Pamiętniki Maddie - Maddie Ziegler

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Ludzie myślą, że wiedzą o mnie wszystko z programu "Dance Moms" i teledysków Sii. Chyba rozumiem dlaczego. Wiecie, całkowicie wkręciłam się w Plotkarę i wydawało mi się, że znam wszystkie postaci osobiście - jak rodzinę. Popłakałam się, oglądając ostatni odcinek na Netfliksie, ponieważ naprawdę czułam, że stanowię część ich życia. Nie chciałam, żeby to się skończyło. Później byłam w szoku - w prawdziwym szoku - kiedy zobaczyłam Eda Westwicka (który grał Chucka Bassa) na gali People's Choice Awards, gdzie przemawiał z brytyjskim akcentem. Aż zapytałam mamę: "Co tu się dzieje? Dlaczego on mówi jak Harry Potter?". Nie mogłam zrozumieć, że w rzeczywistości jest kimś innym niż postać, którą gra. I że tak naprawdę pochodzi z Wielkiej Brytanii. Kto by się domyślił? Mimo to, kiedy go słuchałam, dotarło do mnie, że teraz, gdy widzę, kim naprawdę jest, lubię go jeszcze bardziej! No i zawsze uważałam, że brytyjski akcent jest uroczy...

Dlatego właśnie rozumiem, że ludzie wyrabiają sobie zdanie o innych na podstawie tego, co widzą i czytają - tak jest po prostu łatwiej. Uznałam więc, że napisanie książki to dobry pomysł. Być może mam tylko czternaście lat, ale jest wiele rzeczy, które kocham i na których mi zależy. Mam wiele różnych twarzy. Chciałabym, żeby inni poznali prawdziwą mnie - pełną humoru, pełną powagi, pełną wszystkiego, co pomiędzy. Na pewno nieraz was zaskoczę! Na przykład tym...

- Artystka ze mnie. Uwielbiam rysować twarze - szczególnie oczy - i malować. Dopiero co namalowałam akwarelami swój autoportret. Szczerze mówiąc, nie do końca mnie przypomina, ale przynajmniej się dobrze bawiłam. Stworzyłam też obraz do swojego pokoju. Jest czarno-biały, raczej abstrakcyjny, z kapiącym kwiatem na środku. Dla Kenzie namalowałam obraz z ustami i nosem, a dla swojej malutkiej kuzynki - portret Olafa.

- Nie wyjdę z domu, jeśli nie użyję swoich ulubionych perfum. Uwielbiam zapach wanilii i naprawdę go sobie nie szczędzę! Psikam się po wewnętrznej stronie przedramion, potem z tyłu szyi, a na koniec rozpryskuję zapach w powietrzu i wchodzę w mgiełkę aromatu. Moja mama zawsze powtarza: "Maddie, nie używaj ich aż tyle!", ale jej nie słucham. Może to dlatego, że w studiach tańca zawsze śmierdzi, więc czuję przymus, żeby ładnie pachnieć?

- Nie zawsze chce mi się starannie czesać. Kiedy nie jestem na scenie, po prostu zagarniam włosy na czubku głowy i spinam w niedbały koczek. Tak jest najłatwiej - nie muszę nawet patrzeć w lustro!

- Kiedy miałam trzy lub cztery lata, złamałam rękę. Miałam wtedy zacząć naukę jazdy konno, co oczywiście stało się niemożliwe. Byłam tym załamana, ale z perspektywy czasu się cieszę. Mogłabym zostać jeźdźcem zamiast tancerką! Nic nie zdarza się bez przyczyny. Zdecydowanie wierzę w przeznaczenie.

- Przygotowałam sobie listę rzeczy, które chciałabym zrobić lub zobaczyć. Wierzę, że marzenia się spełniają. Za każdym razem, gdy zobaczymy na zegarze godzinę 11.11, ja i moje przyjaciółki dotykamy czegoś niebieskiego i wypowiadamy życzenie. Sama nie wiem, skąd nam się to wzięło... to taki nasz mały przesąd.

- Nie od razu byłam świetną tancerką. Wymagało to ode mnie mnóstwa pracy, ale nauczyło mnie jednej ważnej rzeczy. Nawet jeśli nie od razu coś ci wychodzi, nie poddawaj się. Kiedyś spojrzysz w przeszłość i nie uwierzysz, jakie postępy poczyniłaś!

- Wierzę, że czasami trzeba zrobić sobie przerwę. Niektórzy myślą, że jestem w studio dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jasne, tańczę codziennie, ale przecież też potrzebuję pobyć chwilę w domu czy z przyjaciółmi (o tym później). Ostatnio pojechałam z rodziną na wakacje na Arubę i wszystko bardzo mi się podobało (poza poparzeniami słonecznymi - byłam czerwona jak homar!). Nauczyłam się tego od Sii: jeśli nie lubisz tego, co robisz, jeśli czujesz się przytłoczona lub zestresowana, jeśli znika gdzieś twoja pasja - wrzuć na luz! Masz prawo do chwili oddechu. Nie musisz się zmuszać, żeby cały czas działać na pełnych obrotach.

