Pamiętnik - Henryk Grynberg

Reflow text when sidebars are open.
Łódź, 15 III 1954
"Urodziłem się 4 VII 1936 r. w Warszawie w rodzinie folwarcznego pracownika. Mój ojciec, z zawodu mleczarz, pracował na obszarniczym folwarku koło Warszawy; tam żyliśmy do roku 1942". Tak napisałem w życiorysie, składając papiery na studia, i to wszystko prawda, ale niecała, bo ojciec pracował na tym folwarku dla siebie (i może nie był biedniejszy od naszego dziedzica).
PS Do Karty Kandydata na studia załączało się metrykę urodzenia i nie wiem, dlaczego znalazła się tam stara metryka, gdzie miałem imię "Hersz vel Herszek", a nie Henryk. Obie zresztą nie były oryginalne, tylko odtworzone. Dyrektor i wychowawczyni zrugali mnie. Moją matkę pewno też. Nie powiedziała mi tego, ale nie poszła więcej do tej szkoły.
______
Łódź, maj 1954
Zdjęcie klasy maturalnej. Na jednym skraju ja, na drugim Alek Kiersz. Byliśmy skrajnym przeciwieństwem: on skrajnym matematykiem, fizykiem, chemikiem, a ja skrajnym humanistą, polonistą, historykiem. Nikt w klasie nie był lepszy od niego z przedmiotów ścisłych, a ode mnie z humanistycznych. Byliśmy także jedynymi w klasie Żydami i pewno dlatego wychowawczyni ustawiła nas na poboczach. Alek, duży i tęgi okularnik, był jednym z nielicznych, którzy nie należeli do ZMP. Wiedział, że i tak go przyjmą na politechnikę, gdzie brakowało takich zdolnych jak on, w przeciwieństwie do uniwersytetu, gdzie mieli na pęczki takich wyszczekanych jak ja. On podciągał mnie z matematyki, której poziom w tym liceum mnie zaskoczył, a ja jego z polskiego, co nie było łatwe, bo Żyd niedowiarek wszystko kwestionował: a skąd to wiesz, a skąd wiadomo, czy to prawda, a dlaczego ma być właśnie tak? III Ogólnokształcąca Szkoła TPD imienia Tadeusza Kościuszki była męskim gimnazjum i liceum o profilu matematyczno-przyrodniczym, lecz dawniej była to pewno szkoła humanistyczna, a może nawet klasyczna, bo budynek postawiony pod koniec XIX wieku miał styl neoklasyczny i gdy zacząłem tu chodzić we wrześniu 1952 r., na podeście szerokich marmurowych schodów witali nas Apollo i Atena, ona nadmiernie ubrana, a on nagusieńki, z jajeczkami i nieobrzezanym kutasikiem jak gwizdek albo koniec fujarki. Jeszcze w tym samym roku szkolnym przykryto mu to wszystko listkiem figowym, co też zabawnie wyglądało, bo spod gipsowego listka wyrastały czarne włoski. Zmywano je, ale wciąż odrastały. Przed wojną szkoła nazywała się imienia Józefa Piłsudskiego i nosiło się szarą maciejówkę. Kto miał, to jeszcze nosił i nawet śpiewaliśmy w hymnie szkolnym: "Czyż jest piękniejsza czapka niźli nasza szara i lepsza buda niż nasza stara", tylko "bo piłsudczykiem być to szczęścia szczyt" zamieniono na "bo kościuszkowcem być to szczęścia szczyt". Szkoła musiała być swego czasu humanistyczna, skoro wydała takich dwóch słynnych poetów, jak Julian Tuwim i Marian Piechal. Piechala miałem nawet zaszczyt zobaczyć. Stał na podium w auli, mały, łysawy, okrągły, w za ciasnym garniturze i za ciasnym krawacie, wcale nie jak słynny poeta, toteż gdy pozwolono zadawać pytania, poprosiłem, żeby nam coś zarecytował. Spojrzał na mnie ze wzgardą i nic nie powiedział ani nie zarecytował.
PS W 1968 r. Piechal okazał się najsłynniejszym poetą wśród antysemitów, więc może moja bujna czarna czupryna tak mu się nie podobała.
______
Łódź, 30 VI 1954
Oprócz pisemnych z polskiego i matematyki, mieliśmy sześć egzaminów ustnych i każdy innego dnia - od połowy maja do końca czerwca - katorga, a nie matura, nigdy przedtem [ani potem] takiej nie było. Nie znałem wszystkich formuł i wzorów, ale rozwiązałem zadanie na zdrowy rozum, z wynikiem w granicach tolerancji i dostałem z matematyki czwórkę. Fizyk, przedwojenny dżentelmen, u którego zawsze miałem czwórkę, odszedł na emeryturę i egzaminowała nas przedwojenna zołza z równoległej klasy. Znałem wszystkie odpowiedzi, ale ona wyszła przed stół, za którym siedziała komisja, i ostentacyjnie mi "pomagała", ażeby postawić mi trójkę. Z polskiego egzaminował mnie dyrektor, nie dopuszczając nieśmiałej młodej polonistki do głosu. Gdy dobrze mówiłem, to zaraz przerywał i zadawał inne pytanie, gdy znów dobrze mówiłem, znów przerywał i dopiero gdy coś mniej wiedziałem, pozwalał mi mówić. I choć z polskiego byłem zawsze najlepszy w klasie, na świadectwie maturalnym mam "dobry". Także z przysposobienia wojskowego obniżono mi "bardzo dobry" na "dobry", a z wychowania fizycznego i przysposobienia sportowego "dobry" na "dostateczny". Wszystko, żeby było mi trudniej się dostać na studia. A przecież byłem posłuszny i nic tym wrednym belfrom nie zrobiłem. Aż żałuję.
Wręczenie matur odbyło się w auli wypełnionej rodzinami. Wchodziło się na podium, dyrektor ogłaszał imię i nazwisko, podawał rulonik i rękę do uścisku i każdy wracał w objęcia odświętnie ubranej rodziny. Tylko ja byłem sam i nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Przed budynkiem stało paru chłopców z 11 C i coś planowali. Podszedłem do nich, ale jeden mruknął: Spierdalaj!
______
Łódź - Mazury - Łódź, lipiec 1954
Na bal maturalny poszedłem do żeńskiego PGiL na al. Kościuszki. Poszedłem sam, lecz od razu napotkałem ładną, drobną brunetkę z kędzierzawym warkoczem, która też była sama, i tańczyłem z nią całą noc, bo nikt do niej nie podchodził, ani ona do nikogo, i cały czas ją całowałem. Nad ranem wpadłem tylko do domu zrzucić garnitur i wziąć plecak i pojechałem tramwajem na dworzec. Tam czekał już Alek i wsiedliśmy w najwcześniejszy pociąg do Suwałk. W Suwałkach odebraliśmy kajak i namiot, za które zapłaciliśmy w łódzkim PTTK, rozpaliliśmy nad wodą ognisko, wsypaliśmy suszony rurkowy makaron do garnka z mlekiem i gotujemy. Mleko zaczęło kipieć, więc zdjęliśmy garnek z ognia, lecz makaron wciąż był twardy. Postawiliśmy znów garnek na ogniu, znów mleko kipi, a makaron nie mięknie. Spróbowaliśmy jeszcze raz, mleko kipiało, przypalało się i śmierdziało, a makaron sztywny jak drut, więc poszliśmy do baru mlecznego. Alek, dwa razy cięższy ode mnie, z trudem się mieścił w kajaku. Nim coś zrobił, rozważał wszystko analitycznie i teoretycznie, a teoria nie zawsze się sprawdzała w praktyce, jak nasz makaron z mlekiem. Mieliśmy odmienne zdanie na to, gdzie i kiedy się zatrzymać, gdzie i jak postawić namiot, gdzie i kiedy jeść. W końcu nie wytrzymałem, wyrzuciłem w Wigrach jego plecak na ląd i odpłynąłem.
Czarna Hańcza, wąska i kręta, nie była czarna, ale zielona, osłonięta sitowiem i pokryta liliami, po których chodziły kaczki. Siadały na dziobie kajaka, niczego się nie bały. Nie zatrzymywałem się na posiłki, tylko gryzłem cukier w kostkach i popijałem mlekiem, które wynosiły nad rzekę wieśniaczki. Dziewczyny z koszykami sprzedawały jagody. - A panicz tak sam, bez żony, bez narzeczonej? - śmiały się. Miałem skręcić w Kanał Augustowski, ale nie widziałem żadnego kanału, tylko sitowie i chłopa w białej koszuli, który kosił trawę. Rzeczka skręcała to w lewo, to w prawo, a kanału nie widać, tylko wciąż ten chłop z kosą. W końcu wołam do niego: - Jak daleko jeszcze do kanału? - Panie, niech pan zawraca, pan w Rosji! Zawróciłem najprędzej jak mogłem i uciekałem co tchu, aż sitowie litościwie się rozchyliło i znalazłem się na kanale[1]. Czekało się godzinami przy śluzach, ale mnie już się nigdzie nie śpieszyło. Jadłem jagody, popijałem mlekiem i poddawałem się wodzie, która z szumem wznosiła mnie wraz z kajakiem lub opuszczała.
Nie stawiałem namiotu, tylko rozwieszałem między drzewami, przywiązując sznury do pni. Był nieforemny, ale całkiem przytulny. Toporek kładłem sobie pod głowę i niczego się nie bałem. Z wyjątkiem jednej strasznej nocy, gdy pioruny waliły jak bomby, a błyskawice oślepiały i zapierały dech. Czułem się jak mały, bezradny robaczek i zwróciłem się - po raz pierwszy od lat - do Boga, przyrzekając, że jeśli ocaleję, to będę studiował Torę i Talmud. I pomogło, bo nie umarłem ze strachu. Podobnej próbie zostałem poddany na Białem, wielkim jeziorze, które przecinałem wpół. Jest ono białe od grzywiastych fal, które z początku wyglądają niegroźnie, ale w miarę jak się odpływa od brzegu, coraz bardziej rosną i bieleją. Ustawiałem kajak prostopadle do fal, lecz wznosiły mnie coraz wyżej i coraz niżej rzucały w dół, z coraz większym i coraz groźniejszym trzaskiem, bo dno kajaka - coraz cieńsze - zaczęło coraz bardziej przeciekać, a brzegu nie widać. Znów bezradny robaczek zaapelowałem do Boga i jeszcze raz mi darował życie (a wątpię, czy stary kajak wytrzymałby, gdybym w nim siedział z Alkiem).
Wysłałem z Augustowa widokówkę do brunetki z balu maturalnego, ale po powrocie do Łodzi się nie zgłosiłem. Mieszkała na Próchnika, która dawniej się nazywała Zawadzka. Mieszkało tam kiedyś wielu moich kolegów z żydowskiej szkoły: Izio Ekhajzer, Tolek Rawet, Ala Goldberg, Tosia Lichtensztajn, Maja... Wiosnę i lato 1945 r. spędziłem na podwórku na Zawadzkiej 9, gdzie bawiły się wszystkie ocalałe żydowskie dzieci od siódmego do jedenastego roku życia. Moja drobna brunetka chodziła kilka razy dziennie Piotrkowską, śpiesznym krokiem mijając mój dom, ale ani razu jej się nie pokazałem. Podobnie było z Rucią z Pierwszej TPD. Słodka, z czarnymi loczkami i okrągłymi okularkami na zgrabnym nosku mieszkała na Narutowicza, w eleganckiej kamienicy z windą, jednej z tych, w których mieszkali adwokaci i lekarze. Spotkałem ją w kolejce do kina, też samą, i całowałem przez cały seans, bawiąc się jej wstydliwymi rzeczami, a gdyśmy wyszli z kina - cześć i już. Rozniosło się w obu szkołach, że ja i Rucia i że Rucia i ja, a ja nic. Gdyby nie była Żydówką, tobym się z nią umówił.
______
Warszawa, sierpień 1954
Na czas egzaminu wstępnego zatrzymałem się u Biumka na Pradze, w pokoju Hanki, która wyjechała na wakacje. Znalazłem u niej na półce amerykańską powieść Mam dwadzieścia lat. 20-letni narrator był dziennikarzem, chodził w jasnoszarym garniturze, grał na saksofonie, miał dziewczynę i niczego więcej nie potrzebowal. Też mam jasnoszary garnitur i też będę dziennikarzem. Nie gram na żadnym instrumencie, ale nieźle tańczę.
______
Warszawa, 6 VIII 1954
Egzamin pisemny: Jakie podobieństwa i różnice zachodzą w ukazywaniu klasy robotniczej przez Żeromskiego w Przedwiośniu i Newerlego w Pamiątce z Celulozy?
Dla właściwego zrozumienia utworu literackiego, myśli i tendencji autora konieczne jest zbadanie genezy utworu. Dwaj znakomici autorzy, Żeromski i Newerly, żyją w epokach nie tyle odległych w czasie, co w przemianach, procesach społecznych. To epoki historyczne kształtują poglądy społeczeństw, to warunki polityczno-społeczne nadają charakter dziełu literackiemu zrodzonemu na ich podłożu. Na charakter utworu wpływa również ewolucja wewnętrzna, duchowa, jaką przechodzi autor. Wziąwszy to pod uwagę, jasno sobie zdamy sprawę z tego, jak różne tendencje zawarte są w obu omawianych utworach. Żeromski nazwany "budzicielem sumień ludzkich", który z pasją obnażał przed oczyma społeczeństwa jego niedomagania, schorzenia zbliżające je ku ostatecznemu upadkowi, który za najświętszy cel postawił sobie obronę człowieka w obliczu dziejącej mu się krzywdy, starał się ten cel osiągnąć przez rozbudzenie w ludziach o światłych umysłach i szlachetnych sercach (przeważnie w środowisku inteligenckim) pragnienia naprawy zła społecznego przez pracę pełną wyrzeczeń i poświęcenia, przez walkę o szczęście człowieka, który, jak sam powiedział, "jest rzeczą świętą i krzywdzić go nie wolno". Nie mógł się pogodzić Żeromski z tym, że Polska niepodległa nie przyniosła ulgi w cierpieniach szarego człowieka, który nadal cierpiał nędzę, nie miał żadnych perspektyw.
Przedwiośnie to ostatnie dzieło wielkiego pisarza humanisty. Zawarł w nim cały pesymizm, jaki zrodziła w nim rzeczywistość Polski burżuazyjnej, jaki wzbudzały w nim okropne obrazy proletariackiej egzystencji, które wiernie, a zarazem z głębokim bólem oddał. Autora przeraża ogrom nieszczęść, jakie niesie ludzkości społeczeństwo kapitalistyczne. Przeraża go koszmar rewolucji, która narasta w Polsce, trwogą napawa myśl o cierpieniach, walących się pomnikach kultury, zdziczeniu, rozlewie krwi, które niesie rewolucja. Stąd makabryczne obrazy rewolucji w Baku (zresztą niezgodne z prawdą historyczną), nawoływanie do porwania całego narodu, w imię jakiejś idei, do czynu, który wydźwignąłby go na drogę naprawy stosunków społecznych. Żeromski oskarża rząd o nieudolność, niezdolność do organizowania twórczej pracy w celu naprawy zła, nie rozumie natomiast, że niemożliwe to jest w warunkach ustroju, w którym żył. O czym mówi dyskusja na zebraniu komunistów, na którym obecny jest nieuświadomiony, choć szlachetny w swych młodzieńczych porywach, bohater powieści, Cezary? W dyskusji tej oskarża Żeromski społeczeństwo o to, że toleruje nieludzkie warunki bytu klasy robotniczej, że nie daje jej warunków do wydźwignięcia się, zaś odruchy buntu tłumi w sposób niehumanitarny, nieludzki. Lecz i tu walczy Żeromski z pozycji mieszczańskich. Klasa robotnicza i jej cierpienia to "śmiertelna choroba" społeczeństwa, która spowoduje jego upadek, a Żeromskiemu chodzi przecież o ratowanie społeczeństwa. Autor wykazuje zrozumienie, że walka proletariatu pod kierownictwem komunistów to konieczność zrodzona z sytuacji Polski, ale sprzeciwia się tej walce przez usta Cezarego, który uważa, że klasa tak wyniszczona biologicznie, tak upadła moralnie, nie jest zdolna do samodzielnej walki, nie mówiąc już o tym, by mogła kiedykolwiek rządzić społeczeństwem. Żeromski sprzeciwia się metodom komunistów, gdyż uważa, że wytrwała praca, dobra wola warstw oświeconych zdoła zapobiec nieszczęściu robotników (rozmowy Cezarego z Gajowcem). Pokazanie Cezarego w pierwszym szeregu idących na Belweder to ostrzeżenie społeczeństwa przed katastrofą. Społeczeństwo nie potrafi stworzyć warunków dla rozwoju młodych sił i zużytkowania szlachetnych zapałów do pracy pokojowej, do naprawy zła i dlatego skazuje - w oczach autora - młodego inteligenta na włączenie się do walki, która jest zgubna dla państwa.
O ileż inaczej patrzy na te same wydarzenia, tę samą walkę autor, który widział jej przebieg, który ogląda jej wspaniałe efekty, rozumie jej skuteczność. Newerly przedstawia tę samą epokę w historii polskiej klasy robotniczej, lecz dla niego walka proletariatu to nie jest koszmar, nie demon niosący zagładę kultury, lecz konieczność dziejowa, siła, która przyniesie naprawę społeczeństwa, która ludzkość wyzwoli na zawsze z pęt i ucisku. Bohater Newerlego to nie samotnik zagubiony, wciągnięty prawie podświadomie w wir walki. Szczęsny to nagromadzenie wartości zrodzonych w obliczu walki jego klasy, nieszczęść jego bliskich, ofiar towarzyszy, to postać rewolucjonisty, którego zrodziła walka, który w walce dojrzewał i jej poświęcił całe swoje życie. Rzeczywistość, w której żyje Szczęsny, jest ta sama co rzeczywistość otaczająca Cezarego, jednak w Pamiątce z Celulozy znajdziecie nie tylko obrazy biologicznego wyniszczenia proletariatu, nie tylko ludzi, których warunki stoczyły na dno upadku moralnego, ale przede wszystkim ludzi, z których warunki uczyniły tytanów, w których walka zrodziła upór Marusika, odwagę "Corobiącego", poświęcenie Madzi i niezachwianą wolę walki Szczęsnego. To komuniści - to żywi ludzie. Ich sylwetki są ukazane wszechstronnie. To nie tylko mówcy, referenci z trybuny jak w Przedwiośniu, lecz postacie o wszelkich ludzkich słabostkach, przywarach, wadach. Takie ukazanie komunistów dowodzących walką proletariatu pozwala jasno zrozumieć sens tej walki. Robotnicy z "Celulozy" wiedzą, że nic nie zaleczy ran na ciele społeczeństwa, dlatego walczą o zbudowanie nowego systemu, dlatego nieugięcie staną na barykadach przy ulicy Królewieckiej. Robotnicy idący na Belweder to tłum niezorganizowany, masa zdesperowanych nieszczęściem ludzi, którzy nie mają nic do stracenia, gdy obrońcy z Królewieckiej to świadomi swej roli ludzie rozumiejący, że odpieranie wściekłych ataków "golędziniaków" to ich wkład w walkę całego proletariatu. W końcowej scenie powieści, po rozmowie ze "Spinozą", Szczęsny powiada: "Jeden musi, drugi nie musi...". Szczęsny, który wyczuwał i widział walkę swej klasy, musiał zostać rewolucjonistą, podczas gdy Jurek "Spinoza" - inteligent - nie musiał. Gdzie więc spoczywa punkt ciężkości walki klasy robotniczej? Na tych, którzy "muszą" walkę kontynuować do końca. "Inteligencja nie dokona niczego dla proletariatu bez udziału samego proletariatu" (Lenin) i inteligent wcale nie "musi" kroczyć na czele pochodu robotniczego.
PS Nas nie uczono, że Żeromski nie chciał i bał się rewolucji, sam to u niego wyczytałem.
______
Warszawa, 2 IX 1954
Przyrzeczenie studenckie: "Jako student Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej sumiennie wypełniać będę swoje obowiązki, uczynię wszystko, aby w przepisanym terminie ukończyć studia, będę strzec godności studenta i nie przyniosę ujmy dobremu imieniu szkoły, jak również będę przestrzegać dyscypliny pracy i wszelkich zarządzeń władzy ludowej oraz obowiązujących przepisów szkoły".
______
Warszawa, 1 X 1954
Wykład inauguracyjny w sali kolumnowej Pałacu Kazimierzowskiego. Profesor Tadeusz Kroński, przystojny kędzierzawy brunet, ciepłe, opuchnięte oczy sercownika, mówił bez żadnych notatek i ani razu się nie zająknął. Jeszcze nigdy nie słyszałem tak pięknego przemówienia i nie siedziałem w tak pięknej sali. Tylko jednego kandydata na ośmiu przyjęto w tym roku na dziennikarstwo, jestem dosłownie wybrańcem.
______
Warszawa, styczeń 1955
Moi współcześni Przybyszewskiego - lektura nieobowiązkowa. Cierpienia zadawane artyście przez otoczenie i zmaterializowany świat. Człowiek ma prawo dążyć do szczęścia, ale nie znajdzie go przez samo zaspokojenie potrzeb materialnych, jak niedźwiedź, krokodyl czy glista. Czy ma zużywać swe siły twórcze tylko dla "korzyści społeczeństwa" jako absolutu materialnego? "Człowiek jest olbrzymem" i nosi w sobie wartości, których nie da się obrócić w materię. Materia jest wieczna, bez początku i końca - jak głosi najnowsza religia - nic jej pokonać nie zdoła, ale jest i żywioł nie mniej wszechmocny: czas, który może tak przemienić materię i takie rany jej zadać, że po trudzie jej wyznawców nie zostanie śladu. Czas i kataklizmy niszczą dobra materialne, ale nie siłę twórczą, która jest nadmaterialna i niespożyta, choć ma początek (w zaraniu ludzkości) i może mieć koniec (w wygaśnięciu ludzkości). Skoro człowiek zawiera wartości niematerialne, jego dążeniem nie może być wyłącznie byt materialny. Ludzka wyobraźnia zawsze tworzyła obrazy szczęścia, które nie jest wyłącznie stanem materialnej sytości. Dlatego religie obiecują zastąpienie bytu materialnego niematerialnym. Jaki sens miałoby życie człowieka po osiągnięciu dobrobytu materialnego, gdyby nie potrzebował czegoś więcej? Zatem człowiek zawiera wartości i siły metafizyczne, pragnie doznań metafizycznych i w nich szuka szczęścia. Przejawia się to zwłaszcza u artysty. W sztuce zaklęte są nasze najwyższe wartości. Nadaje ona wyraz tęsknotom ponadmaterialnym, stwarza wizje bytu metafizycznego (którego nie można osiągnąć), wywołuje wzruszenie, które jest przejawem niematerialnego ducha. Nic większego nie możemy dokonać. Wielkość dzieła artystycznego zależy od siły jego metafizycznego oddziaływania.
Wnioski. Barbarzyństwem jest zmuszanie artysty do "służby społeczeństwu", narzucanie mu jarzma, w którym ma być "pożyteczny". Barbarzyństwem - niezależnie od ewentualnych pożytków materialnych - jest eksploatacja sztuki dla doraźnych celów materialnych. Sztuka zaprzęgnięta do produkcji doraźnych pożytków jest tylko rzemiosłem. System, który zmierza wyłącznie do dobrobytu materialnego, jest zabójczy dla naszych najwyższych wartości.
______
Rok studiów I, rok szk. 1954/55, semestr I
Gramatyka opisowa współczesnej polszczyzny, prof. dr Kurkowska - bdb.
Geografia ekonomiczna Polski, prof. dr J. Barbag - dost.
Teoria literatury, prof. dr S. Sandler - autograf.
Zasady techniki wydawniczej, asyst. B. Golka - autograf.
Historia literatury polskiej, prof. dr Pietrusiewicz - autograf.
Historia Polski, prof. dr Moszczeńska - autograf.
Lektorat jęz. rosyjskiego, prof. mgr Sigalin - autograf.
Przegląd wydarzeń, asyst. (bez nazwiska) - autograf.
Studium wojskowe, płk Poździk - dostat.
Teoria i praktyka dziennikarstwa, mgr Kupis - dost. +.
Wychowanie fizyczne, mgr Mechowicki - autograf.
Lektorat jęz. angielskiego, mgr Karpińska - autograf.
______
Łódź, Wielkanoc 1955
Ciepło i słonecznie, stopiony śnieg zmył chodniki, wyschło błoto na skwerkach, fabryki przestały dymić, Łódź oddycha świeżym powietrzem. Wielkanoc jest najprzyjemniejszym świętem, nawet Pierwszy Maj jej ustępuje. W pochodzie pierwszomajowym wiosna już nie jest tak świeża i stosunek do niej przypomina małżeńską tkliwość, ale nie zapał. Natomiast na wielkanocnym spacerze ma się przedsmak wiosennych rozkoszy (rozkoszniejszy od samej rozkoszy). Natchniony wiosennym słońcem tłumek od rana chodzi tam i z powrotem Piotrkowską. Przerzedza się w przerwie obiadowej, po czym jeszcze bardziej gęstnieje, zwłaszcza wieczorem, gdy młodzież akademicka wylega na seksualne łowy. W Łodzi czapka studencka wzbudza szacunek, a nie pogardliwe uwagi, jak w chamskiej Warszawie.
Piotrkowska przecina Łódź od głowy do siodła. Głową jest plac Wolności z byłym ratuszem, a siodłem plac Niepodległości. Wprawdzie na północ od placu Wolności są proletariackie (lub lumpenproletariackie) Bałuty, gdzie w bramach stoją podejrzane typy obu płci, ale to de facto osobne miasto. Łódź właściwa jest ulicówką i wszystko, czego potrzeba, znajduje się na Piotrkowskiej, wszelkie sklepy na dzień powszedni i kombinaty gastronomiczno-rozrywkowe na niedziele i święta, a ja mieszkam na Piotrkowskiej i w sercu tego wszystkiego, z balkonem i widokiem na Grand, Grandkę, Łodziankę, kino Polonia, za jednym rogiem mam Honoratkę i Halkę, za drugim "głupio sterczący Savoy", jak go nazwał sławny poeta. Piotrkowska wyludnia się przed jedenastą wieczór, bo każdy chce zdążyć przed zamknięciem bramy. W asfalcie - jedynym jak dotąd w Łodzi - odbija się kilkanaście neonów. Kilka taksówek czeka na resztki nocnego życia. Od czasu do czasu zadudni pojedynczy wagon nocnego tramwaju albo ciszę przerwie głośna dyskusja podpitych facetów. Są poważni, apodyktyczni. Upili się, bo biorą rzeczy poważnie - powiedziałby Stendhal.
______
Warszawa, 1 V 1955
Marszałkowską kroczy godzinami procesja z chorągwiami, świętymi podobiznami i wzniosłymi sloganami, lecz religią panującą jest hedonizm: pieniądze za wszelką cenę i śmierć frajerom. Ludzie stoją godzinami po lody i wcale im się nie odechciewa. Cierpią na niestrawność, kaca, migrenę, nieufność. Nie boją się już Boga, tylko jedni drugich i siebie samych. Dlatego co niedzielę pełno w kościołach.
______
Rok szk. 1954/55, semestr II:
Lektorat jęz. rosyjskiego, mgr B. Sigalin - dobrze.
Przegląd wydarzeń, mgr Słomkowski - autograf.
Ćwiczenia z historii literatury polskiej, mgr Maciejewski - autograf.
Wychowanie fizyczne, mgr Mechowicki - dobry.
Geografia gospodarcza świata, prof. dr Barbag - autograf.
Ćwiczenia z techniki wydawniczej, red. Kłos - dost. +.
Podstawy marksizmu-leninizmu, prof. Parol - dost.
Ćwiczenia ze stylistyki jęz. polskiego, mgr Butlerowa - autograf.
Lektorat jęz. niemieckiego, prof. Łepkowski - b. dobrze.
Historia Polski, prof. dr Moszczeńska - dobrze.
Ćwiczenia z teorii i praktyki dziennikarstwa, mgr T. Kupis - autograf.
Teoria i praktyka dziennikarstwa, prof. Halpern - dobrze.
Szkolenie wojskowe, płk Poździk - dostat.
Historia literatury polskiej, prof. Wolpe - b. dobrze.
Lektorat jęz. angielskiego, prof. Karpińska - dostat.
______
Otwock, 6 VII 1954
"Zaświadczam, że Jankiel Stolik urodzony dnia 17 III 1890 roku w ---------[2] i Dwojra Szczepańska urodzona 4 XII 1890 roku w Jadowie zawarli związek małżeński w dniu 24 IV 1914 r. w Otwocku. Ojciec męża Majer Stolik. Matka męża Basia z Rotszteinów. Ojciec żony Srul (sic)[3] Szczepański. Matka żony Hinda z Frydbergów". Nie wiem, dlaczego zaświadczenie wystawiono w Urzędzie Stanu Cywilnego w Otwocku. Może mojej matce łatwiej było tam kupić taki dokument, żeby po fikcyjnych aryjskich papierach udowodnić, że jest jednak Żydówką i wolno jej starać się o wyjazd do Izraela. Ale przy okazji odzyskaliśmy parę rodzinnych imion. Po stronie ojca wiemy tylko, że jego rodzicami byli Jeszije Grynberg i Raszka z Grynbaumów.
______
Warszawa, 1 VIII - 28 VIII 1955
Mam praktykę wakacyjną w żydowskiej gazecie "Fołks-Sztyme" i przepustkę na imprezy Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Widziałem piękne tancerki z Uzbekistanu z niezliczonymi cienkimi warkoczykami, pilnowane przez ponurych Uzbeków, którzy nie dopuszczają do nich nikogo nawet z przepustką prasową. Z Sudanu przyjechali tylko mężczyźni, czarni, szczupli, wysocy, z bliznami na policzkach jak pruscy burszowie. Na koncercie szopenowskim w Pałacu Kultury siedziałem obok bardzo grubego Włocha. Pełno ludzi, upał, a my w ostatnim rzędzie, gdzie najduszniej, podszedłem więc do okna i otworzyłem. Włoch spojrzał na mnie z wdzięcznością i obaj odetchnęliśmy z ulgą. Po chwili widzę, że okno jest podwójne, a więc nadal zamknięte. Pokazałem Włochowi, nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu i musieliśmy wyjść. Przed pałacem stali Amerykanie, liczna delegacja z dużą amerykańską flagą. Wyciągali ręce, how are, how are you, ale nikt nie chciał podejść - ja też nie - a oni się dziwili.
Izrael przysłał dwie osobne delegacje, które występują osobno. Jedna tańczy, na bosaka, przy dźwiękach akordeonu. Zgrabne dziewczyny, zgrabni chłopcy (przeważnie kędzierzawi blondyni) robią duże wrażenie, że Żydzi, a proszę. Druga delegacja nie tańczy, tylko rozmawia. Pokazują zdjęcia kibucu, na których prawie nic nie widać. Największą atrakcją są Hindusi, bo gdy spytać, co oni za jedni, to mówią "Indian", więc warszawiacy myślą, że to Indianie. Rozmawiałem ze Szwajcarem, po niemiecku, 28 lat, sympatyczny. Pytam, co robi, a on, że jest biznesmenem. Aż mnie zatkało, bo biznesmen to brzydkie słowo. Kurewki z całej Polski pokazują cudzoziemcom języczek, ruszając nim z zadziwiającą prędkością. A w parkach czatują wieczorami "tatarzy". Nic nikomu nie robią, tylko podglądają i mają przyjemność za darmo. Milicjanci się bawią w podchody i świecą znienacka latarkami, ale za 20 złotych odpuszczają.
Po festiwalu wysłano mnie na reportaż do Łodzi, do żydowskej spółdzielni dziewiarskiej "Osnowa". Pojechałem w swoim jasnoszarym garniturze i zatrzymałem się w hotelu Polonia jak prawdziwy dziennikarz. Spółdzielcy mieli wiele skarg i wszyscy do mnie. Gorliwie wszystko spisywałem, bo poszedłem na dziennikarkę, żeby zostać trybunem ludowym. Redakcja uznała wszystkie te skargi za niesłuszne i z mojego reportażu nie skorzystała, ale Smolar (naczelny) na pożegnanie w obecności zespołu powiedział: - My się z kolegą Grynbergiem nie żegnamy.
______
Warszawa, październik 1955
Polacy żyją między Wschodem a Zachodem i bardzo się dziwią, gdy na Wschodzie pojawi się ktoś od nich mądrzejszy, a na Zachodzie ktoś głupszy. Nigdzie indziej nie ma tyle szowinistycznej solidarności, ale nigdzie ludzie sobie bardziej nie dokuczają. Nikt inny nie jest też tak dumny z pijaństwa i lekkomyślności. Przewaga liczebna kobiet, z wysokim odsetkiem urodziwych. Faworyzują cudzoziemców, co według lady Mabel Chesterton jest nieetyczne, ale łatwo jej tak mówić w Anglii. W przeciwieństwie do Anglików, których podobno trudno skłonić do mówienia, Polaków trudno powstrzymać. Dla nich najważniejsze, żeby mogli mówić, co chcą. Zrozumiało to w końcu kierownictwo partyjno-rządowe i pozwala mówić. Najwięcej mówi się o tym, czego nie ma (postępie technicznym i dewizach). Nasz model gospodarczy polega na koegzystencji sektora socjalistycznego i prywatnego (prywatny ma zyski, a socjalistyczny łapówki).
______
Warszawa, listopad 1955
Dyktatura proletariatu zwycięża tylko w krajach, gdzie go nie ma, po czym prawie wszyscy mieszkańcy stają się proletariatem, ale nie on się cieszy, że jest dyktatorem, tylko nieliczna nomenklatura za tzw. żółtymi firankami.
______
Warszawa, grudzień 1955
Myszy zjadły Popiela - to nie legenda, ale przestroga. Abraham zjadł Izaaka, Izaak zjadł Jakuba, Jakub zjadł Benjamina - to nie Biblia, to polityka. Wieloryb wypił cysternę wody morskiej dla paru kęsów planktonu - to dialektyka (ilość przechodzi w jakość). Bezinteresowność w robieniu świństw - to nie zaleta. Tako rzecze Pytia, patronka satyry.
______
Warszawa, styczeń 1956
"Horyzonty" (nasza gazeta wydziałowa) odrzucają większość moich satyr. Zamieścili za to "ogłoszenie" Maćka Fitkała: "Dziś i codziennie, także w niedziele i święta, w arkana sztuki miłosnej chętnych wtajemniczają", z moim nazwiskiem na pierwszym miejscu, choć moje osiągnięcia w tej dziedzinie "sztuki" tylko z zewnątrz wydają się godne zazdrości.
______
Rok studiów II, rok szk. 1955/56, semestr III
Język angielski, prof. Karpińska - autograf.
Historia literatury polskiej, mgr Danilewska - autograf.
Język rosyjski, prof. Kozłowska - autograf.
Wychowanie fizyczne, mgr Bojara - autograf.
Teoria i praktyka dziennikarstwa, asyst. Leszczyński i mgr Szulczewski - autografy.
Studium wojskowe, płk Sznepf - autograf.
Stosunki międzynarodowe, mgr Kruczkowski - autograf.
Marksizm-leninizm (ćwiczenia), mgr Wójcik - zalicz.
Stylistyka (ćwiczenia), mgr D. Butler - db.
Technika wydawnicza, prof. Kafel - dostat. +.
Geografia gospodarcza świata, mgr Kubiatowicz - dostat.
Historia Polski, prof. Marciniak, dostat.
Historia powszechna, prof. Kwaśniewski, dobrze.
______
Warszawa, luty 1956
Wierzę w Boga - nieśmiertelny nie potrzeba mu pomników,
portretów, rocznic, akademii ani współpracowników.
Bóg nie tyran przecie skoro konstytucję dał nam sporą,
artykułów dziesięcioro, co nietknięte do dziś stoją.
Wierzę, choć pośród szkarłatów nie wygłasza referatów
i choćby uparli wszyscy się nie zmienią mu nic w życiorysie.
Wierzę wciąż w tego samego i chwalić wiecznie będę go,
jeśli nie wykopią pod nim dołków na którymś zjeździe aniołków.
______
Warszawa, marzec - kwiecień 1956 (z pracy semestralnej o Sekcji Filmowej SDP).
Już na Ogólnokrajowej Filmowej Naradzie Twórczej 15-16 marca 1952 r. z udziałem Centralnego Urzędu Kinematografii, Filmu Polskiego, literatów i ludzi teatru ujawniono zacofanie polskiej kinematografii, która nie nadążała za zapotrzebowaniem ani pod względem ilości, ani jakości. Za główną przyczynę uznano prymitywną bazę techniczną, w której nic się nie zmieniło od embrionalnego okresu 1945-47. Prześcignęły nas Bułgaria, Rumunia, a nawet Albania, które przedtem w ogóle nie miały kinematografii. Na naradzie wysunięto program minimum dwunastu filmów rocznie. Na zebraniu dyskusyjnym Sekcji Filmowej SDP 12 kwietnia redaktorzy Toeplitz i Płażewski referowali zagadnienia krytyki filmowej. Stwierdzono, że wprawdzie krytyk z założenia jest sojusznikiem, a nie antagonistą polskiego filmu, ale nie powinien rezygnować z wywierania wpływu. W tym celu należy skończyć z typem recenzenta sprawozdawcy, który nie wyciąga wniosków. W dyskusji o tygodniku "Film" na zebraniu Sekcji 17 czerwca stwierdzono, że jego szczupła tematyka jest uzasadniona szczupłością repertuatu filmowego. Tygodnik wydawany przez CUK rezygnuje z twórczej krytyki do tego stopnia, że powstaje pytanie, czy ma on służyć polskiemu filmowi, czy CUK-owi. Na jesieni Sekcja Filmowa wzięła czynny udział w akcji wyborczej. "W ramach troski" o propagandowe filmy wyborcze nawiązano kontakt z Filmem Polskim. Pokaz i dyskusja 7 października wykazały, że powodów do troski nie brak, bo filmy - zdaniem red. Merzowej - cechowała "nachalna propaganda przeładowana sloganami politycznymi".
Rok 1953 Sekcja Filmowa zaczęła prelekcją 22 stycznia o kinematografii chińskiej. Do ramowego planu rocznego uchwalonego 7 lutego przez Zarząd Sekcji Kulturalnej SDP (w której Sekcja Filmowa jest podsekcją) załączono projekt zwołania Ogólnopolskiej Konferencji Krytyki Filmowej. W kwietniu zorganizowano spotkania twórcze z francuskim (komunistycznym) krytykiem filmowym G. Sadoulem, połączone z prelekcją o filmie francuskim, a także z holenderskim (komunistycznym) dokumentalistą Jorisem Ivensem (prelekcja i pokaz) oraz filmowcami z ZSRR i CSR. 9 maja na zebraniu dyskusyjnym omawiano Żołnierza zwycięstwa Wandy Jakubowskiej jako przykład filmu biograficznego i jego oddziaływanie na masowego widza. 29 września odbyło się posiedzenie poświęcone repertuarowi filmowemu z udziałem przedstawicieli Filmu Polskiego. Mieliśmy wówczas 800 kin miejskich i 1100 wiejskich. Stwierdzono, że w tych warunkach "400 pełnometrażowych filmów fabularnych nie byłoby za dużo" i że zakupienie 150-200 filmów zagranicznych też "nie przekroczy potrzeb", a tymczasem w ciągu trzech lat 1951-53 w naszych kinach pokazano tylko 156 pełnometrażowych filmów fabularnych. Referent zwrócił uwagę na przypadkowość w zakupie filmów, która jest spowodowana brakiem inwencji osób do tego powołanych i przynosi na nasze ekrany filmy bardzo mierne lub szmirowate, pomijając wybitne osiągnięcia z Zachodu. Oceniając sytuację filmową w roku 1953, "Kwartalnik Filmowy" (1/1954) stwierdził, że ilość premier w dalszym ciągu się kurczy przy wciąż niskiej jakości filmów. W tymże numerze red. Grzelecki zwrócił uwagę, że pod względem produkcji nasza kinematografia zajmuje ostatnie miejsce wśród krajów demokracji ludowej.
