Pamięć - Peter Nadas

Kup ebooka

25.61 zł
21.26 zł (21,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Proza 47

Péter Nádas: Pamięć

Przekład: Elżbieta Sobolewska

Redakcja i korekta: Joanna Mueller

Na okładce: Attila Szűcs, "Red Room"

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Copyright ? 1986 by Péter Nádas

First published under the original Hungarian language title Emlékiratok könyve,

Jelenkor Kiadó, 1986

Copyright ? by Elżbieta Sobolewska, 2017

Copyright ? by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

poczta@biuroliterackie.pl

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-64-6

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Książka wydana z okazji obchodów Roku Kultury Węgierskiej 2016-2017

Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu Hungarian Books and Translations Office - Petőfi Literary Museum

Część prac nad przekładem zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Promocji Twórczości Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Urok mojej inności

Mój ostatni berliński pokój wynajmowałem u Kühnertów, daleko, na Schöneweide, na pierwszym piętrze willi porośniętej winem.

Czerwieniły się liście winogron, do poczerniałych owoców zlatywały ptaki, nadeszła jesień.

Nic dziwnego, że przypomina mi się ten pokój, od tamtego czasu upłynęły trzy lata, trzy jesienie, już więcej nie pojadę do Berlina, nie mam do kogo ani nie mam po co, dlatego właśnie piszę, że to było moje ostatnie berlińskie mieszkanie, dobrze o tym wiem.

Sam chciałem, żeby było ostatnie, ale stało się tak zupełnie niezależnie od mojej woli, aczkolwiek to bez znaczenia; i tym się pocieszam, kurując przykry jesienny katar, a mój mózg, nie będąc w stanie zająć się niczym innym, zakatarzony krąży wokół istotnych spraw i przypomina mi moje berlińskie jesienie.

Nie o to chodzi, że z łatwością przychodzi mi zapomnieć.

Na przykład o mieszkaniu na pierwszym piętrze, przy ulicy Steffelbauera.

Oczywiście nie wiem, czy może to interesować kogokolwiek poza mną samym.

Nie zamierzam pisać relacji z podróży, mogę opisać jedynie to, co należy do mnie, na przykład historie moich miłości, choć właściwie też nie, gdyż nie sądzę, abym potrafił opowiedzieć historię ważniejszą od moich osobistych doświadczeń, aczkolwiek nie wierzę już, że może istnieć coś większej wagi niż te nieistotne w gruncie rzeczy i nieciekawe wydarzenia, lub, mówiąc ściślej, nie wiem, czy może, i dlatego w to nie wierzę, i natychmiast idę na kompromis, coraz łatwiej idę na kompromis, czy będą to wspomnienia, czy cokolwiek, co mi coś przypomina, cokolwiek, co ma związek z bólem i rozkoszą, jakie łączą się ze wspomnieniami, niech będzie to coś takiego, co człowiek pisze na stare lata, niech będzie to zaczyn tego, co pewnie poczuję za czterdzieści lat, jeśli w ogóle dożyję siedemdziesiątego trzeciego roku życia i będę jeszcze cokolwiek pamiętał.

Katar powoduje, że wszystko dociera do mnie z większą siłą, żal byłoby przepuścić taką okazję.

Opowiem, dajmy na to, że do Kühnertowej przyprowadziła mnie Thea, Thea Sandstuhl, na ulicę Steffelbauera, w południowej dzielnicy Berlina, nazywanej Schöneweide, czyli "piękna łąka", która leży około trzydziestu minut od serca miasta, od Alexanderplatz, a jeśli ktoś spóźni się na zawsze punktualne połączenie autobusowe i musi czekać na deszczu, to czterdziestu albo nawet sześćdziesięciu minut.

Zorganizowała to mieszkanie czy, wyrażając się ściślej, jakoś je załatwiła.

W dniach spędzanych w towarzystwie kataru oczywiście przypomniała mi się także ona, choć dziwnym zbiegiem okoliczności wcale nie z powodu zwracających uwagę charakterystycznych rzeczy, które wyróżniały ją spośród innych: czerwonego sweterka, czerwonego puszystego płaszcza i niesamowitej ilości czerwieni obecnej w jej stroju, ani zmarszczek na dziewczęcej twarzy, delikatnych, lekko drżących bruzdek, których nie chciała niczym maskować, mimo że miała z nimi problem, co widać było po tym, jak sztywno trzymała szyję, wysuwała ją do przodu, jak gdyby mówiąc: proszę, tu jest moja twarz, taka się zrobiłam, stara i brzydka, proszę uprzejmie, a przecież też byłam piękna i młoda, możecie się pośmiać, choć to akurat nikomu nie przychodziło do głowy, bo wcale nie była brzydka, i zapewne opory, jakie budziły w niej pojawiające się zmarszczki, stały się przyczyną jej nieszczęśliwej miłości; lecz nie to przypomniało mi się w związku z Theą ani też nie to, jak siedzi w jego pokoju, czerwony fotel, białe firanki, czerwony dywan, raczej przypomniał mi się jej płacz i śmiech, wielkie, żółte od papierosów, końskie zęby, nie sceniczny śmiech albo płacz, bo ten niewiele ma wspólnego z prawdziwym szlochem, albo jak się złości i w jej zwężających się oczach widać drwinę, a sucha skóra na brodzie staje się napięta; przypomniało mi się jeszcze drzewko rosnące na dziedzińcu synagogi przy ulicy Ryke, ta sucha akacja jakoś mi się z nią kojarzyła, do pnia drzewka była przytwierdzona tabliczka z napisem "Zabrania się chodzić po drzewach", tylko że kto chce się wspinać na drzewo trzydzieści lat po wojnie, w piątkowy wieczór, na dziedzińcu synagogi we wschodnim Berlinie?, kto może na coś takiego mieć ochotę?, kiedy mówię do niej, że mam temperaturę, z oświetlonej bożnicy wylewają się na tonący w żółtym świetle podwórzec długie cienie Żydów, ona tymczasem matczynym gestem przykłada mi dłoń do czoła, ale widzę po jej twarzy, czuję, że nie sprawdza, czy mam temperaturę, ale raczej rozkoszuje się moją skórą, ciągle jeszcze młodą i pozbawioną zmarszczek.

Może właśnie dlatego zaraz zacznę głupio się tłumaczyć, że opis, który teraz nastąpi, nie jest dziennikiem podróży i że wcale nie chcę być podobny do Arno Sandstuhla, męża Thei, który pisze właśnie takie książki, ani nie chcę, żeby on był podobny do mnie, może, zdaję sobie z tego sprawę, mój brak akceptacji dla tego człowieka wynikał po prostu z zazdrości o tę niewinną pasję Arno, że sobie jeździ po świecie, a potem to opisuje, ale fakt ten z pewnością wzbudził we mnie pewne podejrzenia; stąd naprawdę wyjechać mogą tylko nieliczni, a o pasji do podróży tutejsi ludzie mogli najwyżej coś słyszeć, on tymczasem, wybraniec, o ile dobrze pamiętam, był w Tybecie i w Afryce, jednak coś każe mi sądzić, że mój bezpodstawny brak sympatii do niego nie brał się tylko z tego przelotnego podejrzenia, nie z zarzutów, jakie mu stawiałem, ani nawet z zazdrości, lecz z dwuznacznego zachowania Thei, która niechcący dotknęła sekretnego okresu mojego życia.

Kiedy pierwszy raz byliśmy u nich z wizytą, mieszkali po drugiej stronie miasta, bardzo daleko, chyba gdzieś w okolicach Lichtenbergu, nie wiem dokładnie, kiedy jechaliśmy gdzieś razem, zawsze zdawałem się na Melchiora, odkąd go poznałem, nie patrzyłem na nic innego, tylko na jego twarz, jego twarz zamieszkała w mojej twarzy, i nie starczało mi już uwagi na takie drobiazgi jak to, którędy jedziemy, on patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego; po raz ostatni spotkałem się z Theą w S-Bahnie, przypadkowo, wtedy Melchiora już nie było w Berlinie, a Thea została sama, bo Arno wyprowadził się od niej, wpadliśmy na siebie na stacji przy ulicy Friedricha, kilka minut przed północą, "znowu szlag trafił mój samochód", rozstaliśmy się przy Ostkreuz, ja musiałem się przesiąść w kierunku Schöneweide, nadal mieszkałem u Kühnertów, a ona jechała dalej, do domu, z tego spotkania wnoszę, że musieli mieszkać gdzieś w okolicach Lichtenbergu, gdzie niedzielnego popołudnia, kiedy pierwszy raz byliśmy u nich z wizytą, rozmawiałem z Arno jak pisarz z pisarzem, z namysłem, poważnie i nudno.

A stało się tak z powodu Thei, to ona sprawiła, że nasza wizyta była sztywna i uroczysta, otóż kiedy Arno, spóźniwszy się chwilę, wszedł do pokoju, a ja podniosłem się z fotela, Thea przytrzymała nas za łokcie, nie pozwalając, abyśmy podali sobie ręce; jak gdyby chciała nam dać do zrozumienia, że i bez tego coś nas łączy: "Dwaj pisarze zmagający się z kryzysem twórczym", powiedziała, nawiązując do mojego poufnego stwierdzenia, i te więzy miały okazać się silniejsze od uścisku dłoni, do którego nie doszło, gdyż to jedno jedyne zdanie bezwstydnie zdradziło przede mną cierpienia Arno i moje cierpienia przed nim, Thea jednak tym wydającym nas obydwóch gestem chciała pomóc mężowi, z moją pomocą, za moją cenę, i to spowodowało, że teraz we troje należeliśmy do siebie, że troje zaczęliśmy jechać na tym samym wozie; nie patrzyliśmy sobie w oczy, gdyż nikt nie lubi, kiedy pokazuje mu się jego sobowtóra, do którego nie jest i wcale nie chce być podobny.

Sytuacja wydawała mi się bardzo dobrze znajoma, w czym, rzecz jasna, nie było ich winy.

A Melchior tylko śmiał się z nas, dwaj głupi pisarze, istotnie musieli stanowić zabawny widok, i wtedy, ze złości albo z bólu, pomyślałem sobie, że Arno dlatego może sobie jeździć po świecie, że jest zawodowym wojskowym agentem, szpiclem, szpiegiem, tylko tak, na marginesie, możliwe jednak, że pomyślałem wówczas, iż sobie myśli: nie, nie szkodzi, ani trochę nie szkodzi, że tak o nim myślę, bo przecież on wie o mnie to, co ja chciałbym utrzymać w tajemnicy, Melchior nie ukrywał bowiem przed Theą kierowanych ku mnie spojrzeń, nie tając w ten sposób tego, co miało pozostać sekretem, że jesteśmy nie tylko dobrymi przyjaciółmi, lecz także kochankami, i że Arno z pewnością o tym wie.

W dodatku musiałem okazywać mu szacunek; po pierwsze dlatego, że był dużo ode mnie starszy, miał około pięćdziesiątki, po drugie - nie miałem pojęcia, o czym pisze, wiedziałem tylko, że przewodniki, i że jego książki ukazują się w stutysięcznych nakładach, i równie dobrze mogą to być wielkie dzieła, tak więc najbardziej oczywiste wydawało się, żebym zachowywał się z ostrożnością, uprzejmie i z szacunkiem, ale ta wzajemnie powściągliwa rozmowa, podczas której Thea, niczym urzędniczka w dzień wolny od pracy, nakrywała do kolacji, a Melchior szeptał coś na mój temat, była dla nas obydwóch krępująca.

Tymczasem Arno robił wszystko, by sprostać powierzonej mu roli, interesował się, czym zajmuję się podczas moich studiów nad teatrem, co piszę, był miły i czarujący, zażenowany swoją silniejszą pozycją, nawet w kilku słowach podsunął mi zręczną wymówkę, że przecież nie chce drążyć szczegółów, żebym tylko powiedział "tak ogólnie, rzecz jasna, inaczej przecież nie można, nie mam na myśli treści, tylko zarys", rzekł, uśmiechając się, ale bruzdy, które pojawiły się wokół jego ust, zdradzały, że częściej bywa zamyślony niż uśmiechnięty, i że nie ma zwyczaju patrzeć w oczy, jak gdyby czegoś się wstydził albo miał coś do ukrycia.

A jednak nim zdążyłem coś odpowiedzieć, spojrzał mi w oczy, i choć nie wiem, czy zaciekawiło go to, co powiedziałem, był szczery, a to musiałem docenić, ponieważ kiedy czyjś wzrok studiuje treści ukryte za słowami, ciekaw, powiedzmy, związku, w jakim moja pisarska działalność pozostaje z faktem, że będąc mężczyzną, jestem zakochany w drugim mężczyźnie, gdyż przypuszczam, że właśnie takie myśli zajmowały go podczas naszej rozmowy, kiedy więc czyjeś zainteresowanie, zapominając o rozumie, próbuje w drugim człowieku dotknąć istoty jego zmysłowości, to tę chwilę należy uznać za bardzo cenną i poważną.

Wiedziałem, że kiedyś już stałem tak naprzeciw pewnego mężczyzny, w pokoju, całkowicie zdany na jego łaskę i niełaskę.

Arno, który pozornie godził się na wszystkie szaleństwa Thei, teraz jak gdyby uciekał wzrokiem od narzuconej nam przez Theę, niewygodnej dla nas obydwojga sytuacji, nie mogłem nie dostrzec tego w jego pięknych piwnych oczach, ale bardziej byłem zajęty wspomnieniami i słuchaniem tego, co Melchior szeptał do Thei, niż tym, co powiedziałem Arno o moich pisarskich planach, i nie dostrzegłem, że dzięki jego wzrokowi wreszcie możemy być swobodni, jego oczy stały się dziecinnie ciekawe, otwarte i zachłanne, starannie dobierając słowa, albo nawet bez słów, mogliśmy sprawić, aby nasza rozmowa stała się nie tylko przyjemna, lecz także pełna treści; ale nie zrobiłem tego, nie odwzajemniłem jego spojrzenia, kiedy skończyłem mówić o sobie, o nic nie zapytałem, chciałem być uprzejmy, no i tak było mi wygodnie, po prostu powtórzyłem pytanie, które on sam mi zadał, i dopiero wtedy dostrzegłem, że powtórzone pytanie wniosło do naszej relacji obojętność, a kiedy dziwnie podnosząc do skroni obydwie dłonie, zrobił ośle uszy i skinął ręką, straciłem z nim kontakt wzrokowy.

Ten gest nie oznaczał, ma się rozumieć, niedoceniania własnej pasji czy własnej pracy, mówił raczej o zadziwieniu, urazie, rezygnacji z nadziei, że kiedykolwiek ktokolwiek go zrozumie, "Och, ja jestem tylko alpinistą", rzekł, gestykulując niczym turysta, którego pytają, jak się udała wyprawa i czy była dobra pogoda, ale jak może się udać wyprawa i jaka może być pogoda?

Oczywiście odpowiedział na moje pytania, podobnie jak ja odebrał porządne mieszczańskie wychowanie, które uczy człowieka radzić sobie z brakiem zainteresowania, kłopotliwą sytuacją czy złością, uciekł się do neutralnej pogawędki, mówił tak jak zazwyczaj berlińczycy, jak gdyby wypowiadając każde słowo, płukał usta wodą, ale ja skupiałem się na czymś innym, na tym, co Melchior szeptał do Thei, mianowicie co zrobiłem na obiad, i nawet gdybym zrozumiał, co mówi do mnie Arno, swoją postawą, pochylonymi plecami, dawał mi do zrozumienia, że to nic ciekawego, że tylko ot tak sobie mówi, zabawia mnie słowami, a ja niemal straciłem głos, bo gotowałem się z powodu zbyt prywatnych opowieści Melchiora, i chciałem dać mu znać, żeby dał sobie spokój i się zamknął!, z drugiej strony domyśliłem się, albo wydawało mi się, że się domyślam, skąd jest mi tak dobrze znana ta poorana bruzdami, mówiąca coś do mnie twarz, mogła być twarzą mojego dziadka, gdyby dziadek urodził się Niemcem, powaga, cierpliwość i pozbawiona humoru pewność siebie, twarz demokraty, o ile taka istnieje, tak więc nie tylko nie potrafiłem pojąć sensu jego słów, ale sam straciłem głos, stał przede mną jak coś, co mogę zobaczyć, a ja tylko tyle z tego wszystkiego rozumiem, że ciągle bardzo się pilnuje, pilnuje się, żeby nie powiedzieć niczego, co mogłoby być interesujące, żeby nie wprawić mnie w zakłopotanie czymś, czego musiałbym uważnie słuchać, i nim Thea skończyła nakrywać stół, zostawił mnie na środku pokoju; stałem oparty o fotel, lekko się huśtając, a Arno, prosząc o wybaczenie, wrócił do swojego pokoju.

Ładnie nakładają się na siebie jesienne obrazy.

Nigdy nie czułem się bardziej samotny.

Nigdy nie przeżywałem niczego, co wprawdzie wiązałoby się z moją przeszłością, ale ta przeszłość była jedynie daleką aluzją, aluzją do moich mało ważnych cierpień, zawieszoną w próżni, jak wszystkie chwile, które mogę nazwać teraźniejszością, wspomnienie smaków i zapachów ze świata, do którego już nie należę, mógłbym go nawet nazwać porzuconą ojczyzną, ale na próżno, nadaremnie bym go opuścił, skoro tu też nic mnie z niczym nie wiąże, tu też jestem obcy, i nawet bez znaczenia jest ten jeden jedyny człowiek, którego kocham, Melchior, on też nie potrafi mnie tu zatrzymać, jestem stracony, nie istnieję, wszystkie moje kości i chrząstki zamieniły się w galaretę, czuję, że jestem oderwany od wszystkiego, że do niczego nie jestem przywiązany, a jednak czuję się czymś, na przykład ropuchą, ciężko wtulam się w ziemię, jak oślizgły ślimak, cichutko nadsłuchuję swojej nicości, nic się ze mną nie dzieje, jak gdyby w tej nicości była moja przyszłość, a z powodu nadchodzących jedna po drugiej jesieni także moja własna przeszłość.

I tej jesieni, w ostatnim pokoju mieszkania przy ulicy Steffelbauera, gdzie przed moim oknem rosły dwa klony, jeszcze młode i zielone, w otworze po wybitej nad oknem cegle zagnieździły się wróble, powinienem już nie tylko to czuć, ale także o tym wiedzieć, tymczasem czepiałem się nadziei, że odnajdę jakieś szczególne, całkiem wyjątkowe i tylko dla mnie zrozumiałe związki, że nadarzy się sytuacja, coś, jakiś nastrój, chociażby tragedia, dzięki którym w tej nieokreślonej nicości znajdę jakieś wytłumaczenie, że znajdę coś, co będzie do uratowania, co przyniesie sens i uratuje także mnie samego, wyswobodzi mnie z tej zwierzęcej egzystencji, ale nie poprzez moją przeszłość, bo ta już mi się śmiertelnie znudziła, smak czkawki bywa dla człowieka takim mało eleganckim ostrzeżeniem, ani nie poprzez moją przyszłość, gdyż już dawno przestałem o niej myśleć, bałem się zaplanować nawet najbliższą chwilę, ale teraz czekałem na objawienie, na zbawienie, mogę się do tego przyznać, gdyż jeszcze nie wiedziałem, że wystarczy, jak znam to wielkie nic, mówiąc ściślej.

