Od rana dręczyły mnie złe
przeczucia. Wspomniałam nawet o tym Tuli, gdyśmy się o dwunastej
spotkały w Sim'ie. Nie zwróciłam nawet na to uwagi, że miała
fatalnie dobraną woalkę do kapelusza. Jacek nie odesłał mi
samochodu i wszystkie sprawunki musiałam załatwiać taksówką. Gdy
wróciłam do domu było już oczywiście po czwartej. Nie miałam
wątpliwości, że Jacek zjadł obiad beze mnie i po to właśnie weszłam
do jego gabinetu, by mu z tego powodu zrobić lekką wymówkę. W
ostatnich czasach, mówiąc ściśle, od Bożego Narodzenia stał się
mniej uważny i mniej delikatny niż dawniej. Zdaje się, że trapiły
go jakieś zmartwienia.
Jacka w gabinecie nie było. Jego bonżurka leżała nietknięta
na brzegu tapczanu. Nie był na obiedzie, nie wrócił jeszcze z
konferencji. Właśnie konstatowałam to w myśli, gdy mój wzrok
zatrzymał się na biurku. Leżała tam nietknięta popołudniowa
korespondencja. Machinalnie wzięłam ją do ręki.
Proszę mi wierzyć, że nigdy nie otwieram listów męża od
czasu, gdy mi się rozdarła koperta i to w tak fatalny sposób, że
Jacek to zauważył. Nie powiedział wówczas ani słowa, lecz wstyd mi
było bardzo. Mógł mnie przecież posądzić, że go śledzę, że go
podejrzewam o zdradę i że w ogóle zdolna jestem do brzydkich
postępków.
Tym jednak razem postanowiłam złamać swoje zasady.
Błogosławię tę decyzję, gdyż postąpiłam słusznie.
Był to list w długiej, eleganckiej kopercie, zaadresowany
dużym eleganckim pismem. Nosił stempel warszawski. Gdyby nawet
koperta nie pachniała dobrymi perfumami, od razu poznałabym, że
jest to list kobiecy.
Nigdy nie byłam zazdrosna i brzydzę się tym uczuciem.
Rozsądek jednak nakazywał mi poznać niebezpieczeństwo, które mi
grozi, a o którym ostrzegła mnie moja niezawodna intuicja.
Zachowując wszystkie ostrożności odkleiłam kopertę. List był
krótki. Brzmiał jak następuje:
Twoja B."
Przeczytałam ten list niezliczoną ilość razy. Czyż trzeba
dodawać, że byłam wstrząśnięta, że byłam nieprzytomna, że byłam
zdruzgotana! W trzy lata po ślubie dowiedzieć się, że się zostało
haniebnie oszukaną, że mój mąż nie jest moim mężem, a ja nie jestem
jego żoną, że człowiek, z którym mieszkałam pod jednym dachem, lada
chwila może znaleźć się w więzieniu, że tylko od kaprysu jakiejś
wstrętnej baby zależeć może mój dom, moja opinia, moja pozycja
towarzyska!... To przecie straszne!
Sporo minęło czasu zanim oprzytomniałam o tyle, że zdołałam
zebrać dość uwagi, by starannie zakleić list. Sama nie wiedziałam
co począć. W pierwszej chwili chciałam jechać szukać Jacka i
zażądać od niego tłumaczeń, potem przyszło mi do głowy, by
natychmiast spakować swoje rzeczy i przenieść się do rodziców,
zostawiając resztę na głowie ojca, wreszcie zatelefonowałam do
mamy, na szczęście jednak ugryzłam się w język i nie powiedziałam
jej ani słowa o moim tragicznym odkryciu.
Ach, jakże samotnie czułam się na świecie! Nie miałam
nikogo, dosłownie nikogo przed kim mogłabym wypłakać się teraz, do
kogo mogłabym się zwrócić o radę. Żadna z moich przyjaciółek nie
potrafiłaby utrzymać języka za zębami i nazajutrz cała Warszawa
trzęsłaby się od plotek. Pozostawał Toto.
Oczywiście mogłabym mu zaufać pod każdym względem. Jest
najprawdziwszym dżentelmenem. Ale cóż on mi tu pomóc może? I tyle
razy mówił mi, że nie powinniśmy się wzajemnie obarczać naszymi
troskami. Zapewne, jest to trochę egoistyczne z jego strony, ale
zupełnie słuszne. Nie, nie wspomnę mu ani słowem. Zresztą
spaliłabym się ze wstydu. Z moich dawnych dobrych przyjaciół,
którzy mogliby mi poradzić, też nikogo nie było w Warszawie. Maryś
Walentynowicz malował i polował gdzieś w Kanadzie, Jerzy Zalewski
nudził się w Genewie, d'Aumerville miał właśnie urlop, a
Dołęga-Mostowicz siedział na wsi.
