Pamiętnik napisany w grobie - Wojciech Burdelak
12.60 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wojciech
Burdelak
Pamiętnik napisany
w grobie
"Rzeka za szeroka, zbyt odległe brzegi
a do tego pływać nikt z nas nie potrafi
przejść ją jednak trzeba, choć woda głęboka
bo po drugiej stronie światło na nas czeka.
Coś nas pcha, coś ciągnie, nie pozwala zwlekać
byśmy jak najprędzej w podróż wyruszyli
bądźmy więc posłuszni, nie czekajmy chwili
i czyńmy co śmierć nam robić nakazuje.
Prośmy Boga o litość i o zmiłowanie
bo już jest za późno by poprawiać błędy
jesteśmy przejazdem, nic tu nie jest nasze
i dalej nam do władcy, niźli do przybłędy.
Podróż się zaczęła, pora ruszać w drogę
czasu było mnóstwo, by się przygotować
zawsze głodni wiedzy, co tam na nas czeka
a gdy śmierć nadeszła pragniemy odwlekać".
Wprowadzenie
"Nasze życie jest krótkie i smutne. Nie ma lekarstwa na śmierć człowieka, nie znamy nikogo, kto by wrócił z Otchłani. Urodziliśmy się niespodzianie i potem będziemy, jakby nas nigdy nie było. Dech w nozdrzach naszych jak dym, myśl jak iskierka z uderzeń serca rozpłynie jak niestałe powietrze. Imię nasze pójdzie z czasem w niepamięć i nikt nie wspomni naszych poczynań. Przeminie życie nasze jakby ślad obłoku i rozwieje się jak mgła ścigana promieniami słońca i żarem jego przybita. Czas nasz jak cień przemija, śmierć nasza nie zna odwrotu: pieczęć przyłożono, i nikt nie powraca".
Księga Mądrości, 2, 1-5.
Czasami bywa tak, że los daje potępionym drugą szansę. Czy ja ją dostałem? Nie wiem. Zamierzam opowiedzieć smutną historię, koleje mojego losu, które poniekąd sam wykreowałem, dając się ponieść nieokiełznanemu żywiołowi, który zwie się życiem. Podobno życie jest sumą przypadków, na które mamy niewielki wpływ, a bywa, że i żaden. Był jednak czas w moim życiu, kiedy tak nie myślałem. Perspektywa ulegnięcia żywiołowi, który mnie porywa i niesie nie wiadomo gdzie, wydawała mi się pozbawiona sensu, a jednocześnie burzyła fundamenty światopoglądu, który sam sobie wybudowałem. Każdy z nas pragnie więcej, niż jest w stanie strawić, dużo więcej niż mu potrzeba, a nieokiełznany apetyt na więcej i więcej pcha nas często na drogę pychy i obłudy, która prędzej czy później poprowadzi ku zatraceniu.
Jesteśmy jednak tacy, jakimi jesteśmy i nic z tym nie zrobimy. W naszym DNA zapisano nam dokładny, wręcz szczegółowy przepis na to, jakimi mamy być. Czy jesteśmy jedynie zaprogramowanymi robotami z wpisanymi komendami? Jeżeli tak, to nasza przysłowiowa "wolna wola" niestety, ale nie istnieje. Czy to jaki byłem i jak strasznych czynów się dopuszczałem, było jedynie powiązane z wykonywaniem komend? To całkiem możliwe.
Brzmi to jednak jak próba szukania dla siebie usprawiedliwienia. Jednak z drugiej strony patrząc... nie wybierałem sobie cech charakteru. Bo wtedy zapewne nie zaserwowałbym sobie: braku cierpliwości, ciągoty do alkoholu, impulsywności i co chyba w moim przypadku najgorsze, tego dzikiego wręcz pędu za spódniczkami. Niestety było tak, że często myślałem nie tą częścią ciała, co należy i nic nie mogłem z tym zrobić. Wyrządziłem w ten sposób mnóstwo krzywd, ale cóż mogłem począć, skoro taki właśnie byłem. Ulepiono mnie z takich, a nie innych składników i postawiono wobec faktów dokonanych.
Żadne z nas nie jest w stanie przewidywać nadchodzących wydarzeń - chyba że sam je zaplanuje - i nic na to nie poradzimy. Być może na tym właśnie polega urok życia, że nieustannie nas zaskakuje. Gdybym na początku mojej drogi wiedział jakie konsekwencje poniosą moi bliscy i oczywiście ja sam, to przenigdy bym nie podążył tą ścieżką. Nigdy nie posiadałem cech autodestrukcyjnych ani tym bardziej masochistycznych. Jednak w tamtym przypadku było inaczej, brnąłem - bezkrytycznie odurzony narkotykiem, który zwie się życiem - wręcz ślepy, do celu, którego nie dostrzegałem, a nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić.
To gdzie się znalazłem i co się teraz ze mną dzieje jest dla mnie najbardziej sprawiedliwą karą, na którą w stu procentach zasłużyłem. Z początku się buntowałem, ale później spuściłem głowę z pokorą.
Trudno jest od potencjalnego grzesznika wymagać pokuty, przeprosin i żałowania za grzechy, jeżeli on nie rozumie jakiego złego uczynku się dopuścił. Od zawsze tak było, że istotą kary jest jej świadomość. Jeżeli ukarany nie wie, że odbywa karę, a jedynie wychodzi z założenia, że to, co się dzieje, jest tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności, złą passą, to wówczas kara nie spełnia swego zadania. Ja dopiero po czasie zrozumiałem, że zostałem skazany za uczynki, których nie byłem w pełni świadomy. Żyłem w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie z tego sprawy.
Ja już nie jestem ważny. Moje EGO zostało uśpione, a może nawet zniszczone. Zanurzyłem swoje zbrukane dłonie w niezwykłym naczyniu, na którym wypisano niezręcznym pismem słowo "Pokora". Niestety upadłem tak nisko, że niżej już nie było można. Niektórzy uważają, że trzeba opaść na samo dno, aby następnie mieć się od czego odbić i ruszyć ku świetlanej powierzchni, którą zwą odpokutowaniem, a co za tym idzie również i odkupieniem. Nie do końca się zgadzałem z takim stwierdzeniem.
Moje własne dno, na które opadłem, było diametralnie inne, cokolwiek to mogło oznaczać. Nie miało materialnej struktury, nie było fizyczne i namacalne, a ja nie składam się już z powszechnie znanych cząsteczek i atomów. To gdzie teraz jestem, to jest zapewne piekło, a ja popadłem w odmęty złej energii, która jest oczywiście karą, ale ja ją po prostu nazywam: SPRAWIEDLIWOŚCIĄ.
