Pamiętnik karła - Joanna Jodełka

-
Proszę czekać

MĘŻCZY­ZNA ODGAR­NĄŁ SIWIE­JĄCE WŁOSY Z CZOŁA, zro­bił kilka kro­ków w tę i we w tę, po czym zatrzy­mał się i zapa­trzył na bruk ulicy Ślu­sar­skiej. Po dłuż­szej chwili pod­niósł głowę, zer­k­nął na szyld intro­li­ga­torni, kilka razy głę­boko ode­tchnął i wró­cił do pra­cowni. Prze­krę­cił klucz w drzwiach. Jesz­cze dla pew­no­ści szarp­nął za klamkę. Zamknięte, tak jak powinno być. Został sam. Wybrał dzień i porę, tak by w zakła­dzie nie było żad­nych pra­cowników, klien­tów czy gości. Żad­nych pil­nych spraw, żad­nego pośpie­chu, żad­nego roz­pra­sza­nia. Wyci­szył tele­fon i wyłą­czył lampę w oknie. Oświe­tlona witryna mogła przy­cią­gnąć kogoś ze zna­jo­mych włó­czą­cych się wokół Sta­rego Rynku. Nie chciał, by kto­kol­wiek dzwo­nił albo pukał w okno.

Udał się w głąb pra­cowni. Uprząt­nął potrzebny mu stół. Prze­tarł go wil­gotną, a potem suchą ście­reczką. Na koniec wygła­dził drew­niany blat grzbie­tem dłoni. Oczy­ścił jesz­cze - wcale nie­za­ku­rzoną - stu­let­nią gilo­tynę, nie mniej wie­kowe ręczne prasy śru­bowe i starą zło­ciarkę. Miała dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć lat, czyli dokład­nie tyle, ile pra­cownia. Pogła­skał ją z ufno­ścią, po czym zlu­stro­wał pozo­stałą prze­strzeń. Wszystko już było gotowe, ale prze­su­nął jesz­cze kilka rulo­nów. Taśmy, grzbie­tówki, sznurki, nici pocho­wał na swoje miej­sce, choć nie zawa­dzały, tak samo jak bibułki japoń­skie i klaj­ster. Pano­wał ład i porzą­dek. Mimo­wol­nie po raz kolejny rozej­rzał się wokół. Jakby szu­kał kogoś, kogo tu nie było.

- Tak. Patrzą mi teraz na ręce - odgadł w końcu, zer­ka­jąc na zdję­cia ojca i dziadka zro­bione lata temu, na tle tych samych maszyn. Wisiały na ścia­nie pra­cowni zawsze, ale nie pamię­tał, kiedy ostat­nio odczuł ich obec­ność. Może wtedy, gdy do oprawy tra­fiła książka, którą napra­wiał już i jeden, i drugi. Roz­po­znał wkle­jone przez nich znaczki.

Uśmiech­nął się do por­tre­tów i poszedł do swo­jego gabi­netu. Wysu­nął ostat­nią szu­fladę w biurku i ostroż­nie wyjął sta­ro­druk. Zaniósł na stół.

Książka, która przed nim leżała, nie była naj­star­sza, z jaką miał do czy­nie­nia.

- Lekko ponad dwie­ście - mruk­nął pod nosem, gła­dząc przy­jemne w dotyku kartki. - Ale udało się jej - powie­dział już gło­śno.

Papier był ręcz­nie robiony. Pocho­dził z ostat­niego okresu, nim wpro­wa­dzono maszy­nową pro­duk­cję i zaczęto uży­wać sta­rych, byle jakich szmat. Włókna, z któ­rych powstały te kartki, były z czy­stej bawełny, a może z lnu lub konopi. Nie kru­szyły się po brze­gach, nie ście­rały od prze­kła­da­nia. Były miłe w dotyku. Nawet jeśli miały gdzie­nie­gdzie plamki i prze­bar­wie­nia, to patyna czasu doda­wała uroku zadru­ko­wa­nej prze­strzeni. Prze­glą­dał kolejne strony, na któ­rych usta­wiały się w rząd­kach litery wyróż­nia­jące się akcen­tami.