Thea, która była przyjaciółką Kühnertowej, przywiozła mnie swoim samochodem do mieszkania, w którym tak wiele czasu spędzałem sam.

Mogę właściwie powiedzieć, że cały czas byłem sam; jeszcze nigdy nie przeżywałem w ten sposób samotności w obcym mieszkaniu, wśród mebli na wysoki połysk, słońca wpadającego przez szczeliny w zasłonach, wzorów na dywanie, blasku podłogi, jej trzeszczenia, ciepła kaflowego pieca, ciepła, które czekało na wieczór, kiedy wrócą domownicy i zasiądą przed telewizorem.

Dom był cichy i tylko trochę ładniejszy od większości zniszczonych domów w okolicy Prenzlauerberg, "szare ptaki, stare berlińskie podwórka", jak napisał kiedyś Melchior w przypominającym odę wierszu, tu też znajdowały się wytoczona z drewna, pomalowana na szaro poręcz, jak w moich poprzednich berlińskich mieszkaniach, na ulicy Chaussee albo na placu Wörthera, i pokryte ciemnym linoleum drewniane schody, wokół roznosił się klozetowy zapach pasty do podłogi, tak jak wszędzie w oknach klatki schodowej znajdowały się kolorowe witraże, już tylko połowa z nich była oryginalna, bogate kwieciste wzory z przełomu wieków, druga część okna była wypełniona szkłem, jakie się wstawia w zwyczajnych drzwiach, dlatego wszędzie panował sprawiający wrażenie biedy półmrok, podobnie jak w kamienicy przy ulicy Stargarder, gdzie mieszkałem najdłużej, i przywykłem, że tak właśnie wygląda klatka schodowa, choć ciągle jeszcze nie wydawała mi się taka swojska, jak którakolwiek klatka schodowa w Budapeszcie, brakowało mi jej przeszłości, nawet jeśli ta przeszłość dawała o sobie znać w najrozmaitszy sposób, chciałem zrozumieć wysyłane do mnie znaki, choć wiedziałem, że Melchior nie będzie z tego powodu bardziej do mnie należał, a jednak kiedy po południu wracałem do domu, na klatce schodowej zawsze wyobrażałem sobie, zamiast mnie, twarz młodego mężczyzny, który kiedyś dawno przyjechał do Berlina, ów mężczyzna był dziadkiem Melchiora, i to on stał się bohaterem tej z każdym dniem coraz bardziej zawiłej historii, gdyż to właśnie on widział szklane kwiaty połyskujące w świetle podwórek, całe i nowe, kiedy przychodził do tej kamienicy i szedł na górę po schodach, widział jej geometrię, wyobrażoną przeszłość widoczną w czasie teraźniejszym.

Na dole, w ciemnej bramie, nawet w dzień należało przycisnąć błyskający czerwonym światełkiem włącznik, by zapalić światło na czas wystarczający do wejścia na półpiętro, tam trzeba było włączyć je ponownie, czasami jednak wchodziłem w ciemnościach, bo w nocy światło przycisku widoczne za dnia przypominało światło latarni morskiej na otwartym morzu, lubiłem na nie patrzeć i dlatego nie naciskałem guziczka, klatka schodowa tonęła w ciemnościach, i jeśli nawet nie wiedziałem, ile jest schodów, to ich skrzyp był wystarczającym drogowskazem, a na półpiętrach kierunek wskazywała mi czerwona lampka, więc rzadko zdarzało mi się źle stąpnąć po schodach.

W kamienicy przy placu Wörthera, w której mieszkał Melchior, robiłem podobnie, chodziłem tam niemal każdego wieczora, na drugim piętrze śledziła mnie przez wizjer w drzwiach poczciwa Hübnerowa, podobno siadała na wysokim stołku, ale jak wchodziłem w ciemnościach, nie widziała, kiedy wchodzę na górę, słyszała tylko, że ktoś idzie, i otwierała drzwi zbyt szybko lub zbyt późno.

Tu, w domu przy ulicy Steffelbauera, nie działało światło na klatce schodowej, paliło się tylko wtedy, gdy ktoś naciskał kontakt, a Kühnertowa, kiedy wieczorem szykowałem się do wyjścia i akurat była w kuchni, wychodziła, żebym nie schodził po ciemku, choć starałem się niepostrzeżenie wymknąć ze swojego pokoju, przeszkadzało mi bowiem, że o każdym moim kroku informuje Theę, która chce wszystko wiedzieć o Melchiorze, co więcej, po pewnym czasie nabrałem przekonania, że Hübnerowa też jest na jej usługach, jednak prawie nigdy nie udawało mi się wychodzić na tyle cicho, "Proszę pana! Przecież tu jestem, zaraz zapalę światło", wybiegała z kuchni i trzymała kontakt, aż zbiegłem na parter, "Dziękuję", wołałem, myśląc sobie, że Hübnerowa już czeka na drugim piętrze, bym ją grzecznie przywitał w smudze światła wydostającej się z jej mieszkania, ale w nocy, jeśli wracałem do domu, a z ulicy już nie dochodziło światło, musiałem stopami wyczuwać każdy stopień albo w świetle zapalonej zapałki patrzeć, którędy stąpam, a kiedy zapałka już się wypaliła, czułem strach, że nadepnę na coś żywego.

Melchior nigdy nie był w tej kamienicy.

Fakt, że wcześniej też nigdy nie przychodził do mojego mieszkania przy ulicy Stargarder, staraliśmy nie rzucać się w oczy, w czym zresztą miałem niezłą wprawę, nie nastręczało mi to trudności, aczkolwiek ten przymus w niemiły sposób przypominał mi przeszłość, choć raz, w niedzielne popołudnie, przed bramą, kiedy ulica Stargarder była całkowicie pusta, ale każdy przecież mógł stać ukryty za firanką, był stalowoszary listopadowy dzień, kiedy wszyscy siedzą w domu i piją kawę przed telewizorem, czuliśmy, że nie potrafimy się rozstać, i wcale nie musieliśmy się rozstawać, mogliśmy przecież zostać razem, ale już spędziliśmy ze sobą trzy dni i otaczająca nas powłoka, która odgradzała nas od wszystkich i od wszystkiego, stawała się coraz gęstsza, musieliśmy wydostać się spod niej, należało się rozstać, spędzić bez siebie choćby jeden wieczór, poza tym chciałem się wykąpać, bo w mieszkaniu Melchiora nie było łazienki, trzeba było myć się w misce albo pod kranem w kuchni, chciałem zaczerpnąć powietrza, i tylko jeszcze przed północą zbiec na ulicę i zadzwonić do niego, opierając się o chłodną szybę, usłyszeć jego głos i może nawet wrócić do niego, początkowo było tak, że odprowadzał mnie do rogu ulicy Dimitroffa, potem szedł kupić papierosy pod wiaduktem, gdzie znajdowała się otwarta jeszcze budka, ale nie potrafiliśmy się rozstać, choć próbowaliśmy na każdym rogu, wtedy odzywał się, że odprowadzi mnie do następnego skrzyżowania, albo ja go o to prosiłem, nie mogliśmy trzymać się za ręce, to byłoby śmieszne, tchórzliwe i głupie, ale coś przecież musieliśmy zrobić, nie patrzyliśmy na siebie, wreszcie on wyciągnął rękę, chcieliśmy poczuć siebie, akurat nikt nie przechodził, ale nie było mi dobrze, pragnąłem jego ust, tamtego popołudnia, przed tamtą bramą.

Kamienicę przy ulicy Chaussee też znał tylko z zewnątrz.

Był niedzielny wieczór.

Pokazałem mu moje okno, kiedy jechaliśmy tramwajem do teatru, na pustym peronie opowiadał mi o berlińskim powstaniu, ja tymczasem chciałem, i wtedy było to dla mnie bardzo ważne, żeby poznał ten dom, skoro już nie widział pokoju, w którym mieszkałem podczas pierwszego pobytu w Berlinie i który, mimo że nie miał o tym pojęcia, odegrał w jego życiu bardzo ważną rolę, tymczasem Melchior, choć moja przeszłość nie była mu obojętna, zdecydowanie odmówił, nie mógł postąpić inaczej.

Już drugi miesiąc zajmowałem mieszkanie przy ulicy Steffelbauera, przyzwyczaiłem się do niego i w pewnym sensie nawet je polubiłem, kiedy któregoś poranka Kühnertowa, paląc w piecu, oznajmiła, że przed południem przyjdą elektrycy naprawić światło na klatce schodowej, będą jej szukać, tymczasem ona nie może na nich zaczekać, i czy ja będę w domu, czy będę w domu?, "Tak", odpowiedziałem, leżąc w łóżku, Kühnertowa klęczała przed piecem i tak jak zawsze, kiedy wykonywała jakieś prace domowe, podśpiewywała pod nosem; zazwyczaj byłem w domu, poza późnymi wieczorami; bo ona jest gospodynią budynku, powiedziała, i w takich wypadkach właśnie do niej się zwracają, i żebym im powiedział, że nie mogła zostać w domu, "w sumie nie wiem, co oni sobie wyobrażają i o co w tym wszystkim chodzi", ale żebym im wytłumaczył, w czym rzecz, co się popsuło, i żebym ich, "świntuchów!", nie wypuszczał, aż naprawią.

Byłem w domu całe przedpołudnie, czekałem na telefon od Melchiora, mieliśmy dla siebie już tylko kilka dni, ale nie zadzwonił, nie przyszli też elektrycy.

Gdyby się odezwał, na dworze była cudowna pogoda, bezchmurne niebo, słońce i cisza; rano palili tylko w dużym pokoju, tym znajdującym się najbardziej w głębi mieszkania, a noce były zimne, czasami temperatura spadała poniżej zera, no i wtedy palili także w moim pokoju; z przedpokoju przechodziło się do jadalni, a stamtąd do dużego pokoju, mój tymczasem znajdował się w przeciwległym skrzydle mieszkania, wchodziło się do niego z długiego i ciemnego korytarza łączącego ze sobą kuchnię i przedpokój, z niego można było jeszcze przejść do dwóch sypialni; drzwi więc, poza tymi prowadzącymi do dużego pokoju i do mnie, całkiem niepotrzebnie zostawiałem otwarte, żebym szybko usłyszał dzwoniący telefon i mógł zaraz podbiec, gdyby Melchior zadzwonił, był dobry czas na wycieczkę albo dłuższy spacer, i gdybym stojąc w pokoju Kühnertowej, rozmawiał z nim przez telefon, zaproponowałbym, żebyśmy pojechali nad Müggelsee, jest piękna pogoda, powiedziałbym, patrząc z ciepłego pokoju na zimne słoneczne światło, i pewnie powiedziałbym też, że nie pojadę z nim do jego matki, bo tylko po to by mnie tam ze sobą zabrał, żeby ułatwić sobie pożegnanie, musiał pożegnać się z matką, zobaczyć się z nią, być może po raz ostatni, w taki sposób, żeby niczego się nie domyśliła, a ja nie potrafiłem sobie wyobrazić, że w tej nieogrzewanej sypialni już nigdy nie położy się razem ze mną do swojego, stojącego tam od lat jego dzieciństwa, łóżka, wydawało mi się to niemożliwe, żeby wszystko skończyło się raz na zawsze.

- Naprawdę tutaj spałeś? I łóżko stało w tym samym miejscu? A ta plama na suficie, wtedy też była tam ta plama?

Śmiał się z moich pytań, jak gdyby nie potrafił sobie wyobrazić, że tutaj coś może się zmienić, a niezmienność istniejącego stanu rzeczy może kogokolwiek zadziwić, nie, sprawy nie zmieniają się tak łatwo, a jego matka, której na pamiątkę zmarłej w połogu babci też dano imię Helena, również postarała się, by nic się tu nie zmieniało, i żeby to ona mogła dać swojemu synowi pewne schronienie; ale niezależnie od tego, Melchior miał powody, by żyć po swojemu, gdyż kiedy jeszcze mnie nie znał, opowiadał nie bez dumy, było mu niemal obojętne, z kim się wiąże, po prostu nie było mu potrzebne poczucie bezpieczeństwa, nie przebierał, a nawet może powiedzieć, że najbardziej byle jakie związki sprawiały mu największą radość, a żeby w jego pełnym zmian życiu coś mogło być naprawdę stałe, wypracował sobie wyrafinowane wyczucie smaku, ascetyczne i oszczędne, w swoich niedostępnych, hermetycznych wierszach jawił się jako ktoś niewymagający i nieporuszony, a tutaj, cokolwiek by się działo, mógł wracać na każdy weekend, w walizce przywoził brudne ubrania, bo tutaj wszystko było tak jak dawniej, a matka upierała się, że nadal będzie mu prać, "tylko ta plama, ta plama zrobiła się później", jego śmiech niewiele znaczył, był lekkim, pozbawionym znaczenia chichotem, i ten wieczny uśmiech w jego oczach, chyba że wiedział, że nikt na niego nie patrzy.

Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że w niedzielę rano, kiedy obudzi mnie dźwięk dzwonu dochodzący przez małe okno rodzinnego domu, będę sam i nie będę czuł zapachu jego skóry mieszającego się z wonią pachnących w zimnym pokoju jabłek i słodkim zapachem ciastek pieczonych do niedzielnej kawy, jabłka leżały na szafie w równym rzędzie, lukrowane ciasteczka czekały popołudnia na marmurowym blacie kredensu, a okno zawsze było otwarte i smutne, kiedy nieostrożnie powiedziałem, że lubię jego pot, popatrzył na moje czoło i na moje usta, lubił go także mój nos, i jak gdybym sprawił mu ból, przytulił mnie, "jego smak, zapach i to, że go czuję", wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk, myślałem, że się śmieje, ale to był krótki, suchy szloch, a potem wyrwał się z niego zduszony, skomlący głos przerażenia, na skrzypiącym łóżku w sypialni w mieszkaniu przy placu Wörthera.

Wyobrażałem sobie drogę usłaną kolorowymi liśćmi biegnącą wokół jeziora Müggelsee, spokojne, gładkie lustro wody, szelest naszych kroków na miękkich od porannej mgły liściach, i dlatego właśnie chciałem poprosić, żebyśmy tam pojechali, bo może tam bym go namówił, żeby zmienił zdanie, choć przecież wiedziałem, że to niemożliwe, cudowna jesień!, czy żebyśmy poszli chociażby do zoo, skoro wyjazd na spacer nad brzeg jeziora Müggelsee był dla niego zbyt daleki lub zbyt kłopotliwy, bo jeśli wierzyć fotografiom, którym przyglądałem się, jadąc S-Bahnem, jeżeli można im wierzyć, to tam też jest las, z małymi, cienistymi dróżkami, i jeszcze tam nie byliśmy, choć wybieraliśmy się niejeden raz, i wyobrażałem sobie też, że zabiorę nóż z kuchni Kühnertowej i na tym spacerze go zabiję.

W tym ostatnim berlińskim mieszkaniu wstawałem późno czy, mówiąc ściślej, budziłem się dwa albo trzy razy, aż wreszcie udało mi się wstać, czasami dopiero około południa.

Najpierw był hałas o świcie, kiedy doktor Kühnert przechodził przez cały przedpokój pomiędzy ich sypialnią a łazienką, przed moimi drzwiami, naciągałem wtedy poduszkę na głowę, żeby nic nie słyszeć; szedł do łazienki, najpierw robił siusiu, dobrze słyszałem krótki, ostry plusk, poprzedzający długi, potem słabnący i nagle przerywany odgłos strumienia, ściana była cienka, wiedziałem więc, że celuje w dół, do miski, tam gdzie nawet po spuszczeniu wody ciągle jest woda, próbowałem czegoś takiego w dzieciństwie, i w pewnym sensie wzbudzało mój podziw, że ktoś jeszcze w wieku pięćdziesięciu lat, poważny profesor, zabawia się w ten sposób, ale kiedy najpierw było słychać tylko cichy stukot, a mocz, rozpryskując się, tępo uderzał o porcelanę, wiedziałem, że będzie się wypróżniał.

Samo prukanie jeszcze tego nie znaczyło, kiedy bowiem puszczał bąki na stojąco, podczas siusiania, miały one całkowicie inne brzmienie, niż kiedy siedział, a ich dźwięk wzmacniała wypukłość muszli, pomyłka nie wchodziła w rachubę, poduszka niewiele tu pomagała, ściana przenosiła jego stękanie, westchnienia ulgi i szelest papieru, nadsłuchiwałem, jak gdyby sprawiało mi to przyjemność, jak gdybym sam siebie zadręczał, że nie potrafię i nie chcę zamknąć uszu, tak jak człowiek może zamknąć oczy albo usta, ale uszy może tylko zatkać palcami, uszy same się nie zamykają; jednak to jeszcze nie był koniec, szum wody stanowił tylko kilkusekundową przerwę, i gdybym nie wiedział, co zaraz nastąpi, może miałbym wystarczająco dużo czasu, żeby ponownie zasnąć, lekko zapaść w sen, gdyż w tych nocnych i porannych przebudzeniach trudno było odróżnić sen od jawy, choć coraz mroczniejsze postacie ze snów nie bały się nawet zapalonej lampy, miały twarze, ręce, i oddalały się najwyżej o tyle, by nie można było ich dosięgnąć, skakały na półki, pomiędzy książki, albo odwrotnie, linie pokoju wdzierają się w sen, widzę nawet okno, ale to już jest okno ze snów, drzewo, otwór po brakującej cegle, w którym mieszkają wróble, zaczynałem być spięty, bo wtedy Kühnertowa stawała przed lustrem, pochylała się nad umywalką, zaraz nad moją głową, wydmuchiwała nos w dłoń, woda szumiała, Kühnertowa charkała, a zebraną flegmę wypluwała na mnie, do umywalki.

O siódmej obudziło mnie pukanie, "Tak, proszę", mówiłem wtedy głośno w obcym języku, co znaczy, że najpierw chciałem po węgiersku powiedzieć to, co za chwilę mówiłem po niemiecku, i Kühnertowa, podśpiewując, wkraczała, by napalić w piecu.

Wieczorami po mokrym dywanie opadłych liści platanów chadzałem do teatru, podeszwy moich lakierków często nasiąkały wodą.

Melchior już zniknął z mojego życia.

Berlin czekał na mnie szary i mokry.

Po przedstawieniu poszedłem do mieszkania przy placu Wörthera, było zimno, i choć w świetle lampy zasłony straciły już purpurową czerwień, nie zapaliłem świec.

Na dworze padał deszcz.

W każdej chwili mogła pojawić się milicja i wyważyć drzwi.

W kuchni szumiała lodówka.

Nazajutrz wyjechałem i ja.

W Heiligendamm świeciło słońce, i właściwie nie rozumiem, co się tam ze mną wydarzyło.

Gdybym lekkomyślnie dobierał słowa, mógłbym nawet powiedzieć, że byłem szczęśliwy, a w tym uczuciu niewątpliwą rolę odgrywały morze, podróż i to wszystko, co ją poprzedzało, i śliczne małe miasteczko, nazywane z pewną dozą przesady "białym miastem morza", gdyż po obydwu stronach pokaźnego domu zdrojowego mieściło się kilkanaście piętrowych willi, ustawionych w półkolu, frontem do morza, i wszystko było naprawdę białe, białe były żaluzje, teraz zamknięte, białe były ławki na zielonym trawniku, biały był portyk z ustawioną w rogu wieżą krzeseł, przeznaczonych dla grającej w lecie orkiestry, białe były ściany między przyciętymi równo ciemnozielonymi bukszpanami i strzelającymi w niebo czarnymi sosnami, ale najważniejsza była chyba złudnie cudowna pogoda i cisza.