Opowiem wam wszystko- Proszę cię Panie Boże, uratuj moją żonę, bo jak zostanę sam to sobie nie poradzę. Rozumiesz, co do ciebie mówię?! Jeżeli jednak nie zechcesz pomóc, to do cholery odwróć się od nas, poudawaj że niczego nie widzisz i pozwól innym siłom czynić cuda! - wypowiedziałem te słowa szeptem, ale przysięgam na wszystko, że z całych sił pragnąłem je wykrzyczeć; najgłośniej jak tylko potrafiłem. Sekundę później leżałem już z otwartymi oczami i patrzyłem w sufit, próbując dociec co mi się śniło.
Podobno sny są odpowiedzią na pytania, których nawet nie potrafimy zadać. W moich snach przewidziałem, a właściwie to ujrzałem bardzo dużo z tego co miało nastąpić. Oczywiście zbagatelizowałem te senne majaki, bo co mnie mogły obchodzić jakieś tam fantazje zmęczonego umysłu. A poza tym, co niby mogłem z tym zrobić? Pytanie w sumie z gatunku retorycznych, bo jak niby można walczyć z wizjami?
Kto by przypuszczał, że los w całej swej przewrotności zechce mi pokazać, że to on ma władzę, że to on tu rządzi. Chyba zawsze byłem palantem, ale tak naprawdę to nie chciałem tego dostrzegać. A może widziałem, ale miałem to najzwyczajniej gdzieś? Mama i tata byli zwyczajnymi ludźmi, banalnymi aż do szpiku kości, a mnie się wydawało że powinienem być inny. Inny...? A cóż to jest ta inność? No po prostu... To znaczy... inny.
Na imię mam Mateusz. Nijakie imię dla zwyczajnego faceta. Mieszkam w małym miasteczku w kujawsko-pomorskim. Matka natura, a może po prostu Pan Bóg obdarował mnie jednym dzieckiem, synem. Dał mi potomka, ale w zamian w całej swej przewrotności odebrał mi żonę. To była perfidna wymiana - jeden do jednego. Moja Monika umarła, gdy Piotruś - bo tak ma na imię mój syn, - skończył siedem lat.
Wstrętne raczysko dobijało ją powoli. Drenowało jej układ odpornościowy przez dwa lata, jak gdyby testowało jej wolę życia. Do tej pory nie wiem, czy fakt że tak długo się zmagała z chorobą było darem, czy raczej przekleństwem. Jakby nie patrzeć miała czas, aby przywyknąć do tego co było nieuchronne. Z drugiej jednak strony ta ciągła walka z bólem była chyba dla niej istnym przekleństwem. Trudno jest wcielić się w osobę chorą, jeżeli sami nie cierpimy. Wybaczcie proszę, że w ten nieco nieudolny sposób opowiadam, ale niestety nie posiadłem sztuki oratorskiej w dostatecznym stopniu, aby opisać wszystko to co się działo.
Lekarze mamili ją przez cały ten czas optymistycznymi wizjami, które wręcz krzyczały, że wszystko będzie dobrze. To samo słyszałem i ja, gdy odwiedzałem gabinety i prosiłem o szczerą prawdę. Wychodziłem z założenia, że chorego można wprowadzać w błąd, aby podsycić nadzieję i dodać sił do walki z chorobą, ale rodzina ma prawo wiedzieć. Do tej pory nie wiem czy robili to specjalnie, czy może po prostu nie mieli bladego pojęcia jak potoczy się choroba. Najgorsze było ostatnie pół roku. Stan Moniki pogorszył się na tyle, że jej życie toczyło się wokół domu i szpitala. To była jedna wielka wędrówka z miejsca na miejsce. Sam już nie wiem, gdzie częściej przebywała. Uparła się - choć może to i dobrze, - że nie chce iść do hospicjum. Sam nie wiem, czy ja bym chciał?
Musiałem zrezygnować z pracy i znaleźć sobie taką, którą mogłem wykonywać bez wychodzenia z domu. Podobno jestem dobrym księgowym, dlatego nie musiałem długo szukać. Pieniędzy nam nie brakowało, ale nie o dochody mi chodziło. Ktoś, kto osiągnął pewien status finansowy przestaje zwracać uwagę na pieniądze, gdyż one po prostu są. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Dzięki moim cechom charakteru udało mi się nie zapętlić w pogoni za mamoną. Po prostu potrzebowałem być w domu, a jednocześnie mieć pewną odskocznię od tego wszystkiego, co wiązało się z moim życiem. Ucieczka w pracę pozwalała mi nie zwariować.
Na całe szczęście z czasem udało mi się załatwić opiekunkę dla żony, która przychodziła codziennie oprócz niedziel. Po pewnym czasie przychodziła już siedem dni w tygodniu. Po trzech miesiącach przywykliśmy do niej, a ona chyba do nas. Zajmowała się wszystkim tym, co ja musiałbym robić, aby pielęgnować moją Monikę. Wiem, jak to zabrzmi, ale kamień spadł mi z serca, że wyzbyłem się tych wszystkich obowiązków.
Sam widok chorej doprowadzał mnie niemalże do obłędu. Widziałem jak słabnie, jak choroba odbiera jej siły, jak zniekształca jej rysy twarzy i niemalże całą fizjonomię. Z pięknej i niezwykle zgrabnej kobiety przeistoczyła się w żywą karykaturę człowieka. Ważyła chyba połowę tego co przed chorobą, a jej rumiana cera zmieniła barwę i stała się żółtawa, jak gdyby chorowała na żółtaczkę. Nawet jej długie niegdyś włosy (te, które jeszcze pozostały po chemii) zmieniły barwę z kasztanowatej na niemalże siwe.
Wróćmy jednak do chronologii wydarzeń. Wyprzedziłem fakty mówiąc o jej śmierci, bo to była wtedy najstraszniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Jesteś z kimś, widujesz go codziennie, rozmawiasz, kochasz się, krzyczysz na niego, śmiejesz się i nagle go tracisz. Ten kto nigdy nie stracił ukochanej osoby, nie będzie wiedział o czym mówię. Najgorsza jest ta pustka, której w żaden sposób nie da się zapełnić.
Gdy choroba się rozwinęła odwiedzałem jak zawsze jej pokój, ale za każdym razem, gdy przekraczałem próg czułem się źle. Najchętniej w ogóle bym do niej nie przychodził, ale cóż, byliśmy rodziną, a to zobowiązywało do pewnych rzeczy. Traktowałem to jak uciążliwy obowiązek, a ona chyba się tego domyślała. Chcąc nie chcąc, wpadałem do niej z przeróżnych powodów. Czyniłem to, aby nie czuła się odtrącona lub ignorowana, ale coraz gorzej mi to wychodziło. Często będąc w pobliżu słyszałem jak płacze, a chwilę później złorzeczy. Przeklinała swój los, a także Boga że jej to zrobił. Nie potrafiłem pojąć, gdzie w tak słabym ciele mieściło się tak dużo negatywnej energii. Leki z czasem powoli traciły swoje dobroczynne właściwości. W końcu dobiliśmy do miejsca, kiedy otrzymywała tak silne dawki, że zapadała w mocny sen. Potrafiła wtedy przespać nawet kilkanaście godzin. Wiem, że to było skurwysyństwo z mojej strony, ale cieszyłem się, że tak się dzieje bo wtedy miałem święty spokój. Po pewnym czasie oznajmiła mi, że nie chce więcej spać. Wolała cierpieć, ale być świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Wiedziałem doskonale, że nie ma sensu z nią dyskutować. Kiedy jej na czymś naprawdę mocno zależało, to potrafiła być uparta jak przysłowiowy osioł.
- Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! - Monika powiedziała podniesionym głosem, o dziwo niemalże nie poruszając przy tym ciałem. Jedynie jej usta zadrgały nieznacznie. Gdyby nie ten fakt, to wyglądałaby jak jakiś brzuchomówca.
- Moniś, spokojnie. Co ja mogę? - próbowałem spokojnie tłumaczyć, ale nie zawsze starczało mi cierpliwości, więc zacząłem się niepotrzebnie denerwować. - Nie atakuj mnie, dziewczyno.
Siedziałem na krześle przystawionym do jej łóżka, w pokoju, który był teraz salą szpitalną w naszym pełnym miłości domu. Czułem się jak katolik, który przyszedł do spowiedzi, ale jest pełen sprzeczności i wątpliwości bo wcale nie odczuwa skruchy.
- Mateusz, ja cierpię - skrzywiła twarz, zapewne dla podkreślenia tego przez co przechodzi. Z jej oczu wypłynęły łzy, a to już było dla mnie za dużo. - Boli mnie.
Złapała mnie za rękę, ale ja delikatnie, acz stanowczo wysunąłem ją z uścisku. Nienawidzę wręcz jak ktoś płacze, no chyba, że w grę wchodzi niewymuszony płacz. W tym przypadku nie wiedziałem, czy aby moja żona nie robi tego specjalnie.
- Myślisz, że tego nie wiem? Boże, kobieto, ja przecież nie jestem lekarzem! Mogę ci tylko podać to co mamy w domu. Wiesz o tym dobrze. Przyjdzie Jola to może wtedy ona temu zaradzi. - Odwróciłem się do niej plecami, zupełnie nie rozumiałem, dlaczego? To miał być jakiś gest z mojej strony albo próba ucieczki? - Ja po prostu nie wiem co robić. Gubię się za każdym razem, jak mam coś zrobić i przez to się wkurzam.
- Wiem Mati, wiem - powiedziała nieco spokojniej. - Widzę przecież, że nie masz dla mnie cierpliwości, ale to nie twoja wina. Jesteś jaki jesteś.
- Nie mam, to prawda - westchnąłem i ponownie zwróciłem się w jej stronę. - Nigdy jej nie miałem, ale to nie znaczy, że się odsuwam od ciebie albo nie dzielę z tobą twojego cierpienia. Wszystko bym oddał, żeby cię nie bolało.
Patrzyłem na moją żonę i było mi jej bardzo, ale to naprawdę bardzo żal. Leżała na tym swoim łóżku, oparta na dwóch grubych poduszkach i patrzyła na mnie z nadzieją. Ubrana w seledynową koszulę nocną, zapinaną pod szyją wyglądała zapewne tak samo źle, jak się czuła. Dwa górne guziki były rozpięte, a z obu stron tego improwizowanego dekoltu zauważyłem kilka tłustych plam. To zapewne pozostałości po posiłkach. Wprawdzie pielęgniarka karmiła ją z dużą wprawą, ale bywało tak, że to Monice ulewało się z ust, jak małemu dziecku. Cienka kołdra przykrywała ją do pasa, a wszystko to wyglądało żałośnie.
- Tak, tak, Mati. Znam cię i wiem, że jesteś teraz szczery. - Uniosła prawą rękę ku twarzy i wysmarkała nos w chusteczkę, którą trzymała tak bardzo zmiętą, że nawet jej nie zauważyłem.
- Jestem szczery, zawsze byłem - powiedziałem, a w myślach dodałem, że jednak chyba tak nie do końca. Nie chciałem, żeby tak było, ale zawsze musiałem wszystko psuć. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie, jak gdyby zdemaskowała moje oszustwo.
- Ja umieram - oznajmiła to, co oboje doskonale wiedzieliśmy. Zamknęła oczy, niczym ktoś, kto się obawia reakcji swojego rozmówcy. Złapałem się na tym, że pomyślałem, że tak będzie wyglądała jak umrze. Zrobiło mi się głupio i tym razem to ja złapałem jej rękę. Nie uniosła powiek, tylko uśmiechnęła się delikatnie w ten swój cudowny, niepowtarzalny sposób.
Do tej pory nigdy o tym nie mówiliśmy i tak było dobrze. Jej słowa wstrząsnęły mną i to dosłownie, bo poczułem drżenie mojego ciała, jak gdyby było mi zimno. Ona wiedziała i ja wiedziałem. Po co więc poruszyła ten temat? Z drugiej zaś strony miała prawo o tym mówić, bo to jej życie zmierzało ku krawędzi, a moim zasranym obowiązkiem było wysłuchanie jej wsparcie w najlepszy możliwy sposób. Chciałem tak postąpić, ale jak zwykle wszystko zepsułem.
- Boże, Monika... - niemalże wycharczałem. Czułem się niczym ktoś komu świat zaraz zawali się na głowę.
- Wszystko bym oddała, aby to nie była prawda. - Spoważniała, otworzyła oczy, a zaraz potem skrzywiła twarz w grymasie, który był marną imitacją uśmiechu, a może raczej subtelnej nadziei. Patrzyła na mnie swoimi zmęczonymi oczami i czekała zapewne na słowa pociechy.
Zsunąłem się z krzesła i przyklęknąłem przy łóżku. Westchnąłem niezwykle ciężko, jak gdybym miał ogromny problem z wypuszczeniem powietrza z płuc i złapałem jej dłoń obiema swoimi. Czułem, że tak właśnie powinienem postąpić. Całe moje życie to była jedna wielka improwizacja, a w tym momencie to wręcz wspiąłem się na szczyt spontaniczności. Teraz jeszcze przyszedł czas, żebym koniecznie coś powiedział, cokolwiek, ale ja miałem w mózgu próżnię.
- Myślę, że to się dobrze skończy, a ty za trzydzieści lat będziesz o tym opowiadała jak o ciekawostce z twojego życia. - Powiedziałem to co mi przyszło do głowy, pocałowałem jej dłoń i spojrzałem w oczy, ciekaw jaką reakcję wywołały moje słowa. Byłem kiepski w pocieszaniu.
- Idź już, Mati - szepnęła wyraźnie zdegustowana i odprawiła mnie ruchem dłoni. Poczułem się jak skopany pies i nie było dla mnie żadnym pocieszeniem, że ona przeżywała to jeszcze gorzej.