- Uważam, że nie ma nic złego w przegrywaniu. Na początku przygody z tańcem zawodowym zawsze chciałam zająć pierwsze miejsce. Wpadałam w złość i rozpaczałam, kiedy mi się nie udawało. Teraz wiem, że przegrana może cię wiele nauczyć. Motywuje do cięższej pracy i pozwala poprawić błędy. Powoduje, że stajesz się lepszym tancerzem i lepszym człowiekiem.

- Maliboo, nasza suczka, to prawdziwa diwa. O czwartej nad ranem domaga się wypuszczenia na siku. Mój ojczym musi wstać z łóżka, zejść na parter i otworzyć jej drzwi. Tak właściwie to Maliboo należy do Mackenzie, ale przecież moja młodsza siostra nie może stracić nawet chwili snu...

- Mam swój wieczorny rytuał - układam poduszki wokół siebie na łóżku, co sprawia, że jest mi przytulnie i bezpiecznie. Żeby zasnąć, muszę pooglądać telewizję. Teraz pochłaniam kolejne odcinki Chirurgów.

- Mam niesamowitą pamięć! Serio. Nie zapomniałam niczego, nawet z czasów, kiedy jeszcze nie potrafiłam chodzić. Nigdy nie pisałam pamiętnika, gdy byłam mała, ponieważ nie czułam potrzeby, żeby cokolwiek zapisywać. Mimo to mogę wam opowiedzieć ze szczegółami, co się działo i jak się wtedy czułam. Zupełnie jakbym wcisnęła przewijanie filmu. To naprawdę przydatne podczas pisania książki!

To tylko kilka rzeczy, które jako pierwsze wpadły mi do głowy. Mama przechowuje w kartonach wszystkie zdjęcia, na których jestem (nawet te wstydliwe). Mimo to piszę tę książkę z zupełnie innego powodu. Nie robię tego dla siebie. Robię to dla ciebie. Chcę ci dodać odwagi, żebyś uwierzyła w siebie i realizowała swoją pasję. Każdy ma jakiś talent, jakiś szczególny dar. Każdy ma wpływ na to, co się dzieje. Wiem, że jestem tylko nastolatką, ale jeśli jeszcze nie zauważyłaś, to właśnie nastolatki zmieniają świat! Jak nigdy wcześniej możemy zabrać głos dzięki mediom społecznościowym. Możemy się łączyć, uczyć, napędzać zmiany! Do nas należy przyszłość - szczególnie do dziewczyn. Jeśli chcemy coś zrobić, nic nas nie powstrzyma. Rozejrzyj się, a zobaczysz mnóstwo możliwości. Nie pozwól, żeby coś cię blokowało.

Zawsze myślałam, że będę "tylko" zawodową tancerką. Teraz rozumiem, że to był jedynie początek. Odkrywam, co sprawia, że jestem szczęśliwa. Próbuję nowych rzeczy. Rozwijam skrzydła. Moje motto życiowe brzmi: "Czemu nie?". Czemu nie skoczyć w nieznane? Czemu nie marzyć o wielkich rzeczach? Czemu nie stanąć w obronie tego, w co wierzysz? Czasami trzeba zrobić ten wielki, przerażający skok. Nawet jeśli upadniesz na tyłek... przynajmniej wiesz, jak to jest szybować w powietrzu!

Słowo wstępne

Maddie wpadła mi w oko w którymś odcinku programu "Dance Moms". Ten program mnie naprawdę wciągnął. Pamiętam, jak na jej widok od razu pomyślałam: "Co za twarz. Ta twarz!". Było w niej coś, co zdradzało wielką głębię i mądrość, coś, co do mnie przemawiało. Kiedy przyszedł czas, by nakręcić klip do mojej piosenki Chandelier, skontaktowałam się z choreografem Ryanem Heffingtonem i powiedziałam, że chcę ten teledysk zrobić właśnie z nią. Napisałam do Maddie na Twitterze. Przyleciała do nas i nauczyła się choreografii w godzinę. Całej choreografii! Kiedy dotarliśmy na plan z moim współreżyserem Danielem Askillem, żeby zobaczyć, jak sobie radzi, oboje się popłakaliśmy. Była wyjątkowa. Od razu po zakończeniu zdjęć wiedzieliśmy, że teledysk okaże się naprawdę ważny - czuliśmy to jeszcze na planie. Była w nim energia, która zafascynowała całą ekipę. Ta jedenastolatka nas oczarowała. Naprawdę dawała czadu, a jednocześnie widzieliśmy w niej dojrzałość. Była nadzwyczaj uważna, zawsze niezawodna i odpowiedzialna. Prawdziwe połączenie artystki i pragmatystki, coś, co dobrze rozumiałam, bo sama tak o sobie myślę. Postanowiłam, że już nigdy nie zrobię niczego bez niej. Szczerze pragnęłam ją chronić i prowadzić. Wiedziałam, że odniesie sukces - ale w show-biznesie łatwo dać się wykorzystać i równie łatwo zejść na złą drogę.

