Rozdział 4
Jonathan
Usiadłem w więziennej kapliczce. Popatrzyłem na obraz Matki Boskiej trzymającej dziecię w swoich objęciach.
- Dobrze cię widzieć w tym świętym miejscu, Jonathanie. - Ksiądz usiadł obok mnie. - Bywasz tu coraz częściej. Myślę, że w ciągu ostatnich tygodni bardzo się zmieniłeś. Jesteś tego świadomy, prawda?
- Tak. Zbyt późno zdałem sobie sprawę, że źle postępowałem. Żałuję, proszę księdza.
- To dobrze. Wiesz, powinniśmy współczuć tym, którzy nie potrafią żałować.
- Dlaczego? - spytałem.
- Umiejętność odczuwania żalu również jest drogą do odkupienia.
- Tak?
- Oczywiście - odpowiedział.
- Proszę księdza, słyszałem, że ksiądz jest tu od trzydziestu lat.
- Tak, synu.
- Kiedy ksiądz widzi takie osoby jak ja, co wtedy myśli? Jestem tego ciekaw. - Przechyliłem głowę, a on złożył ręce do modlitwy i spojrzał na ołtarz.
- Widzę jedynie człowieka siedzącego przede mną.
- Rozumiem. Mojemu synowi zawsze zależało, aby widziano w nim tylko człowieka, a nie osobę będącą synem potwora.
- Każdy z nas rodzi się i umiera jako człowiek - skwitował duchowny.
- Swoją drogą, czy odkupienie jest łatwe? - spytałem z uśmiechem na twarzy.
- Zapłatą za grzech jest śmierć, ale dzięki ofierze Chrystusa otrzymaliśmy możliwość wiecznego odkupienia. Masz więc synu całe życie przed sobą, aby odpokutować za krzywdy wyrządzone drugiemu człowiekowi. Poza tym odkupienie jest nie tylko wybawieniem z grzechu, ale także i przede wszystkim realizacją bożych zamierzeń.
- Zamierzeń? Staram się to wszystko pojąć...
- Cieszę się, że moje słowa powoli do ciebie docierają, Jonathanie. - Wstał, wyciągnął z kieszeni święty obrazek i podał mi go. - Proszę, synu. Trzymaj go, a kiedy poczujesz...
- Mam do księdza prośbę - wtrąciłem.
- Tak?
- Proszę nie mówić do mnie "synu". Nie jestem księdza dzieckiem. - Popatrzyłem na niego, a następnie podniosłem się z ławki i schowałem obrazek do kieszeni pomarańczowego uniformu.
Przeglądałem w spokoju gazetę, gdy nagle drzwi celi otworzyły się z impetem. Do środka wszedł pracownik więzienia.
- Numer sześćset sześćdziesiąt sześć, masz gościa - oznajmił.
- Ta dziennikarka nigdy nie ma dość.
- To nie ona.
- Nie? - Zaskoczony spojrzałem na strażnika.
Po chwili posadzono mnie na krześle. Przykuto do niego jak starca, który jest już zniedołężniały i nie może sam utrzymać równowagi.
- Pani terapeutka. - Uśmiechnąłem się na widok kobiety, która zajęła miejsce naprzeciwko mnie. - Wiesz, po raz pierwszy mam możliwość zobaczenia cię z tak bliska.
- Chciałabym, abyś w końcu przestał go dręczyć. Nie możesz przyznać się do wszystkich popełnionych czynów? Pozwolić mu raz na zawsze zamknąć ten rozdział życia?
- Nie. Lubię widywać moje dziecko.
- Co?
- Nie rozumiesz łączącej nas więzi. Zresztą nikt tego nie zrozumie.
- O czym ty mówisz? Chciałeś stworzyć z nim chorą relację.
- Posłuchaj, terapeutko: on mnie kocha.
- Wnioskujesz to po tym, że cię nie zabił? - spytała.
Skinąłem głową. Uśmiechnąłem się szeroko z myślą, że moje dziecko choć nienawidzi, to kocha mnie w pewien sposób, więc muszę mu się odwdzięczyć. Zrobić coś dla niego.
- Nie zabił cię, bo w przeciwieństwie do ciebie jest człowiekiem, który ma sumienie. Ma uczucia. Poza tym wydaje mi się, że odnalazł w sobie siłę. Zrobił to też z powodu miłości.
- Wiem.
- On jest zakochany - rzekła. - Powiedział mi, że pragnął widzieć cię martwego, a jednak kiedy to ostrze miało wbić się w twoje serce, w jego głowie pojawiło się tyle maleńkich obrazów, w których był szczęśliwy z ukochanym, że nie mógł tego zrobić. Nie zabił cię, bo wtedy już nigdy nie mógłby...
- Powinienem był zabić tego chłopaka - wtrąciłem. - Mój syn nadal jest słaby, a świat taki okrutny.
- Ty jesteś okrutny, ale to zrozumiałe, nie miałeś szczęśliwego dzieciństwa.
- Strażnik! - krzyknąłem. - Koniec wizyty.
Wartownik podszedł. Piętnaście minut zużył na rozkuwanie mnie.
Kiedy wstałem, wspomniałem tamtą chwilę. Zbliżający się nóż. Ostrze, które błyszczało w mroku. Pamiętam to:
- Nie mogę cię zabić. Nie potrafię - wymamrotał.
- Jesteś słaby! - podniosłem głos. Potem złapałem za jego nadgarstek. Poprowadziłem go jak tamtego dnia ta nic niewarta kobieta. - Niczego cię nie nauczyłem. - Zadałem sobie cios jego dłońmi. W końcu jakby ocknął się i zatrzymał ostatnie pchnięcie. - Emanuel!
- Nie mogę cię zabić, rozumiesz?! - krzyknął. - Nie! Ty musisz żyć!
Upadłem na podłogę, patrząc, jak mój syn zamyka powieki, a jego usta rozchylają się i nabiera powietrza, które było coraz cięższe w tym zepsutym do szpiku kości pomieszczeniu.
- Jonathanie, pozwól mu odejść - powiedziała Stephanie. - Niech mój chłopiec zazna szczęścia.
- Irytujące, że wszyscy nazywają nie swoje dzieci swoimi - skwitowałem.
Rozdział 8
Emanuel
Wbiegłem do budynku, który pachniał medykamentami zmieszanymi ze środkami do czyszczenia podłóg i do dezynfekcji wszelkiego rodzaju narzędzi i urządzeń medycznych. Szpital okropnie cuchnął. Kiedy złapałem oddech, zacząłem chaotycznie rozglądać się po białych korytarzach. W końcu dostrzegłem Amira. Stał z opuszczoną głową. Pospiesznie do niego podszedłem.
- Co z nim?
- Zemdlał. Byliśmy na spacerze. Rozmawialiśmy i nagle...
- Amir! - podniosłem głos, a nawet potrząsnąłem nim.
- Kim pan jest dla pacjenta?
Odwróciłem się natychmiast i zobaczyłem mężczyznę ubranego w biały fartuch.
- Partnerem.
- Jego mama źle się poczuła. Otrzymała leki uspakajające. Teraz odpoczywa. Aaron został podłączony do tlenu. Przyjaciel jest roztrzęsiony, więc jeśli pan chce, możemy porozmawiać. Zapraszam - rzekł, wskazując dłonią otwarte na oścież drzwi.
Kiedy znaleźliśmy się w gabinecie, od razu rozsiadł się wygodnie w fotelu. Popatrzyłem na niego.
- Co z Aaronem? - spytałem.
- W ciągu ostatnich kilku tygodni zdarzyło mu się kilkakrotnie zasłabnąć.
- Nie wiedziałem.
- Powiem wprost. Zawiodło wszystko, w czym pokładaliście nadzieje, więc powinniście zdecydować się na przeszczep. - Doktor zerknął na dokumenty znajdujące się na biurku. - To trudne. Przeszczep nie jest czymś, co można zrobić...
- Co dokładnie oznacza martwica mózgu? - przerwałem mu.
- Nie spodziewałem się takiego pytania. - Zastanowił się. - Po co chce pan to wiedzieć?
- Ostatnio wiele terminów mnie ciekawi. Proszę mi to wyjaśnić.
- Dobrze, choć nie wiem, na co panu taka wiedza. - Spojrzał na mnie. - Śmierć mózgu oznacza, że źrenice nie rozszerzają się i są nieruchome, spontaniczne oddychanie jest niemożliwe. Brakuje aktywności pnia mózgu. To stan śpiączki, w którym brak jest odpowiedzi na bodźce zewnętrzne. Serce będzie biło. Krążenie krwi może być normalne. Może być podtrzymywany pierwotny odruch rdzeniowy. Po sześciu godzinach...
- Co pan chce przez to powiedzieć? - drążyłem.
- Śmierć mózgu różni się od śmierci sercowej. Mózg może być martwy, ale serce wciąż może bić.
