Pamiętnik egotysty - Stendhal

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Rzym, 20 czerwca 1832.

Aby zapełnić wolne chwile na tej obcej ziemi, mam ochotę spisać mały pamiętnik wszystkiego co mi się zdarzyło w czasie mojej ostatniej bytności w Paryżu, od 21 czerwca 1821 do... listopada 1830. Dziewięć i pół lat. Łaję sam siebie od dwóch miesięcy, - od czasu jak strawiłem nowość mojej pozycji, - aby się wziąć do jakiej pracy. Bez pracy, okręt ludzki nie ma balastu. Przyznaję, że brakłoby mi chęci do pisania, gdybym nie miał wiary, że kiedyś kartki te ukażą się w druku i będą czytane przez jakąś duszę z tych z któremi sympatyzuję, taką jak pani Roland albo geometra Gros. Ale oczy, które będą to czytały, ledwie otwierają się dla światła: podejrzewam, że moi przyszli czytelnicy mają dziesięć albo dwanaście lat. Czy wyciągnąłem wszystkie możliwości szczęścia z pozycyj, w jakich stawiał mnie los przez dziewięć lat, które spędziłem w Paryżu? Co ja za człowiek właściwie jestem? Rozsądny? Mądry? Głęboki? Czy jestem wybitną inteligencją? Doprawdy, nie mam pojęcia. Zajęty tem co mi przynosi każdy dzień, rzadko myślę o tych zasadniczych sprawach, a wówczas sądy moje odmieniają się wraz z humorem. Sądy moje - to tylko spostrzeżenia. Zobaczmyż, czy, robiąc rachunek sumienia z piórem w ręku, dojdę do czegoś pozytywnego, coby zostało dla mnie długo prawdą. Co będę myślał o mojej pisaninie, odczytując ją w roku 1835, o ile dożyję? Czy będzie z tem tak jak z memi rzeczami drukowanemi? Mam uczucie głębokiego smutku, kiedy, w braku innej książki, biorę je do rąk. Czuję od miesiąca - odkąd się noszę z tym zamiarem - istotny wstręt do pisania jedynie poto aby mówić o sobie, o liczbie moich koszul, o sprawach mojej miłości własnej. Z drugiej strony, jestem daleko od Francji, przeczytałem wszystkie zajmujące książki jakie przedostają się tutaj. Najbardziej miałbym ochotę napisać powieść na tle sprawy miłosnej, która się rozegrała w Dreźnie, w sierpniu 1813, w mojem sąsiedztwie. Ale drobne obowiązki związane z mojem stanowiskiem odrywają mnie często; lub, aby rzec lepiej, biorąc pióro w rękę, nigdy nie jestem pewny, czy upłynie godzina żeby mi nikt nie przerwał. Ta drobna przeciwność gasi zupełnie moją wyobraźnię. Kiedy wracam do swojej fikcji, brzydzi mnie to co roiłem. Roztropny człowiek odpowie na to, że trzeba się przezwyciężyć. Odpowiadam: zapóźno, mam 49 lat; po tylu przygodach, czas myśleć o tem, aby dokończyć życia jak najmniej przykro. Główną moją przeszkodą nie była próżność, jaka jest w tem aby opisywać swoje życie. Książka na taki temat jest jak wszystkie inne; zapomina się ją szybko, jeśli jest nudna. Bałbym się skazić szczęśliwe chwile jakie mi się zdarzyły, opisując je, rozbierając. Nie, tego nie będę robił: ominę godziny szczęścia. Geniusz poetycki umarł, ale przyszedł na świat geniusz podejrzeń. Jestem głęboko przekonany, że jedyna odtrutka, która może kazać czytelnikowi zapomnieć o wiecznych Ja autora, to absolutna szczerość. Czy będę miał odwagę opowiedzieć rzeczy upokarzające, nie ratując ich przedmowami bez końca? Mam nadzieję. Mimo klęsk mojej ambicji, nie uważam ludzi za złych, nie uważam się za prześladowanego przez nich; patrzę na nich jak na machiny poruszane we Francji próżnością, a gdzieindziej wszystkiemi namiętnościami, z próżnością włącznie. Nie znam sam siebie, i czasami, w nocy, kiedy o tem myślę, złości mnie to. Czy jestem dobry, zły, inteligentny, głupi? Czy umiałem wyciągnąć korzyść z przypadków, w które rzuciła mnie wszechpotęga Napoleona (którego zawsze uwielbiałem) w 1810, i nasze wysypanie się w błoto w 1814 i nasz wysiłek aby się z niego wydobyć w 1830? Obawiam się że nie; działałem z kaprysu, przypadkowo. Gdyby mnie ktoś prosił o radę co do własnej pozycji, dałbym mu ją często i to zupełnie niepospolitą; przyjaciele moi, rywale intelektualni, komplementowali mnie często w tej mierze. W 1814, hrabia Beugnot, minister policji, ofiarował mi dyrekturę aprowizacji Paryża. Nie żądałem niczego, mogłem doskonale przyjąć: odpowiedziałem bardzo niezachęcająco panu Beugnot, człowiekowi który jest próżny jak dubeltowy Francuz; musiał być mocno zgorszony. Ten, który dostał owo miejsce, wycofał się z niego po czterech czy pięciu latach, mając pieniędzy wbród i to (powiadają) nie kradnąc. Bezgraniczna wzgarda, jaką miałem dla Burbonów - było to dla mnie wówczas cuchnące błoto - sprawiła, żem opuścił Paryż w kilka dni po oddaleniu uprzejmej propozycji pana Beugnot. Serce