Rozmawiałyśmy o tym, czego właściwie chce. Sława może przytłaczać - w pewnym sensie tracisz swoją tożsamość i stajesz się tym, co myślą o tobie inni i czego od ciebie oczekują. Sporządziłyśmy listę tego, co Maddie lubi robić. Przyznała, że najbardziej kocha tańczyć przed ludźmi. Na drugim miejscu postawiła występy w filmach i teledyskach, a na trzecim - modeling i programy telewizyjne. Wierzę, że jest w niej coś z medium, że posiadła umiejętność przekraczania samej siebie, by mogło przemówić przez nią jakieś inne źródło. Sama nie wiem, o jakie źródło chodzi, ale czuję, że właśnie tak jest. To artystka. Może wszystko. Jednocześnie jest jednak normalną nastolatką - grzeczną i bystrą nastolatką. Nie marudzi, nie bywa nieuprzejma, nie pyskuje. Jest przesłodka. Twardo stąpa po ziemi. Im dłużej razem podróżujemy, tym bardziej się o tym przekonuję. W samolocie czy w samochodzie zawsze kręci głupie filmiki. Ma świetne poczucie humoru, uwielbia dowcipy i po prostu jest sobą. Jej ulubiona potrawa to sushi, a ulubione owoce to borówki. Uwielbia dekorowanie ciast i rękodzieło. Ma fioła na punkcie makijażu. Przebywanie z nią to świetna zabawa. Widać to po tym, jaki ma kontakt z przyjaciółmi i fanami. Jest naprawdę wspaniała dla miłośników swojego talentu i daje im z siebie wszystko.

Już w tak młodym wieku wywarła wielki wpływ na świat tańca. Jej dokonania zmieniły muzykę pop i taniec komercyjny... a przecież ciągle nie poznaliśmy pełni jej potencjału! Jest dla mnie natchnieniem, aby nie tylko być lepszą artystką, lecz także lepszym człowiekiem. Sprawia, że ze spokojem patrzę w przyszłość. Przyszłość tych, którzy być może czują się dziwni czy nietypowi, którzy nie wiedzą, jak wyrazić sztukę, która ich przepełnia, młodych kobiet na całym świecie. Nie mogę się doczekać, żeby się przekonać, jaką drogą pójdzie Maddie, i nadal doświadczać magii, jaką wprowadza do naszego świata.

Sia

17 listopada 2016 r.

Rozdział pierwszyPoznajcie Madison Nicole

Moja mama naprawdę lubi literę "M". To dlatego nazwała mnie Madison, a moją siostrę Mackenzie. Cieszę się, że jej ulubioną literą nie jest X, bo nie potrafię wymienić żadnego żeńskiego imienia, które by się tak zaczynało. Drugie imię, Nicole, mam po jej kuzynce. Moja mama lubiła być w ciąży (nie rozumiem tego!), a kiedy mnie nosiła, miała naprawdę wielki brzuch. Byłam ogromnym dzieckiem - prawie 4 kilogramy i 366 gramów, 55 centymetrów. Ogromnym i upartym. Przez czterdzieści dwa tygodnie odmawiałam urodzenia się, mimo że w szpitalu próbowali wszystkiego. Ostatecznie skończyło się na cesarce.

Mama z pewnością przyzna, że byłam idealnym dzieckiem. Radosna, cichutka, miałam mocny sen. I oczywiście dbałam o innych, więc nie budziłam rodziców w środku nocy (do usług!). Kiedy miałam sześć miesięcy, mama mogła pójść ze mną zrobić sobie manicure, pedicure czy nową fryzurę, a ja grzecznie czekałam. Nigdy nie płakałam ani nie grymasiłam. Głównie drzemałam. Gdy byłam na tyle duża, żeby pić już nie tylko mleko, jadłam wszystko. Nie wybrzydzałam i lubiłam nowe odkrycia - to się nie zmieniło. Jeżeli postawicie przede mną aligatora i zachęcicie mnie do spróbowania - nie ma problemu. Moim pierwszym słowem było "mama", a kiedy zaczęłam uczyć się wstawać, mając dziesięć miesięcy, moja mama dosłownie mnie posadziła. Wiedziała, że jak zacznę biegać, nic mnie już nie zatrzyma.

