Pamiątka - Justyna Leśniewicz

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oni, osiemnaście lat wcześniej

Siarczysty mróz szczypał w policzki, a śnieg rozkosznie skrzypiał pod butami. Stałam na szczycie góry śmierci, skupiając na sobie spojrzenia wszystkich kolegów i koleżanek ze szkoły.

- Majka, nie peniaj, tylko zjeżdżaj! - Usłyszałam nawoływania z dołu.

Cwaniacy, którzy już zjechali, myślą, że są lepsi od tych, których obleciał strach. A ja właśnie byłam przerażona. Góra śmierci to nie byle co! Jest naprawdę stroma i można się na niej wywalić. Kiedyś Joasia złamała tu rękę, bo tak niefortunnie upadła, że całym ciężarem ciała wsparła się na dłoni. Długo chodziła w gipsie, ale miała w sobie wiele odwagi, bo kolejnej zimy bez wahania znowu zjeżdżała z tej przeklętej góry.

- Boi się! Patrzcie, jaka przestraszona! - wykrzykiwał Mariusz z równoległej klasy.

Jego rechot od razu podłapała reszta, śmiejąc się w głos i krzycząc, że jestem "strachliwa buła". Przysiadłam na sankach, chcąc im pokazać, że mam w sobie więcej odwagi, niż przypuszczają, choć serce waliło mi ze strachu i nie miałam pojęcia, dlaczego dałam się namówić na tę przygodę. Mimo że z dołu górka nie wydawała się taka straszna, to jednak tu, na górze, wszystko nabierało innej perspektywy.

- Przyznaj, że nie dasz rady! Jesteś słabeuszem! - pokrzykiwał Mariusz. - Jesteś słab... - Nie zdążył dokończyć słowa, bo rozpędzona śnieżka trafiła go prosto w czoło.

Spojrzałam w kierunku, z którego nadleciała kulka, i dostrzegłam Klaudiusza Szymańskiego, uśmiechającego się do mnie półgębkiem. Puścił mi oczko i podszedł bliżej. Był starszy ode mnie o rok. Niedawno wprowadził się do sąsiedniego bloku. Zawsze samotny, trochę wycofany. W szkole trzymał się tylko z Igorem Jaworskim, na którego wszyscy mówili Jawor. Igor opierał się teraz o drzewo, a ręce miał założone na piersi.

- Bardzo ci dokuczali? - wyszeptał Klaudiusz.

Na dole niezniechęcony Mariusz zaczął śpiewać Zakochana para... Jednak uciszył się, gdy tylko pojawił się przy nim Jawor i tym razem to on przywalił dzieciakowi śnieżką w twarz. Znokautowany, krzyknął do reszty, że pora się zwijać, a chwilę później mogliśmy już obserwować ich oddalające się sylwetki.

- Jak chcesz zjechać, to mogę z tobą. - Chłopak przykucnął obok mnie, uśmiechając się promiennie.

Skinęłam tylko głową, odrobinę skrępowana obecnością starszego chłopca. Onieśmielał mnie, a jego wzrok sprawiał, że drżały mi dłonie. Usiadł na sankach i popchnął mnie delikatnie do przodu, tak że znalazłam się między jego udami. Przytrzymał mnie w pasie i zapytał, czy jestem gotowa. Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, jednocześnie przytłoczona jego obecnością i przerażona górą śmierci. Klaudiusz odepchnął się stopami i już po chwili mknęliśmy w dół. Na nasze nieszczęście rozpędzone sanki nie zatrzymały się w porę, choć chłopak usiłował je wyhamować. Z impetem uderzyliśmy w zaspę śnieżną i wpadliśmy w zimny puch. Klaudiusz od razu zerwał się na równe nogi, ściągnął ze mnie sanki i odsunął mi mokre włosy z twarzy. Usiłował poprawić także czapkę, która zsunęła się na jeden bok. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść.

- Nic ci się nie stało? - dopytywał zatroskanym głosem.

Może wydawać się to dziwne i niedorzeczne... jednak właśnie wtedy zakochałam się w nim bez reszty. Mając zaledwie jedenaście lat, byłam przekonana, że ten chłopak kiedyś zostanie moim mężem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo życie zweryfikuje moje plany.

Ona, teraz

Po długim i męczącym dniu w końcu mogłam się odprężyć i pobyć sama ze sobą w kompletnej ciszy. Po szybkim prysznicu okryłam się puszystym szlafrokiem, zasiadłam przed telewizorem i włączyłam ulubiony serial. Przyjemne ciepło kubka wypełnionego po brzegi gorącą czekoladą ogrzewało moje dłonie. Chyba właśnie tu, na kanapie przed telewizorem, bez makijażu i sztywnego urzędowego uniformu, czułam się najlepiej. Spokój nie trwał jednak zbyt długo, szybko został przerwany dźwiękiem telefonu. Zerknęłam na ekran, na którym jaśniała twarz Weroniki, nie miałam jednak ochoty na pogaduszki z przyjaciółką. Czasami lubiłam się zaszyć, odciąć od wszystkiego, pobyć w swoim towarzystwie. Przez takie właśnie zachowanie z kręgu dawnych przyjaciół została tylko Wera. Jako jedyna rozumiała moje milczenie, wiedziała, że bywam trudna i czasami potrzebuję samotności. Była moim ekstrawertykiem, bo podobno każdy introwertyk musi takiego mieć. Dziś jednak nie odpuszczała, dzwoniła raz po raz... W końcu zdecydowałam się wyciszyć telefon.

Delektowałam się stygnącym już napojem, kiedy ktoś uparcie i nieustępliwie zaczął walić w drzwi wejściowe. Od razu wiedziałam, że to Weronika, nie było nikogo innego, kto z taką zawziętością chciałby się przebić przez moją skorupę.

- Jak nie otworzysz, wyważę te pieprzone drzwi!!! - Ryk przyjaciółki odbijał się echem po klatce schodowej.

Niechętnie zwlekłam się z kanapy, żeby wpuścić ją do środka, nie chciałam, aby ktokolwiek z sąsiadów usłyszał krzyki... Choć z pewnością już wścibska babcia z naprzeciwka spoglądała przez wizjer.

- Wiem, że tam jesteś, i wiem, że jesteś sama. Liczę do trzech! - Przyjaciółka zabrzmiała jak wkurzona matka.

Uśmiechnęłam się mimowolnie pod nosem i odkrzyknęłam, że już idę. Po chwili przekręciłam zamek i wpuściłam do mieszkania wkurzoną, niebieskowłosą burzę. Przez jej zachowanie i sposób bycia nazywałam przyjaciółkę Burza, bo była niezwykle gwałtowna i charyzmatyczna.

- Myślałaś, że pozwolę ci tu dziś siedzieć w samotności? - Nachyliła się, cmokając mnie przelotnie w policzek.

- Taką właśnie miałam nadzieję - wymamrotałam pod no­sem.

- Kobieto, dziś są twoje dwudzieste dziewiąte urodziny, trzeba to uczcić. Ostatni rok, kiedy masz dwójkę z przodu.

- No i właśnie miałam zamiar je celebrować ulubionym serialem, może książką i winem.

Wera spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek, świ­drujące spojrzenie jej oliwkowych oczu miało mnie przestraszyć, choć tak naprawdę jedynie rozbawiło. Uśmiechnęłam się do niej, a już po chwili roześmiałam w głos.

- Wiesz, że nie odpuszczę? - zapytała przyjaciółka, przerzucając niebieskie pasma włosów na jedno ramię.

- Domyślam się - westchnęłam cicho. - Jaki masz plan?

- Ubierzesz się i idziemy do Irysa. Dominika załatwiła wejściówki na występ jakiegoś didżeja.

- Wiesz, że nie znoszę muzyki klubowej, ścisku, tłumów. - Starałam się protestować, ale wzrok przyjaciółki zdawał się wymawiać nieme "proszę".

- Nie daj się prosić, to twoje święto. W dodatku będzie Domi z Olkiem i Dorianem...

- Mogłaś od razu powiedzieć, że o niego chodzi. Będę przy was jak piąte koło u wozu.

- No już, nie marudź, idź się ogarnij, a potem ułożę ci włosy.