Na początku 1954 roku odbyła się narada filmowa na Plenum SPATiF-u, na której prezes CUK-u, tow. Borkowicz, stwierdził, że jakość naszych filmów się poprawia i aktualizuje przez wprowadzenie obrazu wroga klasowego. Towarzysz prezes pochwalił się, że od narady z marca 1952 "nie ma nieomal filmu, który by takiego obrazu nie zawierał". 12 stycznia odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze Sekcji Filmowej. Do Zarządu weszli red. red. Giżycki, Merzowa, Płażewski, Grzelecki, Karolina Beylin. Wśród wytycznych na pierwsze półrocze przewidziano seminarium z estetyki marksistowskiej i przygotowanie Konferencji Krytyki Filmowej. Tematem wspólnego posiedzenia Sekcji Filmowych SDP i PIS 14 lutego była m.in. dyskusja nad "Kwartalnikiem Filmowym". Zauważono w nim osłabienie krytyki, które można usprawiedliwić tym, że 1953 rok był wyjątkowo słabym rokiem filmowym. W roku 1954 daje się zauważyć w Sekcji wzrost zainteresowania filmem zachodnio-europejskim. 10 lutego odbyła się dyskusja o filmie De Santisa Rzym godzina jedenasta i rozważano ogólne zagadnienia włoskiego neorealizmu, szukając jego źródeł w tzw. okresie nadziei, gdy powstały filmy, jak Rzym miasto otwarte i Słońce wschodzi. Zwrócono przy tym uwagę na dominującą we włoskim filmie rolę faktów społecznych przy równoczesnym spojrzeniu na osobowość człowieka. 5 maja odbyło się pierwsze z planowanych dorocznych spotkań Sekcji Filmowej z CUK-iem. Dyr. Chański przewidział wydatny wzrost produkcji filmowej na lata 1954-55, uskarżając się jednocześnie na trudności ze sprzętem technicznym. Z danych wynika, że znów nie wykonano planu importu filmów, ale - jak powiedział dyrektor - nie było to zależne od CUK-u. Poruszono także kwestię scenariuszy. Okazuje się, że dobre filmy to adaptacje dobrej literatury, a złe z oryginalnych scenariuszy. Główny wniosek: marna baza techniczna hamuje rozwój naszego filmu. 8 października Sekcja dyskutowała na temat "Pozytywny bohater w literaturze i dramaturgii realizmu krytycznego i realizmu socjalistycznego". Zadaniem bohatera pozytywnego jest socjalistyczne oddziaływanie jako ideału moralno-filozoficznego naszej epoki, z czym nasz film nie może sobie poradzić (bo jak ideał, to nie oddziałuje). Redaktor Merzowa wysunęła postulat "uczłowieczenia bohatera pozytywnego", opierając się na przykładzie filmu Wielki obywatel, którego bohater (Kirow) reprezentuje moralno-filozoficzne wartości człowieka rewolucji, a równocześnie ukazuje ludzkie słabości i wahania. Na zebraniu 18 grudnia, na które zaproszono filmowców, narzekano, że sceny miłosne są u nas przegadane albo przecałowane. Dyskutowano także o włoskim realizmie, francuskiej analizie psychologicznej i radzieckiej myśli przewodniej, z zaznaczeniem w protokole, że nikt nie upiera się, iż połączenie tych trzech elementów stworzy dobry film polski. Dyskutanci doszli do wspólnego wniosku, że dyskusja się nie udała. Aleksander Ford dodał, że "z powodu braku wspólnej płaszczyzny".
Rok 1955 nie przyniósł w pracy Sekcji nic rewelacyjnego. W kwietniu radzono nad planem tematycznym Filmowej Agencji Wydawniczej. Musi ona się starać o więcej recenzji z wydawanych książek. Potrzebne są almanachy scenariuszy, a także kompendium o filmie dokumentalnym - Sekcja przejawia szczególną troskę o ten gatunek filmowy. W notatce do Wydziału Propagandy KC PZPR zwrócono się o interwencję w prasie w celu popularyzacji filmów dokumentalnych. W notatce do Prezydium SDP Sekcja Filmowa zaproponowała kurs dla recenzentów terenowych, organizowanie terenowych klubów dyskusyjnych, udział specjalizacji filmowej Wydziału Dziennikarskiego UW w posiedzeniach Sekcji, przywrócenie dorocznej nagrody dla krytyki filmowej i uruchomienie centralnego archiwum filmowego (przypomniano, że włoski neorealizm narodził się z badań archiwalnych). Na zebraniu Zarządu Sekcji 30 sierpnia ustalono pokazy retrospektywne dla SDP i pokazy robocze dla członków Sekcji. Przewidziano także spotkanie z delegacją filmowców radzieckich i konferencję prasową z uczestnikami kongresu Międzynarodowej Federacji Archiwów Filmowych. Na zebraniu Zarządu 26 listopada postanowiono przeprowadzić dyskusję z redaktorami Morawskim i Kałużyńskim o estetyce marksistowskiej. Zarząd wystąpił także z wnioskiem do Prezydium SDP o zwiększenie liczby krytyków delegowanych na festiwal w Karlovych Varach. Z dyskusji o filmie szkolnym, która odbyła się 8 grudnia, dowiadujemy się, że 53 filmy zdyskwalifikowano. Krytykowano ich statyczność i zalecano bliższą współpracę pedagogów z filmowcami. 14 grudnia na kolejnym spotkaniu z Sekcją Filmową prezes CUK-u Borkowicz podkreślił zacofanie naszej kinematografii w porównaniu z innymi dziedzinami gospodarki i stanem przedwojennym (produkujemy zaledwie 34% filmów fabularnych i 37% dokumentalnych w stosunku do stanu przedwojennego). W kolejnej dyskusji nad tygodnikiem "Film" red. Korotyński podkreślił, że powinien on pomagać nie tylko CUK-owi, lecz także partii i rządowi. Inni dyskutanci wskazali, że CUK jest monopolem wyposażonym we własne pismo reklamowe, dzięki czemu nawet najlichsze filmy nie narażają go na deficyt. Postulowano, aby tygodnik więcej krytykował: "widz nie zostanie reakcjonistą, gdy się skrytykuje [film] Niedaleko Warszawy". Nie należy obniżać poziomu pisma, adresując je do tzw. masowego czytelnika, trzeba ludzi podciągać, "masy" muszą się kiedyś skończyć.
Sekcja oficjalnie składa się z 70 osób, w tym z wielu "martwych dusz". Współpracuje z klubami dyskusyjnymi w terenie i żywo się interesuje "filmową młodzieżą". Na zebraniu sprawozdawczo-wyborczym 17 kwietnia 1956 r. przewidziano zajęcie się pracami magisterskimi z dziedziny krytyki filmowej na Wydziale Dziennikarskim UW. Wśród spraw do załatwienia pozostała przynależność Sekcji do Międzynarodowej Organizacji Krytyki Filmowej, do której należała w okresie powojennym i - jak wyjaśniło niedawno MSZ - nadal należy, ale "od 1949 roku nie opłaca składek". Składki zostaną uregulowane na tegorocznym festiwalu w Cannes. Budujemy nowe przęsło mostu W-Z (Wschód-Zachód).
PS Irena Merz, atrakcyjna, postawna brunetka w wieku balzakowskim, kazała mi przyjść do "Trybuny Ludu" i zabrała mnie stamtąd taksówką do Domu Dziennikarza na owo zebranie sprawozdawczo--wyborcze Sekcji, gdzie wszyscy nagle ją zaatakowali, a zwłaszcza jej najbliżsi współpracownicy z Zarządu. Że za długo była przewodniczącą, rządziła w dyktatorski sposób, nie dopuszczała nikogo do głosu i że czas już na zmiany w Sekcji, jak wszędzie. Czułem się zażenowany jako gość, lecz ona - elegancka nie tylko w ubiorze, ale gestach, słowach i tonie głosu - spokojnie odpowiadała, że nikt jakoś dotąd nie zgłaszał zastrzeżeń i wszyscy się na wszystko zgadzali, pomimo że ona - w odróżnieniu od innych dyktatorów - nie dysponowała aparatem ucisku. Sytuacja bardzo przypominała spisek pałacowy i sposób, w jaki mnie swego czasu kolektywnie załatwiono w żydowskiej szkole[4]. I podobnie jak wtedy wymknąłem się z zebrania.
______
Łódź, 1 V 1956
W tym roku modne są męskie parasole na szelce, które przewiesza się przez plecy jak karabin. Setki młodych mężczyzn szły w ten sposób Piotrkowską w pochodzie pierwszomajowym, choć się nie zanosiło na deszcz. Szli poważnie, w milczeniu, równymi szeregami z leciutką aluzją - do czego?
______
Rok studiów II, rok szk. 1955/56, semestr IV
Lektorat jęz. angielskiego, mgr Karpińska - db.
Ćwiczenia z historii literatury polskiej, mgr Wasilewska - autograf.
Lektorat jęz. rosyjskiego, mgr Kozłowska - zalicz.
Podstawy marksizmu-leninizmu (ćwiczenia), mgr R. Wójcik - zalicz.
Wychowanie fizyczne, mgr Bojara - db.
Przegląd wydarzeń, mgr Sieniewski - autograf.
Współczesne stosunki międzynarodowe (ćwiczenia), mgr Kruczkowski - autograf.
Ćwiczenia z teorii i praktyki dziennikarstwa, asyst. Leszczyński - autograf.
Studium wojskowe, płk Sznepf - dostat.
Podstawy marksizmu-leninizmu, prof. Parol - bardzo dobrze.
Teoria i praktyka dziennikarstwa, Z. Mitzner i J. Kowalewski - dobrze.
Historia literatury polskiej, prof. Frybes - bdb.
______
Międzyzdroje, 4 VII 1956
Mam 20 lat, ale jestem noworodkiem, bo dopiero zaczynam widzieć. Kończąc 20 lat, stwierdzam, że już jestem. Patrzę w lustro i pytam, co mnie czeka?
______
Szczecin "Głos Szczeciński" 27 VIII - 25 IX 1956
Mieszkam w hotelu. Śniadania jem w barze mlecznym, obiady w Komitecie Wojewódzkim (pożywne i niezwykle tanie). Najpierw redagowałem listy do redakcji. Przeważnie z terenu, pisane różnymi dialektami. Najbardziej rzeczowo piszą półanalfabeci, którym brakuje słów. Później przeniesiono mnie do reporterki miejskiej. Remont budynków - pracują więźniowie, proszą o papierosa. Zebranie esperantystów - przedwojenne ogłoszenie w gazecie: "La tuta kultura mondo kuiras sole per gaso" (Cały kulturalny świat gotuje jedynie na gazie). Najbardziej lubię rubrykę "24 godziny w mieście". Sprzątaczki w hotelu mówią mi, kogo i gdzie okradziono. Widziałem, jak dziewczyna w PDT wpycha sobie w majtki damską galanterię. W zatłoczonym tramwaju kobieta chce płacić: Jezu, moja portmonetka, cała miesięczna pensja! Ktoś wyskoczył w biegu, paru facetów za nim, to ja też. Wbiegliśmy w bramę, w podwórko, drugie podwórko i portmonetka jest, złodziej rzucił ją i uciekł (a może to ten, co "znalazł"?). Jechałem oblepionym tramwajem z meczu i zeskoczyłem z czyjąś ręką w mojej kieszeni. Łapię go za rękę, a on krzyczy: - Złodziej, łapcie złodzieja! Idę ulicą, widzę zbiegowisko: żona rozkwasiła mężowi twarz pantoflem na szpilkowym obcasie. Przyszedłem do redakcji z krwią na notesie i koszuli i nazwali mnie "krwawy Henryk". Raz przyniosłem do nocnej redakcji morderstwo, o którym powiedziały mi sprzątaczki w hotelu. Nazajutrz chryja, milicja krzyczy, że zepsułem im dochodzenie, ale naczelny zadowolony, bo minęły już czasy, gdy o złodziejstwach i morderstwach się nie pisało. Powiedział, że mogę nie kończyć dziennikarki i zostać u niego w gazecie od zaraz. I czuję się jak prawdziwy dziennikarz. Wprawdzie nie mam dziewczyny jak tamten 20-letni Amerykanin z powieści, ale tańczyłem wieczorami w Bajce i Magnolii, gdzie bawią się marynarze, i wracam z tej praktyki z tryprem od morza do morza (choć w moim przypadku za darmo).
PS "Głos Szczeciński" podał wyniki "socjologicznych rekolekcji" w miejcowej klinice ginekologicznej. Wszystkie kobiety wolą miłość w kinie niż w życiu; 37% mężatek (18-35 lat) może się obejść bez "tego", a 28% przez dłuższy czas; jedna trzecia chętnie by w ogóle zrezygnowała; tylko 28% ma przyjemność. Dla większości jest to sposób na zdobycie męża i trzymanie go przy sobie, i dorobienie się dzieci.
______
Warszawa, 11 X 1956
Linoskoczek pokonuje wrodzony brak równowagi. Przepaść czyha z lewej i prawej strony. Linoskoczek czubkami stóp szuka drżącej liny, chwieje się, chwyta się powietrza. Widzi tylko najbliższy kawałek liny. Posuwa się parę kroków i znów ma przed sobą parę metrów liny. Dalej patrzeć nie wolno, tylko iść stopa za stopą. Widziałem komedię filmową, gdzie życie bohatera przypomina chodzenie po linie, budząc śmiech i lęk. Lęk przed życiem, który widziałem także w sztuce Rittnera.
______
Warszawa, listopad 1956
Zapiski Ibrahima ibn Jakuba, kupca arabskiego, peregrynacje po Europie odbywającego:
Piątego dnia ramadanu przybyłem do Magyarstanu.
Ludziom w niczym tu nie zbywa, wszelkim dobrem kraj ten spływa,
Mlekiem, miodem i węgrzynem, a czasem i innym płynem.
Ród wywodzą z koczowników, mają trochę z ich nawyków
Więc choć to już nie jest w modzie znów koczują na Zachodzie.
Raz najechał na Magyarów Złotej Ordy ród Tatarów,
Ci Magyarów na sztyk brali albo z kraju w jasyr gnali,
Zwie się odtąd krwawe mordy magyarsztykiem Złotej Ordy.
Dzisiaj spokój w każdym mieście i w chanacie Budapeszcie,
Allach czuwa nad tym krajem, zaporożcy nad Dunajem.
Są tam znakomite konie znane także w Lachów stronie,
Wielkie, silne i bez braku dla wojsk pancernego znaku,
Ślad na czole spod szyszaka coś jakby godło Allacha.
Anim widział takiej krasy, bo to sztuki innej rasy,
Nie arabskiej, nie angielskiej, jeno czystej krwi węgierskiej.
PS Dałem ten wiersz do "Horyzontów". Opiekun redakcji Edmund Osmańczyk odrzucił go jako "niezrozumiały", lecz wielu kolegów zna go na pamięć.
______
Rok studiów III, rok szk. 1956/57, semestr V
Materializm dial.hist., prof. Wiatr - autograf.
Historia prasy polskiej, mgr Słomkowski - autograf.
Język polski, prof. H. Kurkowska - autograf.
Historia literatury polskiej (ćwiczenia), mgr Czernysz - autograf.
Historia literatury powszechnej, prof. R. Karst - autograf.
Seminarium magisterskie z historii literatury powszechnej, prof. R. Karst - autograf.
Ekonomia polityczna (ćwiczenia), mgr Grabowska - autograf.
Ekonomia polityczna (wykłady), prof. Mieszczankowski - autograf.
Seminarium form radiowych, prof. Mayen - autograf.
Lektorat jęz. angielskiego, mgr Karpińska - zalicz.
Lektorat jęz. rosyjskiego, mgr Kozłowska - zalicz.
Historia literatury polskiej, prof. Frybes - autograf.
Materializm dialektyczny (ćwiczenia), mgr Białek - autograf.
Studium wojskowe, płk Sznepf - zwolniony, rozkaz 57/56.
Historia prasy polskiej, prof. A. Ślisz - autograf.
Historia języka, prof. dr H. Kurkowska - dobrze.
______
Warszawa, marzec 1957
Teatr Dramatyczny, Imiona władzy, dramat z trzech przypowieści. Autor Jerzy Broszkiewicz, inscenizacja i reżyseria Lidia Zamkow. Pierwszy akt jest monologiem [, który stosuje się, gdy trudno znaleźć formę bardziej dramatyczną. Jest to monolog] rzymskiego konsula Klaudiusza, doświadczonego polityka, który uprzedzając fakty, kazał udusić drugiego konsula Kwintusa. Klaudiusz wiedział, że Kwintus poświęciłby wszystko dla ratowania Rzymu i oddałby całą władzę jemu, Klaudiuszowi, który jako świetny wódz jest najbardziej kompetentnym obrońcą granic. Wiedział, że mógł Kwintusa przekonać, że spiskowcy, którzy uznają go za swego przywódcę duchowego, godzą w istnienie państwa, że tylko całkowite usunięcie go ze sceny politycznej może uratować republikę i że Kwintus, popularny orator, dobrowolnie udałby się na wygnanie lub przeciął sobie żyły. Ale uznać siebie za zdrajcę, przyznając się do zarzucanych sobie win - na to żaden prawdziwy Rzymianin by się nie zgodził, bo prawdziwy Rzymianin gotów jest oddać za ojczyznę życie, ale nie chwalebną śmierć, którą ceni najwyżej i nie odda nikomu. Klaudiusz był przekonany, że szczęśliwy może być tylko obywatel republiki silnej i groźnej, natomiast Kwintus powtarzał, że każdy obywatel powinien być jednocześnie władcą i sługą, nauczycielem i uczniem, wodzem i żołnierzem. Nie, Kwintusie, takie państwo nie może się utrzymać, mówi Klaudiusz. Jedni władają, a drudzy służą, im bezwzględniej władają pierwsi, im pokorniej służą drudzy i tym silniejsze jest państwo, któremu zewsząd zagrażają barbarzyńcy, siła i groźba są gwarancją jego istnienia, a nie "wolność". Teraz jest wszystko jak trzeba i sam Kwintus przyznałby mu rację - gdyby mógł mówić.
Drugi akt dzieje się na dworze starego króla Filipa. Jest on tak stary, że nie dosłyszy pięknego sopranu swojego nadwornego kastrata. Tak stary, że jego rozkoszna Margit jest niepewna swojej przyszłości. Znany z pobożności król jest tak stary, że jeden z pretendentów do tronu staje się coraz pobożniejszy... I co gorsza, staremu królowi ciąży korona. Spadła na niego, gdy był jeszcze dzieckiem. Kilkadziesiąt lat ją dźwigał na karku, który zahartował się i stwardniał. Nie, nie zbrodnie, którymi nabijana jest jego korona, są mu ciężarem, do takich ciężarów przywykł jak każdy władca. Chodzi o to, że nie chce "wszystek umrzeć", a wie, że imię Filip II to nie tylko on, okrutny i bliski śmierci starzec, ale i jego groźna, wielka władza, którą wzniósł wysiłkiem całego życia na wysokość, gdzie powinna pozostać. Życie władcy, nawet najbardziej katolickiego, nie jest wieczne, ale jego trud powinien stać się nieśmiertelny. Nie ma znaczenia, że go nie będzie na tronie, jeśli pozostanie jego władza, albowiem mówi się Filip, a w domyśle władza - i odwrotnie. Uczynił swoją władzę tym, czym ona jest, a ona uczyniła jego tym, kim jest i pozostanie w pamięci świata. Ale czy jego władza pozostanie tym, czym ją uczynił?