Ileż to razy zastanawiałem się, dlaczego świat jest taki dziwny. Niby jest prosty w działaniu i jest w nim porządek, bo przyczyna nieustannie poprzedza skutek, ale czy zawsze tak jest? Otóż w moim przypadku było trochę inaczej, gdyż najpierw zrozumiałem czym jest skutek, a dopiero później rozszyfrowałem szczegóły przyczyny. Od dłuższego czasu, chyba od momentu, kiedy u Moniki wykryto chorobę zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak, ale tym razem ze mną. Czułem pewną subtelną, ulotną wręcz różnicę, ale nie potrafiłem zdiagnozować, co to może być. Coś się zmieniało we mnie i w najbliższym otoczeniu, a ja nie potrafiłem rozgryźć problemu. Miałem kłopoty ze snem, a gdy wreszcie zasypiałem, to śniłem rzeczy z pogranicza fantazji, a może wręcz wariactwa. Nie zamierzam ich opisywać, a przynajmniej nie na tym etapie, bo uważałem je za pochodne tego przez co przechodziłem ja i moja rodzina. Za jakiś czas pojąłem jednak, że należało przypisać im większe znaczenie gdyż były jak rysy na płaszczyźnie mojej osobowości. Wiedziałem, że mam problem, ale to było tylko preludium do tego, żeby zrozumieć, że sam sobie z tym nie poradzę.
W końcu się przełamałem i w tajemnicy przed żoną zapisałem się na wizytę u psychiatry. Nie ma sensu zgłębiać tematu, dlatego powiem tylko że specjalista przepisał mi leki, które miałem systematycznie zażywać, Bóg raczy wiedzieć jak długo? Do tej pory nie wiem, czy dobrze zrobiłem? Czy te paskudztwa, którymi się faszerowałem, pomogły mi i zepchnęły mnie ze ścieżki na którą się pchałem, czy wręcz przeciwnie? To są pytania w stylu, "co by było, gdyby" i jest oczywistym, że nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi.
Zapomniałem wspomnieć, że nasz Piotruś miał na Monikę niezwykle kojący wpływ. Ilekroć się u niej pojawiał, natychmiast jej stan się zmieniał. Wyglądało to tak, jak gdyby spływało na nią jakieś ukojenie, objawienie, czy diabli wiedzą co? Potrafiła z nim normalnie rozmawiać, żartować i nawet ćwiczyć w ramach jego rehabilitacji. Spotkania kończyły się w momencie, gdy syn czuł się zmęczony albo raczej wynudzony. Było oczywistym, że chciałem, aby te wizyty trwały jak najdłużej. Próbowałem mu tłumaczyć, co się dzieje z jego mamą, ale był zbyt przekorny lub ograniczony aby to ogarnąć. Z chwilą, gdy tylko Piotruś wychodził od niej, wszystko się sypało jak domek z kart.
Jolanta Okrusz (opiekunka Moniki, o której wcześniej wspominałem) nie miała więcej niż trzydzieści lat i była dość ładna. Nie była jednak pięknością, bo jej uroda znamionowała pospolitość, ale za to miała w sobie to coś. Niektórzy nazywają to seksapilem, ale ja nie wiem, czy to właściwe określenie. Była raczej chuda niż zgrabna i miała niewielkie piersi. W przeciwieństwie do Moniki miała krótkie włosy. Nie znam się na tym, ale chyba farbowała je, gdyż spośród kruczoczarnych można było przy dokładniejszym przyjrzeniu dostrzec nieco jaśniejsze odrosty. Miała bezsprzecznie piękne, piwne oczy i długie rzęsy, ale za to usta zbyt małe w stosunku do reszty twarzy. Sam tak naprawdę do końca nie wiem, co mnie w niej pociągało?
Podobno jej małżeństwo okazało się niewypałem i rozwiodła się po dwóch latach, a związek nie zaowocował dziećmi. Była doświadczoną pielęgniarką i miała właściwe podejście do Moniki. Nie wiem, czy to był profesjonalizm, czy może raczej powołanie? Wiadomo, że w niektórych zawodach powołanie jest niezbędne, aby dobrze wykonywać swoją pracę. Muszę szczerze przyznać, że z początku traktowałem ją jak zwykłego pracownika, którego po prostu zatrudniłem. Łączyły nas tylko służbowe relacje, nic poza tym. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać w niej kobietę. Następnym etapem było to, że począłem za nią wodzić wzrokiem i często zastanawiałem się co ona teraz robi, gdy przebywała w innym pomieszczeniu.
Tak jak wcześniej omijałem pokój Moniki, tak z czasem zaczynałem go odwiedzać coraz częściej. Wtedy nie widziałem w tym nic zdrożnego. Tłumaczyłem sobie, że po prostu przychodzę dla żony, aby dowiedzieć się, co tam u niej. Tak naprawdę przychodziłem dla mojej "uroczej Jolci" - jak ją w myślach nazywałem.
Mój kontakt z żoną zwykle ograniczał się do kilku zdawkowych zdań, pytań, banalnych opowieści, a później już tylko było wodzenie wzrokiem za pielęgniarką. Zachodziłem wtedy w głowę, czy ona wie, że mi się podoba? Podobno kobiety potrafią takie coś wyczuć, ale czy to prawda? Gdy snułem takie rozważania, to nawet przez myśl mi nie przeszło, że przecież Monika również jest kobietą i też może posiadać identyczny dar. Powinienem był wiedzieć, że żadna choroba nie potrafi stłumić tego co biologia dała nam niejako w prezencie. Wiadomo, że wszystkie stworzenia rodzą się z zaprogramowanym instynktem, ukierunkowanym na różne aspekty życia.
Wcześniej uważałem, że moją Monikę dobijał fakt, że nasz synek miał autyzm. Z czasem jednak pojąłem, że moja diagnoza była nieco samolubna i chyba mylna. Przecież to dzięki temu, że nasze dziecko było chore ona zyskiwała dodatkowe pokłady energii i silnej woli, aby wytrzymywać i dalej walczyć. Po jakimś czasie, gdy już nas opuściła i odeszła do lepszego świata dotarło do mnie, że to ja jestem winny śmierci mojej żony. Skróciłem jej życie swoim zachowaniem, a ona na to w najmniejszy sposób nie zasługiwała. Mogłem jej pozazdrościć uczuć, bo ona kochała nasze dziecko bez względu na to, czy było chore czy nie, a u mnie było z tym różnie. Moje uczucie osłabło kiedy dopadła ją choroba, bo nie mogła mi dać tego, co dostawałem od niej gdy była zdrowa.