Mówię "złudnie", gdyż świszczał wiatr, a wielkie fale uderzały o brzeg, stalowoszare, silne, wzbijające białą pianę fale, a mówię o ciszy, gdyż pomiędzy dwoma uderzeniami czujne zmysły zapadały się w przepaść pomiędzy falami, w pełne napięcia oczekiwanie, i wydawało się zbawienne słyszeć głos siły przeistaczającej się w ciężar; wieczorem zaś, kiedy wychodziłem na spacer, wszystko było wzniosłe, świecił księżyc stojący w pełni, nisko nad samym morzem.

Szedłem wzdłuż grobli do Nienhagen, do sąsiedniej miejscowości, po stromej stronie grobli huczało morze, po drugiej rozciągało się nieme trzęsawisko, a jedyną żywą osobą pomiędzy żywiołami byłem ja, po południu skończyły mi się papierosy, a ponieważ Nienhagen, chronione od wiatru przez Gespensterwald, czyli "las upiorów", było niedaleko, zapałką złamaną na pół zmierzyłem na mapie odległość, mogłem tam dojść na piechotę; co pewien czas moje oślepione wiatrem oczy dostrzegały błyski latarni morskiej, zaplanowałem sobie, że właśnie tam kupię papierosy, a nim ruszę w drogę powrotną, napiję się gorącej herbaty; wyobrażałem sobie, że przy stole w spokojnej gospodzie siedzą sobie rybacy, palą się świece, wyobrażałem sobie, jak tam wchodzę, nietutejszy, widziałem odwracające się ku mnie twarze i moją własną twarz.

Najwyraźniej i najzwyczajniej szedłem przed sobą, stąpając lekko, a ciężkimi krokami podążałem za sobą.

Jak gdyby źródłem cierpienia było to rozdwojenie, jak gdybym to nie ja nie mógł go znieść, ale moje ciało.

Wiatr wdzierał się pod mój szeroki płaszcz, pchał mnie naprzód, przed siebie, i choć wychodząc, założyłem na siebie wszystkie ciepłe ubrania, było mi zimno, niby nie czułem chłodu, ale się bałem, wiedziałem, że w taką pogodę człowiek marznie, chyba że oszukują go łaskawe zmysły; w innych okolicznościach może bym nawet zawrócił, zwyciężyłaby obawa, takie powroty zawsze z łatwością tłumaczyłem tym, że jest zbyt zimno i boję się przeziębienia, to zbyt wysoka cena za taką bezsensowną nocną wyprawę, ale teraz nie potrafiłem się oszukać: jak gdyby nagle zmieniał się mój własny obraz, który dzięki wielkiej samodyscyplinie człowiek tworzy z trudem, by otoczenie zaakceptowało go, i żeby tę karykaturę sam uznał za prawdziwą, gdyż to byłem ja, funkcjonowały tu wszystkie moje znajome nawyki, a jednak coś było inaczej, czułem jakąś szczelinę, nawet niejedną, szczeliny, przesunięcia, przez które można było dostrzec jakąś obcą istotę.

Kogoś, kto dawno temu, ale jednocześnie dziś, przyjechał do Heiligendamm i wieczorem udał się do Nienhagen.

Jak gdyby to, co kiedyś nastąpi, zdarzyło się przed pięćdziesięciu, siedemdziesięciu, a może nawet stu laty.

Nawet jeżeli nic się nie wydarzy.

Poczucie, że rozpadam się na dwie osobowości, było nowe, podniecające, niemal przyprawiające o szaleństwo, a jednak przyjmowałem je ze spokojem człowieka doświadczonego, jak gdybym był starszym od samego siebie o pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, a nawet sto lat miłym staruszkiem, który wspomina swoją młodość; w czymś takim nie ma jednak niczego dziwnego ani mistycznego, a że nie miałem odwagi zażyć proszków nasennych, które od lat noszę ze sobą w małym okrągłym pudełeczku, choć przecież nie potrafiłem sobie wyobrazić bardziej poetyckich okoliczności śmierci, więc żeby coś zrobić, za pomocą wyobraźni musiałem oddalić się od samego siebie, uwolnić się od swoich niejasnych uczuć, gdyż to, co uznawałem za przyszłość tej obcej istoty, nie było niczym innym jak moją przeszłością i teraźniejszością, wszystkim, co już się wydarzyło albo się wydarzy.

Nadzwyczajność sytuacji brała się z mojego stanu emocjonalnego, z tego, że nie potrafiłem utożsamić się ani z jednym, ani z drugim, jak gdybym był aktorem grającym w romantycznych dekoracjach, a moja przeszłość była jedynie trywialnym wytworem mojej wyobraźni, podobnie jak będą nią moja przyszłość i wszystkie moje namiętności, wszystko to można by zabawnie odnieść do mojej przyszłości albo historycznej przeszłości, jak gdyby nigdy się nie wydarzyło, a jeśli się wydarzyło, to bardzo dawno, wszystko ze wszystkim może się zamieniać, moja fantazja przechwytywała chaos przesuwających się płaszczyzn życia i przemieszczała je w sferę codziennych kłopotów, którą mogłem określić jako mnie samego, kogoś, za kogo chcę być uważany, ale kim nie jestem.

Jestem wolny, myślałem wówczas.

Moja wyobraźnia tylko nieudolnie i przypadkowo wybiera z mojej nieskończonej wolności małe szanse, by stworzyć taki obraz mojej osoby, który będzie podobał się innym i który uznam za własny, sądziłem.

Dzisiaj już tak nie uważam, ale wówczas ta świadomość okazała się silna i jednoznaczna, z taką ostrością widziałem tę istotę, tak różną od moich wszelkich wyobrażeń, szła ze mną, a ja szedłem z nią, marzła, a ja bałem się za nią, że będę musiał się zatrzymać, musiałem przyklęknąć, by podziękować za tę chwilę, choć moje kolano właśnie teraz nie chciało pokornie się ugiąć, raczej pragnąłem zachować się neutralnie, jak gdybym był kamieniem, jednocześnie nim nie będąc, ale i to mi nie wystarczało, choć nawet przymknąłem oczy, by zostać chorągiewką na wietrze.

Księżyc stał tak nisko, że wydawało się, iż można go dotknąć, że jest na wyciągnięcie ręki, linia horyzontu odbijała się w bladym świetle, które nie zaznaczało nerwowo zmieniającej się linii fal, jak gdyby była tam woda gładka jak lustro, to też złuda perspektywy, pomyślałem, jak gdyby po drugiej stronie grobli, na bagnach, światło nie miało w czym się odbijać, nie było tam ani powierzchni, ani ostrza, w których mogłoby się odbić, i wreszcie zginęło, skończyło się, i mimo że wytężałem wzrok, nie byłem w stanie niczego dostrzec, nie było tam ani ciemności, ani czerni, tam ziała pustka.

Po południu przyjechałem do Heiligendamm, trochę przed zmierzchem, kiedy zaszło słońce, a księżyc stał już wysoko.

Panowała cisza.

Jak gdyby nawet wiatr się zatrzymał, zawrócił nad groblą, jak gdyby wcale nie było wiatru.

Pokrywa ją trzcina i sitowie, albo udając, że to zwyczajna gleba, porasta trawą.

Kiedyś zabawiałem się myślami o upiorach, teraz jednak ta pustka wydała mi się przerażająca.

Wówczas, wiele lat temu, i o tym, aczkolwiek bardzo chciałbym tego uniknąć, później będę musiał sporo powiedzieć, kiedy niespodziewanie pojawił się jakiś cień, ruch albo hałas, za moimi plecami wołał mnie po imieniu, mówił do mnie albo wraz ze mną milczał, stawał się ucieleśnieniem moich obaw, teraz jednak skamieniały opadał nad bagnem, nie poruszał się, nie wydawał z siebie żadnego głosu ani nie rzucał cienia.

Tylko mnie obserwował.

Stał nad bagnem, pusta powłoka, obca, tak określiłby to ktoś, kto tu zabłądził, z ironią, i ta ironia nie była przyjemna.

Fakt, że nie przerażał mnie, a raczej dyscyplinował, jego siła leżała w tym, że nie pozwalał szaleć mojej rozbudzonej wyobraźni, szykującej się do galopu, pragnącej wymyślić własną historię, ale pragnął tego daremnie, gdyż jednoznacznie dawał mi do zrozumienia, że to on przesunął w moim ciele płaszczyzny czasu, że to on otworzył w mojej duszy szczeliny, w które będę mógł zajrzeć, a jeśli już nie mam wystarczająco dużo humoru albo siły, by umrzeć, to zawsze będę czuł ból, że tu jest, poza mną, i w każdej chwili może mnie dosięgnąć i dotknąć moich niezbędnych do życia narządów, a od nich, choćbym bardzo tego chciał, nie mogę przecież się uwolnić, ja też nie mam ich więcej jak jeden albo dwa, swojego istnienia nie mogę zastąpić fantazją, żebym się nie oszukiwał i nie wierzył, że taki księżycowy, nadmorski pejzaż może uczynić mnie wolnym i szczęśliwym.

Wtedy już stałem, jak ktoś, kto dopełnił koniecznego obrządku, i odruchowo strzepywałem kurz z kolan. Co do strzepywania kurzu, to bezskutecznie się tu tłumaczę, że to tylko wpojone umiłowanie porządku, czuję, że jestem śmieszny i fałszywy; szybko się odwróciłem, czy nie zrobię lepiej, jak w porę wrócę do domu, zamiast iść do restauracji, w której po południu, w sali pełnej kanap, oddzielonej szklanymi drzwiami, tak przyjemnie było coś zjeść, gdzie mogłem kupić papierosy i wypić herbatę, i która jest otwarta do godziny dziesiątej, gwizdał wiatr, chciałem wrzeszczeć razem z nim, rzucić się na kamienie, ale odszedłem już bardzo daleko od świateł Heiligendamm, nawet nie spostrzegłem się, jak daleko, i jakbym znalazł się wyżej, ponieważ gdzieś na dole kilka maleńkich wibrujących światełek kazało mi się domyślać, że są tam jakieś domy, tak samo wstydziłem się swojej ucieczki, jak pusty wzrok moczarów boleśnie muskał moje plecy.

Wyobraziłem sobie, że idę naprzód.

Nie umiałem iść w taki sposób, aby jedna połowa mojego ciała, a zwłaszcza plecy, nie czuła jego dotyku.

A gdybym tak zszedł na sam brzeg?

Kiedy jednak w mojej głowie zrodził się ten pomysł, całkiem zresztą niepotrzebny, gdyż piana wzburzona w żółtawym świetle księżyca dochodziła aż do stóp grobli, moja przesunięta połowa tylko śmiała się z tego, że tamta druga, w nadziei, że kamienna grobla ją ochroni, chciała uniknąć czegoś, co musi zaakceptować, gdyż kiedy zrodził się ten pomysł, szła z nią jakaś postać, to nie był upiór, ale zwykłe wyobrażenie młodego mężczyzny, który wchodzi przez tamte szklane drzwi, rozgląda się, ich wzrok spotyka się ze sobą, a promienie słońca wpadają do sali.

Znów musiałem się odwrócić i ruszyć w stronę Nienhagen.

To jest coraz bardziej śmieszne, pomyślałem.

Byłem tu i wyobrażałem sobie, że mnie tu nie ma, szedł ze mną stary mężczyzna, którym kiedyś zostanę, jak dożyję, a z nim jego młodość, stary człowiek wspominający młode lata nad brzegiem morza, który doskonale odpowiadał moim literackim celom; sala z kanapami, filiżanka z kawą na stole przykrytym białym adamaszkowym obrusem, którą właśnie podnosi do ust, szedł też z nami młody mężczyzna, który rano w restauracji, trzymając rękę na oparciu swojego krzesła, radośnie i uprzejmie pozdrowił wszystkich jedzących przy wspólnym stole, ale jego, żeby lepiej mu się przyjrzeć, gdyż to on był tym, kto w gruncie rzeczy najbardziej mnie interesował, natychmiast odesłałem z powrotem do drzwi, w których się pojawił, gdyż czułem, że to on będzie tym, kto całkowicie należy do mnie, gdyż on nie istnieje, no i poza nami był tam jeszcze ktoś, kto nas obserwował i od kogo zapewne dostałem w zamian tego jasnowłosego młodzieńca, gdyż sam pozwoliłem, bym stał się narzędziem jego siły.

Zapewne to była chwila, w której zawarłem to nawiązywane od wielu lat porozumienie z samym sobą, bo gdy dziś, mając świadomość wszystkich tego konsekwencji, jako smutny mędrzec wyobrażę sobie to, co niemożliwe, mianowicie to, co by było, gdybym idąc za głosem moich obaw, nie podążył do Nienhagen, ale zawrócił, i jak każdy zdrowo myślący człowiek usadowił się wygodnie w swoim hotelowym pokoju, wtedy, być może, moja historia potoczyłaby się zwyczajniej, wtedy te zawiłości i wybryki, których pełne było moje życie, posłużyłyby mi za drogowskaz mówiący, czego mi nie wolno, może wówczas z trzeźwym i zdrowym uczuciem odrazy zdusiłbym rozkosz, którą ofiarował mi urok mojej inności.

Popołudniowy spacer

Kiedy poprzedniego dnia przyjechałem po południu do Heiligendamm, byłem zbyt zmęczony, by się przebrać i zejść do jadalni na wspólny posiłek, zamówiłem kolację do pokoju i odłożywszy przedstawienie się gościom na następny dzień, szybko położyłem się do łóżka.

Ale nie potrafiłem zasnąć.

Jak gdybym leżał w wielkim, mrocznym, ciepłym i miękkim czepku, na który ze wszystkich stron napierają morskie fale, i choć nad moją głową bezustannie przewalała się wzburzona woda, a piana wciskała mi się do oczu, czułem się bezpiecznie, spoczywając w tej miękkości.

W hotelu panowała głęboka cisza.

Zdawało mi się, że na dworze szaleje wichura, jednak strzeliste korony czarnych sosen trwały w bezruchu przed oknem.

Przymknąłem oczy, zacisnąłem powieki, by nic nie widzieć, i nagle wydało mi się, że znów leżę w przepastnym mroku czepka, w którym tylko dlatego nie panują zupełne ciemności, że rozświetlają go obrazy, pojawiają się i nikną, widzę na nich siebie, odbiera mi to spokój, widzę sceny, o których sądziłem, że już nie powinienem ich pamiętać, gdyż chciałem o nich zapomnieć, na łóżku, na którym teraz śpię, śpi mój ojciec, leży na wznak, a przecież wiem, że wtedy spał nie na łóżku, ale na wąskiej kanapce w salonie, na podłodze stoją jego buty, samotne i pozbawione nóg, leży z nieprzyzwoicie rozłożonymi udami, pochrapuje, przez zamknięte żaluzje przedzierają się promienie zachodzącego słońca, smugi światła krzyżują się z podłużnymi deskami podłogi, czuję, jak ten widok wyrywa mnie z czeluści snu, nie mogę na to wszystko patrzeć, brakuje mi powietrza i brakuje mi światła, poruszające się w rytm oddechu ciało ojca zmienia przeszłość w bliską i bolesną teraźniejszość, nagle jestem wśród ciemności, widzę siebie, jak pojawiam się i znikam w świetle lampy, zbliżam się sam do siebie znaną mi, mokrą ulicą, może nawet jest to aleja Schönhauser; wieczorem, w przeddzień wyjazdu, kilka minut po północy, kiedy z uczuciem wewnętrznej pustki wracałem od mojej przyjaciółki Natalii Kaszatkiny, przystanąłem na Senefelderplatz przed miejskim szaletem, zbliżał się ku mnie odgłos moich własnych kroków, wzmagał się i cichł, ciemna budka ukryta wśród łysych krzewów dyszała hałaśliwie, wiatr trzaskał drzwiami, zamykał je i otwierał w rytm mojego oddechu, i dopiero kiedy drzwi szeroko się otworzyły, zobaczyłem wysokiego mężczyznę, który, kiedy wreszcie udało mi się wejść do środka, z uśmiechem wyciągnął ku mnie różę.

Fioletowoniebieską różę.

Nie chciałem jej dotykać, musiałem jak najdalej odsunąć od siebie ten obraz, pragnąłem odpocząć w spokojnej, jasnej pustce; i nagle do mojej kryjówki wślizgnęła się niepostrzeżenie moja narzeczona, gwałtownym ruchem zerwała z głowy kapelusz z woalką, ciężkie rude włosy opadły na ramiona, z niebywałą siłą dyszała mi prosto w twarz, a jej oddech był cuchnący i przykry.

Usłyszałem trzask zamykających się drzwi.

Przerażony zerwałem się ze snu.

Drzwi do sypialni były otwarte, w salonie lśniły śnieżnobiałe meble.

Nie widziałem okna ani sosen za oknem, kotary były zasłonięte, nie słyszałem szumu wiatru, tylko głos morza dochodzący z oddali, okna mojego pokoju wychodziły bowiem na park.

Jakby trzasnęły drzwi miejskiego szaletu, a przebudzenie było ostatnim taktem snu.

Z korytarza dochodził odgłos szybkich kroków, ktoś zaszlochał w sąsiednim pokoju albo głośno krzyknął, ściany musiały być wyjątkowo cienkie, wreszcie coś upadło na podłogę, może czyjeś ciało!

Daremnie nadsłuchiwałem, już nic więcej się nie wydarzyło.

Bałem się poruszyć, skrzypnięcie łóżka czy szelest kołdry mogły unicestwić chwilę, nieostrożny ruch mógł stłumić odgłosy morderstwa, ale za ścianą panowała cisza.

Nie miałem pewności, czy to wszystko przypadkiem mi się nie śni, często bowiem budzimy się ze snu, choć wcale się nie budzimy, lecz śnimy dalej, pogrążając się w coraz głębszym śnie, poza tym jak gdybym kiedyś już słyszał ten szloch czy krzyk, odgłos upadającego na podłogę ciała, i znów przypomniał mi się ojciec, i choć miałem otwarte powieki, oczyma wyobraźni widziałem, jak rzuca się przez sen, szarpie, spada z kanapy na lśniącą podłogę, wtedy, dwadzieścia lat temu, kiedy popołudniami sypiał na kanapie, która w nocy była moim miejscem do spania, wynajmowaliśmy ten sam apartament, z którego teraz dochodziły te dziwne odgłosy, wszystko to budziło we mnie pytania, czy to tylko senne rojenia, czy też dzieje się to w rzeczywistości, tym bardziej że tamto zdarzenie, które raz na zawsze położyło kres cudownym dniom w Heiligendamm, przypomniało mi się, zanim zdążyłem zamknąć drzwi balkonu i położyć się do łóżka.

Przed laty w upalne noce zostawialiśmy otwarte wszystkie okna, a także drzwi prowadzące na taras, i było dla mnie powodem szczególnej radości, gdy rodzice zamykali za sobą drzwi sypialni, a ja mogłem po cichutku wstać i, pokonując strach, wymknąć się z pokoju.

