Pamiętnik księżniczki - Meg Cabot

Kup ebooka

40.00 zł
30.80 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŚRODA, 24 WRZEŚNIA, PIĄTA LEKCJA

Pan Gianini jest spoko", zapewnia Lilly.

Akurat. Dla Lilly Moscovitz może i owszem. Spoko, jeśli jesteś dobry z matmy, tak jak ona. Wszystko wygląda inaczej, jeśli zawalasz matmę, tak jak ja.

Nie jest taki spoko, jeśli DZIEŃ W DZIEŃ każe ci na godzinę zostawać po lekcjach i ćwiczyć mnożenie, chociaż mogłabyś spędzać czas z koleżankami. Nie jest taki spoko, jeśli wzywa twoją mamę na rozmowę o twoich "postępach", po czym zaprasza ją na randkę.

I nie jest taki spoko, kiedy idzie z nią w ślinę.

Fakt, nie widziałam tego na własne oczy. Nie byli jeszcze na pierwszej randce, a mama raczej nie poszłaby na niej w ślinę.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

W zeszłym tygodniu widziałam, jak Josh Richter idzie w ślinę z Laną Weinberger. Widziałam z bliska, bo opierali się o szafkę Josha, obok mojej. I zrobiło mi się niedobrze.

Choć nie powiem, że miałabym coś przeciwko temu, gdyby to mnie pocałował w ten sposób. Niedawno byłam z Lilly w drogerii po krem z kwasami AHA dla jej mamy i zauważyłam Josha przy kasie. Zobaczył mnie, tak jakby się uśmiechnął i powiedział: "Hej".

Kupował Drakkar Noir, męską wodę kolońską. Wzięłam próbkę od sprzedawczyni i teraz mogę wąchać Josha, ile dusza zapragnie, w zaciszu własnego domu.

Lilly twierdzi, że pewnie miał zwarcie w mózgu, na przykład z gorąca. Coś mu świtało, ale nie mógł mnie skojarzyć poza betonowymi ścianami liceum imienia Alberta Einsteina. Bo z jakiegoż innego powodu, spytała, najbardziej wzięty chłopak z ostatniej klasy miałby witać się ze mną, Mią Thermopolis, nędznym pierwszakiem?

Ale ja wiem, że to nie z gorąca. Prawda jest taka, że z dala od Lany oraz kumpli z drużyny Josh staje się innym człowiekiem. Kimś, kto nie dba o to, czy dziewczyna jest płaska jak deska albo nosi buty w rozmiarze czterdzieści jeden. Kimś, kto potrafi wejrzeć w głąb jej duszy. Wiem, bo gdy spojrzałam mu w oczy tamtego dnia w drogerii, ujrzałam w nim tego wrażliwca, który próbuje się przebić przez maskę twardziela.

Lilly twierdzi, że mam bujną wyobraźnię i patologiczną potrzebę dramatyzowania, czego jasno dowodzi moje zdenerwowanie mamą i panem G.

- Jeśli tak się denerwujesz, po prostu jej o tym powiedz - radzi. - Powiedz, żeby się z nim nie umawiała. Nie rozumiem cię, Mia. Wiecznie kręcisz, nie mówisz, co naprawdę czujesz. Może dla odmiany zawalczysz o swoje? Twoje uczucia też się liczą.

Tak, jasne. Miałabym zdołować mamę. Tak się cieszy na tę randkę, że zbiera mi się na wymioty. Bez przerwy coś pichci, wcale nie żartuję. Wczoraj wieczorem ugotowała makaron, chyba po raz pierwszy od miesięcy. Zdążyłam już otworzyć menu z chińszczyzną, a ona na to:

- O nie, żadnych klusek z sezamem na zimno, skarbie. Ugotowałam makaron.

Makaron! Moja matka ugotowała makaron!

Uszanowała nawet moje prawa wegetarianki i zrobiła sos bez klopsików.