moje, ściśnięte tryumfem wszystkiego czem pogardzałem a nie czego mogłem nienawidzić, orzeźwiała jedynie odrobina miłości, jaką zaczynałem czuć dla hrabiny Dulong, którą widywałem codzień u pana Beugnot i która, w dziesięć lat później, grała wielką rolę w mojem życiu. Wówczas wyróżniała mnie nie jako miłego człowieka, ale jako oryginała. Widziała że jestem przyjacielem kobiety bardzo brzydkiej a bardzo wartościowej, hrabiny Beugnot. Zawsze żałowałem tego, żem jej nie pokochał. Cóż za przyjemność rozmawiać poufnie z kobietą na takiem stanowisku! Bardzo długa jest ta przedmowa, czuję to od trzech stronic; ale mam zacząć od spraw tak smutnych i trudnych, że lenistwo mnie już chwyta, niemal mam ochotę rzucić pióro. Ale, za pierwszą chwilą samotności, miałbym wyrzuty. Wyjechałem z Medjolaniu do Paryża, w czerwcu r. 1821, z sumą 3500 franków, zdaje mi się, uważając za jedyne szczęście strzelić sobie w łeb skoro ta suma się skończy. Żegnałem, po trzech latach zażyłości, kobietę, którą ubóstwiałem, która mnie kochała i która nie oddała mi się nigdy. Jeszcze, po tylu latach, nie umiem zgadnąć pobudek jej postępowania. Miała bardzo złą opinję, a wszakże miała w życiu tylko jednego kochanka; ale paniusie medjolańskie mściły się na niej za jej wyższość. Biedna Metylda nie umiała ani się bronić temu wrogowi, ani gardzić nim. Może pewnego dnia, kiedy będę bardzo stary, bardzo wystygły, będę miał odwagę mówić o latach 1818, 1819, 1820, 1821. W 1821, z wielkim trudem opierałem się pokusie strzelenia sobie w łeb. Rysowałem pistolet na marginesie lichego miłosnego dramatu, który bazgrałem wówczas (mieszkając w casa Acerbi). Zdaje mi się, że to ciekawość wydarzeń politycznych nie pozwoliła mi skończyć z sobą; a może, bez mojej świadomości, obawa bólu. Wreszcie pożegnałem się z Meteldą. - Kiedy pan wróci? spytała. - Nigdy, mam nadzieję. Jeszcze ostatnia godzina kręceń i pustych słów; jedno jedyne mogło było zmienić moje przyszłe życie; niestety, nie na długo. Ta anielska dusza, ukryta w tak pięknem ciele, rozstała się ze światem w 1825. Wreszcie wyjechałem w stanie, który można sobie wyobrazić, dnia... czerwca. Jechałem z Medjolanu do Como, obawiając się co chwila że wrócę z drogi. Tego miasta, gdzie tyle razy myślałem że przyjdzie mi skończyć, nie mogłem opuścić bez uczucia rozdarcia. Zdawało mi się, że zostawiam tam życie; co mówię! czem było życie wobec niej - Metyldy! Umierałem za każdym krokiem, który mnie od niej oddalał. Każdy oddech był westchnieniem (Shelley). Po jakimś czasie byłem jak ogłupiały, rozmawiałem z pocztyljonami i odpowiadałem poważnie na ich refleksje nad cenami wina. Rozważałem wraz z nimi przyczyny, które powinny je podrożyć o solda; najokropniejsze dla mnie było spojrzeć w samego siebie. Minąłem Airolo, Bellinzona, przybyłem do Lugano (dźwięk tych nazw przyprawia mnie jeszcze dziś o dreszcz - 20 czerwca 1832). Przybyłem na przełęcz św. Gotarda; wówczas to było okropne (zupełnie podobne do góry Cumberland w północnej Anglji, z dodatkiem przepaści). Chciałem przebyć św. Gotarda konno, spodziewając się potrosze że się przewrócę, że się okaleczę porządnie i że mnie to rozerwie. Mimo że, jako dawnemu oficerowi kawalerji, spaść z konia to mi nie pierwszyzna, nie lubię spaść na obsuwające się kamienie, ustępujące pod kopytami konia. Kurjer, który mi towarzyszył, zatrzymał mnie wkońcu i oświadczył, że niewiele mu zależy na mojem życiu, ale że zmniejszyłbym jego zarobki i że nikt nie chciałby z nim jechać, gdyby się dowiedziano, że pod jego okiem podróżny spadł w przepaść. - Jakto! nie domyśliłeś się, że ja mam syf...? rzekłem, nie mogę iść. Przybyłem z tym kurjerem, przeklinającym swój los, do Altorf. Otwierałem ogłupiałe oczy na wszystko. Jestem wielkim admiratorem Wilhelma Tella, mimo że pro-rządowi pisarze wszystkich krajów twierdzą, że on nigdy nie istniał. W Altof, zdaje mi się, lichy posąg Tella w kamiennej spódniczce wzruszył mnie właśnie dlatego że był lichy. Oto więc, - powiadałem sobie z łagodną melancholją pierwszy raz zajmującą miejsce oschłej rozpaczy, - oto więc w co obracają się najpiękniejsze rzeczy w oczach gawiedzi. Taka i ty jesteś, Metyldo, w salonie pani Traversi. Widok tego pomnika uspokoił mnie nieco. Spytałem o miejsce, gdzie znajduje się kaplica Tella. - Zobaczy ją pan jutro. Nazajutrz, ruszyłem w drogę w bardzo lichem towarzystwie: oficerowie szwajcarscy należący do gwardji Ludwika XVIII, którzy jechali do Paryża. Francja, a zwłaszcza okolice