Weronika zaklaskała w dłonie, jakby chciała przegonić niesforne dziecko i zmusić je do wykonania jej poleceń. Poddałam się temu i przeszłam do sypialni w poszukiwaniu odpowiedniego stroju.

Moje urodziny były dla Werki pretekstem, żeby po raz kolejny spotkać się z Dorianem - znajomi nazywali chłopaka Ink, od tuszu, którym przyozdobiona była większość jego ciała - właścicielem studia tatuażu i jednym z lepszych tatuatorów w mieście. Poznali się podczas robienia dziary na plecach Wery. Umawiali się ze sobą od dawna, potem zrywali, żeby po raz kolejny się zejść i znów rozstać po następnej burzliwej awanturze. Nie rozumiałam ich relacji, z boku wyglądała na toksyczną i wręcz destrukcyjną, a mimo to ciągnęło ich do siebie jak nikogo innego. Nie wiem, czy kiedyś była im pisana romantyczna miłość, czy ich uczucie musiało tylko płonąć gorącym seksem, o którym na moje nieszczęście przyjaciółka opowiadała bez krępacji. Dominika, współpracownica Wery, twierdziła, że muszą się dotrzeć, a ja się bałam, że ta relacja ich wyniszczy. Zbyt wiele było ognia w każdym z nich, żeby któreś dało się ugasić.

Stanęłam przed szafą, starając się skupić myśli na tym, co powinnam włożyć. Zdecydowałam się na prostą sukienkę z dekoltem w kształcie litery V. Do tego postawiłam na ulubione czerwone szpilki, które zawsze dodawały mi pewności siebie. Przez dress code w pracy byłam zmuszona chodzić tylko w czarnych klasycznych czółenkach - za to dziś mogłam zaszaleć. Wyszykowana, ruszyłam do salonu, żeby zmierzyć się z krytycznym spojrzeniem Werki. Dla niej moje stroje zawsze były zbyt zachowawcze, sama preferowała ekscentryczny wygląd. Stanęłam przed przyjaciółką, a ta zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

- No, nie najgorzej wyglądasz, szpilki dodają ci charakteru. Podłączyłam już lokówkę, zrobię ci delikatne fale. Będziesz piękna i romantyczna. - Puściła mi oczko i wskazała głową, żebym ruszyła w stronę łazienki.

- Makijaż zrobię sobie sama - zastrzegłam od razu, wiedząc, że Weronika potrafi z nim przesadzić.

Dziewczyna niechętnie przytaknęła i wzięła się do układania fryzury. W pełnym skupieniu przeczesywała kolejne pasma włosów, a fale zaczynały nabierać pożądanego uroku.

- Musisz mnie dziś przypilnować, gwiazdo - powiedziała, nie odrywając wzroku od wykonywanych czynności.

- Jak niby mam cię upilnować?

- Choćby się waliło i paliło, wracam z tobą do domu i idę grzecznie spać.

- Jasne, jeśli twoje ciało będzie chciało iść do Doriana, to nawet trzęsienie ziemi i atak kosmitów cię nie powstrzymają - prychnęłam.

- Oj, ty człowieku małej wiary, kiedyś uda mi się mu oprzeć... praw­da? - zapytała niepewnie, śmiesznie marszcząc nos.

- Jasne, gdy znajdziesz sobie normalnego faceta i założysz rodzinę.

- Czyli nigdy - skwitowała.

Kto jak kto, ale Wera była jedną z tych kobiet, które za żadne skarby świata nie chciały dać się usidlić, zamknąć w czterech ścianach i sprowadzić do roli kury domowej. Za nic nie dała się przekonać, że coraz mniej jest takich małżeństw, a współczesne pary nie zamykają się nawzajem w złotych klatkach. Zawsze twierdziła, że życie jest za piękne, żeby męczyć się z jednym chłopem pierdzącym w fotel i - nie daj Bóg - jeszcze z jego mamuśką. A kiedy usiłowałam ją przekonać, że naprawdę nie tak musi wyglądać małżeństwo, odbijała piłeczkę w moją stronę, pytając, gdzie w takim razie jest mój książę z bajki.

Kiedy moje włosy zostały ułożone, podkreśliłam oczy delikatnym makijażem i ruszyłyśmy do wyjścia. Przed blokiem już czekała taksówka zamówiona wcześniej przez przyjaciółkę. Wgramoliłyśmy się na siedzenia, po czym podałam kierowcy adres. Wieczór należał do niezwykle ciepłych. Choć był dopiero początek czerwca, w powietrzu dało się wyczuć nadchodzące lato. Było dopiero po dwudziestej pierwszej, w Warszawie właśnie budziło się nocne życie, kluby zaczynały się napełniać głodnymi rozrywki ludźmi. Zerknęłam na przyjaciółkę, która starała się zrobić sobie idealne selfie. Wykrzywiała dzióbek w każdą stronę i przerzucała włosy z lewej na prawą, żeby jak najkorzystniej wypaść. W końcu chyba udało jej się osiągnąć oczekiwany efekt, bo opuściła telefon i wydawało się, że publikuje zdjęcie w social mediach.

- Pamiętaj, że masz mnie dziś pilnować - wyszeptała, rozciągając wargi w uśmiechu.

- Nie oczekuj ode mnie rzeczy niemożliwych. Do krzesła cię nie przywiążę i kuli u nogi ci nie założę.

- Myślę, że przywiązanie do krzesła mogłoby nas tylko nakręcić, a i kula u nogi by nie przeszkadzała. - Puściła mi oczko.

Roześmiałam się. Z jednej strony rozumiałam, że Wera nie chce po raz kolejny pokazać, jak Dorian na nią działa. Jednak z drugiej strony ona kręciła go w równym stopniu, między tą dwójką kipiało od namiętności i choć oboje doskonale te emocje potrafili wykorzystać w łóżku, nie dane im było się dogadać, aby stworzyć prawdziwy związek.

Podjechałyśmy w umówione miejsce. Przed wejściem czekali już na nas Dorian, Dominika i Olek. Wera mocniej ścisnęła mnie za ramię i wyszeptała:

- Spójrz tylko, jak on wygląda, no palce lizać.

- Uspokój się, miałaś dziś być cnotliwa. - Roześmiałam się, bo zaczął udzielać mi się jej dobry nastrój.

Musiałam jednak przyznać przyjaciółce rację, Dorian wyglądał pociągająco. Kruczoczarne włosy ułożone na prawą stronę, przenikające orzechowe spojrzenie. W dodatku był ubrany w białą koszulkę, która idealnie kontrastowała z jego wytatuowanymi ramionami i szyją. Było na czym zawiesić oko i nie dziwiłam się Weronice, że nie potrafi mu się oprzeć.

- Dobry wieczór, pięknym paniom - przywitał nas Dorian jako pierwszy.

- Daruj sobie - prychnęła Wera, podchodząc najpierw do Domi i Olka.

- Zaczyna się - wymamrotałam pod nosem, mając nadzieję, że nikt mnie nie usłyszy.

- Nic się nie zaczyna, ja ją jeszcze kiedyś utemperuję - wyszeptał do mnie Ink, jednak na tyle głośno, żeby pozostali też usłyszeli.

- Temperować to możesz sobie ołówek - odcięła się Wera, mierząc chłopaka wściekłym wzrokiem.

Wpatrywali się w siebie z taką intensywnością, że czekałam tylko, kiedy polecą iskry. Na szczęście Olek zmaterializował się pomiędzy nimi, wziął Werę pod ramię i poprowadził w stronę wejścia. Chłopcy przywitali się ze znajomymi ochroniarzami, Dorian stanął przy jednym z barczystych mężczyzn, by chwilę z nim porozmawiać. My za to ruszyliśmy do klubu. Od razu w uszy uderzyła mnie zbyt głośna muzyka, przeszkadzał mi tłum ludzi na parkiecie i zapach unoszący się w powietrzu. W takich miejscach przeszkadzało mi wszystko i zaczynałam je akceptować dopiero po pierwszym drinku. Usiedliśmy w loży, a Olek i Wera poszli po napoje dla nas.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - krzyknęła Dominika, nachylając się przez stolik.