- Mogę się wtrącić? - spytał mężczyzna, wchodząc do pomieszczenia.
- Wiem, co powiesz - stwierdził lekarz Aarona.
- Ci, pożal się Boże, lekarze, tak zwani cudotwórcy, troszczą się o narządy dla biorcy, a osobę, której są zabierane, traktuje się jak... stary samochód. - Pokręcił głową. - Do czego doszło, aby chorego człowieka porównać do wysiadającego sprzętu. - Na twarzy mężczyzny malowała się złość. - Uważam, jak mniejszość z nas, że to, co komisja stwierdza, to powolne obumieranie mózgu, a nie śmierć człowieka. Tak naprawdę operacja pobrania narządów to odebranie życia pacjentowi...
- Dajemy życie jednemu za cenę odebrania życia innemu - podsumowałem. - Zatem śmierć mózgowa ustawia człowieka w magazynie części zamiennych?
- Tak, można tak powiedzieć. - Nieznajomy doktor zerknął w stronę opiekuna Aarona. - Tylko, uważam, że mózg nadal pracuje, choć na wolnych obrotach. Jedyne co prawidłowo funkcjonuje to krew, która ciągle przepływa. - Uśmiechnął się pod nosem. - Wtedy te hieny atakują. Szybko stwierdzają śmierć mózgową, a następnie zabierają to, co jest im potrzebne. - Mężczyzna usiadł na kanapie i powędrował wzrokiem w stronę doktora. - Oni żyją głupim przekonaniem, że pomagają ludziom...
- Pomagamy - burknął doktorek.
- Dobrze wiesz, że dawcy mogą odczuwać ból i dlatego należy ich znieczulać lub otrzymują leki zwiotczające, które rozluźnią mięśnie.
Lekarz wściekł się, a ja nadal uważnie ich słuchałem.
- Skończmy ten temat rzekę - zasugerował doktor zajmujący się moim partnerem.
- Jak długo potrwa szukanie dawcy dla Aarona?
- W ubiegłym roku na nowe serce czekało czterystu pacjentów. Niewydolność serca ma w naszym kraju ponad osiemset pięćdziesiąt dziewięć tysięcy osób. Dlatego u niektórych oczekujących na przeszczep stosujemy mechaniczne wspomaganie krążenia - oznajmił lekarz.
- Najpierw trzeba wpisać się na listę.
Spojrzałem na nieznajomego, który już wcześniej wtrącił się w naszą rozmowę.
- Listę? - Westchnąłem.
- Tak. Potem najlepsi lekarze stwierdzają, kto ma przed kim pierwszeństwo.
- Ile? - spytałem się człowieka, który ewidentnie interesował się tym tematem.
- W najlepszym przypadku rok. - Zerknął na doktora, który zaczął nerwowo bawić się piórem.
- W najgorszym?
- Proszę posłuchać, trzeba... - zaczął lekarz Aarona, jednak zamilkł, kiedy na niego spojrzałem. - W najgorszym półtora roku, nawet do dwóch lat.
- Rozumiem - rzekłem.
- Zakwalifikowałem go do transplantacji serca w trybie pilnym pięć miesięcy temu - oświadczył.
- Pójdę do Aarona.
- Oczywiście - powiedział.
Zawahałem się przed wejściem do szpitalnej sali. Spojrzałem przez szklane kwadratowe okienko znajdujące się w drzwiach. Aaron leżał na łóżku. Miał zamknięte oczy. Był szczelnie przykryty białym prześcieradłem. Koc mu się zsunął. Kiedy wszedłem do środka, dostrzegłem, jak spokojnie śpi. Wtedy naszły mnie wspomnienia:
Uśmiechnąłem się prowokująco, ale on spojrzał na mnie poważnie. W końcu przestałem zachowywać się głupkowato.
- Zrozumiem to, Emanuel - powiedział. - Nie będzie mi się to podobało, prawdopodobnie tak samo jak tobie nie bardzo będzie się widziała jakaś moja relacja z innym chłopakiem. Zrozumiem, tylko się z tym nie ukrywaj, dobrze?
- Dobrze.
- Nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic - oświadczył.
- Dobrze - rzekłem.
- Mówię poważnie.
- Chciałeś, abyśmy zostali przyjaciółmi, więc zostaniemy, Aaronie.
- To ty chciałeś, abyśmy zostali przyjaciółmi, bo to niemądre...
- Przede wszystkim niebezpieczne - wtrąciłem.