Była po fran­cu­sku, nie znał jej tre­ści. Prze­tłu­ma­czył tylko tytuł i to wystar­czyło, by wie­dział, że ma do czy­nie­nia z wyjąt­kową pozy­cją. A jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe było zamó­wie­nie.

Klient dostar­czył czy­ste kartki, które pole­cił wszyć do środka. Czy­ste, nie­za­pi­sane, z nie­mal iden­tycz­nego papieru. Też miały ponad dwie­ście lat. Znak wodny świad­czył, że powstały w któ­rymś z fran­cu­skich mły­nów. Intro­li­ga­tor wie­dział, że na świe­cie cią­gle odby­wają się aukcje sta­rego papieru. Kolek­cjo­ne­rzy płacą bajoń­skie sumy za poje­dyn­cze kartki. Poję­cia nie miał, ile mogło kosz­to­wać te kil­ka­na­ście sztuk. Na pewno for­tunę. A on miał je skleić w spe­cy­ficzny spo­sób. I zro­bił to. Udało mu się. Były nie do odróż­nie­nia.

Tak jak miało być, myślał, wodząc po grzbie­cie pal­cem. Kil­ka­na­ście godzin pracy. Dobrej pracy. Poki­wał głową, spo­glą­da­jąc na swo­ich ante­na­tów. Pochwa­li­liby. Ski­nę­liby z uzna­niem. Ale nie roz­pły­wał się już dłu­żej we wła­snym zado­wo­le­niu. Cze­kało go jesz­cze dokoń­cze­nie oprawy... ją rów­nież wyko­nał na szcze­gólne zamó­wie­nie. Za sam mate­riał zapła­cił nie­bo­tyczną kwotę. A i zada­nie nie było łatwe.

W per­ga­mi­nową, dosko­nałą, naj­cie­niej wypra­wioną koźlą skórę miał wto­pić złote litery i ozdoby. Wokół brze­gów i na grzbie­cie. Nie ze zwy­kłej, poły­sku­ją­cej pig­men­tem folii, lecz z płat­ków praw­dzi­wego dwu­dzie­stocz­te­ro­ka­ra­to­wego złota.

Miał już przy­go­to­wane sta­ran­nie dobrane i uło­żone czcionki skła­da­jące się na tytuł. Jesz­cze raz je spraw­dził i roz­grzał pra­wie stu­let­nią zło­ciarkę. Ni­gdy go wcze­śniej nie zawio­dła.

I tym razem też nie! Gdy skoń­czył, otarł pot z czoła i wes­tchnął, patrząc na złoto, które ide­al­nie wto­piło się w skórę, two­rząc spek­ta­ku­larny napis.

- Może­cie być dumni - powie­dział, choć nie odwa­żył się spoj­rzeć na por­trety. Cze­kały go jesz­cze zdo­bie­nia. Z tego samego złota. Na tę oko­licz­ność zamó­wił nową, ory­gi­nalną filetę intro­li­ga­tor­ską. Rodzaj stem­pla o podłuż­nym, sier­po­wa­tym kształ­cie, który po roz­grza­niu mógł wgnieść w skórę wyżło­biony wcze­śniej szla­czek. Ten miał się skła­dać z powta­rzal­nych maleń­kich słońc. Skrząc się, obwio­dły przed­nią i tylną okładkę. W ide­al­nie rów­nych liniach. Dla grzbietu wyko­nany został oddzielny okrą­gły stem­pel przed­sta­wia­jący sym­bol zaćmie­nia Słońca. Nie zadrżała mu ręka, gdy przy­pie­czę­to­wał nim bok książki, a potem umie­ścił jesz­cze pod tytu­łem, w samym cen­trum.

Dopiero wtedy ode­tchnął z ulgą i kla­snął z zado­wo­le­niem, patrząc na ścianę.

- Dobra robota - szep­nął pod adre­sem swo­ich mistrzów.

