Zdjęcie podpisane przez Wisławę Szymborską: "Mama pod skałą z napisami. Ojciec w czapce z daszkiem na lewo (siedzi)", zrobione w okolicach Zakopanego pod koniec pierwszej wojny światowej
rozdział 2
O OJCU I MATCE ORAZ BLIŻSZYCH I DALSZYCH PRZODKACH, RÓWNIEŻ TYCH ODKRYTYCH PODCZAS WYKOPALISK
Zaczęło się to wszystko tak. Potężne wichury zwaliły tysiące świerków w rozciągających się aż po Bukowinę i Kuźnice zakopiańskich dobrach hrabiego Władysława Zamoyskiego. Jego rządca Wincenty Szymborski musiał się nieźle nagłowić, jak usunąć szkody i powalone drzewa przewieźć do tartaku. Trzeci już rok trwała wojna, nazwana potem pierwszą światową, i miał wielkie problemy z siłą roboczą. Żalił się w liście do generalnego plenipotenta hrabiego: "Wprawdzie mamy 60 jeńców (moskali), ale to bardzo kłopotliwy robotnik, zwłaszcza że strasznie dużo chcieliby jeść, a o artykuły żywności trudno, (...) a i z powodu niedostatecznego obucia nie chcą wychodzić na robotę", zaś "wobec niedostatecznej paszy" konie też "zupełnie się nie opłacają". I nieoczekiwanie puentował: "Z powodu tych wszystkich kłopotów straciłem głowę i... ożeniłem się"[1].
Jakieś osiemdziesiąt lat później Wisława Szymborska pisała:
Niewiele brakowało,
a moja matka mogłaby poślubić
pana Zbigniewa B. ze Zduńskiej Woli.
I gdyby mieli córkę - nie ja bym nią była.
(...)
Niewiele brakowało,
a mój ojciec mógłby w tym samym czasie poślubić
pannę Jadwigę R. z Zakopanego.
I gdyby mieli córkę - nie ja bym nią była.
(...)
Może by obie spotkały się nawet
w tej samej szkole i tej samej klasie.
Ale żadna z nich para,
żadne pokrewieństwo,
a na grupowym zdjęciu daleko od siebie.
("Nieobecność", Dwukropek, 2005)
Kancelaria księcia Kazimierza Lubomirskiego schroniła się z powodu działań wojennych do leżących w pobliżu Zakopanego Kuźnic. I tam właśnie Anna Maria Rottermundówna, "dorodna panna", która pracowała w kancelarii, wpadła Wincentemu Szymborskiemu w oko.
"Dziewczynie zdawało się, że po wojnie mężczyzn nie będzie, przeto postanowiła wyjść za mąż za starszego, byle tylko starą panną nie zostawać - tłumaczył dalej w liście decyzję Anny Marii sam Szymborski. - No i ponieważ co kobieta chce, to i Pan Bóg tego chce, więc 17 lutego [1917] ożeniłem się. Posagu naturalnie nie wziąłem"[2].
Pan młody miał lat czterdzieści siedem, panna młoda - dwadzieścia osiem. Nie wyglądało to na wielką miłość, ale przecież jak po latach napisze ich córka:
Wspaniałe dziatki rodzą się bez jej pomocy.
Przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi,
zdarza się przecież rzadko.
("Miłość szczęśliwa", Wszelki wypadek, 1972)
Ślub i wesele odbyły się na plebanii w Szaflarach, gdzie stryj panny młodej Maurycy Rottermund był proboszczem. Znali się z panem młodym ze wspólnej działalności partyjnej w Narodowej Demokracji.
Przyszli rodzice Wisławy Szymborskiej: Anna Maria Rottermund (1911 rok) i Wincenty Szymborski (około 1918 roku)
Przyszłego ojca poetki przygnał do Zakopanego strach przed gruźlicą, na którą zmarła jego matka Stanisława (z domu Psarska). Osiedlił się tam na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku i szybko zadomowił, szybko też zawarł znajomość z hrabią Władysławem Zamoyskim, właścicielem zakopiańskich włości, które ten kupił, by wyrwać je z "obcych rąk".