- Dziękuję - odpowiedziałam, starając się przekrzyczeć muzykę.

Już w milczeniu oczekiwałyśmy na drinki, Domi w rytm muzyki kręciła głową, a ja modliłam się o to, by alkohol zaczął szybko działać i tym samym moja tolerancja klubów wzrosła. Na szczęście w końcu ujrzałam zmierzających w naszym kierunku Werę i Olka. Przyjaciółka od razu usiadła obok mnie i rozejrzała się niepewnie po tańczących ludziach.

- Gdzie Ink? - wyszeptała mi wprost do ucha, żebym mogła ją usłyszeć.

Wzruszyłam jedynie ramionami, bo nie miałam zielonego pojęcia, gdzie mógł się podziać Dorian. Uniosłam do ust szklaneczkę z drinkiem i skosztowałam przyjemnie słodkiej mieszanki.

- A ty nie miałaś się dziś trzymać od niego z daleka? - zadrwiłam z przyjaciółki.

- Tak, miałam. Pieprzyć to, nie interesuje mnie, gdzie ani z kim podziewa się ten pajac.

- Mogłaś mi wziąć coś mocniejszego - skomentowałam, wskazując swoją szklankę.

- Uwierz mi, to jest mocne, ale zrobione tak, że nie czujesz. - U­śmie­chnę­ła się, dodając: - Pijemy dwa drinki i idziemy tańczyć?

- Góra trzy. Naprawdę, słabe to jak oranżada.

- Nie mów hop - skwitowała ze śmiechem.

Nagle obok nas pojawił się Dorian, przysiadł tak ciężko, że miałam wrażenie, jakby kanapa poddała się jego ciału. Od razu objął Werę ramieniem, a ta usilnie starała się wyswobodzić z uścisku. Po chwili jej odpuścił, położył jednak rękę na oparciu, a siedzieliśmy na tyle blisko, że bez problemu pstrykał mnie palcami w ucho.

- Zrób tak jeszcze raz, a połamię ci te wytatuowane patyczki! - krzyknęłam, nachylając się przez Werę.

- O, nasza kocica pokazała pazurki - zaśmiał się. - Zaczepiam cię, bo chciałem ci życzenia urodzinowe złożyć.

- To nie możesz jak człowiek? - Wybuchnęłam śmiechem, chyba procenty zaczynały działać.

- Co powiesz na urodzinowy taniec na zgodę? - zapytał, a jego orzechowe oczy szkliły się od dziwnej ekscytacji.

Wstałam i podałam mu dłoń, pozwalając poprowadzić się na parkiet, na plecach czułam wwiercające się we mnie spojrzenie Werki, mimo że doskonale wiedziała, że nigdy bym jej tego nie zrobiła, nie zajęłabym się facetem, do którego ona coś czuła... Choć oboje starali się wypierać te uczucia. Podrygiwaliśmy w tańcu, co jakiś czas przybliżając się do siebie i oddalając. Czułam się już wyluzowana i nie przeszkadzał mi klimat tego miejsca, zbyt głośna muzyka i mrugające światła, które drażniły wzrok.

- Napijemy się? - krzyknęłam do tanecznego partnera.

Skinął głową i poprowadził mnie do baru, kładąc dłoń w dole moich pleców. Od razu zrzuciłam jego rękę i zerknęłam w stronę parkietu, gdzie Wera wprawdzie tańczyła z jakimś nieznajomym facetem, ale nie spuszczała z nas wzroku. Machnęłam do niej, żeby ją przywołać. Od razu pociągnęła mężczyznę i chwilę później stali już obok nas. Dorian składał zamówienie dla naszej czwórki.

- Cześć, Robson jestem. - Mężczyzna podał mi rękę, dru­gą nadal obejmując Weronikę. - Pracuję z Inkiem.

Już miałam podać mu dłoń na przywitanie, kiedy rozbrzmiał wkurzony i nieznoszący sprzeciwu głos Doriana:

- Rob, albo zabierzesz tę łapę z mojej kobiety, albo ci ją upierdolę.

Chłopak wyglądał na wkurzonego, jednak szybko wykonał polecenie i usunął dłoń z pleców Weroniki. Uśmiechnął się półgębkiem, najwidoczniej świadomy relacji łączącej Inka i Werkę.

- A niby od kiedy jestem twoją kobietą? - obruszyła się dziewczyna.

- Odkąd pieprzyłem cię w każdej możliwej pozycji - odparł.

Między nimi kipiało od złości i pożądania. Mierzyli się spojrzeniami, ciężko dysząc, oliwkowe dotąd oczy przyjaciółki przybrały ciemniejszy kolor, a w spojrzeniu Inka można było dostrzec żar. Stanęłam między nimi, chcąc załagodzić sytuację.

- Bierzesz te nasze drinki? - zwróciłam się do Doriana.

Mężczyzna wciągnął powietrze i ścisnął nasadę nosa.

- Ta kobieta mnie wykończy - wymamrotał, odwracając się do barmana, i odebrał zamówione napoje.

- Chyba ty mnie! Rościsz sobie prawa do mojego ciała, duszy i czego, kurwa, jeszcze? - nakręcała się Wera.

- Do twoich tatuaży, można powiedzieć, że są objęte moimi prawami autorskimi. - Uśmiechnął się, szczerząc zęby.

- Pieprz się - warknęła dziewczyna.

- Chętnie.

I po raz kolejny walczyli na spojrzenia. Niewiele myśląc, wychyliłam drinka zamówionego przed Doriana i pociągnęłam mężczyznę z powrotem na parkiet. Alkohol dopiero po chwili zaczął palić w mnie w przełyku, był znacznie mocniejszy od tego, który wcześniej zamówiła Wera. Coraz śmielej tańczyłam, tym razem z Robsonem, bo w niewyjaśnionych okolicznościach Ink z Werą zniknęli gdzieś w tłumie - albo w toalecie. Teraz mało mnie to obchodziło. Czułam dłonie Roba na swoim ciele, kręciłam tyłkiem, pozwalając sobie na totalny luz. Zazwyczaj poważna pani z bankowego okienka, dziś mogła puścić hamulce.

- Chcę się czegoś napić - ryknęłam do ucha mężczyźnie.

Skinął głową i ruszyliśmy w stronę baru. W klubie było coraz więcej ludzi. Panował taki ścisk, że ledwo udało nam się dopchać do wysokich krzeseł, i to tylko dlatego, że jakichś dwóch mężczyzn właśnie z nich zeszło. Usiadłam i zamówiłam napój, tym razem postawiłam na coś słabszego i słodkiego. Robson stanął za mną i zbyt nachalnie masował mi ramiona.

- Hej, nie pozwalaj sobie za dużo. - Uśmiechnęłam się.

Od razu zabrał dłonie i nachylił się, żeby sięgnąć po swój napój. Tuż przy mojej twarzy znalazło się jego wytatuowane przedramię, finezyjne wzory, których znaczenia mój zaćmiony alkoholem umysł nie mógł teraz rozróżnić.

- My się chyba znamy. - Do moich uszu dotarł głos jakiegoś mężczyzny.

Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał, myśląc, że to jakiś tani chwyt na podryw. Moje spojrzenie zderzyło się z oczami koloru burzowej chmury, a serce fiknęło koziołka. Poczułam się od razu trzeźwa i starałam się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie.

- Wątpię, myli mnie pan z kimś. - Odwróciłam się, licząc, że dawny znajomy odpuści.

- Jestem pewny, że z nikim cię nie mylę. - Nie ustępował.

Ja już jednak nie spojrzałam w jego stronę, wstałam z miejsca i ostentacyjnie pociągnęłam Robsona z powrotem na parkiet. Doskonale znałam faceta, który mnie zaczepił. Był moją przeszłością, marą, snem, o którym pragnęłam zapomnieć. Na szczęście mężczyzna został pociągnięty w drugą stronę przez swoich znajomych i tylko jeszcze na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach dostrzegłam ból, niezrozumienie... On w moich mógł z pewnością dostrzec tylko pustkę. Tańczyłam, ocierając się biodrami o Roba, czułam jego zbyt śmiały dotyk. Sama nie wiem, kiedy się nachylił i złożył pocałunek na moich ustach. Poddałam się temu, myśląc, że to pozwoli mi zapomnieć. Włożyłam palce we włosy mężczyzny i pogłębiłam pocałunek. W jednej chwili zrobiło mi się zbyt gorąco, w głowie zaczęło szumieć i jedyne, czego pragnęłam, to odetchnąć świeżym powietrzem.