Długo jesz­cze oglą­dał swe dzieło z każ­dej strony. Prze­kła­dał je z ręki do ręki, gła­dził i gła­skał, nim zadzwo­nił do klienta, że zle­ce­nie wyko­nane. Ku jego zdzi­wie­niu zle­ce­nio­dawca co prawda podzię­ko­wał, ale nie zamie­rzał sam ode­brać. Przy­śle kuriera. Popro­sił tylko o doło­że­nie bile­ciku z dedy­ka­cją. Intro­li­ga­tor lekko zawie­dziony wziął ołó­wek i zano­to­wał.

Po skoń­czo­nej roz­mo­wie nie­zwy­kle długo wpa­try­wał się w książkę, na któ­rej okładce zło­cił się tytuł - PAMIĘT­NIK KARŁA. Doło­żył małą kartkę z dopi­skiem: Kłam­stwo ma krót­kie nogi.

Zapa­ko­wał prze­syłkę.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ange­lina

JEDYNE ŚWIA­TŁO, jakie paliło się na poznań­skim Soła­czu o w pół do czwar­tej nad ranem, padało z lampki na pię­trze willi przy placu Spi­skim.

Ange­lina Raj sie­działa na łóżku i pró­bo­wała się obu­dzić. Zie­wała, prze­cie­rała zaspane oczy i krę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową. Zasta­na­wiała się, jak mogła się na to zgo­dzić. Alarm w tele­fo­nie włą­czył się już o trze­ciej pięt­na­ście. Zrzu­ciła apa­rat z łóżka, ale on dalej grał jakąś melo­dyjkę z pod­łogi pod sto­łem. Nie­stety nie nasta­wiła go bez powodu. Musiała wyje­chać z domu przed czwartą, by dotrzeć nad Wartę i zdą­żyć przy­go­to­wać modelkę do zdjęć. Foto­graf chciał ją przed­sta­wić jako zjawę snu­jącą się o świ­cie nad brze­giem rzeki. Ange­lina pra­co­wała w teatrze jako cha­rak­te­ry­za­torka na zastęp­stwie, ale dora­biała, i to bar­dzo dobrze, jako maki­ja­żystka. Zada­nie było pro­ste i nawet cie­kawe, ale pora kosz­marna. Jej wina. Gdy przyj­mo­wała to zle­ce­nie, myślała, że wystar­czy być o siód­mej rano, co rów­nież nie było wyma­rzoną porą, ale nie środ­kiem nocy. Dosyć późno zdała sobie sprawę, że w poło­wie lipca słońce wyła­nia się zza hory­zontu przed piątą. Oczy­wi­ście nie­raz zda­rzało się jej wra­cać do domu o tej porze, ale co innego wra­cać, a co innego wycho­dzić.

Pra­wie po omacku nacią­gnęła długą, sze­roką kwia­cia­stą spód­nicę z cien­kiego jedwa­biu, cie­sząc się, że jest na gumkę i nie musi zapi­nać żad­nych guzi­ków. Wło­żyła troszkę grub­szą białą koszulę odsła­nia­jącą całe ramię. Włosy prze­cze­sała pal­cami, wycią­ga­jąc różowe koń­cówki z cha­otycz­nie splą­ta­nych gra­na­to­wych strą­ków, w jakie ukła­dały się ledwo roz­cze­sane dwu­ko­lo­rowe pasemka. Prze­wią­zała je jesz­cze apaszką. Spoj­rzała w sto­jące na środku pokoju lustro i uspo­ko­iła się. Szału nie było, ale dra­matu też nie.

Zresztą kto mnie będzie o tej porze widział? - pomy­ślała, paku­jąc do wiel­kiej sznur­ko­wej torby wszystko, co mogło być potrzebne. Lakiery, grze­bie­nie, poroz­rzu­cane pędzle wraz z paskiem na bio­dra, w który nale­żało je powci­skać, a czego nie robiła. Kilka pale­tek cieni, roz­świe­tla­czy, brą­ze­rów, pod­kła­dów, flu­idów i wielką kosme­tyczkę, w któ­rej było wszyst­kiego po tro­chu. Wypa­ko­wała torbę po brzegi, wci­ska­jąc jesz­cze inne potrzebne i nie­po­trzebne rze­czy.