Autyzm! To cholerstwo zdiagnozowano u Piotrusia, gdy dzieciak miał cztery lata. To był prawdziwy szok, tak dla mnie jak i dla mojej żony. Do tamtego czasu wychodziliśmy z założenia, że mamy zdrowe dziecko. Było może troszeczkę ekstrawaganckie - o ile można użyć takiego określenia w stosunku do dwu lub trzylatka? - ale nic poza tym. Alarm pojawił się, gdy syn nadal z uporem maniaka nie zamierzał wypowiedzieć żadnego, dosłownie ani jednego słowa. Rozpoczęły się dociekania i wizyty u specjalistów. W końcu pojawiła się diagnoza: autyzm. Oczywiście żadne z nas nie miało bladego pojęcia, o co chodzi? Z czasem pogłębialiśmy swoją wiedzę i nawet zajęliśmy się terapią naszej pociechy. Niestety gro obowiązków spadało na Monikę bo ja pracowałem, ale ona była tak zaabsorbowana, że nie narzekała a przynajmniej nie robiła tego głośno.
Nigdy nie zapomnę dnia, gdy dowiedziałem się, że zostanę ojcem. To był zwyczajny, przeciętny dzień, jakich wiele i nic nie wskazywało, że okaże się szczególnym, wręcz przełomowym. Zapamiętałem nawet, że wtedy była brzydka pogoda, a ja byłem w wisielczym nastroju bo dzień wcześniej w pracy dostałem ochrzan od szefa.
- Jestem w ciąży - Monika zakomunikowała mi śpiewnym głosem radosną nowinę, gdy tylko przekroczyła próg pokoju, a jej twarz biła niesamowitym, pozytywnym blaskiem. Szczerze mówiąc zaniemówiłem, kiedy usłyszałem te słowa.
To było tak dawno temu, a ja pamiętam wszystko, jakby to wydarzyło się wczoraj. Siedziałem wtedy w fotelu i czytałem Przegląd Sportowy. Oczywiście wiedziałem co to znaczy, ale sens tych słów zablokował moją zdolność do logicznego myślenia. Automatycznie, bez odrywania od niej spojrzenia odłożyłem gazetę i powoli wstałem. Czułem przypływ adrenaliny i chyba ten właśnie hormon sprawił, że moje ciało zaczęło drżeć, jak gdyby dopadła mnie fala zimna.
Monika stała nieruchomo i wyraźnie czekała na moją reakcję. Choć byliśmy małżeństwem od sześciu lat, to do tej pory nie dane nam było zostać rodzicami. Rok po ślubie oznajmiła mi - tak jak i teraz - że jest w ciąży, ale niestety poroniła po kilku tygodniach. Bardzo to przeżyliśmy i zdawało nam się, że cały świat zwrócił się przeciwko nam. Żona była rozbita i wpadła w depresję, a ja nie potrafiłem jej pomóc. Bardzo chciałem, ale niestety odnosiłem wrażenie, że to właśnie mnie wini za to nieszczęście. Wówczas przegoniłem z głowy negatywne wspomnienia i powróciłem do chwili obecnej.
Nie wiedzieć dlaczego oderwałem wzrok od jej twarzy i skupiłem całą uwagę na jej ubraniu. Wyglądała prześlicznie w tej zielonej sukience. Nie znałem się zupełnie na modzie, ale ten strój robił na mnie piorunujące wrażenie. Nie rozumiałem, dlaczego, ale zebrało mi się na ocenianie urody mojej żony.
Miała regularne rysy twarzy i piękne długie włosy. Choć nie była wysoka, to jednak miała bardzo zgrabną figurę, a jej piersi były wręcz idealne. W sumie to byliśmy mniej więcej tego samego wzrostu i kiedy wkładała swoje ulubione czerwone szpilki, to budziła u mnie uśpione kompleksy. Nigdy się nie skarżyłem, ale ona chyba o tym wiedziała bo zwykle chodziła w płaskim obuwiu. W sumie to nie wyglądała na swoje 32 lata. Miała jędrną gładką skórę i dziewczęcą buzię. Pamiętam jak się śmialiśmy, gdy wróciła oburzona ze sklepu bo sprzedawca zażądał od niej dowodu osobistego, gdy chciała kupić butelkę wina. W moim przypadku było na odwrót. Byłem od niej starszy o trzy lata, ale chyba wyglądałem na czterdzieści, tak mi się przynajmniej zdawało.
- Patrzysz na mój brzuch, dzieciorobie? - zachichotała.
- Tak, pani Balińska. To chyba naturalne, że patrzę akurat w to miejsce. - Zrobiłem niewielki krok w jej stronę.
- Jeszcze za wcześnie, to dopiero drugi miesiąc, głuptasie.
- A skąd w ogóle wiesz, że jesteś? - wycharczałem i zaraz odchrząknąłem. - No, w ciąży - szybko dodałem.
- Cyganka mi powiedziała - odparła, a jej twarz spoważniała.
- Kto?! Jaka, do cholery cyganka?! - reaguję podniesionym głosem i cofam gwałtownie głowę, jak gdyby ktoś mnie spoliczkował.
- O Boże, Mati, nie wygłupiaj się. Byłam u ginekologa z samego rana - ton jej głosu zmienił się na stonowany.
Uznałem, że chyba nie takiej reakcji oczekiwała, ale ja byłem spontaniczny i nie było w moim zachowania ani krzty wyrachowania i logiki. W końcu nie takiej wieści się spodziewałem, kiedy usłyszałem klucz w zamku. Tym bardziej, że gdy rano wychodziła to nic nie wspomniała o wizycie.
- Nie mówiłaś, że idziesz się przebadać - stwierdziłem nieco obrażony. - To pewne?
- To tak się cieszysz, że zostaniesz tatą? - tym razem to ona zapytała urażonym tonem, a ja nie wiedziałem czy się ze mną droczy, czy rzeczywiście jest na mnie zła.
- Boże, Monika... jak możesz myśleć, że się nie cieszę? Będę ojcem! Chryste, to najszczęśliwszy dzień w moim życiu! - Rozłożyłem ramiona i ruszyłem w jej stronę z uśmiechem na ustach. Pod powiekami poczułem wilgoć i pomyślałem, że za moment się popłaczę. Ku mojemu zaskoczeniu Monika wystawiła obie dłonie w obronnym geście i cofnęła się o krok.
- Spokojnie, rycerzu. Teraz musisz o mnie dbać i żadnych mocnych uścisków. Rozumiesz chyba, że od teraz będzie trochę inaczej. - Kończąc krótki wykład wpuściła na swoją twarz delikatny uśmieszek.
- Ale uszy dasz mi chyba jeszcze dorobić mojemu synusiowi? - zażartowałem.
- Jeszcze nic nie wiadomo jakiej będzie płci, no i żadnego seksu. - Pokiwała palcem na boki i jeszcze szerzej się uśmiechnęła.
- Żadnego? - zrobiłem minę cierpiętnika i powoli podszedłem bliżej. Objąłem ją delikatnie, przytuliłem i szepnąłem do ucha. - Nic a nic, kochanie? Ani tyci, tyci?
- No może troszeczkę - odpowiedziała śmiejąc się i pocałowała mnie namiętnie.
