Pamięć - Dariusz Kuklis

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część pierwsza.

 

- Drogie dzieci - nauczyciel historii nie przestawał nas denerwować traktowaniem jak przedszkolaków, mimo że wszyscy w klasie przekroczyliśmy już znamienny wiek siedemnastu lat. - Wyciągnijcie książeczki i otwórzcie na stronie czterdziestej czwartej. Będzie tam taaaki duży obrazek z mapą średniowiecznej Europy.

Wtórując reszcie grupy westchnęłam przeciągle. Pan Alex albo się przyzwyczaił, albo udawał, że tego nie widzi.

- Macie dziesięć minut na zrobienie notatek. Jak wrócę przepytam trzy osoby. I żeby nie było jak ostatnim razem. Trzy pały! To woła o pomstę do nieba!

Drzwi trzasnęły, a dwudziestu sześciu nastolatków, ku ich uciesze, pozostawiono samym sobie.

- O pomstę do nieba, to woła sposób jego nauczania! Masakra! - wycedziłam przez zęby.

- Vanessa. Daj spokój. Wyluzuj się. Mamy kilka minut wolnego. - Laure zaśmiała się i położyła nogi na ławce. - Wszyscy tak powinni uczyć.

- Ja, w przeciwieństwie do niektórych, myślę o studiach - zmarszczyłam brwi.

- Oj wiem, wiem. Będziesz bardzo poważną panią historyk, a może histeryk? - zaśmiała się rubasznie.

Z westchnieniem, jako jedyna, pochyliłam się nad książką. Ogólny harmider nie pomagał w przyswajaniu wiedzy. Zatkałam uszy i czytając na głos wbijałam do głowy kolejne słowa. Nie zauważyłam kiedy nauczyciel wrócił do klasy.

- No dobrze, dzieciaczki. Czy ktoś jest chętny? - Pan Alex rozejrzał się wokoło. Brak uniesionych rąk nie zaskoczył go zbyt mocno. Próbę tę i tak z góry spisał na niepowodzenie. - Dobrze więc. Zapraszam panienkę nazwaną przez mamusię Maia. Jeśli się nie mylę, tylko jedna tu taka jest. Prawda?

Maia wstała powoli, poszukując niepewnym wzrokiem kogoś, kto mógłby jej pomóc. Z jej twarzy buchał brak przygotowania, co nie uszło uwadze nauczyciela.

- Opowiedz w pięciu zdaniach, co też nauczyłaś się przez ostatnie dziesięć minut.

- Malować paznokcie! - krzyknął Roland, wysoki, średnio przystojny brunet zasiadający w ostatniej ławce.

Przez te kilka lat wykształciliśmy u naszego historyka odpowiednio duże pokłady cierpliwości. Udał więc, że nie słyszy. Maia uśmiechnęła się lekko zaczerwieniona.

- Mów dziecko. Mów - nauczyciel zignorował głupkowatą uwagę.

- Ja... Yyy... no więc...

- Dobrze, dobrze. Pała! - Pan Alex rozejrzał się po klasie, poszukując najbardziej przestraszonych oczu. - A co nam powie panicz Robert?

Zapanowała cisza. Nikt się nie podniósł.

- Robercik, sądzisz, że jak nie wstaniesz, to pomyślę, że cię nie ma?

Szurnęło krzesło. Sąsiad Rolanda niechętnie wstał z oczywistą odpowiedzią wymalowaną na twarzy. Nikogo nie zaskoczyły jego ziejące pustką, szeroko otwarte oczy.

- Widząc to, usatysfakcjonowany nauczyciel klasnął w dłonie. - Ułatwiacie mi pracę. Roberciku, czy mamy tracić czas, czy od razu wstawić ci szóstą pałę w tym półroczu?

Milczenie zdębiałego ucznia pozbawiło historyka wątpliwości.

- Paaałaaa. - powiedział przeciągle, kaligrafując ocenę w dzienniku. - No dobrze. Żeby nie było zbyt nudno, jedną ocenę postawię dobrą lub bardzo dobrą. Taką pewność daje mi tylko panienka Vanessa.

Podniosłam się powoli z krzesła, rozglądając się po klasie, jak zwykle zadziwiona ciszą, która zawsze towarzyszy moim wypowiedziom na lekcji historii.

- Średniowieczny podział granic według literatury akademickiej ukształtowały głównie...

Nagle przed oczami, na ułamek sekundy, pojawił mi się bardzo realistyczny obraz. Klęczałam w ogromnej, prawdopodobnie królewskiej sali. Przede mną wypinał brzuch, przykryty zdobnymi szatami, jakiś starszy jegomość z koroną na głowie. Odurzał otoczenie nad wyraz intensywnym smrodem. Wiercąc mnie przenikliwym wzrokiem, dotykał mego ramienia pięknie inkrustowanym mieczem. Silił się na powiedzenie czegoś, lecz nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Niezręczność sytuacji wypełniła całą salę. Obraz równie szybko zniknął, jak się pojawił. Wpatrywałam się w ławkę, próbując zrozumieć co się stało. Gdzieś w oddali słyszałam głos mówiącego nauczyciela, jednak moim umysłem zawładnęła przeżyta scena.

- W takim razie pała! - to usłyszałam, kiedy szarpanie za rękę przywróciło mnie do rzeczywistości.

Zamrugałam powiekami i spojrzałam zdziwiona na Laure. Ta uśmiechnęła się szeroko i powiedziała.

- Nooo. Jestem z ciebie dumna. Pierwsza pała w życiu. W końcu. Ależ to absurdalnie brzmi. Vanessa i pała z historii. Wow!

- Co się stało? Dostałam niedostateczny?! Za co?!

- Stałaś jak kołek, wlepiając się tępo w ławkę. Alex do ciebie gadał i gadał, a ty nic. To ci przywalił. Ale nie martw się. Nie był zbyt załamany.

Zebrałam pośpiesznie rzeczy i wyszłam z klasy. Na pozostałych lekcjach opędzałam się od nieustępliwego, prześladującego mój umysł obrazu.

Wychodząc ze szkoły, spotkałam wracającego do domu mojego starszego o trzy lata brata Dawida.

- Hej! Wracasz do domu? - zapytał.

- Tak.

- Coś się stało? Jesteś jakaś nieswoja.

- Dostałam pałę z historii - odpowiedziałam.

- Pałę?! Ty?! I to z historii? Przecież to twoje hobby.

- No właśnie.

- Nie odrobiłaś lekcji? Nie nauczyłaś się? Zawaliłaś sprawdzian? Co się stało?

- Nie wiem. Jakaś luka w pamięci.

- Luka? Jaka luka?

- Nie mam pojęcia. Zmieńmy temat - burknęłam z obruszoną miną.

- Zrobiłem się wręcz zazdrosny. Jestem starszy, a pały jeszcze nie dostałem. Jak to jest? - Dawid tymczasowo schował w kieszeń swoją empatię i nieprzeciętną dojrzałość.

- Widzę, że się dobrze bawisz - powiedziałam z niesmakiem.

- Wybacz. Nie wiem, skąd u mnie taka wesołość.

Mimo głupawki Dawida, rozmowa z nim poprawiała mi stopniowo humor. Kiedy dotarliśmy do domu, brat przytrzymał mnie za rękę i z troską w oczach zapytał.

- Powiesz rodzicom?

- A co, mam się czego bać?

- W sumie nie - odpowiedział otwierając drzwi.

Tata pracował w tym tygodniu na drugą zmianę, mama przywitała nas zabieganym i, jak zwykle, lekko spanikowanym wzrokiem.

- Już wróciliście? Tak szybko? O Boże! Przecież jeszcze obiad niegotowy! - piszczała, diametralnie zwiększając intensywność kuchennego szaleństwa.

Popatrzyłam na przewrażliwioną biedaczkę i jak co dzień, od kiedy poszłam do szkoły, powtórzyłam standardową formułkę.

- Mamo, daj spokój. Nie jestem głodna.

- Jak to nie jesteś głodna? - zadziwiało mnie jej codzienne, niezwykle intensywnie wyrażane, zaskoczenie.

Uśmiechnęłam się znacząco do Dawida. Obydwoje wesoło wywróciliśmy oczami. Szepnęłam mu do ucha.

- Czasami zastanawiam się, czy nie jestem adoptowana.

- Ha, ha! Ja się nad tym głowię już od kilku lat.

- Co mówicie? - zawołała mama. - Co chcecie zjeść?

Roześmialiśmy się na całego i zgranym duetem niemal zaśpiewaliśmy.

- Nie jesteśmy głodni!