Gdy tereny zakopiańskie w 1888 roku nabył na licytacji wiceburmistrz Nowego Targu i właściciel tamtejszej papierni Jakub Goldfinger, polska opinia publiczna zaraz podniosła larum, że "Żyd będzie rąbać lasy", co doprowadzi do katastrofy, dziś byśmy powiedzieli: ekologicznej. Transakcję więc unieważniono i rok później Zakopane ponownie wystawiono na sprzedaż. Warszawskie "Słowo" opublikowało opis licytacji pióra K. Dobrzańskiego, pod którym to pseudonimem ukrywał się częsty w tamtych czasach gość Zakopanego Henryk Sienkiewicz[3].
Pełnomocnik hrabiego otrzymał dyspozycję, by cenę podbijać o jednego centa, więc i Goldfinger podnosił stawkę o centa. Odpadł przy kwocie 460 002 złote i 2 centy... Zakopane wraz z przyległościami - terenami dzisiejszego Tatrzańskiego Parku Narodowego - przeszło na własność hrabiego Zamoyskiego.
"Gdybym dziesięć lat temu nie przyszedł do Zakopanego - pisał w liście hrabia Zamoyski, wspominając tę licytację - siedziałby na najwyższych w Polsce górach niemiecki Żyd i stamtąd by na Polskę pluł. Może by Zakopane się stało małą Szczawnicą, galicyjską Jerozolimą. Zadłużyłem się po uszy, aby ten jedyny w kraju naszym zakątek z żydowskich szpon wydrzeć. Zapłaciłem tyle, że mnie najbliżsi waryiatem ogłosili (...). Wszystko zastałem w żydowskich łapach, fabryki, lasy, urzęda w powiecie, handlu, propinacji (...). Żydzi powiatem trzęśli, a starosta starą Żydówkę w łapę całował"[4].
Stan jego nowo nabytych włości nie przedstawiał się najlepiej (Sienkiewicz: "Setki morgów zrębów leżą odłogiem, a na nich resztki zgniłych kloców"), a tu należało jeszcze sprostać patriotycznym oczekiwaniom. Potrzebny był sprawny i energiczny zarządzający. W 1904 roku hrabia powierzył tę funkcję Wincentemu Szymborskiemu. Dla trzydziestoczteroletniego biuralisty, który od 1892 roku pracował w administracji jego dóbr, był to wielki awans. Odtąd niemal każda inwestycja w Zakopanem - kościół, szkoła, Muzeum Tatrzańskie, elektrownia, schronisko, wodociąg, kolej Chabówka - Zakopane - korzystać będzie ze szczodrej pomocy hrabiego i ciężkiej pracy jego rządcy.
Pierwszy zachowany list Szymborskiego do Zamoyskiego, datowany 28 marca 1901 roku, dotyczył zakupu szyn, śrub i gwoździ na budowę kolejki do projektowanej elektrowni, która z czasem zasilać miała Zakopane. Znalazłyśmy go na zamku w Kórniku obok setki innych, adresowanych do hrabiego Zamoyskiego albo jego plenipotenta, a zarazem dyrektora kórnickiej biblioteki, doktora Zygmunta Celichowskiego.
Wincenty Szymborski, zarządca dóbr zakopiańskich (drugi z lewej), hrabia Zamoyski, właściciel dóbr (pierwszy z prawej). Zakopane, lipiec 1924 roku
Szymborski skrupulatnie i drobiazgowo informował hrabiego o wszystkim, co się działo w jego dobrach. O zalesianiu ogołoconych przez poprzednich właścicieli z drzewostanu zboczy, o halnym, który zwalił piętnaście tysięcy świerków, o funkcjonowaniu papierni i tartaku, o kłopotach z robotnikami, o finansowaniu założonego przez matkę hrabiego generałową Zamoyską Zakładu Pracy Domowej Kobiet (jego przełożona Julia Zaleska zostanie chrzestną matką Wisławy).
Zza suchych, rzeczowych informacji przezierają idee, które kierują krokami Szymborskiego, wspólne dla niego i jego pracodawcy. Patriotyzm Polaków, którym bliska była Narodowa Demokracja, przesycony był antysemityzmem - tak było i w przypadku Zamoyskiego, i Szymborskiego.
