23 września
Nie zapisałam się dziś na zajęcia lekkoatletyczne, a wszystko przez mamę. No, może nie do końca. Wczoraj, gdy Jacek przesyłał mi w odpowiedzi buźki, mamie zebrało się na rozmowę.
- Powinnam cię przeprosić - powiedziała nieoczekiwanie.
- Za co?
- Za to, że się uniosłam - odparła. - Tato ma rację. Masz dopiero czternaście lat, a ja wybiegam z planami wobec ciebie tak daleko w przyszłość - odgarnęła spadający na jej czoło kosmyk włosów.
- Chcesz dla nas jak najlepiej - wiedziałam, że taka odpowiedź ją zadowoli.
- To prawda - westchnęła. - Sama widzisz: Zuzka pływa od małego, Bazyl z matematyki i fizyki miał zawsze najlepsze oceny i będzie studiował fizykę...
- Mamo - przerwałam - nie martw się. Postaram się odnaleźć to, w czym jestem dobra, co mogłoby być moją pasją.
- Wiesz, tato twierdzi, że najważniejsze jest to, abyście byli w życiu szczęśliwi, bez względu na to, co będziecie robić - dodała, spoglądając w okno.
- Czyli mogę być bandytą... - wymknęło mi się.
- Nie wiem, czy bandyta może być szczęśliwy - uśmiechnęła się. - Żyje w bezustannym strachu, że ktoś go zdemaskuje, że pójdzie do więzienia i chyba ma wyrzuty sumienia...
- Wyrzuty sumienia wykluczają bycie bandytą - powiedziałam. - A czy ty także uważasz, że najważniejsze jest to, abyśmy byli szczęśliwi? - spytałam.
- Oczywiście! - odparła zdecydowanie. - Tylko czasem wydaje mi się, że bez wykształcenia trudniej być szczęśliwym - dodała.
Zupełnie nie widziałam związku między jednym a drugim i nie potrafiłam zrozumieć toku myślenia mamy. Co ma w końcu piernik do wiatraka? Mnie do szczęścia wystarczyłaby deklaracja Jacka, że jest we mnie zakochany równie mocno jak ja w nim. Bez względu na to wszystko ucieszyłam się jednak, że mama chce, abym była szczęśliwa. .
Wczoraj próbowałam znaleźć materiały na WOS, ale nie bardzo mi to wyszło. Facet od WOS-u jest drobiazgowy. Na każdą lekcję każe przygotować trzy wiadomości - z życia społecznego, sportu lub polityki. To jednak najmniejszy problem. Kłopoty pojawiają się w chwili, gdy zaczyna wiercić dziurę w brzuchu, pytając o szczegóły. Gdy Olka odczytała notatki ze świata sportu o Robercie Kubicy, to maglował ją strasznie. Pytał, w jaki sposób zaczynał Robert Kubica, na jakich samochodach wcześniej się ścigał, od którego momentu rozpoczęła się jego kariera sportowa i dlaczego Olki zdaniem odniósł taki sukces. Dobrze, że chociaż numer buta Kubicy go nie interesował. Z polityką jest dużo gorzej. Chłopcy coś tam jeszcze wiedzą, ale dziewczyny w tych tematach gubią się zupełnie.
Dochodziłam właśnie do końca alei Kasprowicza, gdy uświadomiłam sobie, że dużo szczęśliwsza będę w domu niż na lekcji WOS-u. Tak się złożyło, że nikogo z klasy w drodze do szkoły nie spotkałam, więc postanowiłam zawrócić. Potrzebna mi jedynka na początku roku? Nie! Przecież wówczas będę jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Szybko skręciłam w Karpińskiego i doszłam do Konopnickiej. Lepiej wrócić bocznymi uliczkami, aby nie rzucać się w oczy.
Po kilkunastu minutach nie byłam już pewna, czy ucieczka z lekcji sprawi, że będę szczęśliwsza. Ogarnął mnie dziwny niepokój. W podstawówce, jeśli uciekaliśmy, to całą klasą - na przykład w Dzień Wagarowicza. A teraz odważyłam się zrobić to w pojedynkę. No ale to w końcu gimnazjum, choć klasa prawie ta sama. Doszło tylko kilka nowych osób, tak jak Jacek, ale właściwie jacy tam oni nowi. Chodziliśmy do tej samej podstawówki, tylko do różnych klas. Budynek jest inny, nauczyciele również. I ja chyba też inna, choć niby ta sama. W każdym razie zdecydowałam się na coś, czego do tej pory jeszcze nie robiłam. Potem trzęsłam się ze strachu przez kilka godzin, zastanawiając się, co będzie, jeśli to się wyda. A może będę miała nieprzyjemności? A jeżeli wychowawczyni zadzwoni do rodziców? Pytania i wątpliwości kłębiły się w mojej głowie.
Po południu przyznałam się prawie do wszystkiego. Nie czułam się z tym dobrze. Chciało mi się płakać, choć tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego.
- Nie byłam dziś w szkole - powiedziałam, siedząc przy stole i kończąc obiad.
Bazyl spojrzał na mnie z pogardą. Gdyby to on opuścił zajęcia, znalazłby tysiąc sposobów na usprawiedliwienie swojego zachowania. Nie był samokrytyczny, za to bardzo krytyczny w stosunku do innych. Zuzkę to w ogóle nie obchodziło, bo jak zwykle śpieszyła się. Nie wiem nawet, czy ta wiadomość do niej dotarła. Tato nic nie mówił, tylko wpatrywał się w mamę.
- Dlaczego? - spytała.