Weszliśmy szybko na piętro, aby nie słyszeć kolejnych matczynych pytań. Obydwoje byliśmy przekonani, że raczej nie usłyszała naszego chóralnego "nie". W jej głowie musiało pozostać: "jesteśmy głodni". Codzienną konsekwencją uważnego słuchania swoich dzieci były dwa stosy kanapek ratujące nas przed niechybną śmiercią głodową. Dwie godziny dzielące nas do obiadu nikt przecież nie byłyby w stanie przetrwać z pustym żołądkiem. Mama nie zawracała sobie głowy nic nie znaczącym faktem, że jej dzieci mają już siedemnaście i dwadzieścia lat. Dla niej zadziwiające było to, że jej dwa berbecie potrafią same pójść i wrócić ze szkoły. W zasadzie, to jedno z uczelni. Dawid z pasją i determinacją studiował historię. Moje plany były podobne. Różniliśmy się nieco podejściem do literatury akademickiej. Brat przyjmował wszystko z wielkimi, pełnymi ufności, oczami. Ja natomiast wszędzie, ale to absolutnie wszędzie, doszukiwałam się przekłamań. Zakładałam, że daty to może i się zgadzają, jednak opisy wydarzeń zawsze odwracałam na lewą stronę.

Schodziłam na kolację z postanowieniem podzielenia się z rodziną moim bezprecedensowym dokonaniem. Byłam oczywiście ostatnia. Na szczęście wszyscy już przywykli do mych opieszałych zachowań.

- No to jemy - powiedziała mama, jak tylko usiadłam przy stole. - Smacznego! Uważajcie na ości. Może jakaś została. Wiecie. Jak to dorsz. I pamiętajcie, żeby dużo pić, ale dopiero po jedzeniu i ...

- Mamo. Proszę cię. Już to kiedyś słyszeliśmy - przerwałam jej.

- Jakieś kilka tysięcy razy - powiedział tata.

Parsknęliśmy z Dawidem, zasłaniając usta dłońmi.

- Dobrze, dobrze. Lepiej za dużo niż za mało. To są bardzo ważne zasady. Powinniście o tym wiedzieć - mama nie odpuszczała.

- Wiemy, wiemy i ze smakiem zjeść już chcemy - Dawid przerwał rozmowę lekką rymowanką.

Moja, coraz to wyżej podskakująca z niecierpliwości, noga zmusiła mnie w końcu do przerwania rodzinnego mlaskania. Pół dnia myślałam jak przekazać mój dzisiejszy, szkolny sukces rodzicom. Powstał misterny plan subtelnego wprowadzenia, okraszonego wstępem o ułomności metodyki nauczania. Następnie zaplanowałam łagodne przejście do pozornie niewinnych oskarżeń o niesprawiedliwość w ocenianiu nas, biednych uczniów. Po tym podałabym bardzo szczegółową definicję, pełnej sukcesów i błędów, przypadkowości działającej wbrew naszej woli w trudnej codzienności nastolatków będących pod wpływem kilkunastu, mało obiektywnych i czasami omylnych, dorosłych. Na tak przygotowany grunt położyłabym nic nie znaczącą informację o mej niedostatecznej. Zaczęłam więc.

- Mamo, tato - wciągałam powoli powietrze, badając wzrokiem ich gotowość na nadchodzącą traumatyczną informację. - Ja ...

- Vanessa dostała pałę z historii! - niemal krzyknął, pierwszy raz w życiu zachowując się jak głupek, Dawid.

Wytrzeszczyłam na niego zdumione, nasycone niezrozumieniem, okrągłe oczy. Rodzice, w identyczny sposób, wpatrywali się we mnie. Brat, któremu ktoś podmienił mózg, jadł natomiast w najlepsze, głośno mlaskając i mrucząc z zadowoleniem.

- Chyba ci się wyprostowały zwoje mózgowe! Bardzo dziękuję! - warknęłam.

- Czy to prawda? - zapytał tata.

- Ale, ale, ale... - mama zaczęła się jąkać.

- Ale poczekaj - uciszył ją ojciec.

- Tak, to prawda - burknęłam. - Niepełna, ale prawda - spojrzałam gniewnie i z wyrzutem na osobnika udającego Dawida.

- Dostałaś niedostateczną?! I to jeszcze z historii?! - mama nie utrzymała w ryzach potężnej emanacji inteligencji.

- Nie! - opuściłam załamana głowę na stół.

- Nie dostałaś jednak? - pisk matczynego głosu zwiększył swą skalę, znacznie przewyższając moje wyobrażenia.

- Dostałam! Przecież mówiłam, że dostałam! Tak, dostałam pałę z historii! - zaczynałam podejrzewać samą siebie o początki braku cierpliwości.

- Nooo, to ładnie! Pięknie! Zaczęło się! Wspaniale! Jak tak dalej pójdzie, to ja nie wiem! A chciałaś iść na studia i to nie byle jakie studia. Na historię! A teraz co?! O, ludzie! Co my teraz zrobimy?! - moja mamusia piszczenie doprowadziła do perfekcji, z łatwością poruszając się po niezwykle szerokiej skali dźwięków.

Siedziałam w milczeniu z czołem opartym o stół, nie wierząc w to, co się działo. Szkoda było słów. Należało przeczekać barwną eksplozję tysięcy tragicznych wersji mojej przyszłości płynącej wprost z obiektywnych i pozbawionych uprzedzeń, ust mamy. Kiedy ze zmęczenia, powoli zaczynało brakować jej powietrza, gdy wyobraźni kończyły się kreatywne możliwości, podniosłam na nią zmęczone oczy.

- Poprawię tę ocenę - wstałam, aby wyjść.

Matka, jakby dostając nowych sił, złapała błyskawicznie nowy, świeży, haust powietrza. Na szczęście ojciec był szybszy. Zasłonił w porę jej usta i powiedział z uśmiechem.

- Wiemy kochanie. Wiemy. Idź już może do siebie, a ja wyciągnę mamę z otchłani piekieł - skinął głową z lekkim uśmiechem.

Nie myśląc za wiele uciekłam do pokoju. Rzuciłam się na łóżko, chcąc nieco odreagować nadmiar rodzinnej empatii i wsparcia. Zamknęłam oczy, próbując odłączyć się od świata i zrozumieć co też zaszło w szkole. Realizm i intensywność odczuć tej sceny pozostawiły trwały ślad w mej pamięci. Miałam wręcz wrażenie, że to nie był ślad, że było to we mnie od bardzo dawna.

Kolejnego dnia pan Alex, historyk, ubrał się wyjątkowo odświętnie.

- Dzieciaczki! Dzisiaj dostąpimy niezwykłego zaszczytu goszczenia niezwykłego podróżnika. Nazywa się Norbert Dorto. Z pewnością jego sława was dosięgła. Odbył wiele niezwykłych podróży do najniezwyklejszych miejsc Europy. Macie być grzeczni jak nigdy, bo będzie kara, że ho,ho! - przemowa nauczyciela przerosła jego samego.

Nie wierzyłam własnym oczom, ale wydawał się traktować ją jako powód do dumy.

Do sali wszedł około pięćdziesięcioletni, średniego wzrostu, mężczyzna. Siwy zarost i nadwyrężona słońcem cera tworzyły swoistą kompozycję zdradzającą różnorodność przeżytych chwil. Ubrany intensywniej nawet niż typowy podróżnik mógłby zawstydzić całą naszą klasę liczbą posiadanych kieszeni. Jego wizerunek i fizjonomia zachęcała do zadawania tysięcy pytań. Tak też się stało.

- Gdzie pan był ostatnio? - zapytał ktoś z klasy.

- W Turcji. Studiowaliśmy ruiny Troi. Mimo że dokładnie zbadane ukrywają jeszcze ogrom tajemnic - odpowiedział podróżnik.

- Jak to możliwe? - zapytałam zaciekawiona. - Poznano już przecież każdy centymetr.

- Bez zbędnej skromności, obiektywnie mówiąc, potrafię jak nikt inny przyglądać się kluczowym miejscom. Stąd moje amatorskie, acz spektakularne sukcesy archeologiczne.

- Z czego to wynika? Czyta pan może jakieś nietypowe, niedoceniane książki? - dopytywałam.

Nie wierząc ogólnodostępnej literaturze, zaczytywałam się we wszystkich nawet najbardziej absurdalnych dziełach historycznych.

- Moje metody muszą pozostać tajemnicą - uśmiechnął się z lekką nutką złośliwości wynikającej ze świadomości posiadanej, dzięki tejże tajemnicy, przewagi.

Odpowiedź i mowa ciała podróżnika zniechęciła mnie do zadawania kolejnych pytań. Reszta klasy dukała coś z mniejszym lub większym sensem. Gość odpowiadał na banalne pytania, kończąc swoją wizytę zaproszeniem.

- Wyjeżdżam za tydzień do Włoch. Będziemy na miejscu trzy dni. Jedziemy dwudziestoosobowym autokarem. Mamy jeszcze dwa wolne miejsca. Jeżeli ktoś z was jest chętny, to zapraszam. Załatwiam zwolnienie z lekcji - uśmiechnął się triumfalnie.

