Rozdział 6
Emanuel
Patrzyłem w otwarte na oścież okno. Poranki robią się coraz chłodniejsze. Coraz dłużej unosi się mgła nad jeszcze ospałym miastem. Podniosłem się, a następnie usiadłem na łóżku. Kiedy zamierzałem wstać, poczułem silne dłonie obejmujące mnie w talii.
- Co robisz? - spytałem.
- Tak chciałbym zostać z tobą jak najdłużej.
- Możesz. Dziś niedziela, więc nie musisz iść do pracy.
Przylgnął całym sobą do moich pleców. Po chwili usłyszałem intensywny płacz, którego nie był w stanie stłumić.
- Każda chwila oddechu biegnie za tobą. Nie pozwala od ciebie odejść - wyznał.
- Przestań - powiedziałem. - Jesteś...
- Żałosny - wtrącił. - Nawet jeśli to żałosne lub bolesne, nie obchodzi mnie to, bo zawsze wyciągnę rękę w twoją stronę. Wszędzie pójdę za tobą - szepnął Aaron.
- Dlaczego tak bardzo się mnie uczepiłeś? - spytałem, odsuwając się od niego minimalnie.
- Ty mi to powiedz. - Otarł łzy z policzka, przy czym nadal kurczowo mnie trzymał.
- Może dlatego, że mam zaburzenia oddychania wywołane uczuciem niepokoju i tylko ty potrafisz to unormować - powiedziałem, a on rozluźnił uścisk. - Aaron...
- Zawsze będę przy tobie - szepnął, całując mnie w policzek.
Potem położył dłonie na mojej klatce piersiowej, głowę na ramieniu. To był najczulszy gest, jakiego doświadczyłem w moim całym pokrzywionym życiu. Po chwili go objąłem.
- Kocham cię - wyznał Aaron.
I to wystarczyło, bym przypomniał sobie tamten wieczór.
Klub, w którym dudniła mocna muzyka, a dym papierosów szczypał w oczy. Tłum ludzi był nie do zniesienia. Ścisk powodował dyskomfort. Kiedy w końcu wszedłem do pomieszczenia na górze, zobaczyłem Aarona z innym mężczyzną. Nieznajomy docisnął go do ściany. Nie widziałem ich dłoni. Dostrzegłem, jak w pewnym momencie mężczyzna sięgnął do szyi Aarona i przejechał wzdłuż językiem, który na pewno zostawił mokre ślady na skórze. Podszedłem, odciągnąłem faceta i bez zastanowienia uderzyłem go w twarz.
- On sam tego chciał.
Odwróciłem się i spojrzałem na pijanego Aarona.
- Wynocha! - krzyknąłem.
Potem wyciągnąłem chłopaka na zewnątrz.
- Zostaw mnie, Emanuel - wycedził.
Spojrzałem na niego. Oparł się o ścianę, a następnie zsunął się w dół. Spostrzegłem, że koszula podciągnęła mu się do góry. Ukucnąłem, chcąc poprawić mu bluzkę, ale on złapał mnie za nadgarstek.
- Wiesz, nagle powietrze tej ulicy, które obaj wdychamy, stało się obce. Czuję to, tłumiąc każdy głębszy oddech, nawet zaciskam mocno usta. Nie chcę płakać, a jednak czuję, że zaraz rozpłaczę się jak dziecko, bo mam obok siebie puste miejsce.
- Daruj sobie - rzekłem.
- Nie wiem jak ty, ale ja kiedyś kochałem i pamiętam to za każdym razem, kiedy cię widzę. Pamiętam stojących bezczynnie ludzi, którzy udawali smutek po stracie bliskiej osoby. I ty byłeś wśród nich, a po twoich policzkach spływały łzy. Ten widok sprawił, że boleśnie zapamiętałem tę ludzką czynność. I to, co u nich było notorycznym zachowaniem, w twoim wykonaniu sprawiało, że czułem każdą cząstką siebie ten ból, żal i palącą namiętność, gorycz oraz ulgę. Kiedy roniłem nawet najmniejszą łzę, pamiętałem o kimś takim jak ty.
- Przestań, Aaron.
- Twoje łzy dały mi do zrozumienia, że w moim życiu już nie będzie nikogo takiego jak ty. - Odwrócił ode mnie twarz.
Może teraz to ja zbyt mocno trzymałem go w objęciach.
- Przepraszam - rzekłem.
- Za co? - spytał Aaron.
- Że wlokę cię za sobą - odpowiedziałem. - Ile to już lat?
Aaron zmienił pozycję. Usiadł obok mnie. Mogłem obserwować jego wyraz twarzy. Uśmiechnął się, a potem uniósł lekko głowę do góry. Zastanawiał się.
- Dwanaście.
- Tak?
- Jedenaście lat temu mieliśmy krótki epizod.
- Epizod? - spytałem z uśmiechem.
- Tak. Potem poznaliśmy się w szkole, a to dokładnie dziesięć lat temu. Teraz się spotkaliśmy... Dwanaście lat ciągnę się za tobą. - Dotknął mojego kolana.
- I dlaczego? Przecież świat jest u twoich stóp, a ty zamknąłeś przed nim drzwi, bo czekasz na lepszy czas, na idealny moment, na bezużytecznego człowieka.