Taras był groźny i potężny, pusty i szeroki, głęboko wysunięty w park, w blasku księżyca ostrym klinem wcinał się między drzewa, gdy noc była ciemna, jego kontury miękko rozmywał mrok, lekko płynęły strzeliste cienie sosen, a ja zapatrzony w krajobraz zapominałem o reszcie świata, wydawało mi się, że jestem nie tu, ale na statku cicho prującym morskie wody, ilekroć jednak wychodziłem na taras, musiałem się upewnić, czy na pewno będę tam sam, kiedyś bowiem zdarzyło mi się, że nie spostrzegłem w porę kobiety mieszkającej nieopodal nas, stała w rogu oparta o balustradę, jak widmo albo cień, zależało to może od fazy księżyca, kiedy tam była, wolałem nie wychodzić z pokoju, bo choć rodził się pomiędzy nami jakiś tajemniczy związek, obowiązujący jedynie nocą, a kończący wraz z nastaniem świtu, obawiałem się, czy nie wyda mnie przed rodzicami, i choć jej obecność była mi miła, i często nawet tęskniłem za jej bliskością, to tamte nocne eskapady sprawiały mi prawdziwą radość, chwile, kiedy mogłem być sam i wyobrażać sobie statek, który kiedyś mnie stąd zabierze.

Gdy po raz pierwszy wyszedłem nocą z pokoju, nie zachowując należytej ostrożności, właśnie świecił księżyc ukryty nieruchomo za chmurami, powietrze gęstniało w niebieskawej poświacie, ona stała z twarzą obróconą w stronę blasku, stanąłem jak wryty pośrodku tarasu, przypominała zjawę czy coś podobnego, przed czym przestrzegała mnie nasza służąca Hilde, była piękna, zachwycająco piękna, "zachwycająco, zachwycająco piękna", opowiadała nieraz Hilde, jej smukłe ciało okrywała lekka, szeroka peleryna, sięgające pasa srebrzyste włosy pozwalały domyślać się niezwykłej urody, zdawało się, że nie stoi na ziemi, choć spoczywała na niej całym ciężarem swojego ciała, oczy miała otwarte, lecz pozbawione źrenic, w ciepłym powietrzu nocy zimny oddech musnął mnie po policzkach, to był jej oddech, wiedziałem, wydech, po którym następował wdech, oddech, którym mnie wessie, porwie i ukryje w pustej powłoce swojego ciała.

To nie strach kazał mi stać w bezruchu, a jeśli nawet, to strach tak ogromny, że przynoszący zmysłom bezgraniczne szczęście, wprawiający w ekstazę, moje ciało zdawało się uwalniać z cielesnej niewoli, nie czułem nóg, nie czułem rąk, nie mogłem niczym poruszać, i choć wcale o tym nie myślałem, to było tu ze mną dziesięć lat mojego życia, z którymi, niestety, musiałem się pożegnać, by wreszcie stać się kimś innym, później coś podobnego zdarzało mi się przeżywać jedynie w chwilach miłosnej rozkoszy, i pewnie dlatego ten szczególny stan, przed którym przestrzegała mnie nasza służąca Hilde i którego tak mocno pragnąłem, wydawał mi się całkiem naturalny.

Uczucie gorącej żądzy i wzniosłej grozy trwało tylko krótką chwilę, wiedziałem doskonale, że wszystko, co czuję, jest po prostu urojeniem, przecież to tylko panna Wohlgast, nasza sąsiadka, pannę Wohlgast wielokrotnie wspominaliśmy podczas wieczornych spacerów, często widziałem, jak rozmawia z matką podczas wspólnych posiłków, zresztą tamte opowiastki o zjawach wydawały mi się coraz bardziej podejrzane, od pewnego bowiem czasu, gdy tylko twierdziłem, że widziałem zjawę czy coś w tym rodzaju, ojciec skwapliwie przytakiwał, głosem posępnym i poważnym, aczkolwiek niepozbawionym nuty cierpkiego humoru, że oczywiście, zjawa przechadza się po sitowiu, jakże mogłoby jej tam nie być, skoro ją widziałem, mimo że on, choć wytęża wzrok, niczego tam nigdy nie widzi, teraz jednak jak gdyby coś dostrzegł, i nic a nic nie słyszy, co oczywiście nie musi oznaczać, że zjawy przed chwilą tam nie było, to przecież zgodne z naturą zjaw, raz są tu, a raz tam, takie są właśnie zjawy, czasami można je ujrzeć, choć właściwie są niewidzialne, to także, skoro już muszę wszystko wiedzieć, należy do ich natury, i nie dla każdego, nie dla byle kogo, przybierają cielesną postać, powinienem zatem czuć się zaszczycony i wyróżniony, nawet on sam się cieszy, że zjawa pozwoliła jego synowi dostąpić takiego szczęścia, by ją ujrzał, jemu niestety już dawno nie było dane zakosztować tej diabolicznej rozkoszy, czego oczywiście bardzo żałuje, bez zjaw czuje się ubogi i pusty, już prawie zapomniał o ich istnieniu, aby więc mógł porównać własne doświadczenia z moimi obserwacjami, prosi, abym opisał mu dokładnie widok tej zjawy.

Tamtego dnia wybraliśmy się na dłuższy spacer, co niezależnie od historii ze zjawą, samo w sobie było rzeczą niezwykłą, jako że podczas popołudniowych przechadzek zazwyczaj nie oddalaliśmy się od domu zdrojowego, którego najbliższa okolica nie była o wiele rozleglejsza niż sam park, za parkiem zaś rozpoczynała się dziewicza przyroda, kamienny morski brzeg, niepokonane skalne urwiska i krawędzie, a po przeciwległej stronie moczary wokół jeziora pokrytego rzęsą, ogródek pełen ślimaków i w oddali, gdzieś w głębi lądu, buczyna nosząca bajkowo złowieszczą nazwę "wielkiej kniei".

Bez wątpienia park, otoczony od strony lądu białymi strzelistymi willami, można było uznać za rozległy, wozy wjeżdżały i wyjeżdżały szerokimi alejami, mniejsze alejki zbiegały się w placyki i promieniście rozchodziły we wszystkie strony, okalając kapryśnym gąszczem zieloną murawę, na której samotne czarne sosny miały wystarczająco dużo miejsca, by stać w odosobnieniu, białe brzózki rosły w grupkach, w bezładnym porządku, do parku przynależały też nadbrzeżna promenada odgradzająca wodę od lądu ścianą wysokich marmurowych waz, a także krótki odcinek grobli, stanowiący przedłużenie promenady, choć wcale z nią nietożsamy, nierówną powierzchnię przygotowano dla spacerowiczów, posypano drobnymi, białymi kamyczkami, a nie zwykłym żwirem, lubiłem w nich grząźć aż po kostki, na tym krótkim odcinku bowiem, gdzie służyła za corso, tama wznosiła się ponad morzem i bagnem, przypominając o dramatycznych okolicznościach, w jakich powstała, bezlitosny przypływ, który zdarzył się przed wieloma wiekami, w przeciągu jednej jedynej nocy piaskiem oddzielił wodę od wody, a zaciszną niegdyś zatokę zamienił w trzęsawisko; za część parku można było też uznać aleję prowadzącą od tylnego wyjścia aż do stacji kolejowej; od niej jednak już nie prowadziła żadna droga, trzeba było zawracać, bo przecież spacer i wycieczka to jednak nie to samo.

Rodzice nigdy nie planowali kierunku naszych spacerów, o tym, w którą stronę się udamy, zawsze decydował przypadek albo brak innego wyboru, i może właśnie dlatego zastanawianie się, którą z tych dwóch alej wybierzemy, wydawało mi się całkiem niepotrzebne, czy idąc od strony domu zdrojowego, skręcimy w stronę nadbrzeżnej promenady, czy pójdziemy dalej wzdłuż tamy i w drodze powrotnej obejdziemy hotel, kierując się ku stacji, czy też zatrzymamy się przy otwartym pawilonie uzdrowiska i chwilę posiedzimy w wyplatanych fotelach, by spacerem wrócić nie tamtą logicznie najkrótszą drogą, lecz tą irracjonalnie najdłuższą, wszystko to nie miało znaczenia, liczył się jedynie fakt, że każdego wypełnionego spacerami popołudnia tak długo powtarzaliśmy rozkoszną grę możliwości i wyborów, aż perłowy masyw nieba zaczynał się ściemniać, a za oknami pokoi zapadł całkowity mrok.

Tym razem wieczór znów zastał nas na dworze, choć spacer rozpoczęliśmy tak samo jak zawsze, najpierw poszliśmy nad brzeg morza, by opierając się o kamienny mur, oddawać się przez piętnaście minut kuracji oddechowej, która polegała na tym, by możliwie najbardziej rozluźniwszy mięśnie, zastygnąć w milczeniu, z zamkniętymi ustami wciągać nosem powietrze i wydychając je w podobny sposób, wykorzystać popołudniową porę dnia, która w opinii doktora Köhlera, ze względu na wysoką zawartość składników mineralnych w wilgotnym powietrzu, odczuwanych przez nasze powonienie jako miły zapach, nadzwyczaj sprzyjała oczyszczaniu dróg oddechowych, pozwalała wypełnić płuca powietrzem, pobudzała krwiobieg i koiła nerwy; ten szlachetny cel, jak mawiał doktor Köhler, możliwy jest do osiągnięcia jedynie wtedy, gdy szanowni pacjenci we wszystkim będą się stosować do jego zaleceń, a dla ułatwienia sobie zadania nie będą opierać się o drzewa czy balustradę, nie mówiąc już o tych, którzy przesiadują na tarasie lub w pawilonie, by oddawać się rozmowom, i dopiero kiedy konwersacja się urywa, wzdychają i posapują z uduchowionymi minami, aż wreszcie przypomni się im coś, czym należy natychmiast podzielić się z pozostałymi, nie, nie, o tych damach i dżentelmenach nie warto wspominać nawet słowem, oni już leżą w kostnicy, ich lekkomyślność jest zatem zupełnie zrozumiała, ci jednak, którzy swój ziemski żywot chcieliby cokolwiek przedłużyć, ci trzy razy po pięć minut, dokładnie tak długo, jak trwa ćwiczenie, będą zmuszeni stać na własnych nogach, właśnie tak trzeba stać, bez opierania się o nic, swobodnie, nikt nie ma zamiaru słuchać tu sprzeciwów i wykrętów, zdrowie i uroda idą ze sobą w parze, i byłby nad wyraz szczęśliwy, gdyby zwłaszcza panie zechciały dać wiarę, że ćwiczenia nie szkodzą ich urodzie, wręcz przeciwnie, bardzo jej służą, choć może to trudniejsze, niż nosić gorsety i sięgać po smarowidła, ale jednak, gdyby dla własnego zdrowia zechciały uczynić te kilka grymasów niezbędnych przez pierwsze pięć minut, aż cuchnące powietrze opuści płuca, czynić to należy wszak nie w pokojach dusznych od perfum i dymu, lecz w bezpośredniej bliskości wody, nic nie szkodzi, że wszyscy na nas patrzą, tu idzie o nasze zdrowie, zatem bez żadnej krępacji, oddychać przez nos i nie wydymać klatki piersiowej, jak mają to zwyczaj robić dumni katolicy, ale wciągać powietrze do brzucha, przecież jesteśmy protestantami, i skoro już nie głowy, to przynajmniej brzuchy możemy spokojnie napełnić powietrzem, na wszystko bowiem jest właściwe miejsce i pora, doprawdy, i jeśli tylko, drogie panie, znów nie ściągnęłyśmy gorsetów mocniej, niż nakazuje zdrowy rozsądek, zatrzymajmy powietrze w środku, w samym dołku, mózg do głowy, powietrze do brzucha, i policzmy do dziesięciu, wreszcie otwórzmy szeroko usta i z językiem wyciągniętym prosto, znów licząc do dziesięciu, równo i powoli wypuśćmy ten ohydny odór, który w nas zalega, tak, w nas wszystkich, i którego nie tylko nie należy, ale nawet nie godzi się w sobie zatrzymywać.

Wtedy właśnie zaszło słońce, długo jednak nie nadchodził zmrok, czerwona poświata trwała na szarzejącym niebie, morze nagle poczerniało, spienione fale przewalały się w białym blasku, a nad wodą unosiła się już wieczorna mgła, która wkrótce miała się rozejść nad całym parkiem, mewy latały wysoko, staliśmy w milczeniu, słysząc tylko własny oddech, była to najsłodsza cisza, cisza, w której w bezruchu odpoczywały wszystkie zmysły, rodzące się myśli nie potrafiły znaleźć swojej ostatecznej formy, ginęły i cichły, by potem, w odgłosie powolnych kroków, w zabawnym posapywaniu, krzyku i nagłym milczeniu mew, w fizycznie odczuwalnym dotyku chłodnego wiatru, w trzęsących się kolanach, łaskotaniu rąk, wrażliwości duszy, niewytłumaczalnym lęku, wszechogarniającej wesołości czy bólu żądzy, w czymś, co pragnie zamienić się w słowa, stać się przedmiotem rozmyślań, a może nawet rzeczywistością, przeniknąć na powierzchnię, ale władza zmysłów nie pozwalała mi na nic, trzymała wszystko w garści, rozkoszowała się sobą, nie znała bowiem większej rozkoszy niż urzeczywistnienie tego, co nierzeczywiste, niosącej odpoczynek chwili zawieszenia w próżni.

Nie wiem, jaki wpływ miała ta cisza na inne osoby, na moją matkę czy na mojego ojca, ale dla mnie były to odczucia o wiele głębsze niż te, których doświadczać zwykło dziecko w moim wieku, dziwnym sposobem przeczuwałem, że przerwy, przejściowe stany zatrzymują mnie swoim okrucieństwem, a zarazem łaską, bałem się ich, gdyż o wiele bardziej chciałem upodobnić się do tych wszystkich, którzy znaleźli się po jednej bądź po drugiej stronie i kroczą po znacznie pewniejszym gruncie.

Przeczuwałem swoją pełną udręki przyszłość i nie potrafiłem rozstrzygnąć, czy to dzięki temu, że stosowałem się do zaleceń doktora Köhlera, znalazłem się w takim stanie, a jego osiągnięcie było właśnie celem kuracji oddechowej, czy też stało się dokładnie na odwrót, dlatego właśnie mogłem zrozumieć sens ćwiczeń starego Köhlera, że moje przeznaczenie z góry skazywało mnie na stan wiecznej kontemplacji, to ostatnie wydawało mi się bardziej prawdopodobne, choć wrodzone poczucie obowiązku mogło ubarwiać posłuszne stosowanie się do zaleceń doktora, zwłaszcza że moja akuratność i obowiązkowość już wcześniej, nim jeszcze zaczęliśmy jeździć do Heiligendamm, wypływała nie tyle z pilności i zainteresowania, ile z pragnienia, by ukryć przed światem rozkoszny stan zamroczenia, który brał się z rozpasanego lenistwa, aby ani moja twarz, ani moje ruchy nie zdradzały, gdzie akurat jestem, by nikt mi nie przeszkadzał i abym przysłonięty parawanem z musu wykonywanych zadań mógł w spokoju oddawać się fantazjowaniu o tym, co mnie w istocie rzeczy zajmowało.

Urodziłem się, by prowadzić podwójne życie, mówiąc inaczej, dwie połowy mojego życia nie przystawały do siebie, nie harmonizowały ze sobą, czy wyrażając się ściślej, moje jawne życie toczyło się wokół mojego tajemnego życia, czułem pomiędzy nimi jakiś nienaturalny zgrzyt, dostrzegałem pułapkę nieustannego poczucia winy, wszystko to było bardzo trudne, dystans bowiem, jaki zachowałem wobec świata, okazał się nudnym i pełnym niepewności otępieniem, które musiałem sobie wynagradzać jeszcze gorętszymi rojeniami, przez to zaś moje dwie połowy oddalały się od siebie, coraz trudniej było mi przeskakiwać pomiędzy nimi, sprawiało mi to ból, mój organizm nie był w stanie znieść tak wielkich wyrzeczeń, ból zaś budził we mnie silne pragnienie, bym mógł stać się taki sam jak inni, którzy nie dawali poznać po sobie tego okrutnego napięcia i dławiącego czuwania; nauczyłem się czytać myśli z ludzkich twarzy i natychmiast się z nimi utożsamiać, jednak umiejętność naśladowania i pragnienie stania się inną osobą skutkowały tylko duchowym cierpieniem, nie przynosiły zaspokojenia, tymczasem nie mogłem stać się inną osobą, przeobrażenie się w innego człowieka było tak samo nieosiągalne jak doskonałe zharmonizowanie moich dwóch natur czy uczynienie jawnym mojego tajemnego życia, czy też osiągnięcie celu wręcz przeciwnego, uwolnienia się od wszelkich fantasmagorii i przymusów, a więc stanie się takim, jak oni wszyscy, których uważać się zwykło za normalnych i zdrowych.

Moje dziwaczne skłonności musiałem zatem uważać za chorobę, za dziwne przekleństwo czy grzeszne zboczenie, choć w chwilach większej wiary w siebie nie traktowałem ich jako dolegliwości poważniejszych od jesiennego kataru, które można tak samo szybko wyleczyć gorącą herbatą, zimnymi okładami, gorzkimi pigułkami i słodkimi jak miód kompotami, i z powodu których uważałem się za zupełnie przegranego, w momentach, kiedy gorączka spadała, czułem, że gdy wreszcie podejdę do okna, poczuję się lekki, rześki, czysty i trochę rozczarowany; zaglądające w okna gałęzie drzew daremnie pochylały się nade mną, na próżno chciały mnie chwycić miękkimi dłońmi liści, skoro widziałem na własne oczy, że wokół nic się nie zmieniło, moja choroba nikogo nie poruszyła, a kroki olbrzymów nie zamieniły pokoju w komnatę rozbrzmiewającą echem, wszystko jest takie samo, jak było, a nawet milsze i bardziej znajome, przedmioty nie przywodzą już na myśl nieprzyjemnych wspomnień, dawno minionych wydarzeń, wszystko spokojnie, pewnie i obojętnie trwa na swoim miejscu, dokładnie na swoim miejscu, pragnąłem doznać takiego oczyszczenia, wiedziałem jednak, że lek, który wykuruje mnie z tych żenujących i wstydliwych fantazji, muszę znaleźć sam.

