Pamiętnik Iwony M - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

36.35 zł
30.17 zł (36,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Książka, którą trzymasz w ręku, nie powinna była powstać. Nie dlatego, że ktoś próbował ją zatrzymać, ocenzurować czy zniszczyć. Nie dlatego, że jej bohaterka prosiła o dyskrecję, choć z pewnością miała ku temu powody. Nie powinna była powstać, bo jest zapisem czegoś, czego większość z nas nie potrafi - albo nie chce - ubrać w słowa. Jest zapisem wewnętrznego trzęsienia ziemi. Tego cichego, niewidocznego z zewnątrz, które nie burzy ścian ani nie łamie dachów, ale przesuwa fundamenty. Po nim dom wygląda tak samo. Stoi. Funkcjonuje. Tylko mieszkaniec wie, że podłoga pod stopami nie jest już tam, gdzie była wczoraj.

Iwona M. nie jest postacią literacką w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest kimś bliżej - bliżej czytelnika, bliżej ulicy, bliżej drzwi, za którymi siedzi ktoś, kogo znamy, z kim pracujemy, obok kogo stoimy w kolejce po chleb. Jest kobietą w średnim wieku, z konkretnego polskiego miasta, z konkretnego bloku, z konkretnego małżeństwa. Ma imię, które nosi kilkaset tysięcy Polek. Ma życie, które z zewnątrz wygląda na ułożone - mąż, dzieci, praca, niedzielna msza, wczasy raz w roku, zakupy w Biedronce. Ma wszystko, co powinno wystarczyć. I właśnie dlatego ta książka jest tak niebezpiecznie prawdziwa - bo stawia pytanie, na które nikt nie chce odpowiadać: a jeśli to, co powinno wystarczyć, nie wystarcza?

Trafiłem na ten tekst przypadkiem, choć nie wierzę w przypadki - a jeśli wierzę, to tylko w takie, które udają przypadek, a naprawdę są czymś innym. Ktoś mi go podsunął. Ktoś, komu ufam. Powiedział: przeczytaj, ale nie na szybko, nie po łebkach, nie między jednym spotkaniem a drugim. Przeczytaj tak, jak się czyta listy od kogoś, kto dawno nie pisał. Posłuchałem. I dobrze zrobiłem, bo ta książka wymaga uwagi szczególnego rodzaju - nie intelektualnej, nie analitycznej, lecz ludzkiej. Zwyczajnie ludzkiej. Wymaga, żebyś odłożył telefon, zamknął drzwi, usiadł i pozwolił sobie być przez chwilę kimś, kim na co dzień nie jesteś - kimś bezbronnym.

Nie jest to reportaż, choć ma reportażową precyzję szczegółu. Nie jest to powieść, choć ma narracyjny oddech i napięcie, które nie pozwala oderwać się od kolejnych stron. Nie jest to pamiętnik w ścisłym sensie, choć nosi taki tytuł i choć zdania układają się tu tak, jakby ktoś pisał je wieczorem, na kolanach, w świetle lampki nocnej, szybko, gorączkowo, zanim odwaga zdąży wyparować. To jest coś pomiędzy - hybrydowe, nieposłuszne gatunkowo, niepodlegające łatwej klasyfikacji. I może właśnie dlatego tak skuteczne. Bo życie, o którym tu mowa, też nie mieści się w żadnej kategorii. Nie jest tragedią, nie jest romansem, nie jest kryminałem - a jednocześnie jest tym wszystkim naraz. Jest życiem. Ze wszystkimi jego niekonsekwencjami, powtórzeniami, pauzami, które trwają za długo, i słowami, które padają za późno.

Autorka - bo choć imię na okładce brzmi "Iwona M.", to przecież ktoś nadał tym zapiskom formę, ktoś wybrał, co zostawić, a co odciąć, ktoś zdecydował, gdzie zaczyna się cisza i gdzie kończy się zdanie - autorka ma rzadki dar. Potrafi pisać tak, że czytelnik nie czyta. Czytelnik podsłuchuje. Pochyla się nad tymi stronami jak nad cudzym ramieniem w kawiarni, kiedy ktoś pisze list i nie wie, że ktoś patrzy. Jest w tym pewna intymność, która graniczy z nietaktem - a mimo to nie potrafi się człowiek odwrócić. Bo to, co tam jest napisane, dotyczy także jego. Dotyczy nas wszystkich.

Nie zdradzę szczegółów fabuły, bo ta książka na to nie zasługuje - zasługuje na to, żeby czytelnik wszedł w nią sam, bez mapy, bez przewodnika, bez ostrzeżeń. Powiem tylko tyle: jest tu kobieta, jest droga, jest morze, jest powrót. Są ludzie, których spotyka - jedni przypadkowi, inni nie. Są rozmowy, które zmieniają wszystko, i rozmowy, które nie zmieniają nic, ale zostają w głowie na lata, jak melodia, której nie pamiętasz do końca, ale nucisz pod nosem w najmniej oczekiwanych momentach. Jest mąż, który czeka. Są dzieci, które dorosły. Jest kościół, jest wieża, jest krzyż, który błyszczy w popołudniowym słońcu. I jest zasłona, którą się zaciąga - powoli, zdecydowanie - kiedy świat za oknem staje się zbyt wielki, zbyt jasny, zbyt wyraźny.