Filip: Nad moim królestwem słońce nigdy nie zachodzi. W moim królestwie nie ustają jęki, płacz bitych, świst bata. W moim królestwie są największe bogactwa i największa nędza, nieskończone panowanie i wszystko, co największe i nieskończone... Krainą największego i nieskończonego cierpienia jesteś, Hiszpanio, wielka niewolnico i dlatego wielka. Musisz cierpieć, Hiszpanio, już Chrystus potwierdził konieczność cierpienia, a ty jesteś najbardziej chrystusowym królestwem na ziemi i musisz pozostać, jaka jesteś, bo ja cię taką stworzyłem na obraz i podobieństwo moje. Jesteś moim drugim ja, prawdziwym ja, wyższym ja.
Głos: Rzeczy małe można naśladować, ale prawdziwa wielkość, Filipie, jest niepowtarzalna. Uczyniłeś coś tak wielkiego, co może zdarzyć się tylko raz i zaraz musi zginąć. Większość twoich poddanych to ludzie ograniczeni jak ty i co drugi z nich chciałby mieć władzę, a co dziesiąty ma władczą wolę (bezwzględność, upór i tępotę uczuć z powodu niedorozwoju), a więc co dziesiąty mógłby być na twoim miejscu. I przyjdą tacy, wiedząc, że aby utrzymać to, coś ty stworzył, trzeba powtórzyć cały cykl twojego panowania, ale żaden z nich tego nie dokona, bo inni im nie pozwolą.
Tymczasem w lochach czeka na śmierć książę Juan, jedyny, który sprzeciwił się władzy Filipa, i lud pokłada w nim szeptaną nadzieję. Filip nie chce go zabić, bo wie, że imię Juana zostanie w pamięci ludu. Ma lepszy pomysł: odda mu władzę. Ale Juan rozumie podstęp i woli umrzeć.
Trzecia przypowieść, jakby po obliczeniu rozstrzału, trafia w dziesiątkę. Cela więzienna, klatka z prętów ułożonych w kratę, w niej najpierw dwaj więźniowie: numer 114 i 115, a później trzeci: numer 20 000. Już 20 000! - dziwią się obaj wcześniejsi więźniowie. Jest to nowoczesne więzienie, gdzie więźniom wolno się zajmować tym, co lubią. Numer 115 zajmuje się życiem pająków i przeprowadza z nimi doświadczenia, udając muchę. Numer 114 gra w szachy z numerem 115, gdy ten nie jest zajęty pająkami, a strażnik im kibicuje. Ta harmonia się psuje, gdy przybywa numer 20 000. Coś się musiało stać, jeśli jest już 20 000 w więzieniu. Mówi się o dawnej sprawie Mureny. Nikt nie wie dokładnie, o co w niej chodziło, ale musiało być coś nie w porządku, jeśli teraz zamyka się tych, co wtedy oskarżali, jak numer 20 000, który w swoim czasie oskarżył towarzysza, noszącego obecnie numer 114, o zdradę stanu, gdy nie chciał strzelać do głodnych. Numer 20 000 nadal uważa, że rozkazy trzeba bezwzględnie wykonywać i wciąż nie wiadomo, jak postępować z głodnymi, jeśli nie można im dać chleba. Tymczasem głodni przychodzą pod więzienie i nie można ich rozpędzić, bo jest ich bardzo dużo. Najpierw słychać pomruki - Murena, Murena, Murena - potem głośne wołanie. Władze boją się, że tłum rozbije więzienie. Trzeba wypuścić Murenę i innych, bo tłum zniszczy świetne, nowoczesne więzienie. Numer 115 ma problem, gdyż jest złodziejem, a wolność ma swoje wymagania. - Co będzie, jeśli znów zacznę kraść? - pyta Murenę. - Każdy poniesie własny ciężar wolności - odpowiada Murena, który jest nadzieją tłumu. W więzieniu pozostaje osamotniony strażnik i woła z żalem: - Takie wspaniałe więzienie!...
Epilog. 1. Klaudiusz zwyciężył, ale imperium upadło. 2. Filip został pokonany, ale władza została. 3. Wszystko się wyjaśniło, ale więzienie zostało. 1. Kwintus, przyjaciel ludu, zginął i uznano go za zdrajcę. 2. Książę Juan, przyjaciel ludu, zginął i uznano go za bohatera. 3. Murena żyje i sprawuje władzę, ale nie jest jasne, jaki ciężar wolności poniesie numer 20 000.
PS Te wariacje na temat napisałem do pierwszego numeru nowego czasopisma studenckiego, które miało powstać na uniwersytecie, ale jakoś nie powstało.
______
Warszawa, kwiecień 1957
Jako gość na Parnasie chcę, o ile uda się, nowym dziełem wzbogacić to wzgórze,
Nowy utwór nie lada to o piesku ballada, muza czekać nie może już dłużej.
Pies to zwierzę domowe, tak jak osła czy krowę zwie się u nas zwierzęciem domowym,
Każde gra swoją rolę na tym zwierząt padole również w naszym aspekcie krajowym.
Krowę kto może doi, bije osła, gdy stoi, gdy się uprze i nie chce iść dalej,
A z psa taka pociecha, że waruje i szczeka, bowiem szczekać ktoś musi stale.
Pies nasz zwał się Cenzorek, chwalił sobie pokorę, więc dostawał w dość dużym pakiecie
Jak pokorni i prości co dzień pół kilo kości owiniętych w poczytną gazetę.
A miał nosa pieszczoszek, znał gazety, że proszę siadać, lepiej od redaktorów,
Więc po jego ocenie, czy to tak, czy też że nie, milkła większość dyskusji i sporów.
Jeśli zapach gazety zepsuł pieska apetyt, albo ostry za bardzo kłuł w oczy,
Rwetes jak nie wybuchnie przez przedpokój i kuchnię, psy szczekają, a Cenzorek psioczy.
Zamykano piśmidła, których woń tak przebrzydła zakłócała trawienne procesy
Pieska wrażliwej rasy, boć godziły te szpasy w żywotne dlań interesy.
Niechaj będzie Cenzorek dla nas czujności wzorem, wołał minister z patosem,
Bo Cenzorek wśród gości znanych z przenikliwości asem był i czuł pismo nosem.
Te chwalebne wyczyny w życiu wiernego psiny taki mir mu zjednały w narodzie,
że na jego pogrzebie jak w dzień święta przy śpiewie nie zabrakło nikogo w pochodzie.
I na cześć tego znawcy dziennikarze, wydawcy jego budkę przytulną i norkę.
Za przybytek uznali i w marmurowej sali powstał Klub Pod Zdechłym Cenzorkiem.
PS Tej ballady nawet nie próbowałem opublikować - tylko sobie a muzom.
______
Warszawa, 1 V 1957
Zdaje się, że klasa robotnicza wcale nie chce być klasą robotniczą. Każdy woli być sklepikarzem, nawet kramarzem. Jaki stąd wniosek dla partii "robotniczej"?
______
Rok studiów III, rok szk. 1956/57, semestr VI
Historia literatury polskiej (ćwiczenia), mgr Garnysz - dobrze.
Ćwiczenia z ekonomii politycznej, mgr Grabowska - autograf.
Seminarium form radiowych, prof. Mayen - autograf.
Seminarium z literatury powszechnej, prof. Karst - autograf.
Wykłady z literatury powszechnej, prof. Karst - autograf.
Podstawy ekonomii, prof. Mieszczankowski - ndst.
Historia prasy polskiej, prof. Ślisz - autograf.
Historia prasy polskiej (ćwiczenia), mgr Słomkowski - autograf.
Lektorat jęz. rosyjskiego, mgr Kozłowska - dobrze.
Lektorat jęz. angielskiego, mgr Karpińska - dost.
Materializm dial. i hist., prof. Wiatr - autograf.
Materializm dial. i hist. (ćwiczenia), prof. Białek - autograf.
Studium wojskowe, płk Sznepf - wojskowemu szkoleniu nie podlega.
______
Gdańsk (Wrzeszcz), 5 VIII - 15 IX 1957
Praktyka wakacyjna w radiu Szczecin-Gdańsk. Mieszkam w Międzynarodowym Hotelu Studenckim we Wrzeszczu. Akademik, ale dużo lepszy. W normalnym śpi co najmniej czterech w jednym pokoiku, często na piętrowych łóżkach, a tu dwóch. Z międzynarodowych studentów jest tylko paru Jugosłowian, w tym mój współlokator Aco Babović, wysoki, smukły blondyn z Politechniki Belgradzkiej na praktyce wakacyjnej w Stoczni Gdańskiej. Dziewczyny faworyzują cudzoziemców, więc obaj przedstawiamy się jako Jugosłowianie. Aco nieźle już rozumie po polsku i stara się, żeby go rozumiano, więc dziewczyny nie wierzą, że Jugosłowianin. Ja zaś mówię tak, żeby to nie przypominało polskiego. - O, ten to Jugosłowianin - mówią dziewczyny na mnie - a tamten udaje. Spytałem Aco, jak jest po serbsku dziewica. - A co to jest? - spytał, więc mu wyjaśniłem. - U nas takich ne ima - odpowiedział.
W naszym Hotelu Studenckim jest kawiarenka. Przychodzi tu młodszy brat Zbyszka Cybulskiego i na jego konto rwie każdą dziewczynę, którą chce. Przychodzi też czasem syn popularnej łódzkiej aktorki estradowej. Wysoki, smukły z czarną czupryną a la Gérard Philipe i niebieskimi oczami powinien mieć duże wzięcie u kobiet, ale jest zawsze sam i nic nie mówi, nawet się nie uśmiecha. Pewnego wieczoru nagle się ochłodziło, więc pożyczył ode mnie wiatrówkę, właściwie narciarski skafander, z którego na lato wyjmuje się podpinkę.
Redakcja mieści się w poniemieckiej willi w starej części Wrzeszcza. Dojeżdżam tam szeroką, przelotową ulicą Grunwaldzką, gdzie tramwaj rozwija maksymalną prędkość, a często muszę doganiać go w biegu. Pewnego razu, gdy wskakiwałem, gwałtownie przyspieszył i zawisłem na poręczach, nie mogąc w żaden sposób podciągnąć nóg. Stawałem się coraz cięższy i wołałem do ludzi na pomoście o pomoc, ale tylko wzrokiem, bo jak we śnie nie mogłem wydobyć głosu i nie mogłem pojąć, dlaczego patrzą na mnie i nic nie robią. Traciłem resztki sił i już miałem spaść, gdy jeden z mężczyzn wysunął wreszcie rękę i podciągnął mnie za kołnierz. - Mógł pan leżeć bez jednej - ostrzegł mnie brydżowym językiem. Innym razem zdarzyło mi się coś takiego, gdy nikt nie stał na pomoście i wiedząc, że muszę spaść, odepchnąłem się tak daleko jak mogłem i spadłem - z ręką na szynach. I leżałbym bez jednej, gdyby nie to, że to był ostatni pomost tramwaju. Od tamtej pory wolę się spóźnić, tym bardziej że nie dają mi nic do roboty. Zabrali mnie do PGR-u w Kartuzach, lecz nie pozwalali nic powiedzieć do mikrofonu. Nie potrzebują mnie. Przyjeżdżam rano, pytam, co mam robić, a oni, że mogę robić, co chcę, więc jadę do Sopotu na plażę. Pewnego dnia zobaczyłem na molo ekipę filmową z Barbarą Połomską, dojrzałą, seksowną blondyną. Pokazałem zaświadczenie i spytałem, czy mogę z nią coś nagrać dla radia. Kazała mi przyjść o piątej do jej hotelu. Pognałem do Wrzeszcza po magnetofon. Dali magnetofon a nawet służbowy samochód, ale nie mnie, tylko redaktorowi Ringerowi. Zajechaliśmy zaraz na molo i Rigner na miejscu nagrywał, a ja się przysłuchiwałem. Połomska potem spytała, czy wobec tego nasze spotkanie w hotelu jeszcze aktualne, a ja głupi powiedziałem, że nie. Zaproponowałem redakcji moją opowiastkę satyryczną pt. Guliwera przygód ciąg dalszy, ale powiedzieli, że jest niezrozumiała. Moim jedynym sukcesem na tej praktyce było sprawozdanie z wystawy o zwalczaniu chorób skórno-wenerycznych.
______
Warszawa, 7 X 1957
Ogłoszenie
Żelazne kurtyny i kratki z ubiegłej pięciolatki
skupuje po kryjomu Społeczna Składnica Złomu
______
Łódź, 2 XI 1957
W pustawym tramwaju mała dziewczynka biega tam i z powrotem. Konduktorka wyciąga do niej rękę. Ja mam wolny przejazd, ja mam wolny przejazd! - woła dziewczynka. Szczęśliwe dziecko - wzdycha konduktorka.
______
Warszawa, 10 I 1958
Dziś zapadł wyrok na Wojtka D. Trzy lata. Wyciągnięto go z bramy podczas ulicznych rozruchów 7 października. Nie przyznał się do żadnego z zarzutów. Jeszcze kilka lat temu oskarżony musiał się przyznać, teraz nie musi. Wtedy przyznanie się niewiele pomagało, teraz nieprzyznanie się nie ma znaczenia. Wymuszanie przyznania się było niepraworządne. Teraz się tego unika, bo sąd i tak robi, co chce. Ci, których wypuszczono, mówili, że Wojtek jest pewny uniewinnienia. Wyrok bardzo go zdenerwował. - Przysięgam wam, że mówiłem prawdę! - wołał do nas, gdy go wyprowadzano z sali. Straci bezpowrotnie trzy lata młodości w cuchnącej celi, gdzie mnożą się wszy i przestępstwa. Twarze młodych ludzi, gdy słuchali wyroku, były nieprzyjazne. W interesie państwa nie leży zwracanie przeciwko sobie młodzieży, ale to państwo nie zna się na interesach (w przeciwieństwie do gagatków, którzy je okradają).
______
Łódź, styczeń 1958
Dzwoniłem kilka razy do syna aktorki, żeby mi oddał skafander, który pożyczył ode mnie nad morzem. Obiecał, że go odszuka, potem, że zapłaci, a później nie mogłem zastać go pod telefonem. W końcu powiedziałem jego matce. Umówił się ze mną pod wieczór w jakimś dziwnym miejscu na Marysinie, gdzie miał odebrać od kogoś pieniądze. Zadzwoniłem jeszcze raz do jego matki, żeby przypomniała mu, że się ze mną umówił w tym dziwnym miejscu na Marysinie. Też się zdziwiła. Pojechałem do końca linii tramwajowej i szedłem pustą drogą między zaśnieżonymi sadami i polami. Pochmurno, mglisto, nikogo wokoło, poczułem niesamowitość tej sytuacji i już miałem zawrócić, gdy nagle mi wyszedł naprzeciw - w kapeluszu, ręce w kieszeniach jesionki. Podszedł, przyjrzał mi się bez słowa, wyjął z kieszeni zwinięte banknoty i bez słowa zawrócił.
PS Parę lat później był podejrzany i przesłuchiwany w sprawie morderstwa, lecz z braku dowodów dochodzenie umorzono. Brrr.
______
Łódź, luty 1958
M.F., kolega z roku o pięć lat starszy ode mnie, przyszedł na dziennikarkę ze studium przygotowawczego. Miał w Łodzi matkę i ojczyma jak ja i zostaliśmy kompanami. W lipcu zeszłego roku, gdy wynajmowaliśmy wspólnie pokój w Sopocie, spytałem go, czy może mi sprzedać parę slipek, które przywiózł z wycieczki do Jugosławii. - Przymierz - powiedział. Przymierzyłem w jego obecności, pasowały jak ulał. - Ile chcesz? - spytałem. - Nic, możesz je mieć - powiedział. Po wakacjach już się ze mną nie spotykał, tylko z drągalem w jego wieku, którego przezywano Długi. Pewnego dnia podeszli do mnie na Piotrkowskiej, żebym im pożyczył 150 złotych. Powiedzialem, że nie mam takiej sumy, lecz M. wiedział, że moja matka, wyjeżdżając z Polski, zostawiła mi książeczkę PKO, a za rogiem była poczta, gdzie mogłem podjąć pieniądze. Obiecali, że za tydzień oddadzą. Spotkałem ich po miesiącu i przypomniałem, że mieli zwrócić mi dług, a mój były przyjaciel do mnie: - Idź, chuju obrzezany!
______
Skierniewice, 5 III 1958
Stacja kolejowa z rosyjskich czasów jak ta, gdzie umarł Tołstoj. Nie wiadomo, gdzie jechał, on też nie wiedział. Wiadomo tylko, że uciekał i że mu się nie udało. Albo udało. Istniejemy dzięki ruchowi i tylko dla niego (Bernstein), ale rozsądek domaga się celu, choćby fatamorgany. Stąd ucieczki. W nadświadomość lub podświadomość. W nadświadomość uciekają artyści, pisarze. W podświadomość pijacy i narkomani.
______
Warszawa, 6 III 1958
Nasze miasto w Teatrze Współczesnym. Widzimy umarłych, słyszymy, co mówią, i patrzymy ich oczami. Tylko umarli wiedzą o życiu wszystko, mówi Thornton Wilder, ale nie może nam powiedzieć wszystkiego - bo żyje. Widzimy naszą ślepotę: nie patrzymy jedni na drugich, nie cieszymy się sobą wzajemnie, bezpowrotne tracimy bezcenne chwile. Czy nikt żyjący tego nie wie, nie czuje? - pytają umarli. Tylko święci i poeci - odpowiada Wilder. A co, jeśli całe nasze miasto nie żyje?
______
Łódź, 11 III 1958
Pesymistyczne kierunki w filozofii znane są dopiero od stu lat. Nie głoszono ich przedtem przez utylitaryzm etyczny. Teraz tolerancja pozwala zerwać cichą umowę mędrców i w rezultacie mamy tortury gorsze niż w średniowieczu. Beckett i inni sadyści używają całego swego talentu, żeby się znęcać nad nami. Przydałaby się Inkwizycja: lepiej, żeby to ich torturowano niż oni nas. Tomasz Mann uważał, że Nietzsche i Dostojewski są pożytecznymi szaleńcami, którzy jątrzą chorobę, ale pomagają nam wytworzyć przeciwciała. Tymczasem jednak szaleństwo wciąż się szerzy, a leku jak nie było, tak nie ma. Musimy być pesymistami, bo co to znaczy żyć, ażeby umrzeć? Ale bon ton każe zachować ten pesymizm dla siebie. Ci, co uprzykrzają nam życie, jedyne, jakie mamy, są szkodnikami roznoszącymi zarazę. Głoszą, że życie jest pustką, a zawsze znajdą się tacy, co zechcą ją zapełnić. Pustka się otwiera, gdy o niej mówimy, lepiej więc o niej nie mówić i bronić tego, co mamy dzięki konwencji: takeśmy się umówili i niech tak będzie. Przecież bywa przyjemnie, a nawet wesoło, po co psuć zabawę? Dopóki magowie straszą w strefach nadprzyrodzonych, to niech straszą, ale gdy schodzą na ziemię, trzeba stawiać opór. Zanim spłodzą magików jak Hitler i Stalin.
PS Szczęścia nie ma i nie może być. Jest doskonałością, która jest nieosiągalna. Można tylko w nieskończoność dążyć i zbliżać się - to wszystko. Jak w ekstazie seksualnej, która urywa się w momencie, gdy już-już mamy dotknąć czegoś, co byłoby szczęściem. Najlepiej to niespełnienie i nieosiągalność widać na hiperboli liczb rzeczywistych i urojonych, które mogą w nieskończoność się zbliżać do osi współrzędnych, ale jej nigdy nie dotkną, bo w ostatnim, najdrobniejszym ułamku - którego nawet nie można sobie wyobrazić - znajdą się po przeciwnej stronie. Dążymy do czegoś, czego nie ma i nie może być, lecz możemy osiągnąć coś zbliżonego, afirmując to, co jest, skoro nic lepszego nie ma. Niedoskonałość jest surowcem sztuki, która jest niewątpliwą pociechą.
