spisaną ze stanu, naiwną i niewiedzącą jak sobie poradzić w świecie ludzi czy co tam, jak opisałoby to wielu ludzi tworzących dla multimediów, to w zasadzie wszystko byłoby w porządku. Ale nie byłom takie. Byłom sobą, Mordbotem.

Przez to zamiast posiadania przez Mensah pupila w rodzaju biednego Mikiego czy smutnego konstruktu bota/człowieka wymagającego czyjejś pomocy, miała mnie.

(Powiedziałom to później doktor Bharadwaj, bo dużo rozmawialiśmy o takich rzeczach, kiedy prowadziła badania na temat relacji botów i ludzi na potrzeby swojego programu dokumentalnego. Po zastanowieniu się odpowiedziała:

- Chciałabym myśleć, że się mylisz).

(Możliwym wyjątkiem była Farai. Na stacji, gdy Mensah przedstawiła mnie swojej rodzinie, porozmawiała ze mną przez chwilę. A może raczej porozmawiała do mnie. Transkrypcja:

- Wiesz, że jesteśmy wdzięczni za to, że ją nam zwróciłoś - powiedziała.

Pewnie wiedziałom. Co w takiej sytuacji mówią ludzie? Szybkie przeszukanie archiwów zwróciło różne warianty "uch, jasne", ale nawet ja wiedziałom, że to nie będzie odpowiednie.

[Ostrzeżenie: gdy mordbot stoi nieruchomo, patrząc obok waszej głowy, by unikać kontaktu wzrokowego, zapewne nie myśli o zabiciu was, tylko gorączkowo szuka jakiejś odpowiedzi na to, co mu właśnie powiedzieliście].

- Chciałam zapytać, jak wygląda twoja relacja z nią - dodała.

Uch. W Rubieży Korporacyjnej Mensah była moją właścicielką. W Pielęgnacji opiekunką. [To coś jak właściciel, ale prawa Pielęgnacji wymagają, żeby był miły]. Tylko że Mensah i Pin-Lee próbowały zmienić mój oficjalny status na "uchodźczyni pracująca jako konsultantka do spraw pracowników/ochrony".

Wiedziałom jednak, że Farai dobrze o tym wie, i zdawałom sobie sprawę, że chciałaby uzyskać odpowiedź bliższą obiektywnej prawdzie. I, rety, nie znałom tej odpowiedzi.

- Jestem jej jednostką ochroniarską - odpowiedziałom [tak, wciąż mam to w buforze].

Uniosła brwi.

- I co to znaczy?

Zapędzone do kolejnego ślepego zaułka zdałom się na szczerość.

- Nie wiem. Chciałobym wiedzieć.

Uśmiechnęła się.

- Dziękuję - powiedziała.

I to był koniec).

Rodzina Mensah bardzo nie wiedziała, jak zareagować na informację, że będę im zapewniał ochronę, i bali się, że będę, samo nie wiem, pewnie przeganiało zwykłych gości i zabijało ludzi. I choć musiałom uczciwie przyznać, że byłom kluczowym elementem kilku bajzli kosmicznych wręcz rozmiarów, a mój moduł oceny ryzyka miał trochę poważnych problemów, generalnie moja ocena ryzyka jest całkiem niezła, na poziomie 93 procent skuteczności. (Większość punktów ujemnych pochodzi z okresu, gdy nie wiedziałom, że Wilken i Gerth to wynajęte zabójczynie, do chwili gdy Wilken spróbowała strzelić w głowę Don Abene, ale to był przypadek szczególny).

Rodzina Mensah uważała też, że nie potrzeba im ochrony, co przed kryzysem GrayCris mogło być prawdą. Jednak w obecnej sytuacji podczas festiwalu musiałom się zająć tylko pięcioma próbami wtargnięcia, z których cztery dotyczyły dziennikarzy spoza układu z dronami rejestrującymi. Przejęłom kontrolę nad dronami (zawsze przyda mi się kilka dodatkowych) i powiadomiłom miejscowych strażników, którzy wywieźli dziennikarzy z terenu festiwalu. Piąty incydent spowodował, że naraziłom się Amenie, najstarszej córce Mensah.

Od rozpoczęcia festiwalu zwracałom uwagę na potencjalnego wroga, z którym kręciła się Amena. Zbierałom coraz więcej dowodów i moja ocena zagrożenia zbliżała się do wartości krytycznej. Rzeczy takie jak: (1) powiedział jej, że jest w wieku zbliżonym do niej, czyli tuż poniżej lokalnego standardu dorosłości, ale mój fizyczny skan i wyszukiwanie w ogólnodostępnych danych wykazały, że był od niej starszy o około dwanaście standardowych lat Pielęgnacji; (2) nigdy nie zbliżał się do niej, gdy towarzyszyli jej członkowie rodziny albo zweryfikowani przyjaciele; (3) gdy nie zwracała na niego uwagi, wpatrywał się w jej trzeciorzędowe cechy płciowe; (4) zachęcał ją do spożywania środków odurzających, których sam nie spożywał; (5) w czasie gdy faktycznie spotykała się z nim, rodzice oraz inni powiązani dorośli zakładali, że przebywa z przyjaciółmi, a jej przyjaciele sądzili, że jest wtedy z rodziną - nie powiedziała o nim żadnej z tych grup; (6) miałom nieprzyjemne przeczucia dotyczące tego gnojka.

Można by pomyśleć, że oczywistym sposobem postępowania byłoby poinformowanie Mensah, Farai lub Taro, trzeciego partnera w małżeństwie. Nie zrobiłom tego.

Doskonale rozumiałom różnicę między danymi prywatnymi i ogólnodostępnymi.

Kiedy więc pewnego wieczora Potencjalny Cel zaprosił Amenę do swojego nieco oddalonego domku kempingowego na "spotkanie ze znajomymi", uznałom, że też się tam wybiorę.

Zaprowadził ją do ciemnego domku, gdzie potknęła się o niski stolik. Zachichotała, a on się roześmiał.

- Czekaj, poprawię - powiedział głosem naśladującym dużo wyższy niż faktyczny stopień upojenia i podłączając się do strumienia domku, zapalił światło.

Stałom na środku pokoju.

Wrzasnął. (Tak, to było zabawne).

Amena gwałtownym ruchem zasłoniła usta dłonią, zagapiła się, a potem mnie rozpoznała.

- Co, u diabła? - rzuciła. - Co ty tu robisz?

- Co... kto...? - dukał Potencjalny Cel.

Amena wpadła w furię.

- To... przyjaciel mojej mamy - wydusiła przez zaciśnięte zęby. - I jej... osoba od ochrony.

- Co? - Wyglądał na zmieszanego do chwili, gdy dotarło do niego słowo "ochrona". Odsunął się od niej. - Uch... chyba... lepiej będzie, jeśli pójdziesz.

Amena popatrzyła na niego, posłała mi spojrzenie pełne furii, po czym odwróciła się i wyszła, głośno tupiąc. Poszłom za nią, a on cofnął się, gdy go mijałom. Słusznie.

Dogoniłom ją na wydeptanej ścieżce oświetlonej przez nisko wiszące lampki. (Nie jakoś specjalnie, ale miałom dłuższe nogi, a ona wkładała więcej energii w głośne uderzanie stopami niż w oddalanie się).

- Skąd wiedziałoś, gdzie jestem? - zapytała. - Co robiłoś, ukrywałoś się pod gankiem?

Sądziła, że nie zrozumiem nawiązania do zwierzęcia domowego.

- Oj, to było nieuprzejme - skomentowałom. - Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jestem "przyjacielem" twojej drugiej mamy. Czy tak właśnie rozmawiasz ze służącymi botami?

Obraz z drona pokazał, że na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, a potem połączenie nadąsania i poczucia winy.

- Nie. Nie mam żadnych służących botów! Nie wiedziałam... nigdy nie słyszałam, jak mówisz.

- Nie pytałaś. - Naprawdę się nie odzywałom? Z dziećmi i Mensah rozmawiałom przez strumień. Może dla reszty rodziny łatwiej było udawać, że znowu jestem robotem. - Nikt inny nie zbliżył się do tego domu - dodałom. - Skłamał na temat spotkania tam z innymi ludźmi.

Tupała w milczeniu przez dwanaście i pół sekundy.

- Słuchaj, przepraszam, ale nie jestem jakąś idiotką i się nie wygłupiam. Gdyby próbował czegoś, co by mi się nie podobało, to bym sobie poszła. A gdyby mi nie pozwolił odejść, to mam strumień i mogę wezwać pomoc, gdy tylko będę chciała. - Była pogardliwa i przesadnie pewna siebie. - Nie zamierzałam mu pozwolić mnie skrzywdzić.

- Gdybym uważało, że planuje cię skrzywdzić, to chowałobym teraz jego ciało - odparłom. - Ja też się nie wygłupiam.

Zatrzymała się i zagapiła na mnie. Też stanęłom, ale wzrok dalej kierowałom na ścieżkę przed nami.

- Mensah jest przywódczynią planetarnej jednostki politycznej, której udało się ściągnąć na siebie wrogą uwagę dużych korporacji - oświadczyłom. - Jej sytuacja uległa zmianie. Twoja sytuacja uległa zmianie. Musisz dorosnąć i to przyswoić.

Wciągnęła powietrze, żeby coś powiedzieć, a potem się powstrzymała i pokręciła głową.

- On nie był korporacyjnym szpiegiem, tylko kimś...

- Kimś, kto pojawił się znikąd na wielkim publicznym festiwalu, w którym uczestniczy połowa kontynentu i wszyscy ludzie spoza planety, którzy tu akurat trafią. - Wiedziałom, że nie był korporacyjnym szpiegiem (patrz wyżej, usuwanie ciał), ale ona z pewnością nie.

Milczała przez szesnaście sekund.

- Zamierzasz powiedzieć o tym moim rodzicom?

Czy tym się właśnie przejmowała? Poczułem się obrażone i zirytowane.

- Nie wiem. Pewnie się przekonasz.

Odeszła, tupiąc energicznie.

Z perspektywy czasu wiedziałom, że nie poszło to najlepiej.

***

Nasz pojazd toczył się przez noc w górę niskiego wzgórza do domku kempingowego, będącego drewnianą dwupiętrową strukturą z szerokimi osłoniętymi balkonami na obu poziomach. Ustawiono go blisko kilku dużych drzew z pofalowanymi liśćmi, które rozciągały się nad dachem. Zbudował go dziadek Mensah, gdy jej babki oraz inni członkowie rodziny pracowali przy badaniu i terraformacji planety. Wszyscy koloniści, którzy nie zostali na orbicie w statku, mieszkali wtedy w tymczasowych, przemieszczanych sezonowo budowlach, by uniknąć groźnych warunków pogodowych w tych rejonach planety, które nadawały się wtedy do zamieszkania.

Na wzgórzach wokół nas stały i inne rozkładane domy, duże i małe, z których najbliższy znajdował się dwadzieścia siedem metrów dalej. Światła w domu świeciły, a jedno unosiło się nad miejscem postojowym dla pojazdów. Martwiłobym się brakiem oświetlenia wokół domu, gdyby nie fakt, że cały teren patrolowało trzydzieści siedem moich dronów.

(Drony zarejestrowały zidentyfikowanych wcześniej ludzi i wspomaganych ludzi wracających do innych domów lub przechodzących przez okolicę, a ja przeprowadziłom kontrolę bezpieczeństwa dla niezidentyfikowanych osób napotkanych po raz pierwszy. Katalogowałom sygnatury energetyczne niektórych małych urządzeń mobilnych używanych przez ludzi bez wspomagania z powodów medycznych: nie widziałom takich nigdzie w Rubieży Korporacyjnej, choć może wynikało to z faktu, że nie spędzałom dużo czasu na planetach niezamieszkanych wyłącznie przez niewolniczych pracowników korporacyjnych. (W programach rozrywkowych pokazywano planety, które nie były zamieszkane wyłącznie przez niewolniczych pracowników korporacyjnych, po prostu nigdy na takiej nie byłom). (Drony śledziły też piątkę młodszych dzieci na bardzo nielegalnej wyprawie do pobliskiego strumienia, gdzie wykonywały jakiś rytuał obejmujący wyskakiwanie na siebie zza krzaków i skał. Wróciły do domu bez wykrycia tej wycieczki przez dorosłych i starsze rodzeństwo, a teraz leżały w swoim pokoju sypialnym na piętrze i oglądały multimedia).

(Dom wyposażono w zamykane włazy na okna i drzwi, których nikt nie używał, ale przynajmniej ułatwiało to zadanie moim dronom patrolowym).

- Posiedzę sobie chwilę na zewnątrz - powiedziała Mensah, gdy pojazd zatrzymał się na parkingu. - Może wrócisz na festiwal? W nocy będzie jeszcze kilka przedstawień, prawda?

Staram się unikać pytania ludzi, czy coś jest z nimi nie tak. (Głównie dlatego, że mnie to nie obchodzi). (W rzadkich przypadkach, gdy mnie to obchodziło, oznaczałoby to rozpoczęcie rozmowy niemającej bezpośredniego związku z protokołem ochrony, a to z różnych powodów bardzo zdradliwa równia pochyła). Jednak ludzie ciągle pytali się wzajemnie o swój bieżący stan, więc czy mogło to być takie trudne? To była tylko prośba o informację, nic więcej. Przeprowadziłom szybkie wyszukiwanie i znalazłom kilka przykładów w swoim zbiorze multimediów. Żadna z próbek nie wyglądała na coś, co mogłom powiedzieć z własnej woli, więc zanim zdążyłom zmienić zdanie, zdecydowałom się na najprostsze podejście.

- Co się dzieje?

Wyraźnie ją to zaskoczyło i spojrzała na mnie z ukosa.

- Nawet nie zaczynaj.

Czyli coś było nie tak i zauważyli to nawet inni ludzie.

- Aby możliwa była dokładna ocena zagrożenia, muszę wiedzieć o wszelkich potencjalnych problemach.

Uniosła brew i otworzyła drzwi pojazdu.

- Nie było nic na ten temat w kontrakcie na wyprawę ba-dawczą.

Wysiadłom z pojazdu i poszłom za nią w stronę kilku foteli ogrodowych rozstawionych na trawie pod drzewami. Cień był tam tak głęboki, że musiałom przełączyć się na filtr widzenia w ciemności, żeby ją wciąż widzieć.

- To dlatego, że wykonywałom swoją pracę na odwal.

Usiadła.

- Jeśli to było wykonywanie pracy na odwal, to nie chcę wiedzieć, jak wyglądasz... - Uśmiech zgasł i umilkła, ale po chwili dodała: - Choć chyba widziałam cię w sytuacji, gdy dajesz z siebie wszystko.

Ja też usiadłom. (Siadanie w taki sposób z ludźmi nigdy nie przestanie być dziwne). Właściwie nie wyglądała na zmartwioną, choć w jej twarzy było też coś sugerującego zmartwienie. Jednak dotarło do mnie, że mój przemądrzały komentarz zepchnął nas na niewygodną ścieżkę rozmowy, której wcale nie chciałom. Pożałowałom, że nie jestem DTB, który był dobry w takich rzeczach. (Rzeczach takich jak skłonienie kogoś do mówienia o tym, o czym chciał, a przy tym zmuszaniu rozmówcy do zastanowienia się nad tym, o czym chciał z nim rozmawiać). (Nie żartowałem, mówiąc, że DTB jest dupkiem).

- Nie odpowiedziałaś na pytanie.

Poprawiła się na fotelu.

- Mówisz, jakbyś się martwiło.

- Martwię się. - Czułom, że moja twarz wykrzywia się w takim wyrazie, czy tego chciałom, czy nie.

- To nic takiego. - Westchnęła. - Dręczą mnie koszmary. O byciu uwięzioną na TranRollinHyfa i... no wiesz. - Niecierpliwie machnęła ręką. - To zupełnie normalne. Byłoby dziwne, gdybym ich nie miała.

Nie wiedziałom zbyt wiele o fazie rekonwalescencji i rehabilitacji psychicznej (moim zadaniem było sprowadzenie klientów do systemu medycznego, zanim zginęli, to on zajmował się całą nieprzyjemną resztą, włącznie z protokołem odzyskanego klienta), ale w oglądanych przeze mnie serialach rehabilitacja występowała bardzo często. W centrum medycznym stacji dostępny był program rehabilitacji po urazach używany przez Bharadwaj, jakiś był też oferowany przez duży szpital w mieście z portem kosmicznym.

Nie tylko ja uważałom, że Mensah powinna się poddać rehabilitacji psychologicznej, ale chyba tylko ja wiedziałom, że tego nie zrobiła. (W zasadzie nie kłamała, bardziej pozwalała innym ludziom zakładać, że się jej poddała). Jednak rehabilitacja nie była czymś takim jak jednorazowe leczenie oferowane przez system medyczny: wymagała wielu długich wizyt, a ja wiedziałom, że nigdy nie znalazła dla nich czasu w swoim harmonogramie.

- Czy to dlatego boisz się opuszczać stację beze mnie? - za-pytałom.

Ścierały się dwa stanowiska dotyczące tego, czy przywódczyni planetarna Pielęgnacji wymagała ochrony. Pierwsze dzieliło dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji uważającej, że to niepotrzebne, chyba że będzie wybierać się na formalną wizytę do miejsca w typie Rubieży Korporacyjnej. I w dużym stopniu mieli rację.

Statystyki przestępczości na Stacji Pielęgnacja i planecie były żałośnie niskie i zwykle obejmowały zniszczenia mienia związane z odurzeniem lub zakłócenia i/lub drobne wykroczenia w zakresie obsługi ładunków oraz przepisów środowiskowych. Mensah nigdy przedtem nie potrzebowała ochrony na stacji ani na planecie, z wyjątkiem młodych ludzi pracujących jako stażyści w Radzie Pielęgnacji, kręcących się przy niej, pilnujących jej planu dnia i czasami wykonujących niektóre z jej obowiązków. (I zdecydowanie nie liczyli się jako ochrona).

Pozostały jeden procent obejmował mnie, zespół badawczy Mensah oraz wszystkich ludzi pracujących w ochronie stacji, a także członków Rady Pielęgnacji, którzy widzieli próbujących ją zabić morderców nasłanych przez GrayCris. Jednak to zdarzenie nie zostało upublicznione, więc prawie nikt nie uważał, by Mensah potrzebowała konsultanta do spraw bezpieczeństwa, a co dopiero jednostki ochroniarskiej.

Tylko że GrayCris nie było teraz w zbyt dobrej sytuacji, bo zatrudniona przez nich firma ochroniarska Palisade podjęła wyjątkowo złą decyzję o uderzeniu w fundusze operacyjne firmy poręczeniowej będącej moim byłym właścicielem przez zaatakowanie jednego z jej okrętów. (Firma jest paranoidalna, pazerna i skąpa, ale równocześnie bezwzględna, metodyczna i niesamowicie brutalna, jeśli uważa, że coś jej grozi). Od czasu tak zwanego Zdarzenia z Okrętem stosunki między firmami uległy gwałtownemu pogorszeniu; aktywa GrayCris niszczono w tajemniczych okolicznościach, zdarzała się duża liczba rzekomo losowych wypadków, a kierownictwo i pracowników wysadzano lub znajdowano w pojemnikach zdecydowanie za małych na ludzi w jednym kawałku.

A gdy GrayCris zaczęło odchodzić w niebyt, nawet moja ocena ryzyka drastycznie zmalała, choć Mensah wciąż chciała, żebym zapewniało jej ochronę. Sądziłom, że robi to dla mnie, i korzysta z okazji, by płacić mi kartami gotówkowymi, które będą mi potrzebne, jeśli/kiedy opuszczę Pielęgnację, dając mi też okazję do oswajania się z ludźmi w sytuacji, gdy nie byłobym uważane za narzędzie i/lub zabójczą broń. (Tak, uznałom, że chodzi o mnie, ale ludzie też ciągle uznają, że wszystko kręci się wokół nich. To nie jest rzadki problem, prawda?).

Tylko że już od pewnego czasu podejrzewałom, że powód jest inny.

Lekko wykrzywiła usta i odwróciła wzrok, patrząc nad ciemnymi wzgórzami i polami ku rozświetlonym oknom innych domków i namiotów.

- No cóż, to zapewne było oczywiste - skomentowała.

- Nieoczywiste - odparłom. Przynajmniej nie dla większości ludzi. Miałom wrażenie, że Farai i Tano wiedzieli, ale nie byli pewni, co z tym zrobić.

Lekko wzruszyła ramionami.

- Trudno się dziwić, że przy tobie czuję się bezpieczniejsza. Łatwiej też jest przebywać z ludźmi, którzy rozumieją, co zaszło, jak wygląda znajdowanie się w takiej sytuacji. A to oznacza ciebie i resztę zespołu badawczego. - Zawahała się. - Farai i Tano rozumieją, ale bratu, siostrze i Thiago oraz pozostałym wyjaśniłam, że w tej sprawie nie mogę polegać na ich wsparciu emocjonalnym, jak zwykle. - Przybrała ponury wyraz twarzy. - Nie rozumieją, jak to jest być pod władzą korporacji.

To akurat rozumiałom. Ludzie mieszkający w Sojuszu Pielęgnacji nie musieli sprzedawać się jako pracownicy kontraktowi i lecieć do kopalni czy gdzie tam na osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt procent przewidywanej długości życia. Funkcjonował tu jakiś dziwny system, w ramach którego jedzenie, dach nad głową, edukację i opiekę medyczną otrzymywali za darmo, niezależnie od wykonywanej pracy. Miało to jakiś związek z olbrzymim statkiem kolonizacyjnym, którym tu przylecieli, oraz obietnicą jego oryginalnej załogi zaopiekowania się wszystkimi na zawsze, jeśli tylko wsiądą na jego pokład i nie zginą w starej kolonii. (To było bardzo skomplikowane i oglądając filmy historyczne, zwykle przewijałom te części dotyczące ekonomii). Wszystko jedno, ludziom zdawało się to odpowiadać.

Ale miała rację, ci ludzie nie mieli pojęcia, jak wygląda życie pod władzą korporacji. I bardzo zdecydowanie nie wiedzieli, jak to jest być celem bytu korporacyjnego, który chciał czyjejś śmierci.

Odtworzyłom sobie nagranie Mensah rozmawiającej z Thiago i Farai na przyjęciu. Mensah została porwana z Portu Wolny-Handel podczas spotkania z rodzinami zamordowanych członków wyprawy badawczej. Może głośne przyjęcie, podczas którego normalnie inni ludzie mogliby odwrócić jej uwagę, zaczęło za bardzo się kojarzyć.

- Potrzebujesz rehabilitacji pourazowej.

- Zgłoszę się na nią - odpowiedziała ostrzejszym tonem. - Ale najpierw muszę skończyć parę rzeczy. - Obróciła się do mnie. - I chcę, żebyś poleciało na tę wyprawę badawczą z Aradą. Potrzebują cię. I to będzie dla ciebie wspaniała okazja.

Było zbyt ciemno, żeby mogła zobaczyć wyraz mojej twarzy. Nie jestem pewne, jak wyglądał, ale pewnie można by go opisać jako "sceptyczny". (Ratthi twierdzi, że tak właśnie wyglądam przez większość czasu).

- I wiesz, lecą też Amena i Thiago - dodała tonem pewnej siebie przywódczyni planetarnej. - Czułabym się lepiej, gdybyś tam było i miało na nich oko.

Hm.

- A co z tobą?

Wciągnęła powietrze, by powiedzieć, że nic jej nie będzie. Znałom ją dość dobrze, by wiedzieć, że zamierza wypowiedzieć dokładnie te słowa. Ale się zawahała. Dron, przez który obserwowałom jej twarz, zwiększył powiększenie, filtr rozjaśniający pokazywał jej twarz w odcieniach czerni i bieli. Przybrała bardzo ostry wyraz twarzy i zagryzała dolną wargę.

- Nienawidzę czuć się tak słabą. Muszę z tym skończyć. I przestać się na tobie opierać. To niesprawiedliwe względem ciebie. Musimy się rozdzielić, żebym mogła... znowu stanąć na własnych nogach.

Nie uważałom, żeby się myliła, ale wciąż nie byłom przyzwyczajone do sytuacji, w których bycie niesprawiedliwym w stosunku do mnie było istotnym elementem procesu decyzyjnego ludzi. Wszystko to kojarzyło mi się też nieco ze sceną zrywania związku w oglądanych przeze mnie serialach, choć zwykle większość takich oglądałom tylko jednym okiem.

- Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie - odpowiedziałom.

Cicho prychnęła z rozbawieniem.

A potem dopuściłom się szantażu.

***

Część mojego obecnego problemu polegała na tym, że Mensah, zdecydowanie zbyt szczera w tego typu sprawach, powiedziała później Amenie, że poprosiła mnie, żebym miało na nią oko, co ta zinterpretowała w jakiś związany z hormonami ludzki sposób, którego chyba nie rozumiałom. Niebędący już nastolatkiem Thiago nie miał takiego wytłumaczenia, odbierając to jako brak zaufania z jej strony w jego możliwość zapewnienia siostrzenicy bezpieczeństwa.

Amena ze względu na nasze wcześniejsze interakcje bardzo nie chciała, żebym to właśnie ja miało zadanie pilnowania jej.