Tego właśnie dnia, po zakończonej kuracji oddechowej, po raz pierwszy udaliśmy się w stronę stacji, ale nawet moim oczom, czułym na najdrobniejsze szczegóły, zahartowanym życiem pozbawionym wydarzeń, nie udało się dostrzec niczego nadzwyczajnego; wprawdzie ojciec wcześniej, niż było zalecane, skończył swoje ćwiczenia, a teraz, sapiąc jak ktoś, kto przeszedł trudną próbę, oparty dobrotliwie potężnym ciałem o parkan, z pełnym drwiny zadowoleniem spoglądał na matkę, chciał obrócić się w stronę morza, ale nie mógł się powstrzymać, by co chwilę się nie odwracać, nie było jednak w tym nic niezwykłego, zawsze tak robił, morze, które matka nazywała "cudownym", nudziło go tak samo jak ten cyrk z oddychaniem, nie znajdował w nim nic godnego oglądania, "to jest, moja droga, po prostu wielka, pusta woda, i nic więcej", powiadał, chyba że na horyzoncie pojawiał się statek, wtedy zabawiał się, odnosząc posuwający się w żółwim tempie kadłub statku do jakiegoś pewnego punktu na brzegu, wyznaczał ciągle zmieniający się kąt wynikający z oddalania się od początkowej pozycji, "przesunął się o dwanaście stopni na północ", wykrzykiwał w zupełnie nieoczekiwanych momentach, a nawet czynił ciche uwagi na temat względności położenia poruszających się tam osób, i tak samo jak zawsze nie oczekiwał, abyśmy zajmowali się jego myślami, "myśli to produkt uboczny funkcjonowania naszego organizmu", mawiał, "mózg bowiem, tak samo jak żołądek, musi być ciągle wypełniony czymś, co może trawić, a usta, i niech nie będą za to potępione, czkają tylko tą ledwo przeżutą strawą", z drugiej zaś strony, gdy tylko nie dał się ponieść swym namiętnościom, potrafił być na tyle pobłażliwy, by nie przeszkadzać innym się cieszyć, a ich wysiłki i radość stawały się dla niego ciekawym i miłym widokiem; może to brak zainteresowania zjawiskami przyrody powodował, że czuł pociąg do wszystkiego, co nieociosane, wulgarne i pospolite, surowe siły ludzkiej natury odbierał jako samą naturę, a wszystko, co wyszukane i nienaturalne, służyło w jego pojęciu ukryciu prawdy, rozśmieszeniu go i skłonieniu do zjadliwej ironii; "Theodorze, jesteś po prostu nieznośny", powiedziała kiedyś ze złością matka, która w tym właśnie znajdowała radość i z tego samego powodu cierpiała, że nawyki, jakich nie potrafiła się wyzbyć, były bezustannie demaskowane; zachowanie mojego ojca rzeczywiście było odrażająco dwulicowe, niechętnie wyrażał swoje opinie w jasnych i prostych słowach, choć w każdej sprawie miał zawsze bardzo zdecydowane zdanie, mimo to, gdy przyznawał komuś rację, stwarzał pozory, że właściwie nie jest pewien i mógłby zmienić zdanie, nie, on nie dyskutował, głęboko szanował każdy sprzeciw, on tylko rozważał, i jakby szukając argumentów dla swoich tez, zadawał wymyślne, sformułowane w trybie warunkowym pytania, którymi długo wszystkich zamęczał i które znajomi przez wzgląd na ponadprzeciętne wymiary jego ciała uważali za "czarujące", "Pan, drogi panie Thoenissen, z taką klatką piersiową i z takimi udami nie ma po prostu innego wyboru, jak być demokratą", mawiał tajny radca Frick, czy, jak wyraziła się wiecznie zniecierpliwiona panna Wohlgast, "Nasz Thoenissen znowu błaznuje", liczył na wrażenie, jakie uda mu się wywrzeć na innych, i tak długo napawał się swoim występem, aż budowla jego tez, nie uraziwszy nikogo, sama się rozsypywała; czasami jednak nie zachowywał takiej ostrożności, grzmiał zaskoczony, z żarliwym entuzjazmem reagując na argumenty, na przykład na moją opowieść o zjawie, którą zatopił w potoku gorących i wzniosłych słów, te zaś jak każda entuzjastyczna reakcja były rozbrajająco infantylne, tak wyolbrzymiał, ubarwiał i rozdmuchiwał każdy najdrobniejszy szczegół mojej opowieści, że zatracała ona swoje naturalne proporcje, rozrastała się do niemożliwej wielkości potwora nieposkromionej fantazji, oderwana od rzeczywistości nie mieściła się w niej ani do niej nie przystawała, w tej zabawie mój ojciec nie znał umiaru, tak długo trąbił, deklamował, gorączkował się, aż rozdęty balon przesady robił się cieniutki i pękał pod naporem wewnętrznej pustki; jego wątpliwe moralnie, choć zabawne wywody raniły matkę nader boleśnie, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że kiedy jego słowa nie były tylko grzecznościowymi formułkami albo nie dotyczyły zwykłych spraw codziennego życia, nie rozumiała ukrytych w nich głębszych treści, przez co wcale nie chcę powiedzieć, że była głupia czy ograniczona, choć czegoś przeciwnego też nie było można o niej stwierdzić, pod wpływem surowego, purytańskiego wychowania albo z powodu oschłego, wycofanego charakteru nie udało się jej rozbudzić w sobie umysłowej, duchowej ani też zmysłowej wrażliwości, wszystko zatrzymywało się w niej w pół drogi, tak samo jak zatrzymało się jej życie, i dlatego właśnie byłoby o wiele bardziej stosowne, gdyby na miejscu jej wiecznego spoczynku ojciec zamiast rozrywającej pierś uskrzydlonej anielicy kazał wznieść pomnik mniej kobiecy i bardziej dostojny, w matce bowiem doprawdy nie było nic anielskiego ani kobiecego, skoro jednak ojciec tak bardzo się upierał przy tej banalnej symbolice, to dużo trafniejsza i właściwsza byłaby umieszczona na lekkim postumencie, pokryta gęstymi żłobieniami marmurowa kolumna, dramatycznie pęknięta na pół, by w krzywym pęknięciu ukazywała się sprzeczna z gładką, ociosaną powierzchnią surowa struktura kamienia, tak, to właśnie dostrzegałem za każdym razem, kiedy przekraczałem bramę pełnego drzew cmentarza.

W domu bowiem, o ile w ogóle mogę tak nazywać moje rodzinne miasto, lubiłem spacerować po jego starej części, chłonąc widok gwarliwych, zatłoczonych uliczek, zatrzymywać wzrok na polach ciągnących się za bramą miasta, z pełną świadomością spoglądając w kierunku, gdzie za wzgórzami leżał Ludwigsdorf, wieś, do której kiedyś chadzaliśmy w sobotnie popołudnia z Hilde, i choć nigdy nie miałem zamiaru zatrzymywać się dłużej na cmentarzu, to nie potrafiłem mu się oprzeć, był właściwie po drodze, mimo że gdybym poszedł inną drogą, nie zaś ulicą Finstertor, mógłbym go ominąć, ale zawsze mnie kusiło, by przedostać się przez rozpadający się, obrośnięty krzakami mur, z radością, że po prostu znów tam wróciłem, przemykać pomiędzy niszczejącymi, pełnymi chwastów kryptami, mogiłami spowitymi najdziwniejszym kwieciem, by w końcu dotrzeć do naszego uskrzydlonego anioła, którego nieszczęsnym zadaniem było nadać nowoczesny wygląd starej rodzinnej krypcie; i może po to tamtędy chodziłem, żeby go zobaczyć.

Wiodła mnie tam jakaś potrzeba samoudręczenia, po pierwsze bowiem ta w swoim rodzaju irytująco amatorska rzeźba drażniła moje wysublimowane poczucie piękna, a po drugie właśnie tu dochodziły do głosu mój gniew, odraza i nienawiść, jakie wzbudzał we mnie mój ojciec, a nawet przybierały one na sile, wzmagane pełnym rutyny i zawodowego fałszu sentymentalizmem kamieniarza, który starał się pogodzić wolę klienta ze swoim artystycznym zamysłem; i choć głowę anioła wzorował nie bezpośrednio na twarzy matki, lecz posiłkował się wiszącym w naszej jadalni cukierkowym portretem z lat jej młodości, to postarał się w słodkiej twarzyczce małej dziewczynki przemycić charakterystyczne rysy mojej matki, zbyt wystające skronie i wąsko rozstawione oczy były czołem i oczyma mojej matki, wąski, garbaty nos, lekko wyzywające usta i dziecinnie wystająca broda przypominały nos, usta i brodę mamy, by zaś doprowadzić chaos do pełnej doskonałości, przez nieudolnie pofałdowany płaszcz przeświecało eterycznie kruche ciało, wysoko sterczące, dopiero rozwijające się, wyraziste piersi, zaokrąglony brzuch, miękkie krągłości pośladków, zbyt kościste biodra, a wiatr wiejący prosto w twarz szykującej się do lotu postaci, zwiewający w tył długie włosy, tak bezwstydnie oblepiał na jej łonie ten obcy wszelkiej formie ludzkiego ciała kamienny płaszcz, że z powodu tych wszystkich bezładnie nagromadzonych szczegółów w nikim, kto patrzył na ten posąg, nie budził skojarzeń ze śmiercią czy jej nieuchronnością, ani z niczym, co związane z życiem czy naturalne, o ile nie uznamy za naturalne wytworów fantazji starzejącego się i gotowego na wszystko mistrza; pomnik był po prostu pospolity i pozbawiony dobrego smaku, tak pospolity i tak niegustowny, że nie warto byłoby poświęcać mu słów i nerwów, gdyby jego powstanie było tylko nieszczęśliwym zbiegiem przypadków, gdyby chodziło tylko o to, że mój ojciec zamówił coś, czego mistrz nie potrafił wykonać przy zachowaniu szlachetnej prostoty, nie, w tym momencie nie może być mowy o przypadku, wręcz przeciwnie, ukryta natura nieuchronnie zbliżającego się fatum objawiła się w posągu, który zamiast być pomnikiem życia mojej matki, stał się ucieleśnieniem nieszczęsnych skłonności mojego ojca.

Ale kto potrafi odczytać pełnię przyszłości z monotonii naszej codzienności?

"Spóźnimy się na pociąg", zawołał ojciec tam na plaży, a na jego twarzy zaszła jakaś ledwie dostrzegalna zmiana; pełne drwiny zadowolenie, z którym siedząc przed chwilą na kamiennej ławce, spoglądał na matkę, zostało zmącone przez cień zniecierpliwienia, matka tymczasem, udając, że nie słyszy ani dziwnego tonu jego głosu, ani tego dziwnego zdania, w którym dziwne było tylko to, że w ogóle je wypowiedział, nie odezwała się ani słowem.

Może nie chciała przerywać ćwiczeń, zresztą nawet nie mogła, bo w tym momencie zajęta była tym, by oddychając z otwartymi ustami i wysuniętym językiem, cicho i rytmicznie, wypchnąć z brzucha stopniowo wdychane i zatrzymywane na pewien czas powietrze, oddychanie brzuchem tymczasem sprawiało jej, podobnie jak wszystkim kobietom, niemałą trudność; z drugiej zaś strony w jej milczeniu można było wyczuć urazę i nieustępliwą skłonność do wychowywania wszystkich, ledwie zauważalne napięcie, które zamienione w milczenie ostrzega, że to, co się wydarzyło, nie może minąć, nie pozostawiwszy po sobie śladu, w tym jednak przypadku, kiedy ojciec nie miałby już więcej cierpliwości tolerować tego, jak mawiał, "zwierzęcego bytowania", tu już od dawna panowała pomiędzy nimi pełna zgoda, którą przez wzgląd na mnie zawarli lekko żartobliwym, choć iskrzącym od wielkich emocji tonem, w chwili, kiedy ojciec najzupełniej nieoczekiwanie, z ustami wykrzywionymi w grymasie niepohamowanego śmiechu, głośno sapiąc, chrząkając i fukając, położył kres swoim cierpieniom i spojrzał na matkę, w jego oczach zabłysła dobrze mi znana, wcale nie radosna, przecząca uśmiechającym się ustom, chmurna, nieopanowana ciekawość, którą dobrze znałem, nawet jeśli jeszcze jej nie rozumiałem, jego twarz stawała się wówczas przerażająco naga i bezbronna, wydawało się bowiem, że każdy inny wyraz twarzy, jaki prezentował, przebywając w towarzystwie, był tylko wypracowaną maską, która go kryje, chroni i zasłania, a teraz stoi przed nami obnażony, wreszcie się pokazał, nie umiał już dłużej przed sobą uciekać, był w takich chwilach piękny, bardzo piękny, kędziory czarnych włosów opadały na lśniące czoło, w pełnych policzkach pojawiały się dołeczki niemego śmiechu, jego oczy robiły się niebieskie, mięsiste wargi wąskie, sennym krokiem zbliżył się do matki, trzema palcami sięgnął do jej ust, po czym ostrożnie i czule, przecząc tym gwałtownemu ruchowi swojej dłoni, chwycił jej język, głęboko, u samej nasady, na co matka zareagowała obronnym szarpnięciem głową, by szybko powstrzymać przyprawiającą o wymioty czkawkę, i niespodziewanie nawet dla samej siebie tak ugryzła ojca w rękę, że aż zawył z bólu; od tamtej pory ojciec musiał patrzeć na morze, "Nie na mnie, zrozumiałeś? Nie na mnie, na morze! Twoje spojrzenie jest nie do wytrzymania", lecz kiedy nadeszła już chwila, w której ojciec, znudzony ćwiczeniami, przystawał oparty o mur, obok obawy i dystansu czułem w napiętym ciele mojej matki pragnienie, by jednak nie odwracał się i nie patrzył na morze, by się od niej nie odwracał, by zrobił z nią coś zaskakującego i skandalicznego, by tylko skończyły się te beznadziejne, męczące wysiłki, które z powodu trwających od wielu miesięcy kobiecych przypadłości musiała podejmować dla podreperowania zdrowia, by mogła wreszcie niczym nieskrępowana podążyć za ojcem w tajemną dal, której tak bardzo kazały się jej domyślać uśmiech żłobiący dołeczki w jego policzkach i chmurne spojrzenie, tak, by zrobił z nią, co tylko zechce, choć może się nawet domyślała, że sprawy mają się zupełnie na odwrót, skoro potęga jej obaw i powściągliwości była dużo silniejsza od tego wszystkiego, co ją pociągało.

We mnie było o wiele więcej gotowości, by stosować się do zaleceń doktora Köhlera, matka lubiła więc, kiedy stałem obok niej, bardzo blisko, że tak się wyrażę: w cieple jej ciała, bufiaste rękawy jej bluzeczki niemal dotykały mojej twarzy, choć nie oznaczało to wcale, że matka w swoim niezadowoleniu uciekała do mnie czy czuła do mnie jakąś niewłaściwą, żenującą czułość, nie sądzę zresztą, by wobec kogokolwiek żywiła jakiekolwiek cieplejsze uczucia, nie, ustawiała się blisko mnie powodowana jak najbardziej racjonalnymi pobudkami, mogła wtedy dobrze słyszeć i naśladować tempo mojego oddechu, i na odwrót, kiedy się pomyliła czy zabrakło jej tchu, albo rozmarzona zmyliła rytm, ja mogłem na nią poczekać i skorygować błąd, na długie sekundy umiałem wstrzymać oddech, czekać, rozkoszować się obezwładniającymi zawrotami głowy, czuć, jak wszystko, co dotychczas widziałem, ale nie czułem, przepełnia mnie, stając się wyraziste, wreszcie mogłem się zatracić, jak gdybym był tylko głosem albo krawędzią morskiej bryzy, mewą czy kołyszącym się liściem dotykającym kamiennego urwiska, powietrzem, tak długo, aż wszystko, tonąc powoli w czerwieni napływającej do mózgu krwi, zacznie ciemnieć, a instynktownie zaczerpnięty oddech pozwoli mi wszystko dokładnie słyszeć i czuć, jak matka kilkoma wdechami i wydechami odnajduje nasz wspólny rytm, i przebrnąwszy przez ów martwy punkt, znów czeka, że to ja będę ją prowadził; nie przyglądaliśmy się sobie nawzajem, nie patrzyliśmy na siebie, nasze ciała się nie dotykały, a jednak tylko brak ostrożności i doświadczenia mógł tłumaczyć i usprawiedliwiać zaślepienie, które pozwoliło nam obojgu znaleźć się na tak delikatnym uczuciowo gruncie, powinna bowiem wiedzieć, że robimy coś, czego nam nie wolno robić, i że to ona jest kusicielką, gdyż wzajemne odczuwanie, pozbawione dotyku i obrazu, z natury rzeczy odwołuje się do tych najbardziej wrażliwych, odwiecznych, atawistycznych reakcji, kiedy ciepło, zapach, zagadkowe oddziaływanie i rytm ciała drugiego człowieka mogą więcej powiedzieć niż spojrzenie, pocałunek czy uścisk, podobnie jak w miłości, gdzie bezpośredni cielesny kontakt nigdy nie jest celem samym w sobie, ale jest środkiem do osiągnięcia takiej głębi, w której cel skrywa się w coraz to głębszych i głębszych warstwach, ukryty za ciężkimi zasłonami, i jeśli w ogóle jest możliwy do osiągnięcia, a tym samym odkrycia, to tylko poprzez niezaspokojoną rozkosz i całkowity brak celu.

Teraz zaś, po dwudziestu latach, zaledwie kilka dni przed moimi trzydziestymi urodzinami, które, choć nie wiedziałem, z jakiego powodu, jakieś przemożne, natarczywe przeczucie kazało mi uznać za ważki przełom życiowy, czym zresztą były, bo przecież właśnie z ich powodu zrezygnowałem z radosnych popołudni spędzanych z moją narzeczoną i przyjemności, jakie mnie czekały podczas urodzinowej uroczystości, która miała odbyć się w naszym domu w obecności wąskiego grona zaproszonych, i kiedy w samotności, znów w samotności szukając schronienia godnego wagi tego wyjątkowego dnia, rozmawiając z nią w cztery oczy, co tylko dlatego było możliwe, że mój przyszły teść z powodu swoich zajęć biznesowych nie wrócił jeszcze do domu, a piękna pani Itzenpiltz, pod pretekstem, że musi wydać polecenia dotyczące kolacji, wyrozumiale zostawiła nas samych, wyjawiłem jej moje plany wyjazdowe, którym Helene nie sprzeciwiła się ani słowem, co więcej, czułem, że jak najbardziej im sprzyja, gdyż rozumie, że jeszcze przed naszym ślubem muszę napisać pierwsze rozdziały planowanego od wielu lat opowiadania, jeśli tylko nie chcę, by zmiany w naszym życiu odwiodły mnie od moich planów czy też skłoniły do ich porzucenia, "Wiem, bardzo dobrze to wiem, Helene, że nie muszę się tłumaczyć", powiedziałem szeptem, a wiarygodność moich słów wzmocnił czuły uścisk mych palców zaciskających się na jej dłoni, nasze twarze znalazły się blisko siebie, czerwień zmierzchu igrała z wzorami tapet, czułem, jak mój oddech wraca do mnie zmieszany z jej oddechem, panowała ciepła jesień, okna były otwarte, "Mimo to, Helene, uważam, że powinienem porozmawiać z panią o czymś, o czym nie można mówić bez lekkiego zawstydzenia, sprawa bowiem jest mroczna i z moralnego punktu widzenia dość dwuznaczna, a wiedzieć trzeba, że nie tylko zwiększa ryzyko, jakie ponosi pani, decydując się na ten krok, ale podnosi także moją własną odpowiedzialność, musi być pani tego wszystkiego świadoma, jeszcze przecież może się pani zastanowić", wiedząc jednak, że Helene nie będzie się nad niczym zastanawiać, uśmiechnąłem się prowokująco, "Chodzi o to, że szczęście, choćby było jednym z moich największych pragnień, i cokolwiek byśmy o nim mówili, nie jest stanem sprzyjającym pracy twórczej, jeśli więc teraz wyjadę, zamienię szczęście, jakie odczuwam, znajdując się blisko pani, na smutek, który mnie ogarnia, gdy nie jestem w pani towarzystwie, i który przepełniał mnie do dnia, gdy panią poznałem"; chyba nie muszę też mówić, że rozkoszując się udawaną szczerością, po prostu kłamałem, a moje wyznanie było szczere tylko o tyle, o ile stanowiło pretekst do wyjazdu, zaś fakt, że z taką łatwością umiałem ją oszukać i omotać, powodował, że jeszcze bardziej mnie pociągała, skoro jednak przez własną łatwowierność była ode mnie tak bardzo zależna, to znaczy, że nie potrafiła być inna, w jej błękitnych oczach zabłysły łzy wzruszenia, a mnie coraz bardziej ciążyło to, co naprawdę czułem i o czym chciałem z nią porozmawiać, "Muszę stąd wyjechać, by już nigdy więcej cię nie zobaczyć", powinienem był powiedzieć, nie potrafiłem bowiem uwolnić się od wewnętrznej potrzeby ucieczki czy nawet zniknięcia stąd na zawsze, kiedyś przyłapałem się nawet na tym, że wyszedłszy z domu, zatrzymuję się w bramie i, bezmyślnie patrząc przed siebie, odgrażam się bezwiednym szeptem: "Koniec, koniec tego wszystkiego, jestem wolny!", jeśli więc teraz, puszczając wodze fantazji, wyobrażę sobie, co by się stało, gdybym nie szukał pretekstów i nie wymyślał powodów, dla których muszę wyjechać, lecz powiedział o wszystkim bez ogródek, staje mi przed oczyma przeźroczyście blada, nierealna, krągła twarzyczka o miękkich rysach, z jasnymi piegami wokół drobnego noska i koroną ciężkich rudych włosów, czyniących ją pełną życia, i w której moje dziwne oświadczenie nie wywołuje najmniejszego zdziwienia, wręcz przeciwnie, uśmiecha się, jak gdyby właśnie na to czekała, właśnie na to, ona uśmiecha się rozkosznie, wygląda na starszą i bardziej doświadczoną, w ukazującym wilgotne, lśniące zęby uśmiechu jest niezłomna siła charakteru, szybko ociera łzy, które zostały z jej oczu wyciśnięte przez gotowość do poświęceń i poczucie moralnej wyższości, w końcu robi ruch, którego rozgorączkowani swoimi oddechami obydwoje pragniemy, gest wyjątkowo wulgarny, i tu moja wyobraźnia, przez wzgląd na dziewiczą jeszcze zmysłowość Helene, przyzwoicie odmawia mi posłuszeństwa; kiedy zatem po kolacji spędzonej w miłej, rodzinnej atmosferze i po pożegnaniu, które mimo zaistniałej sytuacji przyszło nam nadspodziewanie łatwo, udałem się w podróż, okazało się, że choć dostałem od niej entuzjastyczne przyzwolenie, to nasza przyszłość jawiła mi się złowieszczo i groźnie, nasza przyszłość, którą, jak wszystko na to wskazywało, będziemy musieli budować na wzajemnym braku szczerości, nawet jeśli zawsze będzie przybierała maskę porozumienia i taktu, wydawało mi się bowiem, że mój zmysłowy pociąg do Helene rodzi się nie z surowej i niewytłumaczalnej siły, którą człowiek czerpie z prawdziwej miłości, lecz z wyszukanego piękna i kokieteryjnej uległości, tak samo zresztą ona nie będzie umiała się przyznać, że jej subtelna dusza potrzebuje ordynarnych gestów, a nawet wzajemnej wulgarności, której przecież nie może ode mnie oczekiwać i której braku nie zastąpią ani moje mroczne, tajemnicze milczenie, ani pokrętne kłamstwa zabawnych wybuchów szczerości.

Oczywiście nie o to jej chodziło, że nie ma we mnie zmysłowej brutalności czy skłonności do wulgaryzmów, nie wierzę nawet w tego rodzaju subtelne ludzkie natury, które mogą żyć pozbawione zwykłych, naturalnych odruchów, ale poza strachem, który odczuwa każdy młody mężczyzna, nim zaprowadzi wybrankę do ołtarza, lęk i obawy budziła we mnie świadomość, że nasz związek pod pewnymi względami przypomina pozbawioną równowagi i pełną niemożliwych do rozwiązania napięć relację, jaka łączyła moich rodziców, w każdym moim brutalnym geście widziałem gesty mojego ojca, a ich pragnienie przypominało mi o mojej matce, i gdybym nie miał wystarczającej wiedzy o samym sobie, wiedzy, która bywa pomocna, kiedy chcemy odróżnić przyczyny od skutków i odkryć nieskończoną hierarchię naszych uczuć, która prowadząc coraz niżej i głębiej, wiedzie nas do istoty rzeczy, już nasze zaręczyny uniemożliwiłaby mi przytłaczająca świadomość, że moja choroba jest dziedziczna, a los skazał mnie na coś tak poniżająco absurdalnego, bym własnym życiem powtórzył życie i grzechy moich rodziców, utożsamił się z nimi, i w dodatku do tej tragicznej tożsamości przymusił niewinną, obcą osobę.

Słońce jeszcze przygrzewało

Śnieg powoli topniał i choć obawiałem się psów, postanowiłem pójść do domu drogą prowadzącą od szkoły przez las.

Musiałem zważać na każdy krok, wydeptana w gliniastej ziemi dróżka opadała stromo pomiędzy korzeniami starych dębów o pniach pokrytych węzłami i koronach oplecionych jemiołą, wijącymi się wśród nieprzeniknionych zarośli, krzewów dzikiej róży, dzikiego bzu i głogu; na grubej pokrywie liści ścielących się na tłustej, gładkiej glinie z łatwością można było się poślizgnąć, strumyki szukające koryta właśnie tu, na środku dróżki, spotykały się ze sobą i drążyły sobie ujście; mały potoczek, wartki i krystalicznie czysty, mknął w ciemnożółtym korycie, wypełniając po brzegi niknące w gęstwinie kapryśne zakręty, z szumem i hukiem przelewał się przez białe kamienie; podziwiając oczyma wyobraźni odległe lasy i nieposkromione góry, przeskakiwałem pomiędzy brzegami strumyka, skakałem z jednej strony gęstwiny na drugą, w tę i z powrotem, posuwałem się naprzód zygzakowatym krokiem, balansując całym ciałem dla zachowania równowagi; czułem, że im odważniej będę skakał, im krócej i mocniej moje stopy dotykać będą niepewnego podłoża, podczas gdy ja szybkim spojrzeniem zidentyfikuję miejsce nadające się do kolejnego lądowania, tym pewniej będę się poruszał i tym mniej narażony będę na poślizgnięcie się czy wywrócenie; frunąłem więc w górę i leciałem w dół.

Na skraju lasu dróżka wychodziła na rozległą, pokrytą połaciami śniegu polanę; po przeciwnej stronie, pomiędzy krzewami, dostrzegłem jakąś postać.

Już nie mogłem zawrócić, nie miałem jak uciekać, musiałem zapanować nad oddechem, przestać sapać i dyszeć, by stojący tam osobnik nie pomyślał sobie przypadkiem, że to z jego powodu jestem taki zdenerwowany.

Wyłonił się spomiędzy krzewów i ruszył w moją stronę.

Pragnąłem wywrzeć na nim wrażenie spokojnego i opanowanego, osoby, dla której to przypadkowe spotkanie nic nie znaczy, ale biegnąc, tak się spociłem, że pot spływał mi po plecach, a uszy miałem śmiesznie czerwone od zimna, widziałem samego siebie jego oczyma i wydawało mi się, że moje nogi są drętwe i niezgrabnie krótkie.

Niebo było błękitne, czyste i puste.

Za lasem, pomiędzy sękatymi koronami drzew, świeciło jeszcze wprawdzie ciepłe słońce, jednak w ostrym powietrzu już czuło się chłód, z głębokiej ciszy dochodziły krakanie wron i skrzek srok, ale wiedziałem, że po zachodzie słońca wszystkie te odgłosy nagle umilkną.

Powoli zbliżaliśmy się do siebie.

Na jego długim granatowym płaszczu połyskiwały złote guziki, czarną torbę z mięciutkiej skóry, tak jak zawsze, niósł niedbale przewieszoną przez ramię, szedł przygarbiony, lekko przekrzywiając długą szyję, podczas gdy jego rozkołysany chód był swobodny i pełen elegancji; obserwował mnie z wysoko uniesioną głową.

Wszystko to zdawało się trwać wiecznie; w chwili, kiedy ujrzałem go wyłaniającego się z zarośli, natychmiast musiałem uporządkować w sobie i poddać wewnętrznej dyscyplinie wszystkie najbardziej sprzeczne ze sobą, tajemne uczucia: "Krystian!" - chciałem zawołać, choćby dlatego, że w jego imieniu, które w początkach naszej gwałtownie zakończonej przyjaźni wymawiałem cichutko, ponieważ nie śmiałem głośno, czułem tę samą wyrafinowaną elegancję, co w jego fizycznym jestestwie, jego imię pociągało mnie tak samo nieodparcie, jak on sam, ale nie potrafiłem zdobyć się na odwagę, wymówienie na głos jego imienia równałoby się bowiem dotykowi naszych nagich ciał, unikałem go, czekałem, aż pójdzie do domu w towarzystwie innych chłopców, nie chciałem iść tą samą co on drogą, nie chciałem iść razem z nim, w szkole pilnowałem się, by choćby tylko przez przypadek nie znaleźć się zbyt blisko niego, by się nieopatrznie nie odezwać czy nie musnąć jego ciała; jednocześnie zaś bez przerwy go obserwowałem, dreptałem za nim jak cień, naśladowałem przed lustrem jego ruchy, szczególnie bolesną rozkosz sprawiała mi zaś świadomość, że kiedy go podglądam, potajemnie naśladuję, staram się poznać jego niewidoczne dla postronnych cechy i charakterystyczne gesty, dzięki czemu mógłbym się do niego upodobnić, on nic o tym nie wie, nie przeczuwa nawet, że jestem z nim wszędzie, a on jest ze mną, choć nie zaszczyca mnie nawet jednym spojrzeniem, bo jestem dla niego obojętnym, nieużytecznym, niepotrzebnym i nieciekawym przedmiotem.

Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, by nie przyjmować do wiadomości namiętnych uczuć, które do niego żywiłem, zachowywać się, jak gdyby współistniały we mnie dwie rożne osoby, a rozkosz i namiętności, których był źródłem, stanowiły jedynie nic nie znaczącą zabawę, bowiem tak jak moja jedna połowa nienawidziła go i gardziła nim, tak druga kochała go i szanowała; skoro jednak starałem się nie okazywać mu ani miłości, ani nienawiści, to udawałem bezgraniczną obojętność; moja miłość była aż nadto przesycona namiętnością i żądzą, bym mógł mu ją wyjawić, wówczas bowiem zyskałby nade mną pełnię władzy, nienawiść zaś rodziła w moich myślach tak niecne fantazje, że sama możliwość ich urzeczywistnienia napawała mnie strachem, nie pozwalałem więc mu zbliżać się do siebie, udawałem, że nawet nie dostrzegam jego przelotnych spojrzeń.

"Chciałbym cię o coś prosić", odezwał się rzeczowym tonem, kiedy staliśmy już od siebie na wyciągnięcie ręki, "i byłbym bezgranicznie zobowiązany, gdybyś spełnił moją prośbę".

Czułem, że twarz mi płonie.

A on to widzi.

Zdruzgotał mnie ten przyjazny i niewymuszony ton, jakim wypowiedział moje imię i jakiego używał wyłącznie przez wzgląd na dobre maniery; teraz już nie tylko wydawało mi się, że mam krótkie nogi, lecz czułem, że jestem jedną wielką głową, brzydkim, nieproporcjonalnie zbudowanym robaczkiem; w końcu zmieszany zrobiłem coś, czego wcale nie chciałem: "Krystian!", zawołałem głośno, wymawiając jego imię zbyt miękko, niemal bojaźliwie, uniżenie i niewłaściwie, on zaś, choć z pełną determinacją zmusił się, by na mnie poczekać i o coś mnie poprosić, teraz, jak gdyby nie dosłyszawszy moich słów, bądź też nie dając im wiary, uniósł wysoko brwi i pochylając się nade mną, uprzejmie zapytał: "Proszę? Słucham?", ja tymczasem zaskoczony i ucieszony jego zakłopotaniem wydobyłem z siebie jeszcze subtelniejszy ton i odparłem cichutko, że "Tylko wymówiłem twoje imię. Chyba mi wolno?".

Szeroko otworzył usta, zamrugał, jego jasnooliwkowe policzki aż pociemniały z gniewu, czarne źrenice zwęziły się, a jasnozielone tęczówki wydały się jeszcze większe; ale to nie wyraz jego twarzy, szerokie i zmarszczone czoło, pociągłe policzki, broda z dołeczkiem i nieproporcjonalnie mały, ostry, jakby jeszcze dziecinny nosek poruszyły mnie tak głęboko i boleśnie, lecz ich koloryt: w zieleni oczu połyskujących w barbarzyńsko zmysłowym brązie twarzy było coś wzniosłego i eterycznego, czerwień spękanych warg i czerń bujnej kręconej czupryny miały w sobie coś z piekielnego mroku; jasne spojrzenie przypominało mi tymczasem dawne chwile bliskości, w których jawna nienawiść splatała się ze skrywaną miłością, kiedy patrząc sobie w oczy, czuliśmy, że nasza wzajemna sympatia wynika tylko i wyłącznie z nieokiełznanej ciekawości, a w fakcie, że jesteśmy siebie ciekawi, coś przecież musi się kryć, to zaś przybliża nas do siebie, w jakiś sposób ze sobą łączy, ciekawość bowiem to uczucie silniejsze od każdej innej, łatwiejszej do nazwania po imieniu, niebezpiecznej emocji, nie ma prawdziwego celu i niepodobna jej zaspokoić, zwężające się źrenice i coraz większe tęczówki brutalnie i jednoznacznie dawały jednak do zrozumienia, że nasz związek i bliskość są złudne, a nasze natury tak dalece od siebie różne, iż niemożliwością jest pogodzić je ze sobą.

Jak gdybym ujrzał przed sobą nie ludzką istotę, lecz dwie przerażające, magiczne kule.

Na moment zmusiliśmy się, by spojrzeć sobie w oczy, i choć już nie unikaliśmy wzajemnych spojrzeń, nie odwracaliśmy głów, ani on, ani ja, to w jego wzroku coś się odmieniło, oczy straciły blask szczerości, pociemniały od skrywanych zamiarów i myśli, zmatowiały, ukrywając się przed obcym spojrzeniem.

"Chciałbym cię prosić", odezwał się cichym, ale zdecydowanym głosem i, nie chcąc, bym mu przerwał, chwycił mnie za ramię, "abyś na mnie nie donosił, a jeśli już to zrobiłeś, żebyś spróbował odwołać zeznania!".

Zagryzł wargi, przyciągnął mnie, chwytając za ramię, zmrużył oczy, z jego głosu znikły subtelny ton i pewność siebie, wyrzucał z siebie słowa, jak gdyby się obawiał, że muśnie oddechem moje wargi, chciał wypchnąć z siebie nienawistne dźwięki, musiał je z siebie wyrzucić, by zyskać poczucie, że uczynił wszystko, co leżało w jego mocy, aczkolwiek wątpił w skuteczność własnych słów i nie żywił nadziei, że mnie przekona, nie podejrzewam więc, że był ciekaw mojej odpowiedzi, nie mówiąc o tym, że nawet ja sam nie miałem pojęcia, jak to sobie wyobraża, bym miał odwołać złożone raz zeznania; sądzę, że miał świadomość, po jak niepewnym stąpa gruncie; mierzył mnie wzrokiem, ten uniżony ton zapewne kosztował go wiele wysiłku, chyba nie widział dobrze mojej twarzy, byłem w jego oczach jedynie plamą rozmywającą się w zwątpieniu.

Mnie tymczasem poczucie wyższości dawało pewność i napawało rozkoszą, jakiej jeszcze nigdy nie zaznałem.

O coś mnie poproszono i mogłem tę prośbę spełnić bądź ją zignorować; wreszcie nadeszła chwila, w której przekona się, jak wiele ode mnie zależy, jeśli zechcę, będę mógł go uspokoić, lub wręcz przeciwnie, będę mógł go zniszczyć, słowem, dostałem szansę, by powetować sobie wszystkie poniesione krzywdy, których wprawdzie nie on był powodem, ale które wyrządzałem sam sobie za jego przyczyną; sprawiało mi ból, że mnie nie zauważa, że żyje i sobie chodzi, aczkolwiek to nie przewina ani grzech, że nosi ładne ubrania, że bawi się i rozmawia z innymi, a ze mną nie chce się zaprzyjaźnić, nie chce przyjaźni, której ja tak bardzo pragnąłem, choć właściwie nie miałem nawet pojęcia, jaka by ona miała być; uśmieszek, do którego tak się przymuszał, napawał mnie wstrętem, i mimo że był ode mnie niemal o głowę wyższy, to teraz ja patrzyłem na niego z góry; moje ciało odzyskało nie tylko właściwe proporcje, ale też poczucie swobody i bezpieczeństwa, moja świadomość porzuciła walkę i grę, poddała się obojętnie, pogodzona ze wszystkimi zmagającymi się we mnie sprzecznymi uczuciami, moja fizyczna postura straciła na znaczeniu, przestało mnie interesować, jaki jestem i czy mu się podobam; czułem zimne krople potu na plecach, wodę w dziurawych butach, stare płócienne spodnie nieprzyjemnie kłuły mnie w nogi, uszy miałem rozpalone, wiedziałem, że jestem mały i brzydki, ale nie sprawiało mi to przykrości ani nie było poniżające, wraz z wieczną marnością mojego ciała czułem się wolny i wielki; miałem świadomość własnej siły; wiedziałem, że go kocham, i cokolwiek uczyni, i tak nadal będę go kochał, a za tę swoją bezbronność mogę się na nim zemścić albo mogę mu wybaczyć, w gruncie rzeczy niewielka różnica; aczkolwiek nie wydawał mi się już taki pociągający i piękny, jakim dotychczas widziałem go oczyma wyobraźni, czy w chwili, kiedy stanął przede mną, fakt, że go widzę, przyprawił mnie jednak o zawrót głowy; jego oliwkowa cera teraz była bladożółta, oddech, w którym wyczuwałem woń czosnku, napawał mnie wstrętem, pokorny uśmieszek był sztuczny i karykaturalny, zdradzał, że zwyczajnie się boi, choć próbuje nie okazywać strachu, dusi go w sobie, ukrywa, tai pod płaszczykiem pokory, podlizuje się i stara wyprowadzić mnie w pole.

Zaczerwieniłem się i wyszarpnąłem z uścisku jego dłoni.