______
Łódź, 21 IV 1958
Jaki świetny młodzieniec kroczy Piotrkowską. Oczy spod zmarszczonego czoła przenikają świat, życie, nawet śmierć. W głowie huczy od myśli. Nawet sny ma twórcze i budzi się, żując w wyschniętych ustach gotowe rytmiczne zdania. W kawiarni żartuje, żeby było wesoło, ale gdy jest sam, ma zawsze poważną twarz. Podoba mu się ona i żałuje, że nikt jej nie widzi, ale gdy tylko ktoś wejdzie, chowa ją - nikt nie ma dostępu do jego prawdziwej twarzy. Jest przywiązany do swojego ciała i będzie mu żal się z nim rozstać. Gdy patrzy w lustro, widzi oczy świata, którego bez nich nie będzie. Szuka sposobu, żeby zapomnieć o swojej nieodwzajemnionej miłości do siebie.
______
Łódź, 29 V 1958
Spotkałem wieczorem na Piotrkowskiej Jurka Katarasińskiego z Trójki. Dawno go nie widziałem. Zrobił maturę przede mną, studiował w Szkole Teatralnej, pracował w radiu. Poszliśmy na plac Wolności do Simu. Parkiet, orkiestra, wszystkie pary tańczą. Przy sąsiednim stoliku dwaj faceci z trzema facetkami i jedna filuje w moją stronę. Po paru kieliszkach zaczęła mi się podobać, więc ją poprosiłem do tańca, a ona mówi, że brakuje im 50 złotych do rachunku. Powiedziałem, że mogę pożyczyć, ale niech się przesiądzie do nas. Ona na to, że nie wypada, lecz zgodziła się, że wyjdziemy razem. Wychodzimy, a oni w taksówkę i odjeżdżają. To my w następną i Jurek mówi: - Za nimi! - Tak jest, panie władzo - odpowiada kierowca. Gnamy pustymi ulicami - Zachodnią i Północną - na Bałuty. Wtem ich taksówka się zatrzymuje i wbiegają truchtem do bramy. To my każemy taksówkarzowi czekać i za nimi. Dognalismy ich na skrzypiących, drewnianych schodach. - O co chodzi? - pytają. - Ta pani pożyczyła pieniądze i nie powiedziała, kiedy odda. - Jutro odda. - Gdzie? - W Teatralnej. - Niech da coś w zastaw - powiedziałem. Pogrzebała w torebce i wręczyła mi srebrną puderniczkę.
Nazajutrz wstąpiłem z tą puderniczką do jubilera i spytałem, czy kupiłby ją za 50 złotych. Powiedział, że tak. W Teatralnej - świetny punkt: Piotrkowska przy rogu Narutowicza - siedziały kurewki średniej kategorii, a w najdalszym kącie tamci dwaj. Jeden tęższy ode mnie, a drugi drobniejszy. Przysiadłem się i pytam, czy mają dla mnie pieniądze. Tęższy wyjmuje z kieszeni pięćdziesiątkę, a ja puderniczkę. Wtem ten drobny wyrywa mu banknot i drze na kawałki. To ja wkładam puderniczkę do kieszeni i wstaję. Oni też wstają i ten drobny mówi: - Chodźmy do bramy. - Dobrze - mówię, bo chcę wyjść. Idziemy, przodem drobny, za nim ja, a za mną ten drugi. Sytuacja ta mi się nie podobała i gdyśmy doszli do drzwi, mówię, że ja do bramy nie idę. - No to tu! - woła ten drobny i na mnie, to ja buch go i odwracam się do tego z tyłu - raz, dwa i znów do pierwszego, ale nie trafiam, bo przysiadł, więc znów tego drugiego, aż poleciał na stolik. Odwracam się znów do tego pierwszego, lecz nic nie widzę, tylko słyszę krzyk dziewczyn i lecę do tyłu na podłogę. Wiem, że muszę się szybko podnieść, więc podnoszę się z najbliższym krzesłem w ręku i widzę krew na klapach mojej marynarki. Walę krzesłem w jedną i w drugą stronę, a wszystkie dziewczyny w pisk. Szatniarz zamknął drzwi, dzwoni po milicję, a równocześnie pokazuje nam boczne wyjście przez szatnię. Oni uciekają, a ja nie widzę powodu. Podbiegają dziewczyny. - Andrzej, Andrzej! - wołają do mnie, wycierając mi twarz papierowymi serwetkami. - A to bandyta, z młotkiem przyszedł! - pomstują i widzę, że mogę mieć u nich intratne zajęcie od zaraz, ale szatniarz wypchnął mnie bocznymi drzwiami na podwórze, gdzie nikogo nie było, więc wyszedłem przez bramę na ulicę, a tam zbiegowisko i staje przede mną Kochański z Trójki, z młodszej klasy, więc nie pamiętam imienia. - Kto cię tak urządził? - pyta. Zawiózł mnie taksówką na pogotowie, gdzie owinęli mi bandażem całą twarz, ze szparkami na oczy, usta i nos, wyglądałem jak duch. W czasie obdukcji w Akademii Medycznej zobaczyłem dwie znajone studentki, ale one nie wiedziały, że to ja. W miarę jak mnie odwijano, oczy im wychodziły z orbit i obie razem krzyknęły przerażone. - Tu dwa uderzenia ciężkim tępym narzędziem - wskazała profesorka. - Złamana chrząstka nosowa, przecięta dolna warga z lewej strony, ale zęby nienaruszone, zęby ma tutaj mocne. Mój tissot - za pieniądze, które zarobiłem, grając dziecko żydowskie w Niemcach Kruczkowskiego - miał strzaskane szkiełko, popękany cyferblat i złamaną wskazówkę, ale chodził. Może uratował mi życie? Młotek był modny, od kiedy niejaki Paramonow zabił młotkiem milicjanta i zabrał mu pistolet. Złapano go i przykładnie powieszono, ale młodzież długo jeszcze śpiewała: "po co ta gadka i na co ta mowa, dajcie mi młotek Paramonowa!". A co gdyby ten kretyn trafił mnie w skroń albo w tył głowy? Ja bym nawet nie zauważył, ale moja biedna matka by oszalała.
______
Warszawa, 10 VI 1958
Po egzaminie z filozofii, który mieliśmy w dniu pogrzebu profesora Krońskiego, wyszedłem w oślepiający czerwcowy blask i wskoczyłem na ciężarówkę, która odjeżdżała z dziedzińca. Pod murem na Powązkach stało pełno aut, a wokół grobu pełno ludzi. Mowy były niedługie i bardzo podobne. Wszyscy stali z pochylonymi głowami i rękami na genitaliach, tylko 10-letnia dziewczynka z ciemnymi oczami jak jej ojciec rozglądała się zakłopotana. Gdy dano jej znak, skwapliwie podbiegła i rzuciła na trumnę garść białych kwiatów. Zaraz posypały się kwiaty ze wszystkich stron, a potem wystąpił do przodu młody człowiek ze skrzypcami i gdy grał Brahmsa, czuło się powiew harmonii nad alejami grobów. Znów dano znak dziewczynce. Posłusznie, ale niechętnie zanurzyła rączkę w czarnym piachu i nie patrząc, sypnęła na kwiaty, po czym speszona naszymi spojrzeniami wytarła rączkę o granatową spódniczkę i uciekła na swoje miejsce. Teraz czarny piach sypał się z wielu stron i coraz bardziej szpecił kwiaty.
Wtem zjawili się dwaj mężczyźni rozebrani do pasa, opaleni. Jeden pchał taczkę z cegłami, a drugi niósł kubeł z zaprawą i kielnię. Jeden wskoczył do grobu, wyjął wiązanki i wieńce i stając okrakiem nad trumną, ustawił nad nią żelazną półobręcz. Drugi podał kielnię i cegłę. Murarz obrzucił cegłę zaprawą i umocował u podstawy żelaznego łuku. Kolega podał mu następną, którą murarz umieścił po przeciwnej stronie. Następne cegły przylepiały się raz z jednej, raz z drugiej strony, wspinając się po pochyłościach łuku, aż zetknęły się w punkcie kulminacyjnym. Wtedy murarz wysunął spod nich półobręcz i ustawił pod następny segment sklepienia. I znów cegły rosły z obu stron łuku, a drugi robotnik podwoził taczką nowe cegły. Ludzie najpierw przyglądali się tej pracy z zaciekawieniem, lecz po pewnym czasie jej jednostajność stała się nużąca. Stali, patrzyli i nikt nie wiedział, co robić, bo nikt tego w programie nie przewidział, a tamci dwaj pracowali, nie zwracając na nikogo uwagi; ich spocone plecy połyskiwały i mięśnie biegały pod opaloną skórą. Wtem murarz wyprostował się i spojrzał wokoło zdziwiony. - O kwiaty się proszę nie martwić, poukłada się je jak trzeba - powiedział i dopiero wtedy, jakby na to właśnie czekano, wszyscy ruszyli i pospieszyli do wyjścia. - Myślałby kto, że komuś potrzebne te ich kwiaty - mruknął murarz do swojego kolegi.
PS Zrobione z tego opowiadanie ukazało się we "Współczesności" 1-15 V 1962).
______
Rok studiów IV, rok szk. 1957/58, semestr VII + VIII
Seminarium felietonu, prof. Mitzner - autograf.
Ekonomia polityczna, prof. Semkow - dost.
Historia prasy polskiej, prof. Młynarski - autograf.
Historia lit. powszechnej, prof. Karst - autograf.
Seminarium magisterskie z lit. powszechnej, prof. Karst - autograf.
Dramaturgia i teatr, prof. Sivert - autograf.
Historia filozofii, prof. Kroński - autograf.
Polityczna funkcja prasy, prof. Brodzki - autograf.
Historia prasy polskiej, prof. Z. Młynarski i prof. Ślisz - dostat.
Filozofia, dr Baczko - dobry.
Zarys teorii publicystyki, prof. Szulczewski - autograf.
Literatura powszechna, seminarium magisterskie, prof. Karst - autograf.
______
Łódź, 30 VI 1958
Jechałem tramwajem z moim rówieśnikiem, repatriantem z Wilna, który nie zna polskiego, i rozmawialiśmy w jidysz, który w jego litwackim dialekcie brzmiał prawie jak francuski (może dlatego Rosjanie mówią na swoich litwaków "francuzy"). Pasażerowie spoglądali na nas z respektem, z jakim w Polsce traktuje się cudzoziemców, a ja starałem się nie wyprowadzić ich z błędu.
______
Łódź, 7 VII 1958
Widziałem reprodukcje jaskiniowych malowideł z Lascaux, które mają ze 20 tysięcy lat. Tamci artyści malowali byka z rogami długimi jak strach. Podziwiali i czcili zwierzęta. I próbowali namalować trzeci wymiar. Na Wyspie Wielkanocnej stoją posągi, jakich my nie umielibyśmy postawić bez pomocy dźwigów. W Norwegii przetrwały szczątki z kultur przedlodowcowych. Malowidła w Lascaux, kilkanaście tysięcy lat starsze od Starego Testamentu, będą istniały jeszcze tylko 5000 lat (tyle co od potopu do bomby atomowej), bo je zniszczą oddechy turystów. A ile przetrwają wszystkie inne obrazy?
______
Łódź, 22 VII 1958
Rewolucja się starzeje jak wszystko, ale rewolucjoniści nie przyjmują tego do wiadomości i malują się na czerwono jak stare kokoty. Można jednak zauważyć zmianę pokoleniową: do niedawna kazano dzieciom wyrzekać się rodziców i ewentualnie na nich donosić, a teraz chwali się rodziców i krytykuje dzieci, że nie doceniają tego, co rodzice dla nich stworzyli. Ciekawe, co będzie w następnym pokoleniu?
______
Łódź, 12 VIII 1958
W poczekalni kina Polonia siedzi baba w brudnych tenisówkach. Wyjmuje z torby na zakupy litrową butelkę z herbatą. "Cukier mi się rozsypał" - narzeka. Wyjmuje kawałek cytryny. "Sama skóra, to nam przysyłają za nasze dewizy". Popija z butelki: "Gdzie tam teraz artyści, przyjdzie taki chłopak nie wiadomo skąd i już artysta, żeby być artystą, to trzeba się najpierw ożenić!". Chowa butelkę do torby. "No, trzeba iść dalej, korzystać z życia, ech, znowu trzeba kupić coś do jedzenia. Miłość po południu, moi państwo, miłość po południu!" - woła, wychodząc. To tytuł filmu z uroczą Audrey Hepburn. Strzelisty Garry Cooper z zawsze tym samym przenikliwym spojrzeniem jest łagodnym współczesnym Don Juanem. Don Juan, poszukiwacz tego, czego nie można znaleźć, szuka dla samego szukania. Na filmie - wbrew oczekiwaniom - znajduje, bo w Hollywood wszystko jest możliwe.
______
Łódź, 3 IX 1958
Napisałem pracę magisterską o nowelach Tomasza Manna, 90 stronic, oprawiłem wszystkie trzy egzemplarze i wczoraj zawiozłem profesorowi Karstowi. Bardzo się zdziwił. Maszynistka kosztowała 200 złotych, introligatornia 60. W szafie i kredensie pusto, wszystko sprzedane Sałacie, który wszystko kupuje, ale coraz mniej płaci. Na śniadanie piłem dziś wodę z cukrem jak noworodek. W stołówce kongregacji pożyczyłem sześć złotych na ulgowy studencki obiad. Na kolację ugotowałem kartofla, którego znalazłem w kącie wnęki kuchennej.
______
Łódź, 13 IX 1958
Budzę się po sześciu godzinach i nie mogę więcej spać. Po niedospanej nocy nic nie umiem zrobić i marnuję dzień. Niedojadanie sprawia mi nawet satysfakcję, ale niedospane noce i zmarnowane dni akumulują się w książce rachunkowej mojego czasu. Ojczym pisze, że czas, abym pomyślał o jakimś miejscu dla siebie. Wyjadę, smutne twarze mają ludze, którzy przepuścili tutaj młodość. Może tam za horyzontem życie będzie płytkie, ale przynajmniej będzie, a tu co?
______
Łódź, 15 IX 1958
Śniło mi się chłodne, szare powietrze o świcie i ziemia wypukła, gdy patrzyłem przed siebie. Zza tej wypukłości szły trzy sylwetki z karabinami i wypełniały moje pole widzenia. Potem stałem oświetlony, w centrum uwagi, jak na egzaminie. Nabrałem powietrza, przełknąłem jednym haustem i obudziłem się z podniecającym uczuciem, że coś się wydarzy. Umyłem się i włożyłem świeżą koszulę, ale dzień minął i nic się nie wydarzyło.
______
Warszawa i Śródborów, druga połowa września 1958
Karst skrzyczał mnie za "bombastyczny styl" i "brak aparatu naukowego". Może rzeczywiście zanadto się przejąłem outsiderami z tych nowel, ale o aparacie naukowym nigdy przedtem nie słyszałem. Wiedziałem, że jest aparat telefoniczny, fotograficzny, radiowy, partyjny oraz aparat bezpieczeństwa, ale naukowy? Usunąłem wszystko, co profesor popodkreślał swoim gniewnym ołówkiem, praca skróciła się o połowę i o tyleż mniej kosztowało przepisanie. Tym razem nie oprawiłem. Profesor zajrzał i z trzaskiem rzucił maszynopis na stół: "Co to jest, stronice w odwrotnej kolejności!". Przewróciłem plik i stronice leżały we właściwej kolejności, tyle że białymi grzbietami na wierzch. To wyprowadziło go do reszty z równowagi i wyrzucił mnie za drzwi.
Nie mając nic więcej do roboty, szedłem Królewską w stronę Krakowskiego Przedmieścia, a z przeciwnej strony idzie Tadek Korończyk z łódzkiego TSKŻ-u z grupką chłopców i dziewczyn. Są w Śródborowie na kursie dla adeptów Teatru Żydowskiego, idą do Idy Kamińskiej na przesłuchanie i mówią, chodź z nami. Przesłuchanie odbyło się w sali prób. Hela Kaut, polonistka z Wrocławia, pięknie recytowała Zaczarowaną dorożkę Gałczyńskiego. Inni też recytowali po polsku. - A pan? - pyta Kamińska. - Ja tu tylko przypadkiem - mówię. - Ale może pan coś umie? - Zarecytowałem w jidysz kilka zwrotek wiersza Chadasy Rubin o jej zamordowanym miasteczku, nie pamiętałem całego. Potem pojechałem z nimi do Śródborowa, do przedwojennej willi, gdzie po wojnie był najpierw żydowski dom dziecka, a teraz bezpłatny pensjonat TSKŻ, i żyłem tam dwa tygodnie za darmo.
______
Łódź, październik 1958
Zwolniony w październiku 1958 ze Studium Wojskowego, nie zostałem oficerem rezerwy i podlegam zasadniczej służbie wojskowej. Wobec tego zapisałem się na Studium Nauczycielskie, gdzie zawsze są wolne miejsca. Czytamy na głos Pana Tadeusza, uczymy się rysunku, a nawet solfeżu (może się wreszcie nauczę śpiewać?). Moja matka chodziła w swoim czasie do Seminarium Nauczycielskiego, mam przyjemne uczucie, że robię to, co ona. Język obcy jest do wyboru. Ponieważ niemiecki zawsze trochę znałem, a na uniwersytecie uczyłem się angielskiego, więc wybrałem francuski. To samo zrobili repatrianci z Francji, dekujący się przed wojskiem jak ja i umyślnie przekręcają francuskie słowa, które czasem jednak wymykają im się spod kontroli i lektorka się dziwi: - Oj, coś mi się zdaje, że pan zna francuski. - Ależ skąd, pani profesorko. Ja się naprawdę staram, bo jeśli zrywam się skoro świt i gniotę się w zatłoczonych tramwajach, to niech coś z tego mam, i też czasem budzę podejrzenie lektorki: - Oj, czy pan nie z Francji?
______
Łódź, 1 XI 1958
Dziś jest święto zmarłych. Dziś poczułem, jak bardzo kocham ojca i jak bym go kochał, gdyby się zjawił przede mną. Zrobiłbym wszystko, czego by chciał. Poszedłbym za nim wszędzie i robił to, co on. Wyobrażałem sobie przez chwilę nasze życie w jakiejś dzikiej okolicy, w ciężkim znoju, piękne i wspaniałe. Niewykluczone, że myślałem o Izraelu. Dopiero teraz mi ojca brak. Pamiętam polną koleinę, którą jeździliśmy z Radoszyny do Dobrego. Czarną sadzawkę w cieniu wierzb, po której poznawałem, że to tu. Kamienną ścieżką do bóżnicy, za domami, żeby jej nie było widać. Szosę, którą brukował dziadek na klęczkach z innymi starymi Żydami. Zanosiłem mu jedzenie, babcia mnie posyłała, żebym widział i pamiętał. I fury załadowane tobołami, gdy Dobre wysiedlano do Stanisławowa. I pokój w Stanisławowie, na piętrze, młodzi mężczyźni ze zdumiewającą szybkością zbiegali po schodach. I znów bóżnica jeszcze bardziej zatłoczona niż w Dobrem, bo nie było pobożniejszych Żydów niż w Dobrem i Stanisławowie. I też ją rozebrano. Stanisławów nie miał szczęścia. Palił się w 1939 r., gdy nadchodzili Niemcy, i w 1944, gdy nadchodzili Rosjanie, i niedawno znów był tam pożar. Śliwa mówi, że do Dobrego zajechały niedawno dwa zagraniczne auta, robili zdjęcia, ładne mieli aparaty. A więc nie tylko ja pamiętam.
______
Łódź, 3 XI 1958
B.P. okazał się nie wart swojego dzieła[5].