Nic z tego nie rozumiem.

SPRAWY DO ZAŁATWIENIA

1. Kupić żwirek dla kota.

2. Skończyć zadanie z mnożenia sum algebraicznych dla pana G.

3. Skończyć ze zwierzaniem się Lilly.

4. Iść do papierniczego po miękkie ołówki, klej w sprayu i blejtramy (dla mamy).

5. Wypracowanie o Islandii na historię cywilizacji (pięć stron, z podwójnym odstępem).

6. Przestać tyle myśleć o Joshu Richterze.

7. Zanieść rzeczy do pralni.

8. Czynsz za październik (sprawdzić, czy mama realizowała czek od taty!!!).

9. Walczyć o swoje.

10. Zmierzyć się w biuście.

CZWARTEK, 25 WRZEŚNIA

Dzisiaj na matmie myślałam tylko o tym, że pan Gianini może pójść w ślinę z mamą na jutrzejszej randce. Siedziałam i gapiłam się na niego jak sroka w gnat. Zadał mi naprawdę proste pytanie - zadaje mi najłatwiejsze, słowo daję, jakby nie chciał, żebym czuła się pominięta lub coś w tym rodzaju - a ja nawet nie usłyszałam.

- Co? - bąknęłam.

Wtedy Lana Weinberger wydała ten swój odgłos i nachyliła się do mnie, omiatając jasnymi włosami moją ławkę. Uderzyła mnie potężna fala perfum, po czym Lana wysyczała wrednym głosem:

- Dziwadło.

Wymówiła to słowo, jakby miało więcej niż trzy sylaby: DZI-WY-AD-ŁO.

Jakim cudem miłe osoby pokroju księżnej Diany giną w wypadkach samochodowych, a wredne pokroju Lany nigdy? Nie pojmuję, co Josh Richter w niej widzi. No ładna jest, nie da się ukryć. Ale ma taki wstrętny charakter. Czy on jest ślepy?

Ale może jest miła dla Josha. Ja na pewno byłabym miła dla Josha. To najprzystojniejszy chłopak w liceum imienia Alberta Einsteina. Chłopcy na ogół wyglądają w mundurkach jak ofiary losu: szare spodnie, biała koszula i czarny sweter, z długimi rękawami lub pulower. Ale nie Josh. On wygląda w mundurku jak model. Serio.

Nieważne. Dzisiaj zauważyłam, że pan Gianini ma wielgachne dziurki w nosie. Kto chciałby się umawiać z facetem, który ma takie chrapy? Zapytałam o to Lilly w czasie przerwy obiadowej.

- Nie zwróciłam na to uwagi - odpowiedziała. - Jesz tego pierożka?

Lilly mówi, że mam nie dramatyzować. Podobno bierze się to z lęku, że chodzimy do liceum dopiero miesiąc, a ja już zarobiłam jedynkę, i przenoszę ten lęk na mamę i pana Gianiniego. Nazwała to przemieszczeniem.

Kiedy rodzice twojej przyjaciółki są psychoanalitykami, masz przekichane.

Dziś po szkole państwo Moscovitzowie próbowali mnie przeanalizować. Chciałyśmy tylko pograć w boggle.

- Napijecie się czegoś, dziewczynki? - słyszałyśmy co pięć minut. - Na kanale Discovery jest ciekawy dokument o kałamarnicach. A przy okazji, Mio, jak się czujesz z tym, że twoja mama umówiła się z twoim nauczycielem matematyki?

- W porządku - odpowiedziałam.

Dlaczego nie jestem bardziej asertywna?

Ale gdyby rodzice Lilly wpadli na mamę, powiedzmy, na targu? Gdybym wyznała im prawdę, na pewno by jej wygadali. Mama nie musi wiedzieć, że mnie to nie pasuje, zwłaszcza że tak się cieszy.