Za każdym razem ilekroć nawiedzało mnie to wspomnienie, lżej mi się robiło na duszy. Dziwne jest, jak skomplikowana jest nasza psychika. Dlaczego tak jest, że wspomnienia sprzed lat potrafią wpływać na naszą teraźniejszość? Jak gdyby te dwa czasy były ze sobą powiązane niewidzialną nicią. Bywa też tak, że doskonale pamiętamy rzeczy banalne, fakty bez znaczenia, a nie możemy sobie przypomnieć jaką twarz miała, na przykład nasza kuzynka, w której się podkochiwaliśmy, pomimo że była dla nas bardzo ważna.
Wróćmy jednak do moich relacji z pielęgniarką. Wraz z mijającym czasem podczas wizyt u chorej poświęcałem jej coraz mniej czasu. Po prostu nie miałem już o czym z moją żoną rozmawiać, a i ona nie była specjalnie skora do dyskusji. Najwidoczniej ciężar choroby odebrał jej ochotę do rozmów ze mną. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, co może za tym stać? Tak było wygodniej dla mnie i chyba w ten sposób tłumiłem u siebie wyrzuty sumienia. Miałem nieuleczalnie chorą żonę, autystycznego syna, a oglądałem się za inną. Wiedziałem oczywiście, że to jest chore, ale to było silniejsze ode mnie. Uważałem, że to jest naturalny odruch odrzuconego kochanka. Dokładnie, tak właśnie wówczas myślałem. W końcu nie było już w naszym związku miejsca na czułości, nie wspominając o seksie, a ten aspekt życia zawsze był dla mnie niezwykle ważny. Byłem świadomy kim się staję, ale nic sobie z tego nie robiłem. Czasami gdy człowiek zauważa, że jest zwykłym gnojem, to jego poczucie własnej wartości maleje. U mnie było inaczej. Pyszniłem się jak ten paw, aby tylko Jolanta mnie zauważyła i zwróciła wreszcie na mnie uwagę.
Z czasem zacząłem dostrzegać u naszej pielęgniarki pewne zmiany w zachowaniu. Z początku łapałem ją na tym, że zerka w moją stronę, kiedy myśli że tego nie widzę. Później, gdy na przykład mijaliśmy się w przejściu i nasze spojrzenia się spotykały, nie odwracała oczu, jak robiła wcześniej. Traktowałem te sygnały, jako zachętę z jej strony. Coraz częściej było tak, że gdy Piotruś był w przedszkolu, a Monika spała, to siadaliśmy w innym pokoju i dyskutowaliśmy na różne tematy. Musieliśmy przy tym zachowywać konspirację, co tylko dodawało smaczku naszym spotkaniom. Czułem się wówczas jak nastolatek, który potajemnie spotyka się z dziewczyną. Wreszcie stało się to, na co czekałem. Spróbowałem ją pocałować, a ona nie odwróciła głowy i nasze usta się spotkały. Pocałunek był delikatny i niezwykle krótki, ale oboje wiedzieliśmy że furtka została otwarta.
Gdy Monika poczuła się gorzej i poszła do szpitala, Jola odwiedzała już tylko mnie i wówczas zrodziła się pomiędzy nami namiętność, której mocy bym się po sobie nie spodziewał. Uciekała ode mnie w momencie, gdy musiałem odbierać Piotrusia z przedszkola. Wtedy na powrót stawałem się wzorcowym w swoim mniemaniu ojcem i głową rodziny. Żona na własne życzenie wypisała się po tygodniu i pielęgniarka miała powód aby ponownie odwiedzać nasz dom, ale tym razem oficjalnie. Wtedy to po raz pierwszy przekroczyłem nieprzekraczalną granicę i pożałowałem, że Monika ponownie jest z nami. Pomysł, że lepiej by było, gdyby już umarła zjawił się nagle i natychmiast został przepędzony z mojej głowy przez sumienie, które chyba jeszcze miałem.
I w końcu nastąpiło, co nastąpić musiało. Jak zwykle siedziałem na krześle w pokoju Moniki i obserwowałem, jak Jola karmi moją żonę lekkostrawnym rosołem. Żona jadła powoli, z mozołem i widać było, że przełykanie sprawia jej trudność. Nie to mnie jednak interesowało, całą uwagę miałem bowiem skupioną na ruchach kobiety, która ją karmiła. Delektowałem się płynnością jej ruchów, jak z niezwykłą gracją podnosi pełną łyżkę i bez ulania nawet kropli kieruje ją do ust chorej. W pewnym momencie Monika zaczęła kręcić głową na boki, co oznaczało, że ma już dosyć.
Patrzyłem jak Jola wynosi talerz do kuchni, a później usłyszałem, że chyba opłukuje go pod bieżącą wodą. Spojrzałem na łóżko i zobaczyłem, że Monika przekręciła głowę w moją stronę i patrzy na mnie, uśmiechając się przy tym życzliwie, wręcz z czułością. Coś we mnie, gdzieś w środku poruszyło się i poczułem potrzebę aby wstać, podejść do niej i pocałować ją. Jak postanowiłem, tak uczyniłem. Kiedy moje usta oddalały się od jej czoła usłyszałem, że mnie kocha. Nogi się natychmiast pode mną ugięły, a w gardle poczułem kluchę. Pogłaskałem ją z czułością po głowie i to było wszystko, na co się zdobyłem. Coś się stało z moimi kanalikami łzowymi i niespodziewanie dla siebie zauważyłem, że płaczę. Wyszedłem szybko z pokoju i skierowałem kroki do innego, gdzie miałem dobrze zaopatrzony barek. Setka wódki natychmiast postawiła mnie na nogi i ponownie mój umysł zaczął normalnie pracować. Tego dnia już więcej nie zaszedłem do swojej żony.
Na drugi dzień wypadała sobota. Nie miałem nic do roboty, dlatego z samego rana wybrałem się z Piotrusiem do schroniska dla zwierząt. Od dawna kiełkował we mnie pomysł, aby adoptować psa. Coś mi mówiło, że obecność czworonoga korzystnie wpłynie na stan i samopoczucie syna. Piotruś został wtajemniczony i co oczywiste był wniebowzięty, ale żona miała do końca pozostać nieświadoma. Kiedy opuszczaliśmy mieszkanie, Monika spała w najlepsze. Wprawdzie zostawiliśmy ją samą, ale Jola miała przyjść za jakiś czas. Była 8:45, gdy dotarliśmy do schroniska. Teren był podzielony na dwie części, ale nas koty nie interesowały, dlatego od razu skierowaliśmy kroki w stronę, z której dochodziło szczekanie.
Kluczyliśmy obydwaj, powoli spacerując pomiędzy boksami dla psów. Wokół słychać było ujadanie, a poza tym w powietrzu unosił się typowy zapach zwierząt. Były takie momenty, że aż dusiło, ale Piotruś nie narzekał więc i ja nie kaprysiłem. Co chwila zatrzymywał się i pytał, czy ten pies może być? Chyba dopiero przy dziesiątym razie mój gust pokrył się z jego.