Muszę przyznać coś, co jako recenzent i człowiek piszący o literaturze od ponad dwudziestu lat przyznaję niechętnie: ta książka mnie poruszyła. Nie wzruszyła - poruszyła. To jest różnica. Wzruszenie jest krótkie, powierzchniowe, łatwe - oczy wilgotnieją, gardło ściska się na chwilę, a potem wraca się do codzienności i zapomina. Poruszenie jest inne. Poruszenie przesuwa coś w środku. Coś, co potem nie wraca na swoje miejsce. Po lekturze tej książki chodziłem po mieszkaniu i patrzyłem na przedmioty - na kubek na biurku, na zasłony w sypialni, na klucze leżące na komodzie - i widziałem je inaczej. Jakby każdy z tych przedmiotów miał swoją historię, swoją wagę, swoje miejsce w skomplikowanej sieci znaczeń, które zwykle ignorujemy, bo jesteśmy zbyt zajęci, zbyt zmęczeni, zbyt pewni, że wiemy, jak wygląda nasze życie.

Iwona M. nie wie, jak wygląda jej życie. I to jest jej siła. To jest siła tej książki. Bo pewność - ta codzienna, automatyczna pewność, z którą wstajemy rano, idziemy do pracy, wracamy, kładziemy się spać - ta pewność jest iluzją. Wygodną, potrzebną, zbawienną iluzją, bez której nie dałoby się funkcjonować. Ale iluzją. A ta książka delikatnie, bez przemocy, bez krzyku, bez moralizatorstwa, podnosi róg tej iluzji i pokazuje, co jest pod spodem. Nie potwory. Nie otchłań. Nie ciemność. Po prostu - pytania. Zwykłe, ludzkie pytania, na które nie ma dobrych odpowiedzi, ale które trzeba zadać, żeby żyć naprawdę, a nie tylko funkcjonować.

Powinienem powiedzieć coś o języku, bo recenzent powinien. Więc powiem: język tej książki jest pozornie prosty. Zdania są krótkie, czasem urywane, czasem powtarzalne - jak oddech, jak kroki, jak tykanie zegara za ścianą. Nie ma tu ozdobników, nie ma popisów stylistycznych, nie ma metafor, które domagają się podziwu. A mimo to - albo właśnie dlatego - ten język wchodzi pod skórę głębiej niż niejedna wyrafinowana proza. Bo jest uczciwy. Jest tak uczciwy, jak uczciwa jest kobieta, która siada wieczorem z zeszytem i pisze to, czego nie potrafi powiedzieć głośno. Nie szuka pięknych słów. Szuka prawdziwych. I zazwyczaj je znajduje.

Jest jeszcze coś, o czym chcę powiedzieć, choć ryzykuję nadinterpretację. Ta książka jest opowieścią o ciałach. O ciele Iwony, które chodzi, oddycha, śpi, kocha się, boli, pociera dłonie o szorstki drewniany różaniec, zanurza stopy w morzu, leży na piasku, stoi na peronie, siada w pociągu, wraca do łóżka, które skrzypi. O ciele jej męża, który czeka w przedpokoju i pachnie tym samym płynem po goleniu. O ciałach ludzi, których spotyka na swojej drodze - ciałach zmęczonych, ciałach radosnych, ciałach starych, ciałach chorych, ciałach, które niosą w sobie więcej, niż mogą udźwignąć. Ta książka przypomina, że jesteśmy ciałami. Że myślimy ciałami, czujemy ciałami, pamiętamy ciałami. Że dusza - jeśli istnieje, a Iwona chyba wierzy, że istnieje - mieszka nie ponad ciałem, nie obok ciała, ale w ciele. W jego bólach, w jego przyjemnościach, w jego zmęczeniu, w sposobie, w jaki ręka sięga po zasłonę i zaciąga ją - powoli, zdecydowanie.

Nie wiem, kim jest Iwona M. Nie wiem, czy mieszka nadal w tym samym bloku na kieleckim osiedlu, czy zasłony w jej sypialni są wciąż beżowe, czy sprężyna w lewym dolnym rogu łóżka nadal skrzypi. Nie wiem, co zrobiła z tym, czego doświadczyła. Nie wiem, czy pamiętnik, który dał początek tej książce, leży gdzieś na dnie szuflady, czy może na widoku, na szafce nocnej, obok lampki z odłamanym kloszem. Nie wiem i nie muszę wiedzieć. Nie muszę, bo ta książka nie jest o Iwonie M. Ta książka jest o każdym, kto kiedykolwiek stanął przy oknie i zobaczył coś, co go przerosło - krzyż na wieży kościoła, zachodzące słońce, twarz drugiego człowieka, własne odbicie w szybie - i zaciągnął zasłonę. Nie z tchórzostwa. Nie z obojętności. Z czegoś zupełnie innego - z mądrości, która mówi: nie wszystko trzeba widzieć naraz. Nie wszystko trzeba rozumieć teraz. Są rzeczy, które mogą poczekać za zasłoną, w półmroku, w ciszy.

Przeczytaj tę książkę. Ale nie na szybko. Nie na raz. Czytaj ją tak, jak się idzie piechotą - krok za krokiem, strona za stroną, oddech za oddechem. I kiedy skończysz - nie zamykaj jej od razu. Zostaw ją otwartą. Na kolanach, na stole, na poduszce obok głowy. Niech oddycha. Niech stygnie. Niech osiada jak kurz po przejściu kogoś, kto szedł cicho, ale zostawił ślady.

Bo ta książka zostawia ślady.

Głębokie.

Warszawa, październik 2024