Paryża, zawsze mi się niepodobały, co dowodzi że jestem lichym Francuzem i złym człowiekiem, jak powiadała później panna Zofja... pasierbica Cuviera. Serce mi się ścisnęło do reszty, kiedym jechał z Bazylei do Belfort i opuszczał wysokie, jeżeli nie piękne góry szwajcarskie, dla okropnych i płaskich widoków Szampanji. Jakież kobiety brzydkie są w..., wiosce gdziem je oglądał w niebieskich pończochach i w sabotach. Ale później powiedziałem sobie: co za uprzejmość, dystynkcja, jakie poczucie sprawiedliwości w ich wiejskich pogwarkach! Langres położone jest jak Volterra, miasto które uwielbiałem wówczas, ile że było sceną jednego z moich najśmielszych ataków w wojnie przeciw Metyldzie. Pomyślałem o Diderocie, synu, jak wiadomo, nożownika z Langres. Myślałem o Kubusiu Fataliście, jedynej z jego książek którą cenię, ale też cenię ją o wiele więcej niż Podróż Anacharsisa, niż Traktat Nauk, i sto tomów sławionych przez bakałarzy. Największem z nieszczęść, wykrzyknąłem, byłoby, gdyby ci ludzie tak oschli, moi przyjaciele, wśród których przyjdzie mi żyć, odgadli moją namiętność, i to dla kobiety, której nie miałem nigdy? Mówiłem to sobie w czerwcu 1821, i widzę w czerwcu 1832, po raz pierwszy, pisząc to, że ta obawa, tysiąc razy ponawiana, była w istocie sprężyną mojego życia przez dziesięć lat. Dzięki niej doszedłem do tego, że stałem się inteligentny i dowcipny, rzecz którą najbardziej gardziłem w Medjolanie w 1818, kiedy kochałem Metyldę. Dotarłem do Paryża, który mi się wydał ohydny, obrażający dla mojej boleści; przybyłem z jedną myślą, nie zdradzić się. Żyłem tą myślą kilka miesięcy z których zaledwie coś pamiętam. Zamęczałem listami przyjaciół w Medjolanie, aby otrzymać pośrednio bodaj słówko o Metyldzie. Ci, którzy potępili moje szaleństwo, nigdy nie wspominali o niej. Zamieszkałem w Paryżu przy ulicy de Richelieu, w botelu Brukselskim, nr. 47, prowadzonym przez niejakiego pana Petit, ex-lokaja jednego z pp. de Damas. Grzeczność, wdzięk, zręczność tego pana Petit, jego brak wszelkich sentymentów, jego wstręt dla głębszych drgań duszy, jego żywa pamięć próżnostek z przed lat trzydziestu, jego idealna uczciwość pieniężna, wszystko to czyniło go w moich oczach wzorem Francuza starej daty. Powierzyłem mu 3000 franków które mi zostały; wmusił mi jakiś kwitek, który corychlej zgubiłem, czem wielce się frasował, kiedy, po kilku miesiącach czy tygodniach, odebrałem swoje pieniądze, aby jechać do Anglji, dokąd mnie pchała śmiertelna antypatja do życia w Paryżu. Mało mam wspomnień z tego namiętnego okresu; sprawy życia spływały mi niepostrzeżone albo wzgardzone kiedy je zauważyłem. Myśl moja była na placu Belgiojoso w Medjolanie. Skupię się, aby sobie przypomnieć domy w których bywałem.

Od tłumacza

Ten dziesiąty tom utworów Stendhala, wydany przezemnie po polsku, przeznaczony jest zwłaszcza dla czytelników, których łączy już bliższa zażyłość z tym pisarzem, liczącym u nas tylu entuzjastów. Innych - ciekawych zapoznać się z nim dopiero - odsyłam do uwag któremi opatrzyłem tomy wydane poprzednio. Ktoby zaczął znajomość od tego tomu, mógłby być zaskoczony. Wszystko tu jest dosyć ekscentryczne, - treść i forma. Nawet sam tytuł, w którym użyty termin egotyzm jest poniekąd wynalazkiem Stendhala, a raczej użyciem angielskiego słowa (po angielsku równoznacznego z egoizmem) na określenie kultu swojej indywidualności, nawyku introspekcji psychologicznej. Tak pojęty egotyzm odnajdujemy w całej twórczości Stendhala, nawet w tych utworach, którym nadał formę powieści, nie licząc mnogich jego wspomnień, dzienników, opisów podróży. Całe życie z niestrudzoną pasją szukał samego siebie, opowiadał i spowiadał samego siebie. Przez kilka lat prowadził dziennik, notując i komentując rzeczy przeżyte i widziane; na schyłku życia podjął wielką autobiografję, niedokończoną niestety, p. t. Życie Henryka Brulard. Ta wiwisekcja praktykowana na samym sobie była podstawą jego metody psychologicznej. Odełganie człowieka, odełganie uczuć, przeżyć, historji. W tej metodzie jest może źródło nieporozumień między Stendhalem a jego epoką, a zarazem przyczyna jego pośmiertnego zwycięstwa. Życie Henryka Brulard doprowadza nas do r. 1800, gdy siedemnastoletni chłopiec przebywa Alpy, dążąc radośnie do Włoch, do armji Bonapartego. Odtąd - z przerwami coprawda - życie jego związane jest z losami Napoleona. Rok 1815 przecina wojskowo-urzędniczą karjerę Stendhala i rzuca go na bruk. Pod wpływem niezatartych wspomnień młodości, osiada we Włoszech, w Medjolanie, gdzie pozostaje do r. 1821, w którym-to roku wypędza go stamtąd austrjacka policja. Stendhal udaje się do Paryża, unosząc pamięć swojej brutalnie przeciętej, nieszczęśliwej zresztą miłości; aby utrwalić te wspomnienia, pisze książkę O Miłości, której, w ciągu dziesięciu lat, sprzedaje 17 egzemplarzy! Paryż jest mu wstrętny, Włochy uważa za swą przyrodzoną ojczyznę. Z biegiem lat, boleść jego zasnuwa się błękitną mgłą, zwłaszcza od czasu śmierci Metyldy Dembowskiej; stopniowo, Stendhal wciąga się potrosze w nowe życie. Zawiera znajomości, rozszerza krąg stosunków, bierze udział w walkach literackich. Broszura jego Racine a Szekspir czyni go tyraljerem Romantyzmu. Ale, mimo wszystko, Stendhal nie umie sobie znaleźć miejsca w swojej epoce, pozostaje poza "rynkiem literackim". Już sam jego program Romantyzmu dosyć podobny jest do tego, co później stało się przeciwieństwem romantyzmu, pod mianem naturalizm. Pisze, w r. 1827, pierwszą swoją powieść p. t.Armance: obiera temat aż nadto śmiały (impotencja mężczyzny); ale, licząc się z pruderją epoki, musi rzecz spowić w tyle omówień, że powieść staje się zupełnie niezrozumiała i przechodzi bez wrażenia. Toteż Stendhal, mimo że dobiega pięćdziesiątki, jest wówczas prawie nieznany; reputacja jego jest raczej prywatna; jego paradoksy, wybuchy, krytyki, koncepty, nie przekraczają sfery kilku zaprzyjaźnionych salonów. Taka była sytuacja pisarza w r. 1830, kiedy tworzy swoje arcydzieło, powieść Czerwone i czarne. Wśród tego, wybucha rewolucja lipcowa. Zwycięstwo wydobywa z cienia dawnych bonapartystów; niedobitki Wielkiej Armji stają się kandydatami do oficjalnych stanowisk. Stendhal zostaje konsulem we Włoszech; najpierw w Trjeście, potem w Civita-Vecchia. Wątpliwy ten awans wydaje się jednem z owych nieporozumień, które zdarzają się w życiu. Stendhal tak często wyznawał swą miłość do Włoch a niechęć do Paryża, że jego przyjaciele, i może on sam, wyobrażali sobie, że placówka ta, pozwalająca mu żyć stale we Włoszech, ziści jego najgorętsze pragnienia. Okazało się to tragikomiczną omyłką. Kult Stendhala dla Włoch był związany z dobą jego młodości, z epoką gdy on był więcej amantem niż pisarzem. Zostawiwszy we Włoszech najdroższe wspomnienia serca, nie znany i nie uznany przez publiczność paryską, mógł się w istocie czuć w Paryżu na wygnaniu. Ale od tego czasu ileż się zmieniło! Przedewszystkiem, lata biegły: kochanek Giny i Metyldy był obecnie pięćdziesięcioletnim grubasem, mało podatnym do roli Romea, zwłaszcza we Włoszech, gdzie, jak sam Stendhal zaświadcza, intelekt ma w miłości najmniej kursu. Następnie, zmieniła się sytuacja jego w Paryżu; intelektualna atmosfera paryska była mu - może bez jego wiedzy - najbardziej sprzyjającym klimatem jakiego mógł pragnąć. Rewolucja lipcowa powołała do władzy tę właśnie koterję z którą był najbliżej. No i książka pod prasą! Co za pomysł właśnie w tej chwili wyjeżdżać, zagrzebywać się gdzieś na obczyźnie? Stendhal opuszcza Paryż, sam nie wiedząc jak bardzo mu go będzie brakowało, jak bardzo miasto to było dla niego jedyną ojczyzną ducha. Jedzie na swoje stanowisko do Trjestu, gdzie marznie i nudzi się; następnie zaś, gdy Austrja nie zaakceptowała nominacji człowieka licho notowanego w kartotekach jej policji, udaje się zkolei do Civita-Vecchia, mieściny, której jedynym urokiem było to, że znajdowała się opodal Rzymu. Konsulem w Civita-Vecchia miał pozostać Stendhal do końca swoich dni. I, tak jak przybywszy w r. 1821 do Paryża, wzdychał do Włoch, tak, przybywszy w r. 1830 do Civita-Vecchia, zaczyna wzdychać do Paryża. Och, jakże mu brak paryskiej konwersacji! Nawet w Rzymie, gdzie ma trochę znajomości i dokąd ucieka jak najczęściej, jakże trudno porozumieć się jest człowiekowi, który nawykł do szermierki intelektualnej, do swobodnej i śmiałej gry myśli. Czuje się na wygnaniu. Skarży się, że o nim zapomniano; utyskuje że zbyt skąpo dostaje listy z Paryża; ale bo też w owym Paryżu, gdzie wszystko gotowało się jak w kotle, któż miał czas myśleć o nieobecnym? Męczy się biedny Beyle: dość powiedzieć, że kiedy, po kilku latach, wyrwał się na urlop do Paryża, trzyma się tam rękami i nogami, używa wszystkich sposobów, aby urlop ten przedłużać - trzy lata! Tam więc, w Civita-Vecchia, smutnem portowem miasteczku, rozmawia z sobą. To jeszcze najlepsza rozrywka. Robi rachunek sumienia, sili się odpowiedzieć na wielkie pytania: czem był, czy był szczęśliwy, co czuł, co i kogo kochał? Sili się