- Wyjdziemy na zewnątrz? - wykrzyczałam przy uchu Robsona.

Skinął głową, złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę wyjścia. Po chwili czułam już przyjemny nocny chłód. Owiewał moje rozgrzane ciało i przynosił ukojenie. Oparłam się o mur i wygrzebałam telefon, który w czasie tańca ukryłam w biustonoszu. Wybrałam numer Werki i czekałam, aż odbierze. Zgłosiła się po kilku sygnałach, dałam jej znać, że stoję przed wejściem i czekam na nią.

- Fajna skrytka - skomentował Robson.

- Jak ty właściwie masz na imię? - zapytałam, ignorując jego słowa.

- Robert, ale, błagam, nie mów tak do mnie. Nigdy.

- O, Robuś - zaśmiałam się. - Słodko!

- Nie, błagam, tylko nie to. - Starał się brzmieć na wkurzonego, ale dało się usłyszeć w jego głosie nutkę rozbawienia.

Po drugiej stronie wejścia stała grupka kolesi, a wśród nich mężczyzna z przeszłości. Jego niebieskie oczy wwiercały się we mnie, w duchu modliłam się, żeby do mnie nie podchodził. Na szczęście ktoś go pociągnął i weszli z powrotem do klubu. Poczułam dreszcze na całym ciele, nie wiedziałam, czy to przez chłód, czy przez powrót wspomnień... Robert musiał dostrzec, że marznę, bo podał mi moją ramoneskę. Przyjęłam kurtkę z wdzięcznością i okryłam ramiona. Po chwili dołączyła do nas Wera z Dorianem. Wyglądali, jakby przebiegli maraton, nie chciałam wiedzieć, czy to wynik dobrego seksu, czy raczej intensywnego tańca. Zmroziłam przyjaciółkę karcącym spojrzeniem i powiedziałam:

- Masz zamiar wrócić ze mną do domu?

- No przecież cię nie zostawię samej. Przywlekłam twój żałosny tyłek na tę imprezę, to i go stąd zabiorę.

- Myślałam, że wracasz z Dorianem? - Zmrużyłam oczy, przeskakując spojrzeniem między dwójką znajomych.

- Możesz wrócić z Inkiem, ja zajmę się twoją przyjaciółką - wtrącił Robson.

Weronika nie kryła zaskoczenia, wykrzywiła się, ale już po chwili rozpromieniła w uśmiechu.

- To jesteśmy umówieni, ty wracasz z Robem - skwitowała.

- Mogę wrócić taksówką, sama, ale najpierw jeszcze trochę potańczę. - Odzyskałam stracony wcześniej humor i ruszyłam do wejścia.

Od progu ponownie uderzył mnie duszny klimat lokalu, na parkiecie ściśnięte ciała poruszały się w rytm granego utworu. Migające światła sprawiły, że na chwilę zakręciło mi się w głowie. Potrzebowałam się jednak wyluzować. Zapomnieć o przeszłości, która zmieniła moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Poczułam ręce Robsona na biodrach, złapałam jego dłoń i pociągnęłam kumpla do baru. Smakowałam jednego drinka po drugim, tańczyłam, starając się ignorować obecność dawnego znajomego. Wiedziałam, że mieszka gdzieś w Niemczech, wiedziałam o nim aż za dużo. Jednak do tej pory, przez te wszystkie lata, udało mi się go nie spotkać. Pomagał mi fakt, że niewiele wychodziłam ze znajomymi. Ani w czasie studiów, ani tuż po nich. Oddałam się pracy, rodzinie - byłam sama ze swoim życiem i wszystkim wokół chciałam udowodnić, że potrafię wziąć swój los we własne ręce i iść, nie oglądając się za siebie.

Teraz czułam się wyjątkowo wyluzowana, w głowie przyjemnie mi szumiało, ręce Roberta były zbyt śmiałe. Starałam się go odpychać, ale on nie odpuszczał. Opacznie odbierał moje sygnały, w końcu zrezygnowałam z tańca i poszłam przysiąść w loży. Dominika i Olek ulotnili się niemal od razu, gdy przyszliśmy. Wera nie opuszczała Inka na krok, miałam jej pilnować, ale się nie dało, nie mogłam przecież trzymać ją za rączkę. Robson przykucnął między moimi udami i oparł się na nich łokciami.

- Chcesz już wracać do domu? Zamówić ci taksówkę? - Musiał mówić naprawdę głośno, żebym mogła go dosłyszeć.

- Jasne... ale, Rob, ja wracam do siebie, ty do siebie. Nie pójdę z tobą do łóżka. - Uśmiechnęłam się, machając mu palcem przed nosem. - Nie jestem jakaś pierwsza lepsza.

- Ależ, kwiatuszku, nawet nie pomyślałem, żeby wykorzystywać cię, gdy jesteś w takim stanie. Zraniłaś moje serduszko. - Złapał się teatralnie za pierś i pstryknął mnie w nos.

Ulżyło mi, w tym momencie wyglądał niezwykle uroczo i chłopięco, choć tatuaże na rękach burzyły obraz grzecznego mężczyzny. Uśmiechnęłam się do niego i poprosiłam, żeby zamówił mi transport. Robson wyszedł zadzwonić, a ja podparłam zmęczoną głowę na łokciach. Ostatnie, co pamiętam, to przyjemny męski głos, przerywany jakimś drugim męskim głosem.

***

Obudziłam się w swoim łóżku, przeciągnęłam się i poczułam, że głowę rozsadza mi tępy ból. Odrzuciłam kołdrę na bok i przysiadłam. Zbyt szybko się jednak podniosłam, przez co sypialnia zaczęła wirować. Starałam się skupić wzrok na oknie balkonowym. W końcu sytuacja się uspokoiła, a ja zerknęłam na strój, w którym spałam. Nadal miałam na sobie sukienkę, w której byłam w klubie. Związałam włosy gumką znalezioną na nocnej szafce i wyszłam do salonu z myślą, że powinnam szybko zażyć coś, co pomoże mi uporać się z kacem. Nie dotarłam jednak do kuchni, bo mój wzrok padł na narożną kanapę. Spało na niej dwóch facetów. Gorączkowo zaczęłam się zastanawiać, co wydarzyło się wczoraj, kiedy zupełnie urwał mi się film. Zaczęłam przeklinać się w myślach, bo jedyne, czego nie lubiłam, to tracić kontroli. Zdarzyło mi się to po raz drugi w życiu i po raz kolejny przyczyną tego stanu była ta sama osoba.

- Wstajemy, panowie! - ryknęłam i od razu pożałowałam, bo pulsujący ból przeszył moją czaszkę.

Pierwszy na równe nogi zerwał się Robert, popatrzył na mnie spod półprzymkniętych powiek.

- Jak się czujesz? - zapytał jakby nigdy nic.

- Czemu tu śpisz? - Zbyłam jego pytanie swoim.

- Musiałem się tobą zająć. - Wzruszył ramionami.

- A on? - Wskazałam na błąd z przeszłości.

- Też chciał się tobą zająć, ale nie mogłem go zostawić samego. Nie wiem, co to za typ. - Odwrócił się i potrząsnął drugim mężczyzną. - Ej, koleś, wstawaj.

Po chwili po raz kolejny ujrzałam te ciemnoniebieskie oczy, wpatrujące się we mnie z dezorientacją. Szybko podniósł się do pozycji stojącej i przeczesał dłonią włosy. Zagapiłam się na jego tatuaż na przedramieniu - różę, której został tylko jeden płatek, reszta rozsypana była w różnych miejscach, część u spodu łodygi. Przełknęłam ślinę i zwróciłam się do swoich nieproszonych gości:

- Panowie, dziękuję wam za pomoc, ale będzie lepiej, jeśli już sobie pójdziecie.

Robson bez gadania wstał i ruszył w kierunku drzwi, nie wyszedł jednak, czekając, aż niepożądany facet uczyni to samo. Ten jednak stał, wpatrując się we mnie, jakby czegoś oczekiwał. Tylko czego? Nie byłam mu nic winna, przynajmniej tak sobie wmawiałam, nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.

- Majka... proszę, skoro już udało nam się spotkać, może pogadamy?

- Nie mamy o czym rozmawiać. Co było, to było... A teraz proszę, żebyś opuścił moje mieszkanie.

- Co było, to było? - Nie krył zdziwienia - Może najwyższy czas oczyścić napiętą atmosferę.

- Nie chcę cię widzieć w moim domu, w moim życiu i w najbliższym otoczeniu.

- Słyszałeś, co powiedziała, lepiej będzie, jeśli wyjdziesz. - Z odsieczą przyszedł mi Robert.

Mężczyzna o niebieskich oczach nabrał powietrza w płuca, zgarnął swoją kurtkę z oparcia kanapy i posłusznie opuścił mieszkanie. Bezgłośnie podziękowałam Robsonowi, a ten w odpowiedzi puścił mi oczko i wyszedł na klatkę schodową. Podbiegłam do wejścia i przekręciłam zamek, zarówno ten dolny, jak i górny. Złudnie usiłowałam przekonać samą siebie, że dzięki temu przeszłość już nigdy nie wejdzie przez te drzwi.

On, teraz

Kiedy zobaczyłem ją wczoraj w klubie, nie mogłem odpuścić. Szukałem jej wszędzie, pukałem do każdych drzwi. Chciałem pogadać, wyjaśnić, przeprosić... Choć nigdy niczego nie żałowałem. To, co się wydarzyło między nami, nie powinno się stać, jednak nie żałowałem. Od razu po tamtych wydarzeniach wyjechała do stolicy. Rok później, po śmierci ojca, dołączyła do niej jej matka. Dom w naszych rodzinnych Świętochłowicach sprzedały niemal od razu, a ona zapadła się pod ziemię. Sam od kilku lat mieszkałem w Berlinie, a gdy wracałem do Warszawy w interesach, każdego dnia się łudziłem, że uda mi się ją spotkać gdzieś na ulicy, w sklepie... Niestety przez tyle lat pozostawała poza moim zasięgiem. Aż do wczorajszego wieczoru. Poznałem ją od razu, takich kobiet się nie zapomina. Jej kocie oczy i jasne włosy wbiły mi się w pamięć tak dobrze, że śniłem o nich po nocach. Starałem się zwyczajnie funkcjonować, przeszłość jednak za każdym razem wracała jak bumerang, sprawiając, że nie potrafiłem zbudować normalnej teraźniejszości. Nie wiem, co sobie myślałem, pakując się do jej domu z tym kolesiem. Nie wiem, czego oczekiwałem kolejnego dnia... Wiem jednak, że w jej oczach nadal płonie to przeklęte poczucie winy. Ten żal do mnie wciąż jest żywy. Patrząc na tę dorosłą już kobietę, widziałem ciągle tamtą dziewczynę, która wykrzykiwała mi w twarz, że nie chce mnie nigdy więcej widzieć. Zacisnąłem mocniej ręce na udach i gwałtownie wstałem. Potrzebowałem odreagować. Pospiesznie spakowałem torbę z rzeczami na siłownię i wybiegłem z mieszkania. Aktywność fizyczna pozwoli mi oczyścić umysł, odświeżyć myśli. Pomoże mi zapomnieć o tych oczach pełnych wciąż żywych emocji, tak jakby nic się nie zmieniło przez te pięć lat. Jakby ona również nie mogła zapomnieć... Choć z pewnością z innych powodów niż ja.

Ona, dziesięć lat wcześniej

Delikatne majowe słońce ogrzewało moją twarz. Siedziałam na murku przed naszym liceum ogólnokształcącym i czekałam na chłopaków z technikum zdających jeszcze maturę ustną z polskiego. Był piątek, połowa maja, a temperatura przypominała letnie dni. Wystawiłam głowę w górę z nadzieją, że choć trochę opalę sobie twarz. Delektowałam się promieniami, wdychając przyjemnie pachnące wiosenne powietrze. Do rzeczywistości przywrócił mnie całus w policzek, otworzyłam oczy i napotkałam spojrzenie Klaudiusza. Mój mężczyzna uśmiechał się łobuzersko. Za każdym razem, kiedy w taki sposób na mnie patrzył, robiło mi się ciepło na sercu.

- Jak wam poszło? - zwróciłam się do chłopaka i stojącego obok niego Jawora.

- Rewelacyjnie, ja na dziewięćdziesiąt procent, Jawor na osie­mdziesiąt.

- No to pięknie, możemy iść świętować. Anka zaprasza nas na grilla. Podobno jej rodzice gdzieś wyjechali, będziemy mieli cały dom dla siebie - powiedziałam.

- Oj, nie wiedzą, co czynią, zostawiając całe dobrodziejstwo pod naszym okiem - skwitował Igor.

- Jesteśmy dorośli - odcięłam się, pokazując mu język.

- Ta, tym gestem właśnie to udowodniłaś. - Klaudiusz uśmiechnął się i zmierzwił mi włosy.

Byliśmy z Klaudim, zwanym również Szymanem, przyjaciółmi już od podstawówki, podobnie jak z Jaworem. Staliśmy się nierozerwalną całością, wszędzie chodziliśmy razem. Jednak parą zostaliśmy dopiero pod koniec gimnazjum, gdy ja byłam w trzeciej klasie, a Klaudiusz w technikum informatycznym. Od razu wiedziałam, że pójdę do ogólniaka, który mieścił się w tym samym budynku, co jego szkoła. Poszłabym za nim wszędzie, na koniec świata... a Igor za nami. Czasami padaliśmy ofiarą niesmacznych żartów - jedna dziewczyna w towarzystwie dwóch facetów. Jednak większość uczniów szybko sobie odpuściła, woląc mieć w chłopakach kumpli, a nie wrogów. Kochałam ich obu, choć Jawora zawsze tylko jak brata. To z Szymanem połączyło mnie coś więcej. Chłopcy przygarnęli mnie do swojej małej paczki, gdy zorientowali się, że dla reszty klasy byłam chuchrem do wyśmiewania. Dzięki nim czasy podstawówki były znośniejsze, choć nadal padałam ofiarą drwin i nieprzychylnych komentarzy, przy nich czułam się potrzebna i wartościowa.

Wstałam niespiesznie z murku i pozwoliłam, aby Klaudiusz złapał mnie za dłoń. Szliśmy pomału w stronę parkingu, rozmawiając o maturze i niezależności na studiach. Miałam zamiar złożyć papiery do ekonomika, podobnie jak Szyman, Jawor natomiast się wyłamał i planował pójść w kierunku logistyki. To jednak nie miało znaczenia, bo chcieliśmy zamieszkać w jednym mieszkaniu. Nie mogłam się doczekać, kiedy poczujemy pierwszy powiew wolności. Choć na uniwersytet nie mielibyśmy daleko, nasi rodzice zgodnie stwierdzili, że powinniśmy zasmakować odrobiny swobody i wynająć mieszkanie bliżej uczelni.

Zapakowaliśmy się do samochodu Jawora i ruszyliśmy w kierunku domu.

- O której mamy być na grillu? - zagadnął Klaudiusz.

- Wspomnieli o siedemnastej.

- W takim razie będziemy po ciebie, mała, przed piątą.

Chłopak zerknął w moją stronę i się uśmiechnął, uwydatniając malutki dołek w prawym policzku. Kiedy Jawor zaparkował na podjeździe, wysiadłam z auta, a za mną wytoczył się Klaudiusz. Poczułam ucisk w żołądku, wyglądał naprawdę kusząco i elegancko. Ostatni guzik białej koszuli miał rozpięty, a rękawy podwinął pod łokieć. Zerknęłam na różę na jego przedramieniu, prezent urodzinowy ode mnie i Jawora - Klaudiusz wybrał dla siebie taki sam wzór, jaki miał już Igor. Przejechałam palcem po płatkach i stanęłam na palcach, żeby go pocałować. Wbiłam się ustami w jego wargi, a on położył mi dłonie na pośladkach i przyciągnął do siebie.