Najgorsze było to, że starszy brat Lilly, Michael, wszystko słyszał. Natychmiast ryknął śmiechem, mimo że ja nie widziałam w tym nic zabawnego.

- Twoja mama spotyka się z Frankiem Gianinim? Ha, ha, ha!

Wspaniale. Brat Lilly już wie.

Musiałam go błagać, żeby nie puścił farby. Na piątej lekcji chodzi z Lilly i ze mną na fakultety, które są śmiechu warte, ponieważ prowadząca je pani Hill ma w nosie, co robimy, dopóki nie hałasujemy. Nie znosi, kiedy musi wychodzić z pokoju nauczycielskiego znajdującego się naprzeciwko sali, żeby nas zrugać.

W każdym razie Michael na piątej lekcji ma siedzieć nad "Crackhead", swoim webzinem1, a ja mam nadrabiać zaległości z matmy.

Pani Hill i tak nie sprawdza nigdy, czym się zajmujemy. Może to i dobrze, bo na ogół knujemy, jak zamknąć w schowku tego nowego Rosjanina, ponoć geniusza muzycznego, byle nie słuchać, jak katuje Strawińskiego.

Ale nie ma się co łudzić, że nasza jednomyślność w sprawie Borysa Pelkowskiego i jego skrzypiec skłoniłaby Michaela do dyskrecji.

- Co dla mnie zrobisz, Thermopolis, hę? - zapytał Michael. - Co dla mnie zrobisz?

A cóż mogłabym dla niego zrobić? Nie odrobię za niego pracy domowej ani nic takiego. Michael Moscovitz chodzi do ostatniej klasy (tak jak Josh Richter). Od dziecka dostaje same szóstki (tak jak Josh Richter). I w przyszłym roku pójdzie pewnie na Uniwersytet Yale albo na Harvard (tak jak Josh Richter).

Co mogłabym zrobić dla kogoś takiego?

Nie twierdzę, że Michael jest idealny. W przeciwieństwie do Josha Richtera nie należy do szkolnej drużyny. Nie udziela się nawet w klubie dyskusyjnym. Michael nie wierzy w działania zespołowe, żadnego rodzaju. Prawie nie wytyka nosa z pokoju. Kiedyś zapytałam Lilly, czym się tam zajmuje, na co odpowiedziała, że ona i rodzice nie wnikają.

Niekiedy Michael wyłania się z pokoju i rzuca kąśliwe uwagi. Bywa, że robi to bez koszuli. Zauważyłam, że pomimo braku wiary w sporty zespołowe ma całkiem przyjemną klatę. I nad wyraz wyrzeźbione mięśnie brzucha.

Nigdy nie wspomniałam o tym Lilly.

Tak czy inaczej, chyba miał dosyć moich propozycji, że wyprowadzę jego owczarka szetlandzkiego, Pawłowa, albo odniosę puszki do skupu, co należy do jego cotygodniowych obowiązków. Ponieważ w końcu powiedział z niesmakiem:

- Nieważne, Thermopolis, okej? - I znów zaszył się w pokoju.

Lilly mnie uspokoiła, że Michael nie rozpowie w szkole znajomym o mojej mamie i panu Gianinim, ponieważ nie ma znajomych. Następnie chciała wiedzieć, dlaczego tak przejmuję się chrapami pana Gianiniego, jeśli to nie ja muszę je oglądać, tylko moja mama.

- Przepraszam - zaoponowałam. - Oglądam je CODZIENNIE między 9:55 a 10:55 oraz od 14:30 do 15:30, z wyjątkiem sobót i niedziel, świąt oraz letnich wakacji. Ma się rozumieć, jeżeli nie obleję egzaminu z matematyki i nie będę musiała chodzić w lecie na wyrównawcze.

A jeśli się pobiorą, będę zmuszona oglądać je CODZIENNIE, SIEDEM DNI W TYGODNIU, W ŚWIĘTA TEŻ.

