Pamiętnik Jadzi, czyli wakacje u Baby Jagi - Dominika Tabernacka

Kup ebooka

22.00 zł
17.60 zł (22,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

30 czerwcaOto ja

Jestem Jadzia i mam dziesięć lat. Nie znacie mnie, ale na pewno słyszeliście o mojej babce. Ludzie mówią na nią Baba Jaga, choć ja zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jest przecież tylko moją babcią. Gdy kiedyś ją o to zapytałam, prychnęła – jak to ona – i jak zawsze mogło to znaczyć wiele. Wszystkie dziewczyny w naszej rodzinie to Jadwigi Jagi, dlatego by nas odróżnić, na moją mamę mówimy Mama Jaga (choć ona wtedy się złości; woli, by ją nazywać Jadwigą), a ja jestem Jadźka albo Jadzia, dopóki nie dorosnę. Dziadka nigdy nie poznałam. Ponoć umarł dawno temu. Mój tata ma na imię Zygfryd, chociaż gdy babcia o nim mówi, to nigdy inaczej niż "ten nicpoń". My z mamą nazywamy go: "Tata Jaga". Tak, tak, wiem. Mówiłam, że wszystkie dziewczyny to Jagi, a potem wyskakuję z Tatą Jagą. To dlatego, że na ślubie z mamą mój tata przyjął nazwisko Jaga. Podobno babcia mu kazała. Tata powiedział mi kiedyś, że Baba Jaga miała w ręku silne argumenty. Cokolwiek to znaczy, sama wiem, że babci lepiej się nie sprzeciwiać. To wszystko w ogóle jest dość dziwaczne, ale taka jest właśnie cała nasza rodzina.

 

W szkole zadali nam na wakacje pracę domową. To znaczy nie wszystkim. Tylko tym, którzy niezbyt się przykładali do nauki. Kujony oczywiście nie muszą odrabiać lekcji w wakacje, ale ja i kilkoro innych dzieciaków z naszej klasy dostaliśmy dodatkowe zadanie, za karę. Pani Zuzanna, nasza wychowawczyni, powiedziała, że mamy napisać pracę o swojej rodzinie. Strasznie mi się nie chce. Wolałabym całymi dniami biegać po łąkach i buszować po bagnach z moją babką (jak już wreszcie do niej pojadę), ale mama powiedziała, że zdziczeję do reszty i że praca wakacyjna dobrze mi zrobi. Podpowiedziała mi, żebym pisała codziennie po trochu, taki wakacyjny dziennik. Podobno nauczy mnie to systematyczności. To jedno z ulubionych słów mojej mamy i znaczy mniej więcej tyle, co robienie czegoś od razu i stale, a nie odkładanie spraw na później. Mama tłumaczyła mi, że to wcale nie musi być nudne, i pomaga w pracy, która wymaga dużo czasu. Nie podoba mi się cała ta systematyczność, ale jeśli nie obiecam, że będę pisała ten dziennik codziennie, mama nie pozwoli mi wyjechać do babci na wakacje, nawet na jeden dzień. No więc obiecałam, że będę systematyczna, i mama się zgodziła – już jutro jadę do mojej kochanej Baby Jagi. Strasznie się cieszę. Babcia nigdy nie odwiedza nas w mieście. Mówi, że miasto ją przeraża. Myślę, że to zabawne, bo to jej się raczej wszyscy boją. To znaczy ci, którzy jej nie znają. Moja babcia ma wielki krzywy nos i prawie zawsze zmarszczone, krzaczaste brwi. Lubi nosić czarne chusty. No i potrafi też rzucać i odczyniać uroki. Niewiele osób to potrafi. Nie raz widziałam, jak ludzie brali nogi za pas, gdy babka zrobiła groźną minę. Ja się tym nie przejmuję, bo wiem, że ona tylko udaje groźną, a potem śmieje się do rozpuku, gdy kogoś nastraszy. Choć muszę przyznać, że śmieje się trochę strasznie.

Idę się spakować. Już nie mogę doczekać się wyjazdu.