rozróżnić prawdę od pozoru. Od roku 1832 myśli już o autobiografji, którą podejmie w kilka lat potem pod tytułem Życie Henryka Brulard. Ten Pamiętnik egotysty jest jakby jej fragmentem: okres życia paryskiego między r. 1821 a 1830. Pisze gorączkowo: rękopis ów powstał w ciągu dwóch tygodni, między 20 czerwca a 4 lipca 1832 r. W tych bezładnych nieco wspomnieniach przebija rys charakterystyczny dla Stendhala; dążenie do prawdy za wszelką cenę, pasja szczerości, wstręt do wielkich słów, do konwencjonalnych lub sentymentalnych interpretacyj siebie i świata, rozmyślna oschłość, nawet brutalność. Metoda pisania ta sama: pisać przed siebie, dla samego siebie, nie poprawiać, nie odczytywać nawet rękopisu, aby uniknąć wszelkiej literackiej szminki, wszelkich ustępstw na rzecz miłości własnej. Mimo iż pisany wcześniej, ten Pamiętnik egotysty jest dalszym ciągiem Henryka Brulard, z przerwą dwudziestu lat. Stendhal nie traktuje tych zapisków jako materjału do przyszłego opracowania. Nie: adresuje je wprost do potomności, z jakąś osobliwą pasją przekazania się przyszłym pokoleniom, z przeświadczeniem o wadze takiej spowiedzi. Na pierwszej stronicy rękopisu nakreślił Stendhal co następuje: Zapisuję to studjum panu Abrahamowi Constantin, sławnemu malarzowi, z tem aby był łaskaw wręczyć je jakiemu drukarzowi, nie bigotowi, w dziesięć lat po mojej śmierci. Albo też, jeśli nikt nie zechce tego wydrukować - złożyć w jakiej bibljotece. Pamiętniki Benvenuta Cellini ukazały się w 150 lat po jego śmierci... Przeleżał pamiętnik ten nie 150 lat, ale 60 - do roku 1892, w którym ukazał się w druku. Wygrzebał go, jak wiele innych rękopisów Stendhala - jak Lamiel, jak Henryka Brulard - rodak nasz Kazimierz Stryjeński, który tyle zrobił dla kultu i znajomości Stendhala we Francji. W rękopisie tekst Stendhala roił się od dziecinnych kryptonimów, jakiemi pisarz zabezpieczał się rzekomo od urojonych rewizyj i szpiegów. I tak pisał Mero zamiast Rome, trespr? zamiast pr?tres, etc. Nowsze wydania skorygowały te dziwolągi, aby nie utrudniać czytania; czasem conajwyżej zostawiono angielskie kings zamiast "królowie". Natomiast większość nazwisk jest tutaj fikcyjna: np. Lussinge oznacza barona de Mareste, de l'Etang zastępuje nazwisko Delecluze i t. d. Ale dla polskich czytelników nie ma to znaczenia; wszystkie niedyskrecje tego Pamiętnika są nam dość obojętne; jest dla nas tylko dokumentem pisarza i człowieka. Warszawa, marzec 1933.

II

Oto portret wartościowego człowieka, z którym spędzałem wszystkie ranki przez osiem lat. Łączyło nas uczucie szacunku, ale nie przyjaźni.

Stanąłem w hotelu Brukselskim, bo tam mieszkał Piemontczyk, najbardziej oschły, twardy, najbardziej podobny do imć Rancume ( Roman Comique), jakiego kiedykolwiek spotkałem. Baron de Lussinge był towarzyszem mego życia od 1821 do 1831; urodzony w około 1785, miał w r. 1821 trzydzieści sześć lat. Odstrychnął się odemnie i zaczął być niegrzeczny dopiero wówczas kiedy zyskałem opinję człowieka dowcipnego, po okropnem nieszczęściu 15-go września 1826. Pan de Lussinge, mały, szeroki, krępy, nie widzący nic o trzy kroki, zawsze źle ubrany przez skąpstwo i obracający nasze spacery na to aby układać budżet osobistych wydatków kawalerskich w Paryżu, był człowiekiem niezwykle roztropnym. Ja, w moich romantycznych i świetnych iluzjach, widziałem genjusz, dobroć, sławę, szczęście każdego przechodnia w proporcji trzydziestu, gdy było tylko piętnaście; on zaś widział tylko sześć albo siedem. Oto, co stanowiło podstawę naszych rozmów przez osiem lat; na to szukaliśmy się z jednego końca Paryża na drugi. Lussinge, mający wówczas trzydzieści sześć albo siedem lat, miał serce i głowę człowieka pięćdziesięciopięcioletniego. Przejmował się jedynie wydarzeniami, które go dotykały osobiście; wówczas szalał, jak np. w dobie swego małżeństwa. Pozatem, stałym celem jego ironji było wszelkie wzruszenie. Lussinge miał tylko jedną religję: szacunek dla urodzenia. Pochodzi w istocie z rodziny z Bugey, która zajmowała tam poczesne stanowisko w 1500; udała się do Turynu z książętami Sabaudji, którzy zostali królami Sardynji. Lussinge chował się w Turynie w tej samej akademji co Alfieri; nabrał tam owej głębokiej złośliwości piemonckiej, nie mającej nic równego w świecie, a będącej wszakże tylko nieufnością do losu i ludzi. Odnajduję wiele jej rysów w Rzymie; ale tutaj, na przykładkę, istnieją namiętności, przytem arena jest szersza, mniej mieszczańskich małostek.

21 czerwca.