Mogłam odpowiedzieć, że wydawało mi się, iż poza szkołą będę o wiele szczęśliwsza niż w szkole, ale miałam mętlik w głowie.
- Rozbolał mnie brzuch, więc wróciłam - skłamałam. - Potem miałam jakiegoś doła. Zupełnie nie mogłam się pozbierać.
- Rozumiem, że miałaś kiepski nastrój - rzekła mama.
- Kiepski nastrój to mało powiedziane - wzruszyłam ramionami. - Zupełnie na nic nie miałam ochoty. Najchętniej położyłabym się do łóżka i beczała w poduszkę cały dzień - dodałam, ciesząc się w głębi duszy, że powiedziałam część prawdy. - Totalne przymulenie.
- Czy ty możesz wyrażać się po polsku? - zapytała poirytowana mama. Po wyrazie twarzy widziałam, że nie wierzy w moje tłumaczenia. W tacie miałam sojusznika. Wprawdzie nic nie mówił, ale zawsze starał się mnie rozumieć.
- Jeśli jeszcze kiedykolwiek rozboli cię brzuch, masz zatelefonować do mnie do pracy - powiedziała mama - i to natychmiast. Nie ma nic gorszego niż wagary. To wciąga. Po jakimś czasie człowiek przestaje się bać chodzenia na wagary, a coraz bardziej boi się powrotu do szkoły - mówiła. - To pierwszy krok, aby narobić sobie kłopotów. Zaczynają się piętrzyć zaległości, a strach przed tym, co powiedzą nauczyciele, staje się coraz większy.
- Skąd wiesz? - spytałam zaczepnie. - Chodziłaś na wagary?
- Nie - odparła - ale znam zdolnych ludzi, którzy przez wagary nie skończyli nawet szkoły średniej. Znam też takich, którzy mieli problemy z nauką, ale nie wagarowali i nauczyciele starali się im pomóc. Docenili ich obowiązkowość i poważne podejście do obecności na zajęciach.
- Aniu - wtrącił się tato - Natalię rozbolał brzuch. To nie wagary, skoro nam o tym powiedziała.
- Wiem, co mówię - mama była stanowcza. - I właśnie dlatego chcę, by Natalia niezwłocznie powiadamiała mnie o takich sytuacjach. Dlaczego nie zadzwoniłaś? - przyglądała się mi badawczo.
- Nie wiem - odparłam.
- Jak to nie wiesz?
- Po prostu nie wiem. Nie przyszło mi to do głowy.
- Nie rozumiem. Nie rozumiem, jak mogło ci nie przyjść do głowy, aby do mnie zatelefonować? Dowiedziałaś się chociaż, co było w szkole?
- Tak. Kropka, to znaczy nasza polonistka, zaprowadziła Olkę do pokoju nauczycielskiego i tam zmyła jej makijaż i lakier z paznokci, a Franka wyrzuciła za drzwi za dyskusję. Beacie wstawiła pałę z zachowania, ale czy to Beaty wina, że nie mogła powstrzymać się od śmiechu? Sama byś nie wytrzymała, gdybyś zobaczyła, w jaki sposób Michał unosi brew, gdy próbuje się skupić. O rety! - roześmiałam się.
- Nie o to pytam - mama była coraz bardziej zniecierpliwiona. - Chcę wiedzieć, czy dowiedziałaś się, co było na lekcjach.
- Przecież ci mówię!
- Mam rozumieć, że w szkołach niczego już nie uczą, tylko wyrzucają za drzwi i zmywają makijaż. Mój Boże, do czego to doszło - mama złapała się za głowę. - I nie mówi się, że ktoś unosi brew, tylko brwi - pouczyła.
- Ale Michał unosi brew - zaoponowałam - bo on ma tylko jedną.
- Jak to ma jedną brew? - zdziwiła się mama. - A co stało się z drugą?
- No właściwie ma dwie, ale połączone, a więc ma jedną - tłumaczyłam.
- A co z tym Frankiem? - wtrącił się tato. - Czy u was w szkole nie wolno dyskutować z nauczycielem?
- Z polonistką nie wolno. Ona twierdzi, że jest mądrzejsza od nas, bo skończyła studia, a my dopiero podstawówkę. Zawsze mówi: "Koniec dyskusji! Ja wiem lepiej i kropka!".
- Nie podoba mi się to - tato pokręcił głową. - Dyskusje bywają twórcze. Poza tym wszystkiego to ona lepiej nie wie. Studiowała polonistykę. Ciekawe, czy ma pojęcie o układach scalonych albo o procesie epitaksji?
- Wojtku! - mama próbowała przywołać tatę do porządku. - Podważasz autorytet nauczyciela!
- Nie zgadzam się - powiedział spokojnie. - Udowadniam tylko, że pani od języka polskiego myli się, twierdząc że wszystko wie lepiej...
- Tato ma rację! - zawołałam. - My musimy wkuwać z tylu przedmiotów, a Kropka w kółko powtarza to samo. Gdybym ja przez dziesięć lat czytała podręcznik z geografii, to chcąc nie chcąc wszystko bym zapamiętała. Ona ma łatwiej niż my!
- Zwariuję w tym domu! Czy wy jesteście poważni?! - mama była oburzona. - Chcę wiedzieć, czy odrobiłaś na jutro lekcje.
- Przecież nie było mnie w szkole, więc nie wiem, co jest zadane.
- Nie dziwię się waszej polonistce, że nie chce z wami dyskutować. Zatelefonuj do Dominiki i dowiedz się, co było na lekcjach.
- Czemu do Doni, a nie do Olki? - spytałam.
- Do Dominiki! - krzyknęła mama. - Koniec dyskusji! I kropka!