- Właśnie o tym mówię. Nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic, ale najwyraźniej nie jest to takie proste - powiedział, a ja mocno go przytuliłem.
Usiadłem na krześle. Po chwili wyciągnąłem rękę. Dotknąłem jego dłoni, a on powoli otworzył oczy. Dostrzegłem na jego twarzy uśmiech.
- To nigdy nie było proste nie mieć przed sobą tajemnic - szepnąłem.
Podniósł się z łóżka. Popatrzył na mnie zapłakanym spojrzeniem. Wstałem z krzesła, a następnie zbliżyłem się do Aarona. Wyciągnąłem ręce, a on skorzystał z zaproszenia i przytulił się. Pocałowałem go w głowę. Oplótł mnie rękoma w pasie. Chciałem porozmawiać, dlatego postanowiłem się odsunąć, ale on mi to uniemożliwił.
- Za krótko. - Westchnął. - Kocham cię, Emanuel.
- Ja też cię bardzo kocham.
Rozdział 11
Jonathan
Wszedłem do pomieszczenia z szerokim uśmiechem na twarzy. Nawet kiedy strażnik przykuwał mnie do chłodnego, metalowego krzesła mój wyraz twarzy się nie zmieniał. Po prostu czułem ekscytację na samą myśl, że będę mógł rozmawiać z kimś, kto chce zagłębić się w moim umyśle. Może odnajdzie tam odpowiedzi na dręczące mnie nadal pytania.
- Witam doktorze Saaid.
- Dzień dobry, Jonathanie.
- Miło, że ktoś używa mojego imienia częściej niż numeru więziennego. W końcu nikt nie mówi do mnie seryjny morderca. Tamta doktor Carla podchodzi do mnie jak do... śmiecia, ale wydaje mi się, że wszystkich tak traktuje. - Skinął głową. - Kto z was jest lepszym psychiatrą?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mamy inne podejście do ludzi, a przede wszystkim świata. - Spojrzał na zegarek. Następnie ściągnął go z nadgarstka, położył na stole. - Piję najczęściej zieloną herbatę. Kupuję dużo zeszytów i długopisów. Interesują mnie starocia. Mam tylko jednego przyjaciela. Czytam więcej. Lubię koty i burzę, spacerować w deszczu. Byłem tylko raz zakochany. Wierzę w Boga. Ufam w to, że ludzie mają duszę. Pasjonuje się człowiekiem pod każdym możliwym kątem. - Spojrzał w bok. - Na mojej ścianie widnieje pewien cytat: "Mieć jest tylko o tyle istotne, o ile wzbogaca twoje być."
- Święty Jan Paweł II. - Spojrzał na mnie. - Moja babka często czytała mi książki, w których spisane są myśli świętych. Była bardzo wierząca. Dużo modliła się na różańcu.
Wyciągnął ze skórzanej, czarnej teczki niedużej wielkości aktówkę. Położył ją na stole, a następnie pociągnął za zamek. Kiedy ją otworzył, dostrzegłem czarno białe zdjęcia.
- Babkę położyłeś w pozycji krzyża. Dziwie się, że nie ma na splecionych dłoniach różańca. - Położył zdjęcie na wyciągnięcie ręki.
- Zabrałem go - rzekłem.
- Pewnie nie na pamiątkę?
- Nie. Nie jestem wierzący, a jednak pewnych wyuczonych zachowań nie można się pozbyć. Kiedy kończyła biczowanie, wciskała mi do drżących dłoni różaniec.
Roześmiałem się, ale poczułem jak gdzieś głęboko we mnie kuca w kącie przestraszony chłopiec i zaczyna szlochać.
- Chłosta - powiedział pod nosem.
- Jak zwał tak zwał. Bywało postrzegane jako sposób oczyszczania duchowego - oświadczyłem. - Chciała wypędzić ze mnie diabła. Zastanawiam się, co chciano wypędzić z Chrystusa? - spytałem.
- Biczowanie w czasach rzymskich to była połowa drogi... do śmierci. Chciano wyniszczyć ofiarę. Jezus otrzymał chłostę, ale ukrzyżowanie było zakończeniem tortur. - Uważnie mi się przyglądał. - Z Chrystusa nie chciano wypędzić demona. Obawiano się go, a większość ludzi ślepo uwierzyła arcykapłanom, że chce wprowadzić zamęt w poukładany świat. Jezus umarł, aby zbawić wszystkich ludzi, którzy w niego wierzyli i tych, którzy nie wierzyli.