Palazzo - Danielle Steel

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Cosima Sa­ve­rio sie­działa na ta­ra­sie swo­jego pen­tho­use'u w Rzy­mie, oglą­da­jąc z góry zna­jome za­bytki i da­chy bu­dyn­ków w świe­tle wscho­dzą­cego słońca. W od­dali wi­działa Ba­zy­likę Świę­tego Pio­tra i Wa­ty­kan, ko­pułę ba­zy­liki świę­tych Am­bro­żego i Ka­rola przy Corso, a na pół­nocy Willę Me­dy­ce­uszy i ogrody Bor­ghese. Ten wi­dok ni­gdy jej nie nu­żył. Po­ra­nek był jej ulu­bioną porą dnia: mia­sto miało do­piero obu­dzić się do ży­cia. Już te­raz było cie­pło, a przed po­łu­dniem cał­kiem zrobi się go­rąco. Gdy parę mi­nut póź­niej stała przy ba­lu­stra­dzie bal­konu, wi­działa w dole Plac i Schody Hisz­pań­skie, Fon­tanę della Bar­cac­cia i ko­ściół Tri­nita dei Monti.

Apar­ta­ment znaj­do­wał się na naj­wyż­szym pię­trze sklepu, który na­le­żał do jej ro­dziny. Sa­ve­rio­wie wy­twa­rzali naj­do­sko­nal­sze ar­ty­kuły skó­rzane w ca­łych Wło­szech i Eu­ro­pie; do­rów­ny­wał im je­dy­nie Her­m?s. Wy­roby Sa­ve­rio sprze­da­wano wy­łącz­nie w dwóch skle­pach - jed­nym w We­ne­cji, dru­gim w Rzy­mie. Oba na­le­żały do ro­dziny.

Po­dob­nie jak jej przod­ko­wie, Co­sima uro­dziła się w We­ne­cji, w sław­nej ro­dzi­nie, któ­rej hi­sto­ria się­gała pięt­na­stego wieku. Pa­łac Sa­ve­rio w We­ne­cji - Pa­lazzo Sa­ve­rio z wło­ska - wciąż był ich wła­sno­ścią, choć oj­ciec prze­niósł ro­dzinę do Rzymu nie­długo po na­ro­dzi­nach Al­le­gry, jej młod­szej sio­stry. Ko­bieta całe ży­cie miesz­kała z ro­dzi­cami, bra­tem i sio­strą w tym sa­mym apar­ta­men­cie na naj­wyż­szym pię­trze nad skle­pem. Jej młod­szy brat Luca miał te­raz wła­sną willę przy Via Ap­pia An­tica, a sio­stra ulo­ko­wała się w mniej­szym miesz­ka­niu na pię­trze po­ni­żej, gdzie miała też stu­dio pro­jek­towe. Dla Al­le­gry było to wy­god­niej­sze, bo mo­gła ko­rzy­stać z windy, która nie do­jeż­dżała na ostat­nie pię­tro. Co­sima cie­szyła się więc luk­su­sem w tym sa­mym lo­kum, w któ­rym do­ra­stała, w po­je­dynkę. Wcho­dziła do pen­tho­use'u wą­skimi scho­dami, a z ta­rasu miała wi­dok na wszyst­kie strony mia­sta; uwa­żała je za swój dom. Ro­dzina była przez po­ko­le­nia zwią­zana z We­ne­cją, jed­nak Co­sima żyła i pra­co­wała w Rzy­mie, tu pro­wa­dziła ro­dzinną firmę, odzie­dzi­czoną przez nią pięt­na­ście lat temu, gdy miała dwa­dzie­ścia trzy lata.

W mło­do­ści wcale nie pla­no­wała pro­wa­dzić firmy, ani na­wet w niej pra­co­wać. Kiedy dzieci Sa­ve­riów były jesz­cze małe, oj­ciec za­pla­no­wał, że to Luca, jej młod­szy brat, za­stąpi go kie­dyś na sta­no­wi­sku szefa. Chło­pak ni­gdy się tym jed­nak nie in­te­re­so­wał, na­wet gdy był bar­dzo młody. Ko­le­go­wał się z roz­piesz­czo­nymi, opły­wa­ją­cymi w luk­susy sy­nami in­nych wło­skich moż­nych, a sam od wcze­snej mło­do­ści pa­sjo­no­wał się szyb­kimi sa­mo­cho­dami i pięk­nymi ko­bie­tami. Nie po­dzie­lał oj­cow­skiego za­in­te­re­so­wa­nia biz­ne­sem, nie miał też rze­mieśl­ni­czej smy­kałki dziadka, który po­tra­fił wy­cza­ro­wy­wać ze skóry prze­piękne rze­czy. Ot­ta­vio Sa­ve­rio sam za­pro­jek­to­wał każdy je­den przed­miot w swoim we­nec­kim skle­pie - czy to sio­dło, czy to­rebkę ze skóry ali­ga­tora, czy wspa­niałą parę bu­tów wy­ko­na­nych na za­mó­wie­nie. Lu­dzie, któ­rzy znali się na wszyst­kim, co wy­bitne, po­tra­fili wszę­dzie roz­po­znać dzieło stwo­rzone przez Sa­ve­ria.

Ot­ta­vio Sa­ve­rio był ósmym dziec­kiem i je­dy­nym sy­nem sza­no­wa­nego we­nec­kiego ban­kiera. Odzie­dzi­czył pa­lazzo w We­ne­cji, kiedy wszyst­kie jego sio­stry po­wy­cho­dziły za mąż i wy­pro­wa­dziły się do Flo­ren­cji, Rzymu czy in­nych miast w Eu­ro­pie. Kiedy do­ro­sły, żadna z nich nie miała ochoty zaj­mo­wać się pa­ła­cem. Bu­dy­nek miał czte­ry­sta lat, był stary i kło­po­tliwy, a przy tym drogi w utrzy­ma­niu. Ot­ta­vio wy­ko­rzy­stał swój spa­dek, by wy­ku­pić udziały sióstr w pa­lazzo. Za resztę za­ło­żył sklep w jed­nej z wą­skich uli­czek od­cho­dzą­cych od placu świę­tego Marka i tam two­rzył swoje skó­rzane ar­cy­dzieła, które przy­nio­sły mu sławę w ca­łych Wło­szech, a w końcu i w ca­łej Eu­ro­pie. Każdy przed­miot był ży­wym ucie­le­śnie­niem piękna i luk­susu, wy­ko­na­nym z naj­lep­szych ga­tun­kowo skór i naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nych ma­te­ria­łów. Każde dzieło było z po­czątku uni­ka­tem. Póź­niej jed­nak wzory po­wie­lano, Sa­ve­rio spraw­nie re­ali­zo­wał za­mó­wie­nia i nie mi­nęła de­kada, a firma za­częła od­no­sić za­dzi­wia­jące suk­cesy. Przez wszyst­kie te lata, kiedy ją pro­wa­dził, to on był głów­nym rze­mieśl­ni­kiem i ge­niu­szem re­pre­zen­tu­ją­cym pra­cow­nię. Wy­cho­dzące spod jego ręki rze­czy sprze­da­wano tylko w skle­pie w We­ne­cji. Ko­biety cze­kały rok, a cza­sem na­wet dwa na od­biór za­mó­wień i ni­gdy nie były roz­cza­ro­wane efek­tami. Na li­ście klien­tów znaj­do­wały się przed­sta­wi­cielki ro­dzin kró­lew­skich, sławne ko­biety, gwiazdy kina i bo­ga­cze z ca­łego świata.