I nic nie odpowiedziałem, nie mogłem, gdyż każda z możliwych odpowiedzi stawiała mnie w sytuacji bez wyjścia; nie miałem przecież najmniejszego zamiaru na niego donosić, a gdybym to jednak uczynił i posłał go do więzienia, raz na zawsze straciłbym go z oczu; gdybym zaś postąpił inaczej, niejako ulegając jego prośbie, pomyślałby sobie, że jego nieudolnie udawana pokora odniosła oczekiwany skutek, a jego zwycięstwo przyszłoby zbyt łatwo, by mógł mnie pokochać; nawet nie było mi wstyd, że zrobiłem się czerwony jak burak, co więcej, chciałem, żeby to zauważył, niczego bowiem nie pragnąłem bardziej, niż tak okazać mu swoje prawdziwe uczucia, by przestał się im opierać; moje purpurowe policzki były tymczasem oczywistym znakiem, że już nic nie może mi pomóc; cokolwiek bym zrobił czy powiedział, on i tak wymknie mi się z rąk; nie pozostawało mi więc nic innego, jak oddawać się beznadziejnym marzeniom i czekać, aż znowu wydarzy się coś, czego on nie będzie w stanie pojąć; a zatem, pomyślałem sobie, muszę postąpić dokładnie tak, jak dyktuje mi rozsądek, trzeźwo i okrutnie; perspektywa ta przypomniała mi o moich rodzicach, choć w tamtych latach wcale o nich często nie myślałem, a moje przekonania, o ile takowe w ogóle posiadałem, z natury rzeczy nie były do końca moimi własnymi przekonaniami; sytuacja była wyjątkowa i zbyt osobista, by stanęły mi przed oczyma ich sylwetki i twarze, by szeptali mi do ucha słowa, które powtarzałbym jak papuga; a jednak wtargnęli w moje myśli, przypominając o cieple rodzinnego domu, gotowi do ataku; wiedziałem, że zdarzają się chwile, kiedy człowiek winien, zapominając o wszelkich uczuciach, postępować zgodnie z zasadami, które zwykliśmy określać mianem przekonań; ja jednak nie miałem dość siły, by zapanować nad własnymi uczuciami.

"Doprawdy nie proszę cię o to przez wzgląd na samego siebie!", odezwał się stanowczym głosem, a jego dłoń, z której przed chwilą wyszarpnąłem ramię, błądziła w powietrzu, miał długie palce, delikatne przeguby, ale nie pozwoliłem mu skończyć, nie chciałem dłużej widzieć go w takim stanie: "Przede wszystkim dobrze by było, gdybyś potrafił odróżnić donos od zwyczajnego zgłoszenia!".

On tymczasem, jak gdyby nie dosłyszał, mówił dalej: "Chciałbym tylko oszczędzić matce kolejnych przykrości".

Przerywaliśmy sobie nawzajem.

"Jeśli sądzisz, że jestem donosicielem, nie mamy o czym mówić".

"Widziałem, jak po lekcjach wchodziłeś do pokoju nauczycielskiego. Widziałem!"

"I sądzisz, że nie zajmuję się niczym innym, tylko tobą?"

"Dobrze wiesz, że moja matka choruje na serce".

Zachichotałem. A w tym śmiechu była moc.

"Kiedy przychodzi ci ponieść konsekwencje własnych słów, mówisz, że matka choruje na serce!"

Oczy mu zabłysły, jak gdyby od środka rozświetliła je zimna błyskawica, zaczął wrzeszczeć, a jego cuchnące czosnkiem słowa smagały mnie po policzkach: "Czego więc ode mnie oczekujesz? Czego? Jak chcesz, mogę cię nawet pocałować w dupę!".

Coś się poruszyło, bezwiednie odwróciliśmy głowy: przez pokrytą śniegiem polanę przemknął zając.

Nie patrzyłem jednak na zająca ukrywającego się w zaroślach na skraju polany, patrzyłem na niego; gniew niepostrzeżenie zbliżył nas do siebie, gdyby był uważny, poczułby, jak mój oddech, wbrew mojej woli, muska jego szyję; szalik w paski miał rozwiązany, dwa górne guziki koszuli rozpięte, kołnierzyk wsunięty pod sweter, długa szyja sprawiała wrażenie dziwnie nagiej, tętnica widoczna pod cienką powłoką skóry pulsowała miarowo wśród napiętych mięśni i ścięgien, a wystające lekko jabłko Adama nierównomiernie skakało to w dół, to w górę; z jego twarzy odpłynęła już wezbrana od krzyku krew, policzki odzyskały dawny koloryt, grube wargi znów miał rozwarte, wodził oczyma za uciekającym zającem, a kiedy zatrzymał wzrok w miejscu, wiedziałem, że zając gdzieś się ukrył.

W zieleni jego oczu tańczył bladożółty blask zachodzącego za lasem słońca, miałem wrażenie, że zawodzenie skrzeczących srok i niemilknące krakanie wron, woń powietrza i szmer lasu są z tej samej materii co jego twarz, ostra i surowa, skamieniała i jednocześnie pełna ruchu; nie malowały się na niej żadne uczucia, po prostu, bez zbędnych emocji, napawał się roztaczającym się widokiem; lecz to nie jego zniewalająca uroda, harmonia kolorów i rysów jego twarzy wydawały mi się godne pozazdroszczenia, choć pozornie mogło się wydawać, że to właśnie ich mu zazdrościłem, ale umiejętność, z jaką w każdej chwili potrafił o wszystkim zapomnieć; kiedy porównywałem się z nim, spoglądając w lustro, dostrzegałem, że wcale nie jestem taki brzydki, ale chciałem był podobny do niego, chciałem być taki jak on; miałem niebieskie oczy, przejrzyste i czyste, opadające na czoło jasne, lekko kręcone włosy, lecz moja twarz była twarzą mięczaka, zbyt delikatne, łagodne i pełne czułości rysy wydawały mi się fałszywe i nieszczere, i choć wszyscy uważali je za nadzwyczaj miłe, lubili mnie głaskać i dotykać, to sam wydawałem się sobie toporny, wulgarny, zły i nikczemny; nie dostrzegałem w sobie nic miłego ani nie potrafiłem siebie pokochać; czułem, że noszę jakąś obcą maskę, i aby nie sprawić sobie zawodu, odgrywałem jakieś role, które bardziej odpowiadały mojej powierzchowności niż moim uczuciom; starałem się być wyrozumiały, taktowny, anielsko uśmiechnięty i przymilnie opanowany, choć w rzeczywistości byłem ponury i nerwowy, wszystkie moje zmysły domagały się brutalnych rozkoszy, byłem zapalczywy i przepełniony nienawiścią; najchętniej chodziłbym cały czas ze spuszczoną głową, nie miałem ochoty na nic patrzeć, ani nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie widział, i tylko dlatego patrzyłem innym w oczy, że z ich spojrzeń miałem nadzieję dowiedzieć się, jakie wywieram na nich wrażenie; i tak niemal wszystkich udawało mi się zmylić; dobrze czułem się jednak tylko wtedy, kiedy byłem sam, tymi bowiem, których z taką łatwością potrafiłem wprowadzić w błąd, gardziłem za ich ślepotę i głupotę, wobec tych zaś, którzy coś podejrzewali, nie byli tak łatwowierni czy podatni na mój wpływ, stawałem się tak miły i uprzejmy, że odbierało mi to wszystkie siły, popadałem w stan rozkosznego omdlenia, ale to, jaki jestem sprytny, pozbawiony kręgosłupa i żądny władzy, naprawdę poczułem dopiero wówczas, gdy udało mi się zawładnąć tymi, którzy byli mi zupełnie obcy, nienawistni czy obojętni; chciałem, żeby wszyscy mnie kochali, mimo że sam nie potrafiłem kochać; przeczuwałem, że piękno kusi i zwodzi, miałem świadomość, że ten, kogo opętała żądza piękna i kto na nic więcej nie patrzy, nie potrafi kochać, a więc nie może też być kochany, nie potrafiłem jednak zrezygnować z uwielbienia piękna, wydawało mi się, że moja twarz, uważana nawet za ładną, nie należy do mnie, choć mogę wykorzystywać jej urodę do oszukiwania innych wokół siebie, oszustwo stało się moją bronią i właśnie ono dawało mi władzę; odkąd pamiętam, stroniłem od ludzi kalekich i szpetnych, i było to jak najbardziej zrozumiałe, cóż bowiem z tego, że uważano mnie za ładnego, cóż z tego, że sam widziałem to w lustrze, skoro i tak wydawałem się sobie szkaradny i odrażający, samego siebie nie mogłem oszukać, własny osąd lepiej mi podpowiadał, jaki jestem naprawdę, niż władza, którą dawał mi zewnętrzny wygląd, tęskniłem za pięknem totalnym, za harmonią wewnętrznej i zewnętrznej formy, pragnąłem, by pod harmonią ciała nie krył się chaos kalekiej duszy, lecz dobroć i siła; dążyłem do doskonałości, a raczej do wewnętrznej zgody z samym sobą, do wolności, jaką daje niedoskonałość, która pozwoli mi być bezgranicznie zepsutym i złym; on jednak się nie poddawał.

"Nie miałem nawet zamiaru na ciebie donosić!", powiedziałem cicho, ale on nie poruszył choćby głową, "A nawet jeślibym doniósł, to i tak mógłbyś się wszystkiego wyprzeć, mogłeś przecież mieć na myśli swojego psa, niełatwo byłoby ci się wytłumaczyć, ale mogłeś przecież mieć na myśli po prostu psa".

Mój szept był tak niezauważalny jak para wydostająca się z ust w chłodny dzień; każde moje słowo muskało jego twarz zastygłą w bezruchu; już nie mogłem być mądrzejszy i bardziej przebiegły, zostawiłem sobie furtkę, by móc zrobić coś, czego wprawdzie nie zamierzałem uczynić, trochę go tylko nastraszyłem, i cicho podpowiedziałem, jak może wyplątać się z sideł, które na niego zastawiłem, ale w ten sposób zdradziłem samego siebie, powinienem był go zadenuncjować, dopiero wówczas bowiem okazałbym się stanowczy, silny i niepokonany; i może jeszcze to zrobię, niżej już upaść nie mogłem, nie czułem samego siebie, zawisłem nad sobą, a to "nad" znajdowało się bardzo nisko.

Nic już nie miało znaczenia, słowa utraciły sens, mój oddech muskał jego twarz, ale to nie wystarczało, patrzył niewidzącymi oczyma i nie rozumiał, o co mi chodzi.

"Nawet nie przyszło mi to do głowy, uwierz mi!"

Zwrócił ku mnie głowę, widziałem, jak z jego oczu znika podejrzliwość.

"Nie?", zapytał szeptem; jego oczy znów były takie, jak lubiłem, otwarte i szczere; "Nie!", odparłem cicho, ale zdecydowanie, choć już nie bardzo pamiętałem, co mam na myśli, już nie musiałem grać, czułem, że z moich oczu znika błysk fałszu, i to było w tym wszystkim najważniejsze; "Nie?", powtórzył pytanie, teraz już bez strachu w głosie, jak ktoś, kto pragnie się upewnić, czy naprawdę jest kochany, znowu poczułem na wargach jego oddech, "Nie, na pewno nie!", wyszeptałem; nagle zapadła cisza; patrzyliśmy na siebie, stojąc tak blisko, że nawet nie musiałem poruszyć głową, żeby dotknąć wargami jego ust.

Matka, którą przed trzema dniami przywieźliśmy ze szpitala, leżała w łóżku, i kiedy Krystian znikł wreszcie w zaroślach i zostałem sam, zobaczyłem, jak wyciąga ku mnie nagie ramię.

Jeszcze czułem na wargach jego usta, dotyk obcej skóry, miękkość i zapach jego ust, zostały we mnie, zostały na moich ustach, pamiętałem delikatne drżenie jego warg rozwierających się pod dotykiem moich, czułem powolnie wydychane powietrze, które chwilę później stało się moim, czułem głęboki oddech, który odebrał mi powietrze, i choć zabrzmi to niewiarygodnie, nie sądzę, by należało uznać to za pocałunek, nie tylko dlatego, że nasze usta ledwie się musnęły, nie tylko z tego powodu, że dotyk naszych warg był dla nas obydwóch jedynie instynktownym odruchem, którego świadomego, erotycznego sensu żaden z nas jeszcze nie rozumiał, ale przede wszystkim dlatego, że w tamtej chwili moje usta dawały mi ostatnią szansę przekonania go, były ostatnim niemym argumentem, który miał go przekonać, by wydychając swój strach, wraz z moim oddechem zaczerpnął zaufania.

Do dziś właściwie nie wiem, jak się rozstaliśmy, na ułamek sekundy zapomniałem się chyba w dotyku jego warg, a on zapomniał się we mnie; pamiętając o tym, nie zamierzam twierdzić, że nasz dotyk, nasz cielesny dialog był pozbawiony wszelkiej zmysłowości, mówić coś podobnego byłoby rzeczą śmieszną, nasz kontakt był jak najbardziej zmysłowy, ale tylko zmysłowy, i, co godne podkreślenia, wolny od jakichkolwiek skrytych zamiarów, które zwykły towarzyszyć miłosnym pocałunkom dorosłych, dotyk naszych warg w najczystszej formie ograniczał się do tego, co bez dodatkowych treści i konsekwencji w tej króciutkiej chwili mogą sobie dać nawzajem usta, niósł ulgę, spokój i spełnienie, i kiedy nie liczyło się już nic więcej, zamknąłem oczy; gdy jednak teraz o tym myślę, nie potrafię nie zadać sobie pytania, czym innym może być jeszcze pocałunek i czy może być czymś więcej?

Kiedy otworzyłem oczy, zapytał: "Czy wiesz, gdzie mieszkają zimą zające?".

I choć jego głos wydał mi się niższy i jeszcze bardziej obcesowy niż zwykle, nie było w nim pośpiechu, zadał to pytanie w tak naturalny sposób, jak gdyby zając w tym właśnie momencie mknął przez polanę, a od chwili, kiedy ukrył się w lesie, nic a nic się nie wydarzyło, przyglądałem się jego twarzy, oczom, szyi, obcemu widokowi, którym były dla mnie na tle opalizującego krajobrazu zasnutego koronką konarów i gałęzi, i przemknęła mi przez głowę straszliwa myśl, że przecież popełniłem nieodwracalną, fatalną pomyłkę, a pytanie, które mi zadał, nie padło dlatego, że zażenowany szukał schronienia w jakimś neutralnym temacie; ani w rysach jego twarzy, ani w postawie całego ciała czy w spojrzeniu nie dostrzegłem nawet odrobiny zażenowania, był opanowany i wytworny jak zawsze, chłodny i pewny siebie, może nawet wyzwolony od strachu naszym pocałunkiem ponownie stał się sobą, niedoścignionym sobą, to zaś bynajmniej nie oznaczało obojętności na to, co się z nim dzieje, wręcz przeciwnie, tak mocno angażował się w każdą chwilę własnego istnienia, w każdy przeżywany moment, że zapomniał o wszystkim, o tym, co już minęło, i o tym, co może nadejść, żył poza własnym ciałem, jak gdyby tam, gdzie był, wcale go nie było; ja zaś nadal pozostawałem niewolnikiem własnej przeszłości, każda ważniejsza chwila wzniecała we mnie burze namiętności i przysparzała tylu cierpień, że nie znajdowałem już w sobie sił na zajmowanie się przeszłością, i tym sposobem, choć inaczej niż on, też byłem gdzieś poza rzeczywistym światem; nie nadążałem za jego myślami.

"Nie mam pojęcia", odburknąłem nieprzyjaźnie niczym zerwany ze snu.

"Może mieszkają w ziemi".

"W dobre wnyki pewnie udałoby się schwytać całą zajęczą rodzinę".

Wreszcie cicho, powoli otworzyłem drzwi, pamiętam dokładnie, że nie rzuciłem na ziemię teczki, tak jak zwykle, teczka nie spadła z hukiem na podłogę, a ciężkie drzwi nie zamknęły się z łoskotem, więc nikt nie zauważył, że wróciłem już do domu, nie pobiegłem na górę po dębowych schodach prowadzących do hallu, ta osobliwa zmiana nie dotarła jednak do mojej świadomości, nie podejrzewałem nawet, że teraz już zawsze będę poruszał się ciszej i z większą ostrożnością, że stanę się powolny, zamyślony i zamknięty w sobie, choć, rzecz jasna, nadal będę śledził codzienny bieg wydarzeń, a nawet będę widział je wyraźniej, jednak już zawsze tylko z perspektywy zewnętrznego obserwatora; szklane drzwi prowadzące do jadalni były otwarte, usłyszawszy cichy stukot naczyń, domyśliłem się, że jestem spóźniony, a wszyscy już kończą obiad, tylko że mało mnie to obchodziło, w hallu panował miły półmrok, było ciepło, przez opalizujące żłobienia przeszklonych drzwi dostawały się smugi popołudniowego słońca, kaloryfer trzeszczał i bulgotał, żeberka wydawały z siebie metaliczne, powracające echem dźwięki; musiałem długo tak stać wśród ciężkiej woni smażonych kotletów, mieniący się szkarłatem dywan był jednak ważniejszy niż moja własna twarz i ciało, których czarne kontury ginęły w srebrnym błysku lustra.

Zrozumiałem, i było to najzupełniej oczywiste, że mówiąc o wnykach na zające, myślał o jakiejś wspólnie przedsięwziętej akcji, dobrze wyczuwałem, że czekając na odpowiedź, spodziewał się, że wreszcie wezmę się w garść i też wymyślę coś sensownego, obojętne co, nie musieliśmy przecież upierać się przy tych głupich zającach, właściwe byłoby każde inne męskie zadanie wymagające zręczności i siły, mnie jednak ta zaoferowana z rycerskim spokojem szansa wydawała się zbyt prosta, w świetle tego, co się między nami wydarzyło, zwyczajnie śmiechu warta, nie dlatego, że jak dla chłopców w naszym wieku była zbyt dziecinna, ale dlatego, że jej naiwna infantylność zdradzała, że służy mu do obrony, że wymyślił to tylko po to, by nie przyjmować do wiadomości biegu wydarzeń, że jest wykrętem i zasłoną dymną, za którą będzie mógł ukryć własne uczucia, oczywiście było to wyjście o wiele rozsądniejsze niż to, które ja miałem mu do zaoferowania, w tamtej bowiem chwili nic nie było mi dalsze niż rozsądek; radość, że uwolnił mnie od poczucia winy, tryskała ze mnie, jak gdyby była namacalną materią, rozchodziła się wokół niczym chcąca go dotknąć fala, a ja nie pragnąłem niczego więcej, jak pozostać w tym stanie, w stanie, kiedy ciało jest całkowicie zdane na to, co w nim instynktowne, zmysłowe i emocjonalne, i tracąc ze swojego ciężaru tyle, ile waży wyzwolona zeń energia, przestaje być ciałem, które jest źródłem udręki; pragnąłem przedłużyć ten stan, chciałem spędzić w nim najbliższe chwile, przełamać wszelkie opory i przyzwyczajenia, nawyki i maniery wpojone wychowaniem, to wszystko, co odbiera nam radość zwykłych codziennych chwil, nie pozwala ujawnić prawdy o sobie, sprawia, że to nie my żyjemy w czasie, ale czas żyje w nas, miarowy i pusty; niezdolny odezwać się zwyczajnym, normalnym głosem, z uporem i wytrwałością robiłem wszystko, by nic się nie zmieniło, a mimo to czułem, że on niewiele z tego wszystkiego rozumie, i aby zachować pozory cierpliwości i spokoju, musi mobilizować całą swoją duchową energię; stał tam niczym ściana, od której odbijało się i kruszyło w proch to wszystko, co płynęło ze mnie ku niemu, i nawet go nie dotknąwszy, otulało mnie ulotną i nieuchwytną powłoką, dającą jednak miłe poczucie bezpieczeństwa, wiedziałem natomiast, że każdy najdrobniejszy, nieostrożny ruch może tę powłokę unicestwić, wystarczy jedno głośniejsze słowo, a wszystko, czym emanuje moje ciało, rozpłynie się w powietrzu jak para z ust; patrzył mi prosto w twarz, nie widzieliśmy nic więcej, tylko swoje oczy, ale coraz bardziej się oddalał, podczas gdy ja ciągle tkwiłem w tym samym miejscu, nie chciałem ruszyć się nawet na krok, byłem zniewolony, po raz pierwszy poczułem w sobie potęgę szalejących zmysłów, ich piękno i grozę, ale to byłem prawdziwy ja, nie zaś te mgliste kontury, które ukazywało lustro, odbijając moje ciało czy twarz; fakt, że się oddalał, nie mógł ujść mojej uwadze, najpierw dostrzegłem na jego twarzy błysk zaskoczenia, którego mimo wszelkich chęci i wewnętrznej dyscypliny nie potrafił ukryć, potem zobaczyłem w jego ledwie dostrzegalnym uśmieszku głupią butę, która pozwoliła mu uciec tak daleko, by mógł patrzeć na mnie z ciekawością i współczuciem, nie odezwałem się jednak, nie uczyniłem żadnego gestu, w tej niemej chwili wszystko wydawało mi się absolutnie doskonałe, czułem się zbyt ważny, by dotknęło mnie, że z jego twarzy znikł ostatni cień uśmiechu, cisza wokół była niemal bolesna, znów odezwały się las, skrzek srok, trzask miotanych wiatrem gałęzi w oddali, plusk wody toczącej się po ostrych kamieniach, świst naszych oddechów.