- Jeżeli nie chcesz, nie musimy iść. Spędzimy ten wieczór razem - wymruczał w moją szyję.

- Przestań - zaśmiałam się. - Musimy mieć jakieś życie poza łóżkiem.

- Skoro tak twierdzisz - szepnął, udając obrażonego.

Cmoknęłam go jeszcze w policzek i odwróciłam się, żeby odejść, przez ramię pomachałam do Jawora, który skinął mi głową na pożegnanie. Klaudiusz wskoczył na miejsce pasażera i odjechali. Szłam w stronę domu, wdychając kojący zapach przekwitającego już bzu. Od furtki do wejścia ciągnęła się kamienista ścieżka, a z każdej jej strony rosły klomby kwiatów, teraz jeszcze w większości nierozkwitniętych. Mama dbała o to miejsce, twierdząc, że to ją uspokaja. Kiedy tylko przekroczyłam próg domu, przywitała mnie uśmiechem, ruchem głowy wskazując na podjazd.

- Może nie obnoście się tak z tą swoją miłością, Kowalska z naprzeciwka o mało z okna nie wypadła, tak się w was wpatrywała - zagadnęła na powitanie.

- A niech ma kobiecina trochę rozrywki, coś więcej niż Klan i Moda na sukces.

- Ale potem to ja jej muszę tłumaczyć, że młodość rządzi się swoimi prawami - roześmiała się i poszła w kierunku kuchni. - Głodna?! - krzyknęła po drodze.

- Jak wilk - wymruczałam pod nosem.

Rano, przed wyjściem na egzamin, zjadłam tylko płatki, żołądek miałam ściśnięty ze stresu i nie byłam w stanie nic innego w siebie wmusić. Byłam więc faktycznie głodna, mimo że od razu po wyjściu z sali posiliłam się batonikiem.

- Idę wieczorem na grilla do Anki - powiedziałam, wchodząc za mamą do kuchni.

- Okej, chłopaki też tam będą? - zapytała z automatu.

Skinęłam głową i usiadłam przy stole. Mama bez wahania puszczała mnie na każdą imprezę pod warunkiem, że Jawor i Klaudiusz też brali w niej udział, w innym wypadku było marudzenie, że sama nie powinnam się szwendać. Chyba że na nocowanie u przyjaciółki, ale to inna inszość. Po chwili mogłam się już delektować przyjemnie ciepłą zupą, starałam się jeść wolno, ale byłam zbyt głodna, żeby móc się powstrzymać.

- Mam nadzieję, że wrócisz o jakiejś sensownej porze? - zagadnęła, siadając naprzeciw.

- Jutro po południu - wyznałam między kolejnymi porcjami jedzenia.

- A mówili, że kolki i ząbkowanie to najgorszy okres. - Mama roześmiała się i zabrała za swoją porcję.

- Pojedziemy samochodem Jawora, raczej nie będzie mógł wracać tego samego wieczoru. - Puściłam jej oczko.

Dogadywałyśmy się wyjątkowo dobrze, nigdy mnie nie ograniczała i przesadnie nie kontrolowała. Znajome opowiadały o ciągłych nakazach i zakazach ze strony rodziców, kiedy ja miałam zawsze wolną rękę. Może właśnie dlatego nie miałam przed nią większych tajemnic. Jednocześnie nigdy też nie nadużywałam zaufania moich staruszków, starałam się być pilną uczennicą, nie okłamywać ich i wracać na czas, kiedy o to prosili. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej rodziny, wspierająca mama plus ojciec, który może i był skryty i milczący, a jednak zawsze wyjątkowo pomocny.

Po posiłku pobiegłam do swojego pokoju, by przygotować się do wyjścia. Przysiadłam na podłodze i przeglądałam koszulki, zastanawiając się, którą powinnam włożyć. Postawiłam w końcu na niebieską bluzkę z dekoltem w kształcie łódki i obcisłe biodrówki. Wzięłam relaksującą kąpiel i przed siedemnastą siedziałam już w salonie, czekając na Klaudiusza. Kiedy tylko rozbrzmiał dzwonek do furtki, zgarnęłam kurtkę dżinsową i pobiegłam do wyjścia, szybko żegnając się z rodzicami.

- Pięknie wyglądasz, myszeczko - rzucił mój facet na przywitanie, przyciągając mnie do siebie.

Skorzystałam z niemego zaproszenia i stanęłam na palcach, żeby złożyć pocałunek na jego ustach. Smakował miętą i dymem papierosowym, całowaliśmy się chwilę, dopóki do rzeczywistości nie przywołał nas wkurzony głos Jawora:

- Do licha, będziecie się tu tak migdalić czy jedziemy?

Uśmiechnęłam się pod nosem, odrywając od Klaudiusza, ten zaś, nie robiąc sobie nic z nawoływań przyjaciela, nachylił się ku mnie i przejechał kciukiem po moich wargach.

- Szminka ci się rozmazała.

Pacnęłam go żartobliwie w ramię, bo przyznaję, że w takich okolicznościach liczyłabym raczej na jakieś czułe słówko. Przeszłam do samochodu i usiadłam na tylnym siedzeniu. Szyman zajął miejsce pasażera i ruszyliśmy w drogę. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że zgromadziło się już sporo ludzi, a zabawa trwa w najlepsze. Dawid z równoległej klasy był już nieźle wcięty, za to Mariusz wydawał się całkiem upalony. Zapowiadał się piękny wieczór z bandą debili.

- No, jesteście wreszcie - wrzasnęła Anka, machając w naszym kierunku.

Od razu podeszła do Jawora i zbyt nachalnie zarzuciła mu ręce na szyję, robiła do niego maślane oczka, choć on z całych sił starał się ją spławić. Poczułam, że Klaudiusz otacza mnie ramieniem i delikatnie popycha w stronę wejścia. Przeszliśmy przez niewielki podjazd i już po chwili staliśmy w progu domu.

- Nie ściągajcie butów, od razu przechodźcie przez kuchnię do ogródka - powiedziała Anka, spoglądając w naszą stronę.

Widziałam, że z całych sił stara się wtulić w Jawora, a ten z kolei usiłował przesłać nam jakieś znaki, zbyt szybko mrugając oczami. Roześmiałam się i weszłam do środka, zostawiliśmy przyjaciela na pożarcie piranii, czy to nie okropne? Dom znajomej był gustownie urządzony, dominowała w nim biel, szarość i odcienie różu. Duże, białe, połyskujące płytki zdobiły korytarz i połączoną z nim kuchnię. Po prawej stronie znajdowały się białe drewniane schody prowadzące na piętro, po lewej zaś salon z ogromną beżową kanapą i jeszcze większym telewizorem. Rodzice Anki prowadzili własną działalność gospodarczą, dobrze im się powodziło, a jednocześnie nie obnosili się ze swoim bogactwem i nie wywyższali ponad innych. Do wszystkiego doszli własną pracą i potrafili docenić to, co mają, jednocześnie wiedząc, jak ulotne potrafią być dobra materialne. Córki również zbytnio nie rozpieszczali, nie była ona jedną z tych nowobogackich, które za nic mają wszystkich wokół. To raczej miła, sympatyczna i wiecznie radosna dziewczyna. Może tylko trochę zbyt nachalna w stosunku do Igora, w którym kochała się już od początku gimnazjum, a który ewidentnie miał ją głęboko w nosie.

Zgodnie z poleceniem gospodyni przeszliśmy do ogrodu. Na tarasie stały donice z ozdobnymi trawami, mojej uwadze nie uszedł też fakt, że rozłożone zostały już leżaki, krzesła i stoły. Schody prowadziły wprost na równo przystrzyżony trawnik. Na dużej huśtawce siedzieli Magda i Wiktor, a obok nich kręcili się inni znajomi. Kiedy jeden z chłopaków nas dostrzegł, złożył dłonie w łódki i przytknął je do ust, krzycząc:

- Stary, powiedz, że przynieśliście jakieś mięcho na grilla!

- Nie, mamy tylko piwo! - odkrzyknął Klaudiusz, unosząc w górę reklamówkę z zakupami.

- No to się urządziliśmy, każdy przyniósł picie, nikt nie pomyślał o jedzeniu.

Podeszliśmy bliżej i przywitaliśmy się uściskiem dłoni. Następnie usiadłam obok Magdy, cmokając ją w policzek na powitanie. Pogadałyśmy chwilę na neutralne tematy, bo nie byłyśmy ze sobą szczególnie zżyte, obie raczej wolałyśmy samotność. Ja trzymałam się z Jaworem i Klaudiuszem, Magda też zbytnio nie wychylała się w tłumie. Mężczyźni stali w kółku, debatując o czymś zawzięcie, a ja z dziewczynami ruszyłam do kuchni, by przygotować cokolwiek do jedzenia. Kroiłyśmy warzywa, kiedy w drzwiach stanął Jawor, oznajmiając:

- Wyszło na to, że ktoś musi jechać po kiełbasę i mięso. Złożyliśmy się, ale potrzebuję jednej dziewczyny, która by ze mną pojechała.

- Ja pojadę. - Anka natychmiast wzięła się za rozwiązywanie białego fartuszka, a w oczach przyjaciela dostrzegłam rezygnację.

- Może jednak ja pojadę z Igorem, ty pilnuj domu - włączyłam się do rozmowy i puściłam Jaworowi oczko.

- Dobry pomysł, ty, Ania, pilnuj domu, bo ta banda debili gotowa coś ci rozwalić. - Chłopak od razu złapał mnie pod ramię i wyprowadził z kuchni.

Dziewczyna już nie protestowała, choć widziałam, że posmutniała. Nie mogłam zrozumieć Jawora, dlaczego nie chciał dać jej szansy. Była ładna, inteligentna, momentami nawet zabawna. Może tą swoją nachalnością go odstraszała? Przeszliśmy do samochodu i już po chwili zmierzaliśmy w stronę najbliższego marketu.

- Dzięki, że ze mną pojechałaś. - Chłopak przerwał milczenie.

- Spoko, twoje oczy błagały o pomoc - zaśmiałam się. - Nie rozumiem tylko, dlaczego tak bardzo nie lubisz Anki.

- Jakby mogła, oprawiłaby mnie w ramkę i powiesiła sobie nad łóżkiem. Mężczyzna jednak woli zdobywać, a nie dostawać wszystko na srebrnej tacy. - Puścił mi oczko i od razu wrócił wzrokiem na drogę.

- Oj tam, ona należy do gatunku kobiet, które chcą zdobywać.

- A to są dwa gatunki kobiet?

- Albo i więcej. Jedne chcą zdobywać facetów, inne pragną być zdobywane.

- A myślałem, że każda kobieta jest księżniczką w wieży - skomentował.

- Anka jest żywym przykładem tego, że nie każda. Ona jest łowcą, a ty jesteś jej zwierzyną. - Parsknęłam, widząc jego minę.

- Uprzedmiotowiłaś mnie - odpowiedział ze śmiechem.

- Ależ skąd, porównałam cię do zwierzęcia, a to też istota żywa, a nie przedmiot.

- Powiedzmy, że rozumiem twój tok myślenia. Zdradź mi tylko, jak powinienem się zachować, żeby dała mi spokój.

Wjechaliśmy właśnie na parking pod sklepem, rozglądałam się za wolnym miejscem, jednocześnie myśląc, co powinnam odpowiedzieć Igorowi.

- No nie wiem, może się z nią prześpij?

- I jak to miałoby mi pomóc? - zapytał, nie odrywając wzroku od widoku przed sobą i parkując w pełnym skupieniu.

- Zobaczy, jaki marny jesteś w łóżku i da sobie spokój.

Poczułam, że Jawor gwałtownie zahamował i poleciałam do przodu, dziękując sobie w myślach za zapięty pas.

- A skąd ci przyszło do głowy, że jestem beznadziejny? - Odwrócił twarz w moją stronę, a jego przenikliwe spojrzenie sprawiło, że przeszły mnie ciarki.

- Jakbyś był w tym dobry, to już dawno miałbyś jakąś laskę, musisz być beznadziejny. - Pokazałam mu język i wysiadłam z samochodu, żeby uniknąć dalszej rozmowy.

Kroczyłam dumnie w kierunku wejścia, kiedy poczułam, że ktoś położył mi rękę na ramieniu. Jawor przyciągnął mnie do siebie i rozczochrał mi włosy. Skrzywiłam się, bo nienawidziłam, gdy ktoś dotykał mojej fryzury, ale w tym przypadku możliwe, że mi się należało.

- Zraniłaś moje serduszko, wiesz? - powiedział, nie przestając mnie czochrać.

- Oj tam, bez przesady, trochę szczerości jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

- Wiedźma z ciebie - zaśmiał się, wypuszczając mnie z uścisku.

- Ale za to jaka kochana - powiedziałam, wchodząc do sklepu.

Za plecami usłyszałam jeszcze tylko stłumiony śmiech przyjaciela. W pośpiechu kupiliśmy mięso i kiełbasę na grilla i wróciliśmy do rozluźnionego towarzystwa. Kiedy wkroczyłam do ogrodu, zauważyłam Wiktorię siedzącą zbyt blisko mojego Klaudiusza. Poczułam nieprzyjemne ukłucie zazdrości, mając świadomość, że dziewczyna chciałaby go uwieść. Ufałam mu jednak i wiedziałam, że nie mógłby mnie skrzywdzić. Był od dziecka moim przyjacielem, potem chłopakiem, powiernikiem i najlepszą opcją, jaką mogłam wybrać. Podeszłam do Szymana i wtuliłam się w jego pierś. Od razu objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy. Po chwili pojawił się obok nas Jawor, a za nim, niczym cień, przyczłapała Anka. Uśmiechnęłam się do przyjaciela pocieszająco - dziewczyna nie miała zamiaru się od niego odczepić. Na jego szczęście nie wybierała się z nami na jedną uczelnię i już jesienią będzie mógł od niej odpocząć.

Ona, teraz

Głowę rozsadzał mi pulsujący ból. Wiedziałam, że wyjście na imprezę z moją zakręconą przyjaciółką tak właśnie się skończy. Jak na sygnał, kiedy tylko pomyślałam o Werze, rozdzwonił się telefon. Odebrałam niemal od razu, nie mogąc znieść dźwięku połączenia.

- No to mnie pilnowałaś - rzuciła na powitanie.

- Wybacz, sama też puściłam hamulce, raz do roku mi wolno.

- No, i to bardzo popuściłaś. Dominika mi już zdała relację, że wracałaś do domu z dwoma facetami.

Z zażenowania zakryłam twarz dłonią. Nabrałam powietrza w płuca i wyszeptałam:

- Bo kiedy w dniu twoich urodzin przeszłość wchodzi z buta w teraźniejszość, musisz się upić i stracić kontrolę.

- Przyjechać? - Weronika od razu wyszła zaproponowała spotkanie.

- Nie, potrzebuję dojść do siebie, a o osiemnastej muszę jechać do babci. Rodzina też planuje dla mnie imprezę urodzinową.

- Jasne, rozumiem, gdybyś czegoś potrzebowała, to wiesz, gdzie mnie szukać?

- Jasne, pewnie u Inka - rzuciłam, siląc się na lekki ton.

- Akurat wracam już do siebie.

- Rozumiem, że dziś znowu zaliczyłaś pochód wstydu przez jego mieszkanie? - roześmiałam się, przypominając sobie, że za każdym razem wyjście z sypialni Doriana Wera nazywała pochodem wstydu.

- Tym razem nie, na kanapie nie było Robsona, który mierzyłby mnie rozbawionym spojrzeniem.

- Pewnie, że go nie było, bo był na mojej kanapie - rzuciłam mimochodem.

- Jutro musimy się spotkać, żebyś mi opowiedziała, co się właściwie wydarzyło.

Przewróciłam oczami, bo nie chciałam w nieskończoną ciągnąć tej rozmowy. Jak dla mnie temat sobotniej imprezy był zakończony. W dodatku sama nie miałam bladego pojęcia, jak dwóch facetów znalazło się w moim domu, na mojej kanapie. Byłam jednak wdzięczna Robertowi, że odtransportował mnie do domu i zaopiekował się moim żałosnym pijanym dupskiem.

Pożegnałam się z Weroniką i zaczęłam się szykować do wyjścia. Wzięłam już dziś drugi prysznic, mając nadzieję, że w końcu ten zabieg przywróci mnie do życia. Przebrałam się w dżinsową sukienkę i zarzuciłam na ramiona sweter. Sprawdziłam, czy mam wszystkie potrzebne rzeczy w torebce i wyszłam z domu. Wcześniej zamówiłam ubera, nie chciałam ryzykować jazdy swoim samochodem, bo nie wiedziałam, czy promile już ze mnie uleciały. Wsiadłam do auta czekającego pod klatką schodową i ruszyliśmy w kierunku domu babci, która mieszkała z moją mamą w niewielkiej dzielnicy domków jednorodzinnych. Po śmierci taty wszystkie stwierdziłyśmy, że tak będzie najlepiej. Mama nie będzie czuła się samotna, a mi i babci przyda się ktoś do pomocy. Po chwili byłam już w wyznaczonym miejscu. Minęłam ogród pyszniący się przeróżnymi gatunkami kwiatów, których nazw nie byłam w stanie zapamiętać. Za to wiedziałam doskonale, że przy płocie rośnie rozłożysta hortensja zachwycająca bladoniebieskim kolorem. Weszłam do domu, gdzie od progu uderzył mnie zapach obiadu. Nie było nic smaczniejszego niż rosół w wykonaniu babci.

- Halo, jest tu ktoś?! - krzyknęłam, ściągając buty.

- W salonie! - Usłyszałam głos mamy.

Pospiesznie przeszłam przez korytarz i otworzyłam podwójne drzwi prowadzące do największego pokoju. Od razu moim oczom ukazał się ustawiony na środku stołu jadalnianego tort.

- Niespodzianka! - krzyknęły trzy najważniejsze dziewczyny w moim życiu.

Zakryłam twarz ze wzruszenia, bo choć doskonale zdawałam sobie sprawę, co mnie tu dziś spotka, to jednak nie mogłam powstrzymać emocji. Przykucnęłam i przytuliłam Ninę do piersi. Pachniała dziecięcym szamponem i słodką odżywką ułatwiającą rozczesywanie jej kasztanowych włosów.

- Wszystkiego najlepszego, mamuś - wyszeptała moja córeczka, jeszcze mocniej się we mnie wtulając.

- Tęskniłaś? - Cmoknęłam ją w nosek.

- Jak jasna cholera - powiedziała z poważną miną.

Wybuchnęłam śmiechem, słysząc jej słowa, i zerknęłam na zakłopotaną mamę, wiedząc doskonale, że to jedno z jej częstych powiedzonek. Nina co jakiś czas nocowała u babci, lubiła to, a ja mogłam wtedy nadrobić zaległości w pracy. Córka z chęcią spędzała tutaj dni, bo mogła jeść stanowczo więcej słodyczy i częściej oglądać bajki. Nie protestowałam, bo czy nie na tym właśnie polega dzieciństwo? Na robieniu u babci tego, co rodzice starają się ograniczać?

- Nie mam pojęcia, kto nauczył ją tak mówić, chyba w przedszkolu. - Mama starała się stłumić śmiech, ale jakoś nieszczególnie jej to wychodziło.

- No popatrz, też nie mam zielonego pojęcia.

Podeszłam do niej i się przytuliłam. Pomimo tego, że byłam dorosłą kobietą, a od ponad czterech lat sama miałam dziecko, nadal lubiłam się wtulać w moją mamę. Przypominało mi to o beztroskich chwilach dzieciństwa i młodości. To właśnie jej ramiona zawsze były moim ukojeniem. W chwilach, kiedy rozpadało mi się życie, ona tuliła mnie, jakby tym gestem mogła poskładać wszystko do kupy. Wspierała, choć nie zawsze popierała moje decyzje.

- No już, puść to biedne dziecko, nie widzisz, że ledwo żyje? Musiała wczoraj dobrze świętować ostatnią dwójkę z przodu. - Babcia podeszła i przyjrzała mi się uważnie. - Już nalewam rosół, tort będzie musiał poczekać.

- Co za pech - skwitowała Nina, po raz kolejny sprawiając, że się uśmiechnęłam.

Z babunią jednak nie było dyskusji. Pospiesznie sprzątnęła ciasto ze stolika i zagoniła mamę, żeby pomogła jej przygotować talerze do podania obiadu. Chciałam też pomóc, ale kategorycznie odmówiły, twierdząc, że dziś świętuję i mam odpoczywać. Przysiadłam więc na kanapie, a tuż obok pojawiła się Ninka i wtuliła się w mój bok.

- Opowiesz, co robiłaś z babcią przez weekend? - zapytałam, gładząc ją po włosach.

- W piątek odebrała mnie z przedszkola, poszłyśmy na zakupy, potem na chwilę na plac zabaw. Babcia pozwoliła mi zrobić sobie maraton z Maszą i Niedźwiedziem, ale byłam tak zmęczona, że obejrzałam tylko kilka pierwszych odcinków. W sobotę grzebałyśmy w ogrodzie, to znaczy babcia, ja grzebałam w piaskownicy. A u sąsiada Janka są małe pieski i babcia mnie tam zaprowadziła, żebym się pobawiła z nimi, a oni pili kawę.

- No niemożliwe, babcia piła kawę z sąsiadem Jankiem?

- Tak i ciągle się śmiali, chyba się lubią. - Uśmiechnęła się niewinnie.

Jan był o rok starszy od mojej mamy, spotykali się na kawkę, pogaduszki. Nigdy nie znalazł sobie żony. Twierdził, że w młodości nie miał szczęścia w sprawach sercowych, a teraz to już mu się szukać nawet nie chciało. Choć obie z babcią podejrzewałyśmy, że czuje miętę do mamuśki.

- O czym ty tam tak opowiadasz, straszna papla z ciebie. - Mama weszła do pokoju, niosąc zastawę stołową.

- O Janku i jakichś waszych spotkaniach - powiedziałam, wstając, żeby jednak pomóc.

- Oj tam, poszłam z nią, bo mu się suczka oszczeniła. Takie małe rozkoszne kuleczki, dwie tylko, ale urocze.

- No przecież, że dla szczeniaczków tam poszłaś, nie dla Janka.

- A się uczepiłaś moich spraw sercowych, zajmij się lepiej swoimi. - Pacnęła mnie żartobliwie w ramię.

Uśmiechnęłam się niewinnie, ja nie miałam swoich spraw związanych z tym organem. Już ich nie miałam. W życiu liczyła się dla mnie tylko Nina. Choć przeszłość niespodziewanie stanęła w drzwiach, nie miałam zamiaru się w nią uwikłać. Wyleczyłam się z tego, byłam panią własnego losu. W rękach trzymałam życie swoje i Ninki, niepotrzebne były mi inne przygody. Zawołałam córeczkę do stołu i pozwoliłam babci nalać mi solidną porcję zupy. Zjadłyśmy w milczeniu, żeby po obiedzie móc w końcu się rozkoszować urodzinowym tortem. Przy deserze dostałam też prezenty od moich dziewczyn. Mama i babcia złożyły się na przepiękny komplet biżuterii. Bransoletka była z delikatnego złotego splotu, dopełniona zawieszkami, zerknęłam na literki M i N - jak Maja i Nina. Cały mój świat. Łańcuszek z kolei był równie cienki, ozdobiony za to niewielkim symbolem nieskończoności. Uwielbiałam takie drobne i delikatne akcenty w biżuterii. Założyłam od razu komplet i przeglądałam się w lustrze, podziwiając jego piękno. Posiedziałam z rodziną do wieczora i koło dziewiętnastej mama odwiozła mnie i Ninkę do domu. Musiałyśmy się przygotować na zmierzenie z poniedziałkiem: przedszkolem i pracą. Przed nami był kolejny tydzień wyzwań. Utuliłam córkę do snu, a sama postanowiłam obejrzeć jeszcze jeden odcinek serialu.