Wielu rodziców ma problem z uczeniem swoich dzieci korzystania z nocnika. Moi mieli fart. Mackenzie, moja siostra, dopiero co się urodziła. Miałam wtedy trochę ponad półtora roku. Pewnego dnia przytaszczyłam swój nocniczek do ogródka, gdzie mama właśnie huśtała Kenzie.

- Pielucha nie! - ogłosiłam i pomaszerowałam z powrotem do domu.

I tyle. Jak już coś postanowiłam, nic nie mogło tego zmienić. A skoro już zostałam starszą siostrą, musiałam dawać przykład. Mackenzie nie zdaje sobie z tego sprawy, ale tak naprawdę miała dwie mamusie - mnie i naszą mamę. Uczyłam ją wszystkiego, co umiałam, łącznie z abecadłem i podstawami matematyki, jak na przykład 1 + 1 i 2 + 2, gdy jeszcze była za mała, żeby cokolwiek z tego zrozumieć. Dzięki mnie potrafiła policzyć do dwudziestu, zanim skończyła szesnaście miesięcy! Kiedy się urodziła, byłam naprawdę podekscytowana - w końcu zawsze będzie się z kim bawić! Mama ubierała nas w identyczne stroje, więc mnóstwo ludzi pytało, czy jesteśmy bliźniaczkami. Kiedy miałam cztery lata, zaprotestowałam - koniec z tym! Zaczęła nas więc ubierać w sposób skoordynowany - nie identycznie, ale tak, żebyśmy dobrze wyglądały razem.

Jako maluch byłam zawsze w ruchu. Zaczęłam tańczyć w wieku dwóch lat w Laurel Ballet w Greensburgu, w stanie Pensylwania. Pamiętam, że uwielbiałam wtedy zespoły dla dzieci, takie jak The Wiggles czy Hi-5, które widziałam w telewizji. Skakałam i śpiewałam razem z nimi: "Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Baw się z nami, zamiast siedzieć!". Znałam na pamięć każdą piosenkę i każdy układ taneczny wykonywany przez Hi-5. Mama wspomina, że błagałam ją, żeby zabrała mnie na ich koncert - ale tego samego pragnęły wszystkie dzieci na ziemi, więc niełatwo było dostać bilety. I wiecie co? Mimo to wyszukała je specjalnie dla mnie na eBayu! (Najlepsza mama na świecie!). Byłam też wielką fanką Niedźwiedzia w wielkim, niebieskim domu na kanale Playhouse Disney. Kiedy zobaczyłyśmy go pewnego lata w Disney World, obie wybuchłyśmy płaczem - tak bardzo, bardzo go uwielbiałam! Kiedy trochę podrosłam, non stop oglądałam Disney Channel - Hannah Montana, Czarodzieje z Waverly Place, Nie ma to jak hotel, High School Musical... To wtedy zaczęła się moja obsesja na punkcie Zaca Efrona - która trwa do dzisiaj. Sia wie o tym. Raz nawet zadzwoniła do mnie tuż przed tym, jak miałam ją odwiedzić.

- Czy chciałabyś spotkać Zaca Efrona? - zapytała.

Serce biło mi jak młotem.

- Hmm, no tak. Dlaczego pytasz?

- Czy gdybyś go spotkała, zachowałabyś spokój czy zachowywała się jak wariatka? - naciskała.

Musiałam być szczera.

- Spróbowałabym zachować spokój, ale pewnie miałabym napad paniki albo bym zemdlała. O co chodzi?

- Chcę sprawić, żeby to się wydarzyło - odpowiedziała.

Rzecz jasna, poszłam do niej nastawiona, że w jej salonie spotkam Troya Boltona siedzącego na kanapie. Nic takiego się nie stało, ale jestem pewna, że to nie było tylko droczenie się. Na pewno mnie z nim zapozna, kiedy się będę tego najmniej spodziewać. Sia lubi niespodzianki.

To żadna tajemnica - każdy, kto mnie zna, wie, że Zac to mój ideał. Byłam raz na wycieczce z Mackenzie, Kendall Vertes i naszymi mamami. Nam, dziewczynkom, strasznie nudziło się na tylnym fotelu, więc sprawdziłam, co nowego słychać na Netfliksie. A tam... Charlie St. Cloud, pierwszy poważny film fabularny, w którym zagrał Zac. Zaczęłyśmy go oglądać, ale gdy dotarłyśmy do hotelu, byłyśmy dopiero w połowie.

- Dziewczynki, już późno - powiedziała moja mama. - Koniec na dzisiaj!

Mackenzie i Kendall posłusznie poszły do łóżek. A ja prosiłam. Błagałam. Jak można przerwać w takim momencie? Moja mama była tak zmęczona, że w końcu się poddała.

- Zgoda, ale masz się położyć, gdy tylko się skończy.