(Cieszę się, że pani Renowicka zalicza mnie do swych dawnych
przyjaciół. Dla uniknięcia jednak wszelkich nieporozumień i
sugestyj, które mogły by się nasunąć czytelnikowi, zaznaczam, że
przyjaźń nasza aczkolwiek istotnie dawna, gdyż datująca się od
czasu gdy p. Hanka zaledwie ukończyła gimnazjum, miała zawsze
podkład niejako braterski. W styczniu 1938 roku istotnie bawiłem na
wsi i o nieszczęściu, które spadło na dom państwa Renowickich
dowiedziałem się znacznie później. - Przypisek T. D. M.).
Oczywiście nie poszłam na fajf do Dubieńskich, chociaż
przysłali mi nową suknię, w której mi wyjątkowo do twarzy. Trzeba
ją będzie tylko skrócić. Niewiele. O jakieś pół palca. Mój Boże!
Byłaby to pierwsza w Warszawie suknia paryska w tym karnawale. W
piątek na pewno już panie z ambasady francuskiej pokażą się w
nowych modelach. Od pewnego czasu prześladuje mnie pech.
Wreszcie postanowiłam nic nie robić i czekać na powrót
Jacka. Nie wiedziałam jeszcze czy zażądam od niego wyjaśnień.
Stokroć wolałabym, by mi ich sam udzielił. Przecież zawsze był ze
mną otwarty. W ogóle nigdy nic nie miałam mu do zarzucenia.
Pobraliśmy się przecież z miłości, i wiem, że do dziś dnia nie
przestał mnie kochać. Wprawdzie mama twierdzi, że Jacek mnie
zaniedbuje, ale przecie jego kariera wymaga tych ustawicznych
wyjazdów, posiedzeń i misyj. Wiem, że zawsze o mnie pamięta, nie
pomija żadnej sposobności, by to podkreślić. Dałabym głowę, że nie
ma żadnej kochanki, że na pewno mnie nie zdradza. I teraz nagle
dowiaduję się, że przede mną miał inną żonę!
Po długich rozważaniach doszłam do przekonania, że musi tu
kryć się jakaś tajemnica lub wręcz mistyfikacja. Jacek z jego
solidnością, z jego opinią, z jego zasadami i - bigamia! To jest
nie do pomyślenia! Pod wpływem tych refleksyj uspokoiłam się nieco.
Autorka owego listu mogła być po prostu jakąś wariatką, czy
szantażystką. I zresztą kiedy Jacek miałby czas się z nią ożenić?
Przecież wuj go zabrał za granicę zaraz po maturze i przez cztery
lata studiów w Oksfordzie Jacek ani razu nie był w kraju. Autorka
listu nie jest żadną cudzoziemką, gdyż zbyt dobrze pisze po polsku.
Więc kiedy?...
Im dłużej nad tym zastanawiałam się, tym byłam pewniejsza,
że chodzi tu o pomyłkę, lub o mistyfikację. Byłam przekonana, że
lada chwila wróci Jacek, otworzy list, roześmieje się, wzruszy
ramionami i powie mi:
- Patrz, Haneczko, jaką zabawną rzecz otrzymałem!
Stało się jednak inaczej.
Jacek wrócił o ósmej. Przywitał się ze mną ze zwykłą
serdecznością, przeprosił, że nie był na obiedzie, lecz zdawał się
nie zwrócić uwagi na to, że mu zakomunikowałam, iż również jestem
bez obiadu. Miał cokolwiek zmęczony wyraz twarzy i smutne oczy.
Potem wszedł do gabinetu. Miałam wielką ochotę wejść tam za nim,
lecz rozumiałam, że należy czekać go tutaj, w salonie.
Wyszedł dopiero po godzinie. Z jego rysów nic nie można było
wyczytać. Usiadł przy mnie, a gdy dotknął ręką mojej, zrobił to ze
zwykłym spokojem. Udając zupełną swobodę zapytałam bez nacisku:
- Czy czytałeś już listy?
- Tak - skinął głową. - Nic ważnego. Ludka za tydzień
wyjeżdża do Algeru, a ambasador przesyła dla ciebie ukłony.
Serce ścisnęło mi się w piersi. Starając się panować nad
sobą, by głos mi nie zadrżał zauważyłam:
- Zdawało mi się, że otrzymałeś jakąś przykrą wiadomość,
która cię zmartwiła...
Spojrzałam mu wprost w oczy, a on uśmiechnął się z tak
szczerym zdziwieniem, że aż nie wierzyłam sama sobie. Nie darmo
mówią, że Jacek jest urodzonym dyplomatą. Gdyby mnie zdradzał,
jestem przekonana, że nigdybym tego poznać po nim nie umiała. Jak
on potrafi się maskować.
- Wprost przeciwnie - odpowiedział. - Raczej mam dobrą.
Mianowicie w poselstwie bułgarskim odwołano obiad i będę mógł cały
wieczór spędzić z tobą.
Nie był to wieczór miły, chociaż Jacek robił wszystko, by mi
sprawić przyjemność. Świadomość, że między nami legła jego straszna
tajemnica nie opuszczała mnie ani na chwilę. Dodawało mi sił tylko
to, że czułam nad nim przewagę. On nie mógł się domyślać, że wiem o
istnieniu jego pierwszej żony. Miałam w ręku atut, który w każdej
chwili mógł spaść na jego głowę jak cios nieodparty. Zdawał się go
zupełnie nie spodziewać. Wpatrywałam się weń, usiłując odgadnąć
jego myśli.
Teraz dopiero przypomniałam sobie szereg szczegółów, na
które w ciągu ostatnich dni nie zwracałam uwagi, a które były
przecież zastanawiające.
Od pewnego czasu Jacek nie zmienił się, bo to byłoby za
mocne słowo, lecz jakby zmatowiał. Jego śmiech stał się cichszy,
jego rozmowy telefoniczne z różnymi osobami nabrały specyficznego
tonu, jakby rezerwy i ostrożności. Tak. A na Sylwestra gdy mój
ojciec oburzał się na świeżo wykryte nadużycia w jakimś tam
urzędzie i mówił wiele nieprzychylnych rzeczy o aresztowanym
dyrektorze Liskowskim, Jacek najniespodziewaniej stanął w jego
obronie. Było to tym dziwniejsze, że zawsze nie lubił Liskowskiego,
a wtedy powiedział:
- Nie można zbyt pohopnie ludzi sądzić. Nie znamy kulis
sprawy. Nie znamy motywów, którymi się ten człowiek kierował. Są
takie sytuacje w życiu, w których człowiek staje się niewolnikiem
okoliczności.
Zawsze odznaczał się wyrozumiałością i dobrocią. Ale to już
było zbyt jaskrawe. Czyżby już wówczas, broniąc tamtego, szukał
usprawiedliwienia dla siebie?...
Gdyśmy wracali do domu, znowu powrócił do tej sprawy i
powiedział:
- Nie przyznaję racji twemu ojcu, że nie przyjął obrony
Liskowskiego. Gdy się jest adwokatem, a w dodatku ma się renomę tak
znakomitego obrońcy, nie wolno odmawiać pomocy nieszczęśliwemu.
Przecież to natychmiast rozejdzie się w sferach prawniczych i,
zastanów się tylko, jaki wpływ musi wywrzeć na sędziów. Każdy
sędzia sobie powie: - Jeżeli mecenas Niementowski nie podjął się
obrony, oskarżony jest oczywiście winien.
Był wyraźnie przejęty sprawą Liskowskiego, chociaż nie
dotyczyła nas wcale, gdyż nie utrzymywaliśmy z nim żadnych
bliższych stosunków.
Przypomniałam teraz sobie i inne objawy jego zmienionego
nastroju. Na przykład radio. Nie lubił go słuchać i nastawiał tylko
wtedy, gdy zapowiedziana była jakaś enuncjacja Hitlera,
Chamberlaina, czy innego męża stanu. Wyjątki robił dla koncertów
najznakomitszych mistrzów. Natomiast w ciągu ostatnich dni ilekroć
zostawaliśmy we dwójkę, jakby dla uniknięcia rozmowy, wyszukiwał
różne audycje i przysłuchiwał się im z zainteresowaniem.
I jeszcze jedno. W stosunku do mnie może nie stał się
czulszy, ale objawy jego uczuć przybrały ton namiętniejszy i
gwałtowniejszy. Od dawna jego pocałunki i uściski nie były tak
porywcze. To wszystko powinno było już dawniej mnie zastanowić,
lecz oczy mi otworzył dopiero ten okropny list.