Mimo to wszystko, kochałem Lussinge'a aż do czasu kiedy się stał bogaty, potem skąpy, bojaźliwy i wkońcu nieprzyjemny w swoich odezwaniach i prawie brutalny w styczniu 1830 roku. Miał matkę skąpą ale zwłaszcza pomyloną, która mogła łatwo oddać majątek księżom. Miał zamiar się ożenić; to byłby dla matki przymus związania się zapomocą aktów, które nie pozwoliłyby jej oddać majątku spowiednikowi. Jego intrygi, manewry, podczas gdy polował na żonę, bawiły mnie wielce. Lussinge omal się nie oświadczył o rękę uroczej dziewczyny, która jemu byłaby dała szczęście, a byłaby utrwaliła na wieki naszą przyjaźń: mam na myśli córkę generała Gilly, - później panią Douin, żonę adwokata, o ile mi się zdaje. Ale generał był skazany na śmierć w r. 1815, to byłoby uraziło szlachetną baronową, matkę Lussinge'a. Cudem prawie uniknął małżeństwa z pewną puszczalską, później panią Varambon. W końcu ożenił się z kompletną gęsią, wysoką i dość przystojną, gdyby miała nos. Ta gęś spowiadała się u samego przewielebnego de Quélen, arcybiskupa paryskiego, do którego chodziła się spowiadać w jego salonie. Przypadek dał mi parę danych o amorach tego arcybiskupa, który miał wówczas może panią de Podinas, damę dworu księżnej de Berry, i później czy przedtem kochankę sławnego księcia Raguzy. Jednego dnia, nieostrożnie - to jest, jeśli się nie mylę, jedna z moich licznych wad - droczyłem się z panią de Lussinge na temat arcybiskupa. Było to u hrabiny d'Argout. - Kuzynko, każ milczeć panu Beyle, krzyknęła wściekła. Od tej chwili była moim wrogiem, mimo że z dość dziwnemi nawrotami kokieterji. Oto webrnąłem w epizod bardzo długi; ciągnę dalej, bo widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie przez ośm lat, a później trzebaby wrócić do tej wielkiej i kwitnącej baronowej, która ma blisko pięć stóp i sześć cali. Posag, pensja szefa kancelarji w ministerjum policji oraz darowizny matki, dały Lussinge'owi razem, około r. 1823, jakieś dwadzieścia dwa czy dwadzieścia trzy tysiące renty. Z tą chwilą, opanowało go jedno uczucie: obawa aby tego nie stracić. Gardząc Burbonami - nie tyle co ja, który mam zasady polityczne - ale gardząc nimi jako niezgrabiaszami, doszedł do tego, że nie mógł znieść bez ataku irytacji przejawu ich niezręczności. Widział w tem natychmiast niebezpieczeństwo dla swego dobrobytu. Codziennie był jakiś nowy tego przykład, jak można sprawdzić w dziennikach od r. 1826 do 1830. Lussinge chodził wieczór do teatru, ale nie bywał nigdzie: wstydził się trochę swego stanowiska. Co rano spotykaliśmy się w kawiarni: opowiadałem mu, czego się dowiedziałem poprzedniego dnia; najczęściej dowcipkowaliśmy na temat różnicy naszych przekonań. 3-go stycznia 1830, zdaje mi się, zaprzeczył mi jakiegoś faktu antyburbońskiego, którego dowiedziałem się u pana Cuvier, wówczas radcy Stanu, wielkiego ministerjała. Głupi ten wybryk spowodował długie milczenie: minęliśmy Luwr, nie mówiąc słowa. Miałem wówczas jedynie na najskromniejsze życie; on, jak wiadomo, miał dwadzieścia dwa tysiące rocznie. Uważałem od roku, że przybiera ze mną tony wyższości. W czasie naszych dyskusyj politycznych, powiadał mi: - Ba, pan nie masz majątku. Wreszcie zdobyłem się na bardzo ciężkie postanowienie: zmieniłem kawiarnię, nie uprzedzając go. Od dziewięciu lat chodziłem codziennie o wpół do jedenastej do kawiarni Rouen, prowadzonej przez pana Pique, poczciwego mieszczucha, oraz panią Pique, wówczas bardzo ładną, od której Maisonnette, jeden z naszych wspólnych przyjaciół, uzyskiwał schadzki po pięćset franków sztuka. Przeniosłem się do Lemblina, słynnej kawiarni liberalnej, również wPalais-Royal. Widywałem Lussinge'a już tylko co dwa tygodnie; później, nasza zażyłość, która stała się, jak sądzę, potrzebą dla nas obu, chciała się często nawiązać, ale nigdy nie miała siły. Wiele razy później, muzyka albo malarstwo, których był znawcą, były dla nas terenem neutralnym; ale cała impertynencja jego wzięcia wracała bardzo ostro ilekroć zeszliśmy na politykę i kiedy się bał o swoje dwadzieścia dwa tysiące; nie było sposobu rozmawiać. Jego zdrowy rozsądek bronił mi się zapuszczać zbyt daleko w moje iluzje poetyckie. Moja wesołość - bo stałem się wesoły, lub raczej nauczyłem się udawać wesołego - rozchmurzały jego ponurą złośliwość, a zwłaszcza jego piekielną obawę stracenia. Kiedy ja, w roku 1830, objąłem małą posadkę, zdaje mi się, ze moja pensja wydała mu się zbyt wysoka. Ale ostatecznie, od 1821 do 1828, widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie i, z wyjątkiem miłości oraz planów literackich, z czego nie rozumiał nic, gawędziliśmy szeroko o każdym moim postępku, w Tuilerjach i na wybrzeżu Luwru, które wiodło do jego biura. Od jedenastej do dwunastej rano byliśmy razem, i często udało mu się rozproszyć moje zgryzoty, o których nie miał pojęcia. No, skończyłem wreszcie ten długi epizod; ale