Siedziałam więc w ciemnościach ze słuchawkami na uszach, a wszyscy inni spali. Oglądałam film i wypłakiwałam sobie oczy, bo była to najsmutniejsza rzecz, jaką widziałam. Kiedykolwiek!

Kiedy zbliżała się północ, moja mama się obudziła.

- Maddie, wszystko w porządku? - zaniepokoiła się.

Dosłownie ryczałam.

- To takie smutne! Jego młodszy brat umarł i składają przysięgę!

Mama nic z tego nie zrozumiała. A ja oczywiście byłam tak wstrząśnięta filmem, że tej nocy wcale nie spałam. To było takie prawdziwe. Jak widzicie, jeśli kiedykolwiek spotkam Zaca na żywo, nie mogę obiecać, że nie wpadnę w szał. Dotąd na samo wspomnienie tego filmu mam łzy w oczach.

Czuję wielki sentyment do wszystkiego, co jest związane z High School Musical. Obejrzałam wszystkie trzy części na Disney Channel, kiedy zrobili maraton filmowy z okazji dziesiątej rocznicy premiery. Zac to porządny chłopak. Widziałam, jak zaskoczył złotą medalistkę olimpijską i jej drużynę gimnastyczną w programie "Today". Ona jest w nim totalnie zabujana - ma tonę jego zdjęć na swoim Instagramie. I wiecie co? Pocałował ją! Zazdrość! Ja chybabym umarła...

Ostatnio byłam na basenie i wyciągnęłam swój ręcznik z nadrukiem "High School Musical", żeby się nim wytrzeć. Jest taki malutki - ledwo sięga mi do kolan. Pamiętam, że kiedy byłam mała, spokojnie mogłam się nim owinąć. Kiedy wyszedł pierwszy film, dziesięć lat temu, miałam cztery lata. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Miałam całą serię na DVD i wszystkie soundtracki, a kiedy przychodziły do mnie koleżanki, odgrywałyśmy sceny z filmu lub bawiłyśmy się moimi lalkami - filmowymi postaciami. Pamiętam, że miałam Corbina Bleu w zielonej koszulce i Sharpay w niebieskiej sukience - tej, w której wykonała piosenkę Bob to the Top. Były jak takie mini-Barbie, trochę mniejsze niż normalne lalki. Niektóre "śpiewały" po wciśnięciu przycisku na plecach. Moją ulubioną sceną z High School Musical 2 jest ta z zakończenia, na plaży, w której na dwie sekundy pojawia się Miley Cyrus. Zawsze próbowałyśmy zapauzować dokładnie w momencie, kiedy jest widoczna na ekranie.

Gdy odwiedzali nas dziadkowie, ja i Kenzie robiłyśmy dla nich przedstawienie w kuchni. Moja siostra odgrywała Sharpay. Przynosiłyśmy leżak, a ona pojawiała się w stroju kąpielowym, w okularach i z torbą i recytowała z pamięci kwestie z High School Musical 2. Uwielbiała być wredną dziewczyną! Albo na zmianę odgrywałyśmy Gabriellę i Troya w ich wspólnych scenach i duetach: "Wznosimy się, lecimy!". Tak właściwie to Kenzie zawsze chciała być Gabrielle, bo była mniejsza, ale ja nigdy nie lubiłam wcielać się w chłopaka. Zaczynałyśmy się kłócić i wtedy mama wkraczała do akcji. Oczywiście Kenzie stawiała na swoim, więc musiałam upinać włosy, żeby wyglądać bardziej męsko.

Słyszałam, że planują nakręcić High School Musical 4 z zupełnie nowymi bohaterami. Muszę przyznać, że nie wiem, co o tym sądzić. Nie zrozumcie mnie źle. Na pewno obejrzę nowy film. Ale to nie to samo bez postaci, do których się przywiązałam. Zastanawiam się, czy moja kuzynka, która ma teraz pięć lat, obejrzy go i pokocha tak samo jak ja dziesięć lat temu. Naprawdę kibicowałam Dzikim Kotom w ich meczach. Dopingowałam Gabrielle i Troya, żeby znaleźli miłość, mimo że ona była prymuską, a on osiłkiem. Sharpay, żeby przestała być taka wredna. Ryana, żeby w końcu mógł stanąć w świetle reflektorów.

High School Musical zajmuje specjalne miejsce w moich wspomnieniach z dzieciństwa i wiem, że mnóstwo dzieciaków czuje tak samo. Każdy chciał żyć w świecie, który przepełniała zabawa, a ostatecznie wszystko się udawało dzięki wspólnej pracy.