Czego mogę się spodziewać? Jak mogło się przedstawiać
położenie sprawy?
...Obiektywnie wiedziałam, że Jacek musiał kiedyś zawrzeć
związek małżeński z jakąś kobietą. Sądząc z jej charakteru pisma, z
papieru listowego, ze sposobu wysławiania się, ta kobieta jest kimś
z towarzystwa.
Zresztą do innych Jacek po prostu nie mógł mieć dostępu. Nie
przepadał za towarzystwem girls, baletnic, czy aktoreczek. Tedy
ożenił się zapewne z ową kobietą w zamiarze spędzenia z nią całego
życia. Dalej wiem co?... Wiem, że go porzuciła i że aż do ostatnich
czasów nic nie wiedział o jej losach. Przypuszczalnie uciekła z
jakimś gachem, by teraz wrócić i szantażować Jacka.
I czegóż może ona odeń żądać? Jedno z dwojga: albo
pieniędzy, albo tego, by do niej powrócił. Jeżeli zdołała go
wyśledzić, na pewno dowiedziała się również, że moi rodzice są
bogaci. Oczywiście, ojciec, dla uniknięcia skandalu, zgodzi się na
każdą kwotę. Z listu wszakże wnioskować można raczej, że tej
obrzydliwej kobiecie zależy na Jacku. W żadnym razie nie można do
tego dopuścić. Byłabym skompromitowana.
Przyglądałam się mu. Im dłużej się przyglądałam, tym
bardziej byłam przekonana, że nie oddam go żadnej innej. Po prostu
dlatego, że go kocham, że już nie wyobrażałabym sobie życia bez
niego. Nigdy nie marzyłam o lepszym mężu. Ten jego takt, to równe
usposobienie i ta reprezentacyjność. Gdy się wchodzi z nim do
salonu, czy do restauracji, nie ma kobiety, która by nań nie
zwróciła uwagi, nie ma mężczyzny, który by od razu nie powiedział
sobie: - C'est quelqu'un.
Wszystkie, absolutnie wszystkie, zazdrościły mi go. Nawet
Buba, która wyszła przecież za księcia, zamieniłaby się w każdej
chwili ze mną. Nie jest ładny, ale ma w sobie coś z Gary Coopera.
Ten prawdziwy męski wdzięk. Buba i inne domyślają się u niego
jakichś nadzwyczajnych uzdolnień i możliwości. Oczywiście nie
wyprowadzam ich z błędu. Ostatecznie ma już lat trzydzieści dwa.
Zresztą, czy się od męża tylko tych rzeczy wymaga? W każdym razie
nie zamieniłabym Jacka na żadnego innego. Taki na przykład Toto,
chociaż jest potwornie bogaty, mógłby zamęczyć swoją neurastenią,
swoimi dziwactwami, no i nieróbstwem. Gdyby mu odebrać pieniądze i
tytuł hrabiowski, zostało by prawie zero. Jest oczywiście bardzo
miły, tak, może nawet nie zastąpiony jako przyjaciel i towarzysz
zabaw, ale mąż przecież to zupełnie co innego.
Za wszelką cenę musiałam zdobyć odeń informacje, lecz ile
razy otwierałam usta, by zadać jakieś pytanie, Jacek zawsze
uprzedzał mnie albo jakimś karesem, albo zaczynając mówić o czymś
obojętnym. Przy kolacji ze względu na ciotkę Magdalenę, również o
żadnych indagacjach nie mogło być mowy. Jacek pozornie był w
zwykłym dobrym humorze, żartował z ciotką Magdaleną, opowiadał
najnowsze anegdotki o różnych dygnitarzach i wypytywał ją o plotki
towarzyskie. Po kawie powiedział:
- Mam jeszcze coś do napisania...
Zbyt dobrze go znam, bym nie zrozumiała, co to miało
znaczyć. Dlatego też przerwałam mu nim zdążył dokończyć:
- Ale zaraz później przyjdziesz mi powiedzieć dobranoc.
Chciał jakoś się wykręcić, ale z jednej strony nie wypadało
mu, gdyż od trzech dni nie życzył mi dobrej nocy, a z drugiej
powiedziałam to takim tonem i z tym opuszczeniem rzęs, które zawsze
działały nań nieodparcie.
- O, tak, Haneczko - szepnął z intonacją, mającą świadczyć,
że o niczym innym nie marzył.