Wyszła na pal­cach. Nie chciała budzić śpią­cej w sąsied­nim pokoju Tycjany. Miała z nią na pieńku. Szcze­gól­nie po ostat­niej spon­ta­nicz­nej impre­zie, do któ­rej przy­rod­nia sio­stra nie zamie­rzała się przy­łą­czyć. Poję­cia nie miała dla­czego. Oka­zja była wyjąt­kowa i jed­no­ra­zowa. Na deski rodzi­mego teatru wró­ciła z zagra­nicy nie­gdy­siej­sza jego ozdoba. Dzi­siaj już ponad­pięć­dzie­się­cio­let­nia aktorka. Nie byłoby to tak eks­cy­tu­jące, gdyby nie przy­wio­zła z sobą świeżo poślu­bio­nego, dużo młod­szego i bar­dzo przy­stoj­nego Fran­cuza. Na tę oko­licz­ność odbyło się powtórne przy­ję­cie weselne, na któ­rym mło­dzi, przy­naj­mniej w poło­wie, mał­żon­ko­wie urzą­dzili sobie pie­kielną awan­turę, tym samym koń­cząc świę­to­wa­nie. Ange­lina zapro­siła do sie­bie co bar­dziej roz­ba­wio­nych i żąd­nych plo­tek gości. Było faj­nie. Dopóki awan­tury dla odmiany nie zro­biła Tycjana.

Pokłó­ciły się. Teraz udało się Ange­li­nie przejść bez­gło­śnie przez kory­tarz, ale już przy samych drzwiach odpięło się ucho od torby. Aero­zole poto­czyły się w jed­nym kie­runku, a sło­iczki i pudełka w dru­gim. Zaklęła pod nosem. Opa­dła na kolana i zaczęła zbie­rać wszystko z pod­łogi. Łóżko w pokoju Tycjany zatrzesz­czało, ale drzwi się nie otwo­rzyły. Obu­dzi się i zaśnie sobie! Zła na sie­bie, że się tym przej­muje, wyszła z miesz­ka­nia.

Już bez nie­spo­dzia­nek zatrza­snęła skrzy­piącą furtkę przed starą willą i zna­la­zła się na wąskiej uliczce przy placu Spi­skim. Aż się zatrzę­sła. Dzień miał być upalny, ale teraz pano­wał jesz­cze ziąb. Z obrzy­dze­niem dotknęła chłod­nej, wil­got­nej klamki. Wytarła dłoń o spód­nicę, ziew­nęła sze­roko, wsia­dła do samo­chodu i rzu­ciw­szy wielką torbę na sie­dze­nie, bez­wied­nie ruszyła. Było pusto i szaro. Radio zagrało ni to na dobra­noc, ni to na dzień dobry.

Przy skrę­cie w drogę pro­wa­dzącą wzdłuż parku chwy­ciła za lusterko wsteczne i skie­ro­wała je sobie na twarz. Wypa­trzyła sińce pod oczami i zaczęła jedną ręką grze­bać w tor­bie, usi­łu­jąc nama­cać jakiś korek­tor, w żaden spo­sób jed­nak nie mogła namie­rzyć mniej­szej kosme­tyczki. Zaczęła wyrzu­cać jedną rzecz po dru­giej i naje­chała na kra­węż­nik, tak wysoki, że aż pod­sko­czyła. Zaha­mo­wała w ostat­niej chwili. O mały włos...

- Ożeż! - Udało się. Urwane ucho torebki i tur­la­jące się po kory­ta­rzu lakiery pod­nio­sły jej ciśnie­nie, ale teraz zro­biło jej się gorąco.

Tylko tego bra­ko­wało, by starą lampą wie­ko­wego pojazdu zary­so­wać lśniącą karo­se­rię auta, któ­rego zde­rzak mógł kosz­to­wać tyle, co pół jej samo­chodu. Ode­tchnęła z ulgą, widząc, że cen­ty­me­try dzielą ją od dum­nie pre­zen­tu­ją­cej się limu­zyny.