chodziło o główną osobistość tego pamiętnika, człowieka, któremu później zaszczepiłem w tak zabawny sposób moją frenetyczną miłość do pani Azur (Alberty de Rubempré), której jest od dwóch lat wiernym kochankiem i którą - co komiczniejsze - zdołał uczynić wierną. Jestto, wśród Francuzek, najmniejsza lalka jaką spotkałem. Ale nie uprzedzajmy; niema nic trudniejszego w tej poważnej historji niż zachować szacunek dla chronologji. Jesteśmy tedy w sierpniu 1821; mieszkam z Luissingem w hotelu Brukselskim, siadam z nim o piątej przy table d'hôte, wybornym i dobrze utrzymanym przez najładniejszego z Francuzów, pana Petit, oraz przez jego żonę, pokojówkę w wielkim stylu, ale stale nadętą. Tam, Lussinge, który zawsze się obawiał (widzę to w r. 1832) przedstawić mnie swoim przyjaciołom, nie mógł przeszkodzić mojej znajomości: 1) z miłym i poczciwym chłopcem, przystojnym i tępym panem Barot, bankierem z Luneville, wówczas zajętym zbijaniem ośmdziesięciu tysięcy franków renty. 2) z pensjonowanym oficerem, dekorowanym pod Waterloo, absolutnie wyzutym z dowcipu, z wyobraźni - jeśli możebna - jeszcze bardziej, głuptasem, ale doskonale wychowanym. Człowiek ten miał tyle kobiet, że stał się szczery na ich punkcie. Rozmowy z panem Poitevin, widok jego zdrowego rozsądku, absolutnie wolnego od wszelkiej przesady wynikłej z wyobraźni, jego poglądy na kobiety, jego rady tualetowe, były mi bardzo użyteczne. Sądzę, że ten dobry Poitevin miał 1200 franków renty i posadę na 1500 franków: z tem wszystkiem, był to jeden z najlepiej ubranych młodych ludzi w Paryżu. Prawda, że nie wychodził nigdy z domu bez przygotowań trwających półtrzeciej godziny. Miał, przez dwa miesiące, zdaje mi się, przelotnie, margrabinę des Raine, wobec której później miałem tyle zobowiązań, że postanowiłem sobie dziesięć razy mieć ją, o co nigdy się nie pokusiłem, i zrobiłem źle. Przebaczyła mi moją brzydotę i należało się jej odemnie abym został jej kochankiem. Postaram się uiścić z tego długu za pierwszą bytnością w Paryżu; będzie może o tyle tkliwsza na moje hołdy, ile że młodość opuściła nas oboje. Zresztą, przechwalam się może; jest bardzo cnotliwa od dziesięciu lat, ale z musu, wedle mnie. Wreszcie, opuszczony przez panią Dar, na którą miałem prawo liczyć, winien jestem najżywszą wdzięczność margrabinie. Dopiero zastanawiając się aby móc napisać to wszystko, widzę jaśniej co się działo w mojem sercu w r. 1821. Zawsze żyłem i jeszcze żyję z dnia na dzień, nie myśląc zgoła co będę robił jutro. Bieg czasu znaczy się dla mnie jedynie przez niedziele, w które zazwyczaj się nudzę i w które wszystko widzę czarno. Nigdy nie mogłem zrozumieć czemu. W 1821 w Paryżu niedziele były wręcz okropne dla mnie. Błądząc pod kasztanami w Tuillerjach, tak wspaniałemi o tej porze roku, myślałem o Metyldzie, która spędzała specjalnie te dnie u okazałej pani Traversi. Ta przeklęta przyjaciółka, która mnie nienawidziła, była zazdrosna o kuzynkę i wmówiła w nią, sama i przez przyjaciół, że shańbiłaby się zupełnie, gdyby mnie wzięła za kochanka. Pogrążony w ponurej zadumie cały czas przez który nie byłem z mymi trzema przyjaciółmi - Lussinge, Barot i Poitevin - cierpiałem ich towarzystwo jedynie jako dystrakcję. Przyjemność oderwania się na chwilę od mojej boleści, lub też niechęć oderwania się, to były wytyczne wszystkich moich postępków. Kiedy który z tych panów podejrzewał mnie że jestem smutny, mówiłem dużo, i zdarzało mi się gadać wielkie głupstwa, zwłaszcza te rzeczy, których nigdy nie trzeba mówić we Francji, bo urażają miłość własną. Zawsze mówiłem nazbyt nieopatrznie i bez myśli, ile że wówczas rozmawiałem jedynie po to by złagodzić na chwilę piekący ból, chcąc zwłaszcza uniknąć zarzutu że zostawiłem serce w Medjolanie i że dlatego jestem smutny: to byłoby sprowadziło na moją domniemaną kochankę żarciki, którychbym nie zniósł. Musiałem uchodzić w oczach tych trzech osobników, zupełnie wyzutych z wyobraźni, za pomylonego. Dowiedziałem się w kilka lat później, że uważano mnie za człowieka ogromnie sztucznego. Widzę, pisząc to, że, gdyby przypadek lub trochę rozsądku kazało mi szukać towarzystwa kobiet, byłbym, mimo swego wieku, swojej brzydoty, etc. znalazł u nich sukcesy i może pociechę. Miałem kochankę jedynie przypadkiem w 1824, w trzy lata później. Wówczas dopiero wspomnienie Metyldy przestało być rozdzierające. Stała się dla mnie niby łagodna zjawa, głęboko smutna, która swojem ukazaniem się nastrajała mnie do myśli tkliwych, sprawiedliwych, dobrych, pobłażliwych. Była to dla mnie ciężka przeprawa, w 1821, iść pierwszy raz do domów, w których przyjmowano mnie życzliwie wówczas gdy byłem przy dworze Napoleona. Odkładałem, odwlekałem bez końca. Musiałem wreszcie przywitać się z przyjaciółmi, których spotkałem na ulicy; dowiedziano się o mojej bytności w Paryżu, zaczęto mi brać za złe moją opieszałość. Hrabia