Jego syn Al­berto, je­dy­nak, ni­gdy nie zo­stał rze­mieśl­ni­kiem jak oj­ciec, choć Ot­ta­vio szko­lił go dwa lata, by ten po­znał sprze­da­wane pro­dukty i pro­ces ich wy­twa­rza­nia. Al­berta jed­nakże in­te­re­so­wała bar­dziej biz­ne­sowa strona przed­się­wzię­cia. Po odzie­dzi­cze­niu sklepu pod­trzy­mał tra­dy­cję: sprze­da­wał pro­dukty Sa­ve­rio tylko w ich wła­snym skle­pie i ni­g­dzie in­dziej.

Po śmierci ojca Al­berto za­cho­wał sklep w We­ne­cji i ra­zem z żoną Ti­zianną oraz trójką dzieci prze­pro­wa­dził się do Rzymu. Ku­pił bu­dy­nek, w któ­rym mie­ścił się sklep, i urzą­dził miesz­ka­nie na naj­wyż­szym pię­trze, bę­dące do­mem dla ca­łej ro­dziny, to samo, które Co­sima zaj­mo­wała te­raz sama. Za­pro­jek­to­wała dla Al­le­gry miesz­ka­nie pię­tro ni­żej, kiedy ta osią­gnęła od­po­wiedni wiek, by za­miesz­kać w po­je­dynkę - obie miały dzięki temu pry­wat­ność. Luca wy­pro­wa­dził się już wcze­śniej, kiedy skoń­czył dwa­dzie­ścia je­den lat, a Al­le­gra miała tylko sie­dem­na­ście lat.

Otwarty przez ojca sklep w Rzy­mie oka­zał się spek­ta­ku­lar­nym suk­ce­sem i ogrom­nie zwięk­szył zy­ski firmy. Al­berto przy­go­to­wy­wał syna do po­pro­wa­dze­nia in­te­resu, od­kąd Luca był mal­cem, ni­gdy jed­nak nie udało mu się go tym za­in­te­re­so­wać. Chło­piec nie poj­mo­wał ma­gii tkwią­cej w tym, co ro­bili, zresztą i tak go ona nie ob­cho­dziła.

Al­berto pra­gnął, by firma się roz­wi­jała, a za­ra­zem nie chciał re­zy­gno­wać z tra­dy­cji ojca. Nie­ła­two było za­cho­wać ba­lans. A przy tym męż­czy­zna miał am­bitne plany, za­wsze odro­binę kosz­tow­niej­sze, ani­żeli prze­wi­dy­wał, to­też biz­nes nie przy­no­sił aż ta­kich zy­sków, ja­kie mógł. Miał świetne oko do ja­ko­ści - i ogól­nie es­te­tyki - i sam był nie­zwy­kle ele­ganc­kim męż­czy­zną. Ra­zem z Ti­zianną ucho­dzili za du­sze to­wa­rzy­stwa za­równo w We­ne­cji, jak i w Rzy­mie, ema­no­wali wprost aurą ele­gan­cji i szyku.

Co­sima odzie­dzi­czyła po nich część tych cech, ale była bar­dziej wy­co­fana niż ro­dzice i uwiel­biała tkwić z no­sem w książce. Czuła ulgę, że ni­gdy nie bę­dzie mu­siała pro­wa­dzić firmy. Pra­co­wała w skle­pie w Rzy­mie przez mie­siąc w każde wa­ka­cje, by za­do­wo­lić ojca, i to wszystko. Była usłużną córką. Luca ja­kimś cu­dem tego unik­nął, może dla­tego, że był pięć lat od niej młod­szy, a Al­le­gra cią­gle jesz­cze była mała.

Każ­dego roku w lipcu i sierp­niu ro­dzina la­tała do swego let­niego domu na Sar­dy­nii. Spę­dzali tam dwa mie­siące, że­glu­jąc na swo­ich jach­tach i po­dej­mu­jąc przy­ja­ciół, za­pro­szo­nych na wa­ka­cje. Każdy chciał być go­ściem w ich domu. Oboje zresztą, i Al­berto, i Ti­zianna, byli wspa­nia­łymi go­spo­da­rzami i go­ście chęt­nie od­wza­jem­niali się im za­pro­sze­niami, cza­sem za­pra­szali ich też nowi zna­jomi, li­cząc na to, że w re­wanżu zo­staną u nich ugosz­czeni. Sa­ve­rio­wie, szczo­drzy jako go­spo­da­rze, hojną ręką dbali o swych go­ści. Co­sima wciąż pa­mię­tała eks­tra­wa­ganc­kie przy­ję­cia wy­pra­wiane przez ro­dzi­ców, za­równo w miesz­ka­niu w Rzy­mie, jak i w pa­lazzo w We­ne­cji, gdzie or­ga­ni­zo­wali huczne bale.

Po dłu­gich dys­ku­sjach z oj­cem Co­sima zde­cy­do­wała się na ka­rierę praw­niczki. Pod­jęła stu­dia w Rzy­mie, na­dal miesz­ka­jąc w ro­dzin­nym domu. Była za­chwy­cona la­tami spę­dzo­nymi na uni­wer­sy­te­cie, stu­diami i na­wią­za­nymi tam przy­jaź­niami. Oj­ciec dro­czył się z nią, że bę­dzie kie­dyś do­rad­czy­nią prawną jego firmy. Nie spo­dzie­wał się, by kie­dyś na­prawdę roz­po­częła ka­rierę praw­ni­czą, ale są­dził, że wie­dza przyda się jej w in­te­re­sie, o ile wcze­śniej nie wyj­dzie za mąż. Jej matka ni­gdy nie pra­co­wała, i Al­berto nie ocze­ki­wał, że jego córki będą pra­co­wać.

Al­le­gra, naj­młod­sza z ca­łej trójki, odzie­dzi­czyła ta­lent dziadka i pa­sjo­no­wała się pro­jek­to­wa­niem. Cią­gle szki­co­wała na skrawku pa­pieru ja­kąś su­kienkę, to­rebkę czy but. Miała po­godną, ra­do­sną na­turę i lu­biła prze­by­wać w tęt­nią­cym od spo­tkań świe­cie ro­dzi­ców już od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Po­zwa­lali jej na chwilę po­ja­wiać się na przy­ję­ciach, a ona wiecz­nie ża­ło­wała, że nie może zo­stać cały wie­czór. Co­simę mniej in­te­re­so­wały ich fety, ale to do niej lgnęła gro­madka ad­o­ra­to­rów - sy­no­wie go­ści - choć Al­le­gra miała na­turę o wiele bar­dziej ko­kie­te­ryjną niż jej sio­stra. Co­sima była po­waż­niej­sza i bar­dziej re­flek­syjna, czym róż­niła się od młod­szego ro­dzeń­stwa.

Luca był pięć lat młod­szy od Co­simy, Al­le­grę dzie­liło od sio­stry dzie­więć lat, zaś od brata - cztery; nie lu­biła, kiedy trak­to­wano ją jak małe dziecko. Nie mo­gła się do­cze­kać, gdy do­ro­śnie i od­kryje świat. Luca nie prze­pa­dał za spę­dza­niem czasu z ro­dziną, wo­lał prze­by­wać z wła­snymi zna­jo­mymi. Jako na­sto­la­tek po­tra­fił za­sza­leć. Ro­dzice usi­ło­wali nad nim za­pa­no­wać, ale nie­wiele pod tym wzglę­dem osią­gali.

Kiedy Co­sima miała dwa­dzie­ścia trzy lata, od ukoń­cze­nia stu­diów praw­ni­czych w Rzy­mie dzie­lił ją rok. Przy­le­ciała do ro­dzin­nego domu na Sar­dy­nii po mie­siącu pracy wa­ka­cyj­nej w skle­pie - tak jak za­wsze. Zaj­mo­wała się kwe­stiami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi, a nie klien­tami, i bar­dzo ją chwa­lono za efek­tyw­ność. Miała pre­cy­zyjny umysł przy­szłej praw­niczki, ale też ja­sną, de­li­katną urodę swo­jej matki. Ro­dzeń­stwo, Al­le­gra i Luca, odzie­dzi­czyło ciemne włosy ojca, Co­sima zaś i Al­le­gra in­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy mamy. Ti­zianna po­cho­dziła z Flo­ren­cji; Co­sima prze­jęła w ge­nach jej ty­powo flo­rencką sub­telną urodę. Z ko­lei Luca i jego oj­ciec mieli kla­syczne ary­sto­kra­tyczne rysy, które można by zna­leźć na rzym­skich mo­ne­tach.

La­tem przed ostat­nim ro­kiem stu­diów Co­sima przy­była na Sar­dy­nię wła­śnie wtedy, gdy ro­dzice mieli wy­ru­szyć na week­end w Por­to­fino do miesz­ka­ją­cych tam przy­ja­ciół, któ­rzy wła­śnie ku­pili nową mo­to­rówkę. Luca chciał po­je­chać z nimi, ale w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie, gdy do­wie­dział się o urzą­dza­nej przez zna­jo­mych im­pre­zie w Porto Ro­tondo, to­też zo­stał na Sar­dy­nii. Po­dob­nie jak Co­sima. Była wy­czer­pana po tym, jak spę­dziła mie­siąc, pra­cu­jąc w skle­pie przez sześć dni w ty­go­dniu. Ro­dzice wy­je­chali więc na ty­dzień, za­brali też ze sobą czter­na­sto­let­nią Al­le­grę, po­nie­waż go­spo­da­rze mieli córkę w tym sa­mym wieku. Mieli też syna wie­kowo mniej wię­cej ta­kiego jak Luca, ale on uwa­żał go za nu­dzia­rza i chęt­nie wy­krę­cił się od week­endu w Por­to­fino. Na­wet po­kusa prze­pły­nię­cia się nową mo­to­rówką nie prze­ko­nała go do wy­jazdu.

Po wy­jeź­dzie go­spo­da­rzy dom po­grą­żył się w ci­szy. Luca szybko znik­nął z przy­ja­ciółmi, a Co­sima re­lak­so­wała się i le­żała w słońcu, cie­sząc się, że wresz­cie może po­być tro­chę sama. Wie­działa, że w na­stępny week­end dom bę­dzie pe­łen go­ści, a ro­dzice za­żą­dają od niej po­mocy w ich za­ba­wia­niu, to­też te­raz z ra­do­ścią od­da­wała się lek­tu­rze i od­po­czyn­kowi, nim wróci reszta ro­dziny.

Week­end w Por­to­fino skoń­czył się tra­gicz­nie. Go­spo­da­rze po­zwo­lili, by ich ży­wio­łowy, nie­od­po­wie­dzialny dzie­więt­na­sto­letni sy­na­lek prze­wiózł ich wszyst­kich nową mo­to­rówką. Ste­ru­jąc nie­znaną so­bie ło­dzią z nie­bez­pieczną pręd­ko­ścią, wbił się w inną roz­pę­dzoną łódź. Obie się roz­biły i wy­bu­chły w po­wie­trzu. I jedni, i dru­dzy ro­dzice zgi­nęli na miej­scu, po­dob­nie jak syn go­spo­da­rzy, który kie­ro­wał, oraz ich nie­let­nia córka. Prze­żyła je­dy­nie Al­le­gra, która do­znała jed­nakże głę­bo­kich roz­le­głych po­pa­rzeń i urazu rdze­nia krę­go­wego tak po­waż­nego, że mu­siano ją prze­trans­por­to­wać he­li­kop­te­rem do Rzymu na ope­ra­cję.

O ca­łym zda­rze­niu po­wia­do­miono Co­simę w so­botę po po­łu­dniu przez te­le­fon. Sły­sząc dzwo­nie­nie, wstała z le­żaka przy ba­se­nie i po­szła ode­brać. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej kom­plet­nie już ubrana cze­kała na tak­sówkę na lot­ni­sko, by po­le­cieć do Rzymu i po­być z Al­le­grą. Ro­dzice nie żyli - dziew­czyna była w szoku, nie mo­gła uwie­rzyć w to, co się stało. Roz­darta mię­dzy ża­łobą po ro­dzi­cach a lę­kiem o sio­strę, wprost sza­lała z roz­pa­czy. Wszystko te­raz spo­czy­wało na niej, mu­siała też wziąć od­po­wie­dzial­ność za brata. Na­gle sta­nęła twa­rzą w twarz z do­ro­słymi de­cy­zjami. Przed wy­jaz­dem nie zdo­łała się skon­tak­to­wać z Lucą, który pły­wał ro­dzinną ło­dzią w Porto Ro­tondo. Mu­siała mu zo­sta­wić li­ścik z dra­ma­tyczną wia­do­mo­ścią. Za­dzwo­nił do niej we łzach, kiedy do­tarła do Rzymu, i ra­zem szlo­chali za ro­dzi­cami i nad lo­sem Al­le­gry.

Ko­lejne ty­go­dnie Co­sima spę­dziła w szpi­talu u boku sio­stry. Al­le­gra mu­siała od­być re­kon­wa­le­scen­cję po ope­ra­cji i była utrzy­my­wana w śpiączce far­ma­ko­lo­gicz­nej do czasu za­go­je­nia się po­pa­rzeń. Jej sio­stra miała sporo czasu na roz­my­śla­nia i prze­ży­wa­nie ża­łoby po ro­dzi­cach. Po ope­ra­cji le­ka­rze za­po­wie­dzieli jej, że Al­le­gra już ni­gdy nie bę­dzie cho­dzić. Jej rdzeń krę­gowy uległ trwa­łemu uszko­dze­niu. Był to na­stępny po­tworny cios po stra­cie ro­dzi­ców.

Co­sima zo­sta­wiła Al­le­grę tylko na czas po­grzebu ro­dzi­ców w We­ne­cji, a po­tem jak naj­szyb­ciej wró­ciła do szpi­tala w Rzy­mie, do sio­stry. Po­zwo­liła, by Luca wró­cił po po­grze­bie na Sar­dy­nię, tak jak chciał. Nie mo­gła spę­dzać z nim czasu, kiedy Al­le­gra le­żała w szpi­talu, a on nie chciał przez resztę lata tkwić w Rzy­mie.

Luca - z po­czątku bar­dzo przy­bity - po­grą­żył się w głę­bo­kiej ża­ło­bie po ro­dzi­cach. Z cza­sem jed­nak, gdy po­czuł się tro­chę le­piej, wró­cił do daw­nych zwy­cza­jów i pod ko­niec lata znów już sza­lał z ko­le­gami, któ­rzy zjeż­dżali się do niego z ca­łych Włoch. Co­sima nie miała nad nim kon­troli, była w Rzy­mie i nie chciała zo­sta­wiać Al­le­gry sa­mej. Al­le­grze zresztą też było trudno po stra­cie ro­dzi­ców i wła­dzy w no­gach. Co­sima zo­sta­wiała ją na krótko, tylko aby po­je­chać do biura ojca i pró­bo­wać po­jąć to, co mu­siała po­jąć. Asy­stent ojca i praw­nik ro­dziny, Gian Bat­ti­sta di San Mar­tino, byli bar­dzo po­mocni, sta­rali się jej prze­ka­zać jak naj­wię­cej in­for­ma­cji w jak naj­krót­szym cza­sie. Nie­mal co­dzien­nie przy­wo­zili jej do szpi­tala ja­kieś pa­piery do pod­pi­sa­nia. Stale obecny Gian Bat­ti­sta udzie­lał jej dużo wspar­cia. Cza­sami za­bie­rał ją na obiad tylko po to, by mo­gła choć na chwilę zmie­nić oto­cze­nie po szpi­tal­nej sali.

Dwa mie­siące póź­niej, we wrze­śniu, udało jej się wresz­cie jako tako za­pa­no­wać nad Lucą i ścią­gnąć go z po­wro­tem do Rzymu.

Brat nie chciał wra­cać na uni­wer­sy­tet, gdzie stu­dio­wał, i upie­rał się, że po­trze­buje czasu, by "prze­żyć ża­łobę", jak się wy­ra­ził, co w jego przy­padku ozna­czało udział w każ­dej hu­lance w mie­ście, zni­ka­nie z domu co wie­czór i pi­cie du­żych ilo­ści al­ko­holu. Wró­cił jed­nak do ich wspól­nego miesz­ka­nia, a Co­sima na­kło­niła go do kon­tak­to­wa­nia się z nią kilka razy dzien­nie, przy­naj­mniej więc wie­działa, gdzie jest - choć czę­sto wra­cał do domu do­piero nad ra­nem. Za­su­ge­ro­wała, że mógłby pra­co­wać w skle­pie, ale od­mó­wił. Nie ma­jąc żad­nych in­nych obo­wiąz­ków, ro­bił, co chciał. Wra­cał późno, po czym prze­sy­piał pół dnia. Ona nie miała czasu, żeby na niego na­ci­skać. Była za­jęta Al­le­grą. A Lucę co­raz trud­niej było kon­tro­lo­wać. Po­do­bało mu się, że jako osiem­na­sto­la­tek nie ma nad sobą wła­dzy ro­dzi­ców, i nie zwra­cał zbyt wiel­kiej uwagi na Co­simę i jej wy­ma­ga­nia.

Po­wrót do zdro­wia Al­le­gry na­stę­po­wał po­woli, ale rów­no­mier­nie. Prze­szła kilka prze­szcze­pów skóry i bo­le­snych ope­ra­cji, lecz była za­dzi­wia­jąco dzielna i re­flek­syj­nie pod­cho­dziła do swo­ich ura­zów. Po stra­cie ro­dzi­ców stała się bar­dziej mil­cząca niż do­tych­czas. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do brata wró­ciła do szkoły przed Bo­żym Na­ro­dze­niem z za­ska­ku­jąco po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niem. Miała resztę ży­cia spę­dzić na wózku, ale Co­sima opie­ko­wała się nią z mat­czyną mi­ło­ścią, a bez ro­dzi­ców sio­stry zbli­żyły się do sie­bie jesz­cze bar­dziej. Co­sima za­trud­niła po­moc­nika, który zno­sił Al­le­grę po scho­dach do miesz­ka­nia. Luca pra­wie ni­gdy nie przy­cho­dził im po­ma­gać.

W ciągu sze­ściu mie­sięcy Co­sima stała się jesz­cze po­waż­niej­sza, niż była do­tąd, wciąż prze­ży­wała ża­łobę po ro­dzi­cach i mu­siała sko­czyć na głę­boką wodę do­ro­sło­ści. Pro­wa­dziła firmę, uczyła się wszyst­kiego na bie­żąco. To był naj­trud­niej­szy rok w jej ży­ciu, a kiedy Al­le­gra wy­szła ze szpi­tala, la­tała do We­ne­cji, kiedy tylko mo­gła, by nad­zo­ro­wać tam­tej­szy sklep. Cza­sami Gian Bat­ti­sta wy­bie­rał się wraz z nią, je­śli miał czas. Kiedy go z nią nie było, to pa­łac w We­ne­cji, gdzie ro­dzina spę­dzała wa­ka­cje i wspólne ważne chwile, wy­da­wał się bo­le­śnie pu­sty. Co­sima cier­piała, wspo­mi­na­jąc, ja­kim ży­ciem tęt­niło to miej­sce za ży­cia ro­dzi­ców, i my­śląc, ja­kie smutne jest te­raz. Nie miała czasu na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi ani na co­kol­wiek poza pracą w skle­pach i opieką nad sio­strą. Gian Bat­ti­sta sta­no­wił w jej ży­ciu je­dyną otu­chę i wspar­cie.

Al­le­gra po po­wro­cie do domu ze szpi­tala po­sta­no­wiła od­zy­skać nie­za­leż­ność. Wciąż mó­wiła o tym, że chcia­łaby kie­dyś zo­stać pro­jek­tantką w fir­mie, jakby utwier­dza­jąc samą sie­bie w prze­ko­na­niu, że ma przed sobą ak­tywną przy­szłość. Gdy Co­sima była w pracy, po­ma­gała jej dłu­go­let­nia go­spo­sia Fla­via. Kiedy star­sza sio­stra nie pra­co­wała ani nie była z Al­le­grą, usi­ło­wała do­paść Lucę i po­móc mu zna­leźć ja­kiś kie­ru­nek w ży­ciu. On w pełni wy­ko­rzy­sty­wał brak ro­dzi­ciel­skiej kon­troli i wal­czył z Co­simą na każ­dym kroku.

Ma­ją­tek ro­dzi­ców zo­stał po­dzie­lony mię­dzy nich po równo. Co­sima szybko od­kryła, że oj­ciec, pro­wa­dząc firmę, wię­cej wy­da­wał, niż za­ra­biał: na ich styl ży­cia, cią­głe przy­ję­cia, kilka nie­ru­cho­mo­ści, luk­su­sowe ło­dzie i sa­mo­chody, eks­tra­wa­ganc­kie ulep­sze­nia w skle­pie. Wciąż usi­ło­wała za­pa­no­wać nad wy­dat­kami, opła­cić ra­chunki i ure­gu­lo­wać długi ro­dzi­ców, wal­czyła o utrzy­ma­nie pra­cowni przy ży­ciu. Nie mo­gła po­zwo­lić na upa­dek firmy. Chciała usza­no­wać pa­mięć ojca, co było ko­lo­sal­nym za­da­niem dla dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niej dziew­czyny. Wła­sne stu­dia odło­żyła na bok. Miała te­raz waż­niej­sze sprawy na gło­wie: mu­siała pro­wa­dzić firmę, opie­ko­wać się Al­le­grą i kon­tro­lo­wać Lucę.

Oj­ciec ku­pił przed śmier­cią inny więk­szy bu­dy­nek w Rzy­mie, przy Via Con­dotti. Li­czył na to, że pew­nego dnia po­więk­szy sklep i stwo­rzy coś jesz­cze wspa­nial­szego. Co­sima sprze­dała tę nie­ru­cho­mość, gdy tylko mo­gła, jesz­cze przed roz­po­czę­ciem prac bu­dow­la­nych. Stra­ciła na trans­ak­cji, ale po­trze­bo­wała tych pie­nię­dzy do za­in­we­sto­wa­nia w firmę. Pro­ces pro­duk­cji oka­zał się tak dro­bia­zgowy i po­wolny, że nie mo­gła od razu zwięk­szyć przy­chodu i mu­siała szu­kać pie­nię­dzy z in­nych źró­deł, żeby tylko utrzy­mać firmę przy ży­ciu - opła­cić wy­datki i pra­cow­ni­ków.

A mieli ich bar­dzo wielu, zwłasz­cza w Rzy­mie - to byli do­sko­nali, wy­soko opła­cani rze­mieśl­nicy, a także sprze­dawcy z ogra­ni­czoną ilo­ścią to­waru. Wielu dłu­go­let­nich pra­cow­ni­ków czuło nie­chęć do niej jako mło­dej wła­ści­cielki, nie po­do­bało im się, w ja­kim kie­runku zmie­rza Co­sima, cią­gle mar­twiąc się o koszty. Pil­no­wała prze­pływu pie­nię­dzy czuj­niej niż jej oj­ciec. Nie po­do­bało się to pra­cow­ni­kom, to­też mu­siała z nimi wal­czyć o trzy­ma­nie się no­wych wy­tycz­nych, wska­zó­wek i ogra­ni­czeń, ja­kie im na­rzu­ciła. Ten okres znio­sła z naj­wyż­szym tru­dem, co­dzien­nie to­czyła walkę o ży­cie, przez którą jesz­cze bar­dziej tę­sk­niła za ro­dzi­cami, choć te­raz już ro­zu­miała, że nie­które jej trud­no­ści fi­nan­sowe są winą ojca.

Rok po śmierci ro­dzi­ców Co­sima wy­sta­wiła na sprze­daż dom na Sar­dy­nii. Luca usil­nie się temu sprze­ci­wiał, ale po­wie­działa mu wprost, że bra­kuje im pie­nię­dzy, a po­nie­waż on nie mógł za­pro­po­no­wać żad­nego roz­wią­za­nia i sam nie chciał pra­co­wać, w końcu wy­ra­ził zgodę na sprze­daż ich let­niej re­zy­den­cji. Udało się ją sprze­dać pod ko­niec sierp­nia za nie­złą cenę, ra­zem z jach­tami. Dzięki temu Co­sima zy­skała pie­nią­dze na spłatę reszty dłu­gów ro­dzi­ców, a także opła­ce­nie wy­dat­ków firmy i ro­dziny. Luca, po otrzy­ma­niu od niej swo­jej czę­ści, prze­hu­lał pie­nią­dze w kilka mie­sięcy na nowe sa­mo­chody i za­ba­wia­nie nie­przy­jem­nych lu­dzi, któ­rymi się ota­czał, a któ­rzy wy­ko­rzy­sty­wali go dla pie­nię­dzy i tego, co mógł im dać. Nie po­tra­fiła go po­wstrzy­mać, choć dziel­nie sta­rała się prze­ko­nać, by ostroż­niej i sta­ran­niej do­bie­rał so­bie przy­ja­ciół. Ale tylko się z niej śmiał.

Chcąc nie chcąc, Co­sima mu­siała się sku­pić na fir­mie, wy­cią­gnąć z ba­gna, w które wpę­dził ją oj­ciec, i kon­ty­nu­ować jej funk­cjo­no­wa­nie. Po­trze­bo­wała ko­lej­nego roku in­ten­syw­nej pracy i sku­pie­nia, ale w końcu zwięk­szyła zy­ski, a gdy mi­nął jesz­cze je­den rok, na­resz­cie mo­gła ode­tchnąć.

Pięć lat po śmierci ro­dzi­ców in­te­res kwitł za­równo w Rzy­mie, jak i w We­ne­cji. Co­sima zwięk­szyła tempo pro­duk­cji, za­trud­nia­jąc no­wych rze­mieśl­ni­ków i tnąc koszty w in­nych ob­sza­rach, mimo na­rze­kań sta­rej gwar­dii, które nie­ugię­cie igno­ro­wała. Al­le­gra stu­dio­wała już wtedy wzor­nic­two i spraw­nie funk­cjo­no­wała w co­dzien­nym ży­ciu na wózku. Luca miesz­kał w wy­staw­nym miesz­ka­niu w Me­dio­la­nie i uma­wiał się z mo­del­kami. W wieku dwu­dzie­stu trzech lat zy­skał re­pu­ta­cję ko­bie­cia­rza i w Rzy­mie, i w Me­dio­la­nie. Nie­ustan­nie pro­sił Co­simę o pie­nią­dze. Prze­hu­lał już więk­szość swo­jego spadku i wcią­gnął się w ha­zard: za­glą­dał do ka­syn w We­ne­cji, San Remo i Monte Carlo. Co­sima przez ostat­nie pięć lat nie­ustan­nie ha­ro­wała, ale przy­nio­sło to owoce: firma była na ra­zie bez­pieczna.

Te­raz mi­jało pięt­na­ście lat od śmierci ro­dzi­ców, a ona pa­trzyła na wschód słońca nad Rzy­mem ze swo­jego ta­rasu. Nie jeź­dziła już la­tem na dwu­mie­sięczne wa­ka­cje - wy­po­czy­wała tylko parę ty­go­dni z Al­le­grą, cały czas po­zo­sta­jąc w kon­tak­cie z biu­rem. Dni eks­tra­wa­gan­cji i wiel­kiego luk­susu ode­szły do prze­szło­ści. Ciężko pra­co­wała przez ostat­nie pięt­na­ście lat, tak jak i Al­le­gra. Obie sio­stry jeź­dziły do nad­mor­skich ku­ror­tów, gdzie ceny były przy­stęp­niej­sze, do miejsc przy­ja­znych oso­bom na wózku. Al­le­gra od­zy­skała nie­za­leż­ność i pew­ność sie­bie. Ukoń­czyła wzor­nic­two i Co­sima po­zwo­liła jej wpro­wa­dzić w fir­mie nie­wiel­kie skó­rzane ak­ce­so­ria wła­snego pro­jektu. Ma­rzyła, że bę­dzie kie­dyś pro­jek­to­wała dla pra­cowni to­rebki w bar­dziej no­wo­cze­snym stylu, ale Co­sima upar­cie trzy­mała się tra­dy­cyj­nych mo­deli. Nie chciała ry­zy­ko­wać utraty firmy i wpro­wa­dzać in­no­wa­cji czy nad­mier­nie no­wo­cze­snej es­te­tyki. Mieli swój nie­za­wodny ze­staw, lo­jalną bazę klien­tów, i Co­sima bała się ją utra­cić, trzy­mała więc Al­le­grę krótko, je­śli cho­dzi o przy­dzie­lane jej pro­jekty. Ża­den nie da­wał młod­szej sio­strze oka­zji do wy­ko­rzy­sta­nia ta­lentu ani nie sta­no­wił wy­zwa­nia, co ją fru­stro­wało. Co­sima w pro­wa­dze­niu firmy nie lu­biła ry­zyka i kon­ty­nu­owała to, co dzia­łało od za­wsze.

Al­le­gra rzadko te­raz jeź­dziła do We­ne­cji. Po­ru­sza­nie się na wózku po pa­lazzo, a także mie­ście było zbyt skom­pli­ko­wane. Je­dy­nie Luca od czasu do czasu tam przy­jeż­dżał i urzą­dzał sza­lone im­prezy, za które Co­sima su­szyła mu głowę, ale on od­ci­nał jej się tym, że jest współ­wła­ści­cie­lem nie­ru­cho­mo­ści i firmy, że ma taki sam udział jak ona i że sio­stra nie może mu roz­ka­zy­wać. Re­zy­den­cją opie­ko­wała się dwójka star­szych do­zor­ców. Co­sima mo­gła je­dy­nie ko­eg­zy­sto­wać z bra­tem, wie­dząc, że ko­niec koń­ców bę­dzie mu­siała li­kwi­do­wać po nim ba­ła­gan i po­ży­czać mu pie­nią­dze. Za­cho­wy­wał się jak syn bo­ga­cza, który ma do dys­po­zy­cji nie­ogra­ni­czoną for­tunę - a wszystko to za­pew­niała Co­sima, byle tylko uni­kać kon­flik­tów i byle brat nie pa­ko­wał się w kło­poty. Wy­pła­cała mu co mie­siąc spore kie­szon­kowe, choć czuła, że kwota jest więk­sza, niż za­słu­żył, bo za­wsze wszystko mar­no­tra­wił i prze­pusz­czał w ka­sy­nie wię­cej, niż był go­tów przy­znać. Spę­dzał z nią moż­li­wie naj­mniej czasu i wszyst­kim opo­wia­dał, że star­sza sio­stra go ty­ra­ni­zuje i jest nu­dziarą, która nie chce, by się do­brze ba­wił, i do­pro­wa­dza go do szału. Co­sima miała po­czu­cie, że całe ży­cie po nim sprząta i pró­buje go po­wstrzy­mać przed wy­da­wa­niem astro­no­micz­nych kwot. W efek­cie, gdy tylko mógł, uni­kał jej i pró­bo­wał skłó­cić z Al­le­grą. Jego ma­ni­pu­la­cje były do bólu oczy­wi­ste, bez­wstyd­nie dzwo­nił do Co­simy po pie­nią­dze, któ­rych nie chciała mu da­wać. Cza­sami na­wet za­po­ży­czał się u Al­le­gry. Ona o wiele roz­sąd­niej ob­cho­dziła się z pie­niędzmi niż brat i za­wsze miała tro­chę oszczęd­no­ści. Luca nie miał su­mie­nia ani wstydu, gdy cho­dziło o to, od kogo bie­rze pie­nią­dze. Nie wy­rósł na ko­goś, z kogo Co­sima mo­głaby być dumna. Był cię­ża­rem, które mu­siała dźwi­gać. Usi­ło­wała w miarę moż­no­ści ogra­ni­czyć szkody, ale nic wię­cej nie mo­gła z tym zro­bić. Nie można go było po­wstrzy­mać, a je­dy­nie odro­binę ścią­gnąć cu­gle, jak u mło­dego wierz­chowca.

Te­raz jed­nak nad Rzy­mem wsta­wał dzień i choć raz Co­sima nie mar­twiła się o firmę ani nie my­ślała o bra­cie, czy na­wet o przy­szło­ści Al­le­gry, o którą także się nie­po­ko­iła. Po pro­stu chło­nęła wi­dok z ta­rasu na ele­ganc­kie sklepy przy Via Con­dotti i zna­jomy ob­szar wo­kół Piazza di Spa­gna oraz nie­od­party urok i ma­gię Rzymu, nim po­rwą ją co­dzienne sprawy i de­cy­zje, które bę­dzie mu­siała po­dej­mo­wać do wie­czora przy swoim biurku.

Nie­dawno zna­la­zła na­jem­ców do Pa­lazzo Sa­ve­rio w We­ne­cji. Miała mocne po­sta­no­wie­nie, że ni­gdy go nie sprzeda, by kon­ty­nu­ować hi­sto­rię ro­dziny. Wy­na­jem był jed­nym ze spo­so­bów, by unie­moż­li­wić bratu nad­uży­wa­nie prawa wła­sno­ści. Dzięki temu oszczę­dzali, po­nie­waż ona nie­mal nie ko­rzy­stała z pa­lazzo, a Al­le­gra nie jeź­dziła tam wcale, ze względu na wiele po­zio­mów i brak windy, przez co - bez bu­dowy udo­god­nień - był dla Al­le­gry nie­przy­stępny. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy, od­kąd za­częła wy­naj­mo­wać pa­łac, Co­sima za­trzy­my­wała się pod­czas po­by­tów w We­ne­cji w nie­wiel­kim ho­telu i przy­zwy­cza­jała się do tego. Wy­na­jęła pa­lazzo bar­dzo bo­ga­temu ame­ry­kań­skiemu mał­żeń­stwu, wła­ści­cie­lom sieci do­mów to­wa­ro­wych.

Bill i Sally John­so­no­wie po­cho­dzili z Tek­sasu, byli bar­dzo sym­pa­tyczni i chęt­nie sprze­da­wa­liby w swo­ich skle­pach ar­ty­kuły Sa­ve­rio, ale Co­sima wy­ja­śniła, że to nie­moż­liwe. Było to wbrew za­mia­rom ro­dziny, która chciała, by ich to­wary sprze­da­wano je­dy­nie w ich skle­pach - tę tra­dy­cję pod­trzy­mała, by uho­no­ro­wać swo­jego dziadka. Sally i Bill przy­jęli to z god­no­ścią, a do pa­lazzo spro­wa­dzili de­ko­ra­tora, który wy­peł­nił wnę­trza tek­sań­skim luk­su­sem. Co­sima zgo­dziła się na to, o ile John­so­no­wie nie wpro­wa­dzą trwa­łych zmian kon­struk­cyj­nych.

W ten week­end urzą­dzali pa­ra­pe­tówkę, na którą Co­sima zgo­dziła się przyjść, choć ni­gdy nie by­wała na du­żych przy­ję­ciach. Uwa­żała, że nie­grzecz­nie by­łoby od­mó­wić, poza tym cie­ka­wiło ją, jak urzą­dzili re­zy­den­cję. Miała też obawy. Była prze­ko­nana, że miej­sce bę­dzie wy­glą­dać wul­gar­nie, że nie bę­dzie w ogóle przy­po­mi­nać wnę­trza z okresu, gdy żyli ro­dzice - nie­stety te­raz mu­siała pod­cho­dzić do ży­cia prak­tycz­nie. Wy­na­jęła pa­lazzo za astro­no­miczną kwotę, tak by nie mu­sieć go sprze­da­wać. John­so­no­wie zgo­dzili się na tę cenę bez wa­ha­nia i na­rze­ka­nia. Uwiel­biali We­ne­cję, spę­dzali tu co roku dwa mie­siące i cie­szyli się, że mają do dys­po­zy­cji pa­łac. Sally po­wie­działa Co­si­mie, że na przy­ję­cie przy­będą lu­dzie z ca­łych Sta­nów i Eu­ropy.

Po­mimo tego, jak wy­lewni i eks­tra­wa­ganccy byli John­so­no­wie, Co­sima ich po­lu­biła. Mieli do­ro­słe dzieci, któ­rych ni­gdy nie po­znała, i cie­kawy gust. Moż­liwe było prze­cież, że pięk­nie urzą­dzili pa­lazzo, cho­ciaż słynny de­ko­ra­tor, z któ­rego usług sko­rzy­stali, sły­nął ze skłon­no­ści do prze­sytu. Urzą­dzał pe­wien za­mek we Fran­cji; Co­sima krzy­wiła się, kiedy oglą­dała zdję­cia. Miała na­dzieję, że John­so­no­wie nie prze­sa­dzili z wy­stro­jem w Pa­lazzo Sa­ve­rio, acz­kol­wiek było dość praw­do­po­dobne, że jed­nak to zro­bili. Nie ku­pili go prze­cież - jak da­leko po­su­nę­liby się w wy­na­ję­tej nie­ru­cho­mo­ści? Wkrótce miała się o tym prze­ko­nać.

W ty­go­dniu przed przy­ję­ciem miała ważne spo­tka­nia. Mu­siała za­twier­dzić całą je­sienną li­nię pro­jek­tów i pod­jąć pewne de­cy­zje w ści­słej współ­pracy z pro­jek­tan­tami. Przed pię­ciu laty do­dali ko­lek­cję je­dwab­nych i kasz­mi­ro­wych ubrań dla męż­czyzn i ko­biet. Cie­szyła się wiel­kim po­wo­dze­niem, oka­zało się, że przy­nosi świetne zy­ski. Za­częli też pro­du­ko­wać odzież my­śliw­ską dla męż­czyzn. Była bar­dzo po­pu­larna, po­dob­nie jak ar­ty­kuły zwią­zane z jazdą konną, in­spi­ro­wane sio­dłami wy­twa­rza­nymi przez jej dziadka.

Je­dy­nym praw­dzi­wym kon­ku­ren­tem Sa­ve­rio była firma Her­m?s, a na­wet dzia­dek mó­wił, że na świe­cie jest miej­sce dla nich obu. Każda pra­cow­nia miała swój wła­sny, nie­po­wta­rzalny styl i lo­jal­nych klien­tów. Obie trzy­mały się wielu spo­śród tych sa­mych sta­rych za­sad, by chro­nić swoją eks­klu­zyw­ność i markę. Wielu klien­tów Sa­ve­rio uwiel­biało przy­la­ty­wać do Włoch na za­kupy.

Co­sima za­pew­niała atrak­cje naj­waż­niej­szym klien­tom, kiedy przy­by­wali do Rzymu: za­pra­szała ich na ko­la­cje do swego miesz­ka­nia albo ulu­bio­nych re­stau­ra­cji, a na­wet po­zwa­lała im prze­cha­dzać się w spo­koju po skle­pie po go­dzi­nach, by mo­gli do­strzec to­wary, któ­rych ina­czej by nie za­uwa­żyli. Sprze­dawcy przy­no­sili im no­wo­ści wprost z warsz­ta­tów. To­rebka bę­dąca wi­zy­tówką firmy - o na­zwie Ti­zianna, na cześć jej matki - zo­stała roz­sła­wiona przez So­phię Lo­ren. Grace Kelly za­mó­wiła trzy jej eg­zem­pla­rze, kiedy po­ja­wiły się na rynku, i no­siła je na prze­mian z mo­de­lami Her­m?s Kelly. Była też mniej­sza wer­sja na wie­czór, którą jej dzia­dek na­zwał Ad­ria, po babci Co­simy. Ona, wła­ści­cielka, miała Ti­ziannę w każ­dym ko­lo­rze i co­dzien­nie któ­rąś no­siła. Była to ide­alna torba do pracy.

Luca gwał­tow­nie sprze­ci­wiał się po­my­słowi fla­go­wych to­reb firmy; zwykł ma­wiać, że to tylko jesz­cze je­den sta­ro­modny ga­dżet, który unie­moż­li­wia im wej­ście w wielki świat. Uwa­żał, że wszystko w pra­cowni Sa­ve­rio jest prze­sta­rzałe, nie miał sza­cunku do tra­dy­cji. Al­le­gra za­pro­jek­to­wała torbę, którą na­zwała Co­sima, i bar­dzo pra­gnęła, żeby pod­jęto jej pro­duk­cję, ale nie zga­dzała się na to sama Co­sima. Uwa­żała, że jest zbyt awan­gar­dowa i no­wo­cze­sna jak na ich li­nię. Upie­rała się, że Sa­ve­rio nie kie­ruje się prze­mi­ja­ją­cymi tren­dami w mo­dzie. Cho­dziło - jak prze­ko­ny­wała - o po­nad­cza­sową ele­gan­cję i styl. Ich pro­dukty miały być kla­syczne - i były. Jako dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­latka, Al­le­gra pra­gnęła się roz­wi­jać w dzie­dzi­nie de­si­gnu, ale sio­stra ogra­ni­czała ją re­gu­łami i hi­sto­rią marki.

Lucę tym­cza­sem to wszystko nu­dziło, ob­cho­dziło go tylko, że dzięki zy­skom mógł opła­cać swe ra­chunki. Bar­dziej in­te­re­so­wało go ku­po­wa­nie szyb­kich koni i ha­zard, albo co­kol­wiek, co przy­no­siło ła­twe do­chody. Wszystko zresztą, co da­wało pie­nią­dze prędko i bez wy­siłku, mu się po­do­bało. Uwa­żał pro­dukty Sa­ve­rio za re­likt prze­szło­ści, prze­wi­dy­wał, że któ­re­goś dnia pra­cow­nia sta­nie się di­no­zau­rem w branży. Ba­ga­te­li­zo­wał suk­ces sio­stry, któ­rej udało się utrzy­mać firmę i jej re­pu­ta­cję jed­nej z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych ma­rek na świe­cie, nie­za­leż­nie od wą­skiej dys­try­bu­cji. To była część ma­gii pro­duk­tów Sa­ve­rio. Fakt, że trudno je było do­stać, spra­wiał, że były bar­dzo po­żą­dane, ale Luca tego nie poj­mo­wał ani nie do­ce­niał. Nie in­te­re­so­wała go hi­sto­ria, tylko ła­twe pie­nią­dze, które po­tra­fił wy­da­wać jesz­cze szyb­ciej, niż je za­ra­biali.

Co­sima opu­ściła ta­ras, by wziąć prysz­nic i się ubrać. Przed wyj­ściem do biura chciała się za­trzy­mać na kawę u Al­le­gry. Lu­biła być przy biurku przed ósmą rano. Mu­siała od­po­wie­dzieć na całą masę mejli od do­staw­ców i waż­nych klien­tów, lu­dzi, któ­rzy do­ce­niali Sa­ve­rio i ni­gdy nie mieli dość ich pro­duk­tów - było wśród nich wiele sław, a także nowi klienci bła­ga­jący o moż­li­wość za­kupu któ­re­goś z ar­ty­ku­łów. Firma od­no­siła już te­raz o wiele więk­sze suk­cesy niż za cza­sów jej ojca. Wciąż jesz­cze była to cza­sami walka, ale Co­sima miała wiel­kie ma­rze­nia i wie­rzyła, że pew­nego dnia nie bę­dzie już mu­siała się mar­twić o pie­nią­dze. Do tego czasu dbała o to, by uho­no­ro­wać imię firmy, kon­ty­nu­ować tra­dy­cje - jak by tego chcieli jej dzia­dek i oj­ciec. Roz­wój firmy przez ostat­nich pięt­na­ście lat był długą, mor­der­czą wspi­naczką - sprze­daż tylko w tych dwóch mia­stach, gdzie chcieli sprze­da­wać oj­ciec i dzia­dek, usza­no­wała jed­nak ich ży­cze­nie.

Jako trzy­dzie­sto­ośmio­latka, czuła, że do­piero za­czyna. Wciąż mieli do prze­by­cia długą drogę, ale była pewna, że się uda. My­ślała o otwar­ciu tym­cza­so­wego sklepu na dwa ty­go­dnie z oka­zji ty­go­dnia mody w Me­dio­la­nie, tak by marka po­zo­stała w obiegu i utrzy­mała wi­docz­ność w in­nym mie­ście w cza­sie, gdy bę­dzie tam pa­no­wał duży ruch, co przy­cią­gnę­łoby uwagę. Cią­gle miała nowe po­my­sły na roz­wój marki. Bio­rąc pod uwagę, od czego za­czy­nała jako dwu­dzie­sto­trzy­latka - nie­przy­go­to­wana do pro­wa­dze­nia firmy - bar­dzo do­brze so­bie po­ra­dziła. Nie­stety, było jesz­cze mnó­stwo do zro­bie­nia. Każ­dego dnia mu­siała się mie­rzyć z no­wymi wy­zwa­niami. Każ­dego ranka nie mo­gła się do­cze­kać mo­mentu, w któ­rym wresz­cie usią­dzie za biur­kiem. Ko­chała tę firmę i wszystko, co re­pre­zen­to­wała. Był to szczyt ele­gan­cji i szyku.

Wsta­wał nowy dzień, po­ra­nek za­pie­rał swym pięk­nem dech w pier­siach. Co­sima prze­cze­sała swoje dłu­gie blond włosy i nie pa­trząc w lu­stro, upięła je w kok. Po pięt­na­stu la­tach pro­wa­dze­nia firmy wciąż się cie­szyła na to, co ją czeka, gdy wcho­dziła pod prysz­nic i roz­po­czy­nała dzień. Była wdzięczna za to, jak da­leko za­szli. Mi­łość do firmy na­pę­dzała ja do dzia­ła­nia. Wie­działa, że sa­mo­dziel­nie utrzy­my­wała ją przy ży­ciu przez ostat­nie pięt­na­ście lat i że dzięki pa­sji i cięż­kiej pracy oca­liła ją i udo­sko­na­liła. Ro­dzina i firma to było całe jej ży­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki