Poniedziałek. - "To nowe stworzenie o długich włosach daje
mi się niezłe we znaki. Kręci się ciągle koło mnie, łazi wciąż za
mną. Nie podoba mi się to wcale, bo nie przyzwyczaiłem się do
towarzystwa. Lepiejby zostało sobie z innemi stworzeniami. Dzień
dziś pochmurny, wiatr wieje ze wschodu. Pewno będziemy mieli
deszcz.
"Będziemy mieli". Skąd mi się wzięło to wyrażenie?.. Ach,
prawda, to nowe stworzenie używa go bezustanku!
Wtorek, - Oglądałem okolicę. Nowe stworzenie nazywa ją
Edenem - dlaczego? - nie wiem. Powiada, że jest ona podobna do raju
Edenu. Nie jest to żadne wyjaśnienie, a poprostu kaprys i głupota.
Ja jednak w żaden sposób niczego nie mogę sam nazwać. Nowe stworzenie daje nazwy wszystkiemu, co mu tylko wpadnie w
oczy, zanim ja zdołam założyć protest, przyczem stale używa jednego
i tego samego pretekstu, że wszystko jest podobne do tego czy do
owego... Ot, naprzykład, ptak dront. Powiada, że "jest on podobny
do dronta". I natychmiast uprze się przytem, żeby ta nazwa została
mu nadaną. Koniecznie! Znudziło mi się to ciągłe spieranie się, niech więc i tak będzie. Dront! Chociaż, prawdę powiedziawszy, to jest on nie więcej
podobny do dronta, niż ja!
Środa. - Urządziłem sobie szałas od deszczu, ale i tam nie
mogłem znaleść spokoju. To nowe stworzenie i tam wlazło. A kiedy
usiłowałem je wypędzić z szałasu, to poczęło wypuszczać wodę z
dołów w górnej części głowy, któremi patrzy na świat, i wycierać je
wewnętrzną stroną swej łapy. Wydawało przy tem takie żałosne jęki,
jakie wydają niektóre zwierzęta, gdy je co boli. Pragnąłem bardzo,
aby nie umiało mówić. Tymczasem wcale tak nie jest. Ja poprostu
nigdy dotąd nie słyszałem głosu ludzkiego, to też każde nowe
niezwykłe brzmienie, zakłócające uroczystą ciszę mojej sennej
samotności, jest dla mnie fałszywą nutą i obrazą dla mego słuchu! A
tu ten nowy głos rozlega się tak blizko koło mnie, to koło mego
ramienia, to koło samego ucha, to z jednej strony, to z drugiej...
Ja zaś przyzwyczaiłem się tylko do mniej czy bardziej odległych
głosów - głosów dolatujących zdaleka, z tych rozległych,
przesiąkniętych milczeniem przestworów - do głosów Przyrody, do
wycia w lasach, do spokojnego szmeru niewidzialnych strumyków, do
miłej, słabo dźwięczącej muzyki, rodzącej się w ciszy nocy i, być
może, pochodzącej od tych jaskrawych przedmiotów, które święcą się
i lśnią na niebie. Życie moje nie jest teraz tak szczęśliwe, jak przedtem...
Czwartek. - Nowe stworzenie je zbyt wiele owoców. Wskutek
tego wkrótce, być może, zbraknie nam zapasów. "Nam" - jest to jego
słowo, ale stało się ono już mojem, tak często je słyszę! Dziś rano
mamy niezłą mgłę. Nie wychodzę na dwór na taką pogodę, ale nowe
stworzenie wychodzi. Wychodzi ono w każdą pogodę, poczem włazi mi z
brudnemi nogami prosto do szałasu i gada bez końca! O, przedtem
było mi o wiele lepiej i spokojniej.
Niedziela. - No, nareszcie minęło! Dzień ten staje się
coraz bardziej i bardziej przykrym. Przeszłego października dzień
ten wyłączono, wybierając go na odpoczynek. I bez tego miałem
przedtem aż sześć takich dni w tygodniu. Teraz znów jakieś nowe
niezrozumiałe rozporządzenie... Wydaje mi się, że mamy tu za wiele
przepisów, za wiele dekretów, ograniczeń, a zbyt mało wolności do
przejawiania swej indywidualności. (Uwaga: tego rodzaju myśli
najlepiej zachować przy sobie). Dziś rano zastałem nowe stworzenie koło drzewa zakazanego:
usiłowało ono obijać z niego jabłka, Ale nie udało mu się obić ani
jednego - nie umie ono, jak należy, rzucać kijem. Sądzę, że jabłka
zostaną na drzewie.
Poniedziałek: - Nowe stworzenie powiada, że ma na imię
Ewa. Niech tam, - nie sprzeciwiam się. Powiada, że tak powinienem
je wołać, jeśli chcę, by przyszło. Odparłem, że to pouczanie mnie
jest zbyteczne. To ostatnie słowo, jak się zdaje, podniosło mnie w
jego opinji, - istotnie, jest to pięknie brzmiące słowo, będę je
czysto powtarzać. Stworzenie powiada, że nie jest ono wcale
ono, ale
ona. Sądzę, że jest to rzecz niepewna, ale w gruncie
rzeczy, jest mi wszystko jedno. Jest mi obojętne, czem jest to
stworzenie, byleby tylko było zdała ode mnie i milczało.
Sobota, - W zeszły wtorek uciekłem od niej w nocy,
wałęsałem się przez dwa dni i urządziłem sobie inny szałas, w
nieznanem jej miejscu. Starałem się jak można najbardziej zatrzeć
swe ślady, ale ona mimo wszystko wytropiła mnie przy pomocy pewnego
zwierzęcia, które oswoiła i nazwała wilkiem. Przyszła do mnie i
znowu poczęła wydawać swe żałosne kwęki i wypuszczać wodę z dołów,
któremi patrzy na świat. Zmuszony byłem wobec tego wrócić z nią na
dawne miejsce, ale wyniosę się stamtąd natychmiast, gdy tylko
zdarzy się okazja. Ewa stale jest zajętą teraz różnemi głupstwami:
między innemi usiłuje wyjaśnić kwestję, dlaczego zwierzęta, które
nazywa lwami i tygrysami, żywią się trawą i kwiatami, podczas gdy
budowa ich zębów, według jej słów, wskazuje jakoby na to, że
powinny się one pożerać nawzajem. Jest to bardzo niemądrze, gdyż
wtedy musiałyby one mordować się nawzajem, co - o ile mogę
wyrozumieć - znaczyłoby, że w świecie powstało coś, co zwie się:
"śmierć". Tymczasem, jak mi mówiono, śmierć jeszcze nie nastała.
Pod pewnym względem żałuję, że tak jest.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI