Solidarność
To było absolutnie niesamowite! Strasznie frustrujące i, co gorsza, megadenerwujące. Otóż siedzieliśmy w naszym domowym areszcie, a naszymi oprawcami byli nasi rodzice, którzy postanowili nałożyć na nas szlaban za zaledwie jedno spóźnienie. A wtedy, jakby tego było mało, inne dzieciaki - i ich było coraz więcej - postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i ruszyć na poszukiwanie prawdopodobnie skarbu, o którym dowiedzieli się dzięki naszemu znalezisku! Co gorsza myśleli, że cały ten skarb był tylko pretekstem do totalnie szalonej szkolnej zabawy, oczywiście dzięki Kukusiowi. Dodatkowo nasza frustracja była potęgowana opowiadaniom o każdym nowym zdarzeniu dotyczącym poszukiwań, które krążyły wśród nas jak streszczenia po seansie telewizyjnym.
Moja drużyna, mając niewiele czasu na przerwach, próbowała zrozumieć tajemniczy list i mapę, ale za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się do przetłumaczenia słów i wypracowania jakiejś sensownej teorii, dzwonek nam przerywał. No więc nasze frustracje rosły w tempie równym do naszej zdolności do zrozumienia czegokolwiek podczas przerw. Jak tylko zaczynaliśmy robić jakieś postępy w tłumaczeniu listu, nagle dzwonek ogłaszał koniec czasu i trzeba było zaczynać wszystko od początku. Jakby ktoś celowo kierował się zasadą: "Nie pozwolę ci zrozumieć, co tu jest napisane, dopóki nie będziesz w pełni sfrustrowany".
Natomiast po szkole byliśmy kompletnie odcięci od reszty świata, ponieważ w tamtych czasach telefony były używane tylko w przypadku prawdziwej sytuacji awaryjnej. Oczywiście takiej, jak na przykład gdy mama dzwoniła do ciotki albo ciotka do mamy, pytając o najnowsze przepisy kulinarne. W tamtych czasach zresztą jeden telefon przypadał na całą rodzinę i miał kabel. Dzieci zazwyczaj omijały ten magiczny aparat, bo przecież miały swoje rozmowy między sobą - w szkole, po szkole czy nawet podczas jedzenia na kolację kanapek z ogórkiem kiszonym i szyneczką.
Zaprawdę miałem nadzieję, że nasza frustracja osiągnęła już szczyt w tym momencie, ale jak to zwykle bywa w życiu, zawsze może być jeszcze bardziej pikantnie. Otóż, niespodzianka, Prosiaczek - ten wiecznie brudzący się czymś i wdzięcznie z tego powodu nazwany Prosiaczkiem - właśnie odkrył butelkę z jakimś tajemniczym listem. Podobno nawet próbował go przetłumaczyć. O ile to nie był szczyt absurdu, to już nie wiem, co nim jest!
Prosiaczkowa butelka z listem znaleziona w Dębie - ze wspólnych wspomnień z Prosiaczkiem - Hrabia Pączek, 2003.
Mówiło się, że butelka była schowana w dębie w parku dolnym. Podobno Prosiaczek, który bawił się w chowanego, wszedł na to drzewo, ale nikt go tam nie szukał. Więc spędził tam trochę czasu, a gdy schodził, jego stopa utknęła w niewielkiej dziupli. Kiedy próbował się wydostać, zaciekawiło go, co może być w tej dziurze w środku drzewa. Wrócił więc z latarką, a gdy zajrzał z powrotem, znalazł tam małą butelkę z listem. Nasza nadzieja w tym, że to inny list, który nie miał nic wspólnego z naszym znaleziskiem.
Natomiast po pierwsze szlaban nałożony przez naszych rodziców i po drugie wszystkie te nowe informacje o potencjalnych nowych odkryciach, które mogły przybliżać nas do znalezienia skarbu, odciągnęły uwagę Kukusia i reszty, bo zostawili nas w spokoju. Sytuacja ta nie popychała nas do przodu, ale przynajmniej uświadomiła nam, że posiadając mapę i list, mieliśmy więcej pewnych informacji niż inni. Ta myśl jednak trwała krótko, ponieważ w połowie naszego szlabanu okazało się, że pewna starsza dziewczyna, którą wszyscy nazywaliśmy Radar (bo zawsze wiedziała pierwsza, co się działo), znalazła kolejną butelkę z listem, również po francusku, w górnym parku, który był zasadzany wiele lat później niż ten dolny. W tym momencie te dwa nowe znaleziska nie miały zdawały się nie mieć nic wspólnego oprócz tego, że zostały znalezione na drzewach. Nasze miasteczko miało dwa parki, górny i dolny, ponieważ były one położone na różnych poziomach i zostały przedzielone rynkiem z małymi domkami, sklepikami, kościołem i restauracją.
Więc po tych wszystkich wiadomościach to już nie była tylko frustracja, ale zupełne zrezygnowanie i bezsilność. Groszek, który nie mógł wytrzymać, z płaczem prosił rodziców o skrócenie szlabanu nawet o kilka dni, a potem godzin i minut, aby dowiedzieć się więcej o tych znaleziskach, które mogłyby nam pomóc znaleźć skarb - był po porostu na skraju jakiejś rozpaczy. Tak szczerze, wszyscy byliśmy i tak samo błagaliśmy rodziców, bo nie mogliśmy już tego wszystkiego wytrzymać, no i znowu bez skutku. Bo jedyne, co interesowało naszych rodziców w tym czasie, to nasza dyscyplina i zmiany polityczne zachodzące w naszym kraju.
Dlatego - tak na spokojnie - jedyną sensowną taktyką w tej sytuacji było próbowanie odczytania listu, który znaleźliśmy. Jednak brakowało nam czasu razem, więc musieliśmy wymyślić coś, co pozwoliłoby nam go tak spędzać, a jednocześnie nie wzbudziłoby podejrzeń rodziców, że szukamy skarbu, bo szlaban mógłby się wydłużyć. Musiał to być plan, który nie pozostawiłby żadnych śladów, który naszych rodziców nie skierowałby ku myśli o poszukiwaniach. To był moment, w którym zaczęliśmy postrzegać, że polityczna zawierucha, którą nasi rodzice tak się interesowali, była na tyle pomocna, że można by ją wykorzystać do naszych celów.
I tak narodziła się nasza mała Solidarność - a teraz wyjaśnię, o co tu chodzi. Otóż uczyliśmy się francuskiego, ale nie byliśmy w tym wszyscy geniuszami. Bez owijania w bawełnę, muszę przyznać, że mieliśmy problem z przetłumaczeniem kilku zdań z pewnego listu, który znaleźliśmy. Ale to nie koniec, zwłaszcza dla Grubcia, czyli naszego mistrza wielkich liter! Podobno od żłobka pisał wszystko jakby krzyczał, WIELKIMI LITERAMI, i to tak grubo, że jego pióro z drżeniem żaliło się na swoje przeznaczenie! Dodatkowo miał pewne trudności z zrozumieniem podstawowych aspektów języka francuskiego, a zwłaszcza negacji, jak już wspomniałem.