Staliśmy przed pomieszczeniem, a zaraz za metalowymi prętami leżał i patrzył na nas śliczny piesek. Jego ogon nonszalancko zamiatał betonową posadzkę i odnosiło się wrażenie, że macha nim niejako z urzędu. Nie znam się na rasach, ale wydało mi się, że to mieszaniec. Pies był całkiem sporych rozmiarów, ale z racji tego, że leżał to trudno było określić, jak jest duży. Przywołałem pewną tęgą panią, która sprzątała pomieszczenie obok i zapytałem o naszego wybranka.
- Oto nasz Kopciuch - kobieta odpowiada i uśmiecha się szeroko.
- Kopciuch? - dopytuję. - Co to za imię?
- Imię jak imię. Tak go nazwano chyba z przewrotności, bo jest biały jak śnieg.
Odwracam głowę, aby się przekonać czy mówi prawdę. Rzeczywiście, jak mogłem nie zauważyć, że jego sierść jest śnieżnobiała? Sekundę później ponownie spoglądam na kobietę. Jej oczy się śmieją, jak gdyby krzyczały że jestem idiotą, skoro tego nie dostrzegłem. Wzruszam w myślach ramionami i dalej ciągnę rozmowę.
- Chcielibyśmy czegoś się dowiedzieć o tym psiaku, bo przypadł nam do gustu. Prawda, Piotruś? - zwracam się do syna, który nie odrywa wzroku od Kopciucha. Jedyną odpowiedzią jest machnięcie ręką, które może znaczyć cokolwiek.
- Co pan chce wiedzieć? Hm?
- Sam nie wiem - stwierdzam nieco bezradnie. - Może... jaki jest stary? Czy aby nie jest agresywny? No i takie tam. Robi w domu, czy na dworze? No wie pani... załatwia się w mieszkaniu?
- A pan to chce zwierzaka czy robota? - Kobieta kładzie dłonie na biodrach i spogląda na mnie dziwnie. - Podobno Japończycy już robią takie robotyczne psy.
- Wiem, o co pani chodzi - oznajmiam szybko. - Ja nie z tych, co to po miesiącu oddają zwierzaka z powrotem. Po prostu jestem ciekawy.
- Panie kochany. Kopciuch to prawdziwy słodziak i co najważniejsze jest cierpliwy, co w pana przypadku jest nie bez znaczenia. - Kończy i wskazuje głową na psa, a może na Piotrusia, który już zdążył podejść bliżej i wsunąć rękę do środka. Pies teraz siedział blisko ogrodzenia i lizał jego dłoń, co chyba mu się podobało bo syn nie cofnął ręki i coś tam do siebie pod nosem komentował na swój sposób.
- Widzi pani... mam chorą żonę i chorego syna - zebrało mi się na zwierzenia. - Nie chcę agresywnego psa i nie chcę szczekacza, bo oboje potrzebują spokoju. No, ale na szczęście nie mieszkam w bloku, tylko w domku jednorodzinnym. Mamy ogród, co chyba jest dobre dla psa.
- Kopciuch jest idealny - stwierdza kobieta, a jej oczy robią się teraz bardzo poważne. - Jest jeszcze młody, ma dopiero dziewięć miesięcy a więc da się jeszcze wychować. A tylko od pana zależy, jakiego psa będzie pan miał w domu.
- Ech... - wzdycham, sam nie wiem dlaczego?
- Proszę pana, w każdym domu jest potrzebny jakiś zwierzak - kobieta zaczyna wyjaśniać tonem belfra, co niezbyt mi się podoba. - To od razu zmienia, poprawia atmosferę i wpuszcza całą masę pozytywnej atmosfery do domowego miru. Miał pan może kiedyś psa?
- Tak, w dzieciństwie, droga pani.
- No to wie pan, że mam rację. Ja nie mam czasu na dalsze wyjaśnienia bo mam mnóstwo roboty, ale jak pan go chce, to niech pan pójdzie do tamtego baraku - wskazuje kierunek - i powie, że chodzi o Kopciucha. Formalności to banalna sprawa. Raptem jeden podpis i kilka papierków. - Ooo, no i proszę, pana chłopak już się z nim zaprzyjaźnił. Pasują do siebie - dodaje odchodząc.
Spoglądam w stronę kojca i widzę mojego syna, który trzyma już teraz obie ręce wewnątrz kojca i nieco chaotycznymi ruchami tarmosi szyję i łeb psa, a Kopciuch porusza ciałem niczym pijany tancerz i widać, że jest przeszczęśliwy. W pierwszym odruchu chcę zawołać, aby Piotruś odsunął się na bezpieczną odległość, ale coś mi mówi że nic mu nie grozi.
- Piotrek, bierzemy go? - pytam retorycznie bo doskonale wiem, jaka będzie odpowiedź.
- Jasne, tato. On jest super!
Banalne sprawy zajęły nam sporo czasu, bo wszędobylska biurokracja zażądała daniny. Godzinę później wychodziliśmy ze schroniska w powiększonym gronie. Piotruś trzymał psa na smyczy, a ten o dziwo nie wyrywał się i nawet nie szarpał, jak gdyby wiedział, że jego nowy pan nie ma zbyt wiele siły. Syn był przeszczęśliwy. Dawno go nie widziałem w takim stanie. Ja natomiast idąc zastanawiałem się, jaka będzie reakcja żony, gdy zobaczy naszego nowego współlokatora? Oczywiście w całej swej przewrotności zapomniałem wcześniej opowiedzieć jakie mamy plany (tak przynajmniej siebie tłumaczyłem). Wiedziałem, że Monika lubi zwierzęta, ale co innego lubić, a co innego posiadać.
Gdy weszliśmy do mieszkania w powietrzu unosił się apetyczny zapach gotowanej potrawy. Nie byłem w stanie rozszyfrować, co to? ale pachniało nieziemsko. Zapomniałem dodać, że mieszkaliśmy w domku, który postawił mój tata zanim umarł na zawał. Odszedł jeszcze przed naszym ślubem i nie dane mu było poznać synowej, a tym bardziej wnuka. Z mamą było trochę inaczej. Odeszła i zostawiła nas, bo jakiś szaleniec postanowił usiąść za kierownicą po pijanemu i rwać na złamanie karku. Teraz jednak nie będę się rozgadywał na temat domu i rodziców, a skupię się na rzeczach, o których zacząłem opowiadać.
Piotruś uwolnił psa, jak tylko przekroczył próg, a Kopciuch rozpoczął typowy dla swego gatunku rytuał obwąchiwania wszystkich kątów. Mój syn w duecie ze swoim psem tworzyli teraz nierozłączną parę. Natychmiast zniknęli mi z oczu, ale co chwila słyszałem, jak Kopciuch otrzymuje wskazówki od swojego nowego pana. Poczułem się szczęśliwy, jak gdyby do tej pory do pełni szczęścia brakowało mi właśnie psa. Nieco nieporadnie zdjąłem buty i skierowałem kroki do pokoju Moniki, aby powiedzieć jej o nowym członku rodziny, zanim ona sama ujrzy go w towarzystwie naszego syna. Drzwi były przymknięte, ale w kuchni ktoś przebywał. Pielęgniarka powinna przyjść dopiero za godzinę, a więc uznałem, że to Monika wzięła się za obowiązki domowe. Trochę nie chciało mi się wierzyć, że poczuła się na tyle dobrze, żeby to robić, ale taka była pierwsza myśl.