Grobowa cisza bardzo wymownie wskazywała na nasz poziom zainteresowania usłyszaną propozycją. Historyk Alex rozglądał się nerwowo, rozpaczliwie poszukując choćby odrobinę uniesionej ręki. Nie doczekał się. Odleciałam myślami do Troi, zastanawiając się, co też nowego tam odkryto, a nie podano jeszcze do publicznej wiadomości. Nie zdziwiłabym się, gdyby nigdy do tego nie doszło.

- Vanessa! - krzyk pana Alexa postawił mnie na równe nogi. - Pan Norbert zgadza się wziąć cię ze sobą, dziecinko, w podróż do Włoch. Gratuluję. Zostań po lekcji. A reszta wynocha. Do widzenia! - machał rękami, jakby odganiał od siebie obłoki smrodu.

Zastygłam jak posąg z brązu. Nie odbierałam głupkowatych docinków rówieśników. Miałam nadzieję, że me spojrzenie nabiera grozy. Pan Alex podszedł do mnie, złapał za zeszyt i udając, że coś sprawdza, wyszeptał niemal bezgłośnie.

- Pojedziesz albo dostaniesz pałę na półrocze.

Odłożył zeszyt i wrócił do wyprężonego dumą podróżnika. Robił się przy nim zaskakująco malutki i milutki. Nie rozumiałam tego i nie zamierzałam wnikać. Powstrzymując mój słynny, ognisty język, nim historyk zdążył coś powiedzieć, wyszłam pospiesznie z klasy.

Nie podzieliłam się z rodziną przemyśleniami na temat przymusowego wyjazdu oraz specyficznego podróżnika- archeologa. Wsiadłam do autokaru i rozdając sztuczne uśmieszki, przeszłam do ostatniego rzędu siedzeń. Zanim ruszyliśmy, dumny pan Norbert wygłosił pełen pasji i lukru wstęp do niezwykłej, odkrywczej i nowatorskiej podróży. Po odebraniu oklasków wieńczących natchnioną przemowę, mówca ruszył na tył autokaru. Nie wiedziałam dlaczego tak mnie drażnił. Daleko mi było do wysilania się, aby próbować zrozumieć źródło mej wewnętrznej pogardy.

- Czy wolne? - pan Norbert pochylił się nade mną.

- Co wolne? - szczerze nie rozumiałam pytania.

- Miejsce koło ciebie. Czy jest wolne?

- Wooolne - wyjęczałam z niedowierzaniem.

- Świetnie. - Uśmiechnięty i zadowolony z siebie umościł swój nieco przyduży brzuszek między podłokietnikami foteli. - Będziemy mogli trochę porozmawiać.

- Proszę wybaczyć, ale jestem zmęczona. Ledwo patrzę na oczy.

- Szkoda, bo wydawało mi się, że chcesz wiedzieć nieco więcej niż inni.

Spojrzałam na niego zaskoczona, zapominając o udawaniu zaspanej i zmęczonej.

- Dobrze się panu wydaje. Od kiedy pamiętam intryguje mnie historia. Bardzo dużo czytam, jednak często, być może błędnie, czuję, że lektura podaje tylko część prawdy.

- Masz rację. Ogólna, oficjalna, a zwłaszcza akademicka literatura to stek bzdur. Nie ma co się dziwić. Ona ma zachęcać, a nie zniechęcać, młodzież do nauki. Kto chciałby dzisiaj czytać o prawdziwych obliczach okrutnych królewskich tyranii. Prawda bez ogródek interesuje tylko fachowców i pasjonatów. Tych jest tak niewielu, że muszą sobie radzić sami, odszyfrowując zamiecione pod dywan historie.

- Czy mógłby mi pan polecić jakieś ciekawe książki? - niechęć rozmówcy niezauważalnie odparowała.

- Musisz tak jak ja poszukiwać i kopać. Nie spotkałem się jeszcze z nieomylnym dziełem historycznym.

- Jak w takim razie udają się panu te zaskakujące odkrycia. Przyznaję, że trochę o nich poczytałam. Są imponujące.

Mężczyzna odwrócił się do mnie, zaglądając głęboko w oczy. Nie patrzył z zachwytem jak śliniący się nastolatek. Odniosłam wrażenie, że próbuje mnie rozgryźć, zaspokoić swoistą, tematycznie określoną z góry, ciekawość.

- Masz w oczach nieokreśloną hipnotyczną zdolność. Zdolność rozszyfrowywania umysłu drugiej osoby. Zdolność która, rozebranemu na czynniki pierwsze człowiekowi, każe ci zaufać. Jeszcze nigdy nikomu tego nie mówiłem. Od naszego pierwszego spotkania czułem, że tobie mogę się zwierzyć. Zaufam temu przeczuciu.

Podróżnik spuścił wzrok na podłogę, kilka razy odetchnął, zbierając myśli. Utkwił we mnie konspiracyjny wzrok i wyszeptał.

- Wierzę w reinkarnację - mówiąc to zjechał niemal na podłogę.

Wyglądało na to, że mu ulżyło.

- No i co? - dopytywałam, spodziewając się, że usłyszę niezwykłą tajemnicę.

Spojrzał na mnie, oczekując czegoś, co powinna byłabym zrobić. Ja, ku jego rozczarowaniu, tylko marszczyłam się z niezrozumieniem. Zrobiło mi się trochę głupio, zaczęłam więc gorączkowo myśleć, czego to nie pojęłam.

- Wierzę w reinkarnację - powtórzył niemal bezgłośnie, aczkolwiek z naciskiem, mającym pomóc mi zrozumieć sens wypowiadanej tajemnicy.

Zmieszana nic nie odpowiadałam. Wpatrując się w roziskrzone tajemniczą ekscytacją oczy, bezskutecznie próbowałam domyślić się o co mu chodzi.

- Proszę mi wybaczyć. Chyba jednak jestem zbyt głupia.

- Niemożliwe! Nie wiesz co to reinkarnacja?!

- No jasne, że wiem. Tylko co z tego? - traciłam cierpliwość.

- Jak to, co? To właśnie moja tajemnica.

- Aaaa. No to super. Połowa mojej klasy w nią wierzy i co z tego?

- Naprawdę? - wyglądał na szczerze zdziwionego.

W odpowiedzi złapałam się za głowę.

- No to w takim razie będzie nam dużo łatwiej. Wyobraź sobie, że czasami, kiedy stoję przed jakąś zabytkową budowlą, nagle pojawiają mi się w głowie zadziwiające obrazy z przeszłości. Są bardzo intensywne i realne. Czuję nawet zapachy. Najciekawsze jest jednak to, że właśnie dzięki nim dokonuję swoich odkryć. Niesamowite, co? Kiedyś myślałem, że zaczynam wariować, kiedy jednak antyczne znaleziska potwierdziły ich realizm zacząłem je wykorzystywać. Po zgłębieniu dziesiątków książek, doszedłem do wniosku, że jedynym wytłumaczeniem jest reinkarnacja. Co ty na to?

Zamarłam. Przed oczy wskoczyło mi wspomnienie sceny widzianej kilka dni wcześniej na lekcji historii. Odczułam ją identycznie jak pan Norbert. Realizm był absolutny. To nie była tylko migawka z pojedynczym obrazkiem. Odebrałam ją wszystkimi posiadanymi zmysłami.

- Chciałabym wierzyć jednak... rozumie pan... - odpowiedziałam.

Zaskoczenie i niedowierzanie namalowały się ostrymi rysami na twarzy podróżnika.

- Cóż. Musiałem się pomylić. - Wstał zniesmaczony i przeszedł na przód autokaru.

Napis "Segesta" tchnął życie w wyplutych, wymęczonych i niezbyt pięknie pachnących pasażerów naszego autokaru. Po kilku kolejnych kilometrach, bez szczególnego namawiania wysypaliśmy się na parking niedaleko kwatery. Zrobiło się szaro. Wieczór nadchodził ogromnymi krokami, próbując ukryć przed nami piękno okolicy. To, co mimo wszystko dostrzegliśmy zdawało się składać obietnicę zachwytu malowanego porannymi, złotymi promieniami słońca. Postanowiłam nie przegapić próby jej spełnienia.

Ani zbyt krótka noc, ani głęboki sen, ani obezwładniające lenistwo nie powstrzymały mnie przed heroicznym wyczynem. Wygramoliłam się z łózka tuż przed świtem. Wyszłam na zewnątrz i skamieniałam zaczarowana twórczym rozmachem matki natury. Obserwowałam spektakl przewyższający po tysiąckroć najlepiej upiększone widokówki. Lekki, ciepły wiatr przyniósł morski zapach, dopełniając cudownej całości. Nagle poczułam jak się przewracam, jakby coś gwałtownego ciągnęło mnie i pchało jednocześnie. Zszokowana upadłam na trawę, widząc przeskakującego nade mną białego konia. Mimo że nikt mnie nie uderzył, poczułam okropny ból w klatce piersiowej. Nie byłam w stanie się ruszyć. Wpatrując się w coraz ciemniejsze niebo, walczyłam z ogarniającym mnie obezwładnieniem.

- Proszę pani! Halo! - szarpanie za ramię zmusiło mnie do otwarcia oczu.

Leżałam na trawie, a jakaś nieznajoma dziewczyna wpatrywała się we mnie z nadzieją. Złapałam się za klatkę piersiową. Ból zniknął zupełnie, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Uniosłam się na łokciach i rozglądając po okolicy zapytałam.

- Długo tak leżę?

- Nie. Dopiero pani upadła. Czy coś się stało? Jest pani chora? - zapytała dziewczyna.

- Nic mi nie jest - powiedziałam, próbując wstać. - Ten biały koń ... Sam tak pędził, czy ktoś na nim jechał?

- Jaki biały koń?

- Jak to jaki? Ten, przez którego się przewróciłam - zmarszczyłam się zdziwiona.

- Proszę wybaczyć, ale w okolicy nie ma żadnych koni, a pani upadła sama. Tak po prostu - wyjaśniała dziewczyna głosem nabierającym obawy.

- Przecież widziałam białego konia przeskakującego nade mną. Pewnie przyszła pani jak już leżałam.

- Wracałam z piekarni z bagietkami na śniadanie. Zauważyłam panią stojącą i podziwiającą okolicę. Nagle nogi się pod panią ugięły. To wszystko. Od razu podbiegłam i ocuciłam panią.

Trudno było przyjąć do wiadomości usłyszane słowa.

- OK. Bardzo pani dziękuję. Już mi lepiej. To pewnie przemęczenie wczorajszą podróżą. Pójdę do pokoju napić się wody. Do zobaczenia.

- Gdyby czegoś pani potrzebowała, to będę w kuchni. Proszę pamiętać, że śniadanie jest na siódmą.

- Dobrze. Dziękuję jeszcze raz. - Wróciłam do pokoju.

Znowu! Znowu mi się to przytrafiło! To znowu było bardzo realistyczne. Do tej pory czuję zapach tego konia. Chyba zaczynam wariować! Po powrocie pójdę do lekarza! - pomyślałam.

Zaraz po śniadaniu udaliśmy się na parking odległy o kilkaset metrów od dużej willi, w której mieszkaliśmy. Autokar nie mógł podjechać bliżej, ponieważ droga była zbyt wąska, a poza tym nie miałby jak zawrócić. Na jego widok wzdrygnęłam się mimowolnie. Strasznie mnie ostatnio wymęczyłeś. Zanim ruszyliśmy, pan Norbert wygłosił swą kolejną, niezwykle misternie ukoloryzowaną przemowę. Wsłuchując się w nią, mimowolnie przebudowałam ruiny doryckiej świątyni z piątego wieku przed naszą erą w pięknie zachowany i czynny do dzisiaj obiekt. Pokiwałam głową z uznaniem dla pasji i wiedzy podróżnika. Potrafił zainteresować nawet tak oporny na tego typu stymulacje, egzemplarz, jak ja.

Dość szybko dotarliśmy na miejsce. Przywitał nas, mimo wysokich oczekiwań, zaskakująco piękny widok. Rzędy białych kolumn zawsze mnie hipnotyzowały, obnażając wewnętrze, niezrozumiałe tęsknoty. Rozeszliśmy się na wszystkie strony, myszkując i poszukując czegoś nieodkrytego. W mym umyśle obudził się instynkt łowcy skarbów. Gorączkowo skakałam od kolumny do kolumny, naiwnie myśląc, że znajdę w tym dogłębnie przewertowanym i zadeptanym tysiącami stóp turystów, miejscu, coś niesamowitego. Na efekty nie czekałam zbyt długo. Okazało się że, co zadziwiające, żaden, ale to absolutnie żaden skrawek ziemi nie zawierał nawet najmniejszego skarbu. Sfrustrowana usiadłam na kamieniu, z pogardą obserwując bezsensowne wysiłki pozostałych archeologów- amatorów.

- Znalazłaś coś? - zapytał pan Norbert.

- Nic tu nie ma, to co miałam znaleźć? - burknęłam.

- Widzę, że cierpliwość zostawiłaś w domu - roześmiał się.

- Pan jest cierpliwy - stwierdziłam. - Znalazł pan coś?

- Jeszcze nie. Jeszcze nie.

- No właśnie.

- Na razie chodzę i chłonę energię otoczenia. Nie wiem, czy byłem tu w poprzednich wcieleniach. Zaraz się okaże - podrygiwał zadowolony z siebie.

- No jasne - powiedziałam nie bez ironii. - W jaki sposób ma to się niby okazać?

Norbert nic nie odpowiedział i odszedł trochę sztucznie dostojnym krokiem. Nie rozumiem tego gościa. Pokręcony jak mało kto podróżnik kontynuował swą coraz to dziwniejszą przechadzkę. Jego nogi nakręcały się w udawaniu jakiejś przedziwnie przerysowanej osobowości. Zaczął z teatralnym obrzydzeniem odpychać ludzi stojących mu na drodze. Nagle gwałtownie się odwrócił, złapał za gardło i opadł na ziemię. Wstałam z westchnieniem i ruszyłam w jego stronę, aby usłyszeć jakich to sensacji w przeszłych wcieleniach się właśnie doszukał. Zanim znudzonym krokiem dowlekłam się na miejsce, dwie osoby próbowały go ocucić. Intensywność ich starań z każdą chwilą rosła. Początkowa wesołość ustępowała miejsca panice. Dobry jest - pomyślałam.

- Leć po pomoc! Szybko! - krzyknęła do mnie klęcząca przy nim kobieta.

- Spokojnie. Pewnie się zaraz obudzi - nie dawałam się nabrać na nieudolnie zagrany teatrzyk.

- Leć!!! - krzyknęła przeraźliwie.

Pognałam co sił w stronę parkingu. Jeden z miejscowych zadzwonił na pogotowie. Kiedy wróciłam, okazało się, że nasz przewodnik nie udawał. Wydawało się, że nie żyje. Spanikowana kobieta stwierdziła brak pulsu i oddechu.

- Co się stało? Czy on nie żyje? - przestraszyłam się.

- Nie wiem! Nie wiem! - odpowiedziała przez łzy. - Zdążył wyszeptać tylko, że otruli go jacyś zdrajcy i żeby ratować głównego kapłana.

Wybałuszyłam oczy z nadzieją, że to tylko sen. Cofałam się, rozglądając w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy. Na nieszczęście mój wzrok napotykał tylko różne formy paniki. Pozbawiona resztek nadziei na jakąkolwiek zewnętrzną pomoc, zrozumiałam, że jeżeli czegoś nie zrobię, to ten egocentryk nie przeżyje. Nie wiedziałam, jakim cudem, takie a nie inne zrozumienie, ogarnęło mój umysł. I tak już było za późno. Kierowana jakąś dziwną, jakby nie swoją siłą przebiłam się przez przestraszony tłum z powrotem do Norberta. Nachyliłam się nad nim, zyskując przekonanie, że żyje. Wpadł w jakiś niewytłumaczalny rodzaj niezwykle silnego transu. Kierowana prawdopodobnie czymś podobnym, strzeliłam go z całej siły w twarz.

- Wstawaj, głupku! To tylko wspomnienia! Żyjesz w dwudziestym wieku - wykrzyczałam mu prosto w twarz, zanim zdążyli mnie obezwładnić. - Medos! - wysiliłam się na ostatnie słowo zanim zasłonięto mi usta.

Cztery osoby powaliły mnie na ziemię, odciągając jednocześnie od poszkodowanego.

- Oszalałaś!!!? - krzyknęła kobieta, która stwierdziła brak pulsu u Norberta. - Oskarżę cię o bezczeszczenie zwłok!!!

Ponieważ nie miałam takiej możliwości, nic nie mówiłam. Dochodząc do siebie, próbowałam poskładać skołowane myśli. Co ja narobiłam? Co za bzdury wygadywałam? Medos? Co za medos? Może pomyliło mi się z Merceces?

- Otworzył oczy! - ktoś krzyknął. - On żyje!

Zostałam uwolniona. Łapiąc dech, wstałam powoli, rozważając irracjonalne pomysły. Zastanawiałam się, czy uciekać, a jeżeli tak, to dokąd. Nie miałam za dużo gotówki, a od Paryża dzieliło mnie ponad dwa tysiące kilometrów. Wpatrywałam się z zaciekawieniem w tłum otaczający leżącego mężczyznę. W pewnym momencie ogólny harmider zaczął się uspokajać.

- Cisza! Poproszę o ciszę! - zawołał jakiś męski głos.

Poskutkowało. Po krótkiej chwili większość osób zaczęła się obracać, zatrzymując na mnie zaciekawiony wzrok.

- Pani Vanesso. Proszę tu podejść - rozkazał ten sam męski głos.

Ludzki okrąg począł się rozstępować, zapraszając mnie do środka. Stałam zamurowana wstydem i poczuciem winy, pragnąc zapaść się pod ziemię. Ze środka wyszedł wysoki właściciel męskiego głosu. Wykonał zapraszający gest i powiedział.

- Proszę się nie bać. Norbert chce panią o coś zapytać.

Weszłam do środka, chcąc nie chcąc, zamykając za sobą krąg ciekawskich. Obejrzałam się na moment, utwierdzając się w kiepskim przekonaniu o braku możliwości ucieczki. Spojrzałam niepewnie na siedzącego na ziemi pana Norberta. Podniósł na mnie wypłowiały ze zmęczenia wzrok.

- Skąd znasz to słowo? - zapytał, szeptając powoli.

- Jakie słowo?

- To, które mnie uratowało. Medos - wyrzucił z siebie resztkami sił, próbując odczytać cokolwiek z rysów mej twarzy.

- Ktoś z tłumu kazał mi je powiedzieć. Nie wiem kto. Było zamieszanie. - Postanowiłam, na wszelki wypadek, nie mówić prawdy.

Podróżnik nic nie odpowiedział. Jego fizjonomia emanowała ogromnym zawodem spowodowanym moim kłamstwem. Rzucił mi pełne pogardy spojrzenie i poprosił innych, aby pomogli mu wstać.

Pozostałe dwa dni, już bez pana Norberta, spędziliśmy na beznamiętnym i nudnym zwiedzaniu, zaplanowanym wcześniej, niezbyt atrakcyjnych zabytków. Naszego przewodnika zobaczyłam dopiero kiedy wsiadaliśmy do autokaru, aby wrócić do Paryża. Kryjąc złość, traktował mnie jak powietrze. Nie wytrzymał jednak długo i po około dwóch godzinach drogi, nie pytając o zgodę, usiadł w fotelu obok.

- Nie jestem zbyt przenikliwy, ale nawet ja widzę, że kłamiesz. Dlaczego?- zapytał.

- Nie kłamię. Nie znałam tego słowa. Nigdy o nim nie słyszałam. Wszystko działo się tak szybko. Moja wersja, to jedyne logiczne wytłumaczenie.

- Z logiką jestem na bakier, jednak wiem,. że stosować ją można tylko do poznanych i zrozumianych faktów. Jestem przekonany, że poznałaś te słowo w poprzednich wcieleniach. Musiałaś być kapłanem w tej właśnie świątyni i w tym samym czasie co ja.

- Ta. Jasne - prychnęłam.

- To słowo miało ogromną moc. Stosowaliśmy je do wyciągania współbraci z transów medytacyjnych opartych na ówczesnych narkotykach. Badaliśmy jak daleko można się zagłębić w ludzki umysł. Na to hasło programowaliśmy się hipnotycznie. Znało je raptem dwunastu kapłanów. Musiałaś być jednym z nich.

- Brzmi to naprawdę bardzo fajnie, proszę mi jednak wybaczyć, ale nie przypominam sobie bycia kiedykolwiek, jakimkolwiek mężczyzną. Proszę mi nie przeszkadzać. Jestem zmęczona. - Odwróciłam się w stronę okna, próbując zasnąć.

Pan Norbert wrócił na swoje miejsce i nie nękał mnie już więcej. Do samego końca podróży, twardo trzymał się postanowienia o ignorowaniu mej niewdzięcznej osoby.

Dojechaliśmy do Paryża późnym wieczorem. Po przywitaniu się z rodziną, wykąpałam się i położyłam spać. Zmęczenie przekroczyło prawdopodobnie punkt krytyczny, ponieważ nie byłam w stanie zasnąć. Wierciłam się i motałam, przybierając wszystkie możliwe pozycje. Czytanie najnudniejszej z książek również nie pomogło. Leżąc na wznak, wpatrywałam się w poszarzony ciemnością sufit. Nie byłam w stanie wyrzucić z głowy wydarzeń przeżytych we Włoszech. Poddałam się bezwolnej analizie, dochodząc do rozmaitych, absurdalnych wniosków. Chaos opanował i przejął umysł, pozwalając sobie na pełną dowolność. Kiedy w końcu powieki poczęły poddawać się siłom natury, ponownie zaatakował mnie przeraźliwie realistyczny obraz. Tym razem leżałam w jakimś ciemnym, nasyconym pleśnią, pomieszczeniu. Mieszanka ostrych, stęchłych zapachów swą intensywnością skupiła na sobie całą moją uwagę. Co zadziwiające, ten obraz nie zniknął, jak wcześniejsze, tak od razu. Trwał nieznośne długo, pozbawiając mnie wolności wyboru. Jakbym zmuszona była oglądać jakieś nieprzyjemne i męczące przedstawienie. W pewnym momencie zaczął znikać jednak tylko dlatego, że pojawiał się inny. Nim zdążył się wykrystalizować, przykrył go kolejny i kolejny. Pozbawiony kontroli proces nieustannie przyspieszał, nie licząc się ze mną zupełnie. Nie mogąc nic zrobić podałam się, obserwując pędzące przed oczami szaleństwo.

Poranek przywitał mnie ciężarem nie do udźwignięcia. Zdałam sobie sprawę z tego, co się stało, czym zostałam obdarowana, a w zasadzie czego pozbawiona. Ta noc przypomniała mi okrutny fakt. Miałam defekt, wadę, wypaczenie, które uaktywniając się zapewniało mi permanentną depresję. Norbert miał rację, a ja wiedziałam o tym najlepiej na świecie. Jak zwykle broniłam się przed prawdą, zaprzeczałam, udawałam, jednak w końcu, jak zwykle, poległam. Nie było szans na wygraną. Noc i wcześniejsze migawki były wstępem do oglądanego właśnie filmu. Widziałam w sposób pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń setki swoich poprzednich wcieleń. Pamiętałam je jak wczorajszy dzień, ze szczegółami, uczuciami, zapachami. Przed oczami przelatywał mi obowiązkowy do obejrzenia materiał. Życia jako mnich, jogin, kapłan, cesarz, faraon, kurtyzana, szamanka, kowal, rycerz, stajenny, mogłabym wymieniać bez końca. To, co przeżywałam, to swoiste przebudzenie, przytrafiało się przeważnie około osiemnastego roku życia. Na początku pojawia się przerażenie, potem zachwyt, a następnie smutek i beznadzieja. Obserwując swoje zachowania na przestrzeni wieków, nie potrafiłam pozbyć się myśli o bezsensowności istnienia. Tylu rzeczy już próbowałam, tylu rad wysłuchałam, mimo wszystko cały czas wracałam do punktu wyjścia. Z ufnością poddawałam się wskazówkom wróżek, mistrzów duchowych, mędrców, jasnowidzów, joginów, naukowców, kapłanów. Zawsze spotykał mnie zawód i rozczarowanie. Ich wiedza niezmiennie rozbijała się o fakty, które dostrzegałam dzięki mojej ponadwcieleniowej świadomości. Ach, jak szczęśliwi są ci nieświadomi? Potrafią być myślami w swoich codziennych problemach i radościach. To żadne problemy, to żadna radość. To im się po prostu wydaje. Ale mają przynajmniej to.

Po kilku ciężkich dniach standardowy etap szoku i euforii zniknął. Zmieniłam plany na przyszłość. Studiowanie historii utraciło jakikolwiek sens. Teraz rozumiałam podejrzliwość, którą obdarowywałam wszystkich napotkanych nauczycieli. Moje życie się przedefiniowało, zmieniły się cele, pragnienia i dążenia.

Podjęłam decyzję o powrocie do mojej odwiecznej twierdzy. Od kilku wcieleń byłam właścicielką pięknego, starego, kamiennego domu. Zdecydowałam się podjąć na nowo poszukiwania osoby, którą od stuleci usiłowałam odnaleźć. Miała prawdopodobnie ten sam defekt pamięci co ja. Ostatnim razem była kobietą i miała na imię Natalia. Jej imię nie zmieniało się przynajmniej od tych kilku wcieleń, od których próbowałam nawiązać z nią kontakt. W poprzednim życiu byłam już bardzo blisko, jednak jej śmierć pokrzyżowała mi plany.

Wracałam do swojej bazy, do miejsca, w którym przechowywałam notatki i zapiski ze wszystkich wcieleń. Były tam również informacje na temat Natalii. Opisy jej charakteru, przyzwyczajeń, pragnień i lęków. Te wskazówki mogły mi pomóc, nie były jednak gwarancją powodzenia poszukiwań. Wykorzystywałam informacje biograficzne. Czy wydarzyło się coś traumatycznego? Czy miała dzieci? Czy zapewniła im odpowiedni byt? Koronne pytanie to, czy i z jakiego powodu powstało w jej głowie jakieś mocne poczucie winy. To najbardziej wpływające na przyszłość impulsy. Osoba, która myśli, że zawiniła zrobi wszystko, by odkupić swoje winy. Poszukiwania zaczynałam zawsze od okolic w których mieszkała Natalia. Było dość prawdopodobne że odrodzi się w tym samym mieście, a może nawet w tej samej rodzinie. Siła rodzinnych oddziaływań jest bardzo mocna.