"To przyjdź kiedyś", powiedział lekko podniesionym, piskliwym głosem, i mogło to oznaczać wiele nawet całkowicie ze sobą sprzecznych rzeczy; nienaturalny ton jego głosu wydał mi się o wiele istotniejszy od samej treści tych słów, oznaczał, że czuje się zakłopotany, że nic nie jest takie proste, jak by sobie życzył, że choć ucieka przed moim wzrokiem, to nadal mam go w ręku, proponuję kompromis, na który w innych okolicznościach nigdy by nie przystał, ten ton zdradzał, że nie traktuje serio zawartej ugody, niech mi nawet przez myśl nie przejdzie, by przyjąć jego enigmatyczne zaproszenie, mam je odczytać jako uprzejmą przestrogę, a w przyszłości, podobnie jak dotychczas, nadal nie będę miał prawa przekroczyć progu ich domu; nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał prawa przekroczyć progu ich domu, powiedział tamtego popołudnia, kiedy matka wołała go przez okno, a ja trzymałem w dłoni dwa orzechy włoskie.

"Krystian! Krystian! Gdzie jesteś? Krystian, dlaczego muszę cię wołać? Krystian?"

Była jesień, staliśmy pod orzechowcem, cicho siąpił deszcz, szkarłatno-żółty ogród skrzył się wśród ciężkiej szarej mgły, on trzymał w dłoni wielki płaski kamień, którym przed chwilą łupał orzechy, nie zdążył jeszcze się wyprostować, a ja nie wiedziałem, czy za chwilę nie uderzy mnie w głowę tym kamieniem.

"Naszego domu jeszcze nie ukradliście, rozumiesz? I tak długo, jak długo należy on do nas, uprzejmie cię proszę, byś nie ważył się przekroczyć jego progu. Jasne?"

I choć nie było w tym nic zabawnego, roześmiałem się.

"Ten wasz sławetny dom ukradliście tym, z których żyliście, a odebrać złodziejowi kradzione to nie jest grzech, i to wy jesteście złodziejami!"

Upłynęło kilka chwil, nim pojęliśmy znaczenie wypowiedzianych słów, i choć samo ich wypowiedzenie było cudownie rozkoszne, to jego wściekłość i moja radosna obojętność świadczyły o tym, że nasze słowa nie były niczym innym jak zemstą, zadośćuczynieniem krzywd, które wzajemnie sobie wyrządziliśmy podczas naszej krótkiej, ale burzliwej i pełnej wzlotów i upadków przyjaźni, od wielu miesięcy spędzaliśmy ze sobą niemal całe dnie, a spięcie, do którego między nami doszło, było przeciwległym biegunem osiągniętej bliskości, i choć próbowaliśmy znaleźć jakieś wytłumaczenie, to ten nieoczekiwany wybuch zawiódł nas tak daleko, że nie mieliśmy już odwrotu, i choć to, co robiłem i co nadal robię, było bez reszty pozbawione poczucia realności, cisnąłem na ziemię orzechy, te potoczyły się po wilgotnych liściach, matka ciągle go wołała, a ja ruszyłem w stronę bramy, zadowolony z siebie jak ktoś, komu wreszcie udało się załatwić coś ważnego.

Patrzył mi prosto w oczy. Czekał.

Tamto enigmatyczne zdanie, ostatnia próba, jaką podjął, oddaliła mnie od chwili, od której nie chciałem i nie potrafiłem się oderwać, dostrzegłem w jego oczach dystans, taki sam, jaki poczułem w sobie, i nawet jeśli ta długa dygresja nie jest niczym więcej jak wspomnieniem, błyskiem ryby wynurzającej się spod zastygłej w bezruchu powierzchni chwili, łapiącej oddech w obcym sobie żywiole i pozostawiającej po sobie kilka szybko niknących kręgów, by znów pogrążyć się w ciszy, to stało się ono dla mnie ważne, wyznaczyło bowiem punkt, zdecydowany i wyraźny, punkt, którego siła przypominała mi, że wszystko, co teraz się z nami dzieje, jest tylko odbiciem już kiedyś przeżywanej historii, i że wywrze swój wpływ na przyszłe wydarzenia, dokładnie w taki sam sposób, jak teraźniejszość jest wynikiem przeszłości, daremne są więc wszystkie moje tęsknoty, próżne moje wysiłki, by trwać wśród tego, co może być źródłem szczęścia, radości i rozkoszy, skoro, mimo że tak mocno przeżywam to zdobywane i tracone szczęście, daremnie próbuję je zatrzymać, bo zawsze natychmiast muszę je stracić; nie umiałem tedy nic mu odpowiedzieć, choć poza, w jakiej stał, mówiła, że jest gotów zaakceptować moją odpowiedź, i ja też jej pragnąłem, czułem bowiem, że potrzebuję jej do życia; stał przede mną, jak gdyby chciał zrobić krok naprzód, nagle jednak przerzucił teczkę przez ramię, odwrócił się i ruszył z powrotem ku zaroślom, z powrotem do miejsca, z którego nadszedł.

Przyszedł telegram

O ile w ogóle to, co robiłem, można było nazwać posuwaniem się do przodu, silniejsze podmuchy wiatru bezustannie zmuszały mnie bowiem do zatrzymywania się w miejscu; czekając, aż wiatr się uspokoi, z trudem utrzymywałem się na nogach, pamiętam, że wzdłuż nadbrzeżnej grobli szedłem dobre pół godziny, nim zauważyłem, że coś się niebezpiecznie zmieniło.

Wiatr dął nie z naprzeciwka, lecz od morza, szedłem lekko bokiem, odpierając podmuchy ramionami i czubkiem głowy, próbowałem zakrywać twarz kołnierzem, by krople fal rozbijających się o kamienie uderzały o możliwie najmniejsze powierzchnie skóry, choć i tak od czasu do czasu musiałem ocierać czoło, z którego ociekały kropelki wody, ciężkie od soli spływały niczym potok prosto w oczy, potem wzdłuż nosa do ust, i choć przecież mogłem zamknąć oczy, skoro już i tak nic nie widziałem, to jednak chciałem widzieć choćby ciemności, jak gdyby sensowne było mieć z ich powodu otwarte oczy; początkowo przed księżycem przesuwały się jedynie przeźroczyste, szare kłęby i wąskie pasma chmur, nadchodziły z głębi kontynentu i gnały ku morzu niczym ku bezkresnemu celowi, a obojętny spokój księżyca, mimo że ich ruch był subtelny i dostojny, czynił ich pośpiech nad wyraz zabawnym, później nadeszły groźniejsze chmury, gęstsze i bardziej masywne, choć podobnie zwinne, i nagle pociemniało, jak gdyby na ogromnej scenie reflektor przysłonił dekoracje, nastała całkowita ciemność, nic już nie odbijało się w wodzie, na grzbietach fal nie rysowały się już w oddali białe kontury, po czym nagle pojaśniało, tak samo zaskakująco i niespodziewanie, potem znowu się ściemniło, nie przez przypadek mówię tu o teatrze, w tym szczególnym zjawisku, kiedy wiatr gnał w górze chmury w przeciwnym kierunku, niż sam dął tam w dole, było coś z teatralnej dramaturgii, coś z konfliktu pomiędzy wolą nieba a życzeniami ziemi, trwającego dopóty, dopóki w pozornie niemożliwym do zatrzymania biegu wydarzeń nie dokona się tam na górze nagły zwrot, tylko kto wie, jaki?, może to wiatr zmienił swój kierunek albo utkwił w skłębionych ponad wodą chmurach, by pod postacią deszczu zepchnąć je do morza, w każdym razie ciemności trwały coraz dłużej, a jasność coraz krócej, aż wreszcie księżyc znikł, pogrążając w mroku wodę i ziemię.

I już nie widziałem, którędy stąpam.

Zabawa ta była bardzo podniecająca, zapomniawszy o strachu, uznałem bowiem za zabawę to, co zwykliśmy nazywać orgią rozszalałych żywiołów, uznałem to wszystko za zabawę, która miała zastąpić czy raczej ucieleśnić burzę walczących we mnie, sprzecznych ze sobą sił, i tak, odkrywając w tej żywej metaforze własne uczucia, mogłem nawet poczuć się bezpiecznie, jak gdyby to, co dzieje się wokół mnie, nie było niczym innym niż cudowną igraszką lustrzanych odbić, i działo się tylko po to, by mnie rozweselić.

Doprawdy zręczne to oszustwo, ale niby dlaczego nie miałem wyobrazić sobie, że jestem głównym bohaterem tego potężnego i dostojnego huraganu, skoro już od wielu tygodni nie potrafiłem myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by samemu pozbawić się życia, cóż więc mogło przynieść mi większe ukojenie niż rozszalały, zamknięty we własnych ciemnościach świat, który wbrew wszystkim niszczycielskim siłom nie tylko nie potrafił sam siebie unicestwić, ale nie umiał wyrządzić sobie nawet najmniejszej krzywdy, tak samo bowiem jak ja nie był panem samego siebie.

Kiedy minionego wieczoru, poprzedzającego mój wyjazd, tamtego pamiętnego wczoraj, podkreślam ten dzień dlatego, że przeżycie, jakim było dla mnie morze, tak przesunęło w czasie wszystkie dotychczasowe wydarzenia, że gdyby ktoś stwierdził, iż przyjechałem tu przed dwoma tygodniami albo przed dwoma laty, a nie dzisiaj po południu, wcale nie byłbym zaskoczony, i dlatego musiałem sam się upewnić, że pomiędzy moim wyjazdem a spacerem nad brzegiem morza upłynęło tak niewiele czasu, co oczywiście nie ma oznaczać, że ten miły czasowy zamęt rozplątał gmatwaninę moich uczuć, niemniej widok wzburzonego morza dawał wystarczające poczucie bezpieczeństwa, bym mógł zastanowić się nad tym, co się wydarzyło, kiedy więc przypomniałem sobie ginący w czułej oddali wieczór poprzedniego dnia, gdy o całkiem wczesnej porze wróciłem do domu i na ciemnej klatce schodowej, na której ciągle jeszcze nie naprawiono światła, długo i nieudolnie walczyłem z kluczem, aż wreszcie usłyszała mnie Kühnertowa, która zawsze o tej porze szykowała na śniadanie dla swojego męża chleb z masłem, przerażony słyszałem, jak spieszy długim korytarzem, nie mogę trafić kluczem do dziurki, w końcu przystaje, otwiera mi drzwi i z uśmiechem ściska w dłoni zieloną kopertę, jak gdyby od dawna szykowała się na mój powrót, jak gdyby na mnie czekała, i nim jeszcze zdążę wejść, powiedzieć "dobry wieczór" i podziękować za uprzejmość, czerwona jak burak podaje mi kopertę, i tylko dzięki tamtemu pod niejednym względem komicznemu schronieniu, jakie dała mi bliskość szalejącego wśród bezświetlnej nocy morza, nie czułem teraz bliskiej omdlenia słabości, która ogarnęła mnie tam, w tamtych drzwiach, i dręczyła mnie aż do samego przyjazdu; co więcej, bawiło mnie to, wydawało mi się, jak gdybym ciągle miał przed oczyma nadmiernie wyostrzony, nieznany film, na którym Kühnertowa z wrzaskiem daje mi do ręki kopertę.

"Telegram, proszę pana, przyszedł telegram, przyszedł do pana telegram".

I gdybym tak samo bezwiednie, jak mamy w zwyczaju spoglądać na ściskany w czyjejś dłoni przedmiot, przyglądał się telegramowi, a nie jej, może bym nie zauważył, że nie dlatego jej uśmiech był taki niezwykły i dziwny, bo nie miała zwyczaju się uśmiechać, lecz dlatego, że tym uśmiechem chciała zamaskować zachłanną żądzę brania udziału w moim życiu, nieposkromioną ciekawość, której nie potrafiła ukryć mimo całego doświadczenia wyniesionego z pracy w teatrze, kiedy bowiem telegram znalazł się w mojej dłoni, a ja, opanowawszy nerwy, rzuciłem okiem na nadawcę i znów spojrzałem na Kühnertową, z jej twarzy zniknął uśmiech, a ogromne, chorobliwie wytrzeszczone oczy wpatrywały się we mnie zza szkieł w cienkich złotych oprawkach, przyglądała się moim ustom, gniewnie i surowo, jak gdyby czekała, aż po długim milczeniu wyznam jej coś niesłychanie ważnego, jej twarz może nie wyrażała nienawiści, ale było w niej jakieś pozbawione krzty wyrozumiałości skupienie, chciała zobaczyć, jak zareaguję na tę bez wątpienia wstrząsającą, a dla niej niepojętą wiadomość, podejrzewałem, że przeczytała telegram, i choć czułem, że robię się blady, właśnie wtedy ogarnęła mnie ta niemożliwa do przezwyciężenia słabość, wszystko to zbyt wiele zdradzało, żebym mógł nad sobą zapanować, że cokolwiek zawiera telegram i skądkolwiek nadszedł, ta kobieta i tak za dużo o mnie wie, czy chce zbyt dużo wiedzieć, abym mógł dłużej tu mieszkać, przed niczym nie broniłem się zacieklej niż przed tym, by ktoś niepowołany miał wgląd w moje życie, teraz więc nie tylko muszę z godnością znieść zadany mi cios, ale muszę naprawdę stąd odejść.

Kühnertowa była przeraźliwie, ale intrygująco brzydka, wysoka i koścista, z wielkimi barami, w spodniach raczej przypominała mężczyznę, miała nie tylko długie i wielkie stopy, lecz także płaskie pośladki jak u starej urzędniczki, sama tleniła włosy, krótko ostrzyżone zaczesywała do tyłu, co wprawdzie do niej pasowało, jednak nie sprawiało, by wyglądała bardziej kobieco, była tak brzydka, że nawet boczne oświetlenie gustownie rozmieszczone w ich przestronnym, zamożnym mieszkaniu nie tonowało jej brzydoty, w dzień ciężkie aksamitne zasłony, tłumiąc światło, powodowały, że panował w nim mrok, wieczorem paliły się tylko stojące lampy i kinkiety z abażurkami z woskowanego papieru, nigdy nie zapalali żyrandoli, co zmuszało doktora Kühnerta do specyficznego trybu życia; profesor był niski, niemal głowę niższy od swej małżonki, pod względem budowy stanowili całkowite przeciwieństwa, był drobny i subtelny, miał tak przeźroczyście jasną skórę, że na skroniach, szyi i rękach prześwitywały liliowo pulsujące żyły, miał małe, głęboko osadzone oczy, nijakie i pozbawione wyrazu, ruchy ciche i ledwie dostrzegalne, kiedy oddawał się swojej pracy naukowej, jak twierdzili niektórzy, niezmiernie ważnej, na jego wielkim czarnym biurku także nie było lampy, a kiedy Kühnertowa wołała go do telefonu, widziałem, jak długimi wąskimi palcami, niczego nie widząc, przewraca stosy gazet, książek, notatek i rękopisów, by w końcu wymacać szukaną kartkę, wyjąć ją, przejść przez pokój przed wibrującym niebieskim blaskiem ekranem telewizora, stanąć oparty o ścianę pod wysoko zawieszonym kinkietem i tam w jego bladożółtym świetle zacząć czytać, a że często tak robił, zdradzała za dnia plama na tapecie powstała w miejscu, o które opierał ramiona i głowę, często, gdy długo rozmyślał albo nagle przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, przerywał spokojną lekturę i tą samą drogą wracał do biurka, by coś zanotować, maszerował przed ekranem telewizora, czego Kühnertowa, siedząc w wygodnym fotelu, zdawała się tak samo nie zauważać, jak doktor nie zwracał uwagi na dobiegający z odbiornika hałas czy panujące wokół ciemności, nigdy nie słyszałem, żeby zamienili ze sobą choćby jedno słowo, ale to ich milczenie nie było małostkową zemstą ani demonstracyjnie obnoszoną, wiele mówiącą o temperaturze ich związku urazą, jaką często czują do siebie nienawidzące się pary, by wzajemnie do czegoś tam się zmuszać, i która czyni je niemymi; nie, milczenie tych dwojga nie miało żadnego określonego celu, choć niewykluczone, że właśnie stygnąca powoli nienawiść spowodowała, że zastygli w swojej obojętności, tylko że nic nie wyjaśniało powodów tej nienawiści, wydawali się zadowoleni i zrównoważeni, w swojej obecności zachowywali się niczym zwierzęta należące do dwóch różnych gatunków, przyjmowali do wiadomości obecność tego drugiego, ale pamiętali też, że od praw rządzących płciami silniejsze są prawa rządzące gatunkiem, a skoro jedno nie może być ani parą tego drugiego, ani jego łupem, to w związku z tym nie mają sobie nic do powiedzenia.

Przyglądałem się twarzy Kühnertowej, mimo zdenerwowania z pewną dozą rezygnacji, doświadczenie bowiem podpowiadało mi, że łatwo się od niej nie uwolnię, wręcz przeciwnie, im bardziej będę się starał, tym będzie głośniejsza i coraz bardziej nachalna, przyglądałem się jej oczom i myślałem w duchu, że ten atak jeszcze wytrzymam, ale ten będzie już ostatni, z jej niskiego, pomarszczonego czoła wyrastały jak szczecina pomalowane na blond włosy, wyczuwałem palcami, że koperta jest otwarta, nos miała długi i wąski, na ustach spękaną pomadkę, nie mogłem nie obrzucić spojrzeniem jej piersi, one bowiem były jedyną częścią ciała, która wynagradzała jej brzydotę, były ogromne, nieproporcjonalnie wielkie, bez biustonosza zapewne sprawiłyby zawód, choć brodawki widoczne przez obcisły sweter nie mogły być nieprawdziwe; kiedy tak staliśmy w drzwiach tamtego niemal zupełnie ciemnego korytarza, w tej samej chwili, kiedy Kühnertowa zaczęła znowu krzyczeć, pojawił się nadchodzący z salonu doktor Kühnert, w koszuli rozpiętej do pasa, zawsze nosił białą koszulę, gdy czytał bądź robił notatki, rozpinał ją, by rozmyślając, drapać się po młodzieńczo nieowłosionej piersi; teraz jednak szedł spać.

Darmowy fragment