Równie ważną rolę w moim dzieciństwie odgrywało kolekcjonowanie różnych rzeczy. Kiedy piszę "rzeczy", mam na myśli rozmaite drobnostki, które ciągle gubiliśmy i na które nadeptywała moja mama. Takie jak na przykład buciki dla lalek Pocket Polly. Miałam ich tony, podobnie jak zwierzątek z Littlest Pet Shop. Wkręciłam się też w zbieranie gumowych nakładek na ołówki, które można było kupić w automatach w supermarkecie. Miały kształt różnych owoców i zwierzątek. Trzymałam je w takim małym portfelu i zawsze chwaliłam się przyjaciółkom, kiedy udawało mi się zdobyć jakiś rzadki okaz. Podczas każdych zakupów naciągałam mamę na kolejne. Miałyśmy także sporo lalek. Z Mackenzie zebrałyśmy chyba wszystkie zestawy Bitty Twins - blondynki, brunetki, Afroamerykanki. Bardziej podobały mi się jednak długowłose lalki American Girl - uwielbiałam je czesać. Miałyśmy ich aż trzynaście - wiem, prawdziwe szaleństwo! Na każde święta czy urodziny chciałam dostać najnowszą lalkę z serii historycznej.

Kiedy bawiłyśmy się z Kenzie w dom, obie udawałyśmy, że jesteśmy mężatkami (ja byłam żoną Zaca Efrona, a Kenzie Justina Biebera), a lalki są naszymi dziećmi. Odgrywałam rozmowę z mężem przez telefon: "Cześć, kochanie! Jak ci mija dzień?". Miałyśmy też takie malutkie krzesło fryzjerskie. Byłam stylistką, a lalki klientkami. Każdej fundowałam nowy fryz - warkocze, upięcia, półupięcia, kucyki, podwójne kucyki, nawet francuskie koki! To właśnie na lalkach nauczyłam się czesać na pokazy i konkursy. Ulubioną lalką Kenzie z serii American Girl była Kit - ta z czasów wielkiego kryzysu. Miała krótkie blond włosy (niełatwo było ułożyć jej fryzurę). Ja natomiast najbardziej lubiłam Chloe z serii Just Like You. Wiem, że idea była taka, żeby wybrać lalkę podobną do siebie, ale mimo to wolałam taką z długimi blond włosami - to dawało więcej zabawy. Uwielbiałam też Molly, bo miała okulary. Oczywiście prawie natychmiast gdzieś się zapodziały...

W pralni miałyśmy szafeczkę z szufladami pełnymi kolorowego papieru, naklejek, farb, markerów, kredek i kleju brokatowego. Kiedy padało lub kiedy naprawdę mi się nudziło i nie miałam co robić, otwierałam szuflady i zaczynałam tworzyć. Zamalowałyśmy z siostrą mnóstwo płócien, ale tak naprawdę najbardziej lubiłyśmy robić kartki na różne okazje do wręczania innym. Nigdy nie musiałyśmy kupować ich w sklepie. Miałyśmy też kolorowanki z twarzami, którym można było domalować makijaż. Całymi godzinami dopracowywałam czerwone usta i przydymione oczy tajemniczych piękności. Zastanawiałam się, dokąd mogłyby pójść... może na randkę? Na studniówkę? Albo na premierę filmu, w którym grają główne role?

Kiedy byłam w podstawówce, najbardziej lubiłam chodzić na plac zabaw, żeby powisieć na drabinkach. Nie wiedziałam, co to strach. Tak intensywnie ćwiczyłam różne sztuczki, że robiły mi się odciski na dłoniach. Gdy byłam nieco starsza, zgłosiłam się na ochotnika, żeby pomagać mojej nauczycielce w przygotowywaniu lekcji dla przedszkolaków. Przychodziłam trzydzieści minut wcześniej, żeby wszystko rozstawić. Potem pomagałam jej podopiecznym w pisaniu literek i przyklejałam gwiazdki na ich pracach. Chyba zawsze lubiłam pracować z małymi dziećmi. Jest coś szczególnego w ich energii, w tym, że zawsze tak bardzo cieszy je poznawanie i doświadczanie nowych rzeczy. Świat jest dla nich wielkim i naprawdę fajnym miejscem. Spoglądanie na niego ich oczami to świetna zabawa. Czasami myślę, że sprawdziłabym się jako nauczycielka.

Co roku jeździliśmy całą rodziną do Disney World. Mamy z siostrą tonę zdjęć z wszystkimi księżniczkami. Moje ulubione to Arielka i Kopciuszek, więc choćby kolejka do nich ciągnęła się kilometrami, zawsze się w niej ustawiałam. Byłam cierpliwa. Kenzie trochę mniej. Miałyśmy książeczkę, w której zbierałyśmy autografy postaci. Czasami po godzinie czekania Kenzie dostawała się do nich... i wybuchała płaczem. Kiedy jest się jeszcze małym, takie spotkanie może przerazić. "Kim jest ta dziwna pani ubrana w muszle?" albo "Dlaczego ta wielka mysz z ogromną głową mnie przytula?". Roz-śmieszało mnie to. Uwielbiałyśmy biegać między zraszaczami i zaliczać wszystkie przejażdżki. Teraz, kiedy spędzamy więcej czasu w Los Angeles, jeździmy raczej do Disneylandu, ale to nie to samo. Zamek jest mniejszy, a niektóre kolejki są inne. Moją ulubioną strefą jest California Adventure.