- Garażu nie mają czy co! - prych­nęła, patrząc na wielką willę za fan­ta­zyj­nie przy­cię­tym żywo­pło­tem.

Uchy­liła szybę, by wpu­ścić tro­chę powie­trza i ochło­nąć. Wtedy na skraju parku zoba­czyła jakiś rusza­jący się cień. Po sekun­dzie prze­miesz­cza­ją­cej się smugi już nie było. Roz­pły­nęła się albo znik­nęła gdzieś za zaro­ślami. Ange­lina zamie­rzała ruszyć dalej, nawet zje­chała z kra­węż­nika i poko­nała kilka metrów, ale cień nie dawał jej spo­koju. Była pra­wie pewna, że jej się przy­wi­działo. Wrzu­ciła wsteczny bieg, w ostat­niej chwili prze­kie­ro­wu­jąc lusterko z twa­rzy na tylną szybę. Zatrzy­mała się tak, by mieć przed oczami lukę mię­dzy zaro­ślami. Począt­kowo nic nie widziała, po chwili jed­nak zama­ja­czył zarys postaci, która odwró­ciła się na chwilę, po czym ruszyła w kie­runku stawu. Zazwy­czaj spa­ce­ro­wali tutaj ludzie, ale za dnia i do póź­nej nocy, a nie przed świ­tem. Przy­naj­mniej tak się jej wyda­wało. Cho­ciaż z dru­giej strony, skąd mogła wie­dzieć. Może ludzie kar­mią kaczki o świ­cie? Po par­ko­wym sta­wie pły­wały nawet łabę­dzie. Może ktoś wypro­wa­dza psa cier­pią­cego na bez­sen­ność? Takie wytłu­ma­cze­nie byłoby satys­fak­cjo­nu­jące, gdyby nie to, że mimo odle­gło­ści zauwa­żyła, iż poru­sza­jąca się syl­wetka jest bar­dzo mała. Pró­bo­wała zna­leźć jakiś punkt odnie­sie­nia, gdy postać przy­cup­nęła w miej­scu. Wyglą­dała teraz jak kropka. Ange­lina wycią­gnęła głowę pod sam sufit auta.

Może się zała­twia? - pomy­ślała, wzdry­ga­jąc się z obrzy­dze­niem, i już chciała ruszyć, gdy drobna syl­wetka się pod­nio­sła. Zdjęła mary­narkę albo kurtkę i poło­żyła obok na tra­wie.

Teraz Ange­lina widziała dosko­nale czarne spodenki i białą koszulę. Nie­wielki roz­miar! Tego była już pewna.

- To dziecko! - krzyk­nęła, widząc, jak nie­zna­jomy ściąga buty i kie­ruje się wprost do stawu.

Wyłą­czyła sil­nik samo­chodu i wybie­gła. Nim to zro­biła, dziecko było już po kolana w wodzie. Naj­krót­sza droga pro­wa­dziła przez krze­wia­ste zaro­śla. Rzu­ciła się mię­dzy zie­lone badyle. Sze­roka spód­nica zaplą­tała się mię­dzy gałę­ziami. Chwilę się szar­pała, cią­gnąc ją z każ­dej strony, w końcu się udało, choć nacią­gnięta gumka bole­śnie strze­liła ją w plecy. Jęk­nęła tylko i pobie­gła w kie­runku dziecka, które było już po pas w wodzie. Chciała jak naj­szyb­ciej omi­nąć dwa drzewa, gdy wpa­dła stopą w jakiś dołek i wywró­ciła się ide­al­nie na pła­sko. Pod­nio­sła się szybko, strze­pu­jąc w biegu źdźbła świeżo ścię­tej trawy, które oble­piły jej twarz, ale zoba­czyła już tylko głowę wysta­jącą nad taflą.

- Cze­kaj! - wrza­snęła. W tym samym momen­cie uszy dziecka zni­kły pod wodą. Widziała tylko czu­bek głowy. - Dżi­zas! - syk­nęła, roz­glą­da­jąc się wokół w nadziei, że ktoś jesz­cze to widzi, ale nikogo nie było.