Na zlecenie Zamoyskiego prowadził Szymborski budowę drogi bitej z Zakopanego do Morskiego Oka i Kościeliska, aby komunikacja ze Spiszu i Orawy szła przez Podhale. Chodziło o to, by "ludność polska z terenów węgierskich przez częstsze stosunki z ludnością polską szybciej uświadomiła sobie swoją polskość". Z kolei założenie wytwórni wody sodowej, uzyskanie propinacji, czyli zgody na wyszynk, zorganizowanie Spółki Handlowej, za której pośrednictwem przyznawano tanie kredyty polskim przemysłowcom, czy budowa Domu Handlowego Bazar Polski - wszystko to miało stworzyć konkurencję dla handlu prowadzonego przez Żydów. I stworzyło. W którymś momencie Szymborski pisał hrabiemu, że Żydzi zakopiańscy chodzili ze skargą na niego do cudotwórcy rabina w Bobowej, "prosząc o radę w wojnie z Zarządem Dóbr, który zmierza do ich zniszczenia".
Wincenty Szymborski, w środku. Po lewej: Medard Kozłowski, poseł na sejm galicyjski, po prawej: Franciszek Kosiński, kupiec, prezes zakopiańskiej Spółki Handlowej. Zakopane, czerwiec 1911 roku
Gdy sąsiadujące z posiadłością Zamoyskiego dobra jaworzyńskie kupił magnat węgierski Christian Hohenlohe Öhringen, zaognił się trwający od niemal stulecia spór między Cesarstwem Austriackim a Królestwem Węgier o to, do kogo ma należeć Morskie Oko. Szymborski zaangażował się w ten konflikt, w którym tak naprawdę szło o wytyczenie linii granicznej w Tatrach, tak by - w razie odzyskania niepodległości - to Polsce przypadło Morskie Oko.
Książę Hohenlohe kazał usunąć galicyjskie tablice graniczne, a leśniczówkę na spornym terenie obsadził węgierskimi żandarmami. Szymborski przez zaufanych dowiadywał się o każdym jego kroku i informował Zamoyskiego. W końcu posłom polskim w galicyjskim sejmie krajowym udało się w 1902 roku zwołać sąd polubowny w Grazu ze Szwajcarami w roli arbitrów. Szymborski miał relację z pierwszej ręki od zaprzyjaźnionego Medarda Kozłowskiego, który pojechał tam jako obserwator. Trudno sobie wyobrazić, by Szymborski nie brał udziału w patriotycznych manifestacjach górali, które towarzyszyły wizji lokalnej przeprowadzonej na polecenie sądu. Zapewne też, po wygranym procesie, intonował wraz z zakopiańczykami: Jeszcze Polska nie zginęła,/ Wiwat plemię lasze,/ Słuszna sprawa górę wzięła,/ Morskie Oko nasze.
Szymborski intensywnie uczestniczył w życiu Zakopanego. W 1909 roku podpisał deklarację powołania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Rok później został członkiem Galicyjskiego Towarzystwa Leśnego. Włączył się też w budowę toru bobslejowego. I nie stronił od polityki, działaczem Narodowej Demokracji został jeszcze przed pierwszą wojną. Musiał znać Dmowskiego, który od kiedy osiedlił się w 1900 roku w Krakowie, przyjeżdżał na odczyty do Zakopanego.
W Bibliotece Kórnickiej PAN znalazłyśmy zdjęcie Wincentego Szymborskiego z partyjnymi kolegami: późniejszym wójtem Zakopanego i posłem na sejm Medardem Kozłowskim oraz Franciszkiem Kosińskim, kupcem, prezesem zakopiańskiej Spółki Handlowej, pochodzące z czerwca 1911 roku. Szymborski ubrany w pumpy (ale w marynarce, kamizelce i pod krawatem) oraz sznurowane buty, dobre do górskiej wspinaczki, przysiadł na jakimś wzgórku, pozując do fotografii.
W latach 1892-1922, kiedy Wincenty Szymborski pracował dla hrabiego Zamoyskiego, przez Zakopane przewinęła się niemal cała artystyczno-naukowa Polska. Jednak w rodzinnych przekazach nie zachowało się, ani kogo znał, ani z kim się spotykał. Na pewno musiał się zetknąć z Janem Kasprowiczem, w czasie pierwszej wojny komisarzem chlebowym Zakopanego, czy Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem, który prowadził propagandę na rzecz Legionów Piłsudskiego. W Zakopanem, gdzie tłoczyli się zaskoczeni tam przez wojnę Polacy ze wszystkich zaborów, zbiegały się wtedy nitki najrozmaitszych patriotyczno-wojskowych przedsięwzięć. Z zapałem kontynuowano zapoczątkowany w atmosferze względnej swobody politycznej lat dziewięćdziesiątych XIX wieku zwyczaj celebrowania najrozmaitszych narodowych rocznic: wybuchu powstań, uchwalenia konstytucji majowej czy urodzin wieszczów. Hrabia popierał wszelkie niepodległościowe projekty, a za ich realizacją stał jego rządca. Zarządzanie majątkiem w czasie wojennych niedoborów i trudności z pozyskaniem siły roboczej wiązało się dla Szymborskiego z ogromnymi kłopotami. Musiał się też sporo nabiedzić, aby uchronić dobra hrabiego przed konfiskatą - przebywający w Paryżu Zamoyski był wszak obywatelem Francji, kraju w stanie wojny z Austro-Węgrami.
O zakopiańskiej działalności ojca Szymborska wiedziała niewiele. Paradoksalnie, więcej wiedziała o dziadku, Antonim Szymborskim, który zmarł ponad czterdzieści lat przed jej urodzeniem - w domu rodziców przechował się jego spisany na stare lata pamiętnik. Znalazła go w walizeczce na pawlaczu siostra poetki, gdy robiła porządki po śmierci matki.
Dziadek Antoni urodził się w 1831 roku jako pogrobowiec - jego ojciec, też Antoni, poległ w bitwie pod Grochowem. Wychowała go matka, i to ona, chcąc seksualnie uświadomić syna, na szesnaste urodziny zabrała go do Warszawy i zaprowadziła do szpitala dla wenerycznie chorych.
- Choć obejrzał tam straszne widoki, jednak do kobiet się nie zraził - opowiadała nam Szymborska. - Dużo ich jest w jego pamiętniku. Pisał na przykład, jak jakąś dziewczynę podającą w knajpie "wziął szczyptą za policzek". No więc brał je "szczyptą za policzek". Lubił kobiety.
Miał siedemnaście lat, gdy przyszła Wiosna Ludów i uciekł z domu, by wziąć udział w powstaniu poznańskim. Szlify oficerskie zdobył w kampanii węgierskiej generała Bema[5]. Potem włóczył się po całej Europie - Niemcy, Włochy, Szwajcaria, Francja, Hiszpania - a nawet po Ameryce, gdzie dotarł do ogarniętej gorączką złota Kalifornii. Po powrocie do Polski chciał się ustatkować (nabył nawet starostwo opoczyńskie), ale zaraz wybuchło powstanie styczniowe, więc rzucił wszystko, by stanąć na czele powstańczego oddziału.
Gdy jeszcze przed opublikowaniem pierwszego wydania biografii Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny opublikowałyśmy w "Gazecie Wyborczej" fragment o powstańczych tradycjach w rodzinie noblistki, zaatakowało nas prawicowe "Arcana". W obronę wziął nas Jerzy Pilch, który skwitował złośliwie, że "znalazłyśmy Wisławie Szymborskiej zbyt wielką liczbę narodowo zasłużonych dziadków i pradziadków"[6].
W setną rocznicę wybuchu powstania obszerne fragmenty pamiętnika Antoniego Szymborskiego ukazały się w "Życiu Literackim". Musiał być niezłym gawędziarzem, bo jego opisy powstańczego losu są rzeczowe i pełne smakowitych detali. Ale pisał nie tylko o walkach i potyczkach, sporo miejsca poświęcił też "polskiej anarchii": "Potworzonych samowolnie komitetów za dużo, intryg czynnych dużo, wyzyskiwania łatwowiernych jeszcze więcej. Pieniądze narodowe szły najczęściej na pohulanki. Pobyt mój w Krakowie tak mnie przysposobił, że czułem, iż lepiej umrzeć, jak patrzeć na zbrodnię lub słuchać fałszu. Trzy razy wysyłano pieniądze na broń i trzy razy Prusacy zabierali skrzynie próżne. O czynach podobnych, walkach i kłótniach w komitetach ze zgrozą wspomnieć mi przychodzi i nie chcę tutaj brudzić opisami. Nieszczęśliwy naród polski, żyjąc już wiek w niewoli, nie mógł zdobyć wiedzy godności swojej. Anarchizm trwa ciągle"[7].
Po lewej: Antoni Szymborski, dziadek Wisławy. Druga połowa XIX wieku. Po prawej: ojciec Wisławy, Wincenty Szymborski, ze swoją babcią Natalią Psarską. Druga połowa XIX wieku
Poetka nie podała wtedy, że autorem pamiętnika jest jej własny dziadek (tekst opatrzyła tylko adnotacją, że pochodzi z archiwum prywatnego) i że to ona przygotowała go do druku.
- To prekursor Apollinaire'a - żartowała. - Pisał bez przecinków czy kropek. Przekręcał nazwiska. Wobec opisów krajobrazów i miast był bezradny jak dziecko.
"Przyjechałem do Florencji, miasto duże, czyste", o innych miastach też miał tyle do powiedzenia, że duże i czyste.
Prawdopodobnie gdyby nie Nobel wnuczki, całość pamiętnika nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Burzliwe fortuny obroty. Pamiętnik 1831-1881 ukazały się w 2000 roku, kiedy poetka uległa w końcu namowom redaktora naczelnego Znaku Jerzego Illga. Okazało się wtedy, że trochę jednak przesadzała, charakteryzując styl dziadka, bo Antoni Szymborski o jednym mieście pisał, że "duże i czyste", o innym, że "zielone i piękne", zaś o jeszcze innym, że "ładne, długie a wąskie".
Po upadku powstania Antoni Szymborski ponad dwa lata przesiedział w X Pawilonie w Cytadeli. Odczytano mu już nawet wyrok śmierci przez powieszenie, po czym jakimś cudem wywinął się od szubienicy. Dochodził czterdziestki, kiedy poznał swą przyszłą żonę Stanisławę, sierotę po powstańcu styczniowym Erazmie Psarskim. Pobrali się w 1868 roku, dwa lata później urodził im się syn Wincenty. Małżeństwo się nie układało i któregoś dnia teściowa po prostu zajechała bryczką i zabrała córkę wraz z sześcioletnim wtedy Wicusiem do siebie, do wsi Czartki.
"Była znaną z energii, intryg i plotek - wspominał ją zięć. - Szczytem wielkości było jej zdaniem wszystko pokłócić. Tak i ja zostałem jej ofiarą. Nie dopuściła nigdy do zgody i przysięgła wobec nas, uklęknąwszy przed obrazami, że nas rozłączy, i tego dopełniła".
- Na fotografii dziadek Antoni to przystojny blondyn z pszennym wąsem, ale może mąż był z niego kiepski i dlatego bardzo gruba prababka zabrała do siebie córkę i wnuka? - Wisława Szymborska starała się zrozumieć rodzinny konflikt sprzed ponad stu lat.
Snuła domysły, że dziadek po latach włóczęgi i kawalerskiego życia zapewne źle znosił przymus codziennych obowiązków. Do tego nie miał zbyt silnie rozwiniętych uczuć rodzinnych, bo raz tylko wspomina o matce i siostrach, których po powrocie z zagranicy raczej nie szukał. No a poza tym - dalej puszczała Szymborska wodze wyobraźni - jako urodzony gawędziarz lubił mieć ciągle nowych słuchaczy i pewnie, "zamiast doglądać gospodarstwa, przesiadywał po okolicznych dworach".
Poetka chętnie poznałaby też racje drugiej strony, jednak dzienniczek babci Stanisławy, który leżał na pawlaczu w tej samej walizeczce co pamiętnik jej męża, obejmował wyłącznie lata panieńskie ("Pisała go, mając lat szesnaście - i uczciwie mówiąc: ja w jej wieku tak jasno i bezpretensjonalnie pisać bym nie potrafiła"[8] - napomknęła o nim w Lekturach nadobowiązkowych). Nie wiemy, czy Stanisława prowadziła go też po zamążpójściu, w każdym razie zachowało się zaledwie kilkanaście kartek. "Ktoś resztę powyrywał. Kto - nie wiadomo. Mogę się tylko domyślać, że te wyrwane kartki dotyczyły narzeczeństwa i małżeństwa z moim dziadkiem"[9] - mówiła Szymborska po ukazaniu się jego pamiętnika.
Dziadków ze strony ojca nie miała szansy poznać; oboje zmarli grubo przed jej urodzeniem, jeszcze w XIX stuleciu. "Dziadek późno się ożenił i późno spłodził potomka. A mój z kolei ojciec ożenił się jeszcze później. Statystycznie rzecz biorąc, dwa pokolenia zostały tu przeskoczone. Prawdopodobnie obaj panowie lubili jak najdłużej wieść życie kawalerskie" - tłumaczyła w rozmowie Illgowi.
Inaczej było z Rottermundami. Do babci Karoliny (z domu Kubas) do Bochni jeździła przez całe dzieciństwo na wakacje, odwiedzała ją też jako osoba dorosła, bo babcia dożyła 1948 roku. Dziadka Jana, który pracował jako konduktor na kolei, nie wspominała, więc możliwe, że zmarł dużo wcześniej. Opowiadała natomiast o jego młodszym bracie Maurycym, proboszczu w Szaflarach, do którego też jeździła na wakacje. Dzieci z rodziny nazywały go "dziadzia". Zapamiętała, że lubił sobie z każdym uciąć pogawędkę i był uwielbiany przez parafian.
Maurycy skończył Akademię Teologiczną, a nawet studiował w Rzymie (z sześciorga rodzeństwa tylko on i najstarszy Julian, chemik, zdobyli wyższe wykształcenie). Z powodu jakiejś niesubordynacji nie zrobił jednak kariery kościelnej i w 1902 roku trafił na probostwo do Szaflar, gdzie pozostał aż do śmierci. Gospodarstwo prowadziła mu Józefina, najstarsza, niezamężna siostra. To na probostwie w Szaflarach odbywały się wszystkie rodzinne zjazdy, chrzty, śluby.
Dziadkowie Szymborskiej mieli oprócz Anny, matki Wisławy, zwanej w rodzinie Andzią, jeszcze czterech synów.
- Chłopcy albo w dzieciństwie, albo we wczesnej młodości zmarli na gruźlicę, a moja mama przeżyła - mówiła nam poetka. - Babcia nigdy nie przebolała tych przedwcześnie zmarłych synów. Tylko jeden z nich, Tadeusz, dożył wieku, że zdążył spłodzić syna. To mój kuzyn Jaś, lekarz, spotykałam się z nim w dzieciństwie i młodości na wakacjach u babci. Miał dwóch synów, Tadeusza i Jerzego, też lekarzy.
- Kiedy jest się dzieckiem, wszystko, co działo się wcześniej, wydaje się zamierzchłą przeszłością - opowiadała dalej. - Gdy rodzice żyją, nie jesteśmy jeszcze gotowi do zadawania pytań. A jak dojrzejemy i jesteśmy gotowi, ich już nie ma. Zostają po nich albumy ze zdjęciami, na których nie wiadomo, kto jest kto. Mama mi to co prawda mówiła, ale niewiele mnie to wtedy obchodziło. Zdjęcia w albumach powinny być podpisane. Ja rozpoznaję babki i dziadków, ale reszty krewnych już nie.
Pośrodku Edward Rottermund, stryjeczny pradziad Szymborskiej, który 29 listopada 1830 ruszył na Belweder w drugiej dziewiątce podchorążych. Poniżej dwaj inni belwederczycy: Roch Rupniewski i Leonard Rettel (Litografia J. Llanty). Również kuzyn Edwarda, Józef, pradziad Wisławy Szymborskiej, brał udział w powstaniu listopadowym jako piętnastoletni ochotnik
Może to z kontemplacji rodzinnego albumu narodził się wiersz:
Nikt w rodzinie nie umarł z miłości.
Co tam było to było, ale nic dla mitu.
Romeowie gruźlicy? Julie dyfterytu?
Niektórzy wręcz dożyli zgrzybiałej starości.
Żadnej ofiary braku odpowiedzi
na list pokropiony łzami!
(...)
Żadnego zaduszenia się w stylowej szafie,
kiedy to raptem wraca mąż kochanki!
Nikomu te sznurówki, mantylki, falbanki
nie przeszkodziły wejść na fotografię.
I nigdy w duszy piekielnego Boscha!
I nigdy z pistoletem do ogrodu!
(...)
Nawet ta, z ekstatycznym kokiem
i oczami podkutymi jak po balu,
odpłynęła wielkim krwotokiem
nie do ciebie danserze i nie z żalu.
Może ktoś, dawniej, przed dagerotypem -
ale z tych, co w albumie, nikt, o ile wiem.
Rozśmieszały się smutki, leciał dzień za dniem,
a oni, pocieszeni, znikali na grypę.
("Album", Sto pociech, 1967)
Spytana, czy "wielkim krwotokiem odpłynęła" babcia Szymborska, poetka odpowiedziała, że owszem, babcia umarła na gruźlicę, ale na fotografii w albumie wcale nie ma koka. Gdy natomiast wiersz ciotki przeczytał Tadeusz Rottermund, uznał, że to musi być o Rottermundach, bo to w ich rodzinie obfite żniwo zbierała gruźlica.
W mieszkaniu Szymborskiej na Chocimskiej, w korytarzu, nad pluszowymi małpkami, wisiała stara litografia - portret Edwarda Rottermunda. Sama Szymborska jednak o przodkach Rottermundach wiedziała niewiele.
- Ktoś kiedyś zrobił mi odpis dokumentów jakiegoś Rottermunda, stolnika w Kleczy Górnej - mówiła nam. - Najwięcej o historii rodziny po kądzieli opowiedział nam Andrzej Rottermund, wieloletni dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie. Gromadził dokumenty, znał genealogię rodu od XVI wieku, kiedy to cesarz Ferdynand I nadał mu herb szlachecki. Jego babka Janina Rottermund była kuzynką i przyjaciółką matki Szymborskiej. Zmarła wkrótce po ślubie, przy urodzeniu syna. Kiedy malca osierocił również ojciec, usynowili go stryjowie, stąd wrócił do panieńskiego nazwiska matki.
Karolina Rottermund, babcia Wisławy. Lata trzydzieste XX wieku
Andrzej Rottermund znał też dzieje drugiej gałęzi rodziny, wywodzącej się nie z Zawadki, ale z Kleczy. To z tej właśnie linii pochodził Edward Rottermund, który w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku w grupie podchorążych ruszył na Belweder, by zabić księcia Konstantego. A także jego kuzyn, też powstaniec, który później wyemigrował do Belgii, gdzie tworzył armię nowo powstałego państwa. Praprapradziadek Wisławy Szymborskiej Józef Rottermund był właścicielem majątku Zawadka koło Wadowic. Jego syn Antoni, czyli prapradziadek, oficer Księstwa Warszawskiego, figurował w księgach już jako obywatel Krakowa, a nie ziemianin. Jego z kolei syn Józef Antoni, czyli pradziadek Wisławy, był - tak jak jej pradziadek po mieczu - powstańcem listopadowym.
Kiedy przed laty wręczyłyśmy Wisławie Szymborskiej jej odtworzone przez nas drzewo genealogiczne, oglądała je z zainteresowaniem, a nawet pieczołowitością, której - znając jej poezję - wcale nie oczekiwałyśmy.
Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek
Jak każdy przypadek.
Inni przodkowie
mogli być przecież moimi,
a już z innego gniazda
wyfrunęłabym,
już spod innego pnia
wypełzła w łusce.
(...)
Mogłam być kimś
O wiele mniej osobnym.
Kimś z ławicy, mrowiska, brzęczącego roju,
szarpaną wiatrem cząstką krajobrazu.
(...)
Los okazał się dla mnie
jak dotąd łaskawy.
Mogła mi nie być dana
pamięć dobrych chwil.
Mogła mi być odjęta
skłonność do porównań.
Mogłam być sobą - ale bez zdziwienia,
a to by oznaczało,
że kimś całkiem innym.
("W zatrzęsieniu", Chwila, 2002)
Tak naprawdę zawsze interesowali ją dużo dalsi przodkowie.
Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,
kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.
Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd,
I tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.
Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,
odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.
Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,
machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.
("Przemówienie w biurze znalezionych rzeczy", Wszelki wypadek, 1972)
Recenzując książkę Wenus epoki lodowej Rudolfa Drösslera, Szymborska pisała, że "wzmacnia ona niewiarę w istnienie bezdennych przepaści - między pokoleniami, epokami, kulturami, między intelektem człowieka dzisiejszego a intelektem istoty ludzkiej sprzed kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy lat". I wyznała, że choć "niektórzy widzą neandertalczyka w ślepej uliczce ewolucji", ona poczuwa się do pokrewieństwa i uważa go za swego prawowitego przodka[10].
Rodzina Rottermudów. Od lewej siedzą: dziadek Wisławy Szymborskiej, Jan Rottermund, jego żona Karolina. Obok nich dwaj synowie, a u ich stóp siedzi ich córka, późniejsza matka poetki, zwana Andzią. Drugi od prawej siedzi ksiądz Maurycy Rottermund, stryjeczny dziadek Wisławy. Kraków, początek XX wieku