______
Łódź, 16 XI 1958
Sartre pisze, że antysemita to tchórz, który nie boi się tylko Żydów. Coś w tym jest, bo gdy dać antysemicie w pysk, to zmienia poglądy. Sartre przypomina, że wciąż działa klątwa, którą chrześcijanie rzucili na Żydów za rzekome bogobójstwo. Która jest oczywistym nonsensem, bo sami podkreślają, że Bóg stał się specjalnie człowiekiem, aby go zamęczono, i że Żydzi zrobili to, nie wierząc, że jest Bogiem. Poza tym Żydzi znęcali się przez tydzień, a nie przez dwa tysiące lat. Według Sartre'a wszycy jesteśmy skazani i musimy się z tym pogodzić, ale ja muszę do tego być jeszcze Żydem.
______
Łódź, 27 XI 1958
Wczoraj na śniadanie znów był cukier z gotowaną wodą. Człowiek to genialna maszyna, prawie wcale nie potrzebuje paliwa, powiedział mi w 10-ej klasie najbiedniejszy z nas Waldek Ł., i okazuje się, że to prawda. Leżałem do południa i czytałem Camusa, wtem dzwonek i w drzwiach listonosz z przekazem: 240 złotych od Żydowskiej Komisji Pomocy Społecznej za to, że jestem studentem (żydowski Bóg wspiera tych, co się uczą). Na obiedzie w kongregacji spotkałem paru aktorów od Kamińskiej. Przyjechali ze sztuką Drzewa umierają stojąc. Poszedłem zobaczyć, a tu Hela gra pokojówkę. Mała rola, ale pokazała, że umie grać i być piękna, ma piękny głos. Nie wiedziała, co z sobą zrobić, a teraz już wie i mówi, że choćby zmarnowała cały dzień, to po występie ma uczucie, że czegoś dokonała. Powiedziałem jej, że sprzedam mieszkanie, kupię motocykl i wyjadę. - I co będziesz tam robił? - Będę jeździł motocyklem, gdzie jest jakaś robota, w Ejlacie i depresji Morza Martwego pracuje się tylko parę miesięcy w roku i dobrze płacą. - Albo cię wezmą do wojska. - To co, chętnie pójdę. - Jeden chłopiec z Wrocławia wyjechał, jest w wojsku, pewno zginie tam gdzieś na granicy. - Tak wielu znowu nie ginie.
______
Łódź, 9 XII 1958
Całkiem zapomniałem o swojej pracy magisterskiej, a tu pisemko z dziekanatu, że komisja czeka. Dałem więc do oprawienia to, z czym mnie wyrzucił Karst, niech mają.
______
Łódź, 26 XII 1958
Od kilku nocy nie mogłem spać, a byłem zaproszony do Szulmanów na świąteczny obiad, więc próbowałem jeszcze przespać się po południu, ale nic z tego. W końcu odkręciłem gaz - tylko żeby przekonać się, czy go zakręcę. Poderwał mnie telefon. Sonia Szulmanowa: No co, dlaczego nie przychodzisz, czekamy. Poszedłem i siedziałem przy stole, przy którym mnie by nie było. Widziałem kolorowe wódki, zakąski, wesołe twarze i nikt nie widzi, że mnie nie ma.
______
Warszawa, 25 II 1959
Najpierw prof. Karst odczytał, co następuje:
Praca ta rodziła się w "bólu i męce" - po dwukrotnym jej odrzuceniu, dopiero w trzeciej wersji uzyskała zdolność do życia. Nieład konstrukcji, napuszony styl, nieusystematyzowanie problematyki oraz zaniedbanie w opracowaniu minimalnego aparatu naukowego spowodowały konieczność daleko idących przeróbek. W obecnej wersji jest ona do przyjęcia, chociaż wywołuje kilka zastrzeżeń. Grynberg jest niewątpliwie inteligentnym komentatorem, który umie zdobyć się na błyskotliwe spostrzeżenia. Poza tym zna dobrze język niemiecki, czytał nowele i krytyczne opracowania w tymże języku. Po trzecie, należy mu poczytać za zasługę skrupulatne przestudiowanie materiału. Rzecz jest napisana z polotem i z pasją. Refleksyjność stylu, którą na ogół cenię, przechodzi jednak w tej pracy często w napuszoność i w niekontrolowaną przez logikę żonglerkę słowami i pojęciami. Powoduje to bądź sprzeczność poszczególnych tez, bądź dyletanckie przelewanie z próżnego w puste, a w najgorszym wypadku ryzykowność twierdzeń i symbolicznych komentarzy. Dla przykładu: kiedy autor wyjaśnia nowelę Pan i pies, z dużą pewnością siebie mówi o "ludowej prostocie psa" lub o psim "oporze przeciwko czystej sztuce". Niektóre nowele autor opacznie komentuje, jak na przykład opowiadanie Prawo. Grynberg nie dostrzegł najważniejszego, a mianowicie, że nowela została napisana celowo przeciwko faszystowskiemu okrucieństwu. Tekst jest stylistycznie niechlujny, autor nie poprawił błędów maszynowych, a poza tym zauważyłem jeden błąd ortograficzny (Wawżyniec). Oceniam pracę na plus dostatecznie.
Zadano mi trzy pytania: 1. Tomasz Mann a sprawa niemiecka. 2. Stosunek Tomasza Manna do faszyzmu. 3. Polskie motywy w twórczości Tomasza Manna. Moje ustne odpowiedzi oceniono na "dobrze" i mam dyplom "magistra dziennikarstwa", żeby pokazać mamie i ojczymowi, że coś mam.
A co do pracy magisterskiej, to nie była to trzecia wersja, tylko druga lub raczej połowa pierwszej. Nie miałem pojęcia, jak się coś takiego pisze, ani że można, a nawet trzeba konsultować się z profesorem. Myślałem, że trzeba być samodzielnym. Pisałem jak umiałem, więc praca miała charakter impresyjno-eseistyczny, ale nie wskazano mi żadnych konkretnych sprzeczności ani niechlujności, z wyjątkiem kilku błędów maszynistki. Nie zgadłem, że opowiadanie Prawo miało być "przeciwko faszystowskiemu okrucieństwu", myślałem, że przeciwko każdemu. Napisałem: "Odbrązowienie mitu nie tylko nie osłabiło, lecz przeciwnie, podniosło znaczenie Dziesięciu Przykazań, co musiało być przecież ważne w 1944 r. (data powstania noweli). Nie darmo również kładzie autor tak wielki nacisk na odrodzenie narodu, dźwignięcie go z upodlenia" (mając na myśli nie tylko naród żydowski). Podtrzymuję moje uwagi o "ludowej prostocie psa" i jego "oporze przeciwko czystej sztuce" w pięknej noweli Pan i pies: "Ludowa prostota psa Bauschana, niezbędna bohaterowi idylli, nie znosi policjantów, zakonników i kominiarzy. Bauschan, który przeskakuje najwyższe płoty, nigdy nie przeskoczy przez ustawioną poprzeczkę, jeśli może przejść pod nią. Na tym polega jego rozumowy opór przeciw "czystej sztuce", która jest tak samo cywilizacyjnym wynaturzeniem jak policjant, kominiarz czy zakonnik".
______
Łódź, 12 III 1959
Jerzy Waleńczyk jest uznanym poetą, ale jego wiedza i inteligencja mnie nie przytłacza. Pochlebia mi, że rozmawia ze mną o sprawach zasadniczych. Siedzieliśmy w Grandce i opowiadał mi powieść, którą pisze. Zastanawialiśmy się nad zakończeniem. Czy bohater ma się wyrwać z sytuacji zapowiadającej ruinę etyczną, czy zostać? A może szarpnąć się i później wrócić? Potem poszliśmy do Polonii na francuski film Zakazany owoc. Bohater szarpie się, lecz w końcu musi robić to, co przedtem, czyli nie to, czego chce. Nie powinien był wrócić! - wykrzyknął parę razy W. i nazwał to "kapitalistyczną wersją". Niestety, zdaje mi się, że i my już jesteśmy w okresie, gdy trzeba się pogodzić za wszelką cenę... Takie okresy następują po buntach. I przed buntami. Kupiłem jego drugi tomik, Blaszany kogut. Napisał mi dedykację, w której życzy mi sukcesów "na niwie zawodowej". Potem mówiliśmy o współczesnym bohaterze pozytywnym. On twierdzi, że takiego nie ma.
Ja noszę w sobie powieść pt. Żydzi, ale nikomu nie mówię. Widzę poszczególne epizody i mniej więcej wiem, jakim ją napisać stylem, ale jeszcze nie ustaliłem kompozycji. Najłatwiejsza byłaby achronologiczna metoda Huxleya, ale nie chcę być tak nieoryginalny. Chronologia też nie jest oryginalna, ale przynajmniej nie ma pretensji. Może forma psychologiczna ze wspomnieniami, naśladująca proces twórczy? Akcja może promieniować ze stołówki kongregacji. Kierownik Fuks, dwaj wariaci (orator i artysta), stary gabe, repatrianci bracia Mozes, Roza. Brak mi szczegółów dokumentalnych, bez których taka powieść nie może się obejść. Zresztą znaczna część akcji musi się rozgrywać poza Polską, więc nie napiszę, dopóki nie wyjadę.
______
Łódź, 30 III 1959
Wielkanoc. Spiker ugrzecznionym głosem czyta komentarz polityczny. Ludzie są dobrze usposobieni, gdy się najedzą. Umyci, czysto ubrani snują się ulicami i nie wiedzą, co począć. Starzy siedzą w oknach zagapieni. Przed zakładem fotograficznym rząd taksówek. Dochodzi trzecia. O tej porze chodzę do Szulmanów na niedzielny obiad, ale w zeszłym tygodniu miałem ciężką grypę i leżałem w studenckiej Izbie Chorych na Bystrzyckiej. Pewno Sonia dzwoniła, gdy mnie nie było, a mnie do nich zadzwonić nie wypada. Uprałem skarpetki i chusteczki do nosa, wyprasowałem spodnie, wyczyściłem buty i nie mam gdzie iść. Święta to dla mnie najtrudniejsze dni.
______
Śródborów, 2 IV 1959
Jestem potrzebny Kamińskiej. Bedę grał młodego Żyda, który się ukrywa u chłopów. Znów mam wikt i nocleg w "Środborowiance", skąd dojeżdżam pociągiem elektrycznym do Warszawy na próby. Hela nie jest w tej sztuce obsadzona, więc w teatrze jej nie widuję, a w "Śródborowiance" mnie teraz nie zauważa. Zawiść?
______
Śródborów, 7 IV 1959
Wszystko, co ludzkie, jest umowne jak teatr, ale w teatrze się o tym pamięta, dlatego wolę teatr. Łączy w sobie wiele środków wyrazu, może więc uda mi się wyrazić to, co mam. Chciałbym wzruszać, dzielić się przeżyciami, dzięki którym ludzie stają się bardziej ludzcy. Lubię bawić, chętnie grałbym w komediach. Chcę się podobać i gdyby wszyscy tego chcieli, byłoby lepiej na świecie. Gdy świat chamieje, sztuka jest najlepszym (jedynym?) azylem.
______
Warszawa, 16 IV 1959
Może i lepiej nie przypominać złemu, że jest zły. Jak u Frischa w Biedermannie i podpalaczach: "dobry piesek, dobry". Recenzenci nie lubią tej sztuki, piszą, że jest "frazeologiczna", mało oryginalna, ale do mnie bardzo przemawia. Krzywda wywołuje złość, a złość krzywdę i powstaje reakcja łańcuchowa. Skrzywdzeni noszą w sobie bakcyl i przekazują go dalej. Biedni są przeważnie źli (teraz się tego nie mówi). Biedni wpadają w złość, gdy patrzą na bogatych, a bogaci, gdy widzą złość biednych. Z tego się nigdy nie wybrnie, bo nawet w Ustroju Obiecanym będzie wiele okazji dla krzywdy. Tołstoj mówił, że wybaczanie jest tamą dla zła, ale to tylko teoria, a w praktyce wszystko się mści: bieda, bogactwo, nawet mądrość. Życie jest rolą, którą nam narzucono. Brak nam techniki, ale trzeba grać. Dlatego uwielbiam aktorów. Mówią: patrzcie, jak ja gram, robię to co i wy, ale wiem, że gram i dlatego jestem prawdziwy, a wy udajecie.
______
Śródborów, 21 IV 1959
Smolar, naczelny "Fołks-Sztyme", przyjechał na odpoczynek i od rana do wieczora czyta gazety. - Er hot a gutn feder (on ma dobre pióro) - powiedział do innego filara resztek kultury żydowskiej w Polsce, wskazując na mnie. Po czym dodał z wyrzutem: - Ich hob giemejnt az du west zajn a żurnalist (myślałem, że będziesz dziennikarzem). Nie mogłem odpowiedzieć, że uciekam od rzeczywistości, bo jak to powiedzieć komuniście, który ją tworzył i pewno wciąż jest z niej dumny?
______
Śródborów, maj 1959
Ćwiczy tu żydowski chór przed festiwalem mniejszości narodowych. Sporo młodych głosów, przeważnie repatrianci. Dzielę pokój z dwoma w moim wieku. Jeden jest z Wilna, drugi z Mińska, śpią w długich gaciach z trokami, jak chłopi. Rano i wieczorem przecierają się mokrym ręcznikiem, który coraz bardziej cuchnie. Najgorzej śmierdzą ich skarpety i buty, a nie pozwalają otworzyć na noc okna. W końcu nie wytrzymałem i wystawiłem ich pantofle za drzwi. Ten z Wilna przyskoczył do mnie z pięściami, a ten z Mińska pobiegł po kierownika. Chaotyczna wymiana ciosów i nikomu nic się nie stało, ale kierownik zadzwonił do Kamińskiej i to ja się musiałem tłumaczyć. Kierownik, repatriant z powojennej fali, nie lubi mnie, bo kantuje na jedzeniu, a ja narzekam. Tylko ja, bo repatriantom wystarcza, że mają kaszę, kartofle i chleba skolko ugodno. Nie ma prysznica i jest tylko jedna wanna, która może przed wojną była biała, no i złapałem czyraka. Lepiej się przecierać ręcznikiem.
Jest alfonsiak z Legnicy, niski i krępy repatriant, który mówi, że jest bokserem, ale czuć go, że alfons. W Legnicy stoi sowieckie wojsko i alfons, który zna ich język i kulturę jest tam niezastąpiony, ale jak trafił do Śródborowa? Bo Żyd i młody, a więc na wagę złota. Wykpiwam go przy dziewczynach, które też go instynktownie nie znoszą, i razem się z niego śmiejemy. Sytuacja z filmu La Strada: artysta kpi z chama. Któregoś wieczoru alfons nie wytrzymał i rzucił się na mnie. Chłopcy nas rozdzielili i ustaliliśmy, że walka się odbędzie jutro z rana na ustronnej polance. Spałem spokojnie. Mój sekundant Tadek Korończyk zbudził mnie o szóstej, włożyłem trampki i idziemy na polankę, a rzekomy bokser przychodzi w pantoflach na podwójnych podeszwach i podwyższonym obcasie, jakie noszą niscy faceci. Stanęliśmy naprzeciw siebie, ja jako leworęki z odwrotnej pozycji trzymam go na dystans i raz po raz punktuję. "Bokser" okazuje się bezradny. Co doskoczy, to trafia na mój prawy prosty, który u mnie służy jako lewy, ale jest mocny, bo zmuszano mnie do używania prawej ręki. Pracę nóg też miał żałosną w tych ciężkich, twardych pantoflach i w końcu tak się nadział na moją pięść, że pękła mu warga. To go rozjuszyło, ryknął jak zwierz i rzucił się na mnie z otwartą paszczą. Wysunąłem mój prawy prosty, ale złapał mnie za rękę i wbił się w nią zębami, a gdy ją wyrwałem, doskoczył bliżej i z tym samym zwierzęcym rykiem wgryzł mi się w bok ponad biodrem. Upadliśmy na ziemię i sekundanci go ode mnie oderwali, ale zanim się podniosłem, podbiegł i kopnął mnie w twarz - po to przyszedł w twardych pantoflach. Chciał sflekować mnie jeszcze raz, ale Tadek przytomnie wskoczył w środek i ogłosił koniec walki. "Bokserowi" spuchła warga, a ja miałem tylko starty naskórek na policzku, więc dziewczyny się cieszyły, że alfons dostał, ale plama pod moim okiem z dnia na dzień ciemniała i musiałem wystąpić z nią na premierze. Wprawdzie w pierwszym akcie nic nie szkodziło, że zbiegły z masakry młody Żyd wygląda na pobitego, ale w trzecim powinien już wyglądać normalnie. Charakteryzatorka robiła co mogła, lecz plama wyłaziła spod makijażu. Całe szczęście, że Tadek mnie zasłonił przed drugim kopnięciem, bo trzeba by było przesunąć premierę.
______
Warszawa, 20 V 1959
"Ładnym i udanym teatralnie zjawiskiem był Młody Żyd grany przez Grinberga (sic), jeszcze studenta PTŻ" - napisała w "Życiu Warszawy" Karolina Beylin. Bardzo przyjemnie jest dostać taką recenzję, ale ci, których nie wspomniała, krzywo na mnie patrzyli. Moja matka wydaje się zadowolona, bo teatr zawsze jej imponował, ale pisze mi: "chciałabym poznać Twoją wybraną", czyli niepokoi się o mnie. I słusznie.
______
Szczecin, 22 V 1959
Dziś pierwszy występ w terenie. - Grynberg do Nadodrzańskiego - zarządziła z brzydkim uśmieszkiem administratorka, notabene siostra dyrektora szkoły żydowskiej, z której uciekłem dwa lata przed maturą. Wszystkich aktorów zakwaterowała w Gryfie, a mnie w hotelu niższej kategorii, w sześcio-osobowym pokoju z maszynistami. Nie mam nic przeciwko maszynistom, lecz przygnębił mnie uśmieszek tej baby. Ćwiczyłem w pokoju (maszyniści wychodzą do pracy dużo wcześniej od aktorów) i czuję więcej swobody technicznej, ale bez ludzkiej życzliwości trudno mi dobrze grać. Teatr to piękna sztuka, ale niestety, składa się z ludzi.
______
Wrocław, 6 VI 1959
Wczoraj po drugim akcie wszedł do garderoby Jakub Rotbaum. - Bardzo ładnie, bardzo przyjemnie, inteligentnie... - powiedział, podając mi rękę. - Jak pan się nazywa? - Grynberg. - Jak? - Uśmiechnął się jeszcze raz od drzwi i wyszedł razem z Melmanem. Powiedziałem, dziękuję. Co się mówi, gdy pochwali taki artysta jak Rotbaum?
Gram za każdym razem trochę inaczej, ale nie zawsze lepiej. Słyszę niedoskonałość mojego instrumentu, rozdźwięk między zamiarem a efektem, zwłaszcza że muszę zmagać się z gardłowymi "r" i "ch", które często występują razem. Nie wiem, czy kiedyś zagram tak, jakbym chciał, i czy napiszę taką książkę, jak bym chciał, ale ta dwukierunkowość daje mi szersze i głębsze spojrzenie na twórczość artystyczną. Cieszę się, że jestem w teatrze i obcuję codziennie z artystami. Lubię ich barwny sposób mówienia, ładunek uczuciowy w głosie i wyrazie twarzy. Mają więcej uczuć od normalnych ludzi, muszą mieć, bo na nich grają.
______
Śródborów, 9 VI 1959
Melman przyjeżdża do nas i prowadzi warsztat. Dziś przywiózł mi recenzję z prowincjonalnej gazety: zachwyt Idą Kamińską, specjalne pochwały dla niego, komplementy dla pozostałych wykonawców i - ani słowa o Młodym Żydzie, postaci epizodycznej, lecz centralnej, bez której nie byłoby tego dramatu.
______
Warszawa, 10 VI 1959
Dziś mam rewanż. Helena Wilda, bardzo ładna brunetka z Teatru Ziemi Mazowieckiej - nie-Żydówka, która w tych dniach zaciągnęła się do naszego teatru (żeby być w Warszawie?) - przyniosła mi "Kurier Polski", który w podsumowaniu sezonu pisze, że w Weselu Figara wystawionym przez Teatr Ziemi Mazowieckiej najlepsza była ona i jeszcze ktoś, a w sztuce W noc zimową na scenie Teatru Żydowskiego "obok wstrząsającej Idy Kamińskiej bardzo efektownie grał H. Grindberg" (wciąż nie mogą sobie poradzić z moim nazwiskiem). Melman jest tylko wspomniany. Nie miałem odwagi pokazać mu tej recenzji.