No nie!

Skrzy­wiła się, patrząc na roz­cią­ga­jące się przed nią bajoro. Dla­czego ja! Nie cier­piała jezior ani żad­nych zaro­śnię­tych zbior­ni­ków. Do wody wcho­dziła tylko wtedy, gdy na dnie widziała nie­bie­ską gla­zurę, a w powie­trzu roz­no­sił się zapach chloru.

- Nie! Tylko nie to! - jęk­nęła, zrzu­ciła buty i weszła do stawu. Głowa dziecka była już pod wodą, drogę wska­zy­wały jej powoli nik­nące fale. Grzę­znąc sto­pami w mule, szła ich śla­dem i patrzyła przed sie­bie z odrazą i prze­ra­że­niem. Uszła dosyć daleko, a woda się­gała jej ledwo do bio­der. Spód­nica uno­siła się wokół niej jak balon. Głę­bo­kość była taka, że szło się ciężko, ale pły­nąć też było bez sensu. Woda była ciemna i mętna. Co chwilę coś przy­le­piało się jej do nóg, ale nie miała czasu się schy­lić. Fale wyzna­cza­jące ślad powoli zni­kały. Poza tym ona sama, mio­ta­jąc się, robiła więk­sze. Na oko powinna być już pra­wie w miej­scu, gdzie scho­wała się głowa, choć woda się­gała jej tro­chę powy­żej pasa. Zaczęła cha­otycz­nie machać rękami przed sobą i wokół sie­bie. Krę­ciła się w kółko, mącąc wodę. Nic nie widziała.

- Ratunku! - wrza­snęła. - Niech mi ktoś pomoże - jęk­nęła bez­rad­nie. Nagle, gdy roz­glą­dała się wokół, poczuła, że coś cią­gnie ją za spód­nicę. Wrza­snęła jesz­cze gło­śniej, chciała to coś strzep­nąć z sie­bie, zoba­czyła jed­nak pod wodą małe ręce. Prze­le­ciała jej przez głowę myśl, że topie­lec może pocią­gnąć za sobą ratu­ją­cego go czło­wieka, ale ona prze­cież stała i miała wodę pod biu­stem. Namie­rzyła palce. Chwy­ciła za nad­gar­stek i zaczęła cią­gnąć.

- Już dobrze, dzie­ciaku! Już dobrze - powta­rzała. Wyma­cała pod wodą ramiona, chwy­ciła pod nie. - Już dobrze. - Uno­siła ciało, oddy­cha­jąc z ulgą na widok czubka głowy i ciem­nych wło­sów. Wycią­gała dalej. Kosz­to­wało ją to sporo wysiłku. Zamknęła oczy i otwo­rzyła je dopiero wtedy, gdy poczuła dobrze chwy­cony cię­żar. A gdy otwo­rzyła, krzyk­nęła wnie­bo­głosy.

Miała przed sobą mokrą, pomarsz­czoną twarz. Wiel­kie, wystra­szone oczy i mię­si­ste usta chwy­ta­jące powie­trze niczym karp. To nie było dziecko! To star­szy męż­czy­zna! Po sekun­dzie para­li­żu­ją­cego odrę­twie­nia odrzu­ciła go z powro­tem w wodę. Naj­da­lej jak potra­fiła.

Chwilę trwało, nim ochło­nęła i znowu pocią­gnęła za wysta­jące z wody ręce. Już nie pró­bo­wała poło­żyć sobie topielca na pier­siach, tylko chwy­ciła pod ramiona od strony ple­ców. Szła tyłem. I tak wytar­gała go z sołac­kiego stawu.

- Nie wie­rzę! Nie wie­rzę! - powta­rzała pod nosem, krę­cąc głową.

Opa­dła na trawę, zosta­wia­jąc obok cią­gle krztu­szą­cego się męż­czy­znę. Mógł mieć pięć­dzie­siąt lat albo i wię­cej. Twarz miał okrą­głą i pomarsz­czoną. Nie patrzył w jej stronę, tylko drob­nymi pal­cami prze­cze­sy­wał mokrą grzywkę. Po chwili pod­ku­lił nogi i scho­wał głowę mię­dzy kolana. Wycho­dząc ze stawu, miała w pla­nie nawrzesz­czeć na niego za to, że zmu­sił ją do bro­dze­nia w oble­śnej wodzie, ale na ten żało­sny widok zmie­niła zda­nie, jesz­cze zanim uspo­ko­iła oddech. Mach­nęła ręką i popa­trzyła po sobie.

- Jesssu, jak ja wyglą­dam - jęk­nęła.

Do uty­tła­nej spód­nicy w kilku miej­scach przy­le­piły się jakieś wodo­ro­sty. Zgniłe źdźbło dłu­giej trawy odle­piła też od koszuli i gołego ramie­nia. Wes­tchnęła i spoj­rzała na parę butów rów­niutko usta­wio­nych nad brze­giem stawu. Skó­rzane, brą­zowe, wyjąt­kowo ele­ganc­kie i dzie­cię­cego roz­miaru. Na zamó­wie­nie czy od komu­nii? - prze­bie­gło jej przez myśl.

- Dla­czego pan to zro­bił? - zapy­tała po chwili, patrząc na sku­lone, mokre nie­szczę­ście.

Spoj­rzał na nią spode łba.

- Pew­nie mia­łem jakiś powód - stwier­dził, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Pew­nie tak - zgo­dziła się i spoj­rzała na zega­rek. - Odwiozę pana do domu.

- Nie, nie chcę - zapro­te­sto­wał rap­tow­nie. - Pora­dzę sobie - dodał, opusz­cza­jąc głowę mię­dzy kolana.

Ange­lina się pod­nio­sła.

- Wła­śnie widzia­łam, jak pan sobie radzi - skwi­to­wała i dopiero w tej chwili poczuła, że się na dobre obu­dziła. - Niech pan wstaje - pole­ciła kate­go­rycz­nie. - Spie­szę się do pracy. - Strzep­nęła mokrą spód­nicę tak, by ochla­pać sie­dzą­cego męż­czy­znę.

- Nie... co pani robi - zapro­te­sto­wał, ocie­ra­jąc twarz ręka­wem mokrej koszuli.

- Naprawdę nie mogę cze­kać - oświad­czyła, trze­po­cząc ocie­ka­ją­cym mate­ria­łem tuż przed jego nosem.

- To pro­szę jechać. - Skrzy­wił się i zasło­nił łok­ciem.

- Mam taką zasadę, że takich jak pan odsta­wiam jak naj­da­lej od zbior­nika z wodą.

- Pro­szę odejść - jęk­nął bez­rad­nie.

- Będę musiała zadzwo­nić po karetkę, nie wiem, może po poli­cję - zaczęła wymie­niać Ange­lina. - Straż miej­ską? Wodną? Co się robi w takich przy­pad­kach? - zapy­tała, patrząc w niebo. - Tele­fon zaufa­nia... Psy­cho­log, psy­chia­tra, kon­takt z rodziną...

Męż­czy­zna wes­tchnął głę­boko, popa­trzył na nią i zaczął się zbie­rać z ziemi. Robił to powoli, ale nie poga­niała go. Wstał i ocią­ga­jąc się, pod­szedł do zosta­wio­nej pod drze­wem mary­narki. Pod nią leżał gruby bru­lion w tek­tu­ro­wej okładce. Pod­niósł jedno i dru­gie, wsu­nął pod pachę, po czym z opusz­czoną głową ruszył w kie­runku ulicy. Szła za nim, mie­rząc go wzro­kiem. Sięga mi do pasa, czyli ledwo...

- Tam mam samo­chód. - Poka­zała ręką. - Daleko pan mieszka?

- Nie. Za rogiem - odparł, dro­biąc i tak małe kroki.

- Ten. - Ange­lina pode­szła do wozu.

- Ten? - powtó­rzył męż­czy­zna i otwo­rzył usta.

Każdy się dzi­wił. Mer­ce­desa, wer­sja kara­wan, prze­jęła od zna­jo­mego z firmy pogrze­bo­wej. Dobry stan, nie­zbyt duży prze­bieg jak na ten wiek. Zawsze budził zain­te­re­so­wa­nie, ale rze­czy­wi­ście poten­cjalny samo­bójca mógł się dzi­wić naj­bar­dziej, patrząc na firanki, które cią­gle przy­sła­niały dłu­gie boczne szyby. Nie wspo­mi­na­jąc o gumo­wym kościo­tru­pie, który zawie­szony jako bre­lo­czek dyn­dał na tyl­nej szy­bie.

- Nie myśla­łem, że pojadę nim za życia - prych­nął nie­do­szły topie­lec.

Ange­lina była pra­wie pewna, że dostrze­gła coś na kształt led­wie zauwa­żal­nego uśmie­chu na jego twa­rzy.

- Przy­naj­mniej spraw­dzi pan, czy wygodny - stwier­dziła z zado­wo­le­niem. - Zapra­szam. - Zabrała mu z rąk mary­narkę i bru­lion i rzu­ciła na tył samo­chodu. Przerzu­ciła tam rów­nież sznur­kową torbę, robiąc miej­sce na sie­dze­niu pasa­żera. Wsiadł nie­pew­nie, zer­ka­jąc na tył auta. - Niech pan pokaże drogę - popro­siła.

Ski­nął głową, nie­pew­nie roz­glą­da­jąc się wokół.

Skrę­cili parę razy to w jedną, to w drugą stronę, aż w końcu zatrzy­mali się przed jed­nym z więk­szych domów w oko­licy.

- Dzię­kuję - wyszep­tał męż­czy­zna, otwie­ra­jąc drzwi. Pra­wie nie patrzył w jej kie­runku.

- Może przy­jadę do pana za parę godzin? - zapro­po­no­wała. - Teraz nie mogę. Cze­kają na mnie. Nad Wartą. Kolejni...

- Nie trzeba - odparł nie­pew­nie, patrząc na nią sze­roko otwar­tymi, choć ledwo przy­tom­nymi oczami.

- Ale...

- Na dziś mi wystar­czy - dodał.

- Przy­rzeka pan?

- Tak. Ina­czej się pani nie pozbędę - stwier­dził i wysiadł.

- Ale na pewno?

- Tak. - Odwró­cił się ple­cami.

Ange­lina patrzyła, jak wystu­kuje kod w nowo­cze­snej furtce. Otwo­rzyła się auto­ma­tycz­nie. Nie oglą­da­jąc się za sie­bie, znik­nął za szpa­le­rem gęsto nasa­dzo­nych wie­ko­wych tui. Two­rzyły nie­prze­bytą kur­tynę, przez którą nie dało się też nic doj­rzeć. Furtka rów­nież nie była ażu­rowa, jedy­nie jakiś szla­czek wycięty w metalu wił się przy gór­nej kra­wę­dzi. Żeby przez niego coś zoba­czyć, musia­łaby wyjść i wspiąć się na palce, a nie miała już na to czasu.

Chwilę jesz­cze pocze­kała, ale było cicho i spo­koj­nie. Jedy­nie ptaki zaczy­nały ćwier­kać coraz gło­śniej. W oddali usły­szała odgłos prze­jeż­dża­ją­cego samo­chodu. Robiło się jaśniej i przy­jaź­niej. Można by pomy­śleć, że to wszystko w ogóle się nie zda­rzyło, gdyby nie mokra plama na sie­dze­niu pasa­żera. I mate­riał lepiący jej się do ud.

Rozej­rzała się. Nikt nie szedł chod­ni­kiem. Zdjęła spód­nicę. Otwo­rzyła okno, wysta­wiła ręce i wykrę­ciła ją, po czym zamknęła szybę, tak by spód­nica wysta­wała na zewnątrz. Ruszyła szybko, a kwie­ci­sty jedwab zaczął fur­ko­tać w powie­trzu jak sza­lik kibica.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki