Pamflet na siebie - Tadeusz Konwicki

Reflow text when sidebars are open.
Rozum ludzki, tajemnicze jądro świadomości, niespokojna, ruchliwa myśl ludzka zakłóca prawa ewolucji naszej egzystencji. Myśl ludzka przerwie w końcu ten proces, nie wiadomo ku czemu zdążający i nie wiadomo przez kogo spowodowany. Koniec świata, koniec tej formy istnienia, jednej z wielu możliwych, spowoduje sam człowiek. A Pan Bóg będzie się przyglądał bezradnie owej śmierci, jednej z wielu prawdopodobnych.
Uczeni pielgrzymują na Wschód, tam szukają ratunku i ukojenia, pociechy i objaśnienia, nowego nieba i nowego Boga.
A inni szukają boskości w jawiącym się przed nami Wielkim Chaosie.
Ten strach wrócił po wielu latach. Nigdy nie usiądę w teatrze albo w kinie pośrodku widowni. A w samolocie proszę o miejsce przy przejściu. Strach idzie ze mną przez życie. Idzie właściwie przede mną.
- A mój brat, panie dziejku, nie pił, nie palił, nie romansował i umarł.
- A ile miał lat? - ktoś pyta.
- Dwa.
Moja wnuczka Danusia, dość śmiała z natury, pół roku nie chciała wracać do domu przez pewną bramę na Nowym Świecie, ponieważ stamtąd otwierał się widok na całe kaskady dachów i mnóstwo kominów. A na jednym z nich był dymnik blaszany kształtem przypominający postać człowieka z pochyloną w zamyśleniu głową. Wiatr obracał tym urządzeniem, budząc dziwny lęk w małej Danusi. Nie wiadomo dlaczego bała się ona także pewnej niewinnej fontanny na Powiślu. Podczas spacerów wysyłała mnie przodem na przeszpiegi.
Lęki metafizyczne w moim życiu reprezentują wariaci, których jestem faworytem i ulubieńcem. Są takie dni, jakieś dziwne pory, kiedy urywają się telefony od wariatów. Gdy zadzwoni pierwszy i jakoś go ukoję, wiem, że zaraz będą dzwonić następni, aż do nocy, aż do tej pory, kiedy zmieni się aura lub koniunkcja gwiazd.
I gdzieś na początku nocy zaczęły się dziać ze mną dziwne rzeczy. Za oknem luta zima, mróz, zawieja, pustkowie uśpionego miasta, a mnie dopada strach, przerażenie, jakaś nie do wytrzymania panika.
Brak powietrza, ucisk w głowie i dławiąca za gardło histeria, że jestem, że istnieję, że buzuje we mnie świadomość, której się nigdy nie pozbędę.
Ta świadomość, że mam świadomość, że uwięziono mnie w tym czymś niewidzialnym, co pulsuje we mnie, wokół mnie, co będzie mnie osaczać szamotaniną szczątków rozpierzchniętych myśli, co jest nieznane i nierozpoznawalne, może z innych światów albo nieznanych bytów, ta świadomość złożona z przenikających się świadomości rozszarpywanych przez przeczucia, ta właśnie świadomość, albo może inna, konkurencyjna, biorąca się ze świadomości globalnej, tej, co otacza naszą Ziemię i służy nam, pomaga w przetrwaniu, więc ta jakaś lepsza, życzliwsza mi świadomość kazała zerwać się z łóżka, podbiec do drzwi balkonowych, za którymi była biel śniegu i oblodzony kamienny trotuar ulicy.
Zacząłem się szarpać z drzwiami solidnie opatrzonymi na zimę. Przymarzły, obrosły lodem, zaszpuntowały się na amen. Ale wtedy przypomniałem sobie, że mam żonę, że jest ktoś życzliwy na tym pustynnym świecie. Obudziłem ją, zrobiła herbatę i tak, trzymając za rękę, powoli wprowadziła mnie w zwyczajność mego dawnego życia.
- Wie pan, dobrze by było, gdyby się pan przestraszył czegoś realnego. Klin klinem.
- Jadę do Związku Radzieckiego, do Buchary wybierać plener do filmu "Faraon".
- O toto! - ucieszył się lekarz. - To bardzo dobrze. Związek Radziecki może pomóc. Niech pan spróbuje.
Wracaliśmy samolotem nabitym pasażerami jak warszawski tramwaj w godzinach szczytu. Babcie z kobiałkami, pasterze z jakimiś zwierzątkami w zapazuchach, radzieccy playboye w kusych marynareczkach mimo trzydziestostopniowego mrozu, tulący do piersi jakieś tłumoczki owinięte organem partii pod tytułem "Prawda".
W Moskwie nasz filmowy szef produkcji, Ludwik Hager, rozluźnił się i powiada:
- Wiecie co, napijemy się wreszcie dobrej kawy. Zapraszam.
Szliśmy dziesięć kilometrów przez zawianą śniegiem Moskwę. Nigdzie ani śladu kawiarni. Wreszcie patrzymy: miga neonowy napis "Kafiejnaja".
Wchodzimy triumfalnie, siadamy przy marmurowym stoliku. Podchodzi kelnerka.
- Prosimy trzy duże mocne kawy - rzecze Ludwik.
- Kawy? U nas? - dziwi się kelnerka.
- A co się u was podaje?
- Lody i koniaczok.
Te strachy narodziły się razem ze mną, razem ze mną rosły, dojrzewały, mężniały, robiły karierę, tyły, rozwydrzały się, aż wreszcie wybuchły uruchomione przez lekkomyślnych przyjaciół konowałów i zostały ukorzone przez wyższe strachy nie z tego świata. Teraz te moje własne, osobiste, mnie wyznaczone strachy czają się we mnie, przebiegają chyłkiem od serca do mózgu i od krtani do wątroby, czekają na swoją chwilę i się doczekają albo nie doczekają i razem ze mną powloką się w niebyt lub w inny byt.
A odwaga? Ta poskromicielka strachów tak skwapliwie wielbiona, szczególnie w sferach patriotycznych. Znamy odwagę płynącą z determinacji, z instynktu życia. To matka broniąca dzieci przed śmiercią. Odwaga towarzyska, odwaga na pokaz, odwaga wymuszona przez klakę. Widziałem takich zuchów podczas wojny, legendarnych junaków, którzy nagle załamywali się i tonęli w nikczemnym tchórzostwie, gdy ustawały te okoliczności, co ich uwznioślały i dawały żyro. Wreszcie ta odwaga prawie niezauważalna, odwaga jako wynik pracy umysłu, kalkulacji moralnej i przeźroczystego poczucia godności ludzkiej. Hołdują jej ci anonimowi szarzy osobnicy, którzy niosą na swoim grzbiecie cały trud naszego życia. I w dobrej, i w złej doli.
Rozebrać go na czynniki pierwsze i przyjrzeć się każdemu włóknu. Kiedy skoczy nam raptem na kark, stawić mu bierny opór przez natychmiastowe włączenie aparatury myślowej, która, pochlebiona tym zaufaniem, skwapliwie zanalizuje agresywnego napastnika. Umysł, ambitny w swoim człowieczeństwie, sparuje atak i obedrze strach z jego metafizycznych aspiracji.
Do strachu można się nawet przyzwyczaić.
Lekko skonsternowany miotałem się między blokami mieszkalnymi tak charakterystycznymi dla budownictwa radzieckiego, więc szamotałem się między tymi kamiennymi barakami, przepytując starców, co pamiętają dawne czasy, o moją ulicę Letnią. Bez rezultatu.
Zatem wyszliśmy na mostek przerzucony nad Wilenką, tą samą, co płynie też przez Kolonię Wileńską, więc oparłem się o balustradę tego mostu i zapatrzyłem na kręty nurt mojej rzeki, w jej piwną toń z długimi włosami wodorostów u dna.
- Tylko Wilenka jest ta sama i zawsze taka będzie.
I w tym momencie zawstydziłem się swojej banalnej poetyckości. Bo woda w mojej rzece nie była wcale piwna. Toczyła się pode mną bura breja, omywając porzucone zardzewiałe miednice, stare opony samochodowe, zepsute odbiorniki telewizyjne.
Moja rzeka także umiera. Może razem zatrzymamy się w biegu któregoś zimowego dnia.
Pół człowiek, pół zwierzę.
Ale demografowie powiadają, że przyrost naturalny w naszej ojczyźnie spada katastrofalnie. A zatem młodzieży będzie coraz mniej i nie warto się przejmować upodobaniami oraz fanaberiami kurczącej się gwałtownie grupy społecznej.
Wiemy również, że młodość trwa krótko, a starość wlecze się bez końca. Wobec tego machnijmy ręką na tę wymierającą młodzież i zajmijmy się nieśmiertelnymi emerytami.
Boję się tylko urzędu podatkowego i reinkarnacji. Bodajby się nigdy nie narodził ten, co wymyślił reinkarnację, czyli przerażającą wędrówkę dusz.
Co to wszystko znaczy. Co znaczy ten papier, postarzała ręka, plastykowe wieczne pióro. Moja myśl w szumie krwi w skroniach, moja myśl, czyli wszystko, czym jestem.
Strach to nasz brat.
Dobrze, ale kto będzie zarabiał pieniądze, chodził na zakupy, sprzątał mieszkanie i niańczył dzieci.
Trochę się zapędziłem. Nigdzie nie wyjeżdżam z powodu braku gotówki. Ale swoje wiem.
Ale pozbyć się upodobania do wesołości nie sposób. Ten nałóg ściga człowieka aż do grobu.
W każdym razie wygląda to na loterię. Jedni wygrywają urodę, drudzy mądrość, a jeszcze inni talenty. Najczęściej jednak wyciągamy puste losy. Mnie się trafił przemożny pociąg do wesołości.
Prowokacyjnie używam słowa wesołość, choć w dobrym towarzystwie nawet ludzie z poczuciem humoru unikają wstydliwie tego wyrazu.
Bo rzeczywiście, z czego tu być wesołym na tym strasznym padole nazywanym Ziemią. Ale chyba bez tego pierwiastka rekreacji byłoby jeszcze straszniej.
Humor jest rodzajem poezji, choć poezja dąsa się na to pokrewieństwo i wybiera sobie patos. Dowcipnym się nie jest, dowcipnym się bywa. Wesołość zjawia się nieoczekiwanie i raptem ginie.
Nie rozśmiesza mnie literatura, której ambicją jest rozbawić. Ale umieram ze śmiechu, kiedy w książce dramatycznej trafię na weselszy kawałek. Bo mnie się wydaje, że śmiech lubi sąsiadować z tragicznością. Śmieszność jest śmieszniejsza, kiedy przytuli się do tragizmu. Tragiczność jest tragiczniejsza, kiedy obejmie się ze śmiesznością. Chyba wiedzieli o tym starzy mistrzowie powieści. Domyślał się tego nawet posępny Dostojewski.
Bo prawdziwa wesołość jest bezinteresowna jak wiersz.
Zatem wesołość jest produktem humanizacji naszego gatunku. Nie należy więc się wstydzić wesołości, która umila nam odsiadywanie wyroku na tej ładnej, ale dość niewygodnej planetce.
Ale wybitna inteligencja zmusiła go do pogodzenia się z poczuciem humoru. Nie mogę powiedzieć, że kot Iwan był dowcipny, boby to było za wiele. Jednak z czasem powoli miarkował swój surowy pogląd na życie, akceptując niektóre nasze żarty. Później z wrodzoną mu powściągliwością zaczął brać udział w domowych figlach. Co prawda zwykle łapał się na nieprzystojności wesołych zabaw i odchodził wyprostowany jak pruski oficer, z uniesionym dumnie ogonem.
W latach dojrzałych zagustował nawet w niezbyt ostentacyjnych żarcikach i wybrał sobie za partnerkę moją starszą córkę Marysię. Chyba dlatego, że Marysia miała śród domowników najwyższy współczynnik inteligencji.
Pewne jego dowcipy, zabawne powiedzonka i wieloznaczne wybryki powtarzamy sobie często w naszym domu, choć kota Iwana już dawno nie ma śród Ziemian, choć dawno przeinkarnował się w niemądrego męża stanu albo w bezmyślną stonogę. Nie, nie, cofam te słowa. Kot Iwan wart jest lepszego losu. Myślę, że w pozycji imponującej, z uniesionym i wyprostowanym ogonem, krąży w kosmosie i łapie komety za złociste warkocze.
Wygląda na to, że beznadzieja, rozpacz i bezsilny bunt prowadzą literaturę w świat groteski, ponurego humoru i autoszyderstwa, w ulubioną poetykę niewolników.
Wielu snobujących się prostaków usiłuje podszywać się pod inteligentów, posługując się żartem. Ale sami się od razu demaskują przez brak zrozumienia poezji, która stoi skrótem intelektualnym i emocjonalnym.
Poczucie humoru uwalnia nas od balastu animalnego. Czyni nas niepodległymi. Obdarza nas radością przeczucia wyższych światów, jeśli takie w ogóle istnieją.
- Boże, mistrzu, jaki pan wstrząsający!
Osterwa podnosi głowę:
- A widziała mnie pani w kaplicy?