W głowie natychmiast pojawiła się koszmarna myśl, że ludziom ciężko chorym poprawia się stan zdrowia na krótko przed śmiercią. Natychmiast zbeształem siebie w myślach. Jak mogłem w ogóle wziąć coś takiego pod uwagę? Zaciekawiony zajrzałem do kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu ujrzałem zamiast Moniki jej opiekunkę. Stała odwrócona do mnie plecami i kręciła metalową chochelką w garnku pełnym zupy. Z naczynia unosił się słup pary, rozchodząc się na boki proporcjonalnie do wysokości.
Nasza pielęgniarka, kucharka, opiekunka, sprzątaczka i Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze, była ubrana w zieloną bluzkę z krótkimi rękawkami i beżową spódnicę do kolan. Na nogach miała rajstopy albo pończochy w brązowym kolorze, a na prawej łydce puściło jej oczko. Chyba nie wiedziała o tym, bo na pewno by coś z tym zrobiła. Przełknąłem ślinę, gdyż poczułem się, jak gdybym przyłapał ją na czymś niestosownym.
- Dzień dobry - powiedziałem niezbyt głośno, bo nie byłem pewny, czy Monika aby nie śpi.
- A, to ty. Dzień dobry - Jola odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy odbijało się zaskoczenie, ale wkrótce życzliwy uśmiech zajął należne mu miejsce. - Przyszłam wcześniej, bo nie miałam nic do roboty. Zaczęłam gotować, bo Monika jeszcze spała.
- Nadal śpi? - zapytałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
- Nie wiem, ale zajrzę do niej bo czas na lekarstwa.
Zmniejszyła gaz i przykryła garnek pokrywką. Ruszyła w moją stronę z dłońmi uniesionymi na wysokość twarzy. Wyglądała jak chirurg, który szykuje się do operacji. Nadal stałem w wejściu, a ona zamierzała przez nie przejść. Jakoś nie przyszło mi do głowy, aby zrobić miejsce, dlatego przechodząc obtarła się piersiami o moje ciało. Popatrzyła mi w oczy i uśmiechnęła figlarnie, jak gdyby chodziło o jakiś żart z jej strony. Sekundę potem ruszyłem za nią.
Wszedłem akurat w momencie, gdy pochylała się nad Moniką i poprawiała jej poduszkę. Pomieszczenie, w którym przebywała żona zatraciło już dawno temu swój ciepły klimat. Teraz już tylko spełniało charakter izby dla chorej. Łóżko, szafa, taboret, stoliczek, telewizor na ścianie i para krzeseł, to było wszystko. Nie zauważyły mnie, dlatego po cichu przysiadłem na krześle i spróbowałem zastanowić się, jak powiedzieć o psie, żeby żona się nie zdenerwowała.
- Obiad prawie gotowy, Monisiu - Jola zwracała się do mojej żony po imieniu. Byłem tym trochę zaskoczony, bo nie wiedziałem, że są na ty. - Dam ci tabletki, a za godzinkę spróbujesz coś zjeść. Ugotowałam pyszną zupę kalafiorową - kontynuowała.
- Oki - Monika dodała do tego zwrotu przytaknięcie, jakby obawiała się, że same słowa nie wystarczą. - Domyśliłam się po zapachu. Jeżeli będzie smakować jak pachnie, to będę w siódmym niebie. - Spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła nieznacznie.
- Cześć - szepnąłem i uniosłem dłoń w powitalnym geście. Odkiwnęła głową w odpowiedzi, a ja szybko kontynuowałem, bo przypomniałem sobie o Kopciuchu. - Nie wiem, czy ci się to spodoba, ale mamy z Piotrusiem dla ciebie niespodziankę.
- Co takiego? - zagadnęła i przybrała pytający wyraz twarzy.
Już miałem powiedzieć o psie, gdy niespodziewanie biały kształt wpadł do pokoju, niemalże ciągnąc za sobą przeszczęśliwego Piotrusia. Obie kobiety, na które przed momentem patrzyłem poderwały się jak na komendę, reagując nerwowo. - Co to? - zawołała Monika, a Jola wezwała Boga na pomoc.
- Mamo, mamy psa! - Piotruś w jednym krótkim zdaniu zmieścił wszystko, co mnie zapewne zajęłoby kilka minut.
Monika miała rozbiegany wzrok i widać było, że próbuje zebrać myśli. Jola za to zareagowała bardziej spontanicznie. Przykucnęła obok łóżka, złapała psa za jego kudłaty łeb i szybko powiedziała: - Boże, jaki on rozkoszny. Monisia, czyż on nie jest piękny?
Pies natychmiast wyrwał jej się, cofnął i zaczął warczeć.
- Pewnie, że piękny - syn podzielił jej entuzjazm, ale teraz wszystko zależało od Moniki.
Nie odzywałem się. Nie wiedziałem jaką decyzję podejmie. Psa można było w każdej chwili oddać. Na pewno najadłbym się przy tym wstydu, ale jakoś bym to zniósł. Gorzej by było z Piotrusiem. Monika musiała też mieć w głowie opinię naszego syna, bo wreszcie po kilkunastu sekundach podniosła dłoń i pogłaskała się po prawie łysej głowie. - Niech zostanie - wyszeptała i opadła ciężko na poduszkę, jak gdyby ta decyzja kosztowała ją mnóstwo energii. Uśmiechnąłem się zadowolony i wyszedłem z pokoju. Usłyszałem bulgotanie w kuchni. Wszedłem tam i wyłączyłem gaz. Patrząc na garnek pomyślałem o karmie dla psa.
Niecałą godzinę później wróciłem do domu z wielką paczką, a właściwie workiem psiej karmy. Piotruś z Kopciuchem zamknął się w swoim pokoju, a Monika zasnęła. Jolę zastałem w kuchni. Siedziała na taborecie przy kuchennym stole i popijała kawę z białej filiżanki. Wyglądała na bardzo zmęczoną i zrezygnowaną.
- Śpi - oznajmiła bezosobowym tonem i ciężko westchnęła. Nawet przy tym na mnie nie spojrzała.
- To chyba dobrze. Sen jest najlepszym lekarzem - spuentowałem w swoim mniemaniu jak zwykły kretyn i położyłem worek na podłodze.
- Niestety, jej już żaden lekarz nie pomoże. - Popatrzyła na mnie, a w jej oczach zobaczyłem olbrzymi smutek. - Boże, Mateusz, nie masz człowieku pojęcia, jak mnie jest jej... was żal.