Jacy ci mężczyźni są jednak wobec nas bezbronni. Co prawda
mam tylko dwadzieścia trzy lata i jeżeliby ktoś powiedział mi, że
jestem piękna, nie byłoby to dla mnie nowością.
Tej nocy w jego pieszczotach było znowu tyle zaborczości i
chciwości. Omal mu nie powiedziałam:
- Przypominasz mi kogoś, kto pije więcej, niż pragnie, jakby
miał się znaleźć na bezwodnej pustyni.
Tak. Niewątpliwie go kocham. Gdy tak leży z zamkniętymi
oczami, usiłuję wyobrazić sobie tamtą. Czy jest ładna? Czy jest
młoda? Czy jest do mnie podobna? Zauważyłam, że przygląda się z
upodobaniem Lusi Czarnockiej, a Lusia jest właśnie w tym samym
typie co ja.
Zapytałam go niespodziewanie:
- Powiedz Jacku, czy kiedyś kochałeś?
Drgnęły mu powieki lecz uśmiechnął się, nie otwierając ich:
- Kiedyś i teraz i zawsze.
- Nie wykręcaj się, przecież wiesz o co mi chodzi. Pytam czy
kochałeś inną.
Milczał długo, wreszcie odpowiedział:
- Raz... Było to dawno... Zdawało mi się, że kocham....
Serce zabiło mi mocniej: wiedziałam, że mówi o niej. Nie
ulegało wątpliwości: Jacek nie podejrzewa, że domyślam się czegoś.
Należało kuć żelazo póki gorące.
- Dlaczego powiedziałeś, że ci się zdawało? - zapytałam
lekko.
- Bo nie było to prawdziwe uczucie. Krótkie oszołomienie i
tyle.
- A ona?
- Co ona?
- Czy kochała cię?
Wydął wargi i powiedział:
- Chyba... Nie wiem... Raczej nie...
- Byliście kochankami? - zapytałam bez nacisku.
Spojrzał na mnie z ukosa:
- Daj spokój Haneczko - powiedział. - Rozmowa o tym nie
sprawia mi przyjemności.
- Dobrze - zgodziłam się. - Chcę wiedzieć tylko, czy się z
nią widujesz.
- Skądże? - wzruszył ramionami. - Nie widziałem jej od wielu
lat.
Widocznie nie miał zaufania do mojej rezygnacji z rozmowy na
ten temat, gdyż spojrzał na zegarek i orzekł, że najwyższy czas na
sen.
Poszedł do siebie, a ja do późnej nocy nie mogłam zasnąć,
zastanawiając się nad tym, co mam począć i jak postąpić.
Najprościej byłoby rozmówić się z nim szczerze, przyjść i
powiedzieć mu prosto w oczy:
- Popełniłam rzecz brzydką. Otworzyłam list adresowany do
ciebie i dowiedziałam się z niego, że jesteś bigamistą, że miałeś
już żonę, i że okłamałeś mnie, podając się za kawalera. Mam prawo
chyba żądać wyjaśnień.
Jak zachowałby się wówczas Jacek? Jacek z jego wrażliwością,
z jego przesubtelnionym poczuciem honoru?... Przede wszystkim z
właściwą mężczyznom logiką potępiłby mnie za to głupie otwarcie
listu. A poza tym uczułby się zdemaskowany, skompromitowany i
poniżony. Może znienawidziłby mnie za to, że podstępem wdarłam się
w jego tajemnicę. Może porzuciłby mnie i wrócił do tamtej? Kto wie
zresztą, czy po prostu nie palnąłby sobie w łeb?
Oczywiście mogłabym przeciwdziałać temu, mogłabym go
zapewnić o swoich niezmienionych dla niego uczuciach i zaofiarować
mu pomoc w walce z tą szantażystką. Ale w każdym razie cała ta
brzydka sprawa ległaby na zawsze między nami jak brudny cień.
Myśl o tym, że znam jego przestępstwo wyrodziłaby się w nim
w końcu w niechęć do mnie. Przecież nigdy nie mógłby już zrobić mi
żadnej uwagi. Bałby się przy każdym słowie, że mu wypomnę jego
bigamię.
Nie. Stanowczo nie wolno mi wspomnieć mu bodaj słówkiem, że
coś wiem o tym.
Nad ranem dopiero przyszedł mi szczęśliwy pomysł: Stryj
Albin Niementowski to jedyny człowiek, do którego się można zwrócić
o radę.