______
Śródborów, 18 VI 1959
Zmierzch, jestem sam w pokoju. Otwarte okna, aromatyczne, sosnowe powietrze. Jakiś repatriant gra na akordeonie Starinnyj wals. Nostalgiczna muzyka i świadomość, że to wszystko przemija. Dobrze, że jestem bardzo zajęty (ciągle ćwiczę dykcję żydowską). Nie rezygnuję z pisania i piszę, gdy się czuję samotny, a czuję to nawet tutaj. Tylko na papierze umiem wyrazić to, co chcę. I papier mi na wszystko pozwala. Ktoś wszedł do pokoju, radzi mi zapalić światło: zepsuje pan sobie oczy. "Daj mi więcej oczu i więcej uszu, abym widział i słyszał dal Twojego świata...".
______
Śródborów, 20 VI 1959
Tylko kilka osób zostało w "Śródborowiance". Kuchnię zamknięto i zostawiono nas bez kolacji. Wszedłem do dziewcząt, może mają coś do jedzenia. Hela ma egzamin na anglistyce, musi przeczytać jeszcze pół książki po angielsku, a dziewczyny każą jej zgasić światło. - Idź do niego, on śpi dzisiaj sam - powiedziała Anka. - Anka, ty wiedźmo młodociana! - zawołała Hela. Wróciłem do siebie. Rozbabrane łóżka, bałagan porzuconego obozu, ale sosny za oknami szumią kojąco. Wtem pukanie, Hela z angielskimi czytankami.
______
Warszawa, 21 VI 1959
Siedzieliśmy na skwerze przed Pałacem Kultury, opodal wejścia na Dworzec Śródmieście, dokoła rodziny z małymi dziećmi. - Zauważyłeś, że tu przychodzą robotnicy? - zauważyła Hela. - Wciąż za daleko im do Łazienek i Ogrodu Saskiego - wyjaśniłem. Poczekaj, kupię obwarzanki - powiedziała. - Od tych obwarzanków się tyje. - Wiem, ale ja nie umiem się niczego wyrzec. - A ja umiem i gdyby inni brali przykład ze mnie, to można by było wreszcie zrealizować program demokracji ludowej. - Nie wiedziałam, że ona polega na tym, żeby wszyscy byli chudzi. - A na czym? - oboje parsknęliśmy śmiechem.
______
Darłówko, 18 VII 1959
Przyjechałem tu autostopem. Nie golę się, bródka mi okala twarz. Śpię w PTTK nad samym morzem. Budynek trzęsie się, gdy fale biją w falochron, co mi wcale nie przeszkadza spać, przeciwnie. Jest chłodno, chodzę brzegiem sinego morza, zbieram kamyki i filozofuję. Religie proponują mi nieśmiertelną duszę, która nie potrzebuje jeść ani pić, a wieczna miłość w krainie wiecznej miłości to tak, jakby jej nie było. Szczęście składa się tylko z chwil, a więc nie może trwać i nie ma szczęścia wiekuistego. Ani nieśmiertelnej duszy, bo wiecznie być i niczego nie potrzebować znaczy to samo, co nie być. Wtem z przeciwnej strony nadchodzą trzy zakonnice czarne jak wrony. Jedna jest słaba, dwie ją podtrzymują. Młody zarozumialec nie myśli o tym, co go czeka - mówią w duchu. Stare wariatki myślą o tym, czego nie ma, a nie o tym, co jest - odpowiadam im w duchu. Zakonnice to pech, więc splunąłem przez lewe ramię, ale za późno i fala chlusnęła mi na nogawkę, zostawiając na niej bryłkę smaru. Zmyłem smar, ale plama została.
______
Darłówko, 20 VII 1959
Chłodno i wiatr od morza, więc zagrzebałem się w piasek (w ubraniu) i śpię. Wtem staje nade mną Zbyszek Cynkutis z Trójki. Piękny błękitnooki blondynek z młodszej klasy, też były aktywista i też teraz aktor. Świetnie zadebiutował w Zamachu, gdzie z uroczym uśmiechem rzuca Niemcom granat. Amerykański dystrybutor, widząc to, zawołał: good boy! Zbyszek wyciągnął mnie z piasku i zabrał do swojej dziewczyny i swoich licznych wielbicieli. Pożyczył mi swoje spodnie doskonale skrojone przez filmowego krawca, a spodnie to podstawa męskiej elegancji. Dziewczyny mówią, że z moją bródką wyglądam jak Jezusek, i tak mnie nazywają. A z Jezuskiem to przecież nie grzech.
______
Darłówko, 26 VII 1959
Zbyszek zabrał mnie na czyjeś urodziny. Jego posadzono przy solenizancie, a mnie na samym końcu długiego stołu i dziewczyny już nie mówiły na mnie Jezusek, tylko Judaszek. A z Judaszkiem nie chcą, i wcale im się nie dziwię.
______
Łódź, sierpień 1959
Huxley uważa, że przerosty, jak intelektualizm, chrystianizm, industrializm, komunizm itp., zniekształcają ludzką naturę. To prawda, że współczesny człowiek zmienił swój kształt, ale czy jest zniekształcony? W każdej epoce jesteśmy trochę inni, ale nie dlatego, że się oddalamy od jakiegoś wzoru. Czy ktoś widział wzór? Toczymy się jak kule bilardowe (ech ty, jabłoczko, kuda ty toczyszsja?) i zanim ustaniemy, wprawiamy inne kule w ruch. Nawet życie wyprodukowane w laboratorium potoczy się po swojemu. Konstruktorzy prędzej czy później tracą władzę nad golemami.
Ta przerwa teatralna jest strasznie długa, tęsknię już do teatru.
______
Łódź, 28 VIII 1959
Przyszedł czek, 217 dolarów na pociąg i statek. Spytam Kamińską, czy będę jeszcze potrzebny, bo tylko teatr mnie tutaj trzyma. Wciąż nikomu nie mówię o moich próbach literackich. Jestem zbyt nieśmiały (i dumny?), żeby zwrócić się do jakiegoś pisarza, a poza tym instynktownie boję się pokazać, co robię.
______
Łódź, 1 IX 1959 (patrz "Fołks-Sztyme", 19 IX 1959)
W 20-tą rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej oblicza się straty, których nie wynagrodzi żadne zwycięstwo. Do tych strat należy Józef Czechowicz, poeta, który przez całe swoje krótkie życie bał się wojny. Urodził się w 1903 roku i był dzieckiem, gdy ją zobaczył, ale jego chłonny "mózg lat dwanaście" niczego nie uronił. Obraz wojny pozostał w jego psychice, niepokoił go, zapładniał jego pióro, stał się jego obsesją. Nawet w wierszach, które nie miały bezpośredniego związku z tematem wojny, jej złowieszcze echa pobrzmiewały w porównaniach, metaforach, nawet w sielankowych obrazach pojawiały się zgrzyty terminów wojskowych. Terminologia wojenna jest jedną z charakterystycznych cech u tego najbardziej antymilitarystycznego z polskich poetów.
Jego debiut zatytułowany Kamień stał się wydarzeniem jako jeszcze jedno zwycięstwo awangardy, ale wkrótce okazało się, że młody poeta nie chce należeć do żadnego ugrupowania i nie lubi gmatwaniny ideologicznej. Z awangardy brał nieskrępowaną formę, harmonijność i zwartość wzorował na Apollinairze, natchnienie czerpał z Norwida i Jesienina, jako piewca ziemi lubelskiej sięgał do tradycji Klonowica i stylistyki Lenartowicza. Drugi swój zbiór, Dzień jak co dzień, który awangarda uznała za "akt zdrady", poświęcił obrazom życia codziennego. Raził go giełdowy zgiełk, przerażała go i skłaniała do ucieczki walka na śmierć i życie, w której jedni walczyli o zyski, a drudzy o chleb powszedni. Uciekał w aurę starych uliczek Lublina, które utrwalił w cyklu "Stare kamienie", napawał się urokami lubelskiej ziemi, którą opisywał na nutę ludową, ale bez wulgaryzującej stylizacji. Pozostał wrażliwy na niesprawiedliwość i zawsze stawał po stronie pokrzywdzonych, jak w wierszu Jedyna, gdzie matka dziecka umierającego z głodu wygraża pięścią złemu światu. Nawet w ucieczce od rzeczywistości nie opuszczały go mroczne wizje świata zmierzającego znowu do wojny, jak w wierszu Przeczucie, gdzie bomba spada na jego dom i pracownię. Groźna sytuacja międzynarodowa i konflikty lat 30-ych niepokoiły go do tego stopnia, że wrócił na forum publiczne i w Elegii niemocy, wyrzucał sobie: "nucę a powinienem błyskać i grzmieć". Wziął udział w strajku nauczycieli. Chciał, żeby jego wiersze były ludziom potrzebne. W ostatnim tomie, Nuta człowiecza, dominują ponure obrazy: "pod dworcem głównym w Warszawie żywy głód się wałęsa" (Jesienią), "ślepi i głodni okryci gazetą po bramach śpią ludzie" (Wigilia). Proletariusza nazwał "skrytokomunistą", ale nie angażował się w walkę klasową. Największym dobrem był dla niego człowiek, a największym złem wojna, którą widział za wczasu w "roztrzaskanych szybkach synagog" i słyszał jako "głuchy dzwon po zwęglonej karcie poematu" (Echo wojenne, 1938). I stało się to, czego się bał i spodziewał: zginął w pierwszych dniach wojny, pod gruzami własnego domu.
______
Łódź, 14 IX 1959
Świat świętuje wylądowanie pierwszej rakiety na księżycu. Wieczorem radio transmitowało z Warszawy prawykonanie (chyba pierwszej) symfonii 26-letniego dodekafonisty Henryka Góreckiego i zarazem pierwsze wykonanie polskiej dodekafonii w Polsce. Kontrast ciszy, dziwnych dźwięków, hałasu i na koniec - huragan braw.
Grynberg, ty mnie zdumiewasz, tak dobrze zakończyłeś opowiadanie, a jeszcze rano nie miałem do ciebie zaufania. Może wzbudzasz je tylko w nocy? Przekonamy się jutro rano.
______
Łódź, 21 IX 1959
Widziałem Śniegi Kilimandżaro. Nie aktorzy grają w tym filmie, ale tekst. Zniecierpliwiona publiczność nie mogła się doczekać puenty. Moją uwagę przykuło umieranie w nocy przy akompaniamencie przyciszonego afrykańskiego bębna, pierwotnej muzyki, która ułatwia śmierć. W cywilizowanych egzekucjach też do niedawna przygrywały werble. Każdy w końcu się poddaje egzekucji, ale nie każdemu grają. Po kinie zajrzałem do Grandki i widzę, że ludzie mi się przyglądają. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem swoją twarz, taką, gdy jestem sam. Wszedłem do Honoratki, Waleńczyk odwrócił się od stolika i przyjrzał mi się. Uśmiechnęliśmy się obaj zmieszani.
______
Łódź, 11 X 1959
Dwunastu gniewnych ludzi to więcej niż dramat. Ostatnia scena z załamanym sadystą pokazuje, że człowiek rodzi się nagi, potem go ubierają, a potem sam się ubiera, osłania i atakuje, żeby się bronić. Jest słaby, ale gotów zabić - żeby nie okazać słabości.
______
Łódź, 13 X 1959
Recenzenci "bronią się" przed Lotną, pięknym filmem Wajdy i Żukrowskiego. Żeby być ułanem, nie potrzeba być mądrym, ale i nie wystarczy. "Ułaństwo" jest polskim grzechem narodowym i śmiertelnym, ale wciąż ma urok, a komuniści jak klechy potępiają grzech, wobec którego są bezsilni i wiedzą o tym.
______
Warszawa, 15 X 1959
Zaszedłem do "Współczesności". Za biurkiem siedziała atrakcyjna tleniona blondynka. Spytałem, czy mogę zostawić maszynopis. Proszę bardzo - powiedziała. Położyłem kopertę na biurku i wyszedłem. Wieczorem byłem na Weselu pana Balzaka. Romanówna doskonała jak zwykle, ale Iwaszkiewicz podporządkowuje postacie i dialogi pewnym tezom. Radziłbym mu coś odwrotnego.
______
Łódź, 4 XI 1959
W stołówce kongregacji siedział Żyd w średnim wieku, który wrócił z Izraela, bo nie znalazł tam dla siebie miejsca. - To nie jest kraj dla nas - mówił do innych Żydów w średnim wieku. - O, dla takich to jest - pokazał na mnie. A w Honoratce jakaś młoda wariatka, która wróciła z wycieczki do Izraela, opowiadała: "Chłopcy metr osiemdziesiąt, takie bioderka i taaakie bary! A jakie piękne wojsko, aż płakać się ch...". Skąd my te kompleksy znamy? Szczęśliwy kraj Polska, która już tego nie potrzebuje.
______
Łódź, 10 XI 1959
Przeczytałem Pana Boga i diabła. Przeładowane do niestrawności, jak teatr z tym sobie poradzi? Postacie nienadzwyczajne, z wyjątkiem Karla i Katarzyny. Goetza da się stworzyć, trudniej będzie z Nastym. Heinrich jest z początku bardzo sceniczny, ale w miarę rozwoju akcji rozpływa się, wymyka wyobraźni i ginie jako coś nieuchwytnego. Przyjemny jest epizod Tetzla, ale Hilda żenująco łatwa. Stary mistrz dał się ponieść pasji, a starcza namiętność bywa niebezpieczniejsza od młodzieńczej. Zaślepiony rutyną i pewnością siebie nie zwraca uwagi na pozory. Jeśli teatrowi uda się to przedstawienie, to nie Sartre'owi będę klaskał.
______
Łódź, 12 XI 1959
Przed południem zdobyłem paszport, pierwszy w życiu, a po południu jeszcze raz dziewczynę sprzed paru lat. Świat stoi (leży?) przede mną otworem. Czekamy na cudowną podróż - moje pióro i ja. Czego się spodziewamy? Nie wiem. Dawniej myślałem o kibucu. Teraz poddaję się tylko literaturze i sztuce, w nic innego nie wierzę.
______
Łódź, 16 XI 1959
Zadzwoniłem do "Współczesności" i mówię, że miesiąc temu zostawiłem u nich opowiadanie. - A, to pan nie czyta naszego pisma, jest w bieżącym numerze, nie zostawił pan adresu, ani telefonu, nie wiemy, gdzie przesłać honorarium. Pobiegłem do kiosku. Półtorej stronicy z półabstrakcyjną czarną ilustracją. Szedłem ulicą i patrzyłem, czy świat już się zmienił, czy jeszcze nie.
______
Warszawa, 18 XI 1959
Biegam po wizy: izraelską, włoską, austriacką i czechosłowacką - w tej kolejności. Wpadłem do teatru, żeby się pożegnać. - Co to za to Henryk Grynberg napisał opowiadanie Ekipa Antygona? - spytała mnie Ruta Kowalska, jedna z nielicznych czytających w tym teatrze. - To ja. - Od kogo to zerżnąłeś? - Jak to od kogo, od Sofoklesa.
______
Łódź, 20 XI 1959
Biegam po sklepach i gromadzę porcelanę, którą zamówiła u mnie mama (po dwa komplety na wypadek stłuczek). Jestem zmęczony i zły, bo chciałbym myśleć o czymś innym.
______
Morze Śródziemne, 26-30 XI 1959
Pokład trzeciej klasy na rufie. Widzę tylko to, co mijamy i zostawiamy za sobą, płynę, oglądając się za siebie. W pierwszej klasie, na przodzie statku, widać wszystko za wczasu, a tu wszystko jest niespodzianką. Pozwolono nam zejść na ląd w Pireusie i zabrano przezroczystym autobusem do Aten. Odwiedziliśmy bogów i boginie na Akropolu, a później ich imitacje w cerkwiach. Żywe posągi w byrońskich strojach strzegą doczesnej władzy. Ktoś wcisnął posągowi w rękę papierosa, posąg mrugnął na podziękowanie. Pokazano nam także synagogę, do której w marcu 1944 r. zwabiono ateńskich Żydów komunikatem, że dostaną mace na Paschę, po czym wysłano ich do Oświęcimia. Wieczorem na statku rozmawiałem z młodym Amerykaninem, który uczy literatury. Mówiliśmy o książkach i miastach, na które ludzie nie zasługują.
______
Tel Awiw, 5 XII 1959
Myślałem, że będę o tej podróży pisał prozą, ale wiersze tu same mi się cisną pod pióro:
Między morzem a niebem co wyrwały się Bogu
z ust i z roztargnienia
białe miasto wyrosło...
Przywiozłem z sobą "Współczesność" z moim opowiadaniem. Mama jest zachwycona, a Uszer: To wszystko? A gdzie twoje artykuły?
______
Galilea, 24 XII 1959
Jeżdżę autostopem z Iziem Ekhajzerem, z którym siedziałem w jednej ławce w żydowskiej szkole, i jego tutejszym kolegą Natanem, też z Polski. Szosy są nowe, asfaltowe i rzadko używane. Od czasu do czasu wojskowa ciężarówka, wybiegamy, machamy, a szofer pokazuje, że nie może. Jedna się zatrzymała ze sto metrów dalej, lecz gdyśmy dobiegli, warknęła i odjechała, plując nam w twarz spalinami, i słyszeliśmy śmiech spod brezentowej budy, gdzie bieliły się arabskie kefije. Siedzieliśmy na skraju bananowego gaju, którego pilnował Arab z karabinem. Rzucił nam kiść bananów, które były dojrzałe i na rynek się nie nadawały, bo powinny dojrzewać w drodze, gdy dojrzałe już gniją. Szliśmy krętą szosą - tu nie ma prostych dróg. Nagle dogoniła nas noc - tu nie ma zmierzchu. Dzień zgasł jak sceniczny reflektor, z nieba spadła dekoracja z gwiazdami i księżycem, który miał oba rogi zadarte do góry, jak byk. Ciepła, pogodna noc wigilijna - zimne noce wigilijne z bezdomnym Jezuskiem marznącym w stajence wymyślili antysemici. Wieniec świateł połączył wybrzeża najsłynniejszego jeziora po obu stronach niewidzialnej granicy. Za wzgórzami strzelały światła Tyberiady, mieszając się z gwiazdami i zdawało się, że idziemy wśród gwiazd na niebie, ziemi i wodzie. Szliśmy w milczeniu, bo słowa przeszkadzają patrzeć i pamiętać to, co najlepiej wyraża milczenie.
W jednej z "czarnych" maabarot urodził się tej nocy syn. Drzwi i okna były pootwierane, słychać było dzwonki, bębenki. Kobiety w powłóczystych szatach roznosiły tace i dzbanki. Mężczyźni tańczyli. Kobieta bez zębów powitała nas serdecznym uśmiechem. Nie wiedziała, gdzie to schronisko, o któreśmy pytali, inni też nie wiedzieli, ale pewno daleko, za daleko, żeby tam dzisiaj iść, lepiej zostać tutaj w tak radosnej godzinie. - A ile kilometrów do wzgórza Purija? - dopytywał się Izio. - Ile metrów? - dziwili się, oni inaczej mierzą przestrzeń i czas. Mają ciemne twarze, więc mówi się, że są "czarni", są niefrasobliwi, więc mówi się, że są prymitywni, są ufni, więc mówi się, że są głupi, są biedni, ale umieją się cieszyć.