Moja kryjówka mieściła się na południu Francji niedaleko Montpellier. Przekazywałam ją sama sobie zanim jeszcze zdążyłam umrzeć. Przygotowywałam testament z klauzulą, że prawa własności posiadłości przejdą na osobę, która pojawi się we wskazanej kancelarii i poda odpowiednie hasło. Miałam tam zabezpieczenie na długie lata bez pracy.

Zaplanowałam wyjazd na wieczór. Przed opuszczeniem rodzinnego domu musiałam przeprowadzić jeszcze jedną, trudną rozmowę. Dawid. Jak miałam ubrać w słowa taką wiadomość? Jak miałam przekazać bratu, z którym widziałam się codziennie od kilkunastu lat, że rozmawiamy prawdopodobnie po raz ostatni, że jako nastoletni podrostek wyjeżdżam gdzieś, nie zdradzając nikomu celu podróży? Na szczerość i wyjaśnienia nie mogłam sobie pozwolić. W poprzednich wcieleniach już kilka razy opuszczałam go w poszukiwaniu Natalii. To zawsze było trudne i zdawałam sobie sprawę, że ten kolejny raz nie będzie łatwiejszy.

Studenckie życie często powoduje nieregularne powroty do domu. Około dwudziestej pierwszej Dawid wrócił, przyjął reprymendę od rodziców i poszedł do siebie. Po około piętnastu minutach przyszedł do mojego pokoju. Codziennie wieczorem gadaliśmy i wygłupialiśmy się. Trwało to do czasu mojego przebudzenia. Później przychodził już tylko z nadzieją, że dawne czasy kiedyś powrócą i będziemy potrafili beztrosko tracić czas na luźnych rozmowach. Nie potrafiłam aż tak udawać. Bycie księdzem odpowiednio mi to obrzydziło. Można powiedzieć, że po przypomnieniu sobie stałam się nieco asertywna i niczego nie udawałam. To nie pomagało w luźnych rozmowach. Mimo wszystko przychodził. Byłam mu wdzięczna za cierpliwość i wiarę we mnie. Zapukał cicho i wszedł. Pukał od niedawna.

- Cześć - wyszeptał.

- Cześć - odpowiedziałam.

- Jak się czujesz? Czy już trochę lepiej? - zapytał.

- Lepiej już nie będzie! Przyzwyczaj się w końcu! Taka już jestem! Zaakceptuj to! - wycedziłam.

- Jak chcesz. Ja nadzieję będę miał zawsze i nie zmienisz tego - odparł.

- W takim razie przestań mnie męczyć przejawami tej nadziei! - zasyczałam z naciskiem. - Muszę ci o czymś powiedzieć. Postaraj się to zaakceptować. Nie przerywaj mi i nie męcz tysiącem pytań. To i tak nic nie zmieni.

- OK.

- Planowałam dziś wieczorem wyjechać, jednak przez ciebie jest już za późno. Wyjadę jutro rano. Nie mogę ci powiedzieć dokąd i dlaczego. Nie mogę ci również obiecać, że się jeszcze zobaczymy. Tooo ... znaczy... na pewno się jeszcze zobaczymy, może w nieco innych okolicznościach. Rodzicom przekaż...

- Co?! - oburzył się, tłumiąc krzyk. - Nie ostrzegłaś rodziców! Przecież oni ci na to nie pozwolą! Co ty w ogóle opowiadasz! Wyjeżdżasz?! Sama?! Nic nikomu nie mówiąc?!...

- Tobie mówię.

- Nie żartuj. Jak możesz robić to rodzinie? Mama i tata dostaną zawału. Przecież...

- Dawid! - przerwałam mu ostro. - Jestem już dorosła. Mogę robić co chcę. Szanuję rodziców, jednak nie mogę im tego powiedzieć, bo i tak nie zrozumieją, nie pozwolą mi wyjechać i nie wiadomo do czego jeszcze się posuną. Decyzję już podjęłam. Nic tego nie zmieni. Jedyne co możesz zrobić, to zepsuć tę chwilę lub spróbować mi zaufać. Innych opcji nie ma!

Dawid wziął głęboki oddech.

- Nie wierzę w to, co słyszę. Nie rozumiem i pewnie nie zrozumiem. Proszę cię tylko o jedno. Wróć jak tylko będziesz mogła lub napisz, to ja przyjadę. Rozumiem, że nie zostawisz mi żadnego śladu za sobą?

- Nie. Uwierz mi, tak będzie dla was lepiej. Powiedz rodzicom, że dziękuję im bardzo za te lata użerania się ze mną, że jeżeli załatwię swoje sprawy, to się odezwę.

- Mam nadzieję, że jutro obudzę się z tego koszmaru i wszystko będzie jak dawniej.

- Dawid! Ja się właśnie niedawno obudziłam. To dlatego wszystko się zmieniło. Obiecaj mi, że poinformujesz rodziców dopiero jutro w południe.

- Obudziłaś się? O czym ty mówisz?

- Niestety to jest właśnie sedno sprawy, o którym nie mogę ci powiedzieć. Uwierz mi, są rzeczy i sprawy, które wymagają zmiany sposobu widzenia świata, a co za tym idzie również zmiany postępowania. Mam nadzieję, że może kiedyś dorośniemy do tego, abym mogła ci o tym opowiedzieć.

- Mam nadzieję, że wiesz co robisz. Tym wyjazdem i brakiem zaufania łamiesz mi serce. Skoro nic nie mogę zrobić, to życzę ci powodzenia. Nie oczekuj ode mnie słodkich słów - zakończył i wyszedł.

Nie było to łatwe ani słodkie pożegnanie. Słowa ranią, jednak najbardziej zraniły mnie jego oczy. Jeszcze nigdy nie miały takiego wyrazu. Jeszcze nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób. Zawiodłam go. Przekreślił mnie. Przestał mi ufać. Tylko odrobinę zabrakło do wzgardy. Starał się mnie nie oceniać, jednak przez rozpacz przebiła się nutka określenia. Określenia szaleństwa, w jakie, według niego, popadłam. Ten nieskończenie wyrozumiały chłopak, dla mnie jako jedynej, stracił cierpliwość. To jak się odwrócił i odszedł niepomiernie głęboko zapadło mi w duszę. Miałam nadzieję, że kiedyś zrozumie i ponownie otworzy swoje zranione serce.

Jechałam pociągiem, rozpamiętując wczorajsze pożegnanie. Wiele doświadczyłam, na wiele się uodporniłam, niemal wszystko po mnie spływało. Dawid był wyjątkiem. Takich rozstań ze mną doświadczał już kilka razy. Każde kolejne przeżywał coraz mocniej. W jego podświadomości robił się wielowarstwowy, emocjonalny hamburger, który było mu coraz trudniej przełknąć. Kolejne rozstanie i kolejna warstwa. Mnie w gardle rosło coś podobnego. Miałam nadzieję, że już więcej nie będę musiała nas rozdzielać. Och, żebym to jeszcze wierzyła w realność tej nadziei.

Pociąg toczył się nużąco i bez końca. Zmęczenie i monotonia podróży, mimo emocji buzujących w umyśle, skutecznie mnie uśpiły. Sen opowiedział wczorajszy wieczór raz jeszcze, dołożył trochę zamętu i postarał się o zwiększenie poczucia winy. Na zakończenie wykreował proroctwo o porażce w poszukiwaniach Natalii.

Pierwszym celem była kancelaria prawnicza w Tuluzie. Ciekawiło mnie jak tym razem potoczy się przejęcie mojej nieruchomości. Interesujące były reakcje prawników. Poprzednio okazało się, że ten sam mężczyzna obsługiwał mnie w dwóch kolejnych wcieleniach. Było to niezwykłe uczucie, zwłaszcza że był bardzo inteligentny, rozwijał się duchowo i głęboko wierzył w reinkarnację. Z jego oczu wyczytałam wówczas absolutną pewność co do mojego przypadku. Oprócz pewności i mądrości był tam też szok i ogromna ciekawość. Jednak nie zdobył się na odwagę, aby zapytać. Nie pozwalała mu na to etyka zawodowa. Znał mnie trochę we wcześniejszym wcieleniu. Załatwiałam z nim kilka prawniczych spraw. Nie dziwiłam się, że coś podejrzewał. Mój przypadek kancelaria ta obsługiwała już po raz czwarty.

Przystojny brunet w skrojonym na miarę oliwkowym garniturze, z każdym włosem ułożonym według wzoru z najbardziej błyszczących okładek, zębami białymi jak śnieg i paznokciami wypolerowanymi chyba wiatrem jego własnego miętowego oddechu, poprosił mnie o dowód tożsamości. Po sprawdzeniu i spisaniu danych podałam hasło.

- "Wszystko zaczyna się i kończy bez końca i bez początku" - wyrecytowałam niezwykle genialną sentencję.

- Zgadza się - odparł beznamiętnie.

- Proszę poczekać, przygotujemy dokumenty.

Wstał i wyszedł sprężystym krokiem. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu. Moja ciekawość poczuła się zawiedziona. Nie był to osobnik zainteresowany czymkolwiek innym poza siłownią, kosmetyczką i prawem. Póki co ciekawość jego budził tylko kolejny sposób na upiększenie buźki i powiększenie muskułów. Cóż, taki wiek. Ludzie zaczynają się nad czymkolwiek zastanawiać przeważnie po pięćdziesiątce albo po jakiejś konkretnej traumie. Najczęściej bliskie otarcie się o śmierć otwiera oczy i pozwala człowiekowi lepiej zrozumieć to, co się wokół niego i w nim dzieje. Wszyscy pędzą i pędzą coraz szybciej za celami mającymi dać im szczęście. Nowe zęby, bicepsy, samochody. Jak już dogonią nową szczękę, po kilku chwilach przestają ją zauważać i lecą dalej tylko po to, by dopaść kolejny cel, którym cieszą się dzień lub dwa, ponieważ od razu jest następny. Ta ciągła gonitwa nie pozwala na chwilę spokoju i radości z tego co już mają. Cały czas stawiają sobie nowe cele i nowe warunki odsuwające radość z życia do czasu spełnienia kolejnego dążenia. Ja nie jestem lepsza. Robię to samo tylko z inną świadomością. Ta świadomość zabiera mi radość nawet z pędzenia do celu i osiągania go. Wydawałoby się, że powinnam być mądrzejsza. Jestem jednak głupsza.

- Pani dokumenty i klucze do rezydencji- odezwał się przystojniak z wrodzonym brakiem przenikliwości.

- Dziękuję - odparłam i wyszłam.

Rezydencja stała na lekkim wzgórzu otoczona kamiennym płotem z solidną drewnianą bramą. Dębowe wrota, nieodnawiane od ponad trzydziestu lat, robiły słuszne wrażenie. Teren wokół domu miał powierzchnię około hektara. Kilka potężnych drzew liściastych przyciemniało otoczenie i dodawało grozy budynkowi. Wszystko prócz podjazdu pokryte było trawnikiem. Kancelaria miała zapłacone za utrzymywanie domu i ogrodu w jakim takim stanie. Zatrudniali starszego jegomościa do, nazwijmy to, sprzątania domu, koszenia trawy i grabienia liści. Za każdym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dopiero dzień przed moim przyjazdem mocniej przykładano się do prac porządkowych. Tym razem postanowiłam dać dozorcy kilka dni więcej. Gdy przyjechałam okazało się, że niewiele to zmieniło. Dzień mojego przyjazdu był oczywiście jego ostatnim dniem pracy.

Dom zbudowany był z kamienia. Solidny i potężny robił na odwiedzających niemałe wrażenie. Niewiele osób miało jednak szansę go oglądać. Po przebudzeniach nie byłam zbyt towarzyska. Miałam swoje sprawy i dbanie o dobre samopoczucie innych nie widniało na mojej liście zasad. Kilka razy odwiedzał mnie Dawid, nie w tym wcieleniu oczywiście. Zawsze był domem zafascynowany, jednak mimo swojej przenikliwości i dociekliwości nigdy nie domyślił się ogromu tajemnic, które skrywał w rozmaitych, ukrytych pomieszczeniach. Dla mnie najcenniejsze były dwa z nich. Pierwsze skrywało dokumenty odnoszące się do moich różnych śledztw i dociekań, drugie natomiast, zawierało zabezpieczenie finansowe. Był to najprawdziwszy skarb. Dokładnie taki jak w bajkach. Drogie kamienie, złoto itd. Skarb ten zawdzięczałam mojemu defektowi. Moja ponadwcieleniowa pamięć uaktywniła się kilkanaście wcieleń temu w czasie praktyk medytacyjnych. W jednej chwili otworzyły się przede mną wrota ukazujące setki wcześniejszych wcieleń. Drżałam w szoku pomieszanym z ekscytacją. Cieszyłam się ogromnie, ponieważ była to podobno wskazówka, że oto jest przedsionek oświecenia, stanu permanentnego szczęścia i wolności, stanu świadomości pozbawionej lęków, a obdarzonej wszechwiedzą. Mimo ciężaru, który na mnie spadł cieszyłam się jak dziecko i radość ta pomagała mi go dźwigać do końca ówczesnego życia. Jakże się rozczarowałam, otwierając, zaspane po nocnej imprezie, oczy w wieku osiemnastu lat kolejnego wcielenia. Okazało się, że oświecenie mnie nie dotknęło. Dopadła mnie za to głęboka depresja, której intensywność już nigdy nie zelżała. Po latach i wcieleniach chorowania, wściekania się i nienawiści do świata, zmieniłam odrobinę taktykę. Postanowiłam wykorzystać mój "dar". Pogrzebałam troszkę w pamięci i przypomniałam sobie piracko-pijackie wcielenie, w którym to po złupieniu kolejnej bogatej ofiary i zakopaniu łupu w skrytce, wpadliśmy w wojskową zasadzkę. Wycieli nas w pień, jednak skrytki nie znaleźli. Znalazłam ją ja, pięć żyć temu. Postawiłam dom, pełen tajemnych, ukrytych schowków, Zamieszkałam w nim, obmyślając plan na dalsze istnienie.

Po kolejnym przebudzeniu przyszedł czas na powrót do poszukiwań Natalii. Był to dla mnie jedyny wartościowy cel. Czy widziałam w nim jakiś sens? Nie byłam pewna. Robiłam to, bo tak czułam. Była to jedyna nienudna czynność. Poszukiwania te wiele mnie nauczyły o różnych, pozornie przedziwnych, a jednocześnie bardzo logicznych i sensownych mechanizmach determinujących życie i rzeczywistość wokół. Wcześniej żyłam, bo żyłam. Nie miałam innego wyjścia. Miałam świadomość reinkarnacji itd., ale co z tego. Nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego odradzam się kolejne razy w tym samym mieście, lub z tą samą rodziną. Dlaczego moja matka raz była moją matką, a raz córką. Co powodowało, mimo mojej niechęci, że trzymałam się tych samych schematów nie dość, że w życiu codziennym, to nawet w reinkarnacji. Poprzez wieloletnie poszukiwania i analizy odkryłam, że jest to głównie poczucie winy i sytuacyjne przesycenie. Z początku sądziłam, że dotyczy to tylko Natalii. Analizując jej życie, dotarłam do informacji, że niechcący doprowadziła do ruiny finansowej swoją najbliższą rodzinę. W następnym wcieleniu ona sama utrzymywała ich wszystkich. W kolejnym, natomiast, miała już dość harowania i była utrzymanką. W następnym zakonnicą, a po tym kurtyzaną. Jej dusza albo miała poczucie winy, albo była przesycona jakąś sytuacją życiową. Często przez to popadała w skrajności. Ze mną było inaczej. Moje ostatnie wcielenia były do siebie podobne mimo że tego nie chciałam. Pragnęłam odmiany, urodzić się na jakiejś rajskiej wyspie i całe życie się opalać. Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie polecieć np. na Polinezję, związać się z jakimiś ludźmi, coś narozrabiać, aby z głębokiego podświadomego poczucia winy właśnie tam się inkarnować. Jednak nie potrafiłam. Nie potrafiłam z premedytacją krzywdzić innych czy być nieuczciwa. Moje ostatnie życia nie skakały po sinusoidzie zdarzeń, uczuć i emocji.

Zainteresowałam się Natalią wiele setek lat temu. Mieszkała w wiosce na południu Francji. Podróżowałam wówczas z Dawidem. Od kilku dni zmierzaliśmy konno w kierunku morza. Zobaczyliśmy z daleka złowrogi, czarny dym. Nie był to jakiś niezwykły widok w tych czasach. Wiedzieliśmy czego się spodziewać, ciekawość zmusiła nas jednak do niewielkiej korekty trasy. Dotarliśmy do dymiących się zgliszcz. Porozrzucane martwe ciała przywitały nas grymasami przerażenia na twarzach. Panowała zupełna cisza z rzadka przerywana trzaskami dogasających płomieni. Zasłaniając usta materiałem, chroniliśmy się przed okropnym smrodem i gryzącym dymem. Przeszliśmy pospiesznie kilkaset metrów, oceniając skutki tragedii. Nikt nie przeżył, ani jeden dom nie ocalał. Bandyci byli bardzo skrupulatni. Kiedy znaleźliśmy się na drugim skraju osady, poczułam niezwykłą emanację rozkosznej energii. Jak zaczarowana, bezwolnie ruszyłam w stronę małego zagajnika oddalonego o około trzydzieści metrów od najbliższego zabudowania. Z każdym, pozbawionym ostrożności, krokiem czułam tę energię coraz intensywniej. Wpadłam w zarośla i stanęłam jak wryta. Na trawie leżała przepiękna, dojrzała kobieta z zamkniętymi oczami i niezwykle pogodnym wyrazem twarzy. Po kilku sekundach otworzyła powieki. Była śmiertelnie ranna. Spojrzała na mnie, doprowadzając do histerycznej rozpaczy. Załamałam się świadomością jej rychłej śmierci. Niebieskie oczy pokazały mi duszę, jakiej nigdy nie spotkałam. Zachłysnęłam się jej głębią i pięknem. Nie wiedziałam, co robić. Pospiesznie zaczęłam ją pocieszać. Odpowiedziała mi spokojnym, pełnym miłości spojrzeniem. Zamilkłam zaskoczona. Wypowiedziała wtedy słowa, które zapamiętałam na zawsze: "Nie boję się śmierci. To nie koniec, to tylko etap, to kolejne drzwi do kolejnego życia. Dusza nie umiera nigdy, bo umrzeć nie może. Jesteśmy nieśmiertelni. Masz niezwykłe oczy. Przekonują mnie, że jeszcze się spotkamy. Mam na imię Natalia. Do zobaczenia". Po tych słowach umarła. Te kilkadziesiąt sekund wywarło na mnie niestygnące wrażenie. Niewytłumaczalna i nieopisywalna magia tej chwili żyje we mnie do dzisiaj, niestrudzenie motywując do poszukiwań.

W domu było dużo, bardzo dużo do zrobienia. Wynajęłam firmę sprzątającą i wyjechałam na tydzień nad morze. Po powrocie wszechobecna czystość i świeży zapach wywołały uśmiech głębokiego zadowolenia. Większość mebli pochodziła z epoki renesansu. Były ciężkie, ciemne i bogato zdobione. Uwielbiałam ich woń i to jak opatulały mnie swoim klimatem i wspomnieniami. Z niemal każdym związana była jakaś historia, moja historia. Z uśmiechniętą duszą przechodziłam przez salon, dotykając każdego z nich. Ominęłam czarny kufer, zawsze go omijałam. On opowiadał ciężką i okrutną historię. Opowieść bitego dziecka, którym byłam, wystawionego za drzwi z tym właśnie kuferkiem jako dobytkiem. Wrócić nie mogłam. Miałam wtedy dwanaście lat, a rodzice, nie szukając specjalnego pretekstu, kazali mi się wynieść. Był środek zimy. Mieszkaliśmy samotnie gdzieś w lesie. Nie wiem gdzie, ponieważ nigdy wcześniej nie odchodziłam dalej niż kilkaset metrów od domu. Tego samego dnia umarłam z wyziębienia. W kolejnym życiu moja matka znowu była moją matką, tym razem histerycznie nadopiekuńczą. Kiedy wszystko sobie przypomniałam, było mi bardzo, naprawdę bardzo trudno jej nie zabić. Wiele razy, patrząc na nią widziałam tylko okrutne oczy wyrzucające mnie na pewną śmierć, za drzwi. Prawie jej wybaczyłam. Starałam się z całych sił, bo wiedziałam, że tylko tak się od niej uwolnię. Nienawiść trzyma bliskich do momentu, aż relacja całkowicie się oczyści. Ona podświadomie pragnęła mojego przebaczenia i robiła wszystko, aby mi zadośćuczynić, a ja miałam tego naprawdę dosyć. Jej przewrażliwienie doprowadzało mnie do szewskiej pasji, a to nie pomagało w wybaczeniu. Postanowiłam pozbyć się tego kuferka dopiero wtedy kiedy matka w końcu się ode mnie odczepi. Tak więc stał w salonie i miałam wrażenie, że jeszcze trochę postoi.

Odwiedziłam pozostałe pokoje, sprawdziłam, czy ukryte pomieszczenia pozostały nienaruszone. Zmęczona położyłam się w sypialni na moim wspaniałym, ogromnym łożu. Zasypiając, wciągałam głęboko domowe powietrze pełne znajomych, ukochanych zapachów, wysycając tęsknotę dwudziestoletniej rozłąki.

Ranek był słoneczny i spokojny. Miałam szczęście mieszkać w cichej okolicy. Od najbliższych sąsiadów dzieliło mnie około trzystu metrów i, na ponad dwa metry, wysoki płot. Lubiłam samotność jednocześnie nienawidząc jej. Lubiłam, bo musiałam. Nie miałam z kim porozmawiać na interesujące mnie tematy. Siłą rzeczy normalni ludzie nie zawracają sobie głowy dylematami w stylu "Co będę robiła w następnym wcieleniu?". Ja natomiast nie zagłębiałam się w analizy składu i działania kremów do piersi czy szamponów na niewypadanie włosów. Żyłam w moim świecie, w świecie, w którym widziałam więcej i dalej. Świat postrzegany w ten sposób jest zupełnie inny. Odmienny od groteskowo krótkodystansowej rzeczywistości normalnych ludzi. Na szczęście, i niestety, widziałam dokładnie co się z nimi na przestrzeni wieków i wcieleń dzieje. Mechanizmy są proste i bardzo skuteczne. Zawsze jest ciąg logiczny. Każde działanie przynosi skutek. Po śmierci i narodzinach włączają się mechanizmy podświadome z bagażem z poprzednich wcieleń i zaczynają pisać teraźniejszość. Trudno było mi oglądać ludzką codzienność złożoną z żenujących błędów. Nie potrafiłam zdobyć się na beztroskę, więc wolałam ograniczać kontakty z kimkolwiek.

Pobiegałam trochę po okolicy. Nie przepadałam za sportem, jednak miałam kilkaset lat, aby się przekonać, że odpowiednia ilość ruchu jest niezbędna do utrzymania zdrowia na dobrym poziomie. Tutaj przynajmniej okolica temu sprzyjała. Posiadłość moją otaczały przepiękne lasy o suchym i miękkim podłożu. Cudowne widoki łagodziły kolejne nudne kroki biegowego obowiązku. Jakkolwiek by na to spojrzeć, po takim biegu zawsze czułam się lepiej.

Postanowiłam przejrzeć notatki odnoszące się do Natalii. Schowek, w którym były ukryte, znajdował się w podziemiach. Otwierający go zamek musiałam dobrze ukryć, aby w czasie tych ponaddwudziestoletnich przerw w moim zamieszkiwaniu tutaj, dozorca, udający cotygodniowe sprzątanie, przypadkiem go nie odkrył. Zrolowałam gruby, włochaty, ukochany i wyleżany dywan. Nacisnęłam w odpowiedniej kolejności deski podłogowe i usłyszałam utrudniony wieloletnim nieróbstwem zgrzyt zamka. Położyłam dywan z powrotem. Stanęłam na środku pokoju i przekręciłam dwa razy w prawo mosiężny szpikulec potężnego żyrandola. Jak nietrudno się domyślić, prawy kierunek był dość ważny. Stojąc na środku salonu z głową zadartą do góry i kobiecym umysłem, określenie kierunku, zwłaszcza obrotu małego szpikulca, nie jest najłatwiejszą sprawą. Kiedyś się pomyliłam. Zamontowane zabezpieczenie spowodowało, że musiałam poczekać trzy dni, aby móc ponownie odblokować ukryte drzwi. Zeszłam do piwnicy i po odsunięciu starego regału z narzędziami otworzyłam kamienne drzwi. To, co zobaczyłam poruszyło mnie do głębi.

Spowodowało nawał uczuć, jakiego nie doznałam od trzystu lat. Przeszedł przeze mnie wewnętrzny kataklizm, burząc od środka i zalewając gorącą lawą płynnej wściekłości. Potem zrobiło się zimno, bardzo zimno i ciemno. Przestałam odczuwać. Ustałam.

Obudziłam się, jak się później okazało, po czterech godzinach. Bolała mnie głowa, a pająki zdążyły już upleść na mnie kilka pułapek na muchy. Kołatanie serca powróciło i nasilało się z każdą chwilą. Stop! Muszę przestać panikować! - pomyślałam. Oddychałam miarowo i głęboko. Minęło sporo czasu, zanim pozwoliłam sobie wstać bez obawy o ponowne omdlenie. Rozejrzałam się wokół. Moje najskrytsze i najbezpieczniejsze pomieszczenie było puste, okradzione.

- To po prostu niemożliwe! To nie jest prawda! - wyszeptałam kręcąc przecząco głową.