3 lipcaPorządki

Uwielbiam być u babci. Powietrze pachnie tu inaczej niż w mieście. Pagórki są całe zielone, wszędzie owce i krowy. Nikt mi nie gada, gdy cały dzień biegam boso. Jest słońce i są kwiaty, i sosnowe lasy. Chatka Baby Jagi też stoi na skraju lasu, ale jest to las liściasty. Dość wilgotny i czuć w nim zapach zgnilizny. Spytałam babcię, dlaczego nie postawiła swojej chatki na kurzej łapce w lesie iglastym, który jest suchszy, a ona powiedziała mi:

– Dziecko, to tradycja.

– Jaka tradycja?

– Do Baby Jagi lepiej pasuje straszny las liściasty. Musi być mroczny i wilgotny.

– To ty wolisz mieszkać w takim miejscu, zamiast wygrzewać się na przykład na słonecznej polanie? – dociekałam.

– Ale ty jesteś wścibska, Jadźka. Nie. Nie wolę, skoro już musisz wiedzieć. Ale jestem Babą Jagą i znam swoje miejsce. Ludzie muszą się mnie trochę bać. Więc muszę wyglądać trochę strasznie. I mieszkać w strasznym miejscu.

– Czemu muszą się ciebie bać? – Nic nie rozumiałam.

– No jak to? Żeby mnie szanowali. Muszę być tajemnicza i niedostępna. Wtedy moje eliksiry stają się bardziej pożądane. Ludzie sądzą, że mają większą moc. O klientelę trzeba dbać, moja mała.

– E tam, babciu. Myślę, że się mylisz. To znaczy, w tym, że sądzisz, że ludzie muszą się ciebie bać.

– Ja nie jestem taka zacofana, jak wy tam w mieście sobie myślicie, Jadźka. Staszek, syn młynarza, uczył się na uniwersytecie. Kilka lat temu przyjechał odwiedzić ojca. I wtedy nauczył mnie, co to jest marketing.

Byłam zakłopotana. Popatrzyłam na babcię, a ona powiedziała:

– Tak, tak. Teraz już rozumiesz, Jadźka?

– No nie wiem, babciu. Coś ci się pokręciło.

– A idź, dziewucho! – mruknęła babcia zniecierpliwiona i rzuciła we mnie ścierką do podłogi, którą nie wiedzieć skąd wyciągnęła. – Przydaj się i posprzątaj izbę.