______
Jam Kineret, 25 XII 1959
Śniadanie na tarasie. Przed nami srebrzyste jezioro. Hebrajczycy je nazwali morzem (jam), bo większej wody nie znali. Przeciwległy brzeg jest beżowym pastelowym pasmem za mgiełką poranka. Z boku wciska się w horyzont Tyberiada. Widać także wstążkę szosy, którą szliśmy ubiegłej nocy. Młoda kobieta w spodniach i swetrze, która sama obsługuje schronisko, podała nam połówki grapefruita, płatki kukurydziane z mlekiem, kefir i grzanki z serem, bardzo smaczne z kefirem o poranku na świeżym powietrzu. Krawędzie tarasu są obstawione rzeźbami z kamienia i wyschniętych szczap. Jeden kamień wygląda jak ptak, drugi jak dyskobol, trzeci jak coś przycupniętego przy ziemi. Ptak nie ma skrzydeł, dyskobol dysku, a to trzecie, przycupnięte, nie ma nic oprócz tkliwości. Jedna szczapa przypomina nosorożca, druga krokodyla, trzecia nie wiadomo co. Rzeźby te wykonała martwa natura, człowiek je tylko dostrzegł i wybrał, co na jedno wychodzi. Aha, jeszcze szary kot i biały pies siedzą jak wyrzeźbione, wodząc wzrokiem za gospodynią podającą do stołu.
Po śniadaniu zeszliśmy na brzeg jeziora i zastaliśmy tam włoskiego księdza w charakterystycznym płaskim kapeluszu. - Are you Christians? - spytał. - And you? - odpowiedziałem na pytanie pytaniem jak Żyd. - I? - zdziwił się zaskoczony, ale pokrył to zawodowym, wyrozumiałym uśmiechem. Wśród przybrzeżnej zieleni, gdzie na oleodrukach widać łódź apastołów, czaiła się motorówka pogranicznego patrolu.
______
Sodoma, 26 XII 1959
Spalone słońcem skały wyglądają jak starożytne ruiny, bo i są kopcem wieków. I w tym niegościnnym krajobrazie znaleźliśmy młodzieżowe schronisko jak tamto w Galilei. Nadjechały dwie ciężarówki pod eskortą, bo to niebezpieczna strefa jak wszędzie przy granicy (a granica jest niemal wszędzie). Z ciężarówek zeskoczyli chłopcy i dziewczęta, a wśród nich Rachel. W męskiej koszuli khaki, białym sombrero, bardzo krótkich szortach, które ukazywały jej kształtne nogi, i ciemnych okularach, które nie mogły zataić jej pięknych oczu. Stała w wieńcu wielbicieli i wielbicielek, lecz Izio - pewny siebie, niebieskooki blondynek, jakich tu uwielbiają - zaraz podszedł i wdał się w rozmowę. Ja stałem opodal i nawet się nie przywitałem. Powiedziała, że jest z Grecji - A ty? - zwróciła się do mnie. - Ja? Co za różnica? - odburknąłem, patrząc nie na nią, tylko na skały. Zdziwiła się, bo nikt jeszcze tak do niej nie mówił.
Noc była bardzo ciepła, więc leżeliśmy na tarasie, niczym się nie przykrywając. Nie mogłem spać. Nikt pewno nie spał, bo młodzież śpiewała i tańczyła i co chwila ktoś wołał: Ra-chel! Ra-chel! - a skały powtarzały. Nawet później, gdy ustały w końcu tańce i śpiewy, wołanie to się rozlegało i nie jestem pewny, czy tylko tę piękną Rachel przywoływano, czy także tamtą biblijną pramatkę piękności i miłości. I całą noc mnie to imię kłuło, raniło, karało.
______
Ejlat, 27 XII 1959
Zabrał nas z drogi luksusowy samochód francuskiej ambasady. Młody mężczyzna, młoda kobieta i człowiek z karabinem. Po obu stronach szosy martwe skały, jak w Sodomie, i żadnego ruchu, jak na księżycu. Milcząca kamienista pustynia. Droga pędzi przez środek pustyni i zdaje się jej, że pochłania pustynię, ale to pustynia ją przełyka jak nitkę spaghetti. Ejlat to przystań rybacka między Azją i Afryką, w samym kroczu. Są tu łodzie z przezroczystym dnem, przez które widzi się rafy koralowe niczym kwitnące łąki, po których wielobarwne rybki uwijają się jak owady. Pogoda piękna i niezmienna jak za Adama i Ewy. Nocą gwiazdy nam się sypały na głowy, gdyśmy szli pustą szosą i wydzierali się na cały głos: "Jak dobrze nam tak ciemną nocą wędrować prostą wstęgą szos, patrzeć, jak gwiazdy niebo złocą i czekać, co przyniesie los. Hejże-hej, hejże-hej, hejże-ha, hejże-ha, żyjmy więc, żyjmy więc, póki czas, póki czas, bo kto wie, bo kto wie, bo kto wie, bo kto wie, kiedy znowu ujrzę was...". Tę najpiękniejszą piosenkę młodości znaliśmy od naszych matek i darliśmy się ze szczęścia tak, że słyszano nas równocześnie w Afryce i Azji.
PS Izio umarł na serce, gdy miał 46 lat. Dopiero wtedy się dowiedziałem, że przeżył łódzkie getto, ale nikt mi nie umiał powiedzieć jak, a w łódzkim getcie małe dzieci nie miały szans, bo nie można było ich wykraść na aryjską stronę.
______
Tel Awiw, 1 I 1960
W noc sylwestrową bawiliśmy się w "polskiej" kawiarni przy eleganckiej alei Dizengoffa. Polska wódka, polska szynka i muzyka z polskich płyt. Dopiero tu widać, że jesteśmy Polakami, i dopiero tutaj zdajemy sobie z tego sprawę.
______
Cezarea 4 I 1960
W Cezarei moim przewodnikiem był Mietek Całka, kolega z dziennikarki, który wyjechał w połowie studiów i chodzi teraz w mundurze angielskiego kroju, w którym dużo lepiej wygląda niż w łachach naszego Studium Wojskowego. Chodziliśmy po płaskim polu, które dwa tysiące lat temu było stadionem. Ziemia miała kolor rdzy, ze starości zardzewiała. Podniosłem parę glinianych skorupek. - Rzuć to, tu lepszą ceramikę orze się pługiem - powiedział Mietek. Moje opowiadanie we "Współczesności" zrobiło na nim wrażenie. - Widać, że nie traciłeś czasu - powiedział, a ja go nie wyprowadzałem z błędu.
______
Tel Awiw, 10 I 1960
Zaniosłem parę wierszy do dwutygodnika "Od Nowa", który przypomina warszawską "Współczesność". Redaktor z miejsca dał mi 20 funtów i jestem szczęśliwy. Wędruję po świecie, piszę i sprzedaję wiersze, niczego mi więcej nie trzeba.
______
Tel Awiw, 2 II 1960
Dziś mój debiut poetycki. Na pierwszej stronie. W Izraelu, ale tytuł wiersza - Mazowiecki krajobraz... I o czym? O tym, że "w mazowieckim brakuje coś mi krajobrazie".
______
Tel Awiw, 23 II 1960
Pożegnalnego wiersza W pokłonie nie zamieścili mi na pierwszej stronicy, bo wolą takich, co przyjeżdżają, a nie odjeżdżają, ale jest zapowiedziany w czołówce z opowiadaniem Idy Fink i kolejnym odcinkiem niemieckiej powieści polskiego emigranta Tadeusza Nowakowskiego pod celnym tytułem Syn zadżumionych.
______
Łódź, kwiecień 1960 (patrz "Fołks-Sztyme", 14 V 1960)
Pogrom w Warszawie w Boże Narodzenie 1881 r. był dla pozytywistów sygnałem ostrzegawczym, choć "zawikłana, wielostronna i najeżona kolcami sprawa" od wielu lat niepokoiła najwybitniejsze umysły. Klęska ostatniego szlacheckiego powstania wywołała bolesny kryzys, po którym Polacy weszli w nową fazę swojej historii. Kapitalizm potrzebował sił do pracy, więc po uwolnieniu chłopów na czoło pozytywistycznego programu wysunęła się sprawa emancypacji kobiet i Żydów. Pozytywiści dążyli do przebudowy stosunków społecznych na rzecz pełnego rozwoju kapitalizmu na wzór "szczęśliwej, wiktoriańskiej Anglii". Technika i produkcja, wciągnięcie do niej wszystkich warstw, a nie niedowarzone szlacheckie spiski i zaściankowość, miały, ich zdaniem, odrodzić naród polski. Emancypacja kobiet i kwestia żydowska okazały się trudne i wymagały odwagi i najszczerszego humanitaryzmu, toteż powieści Elizy Orzeszkowej Marta i Meir Ezofowicz przyniosły jej uznanie, wdzięczność i sławę. Nigdy jeszcze powieść nie miała takiego praktycznego oddziaływania jak Marta, która wywołała ożywienie w ruchu kobiecym nie tylko Polski, lecz także Rosji, Czech, Niemiec i Szwecji. Również nikt przed Orzeszkową nie przekroczył bariery żydowskiego odosobnienia i nikt przed nią w polskiej literaturze nie był bardziej kompetentny. Umiała tak zgłębić przedmiot swojego zainteresowania, że nic, co żydowskie, nie było jej obce. "Wiele bardzo czytałam o Żydach - spostrzeżenia nad nimi czyniłam pilne, pisałam o nich trochę, pisanie zaś - każdy piszący wie o tym - w sposób szczególny rozwidnia widnokręgi dokoła opisywanego przedmiotu" - wyjaśniała w swojej korespondencji.
Stworzone przez nią żydowskie miasteczko Szybów jest odizolowane od świata, ale nie jest monolitem, gdy spojrzeć nań od środka, jak Orzeszkowa. Żeby zrozumieć Żydów i usunąć niechęć do ich odrębności, pisarka każe poznać ich w obyczajach, uczuciach rodzinnych, radościach i smutkach. Szokowało ją, że Polacy znali Żydów tylko z procesu kupna-sprzedaży, jedynej strefy, w której się z nimi stykali, i na tej podstawie wyrabiali sobie pojęcie Żyda jako chciwca liczącego pieniądze. W obszernym artykule analitycznym napisanym pod wpływem warszawskiego pogromu w święta Bożego Narodzenia 1881 r. Orzeszkowa wyjaśnia, że to nie skłonności rasowe, ale odbieranie innych możliwości doprowadziło Żydów do jednostronnych uzdolnień i koncentrowania się na "lichej, szkodliwej i trudnej pracy kręcenia biczów z cudzego piasku". Każe dać im wszystkie możliwości i obowiązki, a wnet zaniknie odrębność i nienawiść.
Usunięcie nienawiści przez usunięcie odrębności wydawało się logiczne, ale oznaczało pozbycie się problemu przez pozbycie się Żydów. Asymilacja miała cechy racjonalne, ale człowiek zawiera wartości niepodlegające suchemu rozumowaniu. Asymilacja, pomimo dobrych chęci pozytywistów, nie była naprawdę humanitarnym programem i nie zdała egzaminu historii. Podstawą cywilizacji jest poszanowanie lub przynajmniej tolerancja odrębności innego człowieka, a nie usuwanie różnic i pozbawianie świata barw. Osiągnięcia literackie Orzeszkowej są jednak dużo więcej warte niż jej założenia programowe. Pokazała bogactwo żydowskiej odrębności, sypała żydowskimi przypowieściami, wzruszała. Ukazała społeczeństwu polskiemu Żydów, "co płaczą i w sercu swym krzyczą, że im bardzo źle". Żyd nie był dla niej tanim efektem literackim, lecz człowiekiem, a to wymaga dużo więcej wysiłku od pióra. Dlatego kondukt pogrzebowy, który kroczył przez Grodno wiosną 1910 r., tonął w powodzi czarnych chałatów i kapot.
______
Warszawa, 18 IV 1960
Zaniosłem do "Współczesności" parę izraelskich wierszy. Zbieram tomik, którego przed podróżą utartym szlakiem poetów wcale się nie spodziewałem. Co się nie mieści w poezji, rozwijam prozą i dołączę do Ekipy Antygony.
"Świat jest bezmyślnym niebezpieczeństwem, to jest ślepa siła, która czai się, żeby zdeptać, spalić, zniszczyć. Pan jest tym innym człowiekiem..." - pisze Leopold Buczkowski w Doryckim krużganku. Może do mnie?
______
Warszawa, 21 VI 1960
Irena Merz nie żyje. 39 lat. Mówią, że samobójstwo i że przez Forda, ale samobójstwo może mieć niejedną przyczynę.
______
Warszawa, 4 VII 1960
Leżę nad Wisłą. W słońcu odprężam się, wypogadzam, ładuję baterie, tankuję energię, a więc nie marnuję czasu. Marnowałbym i miałbym wyrzuty sumienia, gdybym siedział w taką pogodę w murach. Mam 24 lata i już zazdroszczę młodszym. Są ładniej ubrani (tanio, ale ładnie), mniej skrępowani, mają więcej wdzięku. Więcej im wolno, więc są uczciwsi i szczersi. Lekceważą starszych, nawet takich jak ja. Nie czekają na rewolucję światową ani na niepodległą Polskę, tylko na pantofle z importu, koszulki polo i Louisa Armstronga. Czekają w kolejkach na amerykański film i do modnej piwnicy. Oddałbym się starszej pani z samochodem - mówi jeden z nich na sąsiednim kocu i kręci wyimaginowaną kierownicą. Przed Domem Literatów stoi opel kapitän, którym jeździło już całe Koło Młodych - podpowiada mu kolega.
______
Łódź, wrzesień 1960 (patrz "Fołks-Sztyme", 8 X 1960)
Urodziła się w 1842 r. w Suwałkach w zdeklasowanej rodzinie ziemiańskiej, jednej z tych, które opuszczały wieś i zasilały warstwę miejskiej inteligencji. Zaprzyjaźniła się z Orzeszkową, przejęła się jej ideą emancypacji kobiet i znalazła się pod silnym wpływem tak zwanego warszawskiego pozytywizmu, który postulował "pracę u podstaw" i służbę na rzecz gospodarczego rozwoju kraju. Gorliwa czytelniczka Niekrasowa, Sałtykowa-Szczedrina i Bielinskiego, wrażliwa na krzywdę społeczną, została rzeczniczką biednych i prześladowanych. Bohaterem jej utworów jest lud: wyzyskiwany chłop i robotnik, ubogi Żyd. Entuzjazm, z jakim jej pierwsze utwory powitał Sienkiewicz, otworzył dla niej szpalty warszawskiej prasy, lecz gdy pokazała, co ma w zanadrzu, zmienił się do niej stosunek burżuazyjnych krytyków. Łagodni zarzucali jej tendencyjność, mniej łagodni donosili na nią na żandarmerię. Po publikacji fragmentów Z przeszłości, opisujących zmagania postępowej świeckiej myśli z inkwizycją, oskarżono ją o ateizm i pogaństwo, kler katolicki nazwał ją "bluźnierczynią". Opuściła męża i sama wychowywała dzieci, utrzymując się z korepetycji i borykając się z trudnościami materialnymi. Oprócz poezji rozgłos przyniosły jej zaangażowane społecznie opowiadania, jak Dym, Nasza szkapa, Miłosierdzie gminy.
Nowelę Mendel Gdański napisała w odpowiedzi na gorący apel Orzeszkowej po warszawskim pogromie w 1881 r., aby uczciwa inteligencja kraju zwalczała antysemityzm, który zaczął przybierać groźną formę. Stary introligator Mendel, mądry Żyd, który "świata tego tajemnice zna na wylot", należy do najpiękniejszych postaci polskiej nowelistyki tego okresu. "Jakby u ciebie mądrość była, to ty by tego nie wstydził się, nie płakał, nie uciekał, że kto na ciebie "Żyd" krzyknie" - poucza Mendel swego wnuka. "Ty się w to miasto urodził, toś ty nie obcy, toś swój, tutejszy, to ty prawo masz kochać to miasto, póki ty uczciwie żyjesz ... Ty się nie masz wstydzić, żeś Żyd. Jak ty się wstydzisz, żeś ty Żyd, jak ty się sam za podłego masz, dlatego żeś Żyd, to... jak ty je kochać możesz?". Miejscem akcji noweli jest Gdańsk, ale to z powodu cenzury, bo oczywiście mowa o Warszawie. Gdy Mendel mówi o nieszczęściach miasta, to ma na myśli upadek powstania i represje okupanta i podkreśla wspólnotę losu jego mieszkańców. W rozmowie z zegarmistrzem Mendel wyraża przekonanie Konopnickiej, że wspólne nieszczęście zbliża, bo gdy "ludzie do smutku się zejdą... to już jeden drugiemu bratem się zrobił, to już ich ten smutek jednym płaszczem okrył", a "ten płaszcz to bardzo duży jest... un wszystkich nakrył, i z Żydami też". Na stereotypowy zarzut, że "każdy Żyd byle pieniądze miał", Konopnicka odpowiada ustami swojego bohatera, że Żydom nie daje się żadnych innych szans awansu społecznego. Podczas pogromu stary Mendel jest symbolem ludzkiej godności. Nie pozwala przyjaciołom zawiesić w mieszkaniu krzyża, aby zapobiec napaści, i staje z małym wnukiem w otwartym oknie. Autorka ukazuje tragedię bezbronnego człowieka, który traci zaufanie do ludzi i przywiązanie do swojego miasta, podkreśla, jak wielką krzywdą jest odebranie człowiekowi tych uczuć.
Rewolucja 1905 roku i jej upadek były dla polskiej inteligencji punktem krytycznym i próbą charakteru. Konopnicka należała do tych, którzy nie wyrzekli się swoich ideałów. W lutym 1906 r. pomagała w Warszawie głodnym i bezdomnym. Opisywała później wytrwałość i solidarność ludzi w potrzebie: inwalida na kulach opiekuje się głodnymi dziećmi, polscy sąsiedzi wspomagają biedną rodzinę żydowską: "Żyd? No to co?". Konopnicka wraca jeszcze raz do problemu żydowskiego - ale już w inny sposób - w krótkiej nowelce Żydóweczka, gdzie szkicuje bardzo młodą żydowską dziewczynę, która wstąpiła do partii rewolucyjnej, zrywając z całą swoją przeszłością. "A pani?... Jak by pani zrobiła?" - pyta dziewczyna narratorkę. "Spuściłam wzrok. - Ja?... Nie wiem, dziecko" - odpowiada narratorka-autorka.
______
Łódź, październik 1960
Odprawiłem śliczną dziewczynę, najlepszą ze wszystkich, jakie znam. Dlaczego, dlaczego? - pytała. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Że mnie nie stać na miłość?
Pojechałem z Szulmanami do Warszawy i pożegnałem ich na Dworcu Głównym, jak trzy lata temu matkę i ojczyma. Popłynęli aż do Australii i nikt już mnie nie będzie zapraszał na świąteczne obiady.
______
Warszawa, listopad 1960
Mam w teatrze nowego kolegę. Nazywa się bardzo teatralnie Bruno Fink. Jest z Wałbrzycha, w oryginale z Borysławia. Studiował trochę medycynę. Jest pół roku młodszy ode mnie i o pół centymetra przystojniejszy (mierzyliśmy sobie...). Wyglądamy jak bracia i razem podrywamy dziewczyny. On mi mówi "Stefku", a ja mu "Jóźku".
______
Lublin, 7 II 1961
Wczoraj po przedstawieniu poszliśmy do hotelowej restauracji. Fink stawiał z okazji swoich urodzin. Była tam piękna dziewczyna, do której ostro zalecali się wszyscy nasi żonaci aktorzy. Nie mogliśmy im tego darować. Fink ją odciągnął na stronę i - nie wiem dlaczego - namówił, żeby poszła ze mną. Doceniłem jego wspaniałomyślność, ale o szarym poranku zostawiłem ją w głębokim śnie i pojechałem z zespołem zwiedzić Majdanek. Mam takie porozumienie z Bogiem, że On mi przebacza to, a ja Jemu tamto.
______
Warszawa, kwiecień 1961
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Od tamtej pory nie byłem w Rosji nawet na krok i wcale nie mam ochoty.
[2] Miejscowości nie wpisano.
[3] Hebr. Israel, jid. Isroel lub Isruel, zdrob. Sruel.
[4] Patrz Życie ideologiczne (Londyn 1975, Warszawa 1992, 1998).
[5] Borys Pasternak nie przyjął Nagrody Nobla.