Zdefiniuj zbiór: zespół komponentów; każdy element lub członek należy do zbioru.

A = {Gilligan, kapitan, Mary Ann}

Każdy element jest określony regułą

A = {x/x jest jednym z rozbitków na Wyspie Gilligana}

1 Webzin - magazyn internetowy z wywiadami, recenzjami oraz informacjami.

PIĄTEK, PÓŹNIEJ

Właśnie mierzyłam się w biuście i wcale nie myś­lałam o tym, że mama jest na randce z matematykiem, kiedy zadzwonił tata. Nie wiem dlaczego, ale skłamałam, że mama jest w pracowni. Niepotrzebnie, ponieważ tata wie, że mama chodzi na randki. Ale, nie wiedzieć czemu, nie czułam się na siłach, żeby powiedzieć mu o panu Gianinim.

Po południu w czasie obowiązkowej powtórki z panem Gianinim męczyłam metodę mnożenia dwumianów (pierwszy element, drugi element, pierwszy, drugi - o Boże, na co mi ta wiedza? Na co, pytam???), aż tu nagle on pyta:

- Mio, mam nadzieję, że nie masz, hm, nic przeciwko temu, że będę spotykał się z twoją mamą na gruncie towarzyskim.

Na co ja się strasznie zawstydziłam, jakby zapytał o coś zdrożnego, i poczerwieniałam jak burak. Twarz mi płonęła, dosłownie.

- Ależ skąd, panie Gianini - odpowiedziałam. - Wcale mi to nie przeszkadza.

- Ale jeśli ci przeszkadza, możemy o tym porozmawiać - oznajmił.

Pewnie uznał, że kłamię, ponieważ spiekłam raka.

- Nie, naprawdę mi nie przeszkadza - zapewniłam. - No może TROSZKĘ mi przeszkadza, ale w porządku, naprawdę. Przecież to tylko randka. Po co denerwować się jedną zwykłą randką?

- No cóż, Mio - odparł pan Gianini. - Nie wiem, czy to będzie jedna zwykła randka. Naprawdę lubię twoją mamę.

Nie wiem, jak to się stało, lecz nagle usłyszałam włas­ne słowa:

- Oby. Bo dokopię panu, jeśli będzie przez pana płakać.

Boże jedyny! Nie do wiary, że powiedziałam tak do nauczyciela! Nie wiem, jakim cudem, ale poczerwieniałam jeszcze bardziej. Dlaczego mówię prawdę tylko w sytuacjach, gdy na bank będę mieć przez to kłopoty?

Chyba jednak czuję się z tym trochę nieswojo. Może rodzice Lilly mieli rację.

Ale pan Gianini zachował zimną krew.

- Nie mam zamiaru doprowadzić jej do łez - obiecał z zabawnym uśmiechem - lecz w razie czego masz pełne prawo mi dokopać.

No więc wszystko się ułożyło, tak jakby.

Tak czy siak, tata miał dziwny głos. Ale to w sumie nic nowego. Połączenia transatlantyckie są słabe, gdyż w tle słychać szum oceanu, co mnie stresuje, jakby ryby podsłuchiwały czy coś w tym stylu. Zresztą on nawet nie chciał rozmawiać ze mną, tylko z mamą. Może ktoś umarł i tata chce, żeby mama taktownie przekazała mi tę wiadomość.

Może grand-m?re. Hmm...

Od lata mój biust nie urósł ani trochę. Mama się myliła. Nie wystrzelił, kiedy skończyłam czternaście lat, jak w jej przypadku. Jak na razie wystrzeliłam tylko w górę, biustu to nie dotyczy. Jestem obecnie najwyższą dziewczyną w klasie.

Gdyby ktoś zaprosił mnie na dyskotekę wielokulturową w przyszłym miesiącu (jasne), nie będę mogła włożyć sukienki bez ramiączek, bo nie miałaby się na czym utrzymać.