Gdy byłam mniejsza, bałam się kolejek górskich. Za żadne skarby nie zgodziłabym się na jakąkolwiek wsiąść. Teraz natomiast trudno mnie z nich ściągnąć! California Screamin' ma z pięć tysięcy zakrętów (serio, serio!). Jej nazwa doskonale oddaje to, co cię czeka - krzyczysz przez całą przejażdżkę! Myślę, że najbardziej uwielbiam ten skok adrenaliny, gdy wagonik powoli, powoli, powoli wspina się na szczyt... i nagle gna w dół, aż zapiera ci dech w piersiach. Moja mama mi nie towarzyszy, mówi, że dostaje od tego mdłości. Ja jednak kocham takie przygody! Kiedy kręciliśmy odcinek "Dance Moms" w Australii, poszliśmy na kolejkę górką Superman w Warner Bros. Movie World. Rozpędza się od zera do stu kilometrów na godzinę dosłownie w dwie sekundy! To najszybsza kolejka na świecie. Kiedy nią jedziesz, czujesz się, jakby głowa miała ci eksplodować. Ponieważ byłyśmy osobami z mediów (miałyśmy swoich ochroniarzy!), nie musiałyśmy czekać jak inni. Pojechałam tą kolejką cztery razy z rzędu - bez chwili wytchnienia. Jedna z naszych nauczycielek tańca przejechała się ze mną dwa razy i powiedziała, że jeszcze raz, a zwymiotuje. Ale co to dla mnie!

Niektórzy mówią mi, że mam "starą duszę". Kiedy byłam młodsza, nie wiedziałam, o co chodzi. Brzmiało to trochę jak obelga. Teraz jednak zgadzam się z tym w zupełności. Zawsze byłam dojrzalsza i bardziej odpowiedzialna, niż wskazywałaby na to moja data urodzenia. Najlepszy przykład: nienawidzę się spóźniać... a kiedy mieszka się w Los Angeles, bycie na czas to wyzwanie. Ulice są zakorkowane do granic możliwości, samochody cisną się zderzak przy zderzaku na wszystkich czterech pasach drogi ekspresowej, a ty siedzisz uwięziona w jednym z nich. Kiedy musimy dojechać na przesłuchanie lub na pokaz, siadamy z mamą i przygotowujemy plan, jak się tam dostać i ile czasu na to zarezerwować. A potem dodajemy jeszcze godzinę. Ostatnio musiałyśmy się dostać na przesłuchanie. Przejechanie piętnastu kilometrów zajęło nam, przysięgam, półtorej godziny! Większość dzieciaków nie przejmuje się takimi rzeczami. Natomiast według mnie można regulować zegarek. Lubię być na czas, a gdy mam dobry dzień - nawet chwilę wcześniej. Sądzę, że to dowodzi, że nad wszystkim panujesz i że ci zależy. Jestem naprawdę zorganizowana - zawsze wieczorem przygotowuję sobie ubranie na kolejny dzień. I nie uznaję szastania pieniędzmi, odwrotnie niż Mackenzie. Zawsze powtarzam mamie: "Nie ma problemu, nie musisz mi tego kupować. Poradzę sobie bez tego", podczas gdy moja siostra ma niekończącą się listę rzeczy, które chce / potrzebuje / musi mieć. Jestem bardziej praktyczna - wolę mieć coś odłożone na czarną godzinę. Uważam, że modna marka to nie jest wystarczający powód, żeby kupować torebkę. Kenzie zaś zrobiłaby wszystko za taką z logo Louis Vuitton. Może nawet posprzątałaby swój pokój?

Zawsze miałam skłonności do tego, żeby analizować i próbować zrozumieć, jak to jest być w sytuacji kogoś innego. Wszystko biorę bardzo do siebie i przeżywam. Jeśli coś mnie złości lub smuci, nie potrafię tego zignorować - próbuję to naprawić! Nie lubię, kiedy widzę albo słyszę, że dzieje się coś niesprawiedliwego, że ludzie cierpią, szczególnie dzieci. Kiedy byłam mała, moja mama często odwiedzała domy spokojnej starości. Uwielbiała rozmawiać ze starszymi osobami. Mam tak samo. Większość moich przyjaciół jest ode mnie znacznie starsza. Dobrze się czuję w towarzystwie dorosłych, a oni w moim - pewnie dlatego, że nie zachowuję się ani nie myślę jak dziecko. Kiedy byłam mała, milczałam nie dlatego, że dopadała mnie nieśmiałość lub strach, tylko zwyczajnie zawsze nad czymś rozmyślałam.

Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że nie zmieniłam się wiele od dzieciństwa - po prostu mam większe ciało. Ostatnio rosłam jak na drożdżach i jestem już wyższa od mamy. To całkiem zabawne - teraz musi patrzeć w górę, gdy mówi mi, co mam zrobić! Moja osobowość pozostała jednak taka sama. Wygłupiam się, gdy jestem z rodziną lub przyjaciółkami - opowiadam dowcipy, staram się wszystkich rozweselić. Moje lalki American Girl leżą schowane gdzieś w szafie, ale nadal uwielbiam układać włosy - swoje, Mackenzie, przyjaciółek - w szalone fryzury. Mój pokój wygląda teraz zupełnie inaczej - mniej różu i fioletu, więcej szarości, czerni i bieli. Jest bardziej dorosły, mniej w stylu disneyowskiej księżniczki. Uwielbiam projektować wnętrza i myślę, że mogłabym robić to zawodowo. Niedawno byłam w sklepie Crate and Barrel i wpadła mi w oko puchata poducha - nie mogłam jej się oprzeć! Uwielbiam szukać inspiracji w magazynach wnętrzarskich i oglądać programy telewizyjne, w których całkowicie przeobrażają mieszkania. Ależ niesamowicie byłoby kiedyś zaprojektować cały dom! Meble w moim pokoju są te same co kiedyś - kredens i łóżko stały tu już wtedy, kiedy miałam siedem lat. Uwielbiam nowe rzeczy, ale jestem trochę sentymentalna. Lubię, gdy przedmioty przypominają mi, kim byłam kiedyś, przedmioty, które dobrze znam i które sprawiają, że czuję się bezpiecznie.

Najbardziej zmieniło się to, jak myślę. Widzę teraz wszystko w szerszej perspektywie. Nie wystarcza mi już żyć chwilą i pozwalać, by to inni podejmowali za mnie decyzje. Mam swój własny głos, swoje własne zdanie. Myślę nad tym, kim chcę być i co muszę zrobić, żeby tym kimś się stać. Biorę pod uwagę to, że mogę stanowić wzór dla innych, a moje słowa i czyny mogą wywierać na nich wpływ. Mama zawsze mi powtarza, że mam dar - inne dzieci podziwiają mnie i słuchają tego, co mówię. A skoro mnie obserwują i słuchają, chciałabym dodawać im odwagi, żeby wykorzystały swoje życie jak najlepiej! Tak jak uczyłam Kenzie podstaw alfabetu, tak samo chciałabym nauczyć inne dzieci, żeby nie dokuczały sobie, żeby szanowały to, iż każdy jest na swój sposób wyjątkowy, że wszyscy mamy w sobie naprawdę wiele do dzielenia się ze światem.

Kiedyś martwiłam się tym, co ludzie o mnie myślą lub mówią. Teraz rozumiem, że tylko od ciebie zależy to, kim naprawdę jesteś. Nikt nie może ci tego narzucić. Nie możesz dopasowywać się do cudzych oczekiwań. Moja pewność siebie poszybowała wysoko. Dawniej przykładałam ogromną wagę do wyglądu i godzinami wybierałam ubranie. Czy na pewno spodoba się koleżankom? Czy jest wystarczająco modne? Teraz noszę po prostu to, w czym się dobrze czuję. To, co mi się podoba, co sprawia, że się uśmiecham, że chodzę wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. Myślę też, że nauczyłam się relaksować. I nie mam tu na myśli zabawy z przyjaciółmi na basenie, tylko coś więcej: po prostu umiem wrzucić na luz. Kiedy miałam osiem lat, wszystko brałam na poważnie i byłam cały czas podenerwowana. Teraz się więcej śmieję. Przestałam uważać, że życie zależy od jednego występu czy pokazu. Nie można się wszystkim cały czas przejmować.

Wiem, że nastolatki są pod ciągłą presją. Jesteśmy uwięzieni gdzieś w połowie drogi między dzieciństwem a dorosłością. Chcemy być traktowani poważnie. Ale przecież nie musimy być doskonali. Teraz już wiem: każdy może mieć gorszy dzień. Można zawalić ważny egzamin albo przegrać mecz piłki nożnej. To się zdarza. Mnie także, i to często. Staram się nie oceniać siebie tak surowo jak dawniej. Powtarzam sobie: "Jutro też jest dzień. Będzie lepiej". Wierzę, że przyszłość niesie nowe możliwości. Czego jeszcze spróbuję? Co nowego odkryję? Daję sobie czas, żeby przetrawić złość czy zawód, a potem... robię swoje! Lubię w sobie to, że zawsze idę naprzód. Myślę, że to się nie zmieniło, od kiedy zaczęłam raczkować. Wtedy nie było dla mnie żadnych przeszkód - i teraz też nie ma!