d'Argout, mój kolega (byliśmy razem audytorami w Radzie Stanu), bardzo dzielny, tęgi pracownik ale bez inteligencji, był parem Francji w 1821; dał mi kartę do sali Parów, gdzie toczył się proces gromadki biednych głupców, cierpiących na nierozwagę i brak logiki. Nazywano, zdaje mi się, ich sprawę sprzysiężeniem z 19-go czy 29-go sierpnia. Cudem doprawdy nie spadły ich głowy. Tam ujrzałem pierwszy raz pana Odilon Barot, małego człowieczka z siną brodą. Bronił jako adwokat jednego z tych biednych dudków, którzy biorą się do konspiracji, mając tylko dwie trzecie albo trzy czwarte odwagi, jakiej potrzeba na to warjactwo. Logika pana Odilon Barot uderzyła mnie. Stałem zazwyczaj za fotelem kanclerza, pana d'Ambray, o krok lub dwa. Zdawało mi się, że prowadził całą tę rozprawę dość uczciwie jak na arystokratę. Był to ton i wzięcie pana Petit, właściciela hotelu Brukselskiego, ex-lokaja pp. de Damas, ale z tą różnicą, że pan d'Ambray był mniej dystyngowany. Nazajutrz, wychwalałem jego uczciwość u hrabiny Doligny. Była tam kochanka pana d'Ambray, tęga kobieta trzydziestosześcioletnia, bardzo świeża; miała swobodę i wzięcie panny Contat w jej ostatnich latach. (To była niezrównana aktorka: często ją widywałem w 1803, zdaje mi się). Źle zrobiłem, że się nie zbliżyłem z ową kochanką pana d'Ambray; szaleństwo moje byłoby dla mnie rekomendacją w jej oczach. Uważała mnie zresztą za kochanka lub jednego z kochanków pani Doligny. Byłbym znalazł lekarstwo na moje cierpienia, ale byłem ślepy. Jednego dnia, wychodząc z Izby Parów, spotkałem kuzyna mego, barona Marcjala Daru. Upierał się przy swoim tytule: pozatem najlepszy człowiek w świecie, mój dobroczyńca, mistrz który mi udzielił, w Medjolanie w 1800, i w Brunszwiku w 1807, tej odrobiny sztuki jaką posiadałem w postępowaniu z kobietami. Miał ich dwadzieścia dwie w swojem życiu, i to bardzo ładne, zawsze to co było najlepszego pod ręką. Spaliłem portrety, włosy, listy, etc. - Jakto! jesteś w Paryżu, odkąd? - Od trzech dni. - Przyjdź jutro, brat się ucieszy. Jaka była moja odpowiedź na to przywitanie tak życzliwe, tak przyjacielskie? Odwiedziłem tych zacnych krewnych ledwie w sześć czy ośm lat później. I wstyd, iż nie pokazałem się u moich dobroczyńców, sprawił, że nie byłem tam ani dziesięciu razy do ich przedwczesnej śmierci. Około 1829, umarł kochany Marcjal Daru, ociężały już i stępiały wskutek nadużycia afrodyzjaków, o które parę razy miałem z nim sceny. W kilka miesięcy później, siedząc w kawiarni, zdrętwiałem widząc w dzienniku wiadomość o śmierci hrabiego Daru. Wskoczyłem w kabrjolet ze łzami w oczach i popędziłem pod numer 81 ulicy de Grenelle. Zastałem tam lokaja który płakał i sam płakałem rzewnemi łzami. Czułem się bardzo niewdzięczny; dopełniłem miary niewdzięczności, wyjeżdżając tegoż wieczora do Włoch, o ile mi się zdaje; przyśpieszyłem swój wyjazd; byłbym umarł z boleści, gdybym wszedł do tego domu. W tem także było trochę tego szaleństwa, które mnie czyniło tak pociesznym w 1821. Młody Doligny bronił również jednego z tych nieszczęśliwych dudków, którzy chcieli konspirować. Z miejsca, które zajmował jako adwokat, zobaczył mnie; nie było sposobu nie odwiedzić jego matki. To był tęgi charakter, to była kobieta; nie wiem, czemu nie skorzystałem z niezmiernie serdecznego przyjęcia, aby jej opowiedzieć swoje zgryzoty i poprosić o radę. Tam również byłem bliski szczęścia, bo rozsądne słowo usłyszane z ust kobiety, byłoby miało na mnie zupełnie inny wpływ niż perswazje jakie sam sobie czyniłem. Bywałem często na obiedzie u pani Doligny. Za drugim czy trzecim razem, zaprosiła mnie na śniadanie z kochanką pana d'Ambray, wówczas kanclerza. Zrobiłem dobre wrażenie i byłem głupi, żem się nie zadomowił w tem życzliwem towarzystwie: czy jako szczęśliwy czy jako nieszczęśliwy kochanek, byłbym tam znalazł trochę zapomnienia, którego szukałem wszędzie, naprzykład w długich samotnych przechadzkach na Montmartre i do lasku bulońskiego. Bywałem tam tak nieszczęśliwy, że od tego czasu nabrałem wstrętu do tych uroczych miejsc. Ale wówczas byłem ślepy. Dopiero w r. 1824, kiedy przypadek dał mi kochankę, znalazłem lekarstwo na swoje zgryzoty. To co piszę, wydaje mi się bardzo nudne; jeżeli tak pójdzie dalej, to nie będzie książka, ale rachunek sumienia. Nie mam prawie żadnych szczegółowych wspomnień z tych czasów burzy i namiętności. Codzienny widok owych konspiratorów w izbie Parów przejął mnie głęboko tą myślą: ktoś, z kim się nigdy nie mówiło, to tylko zwyczajny pojedynek. W jaki sposób żadnemu z tych dudków nie przyszło do głowy naśladować L... Moje wspomnienia z tej epoki są takie mgliste, że nie wiem doprawdy, czy to w 1821 czy też w 1814 spotkałem kochankę pana d'Ambray u pani Doligny. Zdaje mi się, że w 1821 odwiedziłem pana Doligny jedynie w jego zamku w Corbeil, a i na to zdecydowałem się aż po paru zaproszeniach.