Bardzo sobie wzięłam do serca jej polecenie. Chciałam, żeby była ze mnie zadowolona. Miałam nadzieję, że tego lata uzna, że jestem już dość duża, aby nauczyć się sporządzania eliksirów i czarów. Bo muszę się wam do czegoś przyznać. Ale to tajemnica, więc nikomu ani słowa, dobrze? Ja... ja nie potrafię czarować. I nawet wcale nie wyglądam jak czarownica! Wszystkie kobiety w naszej rodzinie mają czarne loki, czasem trafi się jakaś ruda. Wiem, bo widziałam na bardzo starych fotografiach ciotkę mojej babki... No dobra, tu mnie macie. Bardzo stare fotografie są czarno-białe. Dałam się przyłapać. Ale to prawda, mama mi mówiła. Moja piękna mama z falującymi czarnymi włosami i nosem identycznym jak nos Baby Jagi. To wszystko wina taty! Na pewno jego – że nasze włosy są jasne jak słoma. I kto widział blond czarownicę?! Nie chciałam, żeby babka się o tym dowiedziała. Na wsi zawsze zakładałam kaptur, to znaczy taką ukochaną czarną bluzę z wielkim kapturem ze ściągaczem, który świetnie się nadawał do ukrywania moich włosów. Babci to chyba nie dziwiło, bo sama zwykle nosi chustę na głowie. Jak będę starsza, ufarbuję sobie włosy na czarno. Chociaż jeden kłopot mniej. Ale odbiegłam od tematu. Chcąc zadowolić babcię, spędziłam godzinę na szorowaniu drewnianej podłogi. Miałam jednak dziwne wrażenie, że chatka w środku jest podejrzanie czysta. Ponieważ nie zobaczyłam efektu swojej pracy, pomyślałam, że zrobię babce niespodziankę i odkurzę jej domek od zewnątrz, bo pokrywała go siwa zasłona pajęczych sieci. Posprzątanie ich okazało się nie takie trudne, jak się zdawało. W ogóle chatka Baby Jagi jest naprawdę niezwykła. Kurza łapka to w rzeczywistości potężne korzenie drzewa, rozrastające się na cztery strony i mocno wystające ponad ziemię. Cały domek jest zbudowany wokół pnia. Ma dziurę w podłodze i w suficie, bo pień przebiega przez sam środek chatki. Ma jeszcze zabawne, krzywe okna i spadzisty, lekko zakrzywiony dach, jak czapka, którą babcia ma w zwyczaju zakładać zamiast chusty na specjalne okazje. A dach jest krzywy przez to, że drzewo najzwyczajniej w świecie rośnie krzywo. Jak już mówiłam, zewnętrzne ściany są zasnute przez pajęczyny. Zawsze mnie dziwiło, że pająki nie włażą do środka. Kilka razy słyszałam, jak Baba Jaga krzyczała na jednego, gdy próbował przejść przez okno. Może po prostu pająki nie lubią, jak się na nie krzyczy? W końcu to logiczne. Nikt nie lubi, jak się na niego krzyczy. No, ale znów się rozgadałam nie na temat, bo miałam pisać o moim niespodziankowym planie oczyszczenia chatki z pajęczyn. Siedziałam więc na schodkach, które przylegają do zewnętrznych ścian domku, właściwie oplatają go. (To bardzo praktyczne. Można łatwo dostać się na dach, by go naprawić, gdy przecieka podczas silnej ulewy). Już prawie skończyłam sprzątać i zrobiłam sobie małą przerwę. Kiedy wstałam i zaczęłam przenosić kłęby pajęczyn na pobliskie gałęzie, z lasu wynurzyła się babcia, niosąc jak zwykle cały fartuch różnych ziół. I jak nie wrzasnęła: "Jadźka, nieeeee!". Aż podskoczyłam i walnęłam głową w gałąź nade mną, po czym sturlałam się na sam dół i okropnie stłukłam sobie kolano. Na dodatek wiadro wody, które miałam ze sobą na górze do mycia ścian, spadło zaraz za mną. Bo jakby inaczej. To wiadro strasznie złośliwe było, bo wylało całą wodę prosto na moją głowę! Chciało mi się płakać, ale babcia w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi; patrzyła ze zgrozą na swoją lśniącą chatkę i załamywała ręce. Dopiero po chwili zorientowała się, że potrzebuję pomocy.

– Jadźka, skaranie boskie z tobą.

Widziałam, że nie była zadowolona, a jednak troskliwie opatrzyła mi nogę. Zatkałam nos. Lecznicza maść, którą posmarowała mi kolano, śmierdziała wyjątkowo paskudnie.

– To odkazi ranę – powiedziała już łagodniejszym tonem, choć dostrzegłam na jej ustach lekko złośliwy uśmieszek.

Dlaczego babka tak się zdenerwowała? Pozbycie się pajęczyn miało być miłą niespodzianką. Czułam, że nie pohamuję dwóch wielkich łez; zdradliwie zawisły mi na nosie, nieznośnie mnie łaskocząc. Starłam je rękawem.

– Nie maż się. – Babcia próbowała przybrać przyjacielski ton. Obserwowałam jej twarz. Prawie mnie rozśmieszyła, tak bardzo zabawnie wyglądała, gdy starała się uśmiechnąć. A że nie była do tego przyzwyczajona, zmarszczki robiły jej na przekór i uśmiech Baby Jagi wyglądał naprawdę komicznie.

– Pająki raz-dwa naprawią to, co nabroiłaś – dodała, jakby to miało coś wyjaśnić.

Ech, nie jest łatwo z tą moją babcią.