(Być może zastosowałem zbyt dużo nacisku w sytuacji z Potencjalnym Celem. Po tym, jak przez całe swoje istnienie byłom zmuszone do łagodnego sugerowania ludziom, by nie robili rzeczy, które prawdopodobnie ich zabiją, miło było powiedzieć im wprost, żeby nie byli takimi pieprzonymi kretynami. Ale nie żałowałom zrobienia tego).

Podjęta przez Amenę próba obejścia Mensah przez zwrócenie się do Farai i Tano spektakularnie zawiodła, zmieniając się z połączenia trójstronnego w czterostronne, gdy Farai zaprosiła Mensah do udziału. (Nie jestem pewne, co działo się potem. Nawet ja nie chciałom tego oglądać).

Tak więc to zaszło jeszcze przed wylotem. Teraz jesteśmy już na miejscu, gotowi na kolejną większą katastrofę. (Uwaga, spojler).

Rozdział trzeci

Bez problemów zadokowaliśmy do naszego statku-bazy, gdzie Arada z pozostałymi przekazali kontrolę jego załodze. (Instalacja nie była zdolna do samodzielnego pokonywania tuneli podprzestrzennych i była w zasadzie tylko dużym, niezgrabnym modułem laboratoryjnym, który mógł samodzielnie lądować i startować).

Do Pielęgnacji przez tunel podprzestrzenny były tylko cztery standardowe cykle dni Pielęgnacji, a ja zamierzałom wykorzystać ten czas na dokończenie oglądania Rodowodów Słońca. Był to bardzo długi historyczny dramat rodzinny w odcinkach, którego akcję osadzono na planecie krótko po skolonizowaniu, ze stu trzydziestoma sześcioma postaciami i niemal równie dużą liczbą wątków narracyjnych.

Oglądałom już dramaty rodzinne w przeszłości, ale przed dotarciem do Pielęgnacji nigdy nie spędzałom zbyt wiele czasu w towarzystwie ludzkich rodzin. (Dane sugerują, że dramaty rodzinne wykazują poniżej dziesięciu procent podobieństwa do rzeczywistych ludzkich rodzin, co wcale mnie nie zaskoczyło i przyniosło też dużą ulgę, biorąc pod uwagę te wszystkie morderstwa. W dramatach, nie w rodzinie Mensah).

Gdy moim właścicielem była firma wynajmująca mnie na badania, mój protokół bezpieczeństwa obejmował ekstrakcję danych, co oznaczało monitorowanie i rejestrowanie ludzi w każdej sekundzie kontraktu, i było męczące na wiele sposobów. Praktycznie na wszystkie możliwe. (Wszystkie sposoby obejmowały seks, płyny ustrojowe oraz bezsensowne rozmowy). Nigdy nie znudzi mi się przebywanie w towarzystwie grupy ludzi w stosunkowo ciasnej przestrzeni z możliwością zamknięcia drzwi między nami i nieprzejmowania się tym, co robią.

Co nie znaczyło, że ludzie zostawiali mnie w spokoju.

Do mojej kabiny przyszedł Ratthi. Nie musiałom go wpuszczać, więc go wpuściłom. (Wiem, wciąż przyzwyczajałom się do pomysłu nieprzejmowania się faktem, że ludzie chcą ze mną rozmawiać). Usiadł na rozkładanym krzesełku naprzeciw mojej pryczy.

- Wiesz, Thiago jeszcze się przekona. On po prostu...

Ratthi miał opory przed dokończeniem tego zdania, więc zrobiłom to za niego.

- Nie ufa mi.

Ratthi westchnął.

- To przez tę całą korporacyjną propagandę o tym, że jednostki ochroniarskie są niebezpieczne. Nie zna cię. Nie wie, jakie naprawdę jesteś.

Co byłoby irytujące, gdyby nie to, że Ratthi naprawdę w to wierzył. Nigdy nie widział z bliska, jak kogoś zabijam, i wolałom, żeby tak zostało.

- Nie wiedział też, czemu tak ważne było zapewnienie Mensah ochrony na stacji. - Machnął ku mnie ręką, choć niczego nie powiedziałom. - Wiem, im więcej ludzi się dowie, tym większe ryzyko, że dowiedzą się kanały informacyjne. I tak naprawdę nie mogliśmy zrobić niczego innego.

Po wyjściu Ratthiego przyszła Overse. Kiedy nakazałom otwarcie drzwi, tylko wsunęła głowę do środka.

- Nie chcę ci przeszkadzać, chciałam ci tylko podziękować. To był pierwszy raz, gdy Arada dowodziła wyprawą badawczą, a ty bardzo ją wspierałoś, i wiem, że to pomogło jej podbudować pewność siebie.

Nie miałom pojęcia, jak zareagować, bo nie byłom pewne, o co chodziło z tym wspieraniem. Moja praca nie polegała na pilnowaniu, żeby ludzie słuchali Arady, Pielęgnacja nie działała w taki sposób. Zresztą z tym nie było problemu. Członkowie wyprawy czasami marudzili, ale wszyscy wykonywali swoje zadania na rozsądnym poziomie kompetencji. Ryzyko buntu było tak niewielkie, że moduł zgłaszał je jako wartość ujemną. Nie jestem nawet pewne, czy słowo "bunt" można było w ogóle zastosować do sytuacji możliwej w tym zespole badawczym: większość zespołu błagała o uzyskanie przed wylotem wymaganego certyfikatu umiejętności samoobrony. Na dodatek było to coś nazywanego przez Pielęgnację badaniem akademickim, podczas którego zebrane dane trafiały do publicznej bazy danych. (Gdyby planeta należała do Rubieży Korporacyjnej, coś takiego prowadziłoby do ich nieuczciwego wykorzystania, ale tutaj nikt ich do niczego nie chciał).

- Arada zaoferowała mi kontrakt - zdałom się na domyślne podejście.

- Tak i doskonale wiemy, że świetnie radzisz sobie z jednoznacznym zasugerowaniem, gdy twoim zdaniem ktoś nie wie, co robi. - Uśmiechnęła się do drona używanego przeze mnie do patrzenia na nią. - To wszystko.

Wyszła, a ja odtworzyłom sobie tę rozmowę kilka razy.

Do pewnego stopnia ufałom ocenie Arady. Razem z Overse zawsze znajdowała się w kategorii "najmniej prawdopodobne porzucenie jednostki ochroniarskiej na straszny los w samotności", która to kategoria wzbudzała moje największe zainteresowanie. Byli moimi klientami, to wszystko. Jak Mensah, Ratthi, Pin-Lee, Bharadwaj i Volescu (który zdecydował się wycofać z aktywnego uczestnictwa w pracach badawczych, dzięki czemu otrzymał nagrodę najrozsądniejszego człowieka) oraz tak, nawet Gurathin. Byli tylko klientami. A gdyby ktokolwiek lub cokolwiek próbowało ich skrzywdzić, wyrwałobym mu wnętrzności.

***

Kiedy wyszliśmy z tunelu podprzestrzennego na teren Pielęgnacji, ponownie oglądałom odcinki Wzlotu i upadku księżycowej ostoi, bo nie było dość czasu na rozpoczęcie czegoś nowego przed powrotem na stację. (Przerywanie nie jest aż tak irytujące, gdy już zna się całą historię). Martwiłom się o Mensah, czy pod moją nieobecność wszystko było z nią w porządku. Nie byłom do końca pewne, co oznaczałoby "w porządku", ale byłom skłonne zgodzić się na "niezamordowana".

Właśnie kończyłom ponowne oglądanie odcinka 137, gdy w komunikatorach i strumieniu rozbrzmiał alarm statku.

Mogła to być tylko anomalia nawigacyjna w rodzaju innego transportowca w niewłaściwym miejscu. Byliśmy w powszechnie używanym korytarzu podchodzenia, a Pielęgnację odwiedzało przecież sporo transportowców niekorporacyjnych z ludźmi za sterami, którzy kręcili się wszędzie wokół, próbując dojść do tego, gdzie, u diabła, się znajdują. Przynajmniej tak interpretowałom nieustanną litanię skarg kapitanatu portu Stacji Pielęgnacja, do których wbrew sobie Mensah miała dostęp. Bez bota pilotującego naszego statku-bazy nie miałom bezpośredniego dostępu do aktualizacji, ale podłączyłom się do systemu komunikatora, by słyszeć, co dzieje się na mostku. Transkrypcja:

Drugi pilot Mihail:

- Pojawił się znikąd! Nic w komunikatorze.

Specjalistka Rajpreet:

- Podchodzi do dokowania. Rejestruję aktywną broń.

Pilot Roa:

- Rozumiem, połącz się ze Stacją i powiedz im...

Znowu Mihail:

- Jasne, ale w pobliżu nie ma nikogo...

O cholera. Sturlałom się z pryczy i pingnęłom strumień zespołu, a potem wysłałom wiadomość do Arady. Doktor Arada, zbliża się do nas potencjalnie wrogi pojazd. Możliwa potencjalna próba abordażu.

Potencjalna... o nie! zareagowała Arada.

Znowu? zapytała Overse.

Zostawiłom je, żeby radziły sobie z nadchodzącymi pytaniami innych członków zespołu, i otworzyłom swoją zamykaną kodem szafkę. Wyciągnęłom z niej broń pociskową, sprawdziłom magazynek i amunicję, a potem obudziłom uśpione drony. Wszystkie równocześnie aktywowały kamery i potrzebowałom kilku sekund na przestortowanie i przetworzenie licznych strumieni wejściowych.

Przed wejściem do tunelu podprzestrzennego przebrałom się z munduru wyprawy w lubiane przeze mnie ubranie (ludzkie buty robocze, spodnie z dużą ilością kieszeni dobrych do przechowywania moich małych dronów zwiadowczych, T-shirt i bluza z kapturem, wszystko w ciemnych barwach), bo nie lubiłom logo, nawet logo wyprawy Pielęgnacji, będącego tylko wariacją planetarnego herbu, a nie logo korporacyjnym. Miałom kamizelkę ochronną od ochrony stacji, zaprojektowaną do zapewniania pewnej osłony przed rzuconymi ostrzami, wolnymi pociskami, ogniem, gazami żrącymi, impulsami energetycznymi niedużej mocy i tak dalej. Nie nosiłom jej, bo a) była bezużyteczna wobec zwykle stosowanej przeciwko mnie sile ognia i b) miała na sobie logo. (Wiem, muszę sobie odpuścić).

Zmusiłom się do założenia jej pod bluzę. Mogę potrzebować każdej dostępnej pomocy.

Na tym etapie Potencjalny Wróg wciąż kontynuował zbliżanie. Pilot Roa właśnie informował całą załogę, mówiąc w zasadzie to samo, co już powiedziałom Aradzie. Po wyjściu z kabiny drony zebrały się wokół mnie, tworząc chmurę. Potrzebowałom bardziej bezpośrednich informacji od statku-bazy, więc wysłałom jedną przodem: pomknęła, a ja ruszyłom korytarzem do włazu. Miałom plan, choć sprowadzał się zasadniczo do "nie wpuszczać wrogów na statek", co jest nie tyle planem, ile bardziej wyrazem pełnego nadziei zamiaru.

To może się bardzo źle potoczyć.

Wiem, wiem, jestem z ochrony i powinnom mieć przygotowany plan na wypadek abordażu. Tyle że byłom przyzwyczajone do posiadania ludzkiego nadzorcy wymyślającego plany oraz... No dobrze, zgadza się, nie zawracałom sobie tym głowy, bo ryzyko ataku w drodze na wyprawę i z powrotem było tak niewielkie, że nie było warte marnowania czasu przeznaczonego na oglądanie multimediów. Cały wysiłek włożyłom w wymyślanie planów ataku i obrony dla instalacji na planecie. (Żadnego z nich nie użyłom podczas faktycznego ataku na instalację, bo choć było kuszące, "planowanie z wyprzedzeniem jest do niczego" nie było właściwą lekcją, jaką należało wyciągnąć z tego zdarzenia).

W każdym razie jednostki ochroniarskie na transportowcach firmy przesyłano jak ładunek i nawet w archiwum nie miałom żadnych starych procedur dotyczących działań między statkami w przestrzeni. Jedyna akcja bojowa między statkami, w jakiej uczestniczyłom, była atakiem wirusowym i w jej trakcie prawie zniszczyłom sobie mózg.

A skoro o tym mowa, moje monitory ostrzeżeń w komunikatorze i strumieniu nie rejestrowały żadnych prób nawiązania kontaktu przez wrogą jednostkę. Co mogło znaczyć, że nie było tu żadnego bota pilotującego, którego można by zaatakować zabójczym lub złośliwym oprogramowaniem.

Pędziłom w górę rampy w drodze na mostek, mijając poziom z salą rekreacyjną załogi. Mój dron przemknął do statku-bazy i przez korytarz przed jego mostek. Kiedy właz mostka otworzył się, by wypuścić Rajpreet, wśliznął się do środka. Miałom teraz widok z kamery na powierzchnie ekranowe czujników unoszące się nad panelami sterowania. Mihail siedział na fotelu przed konsolą z rzadkimi włosami przylepionymi do czoła potem. Roa chodził w tę i z powrotem, z ciemnymi brwiami zmarszczonymi w namyśle i jedną dłonią przyciśniętą do interfejsu strumienia. Wyglądało to jak scena z serialu akcji tuż przed tym, jak wydarzy się coś drastycznego.

Wtedy zdarzyło się coś drastycznego.

Uderzenie wcale nie było takie, jak pokazują w filmach prezentujących walkę między statkami. Poczułom coś bardziej przypominającego gwałtowne wyładowanie energii niż cokolwiek innego. Ciążenie zafalowało akurat na tyle, by rzucić mną o ścianę, a światła rampy zamigotały. Z maszynowni instalacji wylała się fala automatycznych ostrzeżeń, a potem komunikator i strumień padły. Spróbowałom złapać strumień statku-bazy, ale ciążenie zafalowało ponownie w trakcie włączania napędu instalacji i przełączania na awaryjne zasilanie systemów podtrzymywania życia. Moje drony rozproszyły się, gdy zmiany ciążenia zakłóciły ich napęd, a potem wróciły do formacji.

Na mostku statku-bazy mój dron rejestrował, jak Roa i Mihail zamarli niczym wstrzymana scena.

- To było uderzenie - odezwał się po chwili Roa.

Głos przełączającego ekrany Mihaila brzmiał chrapliwie.

- W obudowę silnika instalacji. Pocisk samonaprowadzający. Napastnik musiał go odpalić, gdy tylko zauważyli nas po opuszczeniu tunelu podprzestrzennego.

O cholera. Poważnie: o cholera.

Moje części organiczne doznały reakcji przypominającej mi, jak dobrze było nie mieć układu trawiennego. W ciągu następnych dziesięciu sekund nie doszło do wybuchu, więc odepchnęłom się od ściany i ruszyłom dalej na pokład sterowania instalacji.

Przekroczyłom właz. Był to niewielki obszar z licznymi gniazdami do mocowania modułów laboratoryjnych i wszystkiego, czego instalacja mogła potrzebować na powierzchni planety. Overse siedziała przy konsoli sterowania, choć obecnie kontrolę sprawował statek-baza. Ratthi trzymał się tyłu fotela przy stanowisku łączności. Oboje wyglądali na rozgorączkowanych. Sądząc po błyskających ekranach, rozgorączkowanie było właściwą reakcją.

- Nie mogę wywołać Roa przez strumień ani komunikator - mówił Ratthi.

- Wszystko padło - zgłosiła Overse. - Arada... - zaczęła, a potem skrzywiła się, przypominając sobie, że nie było strumienia, więc nie usłyszy jej nikt poza tym pomieszczeniem. - Szlag!

Poleciłom swojemu dronowi w kokpicie nawiązać połączenie między interfejsami Overse i Arady a strumieniem statku-bazy. Odezwałom się na głos i w strumieniu. Statek-baza, przywróciłom tymczasowe połączenie z interfejsami na pokładzie sterowania instalacji.

Co takiego, jednostko ochroniarska? odpowiedział Roa. Czy Arada mnie słyszy?

Jej tu... zaczęła Overse, a potem przez właz po drugiej stronie pokładu sterowania wpadła Arada. Na twarzy Overse odmalowała się ulga. Mocno zagryzła wargę, a potem dodała: Jest tu.

Słyszę cię, Roa, potwierdziła Arada mentalnym głosem pośpiesznym, lecz spokojnym. Sięgnęła, by ścisnąć ramię Overse, i kiwnęła Ratthi oraz mnie. Czy wiemy, gdzie napastnik chce wejść na pokład?

Słowa "chce wejść na pokład" sprawiły, że z moimi częściami organicznymi znowu stało się coś nieprzyjemnego. Może z częściami Ratthiego też, bo wydał z siebie ciche, krótkie "uch".

Wszystko byłoby dużo prostsze, gdybym nie martwiło się tak bardzo o głupich ludzi.

Głos Roi pozostał spokojny, ale mój dron na mostku statku-bazy zobaczył wyraz jego twarzy, gdy mówił: Wygląda na to, że kierują się do włazu dolnej części instalacji, na poziomie laboratorium. Wysłałem tam Rajpreet.

Ratthi i Overse wymienili przerażone spojrzenia. Zrozumiano, odpowiedziała Arada, zaciskając szczękę.

Spojrzała na mnie.

- Proszę, jednostko ochroniarska, czy mogłabyś...?

- Idę - rzuciłom.

Wypadłom z powrotem na korytarz, polecając jednemu z dronów zostać na pokładzie jako przekaźnik. Hol centrum znajdował się tuż za krzywizną korytarza, a nad nim studnia grawitacyjna dostępu do statku-bazy. Protokoły bezpieczeństwa aktywowały barierę powietrzną, która pozwalała na przenikanie litych obiektów, takich jak ludzie czy jednostki ochroniarskie, ale blokowała przepływ powietrza, dzięki czemu w przypadku zerwania połączenia atmosfera nie mogła uciec.

W dół prowadziła stamtąd druga studnia grawitacyjna z drabinami i schodami do używania, gdy instalacja siedziała na planecie. Gdybym nie musiało się martwić fluktuacjami zasilania, mogłobym po prostu wejść do niej i opaść powoli na sam dół, ale zmiażdżenie o ścianę nie byłoby teraz zbyt wygodne, więc zamiast tego skoczyłom na drabinę.

W powietrzu unosił się ozon i dym, z którymi nie radziły sobie filtry, a natężenie światła ciągle się zmieniało. Przez drona na pokładzie sterowania usłyszałom, jak Arada zwraca się do Ratthiego.

- Bez komunikatora i strumienia będziemy musieli wszystkich przeliczyć, żeby się upewnić, że po uderzeniu są cali.

- Racja, już się za to biorę! - Ratthi ruszył przez właz w stronę kabin załogi.

Po zejściu na dno studni obeszłom ją centralną rampą i dotarłom do węzła z włazem dolnego poziomu laboratorium. Dym był tu na tyle gęsty, że widziałom go na własne oczy. Specjalistka Rajpreet już tam była po przejściu całej drogi studnią grawitacyjną ze statku-bazy. Miała przy sobie pistolet - było ich parę w zestawie awaryjnym na mostku - i szykowała się do obrony włazu przed próbą abordażu.

Zawsze to miło, gdy człowiek czuje wyraźną ulgę na mój widok.

- Nie sądzę, żebyśmy mieli wiele czasu - powiedziała prawie spokojnym głosem. Użyłom jednego z dronów, by dodać ją do mojego przekaźnika strumienia, a ona się zgłosiła. Roa, doktor Arada, słyszycie mnie? Jednostka ochroniarska jest tutaj, przy śluzie.

Jak wygląda nasza sytuacja? zapytałom.

Overse częściowo przywróciła komunikator, poinformowała Arada. Jak na zawołanie komunikatory wyemitowały serię trzasków, a potem zabrzmiał z nich głos Overse.

- Do całej załogi instalacji, komunikator i strumień nie reagują, proszę się natychmiast zgłosić do sali rekreacyjnej poziomu załogowego instalacji i czekać na dalsze instrukcje.

Jednostko ochroniarska, muszę zwrócić się do całej załogi, czy możesz mnie połączyć z komunikatorami instalacji? zapytał Roa.

Jasne, przecież nie mam nic lepszego do roboty. Możesz mówić, wysłałom.

- Nadlatujący transportowiec wystrzelił do nas - zaczął Roa - i teraz wykonuje manewr dokowania, ustawiając się przy dolnym poziomie instalacji. Stacja wysłała uzbrojoną jednostkę patrolową, a dwa niezależne frachtowce przerwały podchodzenie do stacji i także ku nam lecą, ale w najlepszym razie dotrą tu za osiemdziesiąt cztery minuty. Jednostko ochroniarska, czy możesz... - Wahanie było dość długie. - Czy zdołasz odpierać próbę abordażu dość długo, by przybyła pomoc?

Słuchali wszyscy ludzie na statku-bazie i w instalacji.

To było trudne pytanie. Odpowiedź zależała od tego, ilu piratów będzie zdeterminowanych, by z użyciem przemocy wejść na pokład, i jakie mają uzbrojenie. (Możliwe były różne scenariusze, od "myśleliśmy, że to będzie łatwy cel, uciekajmy" do Rajpreet desperacko broniącej się do ostatniego naboju w swoim pistolecie nad strzępami mojego ciała). Jeśli wyślą ubraną w kombinezony próżniowe grupę na zewnątrz kadłuba i oprócz tego przejdą też przez jeden z włazów statku-bazy... Ale moi klienci nie musieli teraz słuchać takich dywagacji.

- Tak - odparłom przez komunikator.

Rajpreet przełknęła ślinę, a potem powiedziała coś cicho w swoim strumieniu.

- Powiedz, co mam robić - dodała na głos.

Zdecydowanie to zrobię, gdy tylko będę wiedziało. Przy założeniu najgorszego scenariusza (a przy okazji usunięciu jej z drogi, bym nie musiało martwić się ratowaniem człowieka, próbując równocześnie zabić/okaleczyć/zniechęcić grupę innych ludzi), najlepiej byłoby, gdyby zajęła się pilnowaniem wejścia do studni grawitacyjnej, żeby zapewnić nieco czasu statkowi-bazie. Właśnie miałom jej to powiedzieć, gdy pokład zawibrował uderzeniem i nagłe nieskompensowane przyśpieszenie rzuciło Rajpreet na podłogę. Uderzyłom o ścianę i zsunęłom się po niej, a drony się rozproszyły. Światła ponownie zamigotały i systemy podtrzymywania życia wyłączyły się, budząc się ponownie po chwili.

Och, nie jest dobrze. Mój plan (albo "plan") opierał się na powstrzymywaniu intruzów do czasu, aż uzbrojona jednostka ze stacji i gniewni, nienawidzący piratów kupcy zbliżą się na tyle, by odstraszyć napastników. Tylko że dron na mostku odczytujący wyświetlacze wskazywał, że wróg złapał instalację wiązkami holowniczymi używanymi do podłączania i odłączania modułów. Podciągał nas bliżej siebie, najwyraźniej planując zaczepić do swojego kadłuba i pociągnąć ze sobą w tunel podprzestrzenny. Sądząc po gorączkowych przekleństwach, Roa i Mihail doszli do takich samych wniosków.

Wyprostowałom się i złapałom machającą rękę Rajpreet, pomagając jej wstać. Ponownie ożył komunikator instalacji, emitując zniekształcony trzaskami alarm. Jasne, świetnie, to naprawdę bardzo teraz pomoże.

Adjat, członek zespołu badawczego, wszedł chwiejnie do holu z korytarza prowadzącego do najniższej przestrzeni magazynowej i laboratoryjnej instalacji.

- Szybko na poziom załogowy! - zawołała do niego Rajpreet.

Adjat kiwnął głową i skierował się do korytarza.

- Zablokowały się włazy do laboratoriów trzy i cztery, nie wiem, czy ktoś tam utknął...

- Na górze wszystkich liczą - rzuciła Rajpreet, pchając go w stronę wyjścia.

Przyszedł mi do głowy pomysł, choć miał pewne wady. Roa, czy statek-baza może odstrzelić instalację? zapytałom w strumieniu.

Sam statek-baza był tylko małym holownikiem z mostkiem, silnikami i przestrzenią do życia dla pięcioosobowej załogi. Większość jego masy zaprojektowano do chwytania i przenoszenia modułu instalacji.

Pracuję nad tym, sprawdzając dane z czujników, by zobaczyć, czy nasze uchwyty nie są uszkodzone... odpowiedział Mihail.

Czyli już o tym pomyśleli. Miło było pracować z bystrymi ludźmi. Gdybym tylko zdołało utrzymać ich wszystkich przy życiu.

Sporą część uwagi skupiałom na włazie dwa metry ode mnie. Skanowałom pod kątem jakichkolwiek prób pokonania go, fizycznie albo przez strumień wroga. Spróbowałom wniknąć w ich strumień, ale zapora wroga była tak szczelna, że niczego nie udało mi się odczytać.

Jeśli przeniesiecie sterowanie, będziemy mogli zdalnie odstrzelić stąd, z centrum sterowania instalacji, odezwała się w strumieniu Arada. Ale musimy zabrać resztę zespołu do statku-bazy.

Liczę teraz wszystkich, ale bez działającego strumienia i komunikatora... dodał Ratthi.

Uchwyty są wolne, możemy odstrzelić, przerwał mu Roa.

Roa, czy będą mogli nas przeskanować? zapytała Arada. Jeśli nie będą wiedzieć, czy opuściliśmy instalację...

Możliwe, że będą mogli, odpowiedział Roa.

Zdecydowanie będą mogli. Po odstrzeleniu instalacji mogą strzelić do statku-bazy, zauważyłom, zanim ktoś jeszcze mógł się wtrącić.

To była ta wspomniana wcześniej wada. Wszystko zależało od tego, jak bardzo wróg chciał dostać się do tunelu podprzestrzennego z instalacją przed przybyciem jednostki patrolowej i kupców, tego, czy byli zwykłymi dupkami, czy wielkimi dupkami, czy chcieli zdobyć instalację, czy ludzi na jej pokładzie, oraz czy bali się zemsty Pielęgnacji, czy też mieli to gdzieś.

Wszyscy wciąż próbujący mówić w przekaźniku strumienia członkowie zespołu badawczego nagle się zamknęli.

Tak, to... Tak, wydobył z siebie Roa. Nie mamy wiele czasu, doktor Arada, ewakuujemy i odstrzeliwujemy czy...?

Jednostko ochroniarska, czy zgadzasz się, że powinniśmy odstrzelić? wciąż spokojnym głosem spytała Arada.

No tak, kierowałom zespołem ochrony.

Jeśli ja/my myliliśmy się co do tego, wróg wystrzeli do bezradnego statku-bazy i wszyscy zginiemy. Jeśli zostaniemy z instalacją, możemy mieć szansę na ratunek. Jeśli wrogowie nie zaciągną nas do tunelu podprzestrzennego, pokonają mnie i zabiją wszystkich ludzi lub zrobią im inne straszne rzeczy.

Tanie moduły edukacyjne dawane przez firmę jednostkom ochroniarskim nigdy nie wspominały o tego rodzaju dylematach, więc nie miałom żadnych danych strategicznych, na których mogłobym się oprzeć.

Uch, samostanowienie jest czasami do bani.

Przypomniałom sobie, że zawsze chciałom, żeby ludzie słuchali moich opinii. Odstrzelić, odpowiedziałom.

Odstrzeliwujemy, potwierdziła Arada. Ratthi, potwierdź liczbę personelu i wyślij wszystkich do statku-bazy. Brzmiała na spokojną i pewną siebie. Dużo bardziej niż Roa.

- Napastnik wciąż holuje nas w stronę tunelu podprzestrzennego - ogłosił w komunikatorze Mihail. Wcale nie brzmiał jak ktoś, kto powstrzymuje się przed krzykiem.

W przekaźniku usłyszałem, jak Ratthi krzyczy do ludzi, żeby się ruszali, i chwilami rejestrowałom widok z drona na członków zespołu biegnących do studni grawitacyjnej.

Roa wciągnął powietrze.

- Sterówka instalacji, przygotować się do rozłączenia.

- Moduł instalacji zostanie uszczelniony za dwie minuty, rozpoczęto odliczanie - ogłosiła Overse.

Mikrofon drona wychwycił czyjeś protesty, ale musiałom dać priorytet Roi, Mihailowi i Aradzie polecającym różnym ludziom robić różne rzeczy. Widok z drona obserwującego wyświetlacze czujników zaczął obejmować więcej dających się zinterpretować szczegółów. Ta duża nieostra rzecz była tunelem podprzestrzennym. Dwie odległe kropki (bardzo odległe) były naszą potencjalną odsieczą. Napastnik nie miał osobnej kropki, bo znajdował się zbyt blisko.

Przez pokład przeszła kolejna wibracja, choć ta była bardziej znajoma. Rajpreet szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ekran włazu.

- Podłączyli się do naszej śluzy - wyszeptała.

Szept mógł być irracjonalnym odruchem, ale zdecydowanie go rozumiałom. Wróg podłączył się do śluzy, ogłosiłom przez przekaźnik strumienia.

Ratthi, muszę natychmiast dostać potwierdzenie liczby osób, rzuciła Overse. Mój dron w studni grawitacyjnej pokazał dwie spóźnione osoby, Remy'ego i Hanifę, wspinających się po drabinach do statku-bazy, oraz Ratthiego, do jasnej cholery, schodzącego w dół.

Zaczęłom stukać jego strumień, ale wyłowiłom coś w kanale dźwiękowym. Drapanie wibrujące przez zewnętrzny właz. No dobrze, to zdecydowanie się działo. Wróg próbuje pokonać właz, możliwy nadchodzący abordaż, wysłałom przez strumień.

Rajpreet, jednostko ochroniarska, zwiewajcie stamtąd, polecił Roa.

- Idź, będę za tobą - rzuciłom do Rajpreet.

Cofnęła się do wyjścia na korytarz. Jeśli wrogowie wybiorą ten moment, by wejść na pokład, zanim zdołamy zahermetyzować połączenie i się rozdzielić, będzie niefajnie.

- Nie, nie! - zabrzmiał w kanale audio mojego drona krzyk Ratthiego. Jego głos był ochrypły z furii i strachu.

Drgnęłom od impulsu zerwania się, ale musiałom utrzymać pozycję. Coś tam w górze poszło nie tak. Doktorze Ratthi, raport, odezwałom się w strumieniu. Ze wszystkich moich ludzi poza doktor Mensah Ratthi słucha mnie najuważniej. Zapewne miało to jakiś związek z sytuacją, w której właśnie zamierzał wyjść ze skoczka, by zebrać jakiś sprzęt, ale gdyby to zrobił, zostałby pożarty przez olbrzymią drapieżną faunę.

Nie ma tu Ameny i Kanti, odpowiedział głosem równocześnie sfrustrowanym, gniewnym i przerażonym. Thiago ich szuka. Nie ma ich w kwaterach ani górnych laboratoriach, muszą być gdzieś na dolnym poziomie.

O cholera.

Miałom dostęp audio i wideo do statku-bazy przez moje drony, więc zobaczyłom, gdy eksplodował. (Nie, nie eksplodował fizycznie. Wybuchł emocjonalnie). Ludzie wrzeszczeli, machali rękami i robili inne zupełnie niepomocne rzeczy.

No wiecie, przecież to nie tak, żebym się teraz dobrze bawiło.

- Idź do wejścia do studni grawitacyjnej - rzuciłom do Rajpreet i ruszyłom w głąb korytarza prowadzącego do laboratoriów i magazynu próbek, gdzie Adjat próbowała zgłosić Rajpreet zacięte drzwi.

Poleciłom dronowi zostać przy włazie, żebym miało jakieś ostrzeżenie, gdyby ktoś przez niego przeszedł. Resztę formacji podzieliłom, wysyłając dwie trzecie w górę, by zajęły pozycję strażniczą z Rajpreet, a pozostałym każąc trzymać się mnie. Potwierdzam, znajdę je, spokojnie zgłosiłom w strumieniu. Cholera.

Popełniłom głupi błąd. Dostęp do strumienia instalacji nie działał, chyba że interfejs znajdował się w zasięgu jednego z moich dronów, umożliwiając przekazanie połączenia do statku-bazy, więc łączność była niepewna i przerywana. Ludzie i ja w równym stopniu byliśmy zbyt przyzwyczajeni do strumienia, który sprawiał, że zgubienie kogoś było niemożliwe i nie dało się nikogo przeoczyć. Z aktywnym strumieniem interfejsu można było użyć do namierzenia lokalizacji nawet osób nieprzytomnych.

Zostaniemy tu dla ciebie, jednostko ochroniarska, oświadczyła w strumieniu Arada.

Wracaj na statek-bazę, Arada, odesłałom.

Zdumiewające, jak szybko nasze zasadniczo uporządkowane wycofywanie się przerodziło się w katastrofę. Moje drony zebrały się w formacji wokół Rajpreet, czekającej nerwowo na dole studni grawitacyjnej. U jej góry zebrała się załoga statku-bazy oraz członkowie zespołu badawczego trzymający broń ręczną, którą ledwo umieli obsługiwać. Miałom tylko nadzieję, że nikt nie zastrzeli przez przypadek siebie ani nikogo innego z załogi. Stuknęłom przekaźnik drona i zobaczyłom, że przy węźle dostępu do instalacji czekają Arada, Overse, Ratthi oraz, do cholery, Thiago. Arada rozmawiała przez strumień z Roa i próbowała wypchnąć do studni grawitacyjnej opierającą się Overse. Zaczęłom im mówić... nie wiem, co chciałom im powiedzieć, ale miało to zawierać słowa "nie mogę wykonywać swojej pracy, jeśli nikt z was mnie, do cholery, nie słucha", ale wtedy połączenie zalały zakłócenia i straciłom wszystkie drony w statku-bazie.

Dotarłom do włazu laboratorium 3, który zablokował się w częściowo otwartym ustawieniu, uniesiony zaledwie kilka centymetrów nad pokładem. Położyłom się na pokładzie i skierowałom skan w szczelinę, ale nie zarejestrowałom żadnego śladu ludzkiego ciała, żywego lub nie. Mikrofon drona wyłapał stłumiony ludzki głos dochodzący gdzieś z głębi korytarza.

Wstałom i pognałom za zakręt, gdzie, och, to musiał być ten właz, o którym mówiła Adjat. Ściana popękała wzdłuż góry uszczelnienia, a panel z ręcznym odblokowaniem uległ spaleniu w przepięciu mocy. Plastikowe części się stopiły i cały blok włazu kapał pianą gaśniczą, którą spryskały go automatyczne systemy awaryjne. Systemy instalacji w tym rejonie musiały paść lub zostać odcięte, a raport o awarii w ogóle nie dotarł na pokład sterowania. Usłyszałom stłumiony głos dochodzący z zablokowanego pomieszczenia, choć był zbyt cichy dla ludzkiego słuchu.

Moim pierwszym odruchem było wysadzenie włazu. Na szczęście w drugim chwyciłom dźwignię ręcznego otwierania i pociągnęłom. Nie ustąpił, ale wyczułom, że uszczelnienie zostało zerwane. Zostały odłączone przynajmniej niektóre blokady trzymające właz w tej pozycji. A to oznaczało, że ktoś już próbował zrobić to samo od środka, tylko coś się zablokowało. Zerwałom osłonę panelu i znalazłom zgnieciony metal unieruchamiający mechanizm zwolnienia. Odciągnęłom rękaw, dostroiłom broń energetyczną w prawym przedramieniu na najniższą moc i przepaliłom go. Zwolniony właz brzęknął, a ja dźwignęłom go do góry.

Kanti podbiegła do niego, a ja ją złapałom.

- Nie chciał się otworzyć - załkała. W zakrwawionych dłoniach trzymała narzędzie używane podczas wypraw do odstukiwania kawałków skał.

Wewnątrz nie było zasilania, jedyne światło pochodziło od pasków awaryjnych wzdłuż ścian, a wszędzie leżały porozrzucane skrzynki ze sprzętem i próbkami. Amena leżała z drugiej strony pomieszczenia, z nogą przygniecioną przez stół laboratoryjny wywrócony przez wybrzuszenie ściany. Była przytomna i usiłowała się uwolnić.

Mój dron przy włazie przekazywał kontrolki ostrzegawcze migające wokół śluzy. Rety. Wyciągnęłom Kanti na korytarz, zabierając jej narzędzie.

- Idź do studni grawitacyjnej, już. - Wysyłam do ciebie Kanti, poinformowałom przez resztki działającego strumienia.

Kanti zawahała się. Miała szeroko otwarte oczy, z rozcięcia gdzieś we włosach spływała krew.

- Idź, Kanti! - zawołała zza moich pleców Amena.

Dziewczyna oderwała się ode mnie i chwiejnie poszła korytarzem, obijając się o ścianę. Schyliłom się pod drzwiami i podeszłom do Ameny. Po jej twarzy spływały łzy, a z nosa ciekło jej coś w ten obrzydliwy sposób typowy dla udręczonych ludzi. Uderzyła dłonią w blat.

- Tutaj, tu, nie umiałyśmy go dźwignąć!

Pomacałem ostrożnie spód mebla tam, gdzie wspornik przygwoździł jej nogę. Nie znalazłom krwi, choć musiało boleć. Wymacałom też ślady na metalu z narzędzia trzymanego przez Kanti. Używała go we właściwym miejscu, ale nie miała odpowiedniej dźwigni do uniesienia wspornika. Wsunęłom narzędzie z powrotem na miejsce i naparłom na nie. Moje drony napotkały przy końcu korytarza idącą chwiejnie do studni grawitacyjnej Kanti i utworzyły wokół niej ochronną chmurę.

Wspornik się odgiął, a Amena spróbowała się wysunąć i krzyknęła z bólu.

- Powoli - rzuciłom i udało mi się powiedzieć to tak, jakbyśmy mieli cały czas świata. (Nie mieliśmy). Dron przy włazie przekazywał rosnące odczyty energii ze śluzy, gdzie coś próbowało przełamać blokadę bezpieczeństwa.

W korytarzu Rajpreet chwyciła Kanti i wspinała się z nią w górę studni grawitacyjnej, obie otoczone chmurą moich dronów. Amena poruszała się trochę, krzywiąc się, a potem sięgnęła po moją rękę.

- Pociągnij mnie mocno!

Złapałom rękę i pociągnęłom, a ona wysunęła się spod blatu. Wstałom, podciągnęłom ją za sobą i podniosłom jedną ręką. Straciłom kontakt z Rajpreet, ale drony potwierdziły, że nie było jej już w studni grawitacyjnej.

- Trzymaj się - rzuciłom Amenie i pobiegłom korytarzem.

Nie mogłom osiągnąć nawet części mojej maksymalnej prędkości: leżało tu za dużo odłamków, a korytarz był zbyt wąski i zakrzywiony.

Dotarłom niemal do końca korytarza, gdy właz eksplodował z głośnym trzaskiem. Korytarz wypełniła woń stopionego metalu i ozonu. Dron przy włazie wysłał obraz gęstego dymu i ruchu wewnątrz śluzy. Czas na błyskawiczną decyzję - czy mogę przebiec przez hol, mijając wysadzony właz, a potem po rampie od studni grawitacyjnej i wspiąć się nią do statku-bazy, żebyśmy mogli zamknąć włazy i oderwać się, zanim wrogowie wpadną do środka?

Uch, może?

Wtedy strumień z drona przy włazie rozpłynął się w gwałtownym strumieniu energii. Zrobiłom cichy krok w tył, potem drugi, pilnując, by ruch był płynny i powolny. Rozpoczęłom szybką analizę ostatnich danych przesłanych przez drona. Właz przebity, wrogowie na pokładzie, odetnijcie i odstrzelcie teraz, wysłałom przez strumień.

Nie odebrałom żadnego potwierdzenia i nie wiedziałom, czy moja transmisja została odebrana.

Amena milczała, trzymając się mnie sztywno, z gwałtownie bijącym sercem. Cofnęłom się za krzywiznę korytarza i przeszłom przez pierwszy otwarty właz. Samymi ustami wypowiedziałom "żadnego dźwięku". Kiwnęła głową, chwyciła poręcz przy włazie, żeby zostać w pionie, i popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Chciałom użyć dronów do patrzenia na nią, ale choć było to uspokajające dla mnie, nie byłoby takie dla niej. Jeśli miałom wydostać ją z tego żywą, zapewnienie jej spokoju i jednoznaczna komunikacja były bardzo ważne. Przybrałom wyraz twarzy, który w założeniu miał być uspokajający, a potem zmieniłom go na intensywne skupienie i popatrzyłom na ścianę. Dobiegła końca analiza obrazu i ją przejrzałom. Dron zarejestrował niewyraźne odczyty czegoś emitującego energię, co unosiło się około dwóch metrów nad pokładem. Podłączyłem interfejs Ameny do mojego przekaźnika i odezwałom się przez strumień. Arada, natychmiast zamknij włazy. Mają drony.

Amena gwałtownie wciągnęła powietrze i zagryzła wargę, ale nic nie powiedziała.

Wciąż brak potwierdzenia. Nie wiedziałom, czy mnie słyszą, czy już nas odstrzelili, ani w ogóle co, u diabła, dzieje się tam u góry. Do tej pory musieliśmy już być blisko tunelu podprzestrzennego. (Brzmi to, jakbym było spokojne, ale nie miałom pojęcia, co, u diabła, robić).

Poczułom szum strumienia, jakby ktoś zaczął wiercić w głębi mojej głowy, a potem dotarły słowa Overse. Słyszysz mnie, jednostko ochroniarska? Odstrzeliliśmy instalację od statku-bazy i jesteśmy w kapsule ewakuacyjnej, zaraz wystartujemy. Czy zdołasz dotrzeć do skafandrów próżniowych w dolnej śluzie pomocniczej? Statek-baza może was przechwycić wiązką holowniczą.

Niemal powiedziałom na głos: "Czemu są w pieprzonej kapsule, a nie na statku-bazie?", ale zdołałom się powstrzymać. Amena patrzyła na mnie z wcale niepomocną mieszanką strachu i złości. Z drugiej strony pomysł ze skafandrami próżniowymi... wcale nie był zły.

Potwierdzam, idziemy do skafandrów próżniowych, odpowiedziałom Overse. Jeśli wysłała potwierdzenie, nie usłyszałom go.

Wyciągnęłom rękę, a Amena chwyciła się mojej bluzy. Podniosłom ją i wysłałom połowę dronów przodem, żeby zbadały naszą trasę. Jak na razie nie było żadnych śladów ruchów wroga.

Po wyjściu na korytarz zaczęłom oddalać się od holu z głównym włazem do węzła w maszynowni. Wyglądał gorzej od korytarza. Światła przygasły do poziomu awaryjnego, a pokład się wybrzuszył.

Na szczęście nie musieliśmy iść daleko, tylko prosto przez maszynownię. Mikrofony wyłowiły uderzenia i zgrzytanie - może dron intruzów próbował się przebić przez jakiś właz.

Doszliśmy do holu przed zewnętrznym włazem maszynowni, gdzie światła znaczników awaryjnych wskazywały szafkę ze skafandrami próżniowymi.

Były innego typu niż ten, jakiego używałom wcześniej, droższe, można było do nich wejść i podciągnąć do góry z pomocą własnego zasilania skafandra. Postawiłom Amenę, która szybko związała sobie włosy, a potem na jednej nodze wskoczyła do skafandra. Poleciłom swoim dronom wylądować na mnie i przejść w tryb uśpienia, a potem założyłom skafander akurat wtedy, gdy dziewczyna zapinała swój hełm. Coś głęboko zawibrowało w pokładzie: czyżby start kapsuły ewakuacyjnej? Moje części organiczne nie czuły się z tym najlepiej. Jeśli to była kapsuła, to chyba za długo czekali. Działania ludzi często wydają mi się zdecydowanie za wolne z powodu mojej szybkości przetwarzania, ale to raczej nie była jedna z takich chwil.

Skafandry miały też bezpieczne połączenia strumieniem, więc mogłom upewnić się, że ten Ameny działa prawidłowo i jest szczelny, plus miałom dostęp do sterowania nim. Nie używaj komunikatora, powiedziałom jej przez zabezpieczony strumień. Mogli skanować pod kątem dowolnej aktywności, a mnie łatwiej było zamaskować strumień niż komunikator.

Jasne, odpowiedziała. Jej głos w strumieniu był nerwowy, ale nie paniczny. Skafander podpierał jej zranioną nogę, pozwalając stać w pionie. Jestem gotowa.

Poleciłom jej skafandrowi podążać za mną i otworzyłom śluzę.

Rozdział czwarty

Wychodzenie w przestrzeń w skafandrze próżniowym nie było czymś, co zdarzało mi się przed zhakowaniem mojego modułu kontrolera.

(Jednym z powodów był zawsze obowiązujący na kontrakcie limit odległości. Jeśli będąc jednostką ochroniarską, oddalisz się bardziej niż, powiedzmy, sto metrów od klientów, twój system centralny użyje modułu kontrolera do spalenia ci mózgu i układu nerwowego. To nie znaczy, że klienci nie mogą rozkazać ci zrobienia czegoś, co spowoduje przekroczenie limitu odległości, po prostu oznacza to, że będą potem musieli zapłacić firmie karę za zniszczenie ich własności).

Jednak używane później przeze mnie skafandry próżniowe miały tak dobre moduły instruktażowe, że było to prawie jak posiadanie pokładowego pilota. Ten nie był wyjątkiem, a na dodatek był na tyle nowy, że nie śmierdział starymi skarpetami.

(Racja, pewnie należy wspomnieć, że 99,9 procent ludzkich części wzbudza we mnie fizyczne obrzydzenie. Nie zachwycają mnie także moje własne ludzkie części).

Pierwsze opuściłom śluzę, holując Amenę za sobą, a potem zaczęłom nas przeciągać wzdłuż kadłuba instalacji. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie odkryłom, jeśli chodzi o przestrzeń kosmiczną, było to, jak bardzo jest nudna bez ładnych planet, stacji albo czegoś, czemu można się przyglądać. Ta przestrzeń nie zawierała żadnych planet, ale nie była nudna.

Skafander próżniowy dysponował skanerem, ale nie potrzebowałom go, by zobaczyć, jak spod nas wyłania się coś olbrzymiego. (Uznałom ten kierunek za "dół", bo w tamtą stronę aktualnie zwrócone były moje stopy). To był oddalający się od nas powoli statek-baza. Wróg znajdował się nad nami, przyczepiony do instalacji, wielka groźna plama na skanerze skafandra.

Podłączyłom się do strumienia statku-bazy i bez zakłóceń emitowanych przez umierającą instalację usłyszeli mnie. Widzimy was na ekranie, pośpiesznie poinformował Roa. Wysyłam współrzędne, a Mihail ściągnie was wiązką holowniczą.

Pobrałom przewidywaną trajektorię. Gdzie jest Overse? zapytałom. Zgłosiła, że znajduje się w kapsule ewakuacyjnej z pozostałymi członkami zespołu oceny.

Potwierdzam, właśnie się z nimi kontaktujemy, odpowiedział Roa.

Właśnie się z nimi kontaktują? Jeśli kapsuła wystartowała, powinna już być na statku-bazie. Ale nie mogłom nic z tym zrobić, musiałom najpierw doprowadzić Amenę do statku-bazy.

Co to znaczy? zapytała Amena. Czy z Overse i resztą wszystko w porządku?

Właśnie miałom aktywować system manewrowania skafandrów, gdy skaner zarejestrował impuls energii. Obrazowanie mojego skafandra padło, a wizjer hełmu zrobił się czarny, chroniąc oczy przed błyskiem. (Nie potrzebowałom takiej ochrony, ale skafander tego nie wiedział).

Amena się przestraszyła. Połączenie strumieniem zostało zalane przez szum, a potem zabrzmiał głos Mihaila. To było pudło, powtarzam, napastnik wystrzelił i nie trafił...

Czy oni celują w kapsułę ratunkową? zapytał słabszy głos Raj-preet.

Reszta utonęła w szumach. Poleciłem skafandrowi odsłonić przyłbicę i obróciłom się, żeby zobaczyć wrogi statek. Nie wiem czemu, mój skafander nie był uzbrojony. Po prostu chciałom zobaczyć naszego przeciwnika jako coś innego niż plama na wyświetlaczu. Ten impuls był niemal równie głupi jak niektóre rzeczy, jakich doświadczyłom w wykonaniu ludzi.

Zobaczyłom duży, ciemny kadłub odbijający światło odległej głównej gwiazdy Pielęgnacji. Wciąż nic z niego nie dochodziło: żadnego strumienia, komunikatora czy sygnałów lokalizacyjnych, jakby był olbrzymim bezwładnym obiektem. (Olbrzymim bezwładnym obiektem ciągnącym nas do tunelu podprzestrzennego). Z powrotem włączył się system obrazowania skafandra próżniowego, dodając dane z czujników, przez co wróg stał się częściowo ciemnym kształtem, a częściowo schematem. Co było dziwne, bo konfiguracja wyglądała tak jak...

Skany skafandra odnalazły oznaczenie rejestracyjne wytłoczone na kadłubie statku i mi je wyświetliły. Rozpoznałom je. Nie musiałom nawet przeszukiwać swojego archiwum. Rozpoznałom je z harmonogramu wylotów na stacji, na którą trafiłom po opuszczeniu Portu WolnyHandel.

To... - To DTB, prawie powiedziałom w strumieniu, jak kretyn.

Byłom tak wstrząśnięte i zdziwione, że spadła moja niezawodność działania i doszło do wstrzymania krążenia w częściach organicznych. I nie było to dziwne tak jak w naruszeniu norm w irytujący sposób, a dziwne w rozumieniu upiorne, jak w Dalekich gwiezdnych drogach, gdzie występowała nawiedzona stacja z duchami i przesunięciami w czasie.

Albo dziwne jak przy ponownej awarii pamięci, z przemieszaniem archiwalnych wspomnień z bieżącą rejestracją danych.

To była przerażająca myśl.

Co to? zapytała Amena, a potem statek - wróg - ponownie wystrzelił.

Tym razem skafander próżniowy prześledził pocisk jako iskrę sunącą przez skaner. Poleciał w bok, tak daleko, że musiał być wymierzony w statek patrlowy ze stacji, choć ten był jeszcze oddalony na tyle, że jaki to miało sens? Wywołałom dane zebrane przez skafander na temat pierwszego strzału i zobaczyłom, że on też w nic nie trafił.

To kolejne pudło! krzyknął Roa w naszym strumieniu. Żadnych uszkodzeń.

Wektor był zupełnie w bok, nie wydaje mi się nawet... Może to był strzał ostrzegawczy, skomentował Mihail.

Może wcale nie doznałom awarii pamięci.

Statek-baza, nadal możecie nas złapać? zapytałom.

Mihail, czy... odezwał się Roa, a potem Tak, tak, jednostko ochroniarska, leć, jesteśmy gotowi.

Wysłana przez Mihaila trajektoria wciąż była dobra, mieliśmy tylko trochę większy dystans do pokonania. Mając skafander Ameny spięty z moim, wystartowałom nas z kadłuba instalacji.

Dwadzieścia sekund później coś chwyciło mój skafander i go pociągnęło. Było to dość łagodne i wcale nie wydawałoby się katastrofą, gdyby nie alarmy awaryjne mojego skafandra i gorączkowe przekleństwa Mihaila w strumieniu statku-bazy.

Statek... wróg... DTB ściągał nas wiązką holowniczą w stronę swojego kadłuba. Byłom zwrócone w niewłaściwą stronę, więc skafander dał mi widok z czujników. Prowadził nas do dużej śluzy na lewej burcie i nic nie mogłom z tym zrobić. Zauważyłom, że moduł laboratoryjny DTB jest zainstalowany, co znaczyło, że nie funkcjonuje jako transportowiec towarowy, a jednostka badawcza.

Mają instalację, odezwała się Amena głosem pełnym strachu, czego od nas chcą?

Nie wiem, odparłom.

Niczego nie wiedziałom.

***

Kiedy wiązka ściągała nas do dużej śluzy, w strumieniu rozbrzmiał krzyk Roi. On przyśpiesza w stronę tunelu podprzestrzennego! Tracimy go... a potem zamknął się właz. Strumień statku-bazy padł. Podjęłom próbę ponownego nawiązania połączenia, ale trafiłom na ścianę litą jak... nawet nie wiem, ale była lita.

W tej śluzie jeszcze nie byłom, ale miała czysty, dobrze utrzymany wygląd pasujący do moich wspomnień. O ile mogłom ufać swoim wspomnieniom. Jeśli to wszystko było rzeczywiste.

Powinnom przeprowadzić diagnostykę, ale nie było na to czasu.

Śluza się aktywowała, wpuszczając powietrze, a potem rozsunął się wewnętrzny właz. Zdecydowanie wyglądało to rzeczywiście, a skan mojego skafandra próżniowego potwierdzał to, co widziałom/skanowałom. Żadnego strumienia, żadnej aktywności komunikatora.

Szeroki korytarz za śluzą był pusty, ze światłami ustawionymi na średni poziom. Niebieskie pasy na ścianach nie pełniły żadnej funkcji poza dekoracyjną. Przezroczysta szafka wbudowana w ścianę mieściła rząd pustych skafandrów próżniowych, uśpionych i gotowych na sytuacje awaryjne.

Korytarz był cichy, pusty wizualnie, w skanerze i dźwiękowo. Światła rozjaśniły się dla nas, co było typowe dla statków załogowych dostosowujących natężenie światła do aktywności ludzi oraz na żądanie. Skafander zgłosił pełne ciśnienie powietrza, co oznaczało normalny poziom dla ludzi i wspomaganych ludzi. Gdy DTB działał w trybie bezzałogowego transportowca towarowego, utrzymywał poziom podtrzymywania życia na minimum, choć dla mnie go podciągnął.

Istniało zbyt wiele sposobów na zabicie nas z użyciem śluzy, więc przekroczyłom jej właz, wychodząc na korytarz. Pociągnęłom skafander Ameny za sobą, pilnując, żeby nie było okazji do rozdzielenia nas. Śluza zamknęła się za nami.

- Gdzie jest załoga? - zapytała przez komunikator skafandra Amena. - Czemu to zrobili? Czego od nas chcą? Proszę, rozmawiaj ze mną - dodała ciszej.

Wciąż miałom klientkę, nawet jeśli byłom uszkodzone i dręczyły mnie halucynacje. Jeśli to była awaria pamięci, musiałom jej powiedzieć. Pożałowałom, że nie jest Mensah albo którymś z ludzi, którym mogłom zaufać, że mi pomogą. W tej sytuacji lepszy byłby nawet Gurathin. Jeśli powiem jej, że oznaki sugerują wystąpienie u mnie jakiegoś dziwacznego załamania pamięci, nigdy mi nie zaufa, a potrzebowałom jej zaufania, żeby wydostać nas stąd żywych. Tylko czy mogła mi ufać, jeśli nie potrafiłom nawet powiedzieć, czy to, co widzę/skanuję, jest rzeczywiste, czy nie?

A jeśli to naprawdę był DTB, to gdzie się, u diabła, podziewał?

Wysłałom ping. Wrażenie było prawie takie, jakby odbił się echem w pustym strumieniu, jakby znikła potężna obecność, która powinna tam być, jakby serce statku opustoszało.

Amena oddychała coraz szybciej, panika narastała, i zdecydowałom się coś powiedzieć. I to coś dość bliskiego prawdy.

- Wydaje mi się, że rozpoznaję ten statek, ale nie powinno go tu być.

Powiedzenie tego na głos sprawiło, że wszystko wydało się w dużo mniejszym stopniu awarią pamięci, a bardziej rzeczywistym zdarzeniem.

Amena pociągnęła nosem.

- Co... co to za statek? - spytała.

Wtedy wpadłom wreszcie na genialny pomysł, który powinien był mi przyjść do głowy wcześniej.

- Co jest napisane na plakietkach tych skafandrów próżniowych? - zapytałom.

Mensah i większość pozostałych natychmiast zorientowałoby się, że coś jest nie tak, bo nigdy nie prosiłom klientów o informacje. (Z wielu powodów, ale blisko szczytu znajdował się aż nazbyt powszechny samobójczy brak przykładania uwagi do szczegółów, któremu zwykle ulegali ludzie). Amena podeszła bliżej do przezroczystej szafki. Wisiały tam dwa rzędy skafandrów, jeden nad drugim, więc gdyby któryś wyciągnięto z uchwytu, następny zsunąłby się na jego miejsce. Plakietki emitowały zlokalizowane informacje do strumienia w wielu językach, odczytywane przez interfejsy i nasze skafandry próżniowe nawet pomimo braku dostępu do strumienia DTB, działając na tej samej zasadzie co farba znacznikowa.

- Peryhelium - przeczytała na głos Amena. - Uniwersytet wszechukładowy Mihiry i Nowego Tidelandu.

To było oznaczenie i rejestracja DTB. Czyli tak. Dobra wiadomość: nie mam jakiejś zapaści pamięci lub awarii systemu, to naprawdę był DTB. Zła wiadomość: co, do cholery?

Wysłałom kolejny ping.

Amena obrócił się z powrotem do mnie.

- To musi być skradziony statek badawczy. - Jej głos brzmiał pewniej, nie był tak zdyszany od narastającej paniki. - Pewnie piraci go uzbroili.

- Już wcześniej był uzbrojony. - To mój przyjaciel, pomyślałom. Pomógł mi, bo tego chciał, bo mógł. Nie mogłom tego powiedzieć. Nikomu nie mówiłom o DTB. - To jednostka badawcza głębokiej przestrzeni oraz edukacyjna, z pełną obsadą załogi i pasażerów. Między misjami lata jako pilotowany przez bota statek transportowy, ale Pielęgnacja nie znajduje się na jego trasie.

- Jednostka badawcza i edukacyjna - powtórzyła Amena. - Skoro piraci zdobyli tak duży i uzbrojony statek, to czemu mieliby zawracać sobie głowę nami? Może sądzili, że mamy na pokładzie coś cennego? Albo po prostu latają, atakując jednostki naukowe? Nienawidzą badań?

Mówiła to sarkastycznym tonem, ale wiedziałom o piratach robiących tego typu rzeczy z niemal równie głupich powodów. Czyli to nie był duch/halucynacja pamięci, co znaczyło, że to wciąż nieprawdopodobny statystycznie zbieg okoliczności, będący... statystycznie nieprawdopodobny.

- Chwila, ty znasz ten statek. - W jej głosie pojawiło się podejrzenie. Ta część z nieprawdopodobieństwem statystycznym musiała dotrzeć i do niej. - Czy ty im coś zrobiłoś? Przylecieli tu po ciebie?

- Oczywiście, że nie. - Co było kompletnym kłamstwem, bo DTB musiał przylecieć tu po mnie, choć ta świadomość nie była ani trochę mniej zaskakująca. Przecież załoga DTB nie przyleciała tutaj, aby się zemścić, bo mordercza zbuntowana jednostka ochroniarska... Chwila, czy tu mogło chodzić o zemstę? Nie skrzywdziłom DTB ani niczego na pokładzie, chyba że uzna się za coś takiego zużycie pewnej ilości energii i zasobów, co DTB usunął ze swoich dzienników.

Wydało mi się to dziwnym powodem strzelania do nieuzbrojonego statku badawczego. To znaczy mogli po prostu wysłać doktor Mensah fakturę.

Chyba że ktoś zdołał się dostać na pokład po moim odejściu i zrobić coś z DTB, a winą obarczono mnie.

Tylko że tutaj pojawiał się duży problem, a właściwie dwa: 1) dostanie się na pokład bez współpracy ze strony DTB oraz 2) zrobienie DTB czegoś bez zginięcia gwałtowną śmiercią. (Znałom czterdzieści siedem sposobów, na jakie DTB mógł zabić intruza będącego człowiekiem, wspomaganym człowiekiem lub botem, a nie znałom ich więcej tylko dlatego, że się znudziłom i przestałom liczyć).

I gdzie, do cholery, jest DTB? Gdzie jego strumień, drony, komunikator, jego ludzie? Czemu nie odpowiada na moje pingi?

Nie zapomniałom, że mam jeden z komunikatorów DTB upchnięty w kieszonce pod żebrami. (No dobrze, nie pamiętałom o tym aż do minuty i czterdziestu siedmiu sekund temu, ale to nie tak, że wcześniej potrzebny mi był dostęp do tej informacji). Komunikator został dezaktywowany i spoczywał nieaktywny od czasu opuszczenia przeze mnie DTB w pierścieniu tranzytowym RaviHyral. Gdyby DTB chciał się ze mną skontaktować, mógłby go użyć, gdy tylko znaleźliśmy się w zasięgu. Ale to zakładało, że DTB wciąż nad sobą panuje. Czy obejmujące cały statek ciało DTB było kontrolowane przez coś innego, bota, człowieka albo wspomaganego człowieka?

Zaczynałom panikować. Nie chciałom, żeby DTB stała się krzywda, a cokolwiek mogło mu zaszkodzić, mogło zniszczyć mnie i Amenę.

To nie pomagało. Lepiej zacząć od założenia, że DTB wciąż tu jest, nietknięty, ale pod wpływem jakiegoś ograniczenia, na temat którego nie miałom czasu spekulować, choć i tak będę to robić.

Czy DTB był w stanie użyć dezaktywowanego komunikatora do wyśledzenia mnie po tym, jak nasz statek przeszedł przez tunel podprzestrzenny? Tak, prawdopodobnie. Ale czemu? Czemu przylatywał po mnie na teren Pielęgnacji? DTB kochał swoją załogę. Zrobiłby wszystko, żeby im pomóc.

Włącznie ze zdradzeniem mnie? Czy coś zmuszało DTB do robienia tego? Czy chciał przejąć instalację, czy też była tylko poboczną ofiarą? Kiedy tylko przechwycił mnie i Amenę swoją wiązką holowniczą, zwiększył przyśpieszenie w stronę tunelu podprzestrzennego. Do tej pory musieliśmy już być w jego wnętrzu, oddalaliśmy się od Pielęgnacji. Lecące na pomoc jednostki nie zdołają nas wyśledzić.

Przynajmniej oznaczało to, że Overse i ktokolwiek był z nią w kapsule ratunkowej mogli zostać przechwyceni przez statek-bazę.

Musieliśmy się pozbyć naszych skafandrów próżniowych. W ciążeniu utrudniały poruszanie się i można było je zhakować, gdybym nie uważało, a nie byłom pewne, jaką ochronę skafander mógłby zapewnić Amenie przed pociskami lub ostrzałem z innej broni. I tak wyjście na zewnątrz nie było teraz dobrym pomysłem, ważniejsza była swoboda ruchów.

Poleciłom skafandrowi otworzyć hełm i wypuściłom swoje drony. Dwóm kazałom zająć pozycje wartownicze przy wejściu do korytarza, a pozostałe posłałom na przeprowadzenie ostrożnego sprawdzenia statku... sprawdzenia DTB. Potem otworzyłom cały skafander i wyszłom z niego.

- Czy to dobry pomysł? - spytała Amena.

Naprawdę nie potrzebowałom teraz kwestionowania moich decyzji przez nastoletniego człowieka.

- Masz jakieś inne sugestie?

- Pewnie nie możemy w nich zostać w nieskończoność - wymamrotała i otworzyła swój skafander.

Poczekałom, aż z niego wyjdzie. Trochę się trzęsła, pociła i wyraźnie miała problem ze zranioną nogą. Musiałom uzyskać dostęp do zestawu medycznego. Cokolwiek się tu działo, łatwiej będzie mi sobie z tym radzić, jeśli Amena nie będzie ranna.

Ruszyłom w stronę korytarza, gestem polecając Amenie, żeby trzymała się za mną. Skan nie rejestrował niczego poza śladowymi szumami systemów DTB, drony napotykały puste korytarze i pozamykane włazy. Skierowałom je ku pokładowi sterowania, w szczególności do pomieszczenia rekreacyjnego załogi poniżej mostka. Ktoś musiał tam być: bot, człowiek lub wspomagany człowiek. Tym razem pingnęłom system łączności.

Komunikator statku wyemitował dźwięk w automatycznej odpowiedzi. Amena drgnęła, słysząc ten odgłos.

- To ja - wyjaśniłom cichym głosem.

- Czemu? - Udało jej się to wyszeptać w bardzo władczy sposób. Potem skrzywiła się z frustracją. - Racja. Skoro nas porwali, to pewnie wiedzą, że tu jesteśmy.

Jak dotąd moje drony nie wykryły żadnej załogi. Nie było też żadnej odpowiedzi w komunikatorze i ruszyłom na korytarz. Nie byłom pewne, co chcę zrobić. Może wejść na mostek DTB i postukać czymś ciężkim w osłonę nad jego centralnym rdzeniem?

Był to jeden z korytarzy, którymi wielokrotnie chodziłom, pracując nad swoim kodem do udawania człowieka, podczas gdy DTB krytykował jego skuteczność. Może przez to zrobiłom się mniej ostrożne. W połączeniu z faktem, że sekundy temu przeleciały tędy moje drony. W chwili wyjścia na korytarz coś poruszyło się na skraju mojego pola widzenia.

Dlatego właśnie mamy drony. Niestety, cokolwiek to było, mój dron strażniczy nie zarejestrował obecności tego obiektu. Nie zobaczyłom go do chwili, gdy się ruszył, a wtedy było już za późno.

Oberwałom w prawą stronę głowy i zostałom rzucone o ścianę.

katastrofalny spadek niezawodności działania.

wyłączenie.

ponowne uruchomienie.

Leżałom bezwładnie na podłodze z oderwanym kawałkiem czegoś wwiercającym mi się w policzek. Wiedziałom, że przeszłom wyłączenie awaryjne. (Cały czas brakuje mi mojego pancerza, ale w takich chwilach najbardziej).

Potrzebowałom organicznych części wewnątrz mojej głowy, które mają u mnie dużo lepszą osłonę przed wstrząsami niż wewnątrz ludzkiej czaszki. Można uderzyć jednostkę ochroniarską tak mocno, by wymusić spadek niezawodności dostatecznie gwałtowny, żeby aktywował tymczasowe wyłączenie. (Słowo kluczowe: tymczasowe). Tylko że to naprawdę nie jest dobry pomysł. Nie jeśli chcesz zachować narządy wewnętrzne w środku ciała, a nie rozmazane na ścianach skradzionego transportowca.

Och, włącza się.

Moje drony usnęły, a systemy jeszcze nie ożyły na tyle, żeby uzyskać do nich dostęp. Aktywował się system audio i wyłowiłom dźwięki dochodzące z głębi korytarza. Głos należący do Ameny, ale zbyt cichy, żebym rozumiało słowa. Otworzyłom wejście strumienia przekaźnikowego drona: to połączenie było pasywne i wciąż działało.

Amena mówiła twardym głosem z ewidentnie udawaną bra-wurą.

- Popełniliście duży błąd. Lecą tu uzbrojone statki, będą za...

- Och, dziecko, jesteśmy na moście przelotowym. Już nikt nigdy cię nie znajdzie. - Głos (Niezidentyfikowany Jeden) był lekki, wyniosły, z echem wynikającym z użycia przestarzałego systemu tłumaczenia sprzed strumienia. - A teraz powiedz nam o broni.

Brawura Ameny przekształcała się w prawdziwą złość.

- Nasza instalacja badawcza była nieuzbrojona. Gdyby było inaczej, rozwalilibyśmy was na kawałki. - (Uwaga dla ludzi i wspomaganych ludzi: nikt nie lubi protekcjonalnego traktowania).

Niezidentyfikowany Jeden wydał się jeszcze bardziej rozba-wiony.

- Lepiej, żebyście mieli tu broń, o której nam powiedziano, bo inaczej wyciągnę ci żebra po jednym i połamię przed twą małą twarzyczką.

Zapisałom to sobie na przyszłość. Niezidentyfikowany Jeden wydawał się włożyć pewien wysiłek w sformułowanie groźby, więc szkoda by było, gdyby nie miał okazji jej doświadczyć w praktyce.

Odezwał się kolejny głos (Niezidentyfikowany Dwa).

- Nienawidzę kłamania, te wszystkie rzeczy kłamią. - Brzmiał niemal identycznie jak Niezidentyfikowany Jeden, tylko miał nieco głębsze brzmienie.

- Nie kłamię - zapewniła Amena - nie wiem, o czym mówicie. - W jej głosie usłyszałom trochę strachu. Chyba zaczęło do niej docierać, że nie rozmawia z inteligencją otwartą na racjonalną argumentację.

- Ty kłamiesz, to kłamie, wszyscy kłamią - oświadczył Niezidentyfikowany Jeden. - Niech ci się nie zdaje, że tego nie wiemy.

- Nic z tym nie mogę zrobić - rzuciła Amena głosem pełnym desperacji.

Moje pozostałe części zgłaszały sprawność i niezawodność działania powoli rosła. Tymczasowe wyłączenie wypłukało dużo toksyn stresowych wydzielanych przez moje części organiczne i właściwie czułom się lepiej. Skan wykazał, że fragmenty w policzku pochodziły z elementów osłoniętych przez obudowę rejestrowaną jako materiał maskujący. Zostałom zaatakowane przez drona, być może takiego samego typu, jakiego obraz zarejestrowałom w instalacji przed wyjściem w próżnię. Uderzył mnie tak mocno, że rozbił się na kawałki. Żaden z dronów DTB - przynajmniej z tych, które pozwolił mi zobaczyć - nie miał osłon maskujących. I może wymuszone ponowne uruchomienie zdecydowanie mi pomogło, bo wykazałom totalną głupotę, nie pomyślawszy o tym wcześniej. Jeśli były tam drony odbierające rozkazy, to wewnątrz DTB musiał być aktywny strumień, po prostu nie na standardowych kanałach. Gdy ponownie aktywowały się moje nogi i stopy, a ja powoli dźwignęłom się do pozycji siedzącej, przestroiłom odbiorniki tak, żeby skanowały cały zakres aktywności.

Moja broń pociskowa leżała na pokładzie w kawałkach, jakby ktoś użył ciężkiego narzędzia do jej całkowitego rozbicia. Zapisany rozkład wnętrza DTB przydał się do zmapowania kierunku, z którego dobiegał głos Ameny. Z głębi tego zakrzywionego korytarza, potem poprzecznego do pomieszczenia rekreacyjnego załogi. Nie wydałom żadnego dźwięku.

Do czasu dojścia do pierwszego zakrętu korytarza znalazłom ich strumień sterowania dronami. Był na zaszyfrowanym kanale, jak strumień wojskowy. Sprytne, tylko że ich szyfrowanie było niemal antyczne, przynajmniej z perspektywy bota, jeśli nie człowieka. Moja ostatnia wersja firmowego oprogramowania do łamania kluczy firmy będącej moim byłym właścicielem była przestarzała o ponad osiem tysięcy siedemset godzin, ale i tak złamała ich szyfrowanie jak gałązkę.

Strumień był prawie pusty, bez żadnych wykrytych przeze mnie głosów, tylko polecenia dla dronów. Skoro szyfrowanie było stare, to kod dronów też mógł taki być. Wyciągnęłom swoją najstarszą wersję pliku kluczy dronów i zaczęłom je testować. Moje własne drony wciąż były uśpione, w trakcie odtwarzania wejść i połączeń, ale na tym etapie były prawie bezużyteczne, bo materiał maskujący uniemożliwiał im skanowanie wrogich dronów.

Drzwi do sali, z której dobiegał głos Ameny, były otwarte i na słabo oświetlony korytarz padało jaśniejsze światło z wnętrza. Chciałom poczekać, aż odzyskam przynajmniej dziewięćdziesiąt procent niezawodności, ale usłyszałom słowa Ameny:

- Nie ma żadnej broni, porwaliście zły statek. - Strach w jej głosie zrobił się bardziej ewidentny i nagle znalazłom się w sali.

(Kontrola impulsów: powinnom spróbować sobie napisać poprawkę tego kodu).

Pomieszczenie było duże, z tapicerowanymi kanapami i siedzeniami zainstalowanymi pod ścianami, kilkoma niskimi stolikami z możliwością składania ich pod podłogę i unoszącymi się w górze różnymi nieaktywnymi teraz powierzchniami ekranowymi. W środku znajdowały się jedna klientka: Amena; - stała oparta plecami o dalszą ścianę, z szeroko otwartymi oczami, ale bez żadnych ewidentnych nowych uszkodzeń - i dwa potencjalne cele/możliwe ofiary: obie również pod ścianą z dalszej strony sali, za Ameną. Miały widoczne siniaki oraz przerażenie na twarzach. Obie ofiary ubrane były w czerwono-brązowe mundury, niechlujne i naderwane, z logo korporacyjnym. Co było kolejną anomalią, bo mundury załogi DTB były ciemnoniebieskie.

Naprzeciw Ameny i ofiar stały dwa cele: potencjalnie wspomagani ludzie, wynik skanu pusty.

Oba cele odwróciły się w moją stronę. Wyglądały jak wysocy, wspomagani ludzie z ziemistą, szarą skórą. (Uraz, choroba? Czy też rzadkie wspomaganie/kosmetyczna modyfikacja skóry?). Oba miały na sobie dopasowane stroje ochronne i częściowe hełmy z zaskakująco dużą częścią odsłoniętej twarzy. Wąskie ludzkie rysy, ciemne brwi wyróżniające się na tle gładkiej szarej skóry. Oba uśmiechnęły się bezbarwnymi wargami.

- Powiedziałeś, że ten nie żyje - oskarżycielsko powiedział pierwszy (Niezidentyfikowany Cel Jeden) do drugiego. Nie byli całkiem identyczni. Cel Jeden był nieco wyższy i miał szersze ramiona.

- To biedactwo było martwe - odpowiedział Niezidentyfikowany Cel Dwa i się roześmiał.

Biedactwo. Mam wrażenie, że pękła mi żyłka w jednej z części organicznych.

Za celami unosiły się trzy drony typu niepasującego do żadnych moich archiwów. Były okrągłe, wielkości głowy i pomimo rozmiarów miały ukryte otwory na kamery czy broń. Materiał maskujący utrudniał zarejestrowanie ich skanerem, ale nie działał na organiczne części mojego mózgu, co prowadziło do czegoś w rodzaju nieprzyjemnego podwójnego widzenia, w którym skaner upierał się, że to pływające anomalie nieobecne w kamerach, choć wyraźnie widziałom je w zapisach tymczasowych, a ich obecność potwierdzała organiczna tkanka nerwowa.

Wiedziałom, że drony celów mogą być szybkie, ale wyglądały na niezgrabne. Przed podjęciem działań potrzebowałom więcej danych.

- Co zrobiliście z DTB? - zapytałom.

Wcale nie takie dane były mi potrzebne, ale właśnie tego chciałom się dowiedzieć.

Cel Jeden pytająco przekrzywił głowę i odsłonił ostre zęby. Potencjalnie kolejna modyfikacja kosmetyczna lub efekt zmienności genetycznej.

- Bełkoczesz, biedactwo - skomentował Cel Jeden.

- Te stworzenia wydają się nie panować nad swoimi wypowiedziami - dodał tym samym tonem Cel Dwa.

Byłom świadome Ameny patrzącej na mnie szeroko otwartymi oczami, z obiema dłońmi przyciśniętymi do ust. Ofiary Jeden i Dwa, wciąż za nią, patrzyły na mnie zmieszane.

- Ten transportowiec - doprecyzowałom. - Co zrobiliście z botem pilotującym? - DTB był czymś niepomiernie większym od bota, ale nie miałom słowa na to, czym był naprawdę.

Cel Dwa westchnął i złożył ręce, jakbym zadało głupie pytanie. Cel Jeden wyszczerzył się do mnie złośliwie. Nie wiedział, kim jestem, może nawet nie wiedział, czym jest DTB, ale zrozumiał, że mnie to obchodziło, i zamierzał delektować się tym, co teraz powie.

- Oczywiście skasowaliśmy go.

Poczułom, że moja twarz się zmienia. Wszystkie mięśnie zesztywniały, i to nie od żadnego uderzenia. Wciąż niezbyt dobrze radzę sobie z kontrolowaniem wyrazu twarzy i nie mam pojęcia, jak to wyglądało.

- O cholera - wyszeptała Amena.

- Och, ten wygląda na rozzłoszczonego - rzucił Cel Jeden.

- Jakie to nudne - powiedział Cel Dwa. - Rozzłoszczony, potem wystraszony, a w końcu martwy. Nudne, nudne, nudne.

- Wszyscy teraz należycie do nas - zaczął Cel Jeden. - Będzie tak: powiecie nam...

Chwyciłom twarz Celu Jeden. Strategicznie nie był to mój najlepszy atak, ale tak najszybciej stulił pysk. Używając twarzy jako uchwytu, rzuciłom go w bok na kanapę pod ścianą.

Ku mojej głowie poleciał Dron Jeden. Był szybki, ale tym razem byłom gotowe. Uchyliłom się, a gdy się zatrzymał i zawrócił, by znowu zaatakować, wbiłom w niego pięść i uderzyłom nim o bok włazu, równocześnie się odwracając.

Cel Dwa obejrzał się na pozostałe dwa drony, ewidentnie zastanawiając się, czemu nie zareagowały.

W byciu konstruktem miłe jest to, że mogę doznać dramatycznego załamania emocjonalnego, a równocześnie wciąż prowadzić wyszukiwanie w tle pod kątem kluczy dronów. Trafiłom i otrzymałom ping potwierdzenia od dronów celów dokładnie w chwili, gdy Cel Jeden nazwał mnie nudnym. (Uwielbiam ironię). Wysłałom rozkaz wyłączenia się, a one opadły na pokład z dwoma głośnymi stuknięciami.

Na szarej twarzy Celu Dwa pojawiło się zaskoczenie, a potem wściekłość. W zasadzie było to zabawne. Gdybym było człowiekiem (fuj), mogłobym się wtedy roześmiać. Zdecydowałom się podążyć za pierwszym impulsem i zamiast tego zabić trochę gównianych przeciwników.

- Rozzłoszczony, potem wystraszony, a w końcu martwy - zwróciłom się do celów. - Taka była kolejność?

- O bóstwo, to... - wyszeptał Cel Jeden.

Padając na kanapę, Cel Jeden sięgnął po coś, co ewidentnie było bronią przypiętą do płyty pancerza na biodrze. Skoczyłom do przodu i chwyciłom jego nadgarstek, zanim zdążył zacisnąć na tym dłoń. Co okazało się zwodem, bo uderzył wolną ręką w moje ramię i poczułom dźgnięcie bólu z broni energetycznej.

Cel Jeden wyszczerzył się całą twarzą.

Pociski bolą, ale broń energetyczna tylko mnie wkurza. Zmiażdżyłom trzymany nadgarstek i wykręciłom, chwyciłom rękę z bronią energetyczną i złamałom. (Rękę. Broń - niezgrabny cylindryczny przedmiot długości około dziesięciu centymetrów - padła z grzechotem na pokład).

Cel Jeden wrzasnął z wściekłości i niedowierzania, co ani trochę mnie nie ułagodziło. Cel Dwa z całkowicie nieuzasadnioną pewnością siebie podszedł i dźgnął mnie w pierś kolejną bronią energetyczną.

Ruszałom się tak szybko, że później musiałom sobie odtworzyć nagranie, żeby przeanalizować własne działania. Odepchnęłom Cel Jeden i wbiłom łokieć w twarz Celu Dwa, a potem wyrwałom broń energetyczną z jego ręki razem z kilkoma palcami, wbiłom ją w jego pierś (nie miała ostrego końca, ale i tak dałom radę), robiąc w niej dużą dziurę. Potem użyłom broni i dużej dziury do dźwignięcia Celu Dwa i walnięcia nim w górną część ściany. Trzy razy. Wszędzie leciały płyny i kawałki, co było bardzo satysfakcjonujące. Chyba zrobiłobym to jeszcze raz, ale już trwało to za długo, dając Celowi Jeden czas na zebranie się i ucieczkę w stronę włazu.

Ruszyłom za nim, ale potem dotarło do mnie, że Amena do mnie krzyczy.

- Jednostko, patrz!

Spojrzałom. Dwa pozostałe drony celów migały dziwnie rozmieszczonymi kontrolkami, wyraźnie się uruchamiając. Wysłałom polecenie wyłączenia, ale klucz już nie działał, więc rozgniotłom jednego butem, a potem złapałom drugiego, gdy się podnosił. Rozbiłom go o fotel, przy okazji niszcząc powierzchnię ekranową. Dwie ofiary krzyczały z przejęciem do Ameny i musiałom sobie odtworzyć nagranie audio, żeby ich zrozumieć.

- Musisz iść z nami! - powiedziała Ofiara Jeden, chwytając rękę Ameny. - Musimy uciec, spróbować się ukryć! - Choć główny strumień DTB wciąż nie działał, z tak małej odległości mogłom odczytać trochę informacji z jej interfejsu. (Nazwa w strumieniu: Eletra, płeć: kobieta, oraz identyfikator pracownika korporacji Barish-Estranza).

Ofiara Dwa (Nazwa w strumieniu: Ras, płeć: mężczyzna, do tego kolejny identyfikator pracownika Barish-Estranza).

- Szybko, zanim wyślą kolejne drony! - Rzucił mi spojrzenie. Znałom takie. - Z twoją jednostką ochroniarską mamy szansę.

- Powinniśmy iść z nimi - zwróciła się do mnie Amena.

Wysłałom już polecenie ponownego uruchomienia do moich uśpionych dronów. Nietrudno im było wyśledzić Cel Jeden, bo był ranny, ciekły z niego płyny i wrzeszczał. (Zasadniczo jeśli nie chce się zostać ręcznie wypatroszonym własną bronią energetyczną, to może nie należy zabijać transportowców badawczych i zrażać do siebie zbuntowanych jednostek ochroniarskich).

- Muszę się czymś zająć - odpowiedziałom Amenie.

- Tu jest za dużo dronów - upierała się Eletra. Przeniosła spojrzenie z Ameny na mnie, a potem z powrotem. Nie była pewna, kogo powinna przekonać. - Musisz iść z nami!

Amena zrobiła krok w moją stronę, krzywiąc się, gdy obciążyła uszkodzoną nogę.

- Mają rację? Potrafisz sprawdzić, czy wysyłają przeciwko nam drony?

Cel Jeden przebiegł przez właz do pomieszczenia rekreacyjnego załogi poniżej mostka.

Tego pomieszczenia, w którym spędzałom większość czasu z DTB, gdzie oglądaliśmy Skoczków światów. Moje drony zarejestrowały kolejnego znajdującego się tam wroga (oznaczenie: Cel Trzy), stojącego na schodach prowadzących na pokład kontrolny. Właz do pomieszczenia rekreacyjnego zaczął opadać. Osiem moich dronów dotarło do włazu na czas, by przemknąć dołem, zanim się zamknął.

Ludzie mieli rację co do dronów celów, które nie reagowały już na moje klucze sterujące. (Co oznaczało, że gdzieś tam znajduje się silnie zmotywowany system sterowania, który wypchnął szybką aktualizację bezpieczeństwa). Wciąż miałom dostęp do strumienia celów, a sądząc po zaszyfrowanym ruchu, ktoś mówił dronom celów, żeby coś zrobiły. Co zapewne obejmowało zebranie się w naszej lokalizacji w celu zabicia.

- Prawdopodobnie - potwierdziłom.

Amena niecierpliwie machnęła rękami.

- No to chodźmy!

Spróbowałom odciąć strumień sterowania dronów celów, co zdezorientowało niektóre, ale inne wydawały się wciąż odbierać rozkazy. Ewidentnie były tam części systemu, do których nie miałom dostępu. Praca w jego wnętrzu była jak próba posługiwania się bronią pociskową w sytuacji, gdy ktoś odstrzelił mi połowę palców. Wszystkie dane wymagały konwersji na inne formaty, nic nie było właściwe, praca była bardzo uciążliwa. Do przejęcia pełnej kontroli będę musiało zacząć od podstaw, czyli testów penetracyjnych.

- Po prostu wydaj mu rozkaz! - rzucił rozdrażniony Ras.

- Ono nie przyjmuje rozkazów! - warknęła Amena.

Chciałom to zrobić z bliska i gruntownie, ale nie było takiej możliwości. Osiem dronów na pokładzie sterowania z Celami Jeden i Trzy znajdowało się w gotowości przy podłodze, w pozycjach monitorowania. Cel Jeden padł, dysząc, na wyściełany fotel przy konsoli, ze zwieszonymi bezładnie obiema uszkodzonymi rękami. Cel Trzy podszedł do nieaktywnej powierzchni ekranowej i ożywił ją ruchem ręki. Dziwnie było widzieć, jak ludzie, czy cokolwiek to jest, robią takie rzeczy ręcznie. Jeszcze nie skonfigurowali swojego niestandardowego zaszyfrowanego strumienia do korzystania z systemów DTB.

- Intruzi, uciekinierzy, rozciąć ich jak... - ogłosił przez statkowy komunikator Cel Trzy.

Tłumacz zasyczał na ostatnich kilku słowach, więc chyba nigdy się nie dowiem, jak miałom zostać rozcięte. Wyizolowałom jednego drona z moich ośmiu do obserwacji i wydałom polecenia pozostałym. Przy pancerzach ochronnych i częściowej osłonie głów musiałom mierzyć w odsłonięte twarze.

Cel Trzy miał czas wydać charkot, a Cel Jeden zdławiony krzyk. Kontakt z siedmioma dronami zgasł niemal równocześnie, ale ósmy dron dalej rejestrował, wysyłając wideo ciał drgających bezradnie, a potem w końcu padających w rosnących kałużach na pokładzie.

- Ale to jednostka ochroniarska... - zaprotestował Ras.

Eletra z coraz bardziej zdesperowanym wyrazem twarzy wsłuchiwała się w komunikat z komunikatora i jego nagłe zakończenie.

- Musimy iść!

Amena wykonała kolejny niezdarny krok. Chwyciła moją rękę i popatrzyła na mnie ostro.

- Posłuchaj mnie!

Spojrzałom na nią z góry i celowo nawiązałom kontrakt wzrokowy, bo w tej chwili miała niemal całą moją uwagę, a ostatnia osoba/cel, która na to zasłużyła, wciąż ściekała po ścianie za moimi plecami. Była zbyt pochłonięta sobą lub odważna, czy też ogarnięta jakąś kombinacją obu, by zrozumieć, że jej postępowanie nie jest mądre.

- Musimy z nimi iść - oświadczyła, wysuwając szczękę. - Już.

Łagodnie oderwałem jej małą dłoń od swojej bluzy.

- Nigdy więcej mnie nie dotykaj.

Amena zamrugała i zacisnęła wargi, a potem odwróciła się do Eletry i Rasa.

- Chodźmy.

Eletra ruszyła w stronę włazu.

- Tędy...

- Czy to coś posłucha... - zaczął Ras.

Wyprzedziłom Eletrę i wyszłom na korytarz na czas, by złapać czekającego tam drona celów. Walnęłom nim o ścianę i strzepałom resztki z dłoni.

- Tędy - powiedziałom, kierując się planem DTB.

Poszli za mną.

Rozdział piąty

Wezwałom większość swoich dronów do zajęcia pozycji zwiadowczych przed nami i osłonowych z tyłu. Wybrałom okrężną drogę do ambulatorium. Słabe oświetlenie korytarzy rozjaśniało się dla nas w autonomicznej reakcji. Dla człowieka byłoby to jak widok drgawek martwego ciała. DTB tam nie było, nie było żadnego śladu jego dronów, ale niektóre z jego niższych funkcji wciąż działały, kod funkcjonował nawet bez kontrolującej go inteligencji.

System intruza, zapewne jakiegoś rodzaju bot pilotujący, zmienił klucze zabezpieczające dronów celów. I musi prowadzić statek przez tunel podprzestrzenny. Transportowce nie mogą tego robić tak po prostu na autopilocie, przynajmniej według Skoczków światów oraz wszystkich innych oglądanych przeze mnie seriali. Tych, które DTB chciał oglądać.

Oznaczyłom intruza jako System Kontrolny Celów.

Miałom nadzieję, że był dość samoświadomy, by cierpieć, gdy będę go zabijać.

Tylko że wcześniej miałom bardzo dużo do zrobienia. A obraz cieknących ciał Celów Jeden i Trzy w nieskazitelnym obszarze sterowania zabierał zdecydowanie za dużo mocy przetwarzania.

Miałom kilka dronów zwiadowczych wciąż w korytarzach w okolicy mostka i poleciłom im rozpocząć mapowanie wszelkich ruchów oraz anomalnej aktywności i nanosić te informacje na moją kopię planu DTB. Musiałom znaleźć sposób na wykrywanie dronów celów z wyprzedzeniem.

Dron (oznaczenie: Zwiadowca Dwa) zaparkowany na suficie holu przed salą załogową wykrył aktywność. Więcej celów zbierało się w holu i próbowało otworzyć właz, ale Cel Trzy najwyraźniej użył ręcznej blokady awaryjnej do zamknięcia go od środka. Nowe cele - nazwijmy je Cztery, Pięć i Sześć - grzebały przy sterowaniu, ale wyglądało na to, że nie wiedzą, jak cofnąć blokadę. I cokolwiek się działo w ich dziwnym strumieniu oraz Systemie Kontrolnym Celów, wyglądało na to, że nie potrafią uzyskać przez niego dostępu do systemów DTB.

DTB nie żył.

Miałom ochotę zatrzymać się i oprzeć głowę o ścianę, ale nie było na to czasu.

Z tyłu moje drony zobaczyły, że Eletra objęła Amenę w talii, pomagając jej iść. Ras też kuśtykał, próbując równocześnie pilnować tyłów i mieć na mnie oko. Cała trójka drżała albo się pociła, zapewne w wyniku szoku.

No tak. Ludzie. Ludzie z potrzebami. Młodociany człowiek Mensah oraz dwójka nowych ludzi, wszyscy ewidentnie ranni.

Musisz się ogarnąć, Mordbocie.

- Wiecie, ile jest celów na pokładzie? - zapytałom.

- Celów? - powtórzył Ras.

- Jemu chodzi o szarych ludzi - wyjaśniła Amena, zaciskając wargi po obciążeniu uszkodzonej nogi.

- Widziałam pięcioro, ale nie wiem, czy to wszyscy - powiedziała Eletra.

- Przynajmniej pięcioro - zgodził się Ras. - Mają dużo tych botów, dronów, czy co to jest. Powinniśmy spróbować się dostać do maszynowni. Powiedz swojej jednostce ochroniarskiej...

- Już mówiłam, ona mnie nie słucha - z irytacją rzuciła Amena.

Zidentyfikowałom już łącznie sześć celów, z których trzy wciąż były aktywne (w całkowitej liczbie uwzględniając trzy krwawo zabite), więc informacje od ludzi były bezużyteczne. (Zero zaskoczenia). Rozstawiłom drony zwiadowcze przed nami w chmurę i posłałom je z funkcjami skanowania podciągniętymi na maksimum.

Zwiadowca Dwa pokazał, że Cele Cztery, Pięć i Sześć przestały bezskutecznie grzebać przy włazie. Pośpiesznie przerabiały swoje pancerze ochronne, przesuwając płyty i zmieniając konfigurację hełmów, tak by osłaniały całe twarze. To będzie problem. Siedem dronów do zabicia dwóch celów to przesada (choć jeden cel był ranny już wcześniej. Powiedzmy, siedem do zabicia jednego celu i pół), zwłaszcza przy mojej ograniczonej puli dronów. Nie miałom rzeczywistych danych dotyczących tego, na ile skuteczny był ich pancerz jako osłona przed dronami, a próba zdobycia tej informacji mogła oznaczać zmarnowanie kolejnej drużyny.

Potrzebowałom dronów jako systemu wczesnego ostrzegania przed dronami celów, które z Systemem Kontrolnym Celów mogły stanowić zagrożenie dużo większe niż podatne cele. Na dodatek w ciągu ostatnich dziewięćdziesięciu siedmiu sekund znikły trzy moje zwiadowcze drony w głównej sekcji pokładu sterowania DTB, co znaczyło, że napotkały zamaskowane drony celów. Traciłom wzrok w reszcie statku, co zdecydowanie nie było idealną sytuacją. Generalnie robiło się nieprzyjemnie. Zgadzał się z tym nawet mój moduł oceny ryzyka, a wiedziałom przecież, ile jest warta jego opinia.

Dotarliśmy do włazu prowadzącego do sekcji z kabinami i przeszłom przez niego, żeby wpuścić ludzi, a potem wcisnęłom ręczną blokadę. Właz opadł, a ja wydłubałom panel i użyłom broni energetycznej w prawym przedramieniu do stopienia kilku kluczowych elementów.

- Czemu ona to robi? - zapytał za moimi plecami Ras.

- Czemu to robisz? - zapytała Amena po chwili tępego patrzenia na niego.

Sprawdzenie planu DTB pozwoliło mi wybrać kilka punktów dostępu. Mogłom odciąć sekcję mieszkalną - obejmującą kwatery, ambulatorium, kantynę, sale edukacyjne i rekreacyjne - od reszty statku dzięki zablokowaniu dwóch kolejnych włazów. To nie był najlepszy wybór, ale próba przejścia do maszynowni lub modułu laboratoryjnego obecnie nie była wykonalna, a ludzie potrzebowali dostępnych tu zapasów. Liczyłom na to, że drony celów nie dysponują manipulatorami, które pozwoliłyby im naprawić włazy. Mogły to zrobić same cele, ale dostanę ostrzeżenie i będę miało czas dotrzeć tam jako pierwsze. (Cele mogły dostać się do nas również przez zewnętrzny właz, ale to wymagało przejścia po kadłubie w skafandrach próżniowych podczas przelotu tunelem podprzestrzennym, a sądząc po tym, co widziałom w programach rozrywkowych, to był zły pomysł).

- Próbuję stworzyć bezpieczną strefę.

- Próbuje stworzyć bezpieczną strefę - powtórzyła Amena po odwróceniu się do Rasa.

Kiedy patrzył to na nią, to na mnie, przeszłom obok i ruszyłom w głąb korytarza. Wtedy na skrzyżowaniu korytarzy z przodu z mojej formacji zwiadowczej równocześnie znikły trzy drony. Rzuciłom się do przodu, przeturlałom do skrzyżowania i strzeliłom do dwóch czekających tam dronów celów z lewej broni energetycznej. Jeden padł na pokład, a drugi zachwiał się w powietrzu. Zerwałom się na nogi i walnęłom nim o ścianę.

Mój dron Zwiadowca Dwa w holu przed obszarem sterówki zarejestrował, że cele znowu dobijają się do zamkniętego włazu. Czy myśleli, że my - albo ktoś inny - znajduje się w środku? Do rozmów między sobą nie używali translatorów, więc nie rozumiałom, co mówią.

Poleciłom chmurze dronów lecieć dalej korytarzem w stronę ambulatorium, żeby upewnić się, że droga jest czysta.

- Szybciej - rzuciłom do ludzi. Nikt nie protestował i pokuśtykali za mną pośpiesznie.

Prosto przez dwa skrzyżowania, potem skręt i znaleźliśmy się na miejscu. Platforma systemu medycznego była cicha i nieaktywna, z systemem chirurgicznym złożonym w sufit, bez żadnego śladu dronów medycznych. Dziwnie było (nie w złym sensie, po prostu dziwnie) znowu zobaczyć to miejsce. Tu właśnie DTB wprowadził zmiany mojej konfiguracji, by pomóc mi udawać człowieka, i tu uratował moją klientkę Tapan.

Uch, emocje.

Sprawdziłom miejsce, skanując ubikację i prysznic, kostnicę oraz wszystkie pozostałe zamknięte obszary, upewniając się, że nie było tam dronów celów ani żadnego nieznanego jeszcze czającego się zagrożenia. Ludzie stali na środku pomieszczenia i mnie obserwowali.

- Zostańcie tutaj - poleciłom po zakończeniu kontroli. Zostawiłom jednego drona w celu utrzymania połączenia przez strumień z Ameną i wyszłom, zamykając za sobą właz.

Chmurę dronów posłałom przodem i pobiegłom za nią, kierując się w stronę włazu na drugim końcu modułu. Jeśli cele domyśliły się, co robię, ten właz znajdował się najbliżej holu przed pomieszczeniami mostka, gdzie wciąż byli zgromadzeni.

Po dotarciu do wymagającego zamknięcia włazu zaryzykowałem spojrzenie w głąb krótkiego korytarza do następnej sekcji. Moja tkanka organiczna wykryła ruch i wdusiłom zwolnienie włazu, żeby go zamknąć. Zaspawałom sterowanie ręczne, zostawiłom drona na straży i ruszyłom do ostatniego wejścia.

W ambulatorium ludzie wciąż stali w grupce.

- Potrafisz powiedzieć, co to robi? - wyszeptała Eletra.

- Odcina włazy, jak zapowiedziało - wyjaśniła Amena.

Ras wyglądał na sfrustrowanego i zniecierpliwionego, ale nie próbował się spierać.

Trzeci właz prowadził do sekcji będącej alternatywną drogą do modułu maszynowni. Ten był już zamknięty i zapieczętowany, ale i tak stopiłom sterowanie ręczne. Straciłom wszystkie oprócz czterech dronów w pozostałej części statku: jeden (Zwiadowca Jeden) wciąż był zamknięty w pomieszczeniu z dwoma trupami przed mostkiem. Zwiadowca Dwa tkwił na suficie holu, obserwując cele zebrane przy zamkniętym włazie, a Trzy i Cztery schowały się pod wspornikami ożebrowania w pobliskich korytarzach.

Skierowałom się z powrotem do ambulatorium, pozwalając chmurze moich ocalałych dronów nieco się rozproszyć. Niektóre moje części bolały na tyle, że musiałom zmniejszyć czułość receptorów bólu. W korytarzu przed ambulatorium podzieliłom drony na dwie grupy i ustawiłom je na jego przeciwnych końcach. Musiałom skontrolować tę sekcję i upewnić się, że nie uwięziłom nas tam z niczym, ale były rzeczy, których chciałom/musiałom się dowiedzieć wcześniej.

- Co się dzieje? - zapytał Ras, gdy weszłom do środka. Zerknął na Amenę, wciąż niepewny, z kim powinien rozmawiać. - Jesteśmy tu bezpieczni?

Znałom standardową liczebność załogi DTB: sama kadra oficerska obejmowała przynajmniej osiem osób, do tego zmienna grupa instruktorów i studentów. Wcześniejsza krótka kontrola wykazała brak śladów, by ktoś niedawno był leczony w ambulatorium, a w chłodni nie znalazłom żadnych ciał. Co było dobre, tylko że ciała można było wyrzucać w przestrzeń. Wiedziałom, jakie DTB miałoby do tego podejście.

- Gdzie jest załoga tego statku? - zapytałom.

Ras znowu spojrzał na Amenę.

- Myślałam, że oni są załogą - odpowiedziała dziewczyna, marszcząc brwi.

- Nie - rzuciła Eletra. Ona też wydawała się zmieszana. - Nasz statek był transportowcem Barish-Estranza.

Amena obróciła się do Rasa i Eletry.

- To gdzie jest załoga tego statku?

Ras z irytacją pokręcił głową.

- Słuchaj, widzę, że jesteś młoda. Zgaduję, że tej jednostce ochroniarskiej polecono cię chronić, ale...

Amena prychnęła szyderczo.

- Ona mnie nawet nie lubi.

Muszę przyznać, że chwilowo miałom dość całego pomysłu ludzi, ale to akurat było niesprawiedliwe, bo to ona mnie znielubiła jako pierwsza.

- To wszystko będzie dużo prostsze, jeśli polecisz temu wykonywać nasze rozkazy - znowu spróbował Ras.

Eletra przytaknęła.

- Tak będzie najlepiej. Nie wygląda na to, żebyś wiedziała, jak to kontrolować...

Amena ze złością machnęła rękami.

- Słuchajcie, to nie...

Zrozumiałom, że muszę ustanowić pewne parametry opera-cyjne.

Przeszłom przez salę, chwyciłom Rasa za przód bluzy mundurowej i siłą posadziłom go na platformie medycznej.

- Odpowiedz na moje pytanie - powiedziałom.

Eletra za mną drgnęła i się cofnęła.

- Jednostko ochroniarska! - krzyknęła Amena. - Moja mama się zezłości, jeśli go skrzywdzisz!

Och, no proszę, próbujemy takiej taktyki.

- Wyraźnie nie masz pojęcia, jakimi uczuciami twoja mama faktycznie darzy korporacyjnych.

- Nie wiemy, gdzie jest załoga! - pośpiesznie zapewniła Eletra. - Ras, powiedz temu, że nie wiemy.

- Nie wiemy! - chrapliwie potwierdził Ras.

- Czy to prawda, czy tylko wersja, której się trzymacie? - za-pytałom.

- Prawda - rzekł Ras. - Nie wiemy, co się z nimi stało.

- Naprawdę nie wiemy - dodała szybko Eletra, by mnie przekonać. - Od czasu sprowadzenia nas na pokład nikogo nie widzieliśmy. Tylko tych... ludzi.

Puściłom Rasa, który pośpiesznie się ode mnie oddalił, uciekając do Eletry po drugiej stronie pomieszczenia. Jego twarz zdradzała strach i niedowierzanie.

- Przestań być taki wredny - syknęła do mnie Amena.

Przyciszyłom głos i odezwałom się całkowicie normalnie, wcale nie jakbym było poruszone.

- Próbuję utrzymać was przy życiu.

- Doceniam to, ale... - Zmrużyła oczy, patrząc na mnie. - Wyglądasz bardzo źle. Na pewno nic ci nie jest? Ten dron bardzo mocno cię uderzył.

No cóż, akurat z tym chwilowo nic nie mogłom zrobić.

- Musisz się zająć swoją nogą - odparłom. - Ale nie aktywuj systemu medycznego. Był kontrolowany przez... - zapomniałom na prawie dziesięć sekund - przez bota pilotującego. Został sprzeniewierzony, zanim został... zniszczony, bo sam pozabijałby intruzów. Coś wciąż kieruje tym statkiem, zabrało nas do tunelu podprzestrzennego i cokolwiek to jest, może przejąć kontrolę nad systemem medycznym.

Amena rzuciła niespokojne spojrzenie na cichą platformę medyczną. To samo zrobili Ras i Eletra.

- Nie wiedziałam, że boty pilotujące mogą zabijać ludzi.

- Są niemal równie niebezpieczne jak ludzie. - Wiem, ze wszystkich powodów do kłótni, które mogłom teraz wybrać, ten mieścił się w pierwszej piątce najbardziej bezsensownych.

Amena posłała mi zdziwione i gniewne spojrzenie.

- Dobrze, żadnego systemu medycznego. Gdzieś tu musi być jakiś sprzęt medyczny do stosowania ręcznego.

- Użyj jednego z zestawów awaryjnych z tej szafki. Ja muszę skończyć sprawdzanie tej sekcji. - Zostawię ci trochę dronów, dodałom w naszym prywatnym strumieniu. Wydzieliłom z chmury grupę ośmiu i poleciłom im z nią zostać.

Szerzej otworzyła oczy i się zawahała. Przez trzy sekundy nie rozumiałom powodu. Nie bała się, gdy chwyciłom Rasa, wyraz jej twarzy sugerował bardziej irytację niż cokolwiek innego. Potem dotarło do mnie, że nie chce, bym się od niej oddalał. Ostro wciągnęła powietrze.

- W porządku. - Dobrze, drony, dodała w strumieniu. Właśnie tego zawsze chciałam.

Mogłom odpowiedzieć: "Nie mów, że nigdy ci niczego nie dałom" i moglibyśmy się powymieniać podobnymi pocieszającymi sarkastycznymi tekstami, jak w jednym z moich seriali, ale to wszystko działo się w obecności trupa DTB i nic nie wydawało się pocieszające. Będę w kontakcie, zapewniłom tylko.

Wyszłom, kierując się w stronę kabin mieszkalnych. Zwiadowca Dwa w holu przed obszarem sterówki wciąż obserwował pełną zmieszania/pobudzenia rozmowę prowadzoną przez cele. Chwila, znowu coś się zmieniło w ich hełmach. Cofnęłom wideo i zobaczyłom ten moment: kolor zmienił się z nijakiego szaro-niebieskiego na taki sam wzorzysty materiał maskujący jak u dronów celów. Cele zauważyły, gdy do tego doszło, wskazując siebie nawzajem i komentując, ale chyba nie było to dla nich zaskakujące ani niezwykłe.

Kolejna aktualizacja zabezpieczeń ze strony Systemu Kontrolnego Celów. Tego mi było, do cholery, potrzeba. Celowanie przez drony stało się kompletnie bezużyteczne. Na szczęście aktualizacja nie została - czy też zapewne nie mogła zostać - załadowana do reszty ich pancerzy. Tylko że opcja zabójczych uderzeń dronów mogła zostać całkowicie wyeliminowana.

Zastanawiałom się, czemu cele ciągle dobijały się do włazu. Jeśli Cele Jeden i Trzy mogły zostać ożywione, Zwiadowca Jeden nie zarejestrował żadnych oznak czegoś takiego.

Hm. W zależności od tego, w jaki sposób System Kontrolny Celów zbierał dane od dronów celów, w jaki sposób rejestrowały i przesyłały wideo, trzy pozostałe cele mogły tak naprawdę nie wiedzieć, co stało się z Celami Jeden, Dwa i Trzy. Wiedziały, że Amena i ja zostaliśmy sprowadzeni na pokład, musiały wiedzieć. A jednak wydawały się skupiać na zamkniętym obszarze sterówki. Nie poszły do salonu, w którym wciąż znajdowało się ciało Celu Dwa. Może pomimo dronów celów i aktualizacji Systemu Kontrolnego Celów nie miały dostępu do danych monitorowania? System Kontrolny Celów ewidentnie wiedział, że cele zostały zabite przez uderzenia fizyczne, bo nie zakodowałby aktualizacji... czy nie udostępniał tych informacji celom?

Wiem, to był dziwny pomysł. Ale jeśli słuszny, stanowił kolejny dowód na potwierdzenie teorii, że cele nie miały niemal żadnego dostępu do większości pokładowych systemów DTB, choć System Kontrolny Celów sterował statkiem i zapewne kontrolował uzbrojenie. Choć DTB nie miał dostępnych przez strumień kamer monitoringu jak zwykły transportowiec.

DTB.

Przygotowałom prosty kod do testów penetracyjnych i uruchomiłom go w tle na wszystkich kanałach, na których spodziewałom się możliwej aktywności dronów celów.

Zamierzałom wedrzeć się do Systemu Kontrolnego Celów i zrobić mu straszne rzeczy.

A jeśli cele do tego stopnia nie miały pewności odnośnie do tego, co się stało i gdzie jesteśmy, to mogłom to wykorzystać. Rozpoczęłom kolejny proces wyciągania nagrań audio z mojego archiwum. (Gdybym w tej chwili miało plan, którego nie miałom, obejmowałby sporo przeciągania. Byliśmy teraz w tunelu podprzestrzennym i niezależnie od tego, jaki był nasz cel, dotarcie gdziekolwiek zajmie przynajmniej kilka cykli dobowych, prawdopodobnie więcej, potencjalnie dużo więcej. Do tego czasu musiałom przejąć kontrolę nad statkiem DTB).

W ambulatorium moje drony obserwowały, jak Eletra wyciąga z szafki zestaw awaryjny. Amena usiadła ciężko na ławce, a Eletra otwarła zestaw.

Ras zerknął czujnie na moje drony w formacji otaczającej górną część pomieszczenia.

- Ta... twoja jednostka ochroniarska naprawdę nas ochroni? - zapytał.

- Jasne - potwierdziła Amena, rozproszona podawaniem jej przez Eletrę pakietu na ranę.

Eletra z jękiem ulgi otworzyła pojemnik z lekami.

- Ból pleców mnie zabija. Pozwolili nam wziąć batony proteinowe z zestawu awaryjnego, ale żadnych leków ani niczego innego.

- To należy do twojej rodziny? - nie odpuszczał Ras.

- Nie, nic takiego nie powiedziałam. - Amena owinęła pakiet na rany wokół uszkodzonej nogi, a potem niemal się przewróciła, gdy wstrzyknął leki przeciwko wstrząsowi i bólowi wprost przez rozerwane spodnie.

Powiedz im, że zostałom zakontraktowane przez wyprawę badawczą Pielęgnacji.

- Jest na kontrakcie dla wyprawy badawczej Pielęgnacji. - Amena dźwignęła się z powrotem. To prawda, więc czemu mówisz mi to, jakbym miała powiedzieć kłamstwo?

Bo dla nich "zakontraktowane" znaczy coś zupełnie innego. W Sojuszu Pielęgnacji znaczyło to, że zgodziłom się wykonywać pracę dla wyprawy badawczej przez określony czas w zamian za wynagrodzenie. W Rubieży Korporacyjnej oznaczałoby to, że wyprawa wynajęła mnie od właściciela, tak samo jak wynajmuje się budynki bazy czy pojazd lądowy, tylko że ludzie zwykle dość życzliwie myślą o swoich bazach i pojazdach.

Ras wydał się zmieszany odpowiedzią Ameny, więc zmienił temat.

- Potrzebujemy czegoś, co zniszczy te drony. - Zaczął grzebać w zestawie ratunkowym i wyciągnął pojemnik środka gaśniczego. - To może się nadać.

Eletra osunęła się, siadając na podłodze. Zaoferowała Amenie pojemnik medyczny.

- Nie sądzę, żebym słyszała kiedyś o Wyprawie Pielęgnacji. To jakaś spółka-córka innej korporacji czy...?

Kiedy Amena wyjaśniała Eletrze pojęcie niekorporacyjnej jednostki politycznej (inaczej państwa, i że wiele z nich prowadziło badania, miało stacje, miasta i tak dalej, więc nie byli tylko krzyczącymi wzajemnie na siebie ludźmi w opaskach biodrowych), dotarłom do kabin i rozpoczęłom szybkie przeszukiwanie. Niektóre z nich ewidentnie nie były używane, głównie te z wieloma pryczami, przeznaczone dla studentów. Łóżka wciąż były poskładane w ścianach i nigdzie nie zobaczyłom rzeczy osobistych, jak ostatnio, kiedy tu byłom. W innych kabinach widać było ślady niedawnego zamieszkania: rozstawione łóżka i meble, pościel na miejscu, ale w nieładzie, do tego w różnych miejscach ubrania i rzeczy osobiste. Jakby załoga dopiero co tu była, ale wyszła chwilę przed tym, zanim tam zajrzałom. Brak tu było jakiegokolwiek ruchu poza systemem wentylacji poruszającym frędzlami na ozdobach ściennych.

Wciąż żadnych śladów ciał. Nie mów korporacyjnym, że jesteś córką doktor Mensah, wysłałom Amenie.

Nie jestem głupia, odpowiedziała. Od wyjaśniania istoty Pielęgnacji przeszli do wymiany faktycznych informacji, włącznie z imionami, oraz omawianiem tego, co się tu, u diabła, dzieje.

- Ten statek zaatakował nas zaraz po tym, jak wyszliśmy z tunelu podprzestrzennego - powiedziała Amena. - A jak wy trafiliście na pokład?

- Nas też zaatakował. Lecieliśmy transportowcem zaopatrzeniowym, jednostką pomocniczą głównego statku wyprawy badawczej, gdy ta jednostka zaczęła do nas strzelać. Uciekliśmy promem, a potem ściągnięto nas na pokład. Przynajmniej myślę, że to właśnie się stało. - Eletra odsunęła włosy do tyłu, wyglądała na wyczerpaną. - Zrobili coś, co w promie pozbawiło nas przytomności. W jednej chwili byliśmy tam, w następnej leżeliśmy na pokładzie tego statku, a ci szarzy ludzie z nas się śmiali. Nie wiem, co stało się z pozostałymi.

Zaciekawiło mnie, czy prom nadal jest na pokładzie. Czy są tu promy DTB. Bez dostępu do systemów statku nie mogłom tego sprawdzić inaczej niż osobiście, jakbym nie miało już dość rzeczy do zrobienia. A skoro o tym mowa, wywołałom Zwiadowcę Jeden, wciąż uwięzionego na mostku/sterówce i poleciłom mu przeprowadzić systematyczny skan wszystkich dostępnych aktywnych ekranów.

- Nie wiemy, czemu nas porwali - dorzucił Ras. - Zamknęli nas w kabinie i zostawili samym sobie. Nie wiemy, czego chcą, niczego nam nie mówili.

- Statek badawczy był dużo szybszy - wtrąciła Eletra. - Mógł uciec.

- Myślę, że nasz statek-baza uciekł - skomentowała Amena. - Jednostka ochroniarska próbowała nas na niego dostarczyć, ale oni nas przechwycili i ściągnęli do swojej śluzy.

W DTB było za dużo miejsc, których jeszcze nie przeszukałom, gdzie można było złożyć ciała załogi.

Może oglądałom za dużo multimediów, bo w pustych korytarzach, gdy mijałom niedawno używane pokoje, nachodziła mnie wizja znalezienia w takim stanie domu kempingowego rodziny Mensah. Pustego, bez ludzi, tylko ich pozostawione rzeczy i żadnego śladu w strumieniu, bez kamer, bez możliwości ich odnalezienia.

To nie była pora na idiotyczne zachowania.

- Jest tu jakieś jedzenie i woda? - zapytała Eletra. Oparła głowę między dłońmi. - Mam straszny ból głowy.

Ras, krzywiąc się, podniósł się na nogi.

- Tam jest łazienka z kranem.

W następnym zestawie kabin zaczęłom znajdować anomalie. Byłom prawie pewne, że jedna z kabin była tą, w której zamknięto Rasa i Eletrę. Na pryczy leżała wymięta bluza pasująca do ich mundurów. W kabinie nie było łazienki, ale nie śmierdziało tam tak źle, jakbym się spodziewało. (Ludzie uwięzieni przez wiele cykli bez dostępu do wody i urządzeń sanitarnych zwykle zostawiają po sobie wyraźniejsze ślady). Cele musiały ich okresowo wypuszczać.

Zakończył się proces, którego zadaniem było wybranie fragmentów dźwiękowych (serii rozmów między dwoma moimi ulubionymi postaciami Księżycowej ostoi). Usunęłom muzykę i efekty, przyciszyłom i połączyłom kawałki w ścieżkę trwającą godzinę i dwadzieścia dwie minuty, a potem przesłałom ją Zwiadowcy Jeden w zamkniętym obszarze sterowania. Zaczął odtwarzać nagranie. Zbudowałom zapytanie wyszukiwania rozmów, w których dwie postacie szeptały albo rozmawiały przyciszonymi, poruszonymi głosami. Efekt był jeszcze lepszy ze Zwiadowcą Jeden, wędrującym po pomieszczeniu i szukającym danych na powierzchniach ekranowych.

Dalej przeszukiwałom kwatery. Uznałom, że cele musiały też używać kabin (raczej nie wyglądały na istoty, które szanowałyby przestrzeń osobistą innych), ale pierwszą oznaką, że mam rację, był dziwny zapach. Miejsca zajmowane przez ludzi mają skłonność do wonienia jak brudne skarpety, nawet gdy są czyste. Jednak ten zapach był dziwnie... rolniczy, jak podłoże hodowlane stosowane w systemach produkcji żywności.

Według Zwiadowcy Dwa w holu przed pomieszczeniami sterowania wszystkie cele stały teraz z hełmami przyciśniętymi do włazu, próbując usłyszeć prowadzoną wewnątrz rozmowę.

Pomimo wszystko było to odrobinę zabawne.

- Czyli wy też byliście na wyprawie badawczej? - zapytała Amena. Słyszałem, że próbuje zadać to pytanie niedbałym tonem, ale dla pozostałych ludzi mogło to nie być tak oczywiste.

- Nie. No, w pewien sposób - odpowiedział Ras. Napełnił trochę pojemników wodą z kranu w łazience i przyniósł je grupie. - To było odzyskiwanie.

- Próba odzyskania - skorygowała Eletra. Wypiła większość wody ze swojego pojemnika i wytarła usta. - Naszemu działowi przypadła praca nad zagubionymi osadami. - Zawahała się. - Nie jestem... To informacje firmowe...

- Jestem młodszą stażystką wyprawy i nawet nie jestem obywatelką Rubieży Korporacyjnej - przypomniała Amena. - Nikomu nie powiem.

Ras wydawał się nie mieć takich zahamowań jak Eletra.

- Przydzielono nam zadanie odzyskania planety nadającej się do życia. W jednym z systemów zmapowanych przed powstaniem Rubieży Korporacyjnej. Wiesz o nich?

- Oczywiście. - Amena zmarszczyła brwi w zmieszaniu.

Ja też tego nie rozumiałom. Moje moduły edukacyjne mają dziury, przez które może przelecieć okręt, ale z programów rozrywkowych wiedziałom, że przed Rubieżą Korporacyjną prowadzono badania eksploracyjne. (Wbrew próbom ich opatentowania, korporacje tak naprawdę wcale nie wymyśliły kosmosu i planet).

Eletra poprawiła się, skrzywiła, a potem wciągnęła powietrze.

- Lokalizacje wielu systemów utracono przed opracowaniem technologii stabilizacji tuneli podprzestrzennych, ale naukowcy czasami odnajdują je w zrekonstruowanych bazach danych. Jeśli korporacja odnajdzie lokalizację planety, może zarejestrować swoje prawo własności do niej, a potem ustanowić na niej kolonię.

- Sporo spekulowano na ten temat czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu - kontynuował Ras. - Oczywiście dużo korporacji także przeinwestowało i zbankrutowało z tego powodu, a kolonie przepadły.

- Przepadły? - Sądząc po wyrazie twarzy Ameny, już zrozumiała, ale wcale jej się to nie podobało. - Chcesz powiedzieć, że kolonie porzucono, że osady z pierwszymi kolonistami pozostawiono samym sobie?

Teraz i ja zrozumiałom. Takie rzeczy pojawiały się w historycznych programach fabularnych i dokumentalnych. Planeta została osiedlona przez ocalałych z kolonii, którą porzucono, i zaczęła upadać po odcięciu zaopatrzenia. W przypadku Pielęgnacji dotarł tam na czas niezależny statek i zdołał zabrać kolonistów na bardziej nadającą się do kolonizacji planetę.

(Ta historia była bardzo popularna w programach Pielęgnacji. Zawsze pojawia się tam bardzo dramatyczne przemówienie kapitan Consueli Makeby o tym, że nie zostawi na śmierć ani jednej osoby. Na ścianie w biurze Mensah znajduje się ekran, który wyświetla sceny z najbardziej popularnych wersji).

(Gdyby kolonia obejmowała jednostki ochroniarskie, zapewne istniałby bardzo ważny powód, dla którego wszystkie musiałyby zostać na umierającej planecie).

(Tak naprawdę w to nie wierzę).

(Czasami wierzę).

- Odzyskiwanie utraconych kolonii to teraz dobry interes - dodał Ras. Dopił swoją wodę i odstawił pojemnik. - Sprzęt do terraformacji zwykle wciąż jest na miejscu, tak jak bazy mieszkalne oraz inne zasoby do wykorzystania.

Amena przybrała kamienny wyraz twarzy. Udała, że musi poprawić swój pakiet opatrunkowy, żeby nie patrzeć na nich.

- To co, znaleźliście utraconą kolonię?

- Zostaliśmy zaatakowani w drodze tam - przyznała Eletra.

Znalazłom większą kabinę wyglądającą, jakby została celowo zdewastowana. Na podłodze leżały podeptane ubrania, w tym błękitne mundury załogi DTB. Środki higieniczne pootwierano i wyrzucono lub rozsmarowano po całej łazience. Kilka statycznych dzieł sztuki lub holograficznych odbitek ludzi grających na instrumentach muzycznych rzucono na podłogę i zniszczono. Ktoś próbował zniszczyć powierzchnię ekranową, ale mu się to nie udało i unosiła się na boku, wciąż wyświetlając statyczny obraz dwóch mężczyzn, nie młodych, może w wieku Mensah lub starszych, ale nie potrafiłom określić nic więcej. (Nie radzę sobie z oceną wieku ludzi).

Jeden miał ciemną skórę i żadnych włosów z przodu głowy, a drugi jaśniejszą i krótkie białe włosy. Obaj uśmiechali się do kamery z wytłoczoną wersją logo DTB na ścianie za nimi. Mogłom ich wyszukać w moim archiwum załogi DTB, ale nie chciałom.

Poczułom, że coś narasta mi w piersiach. Wywołałom nagranie rozmów z DTB i posłuchałom, jak mówi "moja załoga". Dostatecznie straszne było to, że zginął DTB, niesprawiedliwe było to, że zginęli również ludzie, których tak bardzo kochał.

Chciałom znaleźć kolejną grupę śmierdzących algami, zadzierających nosa dupków i zabić każdego na śmierć.

Nagły pięcioprocentowy spadek niezawodności działania sprawił, że zachwiały mi się kolana i oparłom się o właz kabiny. Przez dwanaście sekund dobrym pomysłem wydawało się osunięcie na podłogę i zostanie na miejscu.

Ale powinnom wrócić do Ameny.

Zresztą po tym, jak w pomieszczeniu szalały cele, podłoga była dość obrzydliwa.

Rozmowa w ambulatorium znowu dotyczyła mnie. (O rety).

- Naprawdę powinnaś uważać - mówiła Eletra. - Mam wrażenie, że ta jednostka ochroniarska została zmodyfikowana, by mniej przypominała bota, ale to nie zmienia jej programowania.

- Mhm - wydobyła z siebie Amena, nie patrząc na nią i wciąż grzebiąc przy pakiecie opatrunkowym na nodze.

- Na pewno myślisz, że to próbuje cię ochronić... - dorzu-cił Ras.

- Nie próbuje - surowo rzuciła Amena. - Chroni mnie.

- Ale na nich nie można polegać - upierał się Ras. - To przez ludzką tkankę nerwową.

Cóż, miał trochę racji.

- Potrafią się buntować i atakować zakontraktowanych właścicieli oraz personel pomocniczy - dodał Ras.

Amena zagryzła wargę i zmrużyła oczy w sposób zdradzający, że tłumi emocję, ale nie potrafiłom stwierdzić jaką.

- Ciekawe czemu - odpowiedziała bezbarwnym głosem.

Po drodze do ambulatorium przeszłom przez kantynę i sale wykładowe oraz zajrzałom do magazynu z zaopatrzeniem i zabrałom z niego przygotowaną torbę z racjami ratunkowymi. Mieli tam mnóstwo zaopatrzenia na potrzeby badań planetarnych, co trochę mnie zdziwiło w przypadku statku, którego głównym zadaniem było opracowywanie map gwiezdnych, uczenie i przewożenie towarów.

Skręcając w korytarz, stuknęłom strumień Ameny, dając jej znać, że wracam, i zaczęłom przeglądać swoje archiwum, porównując czas spędzony wcześniej na pokładzie DTB z tym, co zobaczyłom teraz. Czy ja tak właściwie wiedziałom, co robił DTB i jego załoga? Nigdy nie pomyślałom, żeby o to zapytać, "badania głębokiego kosmosu" wydawały się czymś nudnym. Niemal równie nudnym jak pilnowanie sprzętu górniczego.

- Miałaś szczęście, że nie zbuntowała się przeciw tobie, gdy byłaś trzymana na tym statku - mówiła w ambulatorium Eletra. - Musiałaś tu być trzymana w zamknięciu przez wiele dni.

Chwila, co? Świetnie, czy ludzie mieli problemy z odbieraniem rzeczywistości? Nawet większe niż zwykłe ludzkie problemy z jej przyswajaniem? Tylko tego mi brakowało. Amena będzie musiała sobie z tym poradzić, bo ja byłom zajęte.

Dziewczyna też była zdumiona.

- Nie, skąd, dopiero tu trafiliśmy. Raptem chwilę temu, tuż zanim szarzy ludzie zaciągnęli mnie do tamtej sali.

Ras potarł twarz, albo w celu zamaskowania miny, albo faktycznie nie czuł się dobrze. Eletra spojrzała z litością.

- Chyba coś ci się pomieszało.

Amena znowu przybrała sztuczny wyraz twarzy, ale pokręciła głową.

- Słuchajcie, jednostka ochroniarska wraca, więc musicie przestać mówić te wszystkie rzeczy o niej. Wiem, że w to wierzycie, ale nie chcę tego słuchać. Myślę, że może wszyscy nie myślimy jasno, bo...

Może obserwowanie kosmosu i uczenie młodych ludzi obserwowania kosmosu nie było wszystkim, co robiła załoga DTB. Może DTB tylko pozwolił mi tak myśleć.

No dobrze, czyli miałom informacje z dronów w ambulatorium, ale nie zwracałom na nie uwagi. Szukałom obrazów zapasów w magazynach do porównania z bieżącymi i stwierdzenia nieprawidłowości, brakujących elementów albo innych wskazówek, więc miałom tylko 1,4 sekundy ostrzeżenia, gdy przeszłom przez właz i Ras do mnie wystrzelił.

Jak na człowieka świetnie celował.

Rozdział szósty

Na szczęście to była broń energetyczna, a nie pociskowa do niszczenia głów jednostek ochroniarskich.

I tak kurewsko bolało. Szarpnęłom się i walnęłom w bok włazu (au), a potem skoczyłom w bok, żeby uniknąć drugiego strzału. Tylko że go nie było, bo Ras machał rękami zamiast celować. Amena skoczyła mu na plecy i próbowała go udusić. (To była dobra próba, ale nie udało się jej założyć dźwigni, żeby mocno docisnąć przedramieniem).

- Stójcie! - krzyczała i machała rękami Eletra. - Co wy robicie?! Stójcie!

Szczerze mówiąc, była to najrozsądniejsza rzecz, jaką usłyszałom od ludzi od wielu godzin. Powiedziało mi to też, że nie był to planowany atak, co powstrzymało mnie przed posłaniem drona w twarz Rasa. (Zresztą drony zaczynały mi się kończyć).

To wszystko brzmi spokojnie, ale wcale takie nie było. Wydawało mi się, że kontroluję sytuację (tak trochę kontroluję, dobra?, proszę bez śmiechu), a potem nagle zdarzyło się coś takiego.

Odepchnęłom się od włazu i podeszłom, aby podnieść upuszczoną przez Rasa broń. Wyglądała podobnie lub wręcz była tą cylindryczną bronią upuszczoną przez Cel Dwa po użyciu przeciw mnie. Ras musiał ją podnieść, gdy moją uwagę odwróciło załamanie emocjonalne. (Tak, to był wielki błąd). Spowodowała ból tkanki organicznej, ale nie zakłóciła moich procesów, więc wiedziałom, że będzie bezużyteczna przeciwko dronom celów. Choć przynajmniej powinna być skuteczna przeciwko celom. Schowałom ją do kieszeni bluzy, a potem podeszłom, kopnęłom Rasa w tył kolana i złapałom Amenę w talii. On wylądował na podłodze, a ją postawiłom na nogi.

Dziewczyna była niemal równie rozzłoszczona jak ja.

- Co ci odbiło?! - krzyknęła do Rasa. Zerknęła na Eletrę, która zrobiła gest świadczący o bezradności i niezrozumieniu. Gdyby Ras planował zaatakowanie mnie, mógł przynajmniej ostrzec wcześniej Eletrę, żeby nie stała obok.

- Nie możesz ufać... nikomu z nich! - wykrzyknął Ras po wstaniu z podłogi. - To może być ktokolwiek z nich... Oni ich kontrolują... - Zatoczył się, odsuwając się od nas. Miał nieostry wzrok. - Wy nie... żadne z nich...

Wściekła twarz Ameny zrobiła się zmieszana.

- Żadne z kogo?

To było dobre pytanie. Widziałom ludzi robiących irracjonalne rzeczy (mnóstwo irracjonalnych rzeczy) i napotykałom sytuacje, w których zachowywali się w sposób w najlepszym razie dający efekt przeciwny do zamierzonego. (Powiedzmy tak: to nie był pierwszy raz, gdy zostałom postrzelone w głowę przez człowieka, którego próbowałom chronić). Jednak jego zachowanie było dziwne, nawet biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej fizycznie go wystraszyłom.

Eletra skrzywiła się i przyłożyła dłoń do głowy.

- Ras, to nie ma sensu, co... - Potem przewróciła oczami i padła nieprzytomna.

Amena spróbowała ją chwycić, a potem odskoczyła, gdy Ras także padł na podłogę. Wtedy Eletrę ogarnęły drgawki. Amena rzuciła się na podłogę, próbując podtrzymać głowę kobiety. Ras leżał całkowicie bezwładnie.

Amena rozejrzała się gorączkowo. Ja też nie bardzo wiedziałom, co robić.

- Wzięli jakieś leki z zestawu ratunkowego - powiedziała. Szybkim ruchem głowy wskazała zestaw i stojący obok niego pojemnik. - To powinny być leki przeciwbólowe... Czy mogli się zatruć?

To nie była zła sugestia, ale jeśli to było coś w lekach, to spodziewałobym się, że reakcja obejmowałaby płyny fizjologiczne i byłaby dużo bardziej obrzydliwa. Ameny to nie dotknęło, więc nie było to nic przenoszonego przez kontakt ani system powietrzny lub pojemniki z wodą. Eletra wyglądała tak, jakby jej układ nerwowy był traktowany impulsami ze źródła zasilania. Ras wyglądał... wyglądał na martwego.

Podeszłom do wciąż stojącego na ławie zestawu ratunkowego. Miał ograniczone funkcje autonomiczne i w reakcji na zachowanie ludzi wysunął oraz otworzył kilka pojemników. Wyjęłom mały skaner medyczny, który próbował mi podać, i skierowałom go na Rasa. Wysłał raport do mojego strumienia z obrazami skanowania wnętrza ciała. W górnej części jego klatki piersiowej poruszało się źródło zasilania, niszcząc znajdujące się tam ważne części do pompowania krwi i oddychania.

Dziwnie przypominało to coś, co działo się w trakcie karania przez moduł kontrolera...

Hm, ciekawa myśl.

Sprawdziłom Zwiadowcę Dwa w holu przed obszarem sterówki. Cele przestały słuchać przy zamkniętym włazie i zebrały się wokół Celu Cztery trzymającego dziwne, niezgrabne urządzenie. Miało dwanaście centymetrów długości i milimetr grubości oraz płaski, staromodny stały ekran. (Widziałom takie w programach historycznych). Wszystkie cele wydawały się podniecone tym, co wyświetlał ekran.

A skoro uszczęśliwiało to cele, to nie mogło to być nic dobrego.

Mój skan wykrył małe źródła zasilania zarówno w Rasie, jak i Eletrze. Wcześniej niczego takiego tam nie było, więc coś musiało je aktywować, najprawdopodobniej sygnał z urządzenia z ekranem Celu Cztery. Nie było czasu na finezję, zagłuszyłom cały zakres.

Eletra znieruchomiała, bezwładna i nieprzytomna. Jeśli istniała awaryjna funkcja niszczenia czynności mózgu, nie mogłom z tym niczego zrobić.

Zwiadowca Dwa pokazał, że Cel Cztery gniewnie dźgał w ekran, a pozostali przyglądali się z widocznym rozczarowaniem. Ha.

- Może przestaniesz tak stać i coś zrobisz... - zaczęła Amena, a potem nagle urwała. Sapnęła z przejęciem. - To twoje dzieło? - spytała.

- Tak. - Przykucnęłom i dźwignęłom Eletrę z kolan Ameny. - To był skutek działania implantów. - Zaniosłom Eletrę na najbliższe ruchome nosze i ostrożnie ją położyłom.

Amena podniosła się i podeszła do Rasa. Sięgnęła do jego nadgarstka.

- Nie żyje - oznajmiła po chwili.

Gwałtownie zabrała rękę, a potem sprawdziła puls na szyi.

- Co... jak?

Wysłałom do jej strumienia obrazy ze skanera medycznego. Skrzywiła się.

- Powiedziałoś, że to implant? Coś jak wspomaganie?

- Nie, to implant. Wszczepy wspomagające powinny pomagać ludziom robić rzeczy, których inaczej by nie mogli robić, na przykład w lepszy sposób łączyć się ze strumieniem albo zapisywać wspomnienia do archiwum. Wszczepy niebędące interfejsami strumienia służyły do leczenia chorób i korygowania urazów fizycznych. Wszczepy są pomocne, implanty są jak moduł kontrolera.

Skierowałom skaner medyczny na Eletrę. Zarejestrował podwyższoną temperaturę, przyśpieszone tętno i szybkość oddychania. Nie wiedziałom, co to znaczy, ale wydawało się, że to coś złego.

- Kiedy to się stało, na widoku z drona zobaczyłom cele w innym pomieszczeniu używające nieznanego urządzenia.

Amena dźwignęła się na nogi i stanęła przy noszach Eletry. Sprawdzała dane skanu medycznego, a jej twarz przybrała ten nieobecny wygląd charakterystyczny dla ludzi czytających w strumieniu.

- To wygląda na zakażenie. Eletra mówiła, że bolą ją plecy. - Z twarzą wykrzywioną troską i strachem Amena ostrożnie odsunęła ciemne włosy z szyi Eletry, a potem obróciła ją na bok. Musiała ściągnąć w dół tył bluzki kobiety, żeby to znaleźć. Tak, miała implant.

Amena wciągnęła powietrze.

- Strasznie to wygląda.

Na skórze między łopatkami Eletry znajdował się metalowy pierścień o średnicy jednego i jednej dziesiątej centymetra. Tkwił pośrodku wypukłości obrzmiałej tkanki, która nawet dla mnie wyglądała boleśnie, a to coś znaczy.

Zwykłe ludzkie interfejsy zewnętrzne projektowano tak, by wyglądały jak rzeźbione naturalne drewno, naturalna skóra, biżuteria z klejnotami lub glazurą albo faktyczne elementy metalowe z logo marki. Zresztą czemu Eletra, będąca wspomaganym człowiekiem z wewnętrznym interfejsem, miałaby potrzebować drugiego, zewnętrznego? Ponadto nawet najmniejsze prawdopodobieństwo, że był to wynik jakiejś spieprzonej próby zainstalowania wszczepu medycznego lub dodatkowego wspomagania, przegrywało z faktem, że żaden człowiek nie wytrzymałby czegoś takiego w sytuacji, gdy dowolny system medyczny mógł się z tym uporać w najwyżej kilka minut. Zresztą określenie spieprzonej było w tym przypadku bardzo łagodne: wyglądało to tak, jakby fatalny ludzki medyk wbił jej ten wszczep nogą.

Amena pracowała nad problemem.

- Czemu nam nie powiedzieli? Mogliśmy... Chyba że nie wiedzieli o ich obecności. Powiedzieli, że byli nieprzytomni, kiedy sprowadzano ich na pokład. - Wyraz konsternacji na jej twarzy się pogłębił. - Czy implant Rasa mógł mu kazać zaatakować ciebie? Albo tak mu namieszać w głowie, że strzelił do pierwszej osoby, którą zobaczył w drzwiach? Te implanty ewidentnie miały ich unieruchomić w przypadku próby ucieczki, kontrolować ich...

- Ta koncepcja jest mi znana - odpowiedziałom. (Jedna z nieocenionych korzyści bycia zbuntowaną jednostką ochroniarską: nie trzeba udawać uważnego słuchania niepotrzebnych wyjaśnień człowieka). - Miałom coś takiego w głowie.

- No tak. - Rzuciła mi przestraszone spojrzenie. Uwielbiam, kiedy ludzie zapominają, że jednostki ochroniarskie nie zajmują się pilnowaniem i zabijaniem różnych rzeczy dobrowolnie, bo uważają to za dobrą zabawę. - To czemu tyle trwało, zanim szarzy ludzie aktywowali te implanty? Czemu nie zrobili tego zaraz po naszej ucieczce?

No tak. Nie podsyłałem jej najnowszych informacji.

- Nie sądzę, żeby żyjące cele wiedziały, co się stało, gdy nas schwytano.

- Ale ten jeden cel uciekł - zaprotestowała Amena.

- Użyłom moich dronów do zabicia tego i trzeciego celu po tym, jak zamknęli się w pomieszczeniach sterowania statku. Pozostałe cele próbowały przedostać się przez zablokowany właz i wydają się uważać, że jesteśmy w środku. - Wysłałom Amenie fragment nagrania mojego drona z holu przed sterówką. - Mogą myśleć, że Eletra i Ras też są tam z nami. Albo aktywowali implanty, żeby spróbować poznać ich lokalizację.

Wzrok Ameny zrobił się szklany, gdy przeglądała nagranie w strumieniu.

- Czy to dlatego słuchają pod włazem?

Sprawdziłom dane. Owszem, znowu do tego wrócili.

- Mój dron odtwarza nagranie rozmowy.

Amena uniosła brwi.

- No tak, to naprawdę bardzo sprytne. Czy możesz użyć dronów do zagrożenia im i...

- Nie. Uniemożliwia to aktualizacja bezpieczeństwa. - Pokazałom jej nagranie zmiany konfiguracji hełmów celów.

Amena skrzywiła się i potarła czoło.

- Rozumiem. To jak dostaniemy się na mostek?

Wiecie, to nie tak, żebym robiło to wszystko na odwal, pomimo porażek naprawdę staram się ze wszystkich sił, więc wcale nie brzmiałom cierpko, odpowiadając.

- Nie wiem. Mam drona zwiadowczego na mostku, ale nie może uzyskać dostępu do żadnych systemów.

Amena popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

- Czyli nie mamy dostępu do mostka, a pilotujący bot przepadł i nie wiemy, co kieruje tym statkiem.

W byciu konstruktem dobre jest to, że nie można się rozmnażać i tworzyć dzieci, które się będą z wami spierać. Tym razem pozwoliłom sobie na cierpki ton.

- Pracuję nad tym. - Włączyłom skaner medyczny, żeby zobaczyć, co znajduje się pod implantem Eletry. Naprawdę spodziewałom się, że gówniany prymitywny moduł kontrolera będzie miał włókna sięgające bezpośrednio do ludzkiego układu nerwowego jak normalny wszczep, ale nie było tam żadnych włókien. Obrazy przesyłane przez skaner do naszego strumienia wykazały, że implant jest zamkniętą konstrukcją zwężającą się do tępego czubka.

Amena uniosła ręce.

- Dobrze! Rety, ale jesteś drażliwy. No dobrze - dodała - czyli gdyby wiedzieli, że mają wszczepione te rzeczy, poprosiliby nas o pomoc. Nawet gdyby nam nie ufali... - Znowu zmarszczyła brwi. - Nie wyobrażam sobie, żeby tego nie zrobili.

Zgadzałom się. Nawet nie zapytali o system medyczny ani o wyposażenie medyczne w zestawie ratunkowym. Gdybym było człowiekiem i miało w sobie coś takiego, a potem trafiło na w pełni wyposażone ambulatorium jako miejsce do ukrycia się, to byłoby to na samej górze mojej listy rzeczy do zrobienia.

- Musimy to wydobyć, zanim ona też zginie. - Amena studiowała schematy i obrazy przesyłane przez skaner do naszego strumienia. - To jest bardzo prymitywne. Musiało powodować oszołomienie i ból, ale to by nie wystarczyło, żeby zapomnieć o jego istnieniu.

Obróciłom obrazy, żeby się upewnić, że nie mylę się co do głębokości.

- Nie, to był wynik czegoś innego.

- Jak na to, co próbuje zrobić, to nie jest bardzo dobre. - Amena zrobiła gwałtowny ruch głową. - Gdybym wiedziała, że mam coś takiego i zdołała uciec przed osobą, która próbowałaby mnie porazić, to mogłabym to wyciągnąć nożem.

Na przyszłość: dopilnować, by Amena nie miała powodu wbijać sobie noża w kark.

- Nie, gdybyś myślała, że to jest połączone z tkanką nerwową. - Przynajmniej gdy zajmowałom się własnym modułem kontrolera, miałom dostęp do swoich schematów i diagnostyki.

Amena nie słuchała, podeszła grzebać w zestawie ratunkowym.

- Parametry jej czynności życiowych się pogarszają. - Znalazła pudełko ze skalpelem laserowym i zważyła go w dłoniach. - Zamierzam spróbować usunąć ten implant.

- Masz przeszkolenie medyczne? - Nie zaszkodziło zapytać.

- Podstawowe, jasne. - Znowu miałom dziwny wyraz twarzy, bo się skrzywiła. - Wiem, wiem! Ale powiedziałoś, że nie powinniśmy używać systemu medycznego, a coś musimy zrobić.

Co do tego miała rację. Zestaw przesyłał coraz bardziej niepokojące ostrzeżenia. Było w nich dużo technicznych danych medycznych do przetworzenia, ale wniosek był oczywisty: aktywacja narobiła Eletrze szkód, nawet jeśli nie aż tak dużych jak w przypadku Rasa. Zestaw domagał się szybkiej interwencji.

Większość mojej wiedzy medycznej pochodziła z oglądania Centrum medyczne Argala, historycznego serialu popularnego dwadzieścia siedem standardowych lat korporacyjnych temu i wciąż dostępnego niemal w każdym kanale multimedialnym, jaki kiedykolwiek napotkałom. Nawet ja wiedziałom, że nie jest dokładny pod względem medycznym. Był też dość nudny, więc obejrzałom go tylko raz.

Wyciągnęłom rękę po skalpel.

Amena się zawahała. Czy myślała, że zabiję Eletrę? Potrafiłom wytrzymać z dużo bardziej irytującymi ludźmi, włącznie z takimi, z którymi była spokrewniona.

Potem podała mi skalpel z mieszaniną ulgi i poczucia winy na twarzy.

- Mogłabym to zrobić, gdybym musiała.

Hm. Amena chciała pomóc, może choćby chcąc sobie udowodnić, że potrafi.

- Wiem, że mogłabyś - potwierdziłom. Nie miałom wątpliwości, że nie blefowała, mówiąc o dźganiu nożem w kark.

Tylko że jeśli nie mamy racji i usunięcie implantu zabije Eletrę, przynajmniej nie będzie to moje pierwsze niezamierzone morderstwo. Poza tym mnie nie trzęsły się ręce.

Amena wyciągnęła drugi pakiet do opatrywania ran i aktywowała pole sterylne zestawu ratunkowego. Wykonałom instrukcje rozpylenia antyseptycznego płynu przygotowawczego, a potem z pomocą okazjonalnie wyświetlanych w strumieniu wskazówek użyłom skalpela do rozcięcia uszkodzonej tkanki.

Miałom widok z drona na Amenę, jak obserwuje ręczny skaner z brwiami zmarszczonymi częściowo w skupieniu, częściowo w grymasie. Unikałom części, które by mocno krwawiły (czego nie potrafiłby człowiek próbujący zrobić coś takiego ze swoim własnym ciałem, więc patrz, Amena), i implant się wysunął.

A Eletra się obudziła.

Gwałtownie wciągnęła powietrze i szeroko otwartymi oczami nieprzytomnie popatrzyła na brzuch Ameny. Cofnęłom się, a dziewczyna pośpiesznie założyła pakiet na ranę, zanim wyciekło z niej zbyt dużo krwi. Pakiet się aktywował i przytulił ciasno do skóry Eletry, a ta z powrotem zamknęła oczy. Sądząc po raporcie w strumieniu zestawu ratunkowego, pakiet podał solidną dawkę środków przeciwbólowych i antybiotyków. Włożyłom implant do małego pojemnika podsuniętego przez zestaw ratunkowy, który pracowicie go czymś spryskał. (Miałom nadzieję, że wie, co robi, bo ja z pewnością nie).

- Wszystko jest dobrze, pomagamy ci - mówiła Amena do Eletry, klepiąc ją po dłoni.

Ciało Rasa leżało pośrodku ambulatorium. Dźwignęłom je i zaniosłom na nosze po drugiej stronie pokoju. W szafce znalazłom płachtę do przykrycia, ale zanim to zrobiłom, zsunęłom jego bluzę i koszulę, żeby przyjrzeć się implantowi. Znajdował się na łopatce, otoczony przez uszkodzoną tkankę, dużo grubszą i bardziej spuchniętą niż u Eletry. Zaciekawiło mnie, czy na jakimś etapie zdawał sobie sprawę z jego obecności. Czy próbowałby to wyciągnąć, zanim cele zmusiłyby go do ponownego zapomnienia o tym? (To wciąż był bardzo głupi pomysł, ale rozumiałom impuls. Rozumiałom go bardzo dobrze).

Potem zestaw ratunkowy ryknął alarmem w naszym strumieniu, gdy puls i szybkość oddychania Eletry gwałtownie spadły.

Zestaw błysnął do strumienia poręcznym opisem schematu postępowania. Amena zaklęła i pomogła mi obrócić kobietę. Zaczęłom uciskać klatkę piersiową, bardzo uważając na siłę wywieraną przy naciskaniu, a Amena gorączkowo chwyciła urządzenia do resuscytacji. Zestaw starał się być pomocny, ale daleko mu było do systemu medycznego podsuwającego w strumieniu wszystkie potrzebne mi informacje. Poganiał mnie do rozpoczęcia sztucznego oddychania, ale nie mogłom. Moje płuca działają w sposób całkiem inny niż ludzkie. Nie tylko potrzebuję dużo mniej powietrza, ale też połączenia są całkiem inne. Poza całkowicie obrzydliwą myślą o przyłożeniu ust, którymi mówię, do ust innego człowieka (fuj), nie sądzę, żebym potrafiło wydmuchać tyle powietrza, ile zestaw ode mnie oczekiwał.

Amena podbiegła i zaczęła prowadzić sztuczne oddychanie, ale to nie działało.

- Potrzebujemy maski - zwróciłom się do niej.

Sapnęła z frustracją i wróciła do zestawu. Znalazła maskę i teraz zmagała się z jałowym opakowaniem, próbując rozerwać plastik zębami, a ja nie mogłom przerwać uciskania, żeby jej pomóc. (Tak, właśnie do mnie dotarło, że powinniśmy wcześniej pomyśleć o takiej możliwości. W Centrum medycznym Argala nigdy nie pokazywali ludzi przygotowujących narzędzia, one wszystkie już tam były).

Potem z drugiej strony przedziału system medyczny wyemitował ciche stuknięcie i światła na jego platformie rozjarzyły się na fioletowo. Właśnie się włączył. Amena znieruchomiała z uwolnioną w końcu maską w dłoni. Wypluła kawałek plastikowego opakowania i zwróciła się do mnie:

- Ty to włączyłoś?

- Nie. - To był system medyczny DTB, ale bez DTB. Jego aktywowany strumień twierdził, że działa na ustawieniach fabrycznych.

Co mogło być kolejną anomalią w tej nieustannej serii "co, do cholery". Albo mogła to być sztuczka Systemu Kontrolnego Celów, starającego się skłonić nas do umieszczenia tam Eletry, żeby ją zabić. Tylko że Eletra i tak umierała, więc czemu się wysilać?

I próbowałom nie doszukiwać się w tym jakichś pozostałości DTB wciąż obecnego w statku i starającego się uratować człowieka.

Do cholery, pieprzyć. Przerwałom uciskanie, podniosłom Eletrę i zaniosłom ją na platformę systemu medycznego.

Gdy tylko się na niej znalazła, natychmiast opadł na nią automatyczny chirurg z panelem umieszczonym na klatce piersiowej w celu pobudzenia bicia serca, a zaraz potem dużo bardziej skomplikowana maska do zajęcia się jej oddychaniem. W ciągu sześciu sekund doprowadził do samodzielnego oddychania i ustabilizowania rytmu serca. Platforma zmieniła kształt, by obrócić ją na bok. Delikatne macki oderwały pakiet opatrunkowy i rzuciły go na podłogę, a potem zaczęły zszywać krwawiące miejsce na plecach.

Zestaw ratunkowy na noszach zapiszczał w proteście, a potem się zamknął.

Amena odetchnęła z ulgą, a potem wytarła twarz rękawem. Zaczęła zbierać porozrzucane elementy sprzętu resuscytacyjnego z zestawu. Próbując ułożyć je z powrotem do pojemników, rzekła:

- To, co włączyło system medyczny...

- O tym, co dzieje się na tym statku, wiem tyle co ty - odpowiedziałom. I dlatego umieściłom w potencjalnie niebezpiecznym systemie medycznym umierającego, nieznanego człowieka pracującego dla korporacji, a nie na przykład Amenę lub siebie.

Nie podobało mi się, że Eletra niemal umarła, pomimo że bardzo starannie wykonywaliśmy wszystkie instrukcje. Nie podobało mi się, że Ras zmarł, zanim zdążyliśmy coś zrobić. Najbardziej nie podobało mi się, że zabiły go cele. Nie był moim człowiekiem, ale został zabity na moich oczach, a ja nie mogłom niczego z tym zrobić.

Są tak cholernie delikatni.

Amena posłała mi gniewne spojrzenie, a potem popatrzyła z namysłem.

- Na pewno nic ci nie jest? Znowu dostałoś w głowę. A czy ta szara osoba nie strzeliła do ciebie, zanim wyrwałoś jej płuca?

Sięgając w głąb klatki piersiowej Celu Dwa, nie wyczułom żadnych płuc, ale z pewnością gdzieś tam były.

- To była tylko broń energetyczna.

- To była tylko broń energetyczna - wymamrotała do siebie Amena w bardzo nieudanej próbie naśladowania mojego głosu, równocześnie z determinacją próbując umieścić maskę z modułami tlenowymi w niewłaściwej przegródce. - Gdybyś się na mnie tak nie złościło, to dotarłoby do ciebie, że mam rację.

No, do cholery.

- Nie złoszczę się na ciebie.

No dobrze, to było kłamstwo, bo się złościłom, a raczej byłom bardzo zirytowane, choć nie miałom pojęcia z jakiego powodu. Nie jej winą było, że się tu znalazła, że my się tu znaleźliśmy, nie zrobiła niczego poza byciem człowiekiem i nawet nie narzekała. A jej pierwszą reakcją na innego człowieka strzelającego mi w głowę było skoczenie mu na plecy i próba uduszenia go.

Amena poddała się z maską i zwróciła całą uwagę na mnie.

- Wyglądasz na rozzłoszczone.

- Moja twarz robi czasami coś takiego. - I dlatego właśnie dobrym pomysłem są hełmy z nieprzejrzystymi przyłbicami.

Amena prychnęła z niedowierzaniem.

- Owszem, kiedy się złościsz. - Zawahała się i nie potrafiłom zinterpretować wyrazu jej twarzy poza tym, że nie była już zirytowana. - Powinnam była powiedzieć coś więcej, gdy mówili o tobie. To było jak moje zajęcia z historii i świadomości politycznej. Nie uważałam, żeby instruktorzy to wszystko wymyślali, ale... to było dokładnie jak używane przez nich przykłady.

Rozmawiali o mnie jako jednostce ochroniarskiej tak, jak ludzie zawsze mówią o jednostkach ochroniarskich, i było to dość łagodne w porównaniu z wieloma rzeczami, które zdarzało mi się słyszeć z ludzkich ust. Gdybym się złościło za każdym razem, gdy działo się coś takiego...

- Nie złoszczę się z tego powodu.

- Jeśli się nie złościsz, to co jest nie tak?

Teraz zdecydowanie patrzyłom gniewnie.

- Jak mam posortować listę? Według znaczników czasowych czy stopnia potencjalnego przeżycia?

- Co jest z tobą nie tak?! - rzuciła ze złością Amena.

Znowu to pytanie, ale przyjąłom, że nie chciała omawiać dylematów egzystencjalnych wzbudzanych całym moim istnieniem.

- Zostałom uderzone w głowę przez niezidentyfikowanego drona i postrzelone, byłaś przy tym!

- Nie to! Czemu jesteś takie smutne i poruszone? - Wtedy właśnie nawet ja zrozumiałom, że Amena jest nie tylko wściekła, ale i przerażona. - Czegoś mi nie mówisz i to mnie przeraża! Nie jestem pieprzoną bohaterką jak moja druga mama ani geniuszem jak wszyscy inni w rodzinie, jestem tylko zwyczajna, i to wszystko, co masz!

Tego się nie spodziewałom. Było to tak odległe od rzeczy, których oczekiwałom, a ona była tak poruszona, że mimowolnie wyznałom prawdę.

- Mój przyjaciel zginął!

To zaskoczyło Amenę.

- Jaki przyjaciel? Ktoś z wyprawy?

Teraz już nie mogłom się powstrzymać.

- Nie, ten transportowiec. Ten bot pilotujący. Był moim przyjacielem i zginął. Myślę, że zginął. Nie wiem, jak mógłby dopuścić do tego wszystkiego, gdyby nie został zabity. - Rety, to nie brzmiało racjonalnie.

Teraz Amena zrobiła coś skomplikowanego. Wykonała krok w moją stronę. Cofnęłom się. Zatrzymała się, uniosła ręce wnętrzem dłoni na zewnątrz i odezwała się łagodniejszym tonem:

- Hej, chyba powinnoś usiąść.

Mówiła do mnie, jakbym było rozhisteryzowanym człowiekiem. Gorzej, zachowywałom się jak rozhisteryzowany człowiek.

- Nie mam czasu na siadanie. - Kiedy byłom własnością firmy, nie wolno mi było siadać, a teraz ludzie ciągle chcieli, żebym to robiło. - Mam do napisania mnóstwo kodu, żeby spróbować zhakować System Kontrolny Celów.

Amena zaczęła do mnie sięgać, a potem cofnęła rękę, widząc, że znowu się odsuwam.

- Ale uważam, że w tej chwili jesteś pod wpływem zbyt silnych emocji.

To było... tak bardzo nieprawdziwe. Głupi ludzie. Jasne, doznałom załamania emocjonalnego z tym całym patroszeniem, ale teraz już nic mi nie było, nawet mimo spadku niezawodności działania. Wszystko było w absolutnym porządku. I musiałom zabić resztę celów na maksymalnie bolesne sposoby, które sobie wyobrażałom. Powinnom sprawdzić dane Zwiadowcy Jeden w celu przekonania się, czy da się określić, gdzie lecimy w tunelu podprzestrzennym oraz ile czasu to potrwa. Dotarło też do mnie, że może nie być żadnego celu, jeśli to, co kontrolowało funkcje DTB, wiedziało, że zabiłom trzy cele, i uznało, że zemści się przez uwięzienie nas na zawsze w tunelu podprzestrzennym.

- Wcale nie jestem - oznajmiłom. - To ty odczuwasz silne emocje.

(Wiem, ale wtedy wydawało się to odpowiednią ripostą).

Amena zachowała się racjonalnie i zignorowała moje słowa.

- Czy nie będzie ci łatwiej pisać kodu, jeśli usiądziesz? - zapytała przekonywająco.

Wciąż chciałom się spierać. Ale może faktycznie powinnom usiąść.

Usiadłom na podłodze i ostrożnie zwiększyłom czułość receptorów bólu. O tak, bolało.

Amena uklękła przede mną, przekrzywiając głowę, by widzieć moją twarz. To nie pomogło.

- Wiem, że niczego nie jesz, ale czy jest coś, co mogłabym ci dać, coś z zestawu ratunkowego, koc...

Zasłoniłom twarz.

- Nie.

No dobrze, przypuśćmy, czysto teoretycznie, że faktycznie uległom zbyt silnym emocjom. Cykl ładowania, którego w tej chwili nie potrzebowałom, w niczym tu nie pomoże. To co mog-ło pomóc?

Zdecydowanie przejęcie Systemu Kontrolnego Celów i bardzo mocne jego skrzywdzenie, tak.

Widok z drona pokazał, że Amena wstaje i powoli obchodzi pokój ze zwieszonymi ramionami. Eletra na platformie poruszyła się i zaczęła wydawać niewyraźne dźwięki.

- Hej, wszystko dobrze - zapewniła ją Amena, podchodząc pośpiesznie. - Już jest dobrze.

Eletra zamrugała i popatrzyła na nią.

- Co się stało? - zdołała zapytać. - Czy z Rasem wszystko w porządku?

Amena oparła się o platformę; wyglądała na starszą z bruzdami po obu stronach ust.

- Przykro mi, ale zginął - powiedziała cichym głosem. - Mieliście w plecach te dziwne implanty, które robiły wam krzywdę, a jego implant go zabił. Usunęliśmy twój, choć prawie cię to zabiło. Wiesz, czym one są?

Eletra wyglądała na skonsternowaną.

- Co? Nie, to... nie rozumiem...

Sprawdziłom swoje testy penetracyjne, ale nie było żadnych wyników. Irytujące. Jeśli system ze mną nie rozmawia, nie mogę się do niego dostać. System Kontrolny Celów najwyraźniej działał w izolacji. Stacje oraz instalacje używają licznych współpracujących systemów jako sposobu na zwiększenie bezpieczeństwa. (Bezpieczeństwo jest względne). Zwykle wchodzę przez funkcje systemu bezpieczeństwa i używam go, by dostać się do pozostałych. (Technicznie rzecz biorąc, jestem systemem bezpieczeństwa, więc innym takim systemom łatwo się ze mną porozumiewa lub łatwo mi jest przekonać je, że stanowię ich część).

Mimo wszystko istnieją sposoby na dostanie się do silnie ekranowanych systemów albo takich z nieczytelnym kodem lub nieznaną architekturą. Będzie to wymagało dużo czasu, więc musiałom wykorzystać najpewniejszą metodę: skłonić głupiego człowieka, żeby połączył się dla mnie z systemem.

Implant Rasa przestał działać, prawdopodobnie niszcząc włas-ne źródło zasilania, żeby go zabić, ale implant Eletry wciąż znajdował się w małym pojemniku zestawu ratunkowego, gdzie zdaniem zestawu należało przechowywać nietypowe rzeczy wyciągnięte z ludzi. Teraz był pokryty jałowym żelem, ale wciąż mógł odbierać. Wyłączyłom swój sygnał zagłuszający.

Dzięki Zwiadowcy Dwa w holu wiedziałom, że Cel Cztery odłożył urządzenie z ekranem na kanapę. Wszystkie cele rozmawiały teraz, ignorując je. Wyglądały na poruszone i rozzłoszczone. Może w końcu doszli do tego, że nie byliśmy zamknięci w pomieszczeniach sterowania statkiem. Cieszyłom się, że nie miałom okazji zabić ich wszystkich, bo okazało się, że potencjalnie mogą się do czegoś przydać.

(Nie miałom pojęcia, gdzie znajdują się drony celów, ale logika i ocena zagrożenia sugerowały, że powinny się zebrać pod włazami odcinającymi moją bezpieczną strefę. Co będzie problemem).

Sprawdziłom postępy Zwiadowcy Jeden, przeglądając zarejestrowane przez niego obrazy powierzchni ekranowych. Mnóstwo zmiennych schematów i liczb, które, jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mogłyby być sztuką abstrakcyjną. Te ekrany miały być w założeniu interpretowane za pośrednictwem strumienia DTB, a bez jego wyjaśnień i opisu danych nic mi to nie mówiło. Czy choć raz coś nie mogło być proste? Potrafię pilotować pojazdy przeznaczone do poruszania się w dolnych warstwach atmosfery, ale nikt nigdy nie uznał za choćby w najmniejszym stopniu uzasadnione, by dać mordbotom moduły pilotowania transportowców. Zaraz, chwila, był tam też ekran ze schematem kadłuba DTB z mnóstwem ruchomych falistych wzorów wokół, które prawdopodobnie miałyby sens, gdybym wiedziało cokolwiek o tym, co dzieje się w tunelach podprzestrzennych. Zauważyłom tam też licznik czasu, ale nic nie wskazywało odliczanej wartości. A więc niezbyt był pomocny.

To, co by pomogło, to odcinek Wzlotu i upadku księżycowej ostoi. Albo Skoczków światów. Czy czegokolwiek. (Czegokolwiek oprócz Centrum medycznego Argala). Tylko że multimedia mnie uspokajały, a ja chciałom być gniewne.

Nie mogłom tam siedzieć i czekać, musiało być jeszcze coś, co mogłom zrobić. Wstałom.

- Och, wstałoś. - Amena siedziała na brzegu platformy obok na wpół przytomnej Eletry, by trzymać ją za rękę. Popatrzyła na mnie z powątpiewaniem. - Już. Myślałam, że trochę odpoczniesz.

- Czy coś z tego ma dla ciebie jakiś sens? - Wysłałom jej obrazy ekranów z mostka DTB.

Amena zamrugała szybko.

- To informacje dotyczące nawigacji i zasilania, jak z konsoli pilota. - Spojrzała na moją twarz i ze złością machnęła ręką. - Skoro to wiesz, czemu nic nie powiedziałoś?

No dobrze, zasłużyłom sobie.

- Mam je od drona zamkniętego w pomieszczeniach sterowania. Potrafisz je odczytać?

Amena powoli pokręciła głową i jęknęła cicho. Zerknęła w dół na Eletrę, która znowu straciła przytomność, i ostrożnie rozplotła ich dłonie.

- Z tego, co mówiła, wątpię, żeby była w załodze mostka. - Potem uniosła brwi. - Wiesz może, czy w maszynowni jest konsola pomocnicza?

- Konsola pomocnicza?

- To jak dodatkowe stanowisko monitorowania dla załogi maszynowni. Nie można stamtąd przejąć kontroli, chyba że pilot na mostku przeniesie sterowanie - przynajmniej tak to wyglądało w tych, które widziałam - ale można wyświetlać informacje o wszystkich systemach statku. Mamy je na niektórych naszych jednostkach, ale nie wiem, jak bardzo są powszechne. Może mamy je dlatego, że nasze statki są już starszawe - przyznała.

Coś takiego raczej nie było konieczne na transportowcu pilotowanym przez bota, ale nie zaszkodziło sprawdzić.

Moja niezawodność działania zatrzymała się na 89 procentach. Niezbyt dobrze, ale dało się z tym pracować. Wciąż nie udało mi się zidentyfikować źródła spadku, bo zdarzało mi się oberwać licznymi pociskami i nic takiego nie zachodziło. Wyjęłom z kieszeni broń energetyczną Rasa i położyłom ją na ławie.

- Weź to na wszelki wypadek. Nie zadziała przeciwko dronom celów, ale powinna być skuteczna przeciwko celom. - Nie znoszę dawania broni ludziom, ale nie mogłom jej zostawić bez czegoś. - Pójdę do maszynowi.

- Chwila, poczekaj. - Amena zeskoczyła z platformy. - Chcę iść z tobą.

Wywołało to we mnie serię różnych reakcji. Nie w kolejności chronologicznej: (1) Irytację na nią, na siebie. (2) Zwyczajową podejrzliwość. W trakcie moich kontraktów dla firmy przesadnie natarczywi klienci wykazywali największe prawdopodobieństwo (a) postrzelenia mnie (b) głośnego argumentowania za porzuceniem uszkodzonej jednostki ochroniarskiej, bo ładowanie mnie do transportowca będzie zbyt czasochłonne. (A ludzie zastanawiają się, czemu mam problemy z zaufaniem). (3) Przemożne pragnienie zabicia wszystkiego, co choćby pomyśli o zagrożeniu jej.

- Ktoś musi tu zostać z rannym człowiekiem.

- No tak, przepraszam - powiedziała, krzywiąc się. Potem odwróciła wzrok i potarła oczy.

No i doprowadziłom ją do płaczu. Dobra robota, Mordbocie.

Wiedziałom, że zachowuję się jak dupek i jestem jej winne przeprosiny. Przypisałom to spadkowi skuteczności działania i załamaniu emocjonalnemu, które tymczasowo uznaję za utrzymujące się, zamiast jednorazowego zdarzenia, które już mi całkowicie przeszło, oraz wymuszonemu wyłączeniu i ponownemu uruchomieniu, ale w sumie potrafię zachowywać się trochę jak dupek. ("Trochę" = w zakresie od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu procent). Nie wiedziałom, co powiedzieć, ale nie miałom czasu wyszukiwać stosownych przykładów przeprosin. (Zresztą raczej nigdy nie znajdę stosownych przykładów, które chciałobym wykorzystać).

- Przepraszam za... bycie dupkiem - odezwałom się.

To doprowadziło Amenę do wydania odgłosu, jakby próbowała opróżnić swoje zatoki, a potem zasłoniła twarz.

- Nie. To znaczy w porządku. Ja też niezupełnie byłam dla ciebie miła, więc pewnie jesteśmy na zero.

Idę już, w tej chwili. Natychmiast.

- Tylko nie przestań do mnie mówić w strumieniu - poprosiła, gdy byłom już przy włazie.

- Nie przestanę - obiecałom.

***

pomóż_mi.plik fragment 2

(wycinek wywiadu bharadwaj-09257394)

- Zauważyłam coś ciekawego w twojej transkrypcji.

- Coś nie tak z czcionką?

- Nie, czcionka jest bardzo ładna. Ale za każdym razem, gdy wspominana jest firma, edytujesz firmę i zmieniasz ją na firmę. - Sprawdzenie nagrania sesji. - Właściwie zrobiłoś to w tej chwili.

- To nie jest pytanie.

- Nie musisz mi mówić niczego, na co nie masz ochoty. - Przerwa. - Czy chodzi o logo? Wspominałoś o nich wcześniej. Wtedy o tym nie pomyślałam, że nie wiedziałobyś, iż nie da się ich usunąć, gdybyś już tego nie próbowało.

- To jeden z powodów.

- Rozmawialiśmy trochę o programach rehabilitacji pourazowych. Zastanawiam się, czy pomyślałoś kiedyś o uczestnictwie w takim.

:sesja edytowana:

Rozdział siódmy

Dałom Amenie obraz tego, co widzę przez mój strumień wideo, dzięki czemu wiedziała, że wciąż tam jestem, i nie musiałom myśleć, co do niej mówić.

(Ponadto gdyby w maszynowni była konsola pomocnicza i pokazałaby, że zostaliśmy uwięzieni na zawsze, mogłaby to zobaczyć sama i nie musiałobym jej mówić).

Czemu wideo tak skacze? zapytała mnie, gdy szłom korytarzem. Jest z drona?

Nie, z moich oczu.

Och. Zostawiłom z nią grupę ośmiu dronów i mogłom ją obserwować przez ich kamery. Siedziała na platformie obok Eletry, opierając się łokciem o kolano. Trochę to straszne, skomentowała. Mijałom salon przy kantynie z niebieskimi wyściełanymi kanapami pod ścianami. Na niskim stoliku stały trzy kubki z logo uniwersytetu DTB, a na oparciu krzesła wisiała szara bluza w rodzaju tych, jakie ludzie noszą podczas ćwiczeń. To wszystko wygląda tak normalnie. Jakby ktoś w każdej chwili mógł tam wejść.

Nie myliła się. Z wyjątkiem kilku kabin w obszarze mieszkalnym nie widziałom żadnych miejsc, które byłyby zniszczone albo wyglądały tak, jakby doszło tam do przemocy. Czy w tej sytuacji jest cokolwiek, co nie jest straszne?

Ha, odpowiedziała. Dam znać, jeśli coś przyjdzie mi do głowy.

Dotarłom do zablokowanego włazu, który prowadził do korytarza łączącego z modułem maszynowni, i musiałom zająć się panelami, by obejść uszkodzenia zrobione przeze mnie w celu opóźnienia otwarcia go z drugiej strony. Rozszczelnianie utworzonej przeze mnie bezpiecznej strefy mogło nie być najlepszym pomysłem, ale moje drony strażnicze po drugiej stronie pozostałych dwóch włazów nie zarejestrowały żadnej aktywności, więc to skalkulowane ryzyko nie było aż tak głupie jak parę innych rzeczy, które przychodziły mi do głowy. Na dodatek cele w holu przed mostkiem wciąż nie podniosły urządzenia z ekranem, a ja nie mogłom siedzieć w nieskończoność i czekać, aż ruszą tyłki.

No dobrze, mogłom, ale nie zamierzałom.

Wszyscy w naszej wyprawie muszą bardzo się o nas martwić, odezwała się Amena. Cieszę się... to znaczy wcale się nie cieszę, że też zostałoś złapane, ale gdybym była tu sama... to byłoby naprawdę straszne. Wujek Thiago pewnie jest zadowolony, że przynajmniej jesteś ze mną.

Właz otworzył się na pusty korytarz, bez dronów celów. Zamknęłom go ponownie i zostawiłom drona strażniczego po tej stronie, by ostrzegł mnie, gdyby ktoś przy nim majstrował. Potem wysłałom resztę formacji przodem. Wiedziałom, że Amena stara się powiedzieć mi komplement, ale dziwne, że jej zdanie na temat opinii Thiago o mnie tak bardzo odbiegało od obiektywnej rzeczywistości. Twój wujek Thiago mi nie ufa. Nie żeby mnie to poruszało czy żeby w ogóle mnie to obchodziło.

Prychnęła, co zarejestrowałom przez strumień i kanał audio drona. Ależ ufa. Uratowałoś go przed tymi ludźmi, którzy zaatakowali instalację.

To nie miało związku. Uratowałom mnóstwo ludzi, a liczba takich, którzy mi potem ufali lub widzieli we mnie cokolwiek poza sprzętem będącym przedłużeniem systemu centralnego, była nieistotna statystycznie. Nie podobał mu się sposób, w jaki to zrobiłom.

Westchnęła i potarła ciemną plamę na bucie. Wciąż nie potrafi się pogodzić z tym, co stało się z drugą mamą porwaną po jej wyprawie. Takie rzeczy w Pielęgnacji się nie zdarzają. To był wielki wstrząs. I... może jest trochę zazdrosny. Ona może rozmawiać z tobą o tym, co się z nią działo, ale nie rozmawia z nami.

Mensah też to powiedziała. Nie rozumiałom, czemu chcieli z nią o tym rozmawiać. Nie mogli po prostu przeczytać raportu? Nie o tym rozmawiamy przez większość czasu.

Amena się zawahała. Tak naprawdę by jej nie zabili. Nie uszłoby im to na sucho.

Brzmiało to niezwykle naiwnie, ale Amena, Thiago i reszta rodziny Mensah oraz ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji Pielęgnacji wciąż nie wiedziało o próbie zabójstwa. Gdyby GrayCris zdołało się dogadać z firmą, zrobiliby to. Wzięliby okup od Pielęgnacji, a potem zabili ją, Pin-Lee, Ratthiego i Gurathina, i nikt nie byłby w stanie niczego z tym zrobić.

Moje drony zwiadowcze napotkały zamkniętą gródź prowadzącą do głównej sekcji modułu maszynowni. Dobry znak: gdyby przemieszczały się tam drony celów, gródź byłaby otwarta. Aktywowałom zwolnienie ręczne. Gdy tylko właz zaczął się podnosić, wysłałom szczeliną chmurę dronów, polecając im rozproszyć się w korytarzu po drugiej stronie. Żadnych straconych kontaktów, a ich kamery i skanery nie wykryły ani śladu ruchu. Jak na razie jest dobrze, choć wykrywałom wibracje na skraju zakresu czułości. Może to coś normalnego? W ogóle tu nie byłom, podróżując wcześniej z DTB.

Chmura dronów lecąca kolistym korytarzem wokół sterowni maszynowni nie napotkała żadnych dronów celów, co przyniosło ulgę. Ostatnie, czego mi trzeba, to kolejne walnięcie wymuszające ponowne uruchomienie. Wymyślenie sposobu neutralizacji materiału maskującego na dronach celów i hełmach celów było na długiej liście rzeczy wymaganych do przeżycia. Tylko że żadna z tych pozycji nie będzie miała wielkiego znaczenia, jeśli System Kontrolny Celów posłał nas w tunel podprzestrzenny bez żadnego miejsca docelowego.

Oglądałom filmy o ludziach i wspomaganych ludziach uwięzionych w nieskończoność w tunelach podprzestrzennych. Obejmowały cały zakres, od ponuro depresyjnych (w wyniku nadmiaru realizmu) do wysoce nieprawdopodobnych (w wyniku nadmiaru optymizmu). Przynajmniej ludzie w filmach wiedzieli, że biorą udział w podróży potencjalnie bez końca, a nie tylko bardzo długiej.

Do tej pory nie widziałom żadnych oznak uszkodzeń ani zaburzeń, ale wtedy wyszłom zza krzywizny korytarza do holu, gdzie wzdłuż ścian nad specjalistycznymi interfejsami sterowania unosiły się spokojne powierzchnie ekranowe. Dziwne, że konsole były aktywne, choć w trybie gotowości, a nie wyłączone. Nawet ja wiedziałom, że nie należy grzebać przy silnikach wtedy, gdy starają się przemieszczać statek. Te konsole były przeznaczone do dostrajania, modyfikowania lub czegoś, co należało robić tylko w czasie, kiedy jednostka była zadokowana.

Na dodatek jeden z foteli był obrócony w stronę wejścia, a blisko niego na pokładzie leżał rozbity dron naprawczy DTB. Moje drony są małe, służą do zbierania danych wywiadowczych, ale te DTB były większe, z wieloma manipulatorami oraz interfejsami fizycznymi, dzięki czemu mogły się zajmować konserwacją oraz wykonywać inne specjalistyczne zadania. W chwili gdy coś strąciło go z powietrza, dron rozkładał sześć pajęczych kończyn; ten tutaj leżał rozpłaszczony na pokładzie, jakby coś go rozdeptało.

Miałom ochotę go podnieść i odczuwać nad nim emocję jak głupi człowiek. Ale znowu wyczułom pożywkę hodowlaną.

Ten układ jest bardzo różny od widzianych przeze mnie statków, odezwała się Amena. Czy możesz poszukać ekranu z...

Miałom co do tego złe przeczucia. Podążyłom za wonią. Poprowadziła mnie przez następny właz i w dół krótkiej studni grawitacyjnej, gdzie w powietrzu unosiły się migające znaczniki ostrzegawcze. (Zasadniczo sprowadzały się do tego, że różni producenci części i stocznie oraz Uniwersytet Mihiry i Nowego Tidelandu nie chciały, żeby tam schodzić bez certyfikatu mistrza inżynierii lub jego odpowiednika w lokalnym systemie prawnym, a jeśli już koniecznie musisz tam zejść, to niczego, do cholery, nie dotykaj). Amena zamilkła, a kamera przydzielonego jej drona pokazywała, że mruży oczy w skupieniu, patrząc na otoczenie moimi oczami.

Na dnie studni grawitacyjnej znajdowała się platforma, z której mogłom przez przezroczystą bańkę obejrzeć silniki.

Muszę coś wyznać: nie wiedziałom, jak właściwie powinny wyglądać silniki. Nigdy nie musiałom pilnować silników transportowca, a zwykle były zbyt nudne, by pokazywać je w programach rozrywkowych. Wiedziałom jednak, że cokolwiek było tam na dole, nie powinno być pokryte dużą masą organiczną pachnącą algami i pożywką hodowlaną.

Co... Co to... Co to jest? zapytała Amena.

Wierzcie mi, to pytanie zajmowało teraz dziewięćdziesiąt dwa procent mojej uwagi.

Organiczną tkankę nerwową można połączyć z systemami nieorganicznymi (przykład A: mokre części w mojej czaszce), więc istniała potencjalna możliwość (do tego stopnia potencjalna, że nie potrafiłom jej przydzielić wartości procentowej), że ta masa organiczna była normalną częścią systemów DTB, może czymś unikalnym i należącym do jakiejś firmy.

Ale czemu miałaby wtedy pachnieć tak jak cele?

Zwiadowca Dwa w holu przed obszarem sterówki wysłał ostrzeżenie. Sprawdzając jego strumień, dowiedziałom się, że Cel Pięć podszedł i podniósł leżące na fotelu urządzenie z ekranem. (Czemu, do cholery, wszystko musi dziać się równocześnie? Ale przynajmniej to dziwne coś na silnikach DTB jeszcze nie próbowało wpełznąć na górę i nas zabić). Kiedy Cel Pięć stukał palcami w lity ekran, rozszerzyłom zakres wejść, by wychwycić aktywny kanał. W ciągu 2,3 sekundy zarejestrowałom transmisję danych.

Co ważniejsze, dwie dziesiąte sekundy później wyłapałom odpowiedź Systemu Kontrolnego Celów.

Mam cię, gnido.

Jednak coś w obrazie od Zwiadowcy Dwa nie pasowało. Męczyło mnie to już od jakiegoś czasu, ale byłom zbyt poruszone, żeby zwracać uwagę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki