Paladyn tom 1. Proroctwo - Mark Frost

-
Proszę czekać

 

Prowler

Will minął ostatnie zabudowania miasteczka. Teraz biegł pod górę drogą, na której końcu znajdowała się zamknięta brama. Przecisnął się między słupami ogrodzenia i podążał leśną przecinką. Słońce wisiało nisko, zalewając stoki gór żywym, czystym światłem.

Przez płuca Willa przepływały hektolitry powietrza, gdy biegł serpentynami w głębokim kanionie. Chwilę później droga się wypłaszczyła i wiodła grzbietem góry, by za chwilę znów stać się bardziej stroma. Po obu jej stronach rosły gęste zarośla, składające się głównie z wyschniętych krzewów jeżyn. Światło słońca powoli gasło, zapadał zmierzch. Will zatrzymał się i obejrzał za siebie. W dolnych partiach wzgórza zauważył dziwny krąg światła, wyglądający tak, jakby ostatnie promienie słońca skupiało wielkie szkło powiększające. Światło było tak jasne, że chłopak miał wrażenie, iż las może się od niego zapalić.

To najdziwniejszy dzień w moim życiu, pomyślał. Tuż po czarnym sedanie i prowlerze pojawia się doktor Robbins, a potem fałszywa Belinda. A może istnieje między tym wszystkim związek... A zgodnie z zasadą numer 27 musi jakiś być... Tylko jaki?

Test. To na pewno to. A jeśli jego wynik przyciągnął jeszcze czyjąś uwagę? Kogoś, kogo plany względem Willa nie są ani trochę pozytywne i dobrotliwe jak plany Centrum?

A jeśli to test wywołał to, co przydarzyło się jego mamie?

Will usłyszał dziwny stłumiony dźwięk przypominający drapanie. Coś przedzierało się przez zarośla mniej więcej tam, gdzie wcześniej widział krąg światła, który teraz zniknął bez śladu. Usłyszał trzask łamanych gałęzi. To pewnie jeleń. Pełno ich w tych lasach. Zaraz jednak z drugiej strony drogi dobiegły kolejne, jeszcze głośniejsze szmery.

Will się zatrzymał. W tej samej chwili ustał szelest. Zaczął biec, a dźwięki wraz z nim.

Jakie zwierzę zachowuje się w ten sposób?

Will znów przystanął, lecz tym razem ruch, i to po obu stronach, nie ustał. Dźwięki były coraz bliżej. Czyżby to pumy? Raczej nie. Co prawda żyły w tym rejonie, ale od dawna nikt ich nie widział. Co więcej, one zawsze polują samotnie.

Usłyszał niski gardłowy pomruk.

Kojoty. To na pewno kojoty. Will zauważył ruch w zaroślach. Gałęzie krzewów poruszały się, w miarę jak stado podchodziło coraz bliżej.

Kierunek wiatru się zmienił i chłopak poczuł smród. Spalona guma albo włosy z dużą domieszką zgniłych jaj. Czy to na pewno zapach zwierząt? Podniósł grubą gałąź leżącą tuż przy ścieżce. Stwierdził, że na polanie lawina błotna zatrzymała się kiedyś na krzewach.

Patrzył zdumiony, jak w błocie zaczynają pojawiać się dołki. Były okrągłe, przypominały ślady kościstych kłykci. Pojawiały się regularnie: najpierw dwa, potem jeden, dwa i znowu jeden, z długimi przerwami. Wyglądało to tak, jakby do Willa zbliżała się jakaś trójnożna istota.

Po obu stronach drogi rozległo się warczenie. Można było wyróżnić niskie bełkotliwe dźwięki, przerywane chrząknięciami i rytmicznym rzężeniem. Will miał wrażenie, że słyszy coś w rodzaju mowy...

Zalała go zimna fala strachu.

Stąd jest tylko jedna droga ucieczki, pomyślał. I cokolwiek tu idzie, nie mogę pozwolić, by mi ją odcięło.

Odwrócił się i pomknął w dół stoku. Po chwili usłyszał, że bestie pędzą za nim, zawodząc dziko. Kiedy się uchylił, jakiś wielki ciemny kształt przeskoczył przez niego i wylądował dokładnie przed nim, zagradzając mu drogę. Nie zwalniając, Will zamachnął się z całej siły gałęzią, która złamała się, uderzając w coś, czego nie mógł dostrzec. Cokolwiek to było, zaryczało z bólu.

Siła uderzenia odrzuciła go na bok. Prawie upadł, lecz szybko odbił się i znowu biegł, ile sił w nogach. Koszmarna istota, którą zdzielił gałęzią, ruszyła za nim. Coś świsnęło w powietrzu, przecięło bluzę Willa i rozorało mu plecy. Czując ostre ukłucie bólu, ruszył jeszcze szybciej w dół krętej ścieżki.

Ściemniało się. Wciąż słyszał za sobą pościg, ale udało mu się trochę zwiększyć dystans. Wszedł w ostry zakręt, ani trochę nie zwalniając. Gdy postawił na ziemi lewą stopę, by odbić się w prawo, trafił na miękkie błoto i się poślizgnął. Stracił równowagę, upadając, obrócił się i...

...wylądował na lewym boku, potoczył się i wyciągnął ręce, by wyhamować poślizg. Zatrzymał się po zewnętrznej stronie zakrętu, cudem unikając upadku z wysokiej skarpy w nieprzenikniony mrok.

Will wstał z trudem i kulejąc, ruszył dalej. Usłyszał za sobą ohydne poszczekiwanie, coś mokrego i wstrętnego węszyło, dysząc ciężko. Stwory były teraz niecałe trzydzieści metrów za nim i szybko się zbliżały. Do końca przecinki zostało jeszcze około czterystu metrów. W tym tempie nie ma szans dobiec tam przed nimi.

Na drodze poniżej w ciemności poruszało się szybko jasne światło. Silnik zaryczał ogłuszająco i przed Willem pojawiły się jasne jak blask fleszy światła. Czy to czarny sedan? Oślepiony Will nie mógł tego ocenić.

Rzucił się na pobocze. Gdy samochód go mijał, czuć było żar bijący od potężnego silnika. Nagle auto zwinnym ślizgiem zawróciło o sto osiemdziesiąt stopni, czemu towarzyszył swąd spalonej gumy. To jednak nie był sedan. Oślepiony przez przednie światła, Will rozpoznał ciemną sylwetkę prowlera, którego widział dziś przed kawiarnią. Zauważył też ogromną postać za kierownicą.

Z podwójnych rur wydechowych, przy wtórze ogłuszającego ryku, wytrysnęły promienie. Za samochodem wyrosła ściana ognia, w którą wbiegły stwory ścigające Willa. Ich warczenie zmieniło się w wysokie wycie. Will widział, jak bezkształtne cienie skręcają się w płomieniach.

Samochód z piskiem opon zatrzymał się tuż przy nim.

- Wskakuj! - rzucił kierowca. Był to ten sam głos, który Will słyszał przed kawiarnią dziś rano. W swojej głowie.

Will runął na tylne siedzenie, a kierowca ruszył, od razu z olbrzymią prędkością. Chłopak spojrzał do tyłu i zobaczył, jak płonące stwory spadają ze skarpy, kreśląc w powietrzu ogniste spirale i ginąc w ciemności.

Samochód w okamgnieniu dotarł do otwartej bramy i w kilka chwil znalazł się w dolinie. Will kulił się, gdy wchodzili w zakręty z niewiarygodną wprost szybkością. Kierowca pochylał się nad kierownicą. W świetle mijanych latarni Will zauważył na jego skórzanej kurtce dużą okrągłą naszywkę. Znajdowały się na niej trzy obrazki i słowa, lecz chłopak nie mógł dojrzeć szczegółów.

Nagle prowler zatrzymał się w plamie ciemności.

- Wysiadka - powiedział kierowca.

Will wyskoczył z samochodu i odwrócił się w jego stronę. Kierowca pozostawał w cieniu, siedział nieruchomo, wpatrując się w niego zza ciemnych okularów. Bijące od niego napięcie i nieprzyjemny bezruch napawały grozą.

- Co to było? - zapytał Will.

- Nie chcesz wiedzieć - odparł kierowca.

- Ale..

- Olej to. Pewnie myślisz, żeś chwat, koleżko, ale jeśli nie chcesz wtopić za pędraka, na przyszłość nie bądź takim gamoniem.

Will nie potrafił rozpoznać dziwacznego akcentu kierowcy.

- Przepraszam, ale nie zrozumiałem, co pan powiedział.

Kierowca pochylił się w stronę światła, zsuwając okulary. Spod groźnych czarnych brwi patrzyły na Willa oczy o drapieżnym spojrzeniu. Mężczyzna miał na twarzy blizny. Mnóstwo blizn.

Podniósł palec wskazujący.

- A to był pierwszy raz - powiedział, po czym wcisnął pedał gazu. Prowler ruszył i zniknął za zakrętem, a warkot jego silnika cichł szybko w ciemnej nocy.

Will się rozejrzał. Stał kilkanaście metrów od tylnych drzwi swojego domu. Przez otwarte okno sączyła się muzyka, kobiecy głos śpiewał przy wtórze staromodnie grającego big-bandu:

Jeśli idziesz dziś do lasu, Sto tam czeka niespodzianek. Jeśli idziesz dziś do lasu, Lepiej będzie iść w przebraniu.

 

PALADYN Przymierze Tom II

Nr 4: Kiedy wydaje się, że to koniec, tak naprawdę wszystko dopiero się zaczyna.

Adżaj położył na stole połyskującą czarno-białą fotografię.

- Na oryginale widać dużo więcej szczegółów - rzekł.

Było to to samo zdjęcie, które widzieli wcześniej na filmie od Brooke. Pochodziło z 1937 roku, przedstawiało Rycerzy Karola Wielkiego goszczących Henry'ego Wallace'a, który niebawem miał zostać wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Spojrzenie Willa natychmiast powędrowało do jednego z dwunastu młodych mężczyzn siedzących przy stole. Był to uczeń, jeden z rycerzy. Ten sam, którego gdy za pierwszym razem patrzył na zdjęcie, rozpoznał, ale nie mógł skojarzyć, kim jest. Teraz udało mu się to bez problemu,

Był to Hobbes. Łysy człowiek w czerni.

Chłopak nie rozumiał, jak to możliwe. Zdjęcie zrobiono ponad siedemdziesiąt lat temu. Wtedy jednak stało się coś jeszcze dziwniejszego.

Will rozpoznał innego ucznia siedzącego przy stole naprzeciwko Hobbesa. Patrzył prosto w obiektyw aparatu i się uśmiechał. Im dużej Will mu się przyglądał, tym bardziej był pewny. Zdjęcie zrobiono, zanim celowo lub przypadkiem zmieniono go w inwalidę, jakim był dzisiaj.

Tym uczniem był Happy "Pociecha" Nepsted.

Nr 1: Dbaj o porządek w głowie.

Nr 2: Skup się na tym, czym aktualnie się zajmujesz.

Nr 3: Nie zwracaj na siebie uwagi.

Nr 4: Kiedy wydaje się, że to koniec, tak naprawdę wszystko dopiero się zaczyna.

Nr 5: Nie ufaj nikomu.

Nr 6: Bądź zawsze świadom realności chwili. Wszystko, co mamy, to "tu i teraz".

Nr 7: Sprzyjający los należy wspomóc dobrym planem.

Nr 8: Zawsze bądź gotowy improwizować.

Nr 9: Patrz, obserwuj i słuchaj, bo inaczej może ci umknąć coś ważnego.

Nr 10: Nie reaguj gwałtownie, gdy sytuacja cię zaskakuje. Zachowaj się odpowiednio.

Nr 11: Ufaj swojej intuicji.

Nr 13: Masz tylko jedną szansę zrobić pierwsze wrażenie.

Nr 14: Im ważniejsze pytanie, tym wcześniej je zadaj.

Nr 15: Działaj szybko, ale się nie spiesz.

Nr 16: Zawsze patrz ludziom w oczy. Podając im rękę, rób to tak, by to zapamiętali.

Nr 17: Każdy dzień zacznij od myśli: "jak dobrze jest żyć". Jeśli to nie wystarcza, powiedz to na głos - to sprawi, że na pewno to poczujesz

Nr 18: Jeśli nr 17. nie zadziała, wylicz dobre strony swojego życia.

Nr 19: Kiedy sprawy źle idą, traktuj niepowodzenia jak sposób na to, by się przebudzić.

Nr 20: Wnioski powinny opierać się na przesłankach.

Nr 23: Kiedy pojawiają się kłopoty, myśl szybko i działaj zdecydowanie.

Nr 25: Nieważne, w co każą ci wierzyć, liczy się to, w co wierzysz ty sam. Papier i pióro, które po nim pisze, są nieistotne. Ważna jest ręka, która je prowadzi.

Nr 26: Gdy coś zdarza się raz - to anomalia. Dwa - zbieg okoliczności, trzy razy to prawidłowość. A jak wiemy...

Nr 27: Nie istnieje coś takiego jak zbieg okoliczności.

Nr 28: Lepiej być niedocenianym. W ten sposób inni nie będą mieli pewności, na co cię stać.

Nr 30: Czasem najlepszą metodą poradzenia sobie z agresorem jest uderzenie. I to mocno.

Nr 31: Czasami to nie takie złe, gdy uznają cię za wariata.

Nr 34: Zachowuj się, jakbyś to ty rządził, a ludzie ci uwierzą.

Nr 40: Nigdy się nie tłumacz.

Nr 41: Śpij, kiedy jesteś śpiący. Koty drzemią, kiedy mogą, i dlatego są zawsze gotowe do działania.

Nr 45: Współpracuj z władzami, ale nie wydawaj im przyjaciół.

Nr 46: Jeśli nieznajomi wiedzą, co czujesz, mają nad tobą przewagę.

Nr 48: Nie zaczynaj walki, jeśli nie jesteś pewny, że szybko ją wygrasz.

Nr 49: Kiedy nic innego nie pomaga, po prostu oddychaj.

Nr 50: Gdy panuje chaos, pamiętaj o regułach. Wprowadzaj ład krok po kroku.

Nr 51: Jedyną rzecz, której nie wolno ci stracić, jest nadzieja,

Nr 54: Jeśli nie możesz przyjść punktualnie, przyjdź wcześniej.

Nr 55: Jeśli nie zamierzasz się przygotować, spodziewaj się klęski.

Nr 59: Czasem dowiesz się więcej, gdy zadasz pytanie, na które już znasz odpowiedź.

Nr 60: Jeśli nie podoba ci się odpowiedź, jaką usłyszałeś, nie powinieneś był zadawać pytania.

Nr 61: Jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione porządnie, zrób to sam.

Nr 63: Jeśli musisz kłamać, zawrzyj w kłamstwie ziarno prawdy.

Nr 65: Najgłupszy jest zawsze ten, kto pierwszy przechwala się swoją mądrością.

Nr 68: Nigdy nie podpisuj dokumentu, który nie został zaaprobowany przez twojego prawnika.

Nr 72: Kiedy jesteś w nowym miejscu, zachowuj się tak, jakbyś już tam wcześniej był.

Nr 73: Poznaj różnicę między strategią a taktyką.

Nr 75: Kiedy musisz podjąć szybką decyzję, nie pozwól, by to, co niemożliwe, przesłoniło ci twoje możliwości.

Nr 76: Kiedy zyskasz przewagę, wykorzystaj ją do samego końca.

Nr 77: Szwajcarska armia być może nie jest zbyt potężna, ale nigdy nie opuszczaj nigdy domu bez szwajcarskiego scyzoryka.

Nr 78: Powód, dla którego pewne rzeczy nazywane są klasykami, jest prosty: są po prostu klasykami.

Nr 79: Nie pozwól, by czyjeś nieszczęście było źródłem twojej radości.

Nr 81: Nigdy nie bierz więcej, niż potrzebujesz.

Nr 82: Dbaj o życie swojego umysłu, bo inaczej będziesz żył bezmyślnie.

Nr 83: Może to trąci paranoją, ale lepiej mieć pewność, niż potem mieć kłopoty.

Nr 84: Gdy nic innego nie działa, spróbuj czekolady.

Nr 86: Nigdy nie denerwuj się, rozmawiając z piękną dziewczyną. Udawaj po prostu, że też jest normalną osobą.

Nr 87: Mężczyźni szukają towarzystwa, a kobiety współczucia.

Nr 88: Zawsze słuchaj osoby z gwizdkiem.

Nr 91: Nie ma i nie powinno być granic tego, co facet może zrobić, by wywrzeć odpowiednie wrażenie na tej właściwej.

Nr 92: Jeśli chcesz, by ludzie powiedzieli ci więcej, mów mniej. Otwórz oczy i uszy, a zamknij buzię.

Nr 94: Większość sprzętu i broni, jakich możesz potrzebować, znajdziesz w domu.

Nr 96: Naucz się na pamięć dziesięciu poprawek do Konstytucji.

Nr 97: Majtki i okulary: zawsze miej zapasowe.

Nr 98: Nie przyglądaj się swojemu życiu, jakby to był film, coś, co przydarza się komuś innemu. Twoje życie dotyczy ciebie. I toczy się właśnie teraz.

OTWÓRZ WSZYSTKIE DRZWI I PRZEBUDŹ SIĘ.

 

Czwartek, jakich wiele

"Dbaj o porządek w głowie".

Każdego dnia, zanim otworzył oczy, Will West przypominał sobie to zdanie. Kiedy jednak oczy miał już otwarte, dokładnie te same słowa witały go wypisane wielkimi literami na płótnie na ścianie naprzeciwko:

Nr 1: Dbaj o porządek w głowie.

Drukowane litery, każda wysoka na trzydzieści centymetrów. Numer jeden na Ojcowskiej Liście Zasad do Stosowania w Życiu. Oto jak wysoko w hierarchii ojciec Willa stawiał porządek w głowie. Jednak pamiętać o tej zasadzie to jedno, a stosować zasadę numer 1, i to będąc człowiekiem o tak gorącej głowie jak Will, to zupełnie coś innego. Być może to właśnie z tego powodu tatko Willa umieścił tę myśl na samym początku swojej listy (oraz na samym środku ściany pokoju syna).

Will zsunął się z łóżka i przeciągnął. Rzut oka na iPhone'a: siódma zero jeden. Włączył kalendarz i przyjrzał się swojemu planowi dnia na czwartek, siódmego listopada:

- poranny bieg przełajowy

- 72. dzień drugiej klasy szkoły średniej

- popołudniowy bieg przełajowy

Super. Dwa biegi, a pomiędzy nie wciśnięte siedem godzin kosmicznej nudy. Will odetchnął porannym powietrzem i podrapał się energicznie w głowę. Czwartek, siódmego listopada, zapowiadał się beztrosko i przyjemnie.

Dlaczego więc czuję się, jakbym miał iść na ścięcie?

Mimo usilnych starań nie mógł tego zrozumieć. Kiedy się ubierał, do jego pokoju zaczęły wpadać radosne promienie słońca. Oto jedna z największych zalet mieszkania w południowej Kalifornii: najlepsza pogoda na świecie. Will rozsunął zasłony i spojrzał na łańcuch gór Topa Topa wyrastających pod niebo tuż za jego oknem.

O rany! Góry przyprószone były śniegiem przyniesionym przez wczesnozimową burzę, która szalała zeszłej nocy. Teraz podświetlone przez poranne słońce szczyty były bardziej wyraziste i czystsze niż na najlepszym zdjęciu. Will usłyszał znajomy śpiew i zobaczył ptaka siedzącego na gałęzi. Naprzeciwko jego okna usiadł mały kos z białym brzuszkiem. Kręcił głową i wpatrywał się w Willa, ciekawski i nieustraszony. Pojawiał się już któregoś poranka z rzędu. Po prostu sielanka.

A więc wszystko w porządku. Nic złego się nie dzieje.

Lecz jeśli naprawdę tak jest, skąd to uporczywe poczucie, że nadciąga coś naprawdę niedobrego? Może to przez ten koszmar z zeszłej nocy?

Niespokojna myśl dopraszała się uwagi: być może ta burza przyniosła coś więcej niż śnieg?

Ale co? O cóż miałoby tutaj chodzić? Czyżby przyśnił mu się śnieg? Czy we śnie ktoś biegł, a może uciekał? Ulotne wspomnienie snu wyparowało, nim Will zdołał je uchwycić.

Nieważne. Dość tych głupot. Trzeba skończyć z tym wariactwem. Will umył się prędko i zbiegł na dół.

Mama była w kuchni, kończyła właśnie drugą filiżankę kawy. Na nosie miała okulary, do których przymocowana była tasiemka zapobiegająca ich zgubieniu. Mama dotykała ekranu telefonu, układając plan dnia.

Will zajrzał do lodówki i wziął koktajl witaminowy.

- Nasz ptak znów się pokazał - oznajmił.

- To bardzo ciekawskie stworzenie, pewnie chce nas lepiej poznać - odpowiedziała mama. Odłożyła telefon i uściskała Willa. Nigdy nie przepuściła okazji, by go uściskać, zaliczała się do tych entuzjastów przytulania swoich pociech, dla których w chwili, gdy brali je w ramiona, świat przestawał istnieć. Niestety, nie zauważała też zażenowania chłopaka, kiedy ściskała go przy ludziach.

- Ciężki dzień przed tobą? - zapytał Will.

- Jak licho. A twój?

- Normalka. Do miłego, lecę. Na razie, mamo.

- Na razie. Pamiętaj, że cię kocham. - Will, zbliżając się do drzwi, słyszał, jak mama pobrzękuje bransoletkami, znów dotykając ekranu telefonu. - Zawsze i niezmiennie.

- Też cię kocham.

Niebawem miał się zastanawiać, jak cudownie by było, gdyby wtedy zawrócił, został z nią i nigdy jej nie opuszczał.

Zbiegł po schodkach na podwórko i rozmasował mięśnie nóg. Wciągnął pierwszy orzeźwiający haust zimnego, czystego, porannego powietrza i wypuścił z ust obłok pary. Był gotowy do biegu. Właśnie zaczynała się jego ulubiona pora dnia... Jednak nieoczekiwanie ogarnął go posępny, okropny mrok i przeczucie, że zdarzy się nieszczęście.

Nr 17: Każdy dzień zacznij od myśli: "jak dobrze jest żyć". Jeśli to nie wystarcza, powiedz to na głos - to sprawi, że na pewno to poczujesz.

- Jak dobrze jest żyć - powiedział bez przekonania.

Cholera, w tej chwili siedemnasty punkt na liście ojca wydawał się najgłupszy ze wszystkich. Istniały jednak obiektywne przyczyny tego, że coś nie grało. Na dworze było niecałe dziewięć stopni i panowała wilgoć, a po wczorajszym treningu na siłowni bolały go mięśnie. Co więcej, przez całą noc miał koszmary. Jestem po prostu zmęczony. Gdy zacznę biec, zaraz poczuję się lepiej.

Nr 18: Jeśli nr 17. nie zadziała, wylicz dobre strony swojego życia.

Will uruchomił stoper w telefonie i zaczął spokojny trucht. Jego nowe buty do biegania miękko uderzały w chodnik. Dwa kilometry i dwieście metrów do kawiarni, gdzie umówiony był z resztą drużyny biegaczy. Planowany czas dotarcia do celu: siedem minut.

Spróbował rady numer osiemnaście.

Zaczął od mamy i taty. Wszystkie inne dzieciaki bez przerwy narzekały na swoich starych, ale nie Will. Powód był prosty: Will West wygrał rodziców na loterii. Byli mądrzy, sprawiedliwi i uczciwi, zupełnie inni niż ci wszyscy mądrale wygłaszający kazania, którzy gdy tylko dzieci nie było w pobliżu, skwapliwie łamali każdą ustanowioną przez siebie zasadę. Rodzice Willa liczyli się z jego uczuciami, nigdy nie ignorowali jego zdania i nigdy nie przesadzali z karceniem, nawet gdy sprawdzał granice ich wytrzymałości. Ich zasady były jasne i wyważone, dawali mu luz, ale byli też na tyle troskliwi, że chłopak mógł się czuć niezależny i jednocześnie bezpieczny.

Dobra, mają swoje zalety.

Z drugiej jednak strony, byli trochę dziwni i mieli mnóstwo tajemnic. Co więcej, żyli jak nomadowie, co kilkanaście miesięcy zmieniając miejsce zamieszkania. Will nie mógł się z nikim zaprzyjaźnić ani związać z miejscem, w którym żyli. Pewnie, na co komu kumple, skoro jedynymi przyjaciółmi na świecie są rodzice? I co z tego, że będzie przez to cierpiał do końca życia? Ha, pewnie kiedyś problem zniknie, ale dopiero po latach spotkań z psychologiem i po całym wagonie leków przeciwdepresyjnych.

Proszę, oto wspaniała lista zalet. Rzeczywiście podnosi na duchu, pomyślał z goryczą Will.

Przestał odczuwać chłód poranka już dwie przecznice dalej. Jego mocno bijące serce tłoczyło do głowy naładowaną endorfinami krew, dolina budziła się do życia. Tak jak uczyli go rodzice, wyciszył umysł i wyczulił zmysły. Wciągnął ożywcze powietrze niosące aromat dzikich ziół rosnących w ogrodach dzielnicy East End, mokrych i błyszczących po nocnym deszczu. Zaszczekał pies, spłoszony kot zaczął uciekać. Między wzgórzami na horyzoncie, wiele kilometrów dalej, Will dojrzał ciemnobłękitny skrawek Oceanu Spokojnego w pierwszych promieniach słońca.

Dobrze jest żyć, przeszło mu przez myśl. Teraz nie brzmiało to już tak sztucznie.

Skierował się w stronę miasteczka, biegł między domami farmerów stojących coraz gęściej, w miarę jak zbliżał się do centrum. Po zaledwie kilku miesiącach zdążył polubić Ojai bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce, w którym zdarzyło im się mieszkać. Atmosfera małego miasteczka, a także wygodny i naturalny styl życia prowincji były wytchnieniem po męczącym życiu w wielkim mieście. Miasteczko Ojai leżało w głębokiej i żyznej dolinie wśród nadmorskich gór, dostęp do niej umożliwiały tylko dwie wąskie przełęcze leżące na jej przeciwległych krańcach. Pierwotni mieszkańcy tych okolic, Indianie Czumasz, nazwali ją Ojai, czyli Dolina Księżyca. Po setkach lat życia tutaj Czumaszowie zostali wysiedleni przez "cywilizację" w mniej niż dziesięć lat. I jak im teraz powiedzieć, że mogą wracać i znowu czuć się jak u siebie?

Will zdawał sobie sprawę, że i jego rodzina wyniesie się kiedyś z tego niemal doskonałego miejsca. Zawsze tak się działo. Chociaż dolina Ojai bardzo mu się podobała, nauczył się, co nie było łatwe, nie przywiązywać się do miejsc i ludzi.

Przez skrzyżowanie przemknął czarny sedan. Przez przyciemnione szyby Willowi nie udało się dostrzec kierowcy.

Szukają adresu i nie mogą znaleźć, pomyślał. Zaraz jednak zadał sobie pytanie: skąd ja to wiem?

Z kieszeni chłopca dobiegła cicha melodia grana na cymbałkach. Wyjął telefon i przeczytał pierwszą dzisiaj wiadomość od ojca: JAK CI MIJA DZIEŃ?

Will się uśmiechnął. Tatko zawsze nadużywał CapsLocka. Chłopak już setki razy usiłował mu wytłumaczyć zasady pisania wiadomości tekstowych: "Kiedy piszesz wielkimi literami, TO TAK, JAKBYŚ KRZYCZAŁ!".

- Ale ja przecież krzyczę - odparł ojciec. - ZWRÓĆ NA MNIE UWAGĘ, JESTEM TUTAJ, SYNU!

Will odpisał: "Jak tam konferencja? I jak ci się podoba w wielkim San Francisco?". Potrafił pisać na telefonie, gdy biegł. Potrafiłby pisać na nim, zjeżdżając spiralnymi schodami na jednokołowym rowerku...

Will stanął jak wryty, zanim usłyszał pisk opon na mokrej jezdni. Kątem oka dostrzegł ciemny kształt.

Czarny sedan. Otoczony chmurą spalin, z głośno pracującym silnikiem stał naprzeciwko Willa. Dosyć nowoczesny czterodrzwiowy model jakiejś niewyróżniającej się amerykańskiej marki, której chłopak nie potrafił zidentyfikować. To dziwne: na aucie nie było żadnego logo, ozdób ani znaków szczególnych. W rogu przedniej, dość zwyczajnej tablicy rejestracyjnej pochodzącej spoza Kalifornii, zamiast znaków czy liter widniała mała amerykańska flaga. Ale nie był to samochód żadnych państwowych służb. Pod maską słychać było odgłos silnika godny wyżyłowanej wyścigówki.

Przez ciemne szyby nie sposób było czegokolwiek dostrzec. Willowi przypomniało się, że takie przyciemniane szyby są nielegalne. Czuł jednak, że ktoś na niego patrzy. Skoncentrował się, dźwięki dookoła przycichły, czas się zatrzymał...

Ciszę przerwał dźwięk cymbałków. Kolejna wiadomość od ojca: BIEGNIJ, WILL.

Nie odrywając wzroku od telefonu, Will zarzucił na głowę kaptur bluzy i pomachał przepraszająco ręką w stronę ciemnej przedniej szyby samochodu. Podniósł komórkę, dając znać: "To jakaś pomyłka. Jestem tylko zabłąkanym nastolatkiem. Kimś zupełnie bez znaczenia".

Paroma ruchami palca dyskretnie zrobił zdjęcie sedanowi, po czym wrzucił aparat do kieszeni i pobiegł dalej.

Może będzie to wyglądało tak, jakbym po prostu biegł dalej, a nie uciekał, pomyślał Will. Aha, i lepiej nie oglądać się za siebie.

Biegnąc, nasłuchiwał niskiego tonu silnika. Samochód ruszył, szybko nabrał prędkości i zniknął w uliczce po lewej.

Wtedy Will usłyszał czyjś głos: "Pasuje do opisu. Możliwe, że udało się nawiązać kontakt wzrokowy".

Hej, skąd wziął się ten głos w jego głowie? I do kogo należy?

"To kierowca - usłyszał odpowiedź. - Rozmawia przez krótkofalówkę. Mówi o tobie".

Serce Willa zaczęło bić szybciej. Dzięki treningom jego tętno w czasie spoczynku wynosiło pięćdziesiąt dwa uderzenia na minutę. Do setki zbliżało się, dopiero gdy chłopak miał za sobą trzy kilometry biegu. Teraz jednak jego serce galopowało szybciej, niż powinno.

Czy tata kazał mi BIEC, bo chciał, żebym utrzymał tempo, czy mnie ostrzegał (i to z San Francisco), że ten samochód to coś niedobrego?

Nagle Will usłyszał warkot silnika czarnego sedana. Ktoś zapamiętale zmieniał biegi i ostro przyspieszył. Wracał.

Will skręcił w niewyasfaltowaną alejkę. Tuż za nim sedan wjechał na ulicę, którą chłopak przed chwilą biegł. Nim jednak samochód dotarł na wysokość alejki, Will rzucił się w prawo, przeskoczył przez płot i znalazł się na podwórku pełnym pozostałości po Halloween. Przesadził barierkę i wylądował na betonowym podjeździe przed czyimś domem.

A niech to, z domu wyskoczył pies o wrednym pysku, warcząc groźnie. Will popędził w stronę bramy na końcu podjazdu i szybko ją przeskoczył, w tym samym momencie rozpędzony pies runął na płot, kłapiąc zębiskami.

Gdzieś za domami Will znowu usłyszał warkot potężnego silnika, sedan dojeżdżał do kolejnej przecznicy. Will zatrzymał się za wysokim żywopłotem. Wyjrzał i kiedy upewnił się, że teren jest czysty, przebiegł sprintem przez uliczkę, na trawnik przed kolejnym domem. Podwórko z tyłu odgrodzone było od ulicy wysokim na prawie dwa metry drewnianym płotem. Will wyrównał krok, wybił się, złapał ogrodzenia i lekko wylądował w następnej alejce...

...zaledwie kilka kroków od zaspanej kobiety trzymającej w rękach aktówkę i kubek z kawą, zabierającej się do otwierania drzwi volvo. Zaskoczona jego nagłym pojawieniem się, podskoczyła jak rażona prądem. Kubek upadł na ziemię i toczył się, rozlewając zawartość.

- Przepraszam - rzucił Will.

Przebiegł przez uliczkę i kolejne dwa podwórka, słysząc w tle jednostajny i złowróżbny warkot silnika sedana. Zatrzymał się i oparł o czyjś garaż. Czuł, że poziom adrenaliny spada, chciało mu się śmiać. Myśli tłukły mu się po głowie niczym trampki w pralce:

Jesteś bezpieczny. NIEPRAWDA. WCALE NIE JEST BEZPIECZNIE. To przypadkowy samochód. SŁYSZAŁEŚ PRZECIEŻ, CO MÓWILI! BĄDŹ CZUJNY, GŁUPKU!

Na telefonie wyświetliła się kolejna wiadomość od ojca: NIE ZATRZYMUJ SIĘ, WILL.

Popędził przez szerokie ulice na skraju dzielnicy biznesowej. Jego drużyna powinna w tej chwili czekać przed kawiarnią. Pomyślał, że wpadnie do środka i zadzwoni do taty, żeby usłyszeć jego głos. Uświadomił sobie jednak, że słyszy go TERAZ. Napominał go, by pamiętał o żelaznej zasadzie:

Nr 23: Kiedy pojawiają się kłopoty, myśl szybko i działaj zdecydowanie.

Will zatrzymał się nieopodal kościoła i rozejrzał czujnie. Dwie przecznice dalej zauważył swoją drużynę, szóstkę młodych ludzi w bluzach z napisem RANGERS na plecach. Stali wokół czegoś, co znajdowało się na krawędzi chodnika. Will nie mógł dostrzec, co to takiego.

Rzucił okiem na godzinę i oniemiał. Niemożliwe. Przebiegł dwa kilometry i dwieście metrów, z przeszkodami w postaci płotów i podwórek... w pięć minut?

Za jego plecami groźnie zawarczał silnik sedana. Chłopak włożył ręce w rękawy bluzy i spokojnie podbiegł do kolegów.

- Co jest? - rzucił, próbując zdusić panikę.

Tak jak mieli to w zwyczaju, chłopcy z drużyny powitali go milcząco. Rozstąpili się, by mógł zobaczyć to, czemu się przyglądają.

- Obczaj to, koleś - powiedział Rick Schaeffer.

Przy chodniku zaparkowany był pojazd jak z bajki. Will nie widział jeszcze takiego samochodu: był to matowoczarny plymouth prowler, smukły i majestatyczny, o nietypowym podwoziu, z aerodynamicznym przodem i kołami połyskującymi chromem. Przednie zderzaki prężyły się niczym muskuły. Rury kolektora spalin ośmiocylindrowego silnika typu V wyłaniały się spod maski, dając do zrozumienia, jaka moc drzemie w tej maszynie. Auto wykończone było efektownie, w na poły barokowym, na poły futurystycznym stylu, a całości dopełniały starannie wykończone otwory wentylacyjne o drapieżnych kształtach. Samochód wyglądał tak, jakby nie miał wieku, był jednocześnie wysłużony i jak spod igły. Należał na pewno do kogoś przyjezdnego, bo nikt z miasteczka nie byłby w stanie ukryć, że ma tak niesamowite auto. Nie sposób jednak było powiedzieć, skąd się tu wzięło: równie dobrze mogło przybyć z XIX wieku, jak i z dalekiej przyszłości.

Will poczuł na sobie wzrok kogoś siedzącego w kawiarni. Miał wrażenie, że ktoś pchnął go dwoma wyprostowanymi palcami w żebra. Podniósł wzrok, ale nie mógł dostrzec nikogo, bo w szybach odbijało się słońce, które w tym momencie wyszło zza gór.

Nie dotykajcie tego wozu!

Will usłyszał te słowa w głowie i nie miał wątpliwości, że wypowiedział je ktoś, kto mu się przyglądał. Głos był niski, szorstki i zdecydowanie groźny.

- Nie dotykajcie go! - krzyknął Will.

Zaskoczony Rick Schaeffer cofnął szybko rękę.

Człowiek o łysej czaszce siedzący za kierownicą sedana nie zauważył prowlera aż do chwili, gdy otaczające go dzieciaki zaczęły się rozchodzić. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Włączył filtr w pokładowym skanerze. Wyświetlane dotychczas zdjęcia rodziny - ojca, matki i nastolatka - zmniejszyły się do miniatur. Skierował obiektyw na efektowny samochód, a jego obraz wypełnił cały ekran i zaczął pulsować oślepiająco białym światłem.

To bez wątpienia pojazd jednego z Podróżników. Od wielu lat nie udało się spotkać żadnego z nich.

Łysy mężczyzna podniósł do ust mikrofon, który nosił na nadgarstku, i zaczął do niego mówić. Opisywał drżącym z podniecenia głosem, co właśnie zobaczył. Rozmówca natychmiast zalecił zmianę planów.

Nikomu nie udało się dotychczas dorwać żadnego z Podróżników. Właśnie nadarza się niebywała okazja. Chłopak może poczekać.

Z komory wypełnionej ciekłym azotem łysy wyjął czarny pojemnik z włókna węglowego rozmiarów sporego termosu. Mężczyzna siedzący obok wziął pojemnik i opuścił szybę. Uniósł przedmiot i zerwał hermetyczną pieczęć. Otwarte okno pozwoliło nieco rozproszyć gryzący zapach siarki, który buchnął w chwili, gdy mężczyzna przymierzał się do strzału. Mimo to zapach był bardzo mocny.

Nic go nie usunie.

Will widział, jak sedan zbliża się powoli, a następnie zrównuje z chłopakami wciąż stojącymi przy prowlerze. Kiedy ich mijał, rzucił szybkie spojrzenie. Zauważył mężczyznę wystawiającego przez okno pasażera czarny pojemnik. Coś z niego wyskoczyło, odbiło się od chodnika i zatrzymało. Kawałek gumy do żucia?

Will zaczekał, aż sedan zniknie w oddali. Sięgnął po telefon, chcąc wysłać wiadomość do ojca. Wtedy drzwi restauracji się otworzyły. Will zobaczył zniszczone, czarne, wojskowe buty z wymalowanymi, mocno już wyblakłymi językami ognia.

O nie, z tym gościem też nie chcę mieć nic wspólnego.

Popędził w stronę szkoły. Utyskując na ten nieoczekiwany start, reszta drużyny pobiegła za nim, lecz on już znikał za rogiem.

Za nimi coś, co wyglądało jak kawałek gumy do żucia, podskoczyło i wypuściło dwanaście cienkich jak u pająka nóg. Kończyny niosły ostrą jak igła głowę i brudnobrązowy tułów. To coś podbiegło do krawężnika, wybiło się w powietrze i ze sprężystym mlaśnięciem przyczepiło do tylnego lewego błotnika prowlera, w chwili gdy jego silnik zaczął pracować.

Kiedy auto ruszyło, przypominające pluskwę urządzenie wypełzło spod błotnika i szybko przemknęło po boku samochodu, zmierzając w stronę kierowcy. Przed skrzyżowaniem kierowca wystawił przez okno lewą rękę, by zasygnalizować skręt. "Pluskwa" wypuściła z głowy długi na dwa centymetry kolec i wzbiła się w powietrze, biorąc na cel kark kierowcy.

Mężczyzna wprowadził samochód w kontrolowany poślizg, a w jego ręku pojawiło się coś, co wyglądało jak niewielkich rozmiarów staromodny pistolet. Odnalazł wzrokiem unoszącą się w powietrzu "pluskwę", pociągnął za spust i z lufy pistoletu bezdźwięcznie wydobył się pulsujący strumień białego światła. "Pluskwa" napęczniała i spadła na ziemię. Wyglądała jak skwarka.

Mężczyzna schował pistolet do rękawa, kończąc jednocześnie manewr: płynny i efektowny zwrot o trzysta sześćdziesiąt stopni. Po czym odjechał.

 

Doktor Robbins

Biegnąc, Will czuł, że niepokój gryzie go niczym stado natrętnych termitów. Nie zwalniał, raz tylko obejrzał się za siebie. Nie było za nim ani czarnego sedana, ani prowlera, nie było żadnych nowych wiadomości od ojca. Nikt też nie mógł go dogonić. Will dobiegł do szkoły zupełnie sam. Tam dopiero zatrzymał stoper i ze zdumieniem stwierdził, że dwa kilometry, czyli odległość od kawiarni do szkoły, pokonał w trzy minuty i czterdzieści siedem sekund.

Pobił dziś swoje najlepsze czasy, w ciągu godziny, i to dwa razy. Do tego nawet się nie spocił. Od dawna wiedział, że jest szybki. O tym, że potrafi biec jak strzała, dowiedział się, kiedy miał dziesięć lat i gonił go pies. Will wrzucił po prostu wyższy bieg i było po sprawie. Kiedy jednak powiedział o tym rodzicom, stanowczo zabronili mu biegać tak szybko przy świadkach. Dopiero w tym roku pozwolili mu spróbować sił w biegach przełajowych i to gdy obiecał im, że będzie biegał na pół gwizdka tak podczas treningów, jak i na zawodach. Właściwie nie wiedział, jaki jest szybki, ale po porannym wyczynie był pewny, że potrafi pobić każdy znany mu rekord.

Już prawie skończył się przebierać, gdy do szatni, prawie dwie minuty po nim, wpadła reszta drużyny Rangersów. Z trudem łapiąc oddech, kilka osób rzuciło mu podejrzliwe spojrzenia.

- Co to było, West? - wysapał Schaeffer.

- Przepraszam - wymamrotał Will. - Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Will szybko wyszedł z szatni, nim ktokolwiek zadał mu jeszcze jakieś pytanie. Być może, jeśli nikt z drużyny nie spojrzał na zegarek, zapomną, jak szybko biegł. Poociąga się trochę na treningach, tak jak robił to dotychczas, i chłopaki puszczą w niepamięć to, jaką formą błysnął przed chwilą.

Jednak nic z tego wszystkiego nie rozumiał.

Przecisnął się przez tłum na korytarzu do właściwej sali i niecałą minutę przed rozpoczęciem lekcji historii zajął swoje miejsce. Rzucił okiem na iPhone'a, czy są nowe wiadomości. Nic. Tatko albo jest teraz na porannym spotkaniu, albo poszedł pobiegać.

Gdy rozległ się dzwonek, Will przełączył telefon na wibracje. Uczniowie wchodzili do sali zmęczeni i niewyspani, zapatrzeni w komórki, za których pomocą kontrolowali swoje chaotyczne wirtualne życie. Nikt nie zwracał uwagi na Willa, co zresztą było normalne. Będąc nieustannie "nowym", Will dawno nauczył się ukrywać emocje, nie pokazując nic oprócz pozbawionej wyrazu maski.

Nr 46: Jeśli nieznajomi wiedzą, co czujesz, mają nad tobą przewagę.

Will był szczupłym, wysokim chłopakiem, który zawsze siedział z tyłu, garbił się, by nie zwracać uwagi swoim wzrostem, i starał się niczym nie wyróżniać. Był cichy i niezauważalny: tak się ubierał, tak mówił i tak szedł przez życie. Postępował dokładnie w myśl zaleceń rodziców:

Nr 3: Nie zwracaj na siebie uwagi.

W głowie wciąż pulsowała mu dręcząca myśl: BIEGNIJ, WILL. NIE ZATRZYMUJ SIĘ. Czy te wiadomości od ojca, przysłane w chwili gdy Will został namierzony przez czarnego sedana, były zwykłym zbiegiem okoliczności?

Nr 27: Nie istnieje coś takiego jak zbieg okoliczności.

Pani Filopovich prowadziła monotonny wykład. Dzisiejszy temat: wojny napoleońskie. Nawet irytujące brzęczenie wydobywające się z głośnika szkolnego interkomu było bardziej interesujące niż to, co mówiła. Połowa klasy walczyła z sennością, Will widział, jak co najmniej dwie osoby poderwały się gwałtownie po tym, gdy ich głowy zsunęły się z dłoni podpierających policzki. Powietrze w sali wydawało się gęste jak kisiel, nawet zawarty w nim tlen przestał pełnić swoją funkcję.

Myśli Willa podryfowały do słów, które ojciec powiedział mu tuż przed wyjazdem: "Zwróć uwagę na to, co ci się śni". Nagle w głowie mignął mu sen, którego wcześniej nie mógł sobie przypomnieć. Zamknął oczy, by móc mu się przyjrzeć. Błysnął pojedynczy, przelotny obraz.

Padający śnieg. Cisza i bezruch w ogromnym lesie, wielkie pnie pobielone śniegiem.

Mimo tych wszystkich przeprowadzek nigdy nie widział śniegu. Ośnieżone górskie szczyty dziś rano były dla niego nowością. Sen jednak wydawał mu się czymś więcej niż nocnym urojeniem. Miał wrażenie, że przed oczami mignęło mu miejsce, w którym kiedyś był.

Drzwi do sali uchyliły się i wszedł szkolny psycholog. Bardzo chciał pozostać niezauważony, przez co wyglądał jak mim grający włamywacza. Will znał go trochę, bo to on zaznajamiał go z nową szkołą trzy miesiące temu, w sierpniu. Pan Rasche. Tuż po trzydziestce, o sylwetce przypominającej dojrzałą gruszkę, ubrany w sztruksy i marynarkę w jaskrawą szkocką kratę, o ostrej, typowej dla intelektualisty brodzie kryjącej podwójny podbródek.

Rasche wyszeptał coś do ucha pani Filopovich. Widząc to, uczniowie ocknęli się, wdzięczni za ocalenie od niechybnej śmierci na skutek przedawkowania cesarza Francuzów.

Oczy pana Raschego spoczęły na Willu.

- Will West? - zapytał z dziwnym krzywym uśmiechem. - Chodź, proszę, ze mną.

W głowie Willa rozległy się syreny alarmowe. Wstał, marząc o tym, by zapaść się pod ziemię. Słyszał, jak po klasie rozchodzi się pomruk zaciekawienia.

- Zabierz swoje rzeczy - dorzucił Rasche głosem nijakim jak rozwodnione mleko.

Zaczekał przy drzwiach, a gdy Will wyszedł, ruszył przed nim, z podniecenia przy każdym kroku wspinając się na palce.

- Mam jakieś kłopoty? - spytał Will.

- Kłopoty? O, co to, to nie! - Rasche wyszczerzył zęby jak wilk. - Wszystko gra - dodał, kreśląc w powietrzu cudzysłów. - O, nie. - Hej, kolego, jestem z tobą. - Rasche dał chłopcu przyjacielskiego kuksańca. - To nie-sa-mo-wi-ta sprawa, zresztą zaraz sam się przekonasz.

Kiedy mijali ladę znajdującą się obok biura dyrektora szkoły, siedzący za nią pracownicy uśmiechali się promiennie do Willa, jeden nawet podniósł do góry kciuk i puścił oko.

Coś tutaj śmierdzi.

Ze swojego gabinetu wypadł dyrektor Ed Barton. Ten rubaszny człowiek o wielkiej twarzy zaczął ściskać dłoń Willa, jakby ten wygrał właśnie konkurs matematyczny.

- Panie West, zapraszam do środka, proszę, proszę. Jak dobrze, że znów się widzimy. Jaki ma pan dziś humor?

Hej, o co chodzi? Każdego innego dnia, nawet mając do pomocy klasowe zdjęcie i policyjnego psa, Barton nie potrafiłby odróżnić Willa od reszty uczniów. Choćby na zdjęciu byli tylko Will i syjamskie bliźnięta.

Z drugiej strony Will zawsze dbał o to, by być nieobecnym w dniu, kiedy szkołę odwiedzał fotograf.

- Mówiąc szczerze, trochę mnie to wszystko niepokoi - wymamrotał, gdy wraz ze szkolnym psychologiem wchodzili za Bartonem do jego gabinetu.

- A cóż cię niepokoi, Willu? - zainteresował się Barton.

- To, że każdy jest taki miły. Pewnie zaraz usłyszę jakąś tragiczną wiadomość.

Barton zarechotał i gestem pokierował chłopca w głąb pomieszczenia.

- Nic z tych rzeczy.

Rasche zamknął za nimi drzwi. Z krzesła stojącego przed biurkiem Bartona wstała jakaś kobieta i wyciągnęła do Willa rękę. Była wysoka, wysportowana i smukła. Miała na sobie ciemną, doskonale skrojoną garsonkę. Jej blond włosy związane były w koński ogon. Elegancka skórzana aktówka stała tuż przy jej zwracających uwagę wysokich szpilkach.

- Willu, oto doktor Robbins - przedstawił ją Barton.

- Miło cię poznać, Willu - powiedziała. Uścisk jej dłoni był mocny, a głęboko niebieskie, niemal fioletowe oczy przeszywały go na wylot.

Kimkolwiek jest, pomyślał Will, wygląda nieziemsko.

- Doktor Robbins ma dla ciebie naprawdę niesamowitą wiadomość - oznajmił Barton.

- Wydaje mi się, że jesteś konkretnym facetem, który woli fakty i liczby, prawda? - zapytała Robbins.

- W odróżnieniu od...

- Ludzi padających ofiarą haseł marketingowych i podprogowych reklam, które porażają ich zdolność do świadomego decydowania oraz hamują racjonalną kontrolę nad impulsami poprzez stymulację niższych partii mózgu?

Will się zawahał.

- To zależy, co zechce mi pani sprzedać.

Doktor Robbins się uśmiechnęła. Wzięła aktówkę i wyjęła z niej zgrabny laptop w czarnej błyszczącej obudowie. Postawiła go na biurku Bartona i otworzyła. Ekran natychmiast ożył i pojawiły się na nim kaskady danych przedstawionych w formie ruchomych wykresów.

Dyrektor Barton usiadł za biurkiem.

- Willu, pamiętasz na pewno standardowy test, który ty i cała twoja klasa pisaliście w sierpniu? - zapytał.

- Tak - odparł Will.

Teraz przemówiła doktor Robbins:

- Test ten jest przeprowadzany przez Narodową Agencję Oceny Szkolnictwa, poddawani mu są wszyscy uczniowie w dziesiątym roku edukacji we wszystkich szkołach publicznych w kraju.

Wskazała zbiór słupków pośrodku tabeli.

- To średnie wyniki z całego kraju zebrane w ciągu ostatnich pięciu lat.

Doktor Robbins wcisnęła klawisz, obraz powiększył się i przybliżył górną część wykresu. Słupki wyglądały jak nitki surowego spaghetti.

- To rezultaty wyróżniających się uczniów. Najlepsze dwa procent w naszym zbiorze danych.

Nacisnęła inny klawisz i obraz znowu się powiększył, ukazując tym razem samotny słupek zaznaczony czerwoną kropką. Był najwyższy i odosobniony.

W brzuchu Willa zatańczyły niespokojne motylki. O kurde.

- To jest twój wynik - ciągnęła doktor Robbins. - Jeden na, by być precyzyjną, dwa miliony trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy.

Pochyliła nieco głowę i znów się uśmiechnęła, piękna i ujmująca.

Serce podeszło Willowi do gardła, starał się ukryć narastające przerażenie. Jedno pytanie uparcie domagało się odpowiedzi: jak to się stało?

- Mój chłopak! - Barton aż zacierał ręce. - Co o tym sądzisz, Willu?

W chwili gdy pisał test, Will chodził do bardzo przeciętnej szkoły prowadzonej przez Bartona od dwóch tygodni, ale dyrektor najwyraźniej przypisywał sobie jego zasługi.

- Will? - odezwała się doktor Robbins.

- Przepraszam. Po prostu... mnie zatkało.

- To zrozumiałe. Jeśli chcesz, możemy przyjrzeć się szczegółowej analizie...

Ktoś zapukał do drzwi. Dyrektor skinął na psychologa, a ten odwrócił się i otworzył drzwi. Do środka wmaszerowała matka Willa w dużym szaliku owiniętym wokół szyi i wielkich okularach przeciwsłonecznych.

Will spodziewał się, że będzie bardzo rozczarowana. Ostro nawalił i puścił z dymem wszystkie zabiegi, by się nie wyróżniać. Ale matka tylko łagodnie się do niego uśmiechnęła.

- Czy to nie wspaniałe? - powiedziała i wyciągnęła ręce, by uściskać syna. - Wyszłam z domu od razu po tym, jak zadzwoniła doktor Robbins.

Will cofnął się i zobaczył swoje odbicie w okularach matki. To dziwne. Nigdy nie nosi ich w pomieszczeniach. Czy teraz założyła je po to, by nie mógł zobaczyć jej oczu? Udaje zachwyt, ale Will wiedział, że musi być na niego wściekła.

Kiedy Belinda West również się cofnęła, Will poczuł lekką woń papierosowego dymu.

To naprawdę dziwne, pomyślał. Ktoś musiał przy niej palić w pracy. Ale od kiedy to w Kalifornii można palić w pracy?

Zabrzęczał telefon Willa. Wiadomość od ojca: GRATULACJE, SYNU! Mama musiała dać mu cynk.

Belinda West przywitała się z wszystkimi w gabinecie i wymieniła uprzejmości.

- Zrób mi przyjemność, Willu - odezwała się doktor Robbins. - Jeśli państwo pozwolą przeprowadzę jeszcze jeden szybki test.

- Po co? - zdziwił się Will.

- Dla zaspokojenia mojej ciekawości. Kiedy wynik testu przeczy modelom statystycznym, umysł naukowca domaga się potwierdzenia. Co ty na to? Jesteś gotowy?

- A jeśli odmówię, to co się stanie?

- Wrócisz na lekcje i zapomnisz, że kiedykolwiek rozmawialiśmy.

No proszę, to sensowny argument.

- Dobrze, możemy zaczynać - powiedział Will.

 

Test

Will poszedł za doktor Robbins długim korytarzem do pustego pokoju, w którym stały mały stolik i dwa krzesła. Na stoliku leżał czarny tablet, wyglądający trochę jak miniaturowa tabliczka, na której pisze się kredą. Doktor Robbins usiadła przy stoliku i wskazała Willowi miejsce naprzeciwko siebie.

Dotknęła palcem ekranu tabletu, który rozświetlił się przy wtórze ledwie słyszalnego szumu. Palcami rozciągnęła mały czarny prostokąt dokładnie w taki sposób, w jaki rzeźbiarz modeluje mokrą glinę. Różnica była jednak taka, że tablet wyglądał, jakby był zrobiony z metalu. Kiedy skończyła, ekran kilkukrotnie powiększył swoje rozmiary i teraz zajmował prawie cały blat stolika.

- Cóż to, u licha, jest? - zdziwił się Will.

- Sza. Nie mogę zdradzić ci za dużo sekretów naraz - zażartowała. - Przyłóż tutaj ręce.

Na ekranie pojawiły się kontury dwóch dłoni, ciemność obok jasnych linii wyglądała jak nieskończona głębia. Will poczuł się, jakby spoglądał na nieruchomą taflę jeziora skąpaną w świetle księżyca.

Położył ręce na obrysach. W chwili gdy zetknęły się z urządzeniem, ekran zamruczał nisko. Linie wokół dłoni Willa pojaś­niały, by za moment zniknąć. Jego ręce znajdowały się teraz nad ciemną otchłanią.

- Zadam ci kilka pytań - powiedziała doktor Robbins. - Odpowiadaj, jak uznasz za stosowne, nie ma odpowiedzi nieprawidłowych.

- A jeśli to pytania będą nieprawidłowe?

- Jak masz na imię?

- Will Melendez West.

- Melendez. To panieńskie nazwisko twojej mamy?

- Tak.

Chłopak poczuł przyjemną falę ciepła bijącą od ekranu i opływającą jego dłonie niczym morska fala.

- A Will to skrócona wersja imienia William?

- Nie, nadano mi takie imię, ponieważ rodzice chcieli, żebym był prosty i nieskomplikowany. Jak to imię.

Żart Willa nie zasłużył na uśmiech doktor Robbins.

- Ile masz lat?

- Piętnaście.

- Kiedy obchodzisz urodziny?

- Piętnastego sierpnia. Każdego roku tego samego dnia.

W głębinie pod jego dłońmi na krótko wybuchły kolory, po czym zniknęły bez śladu. Will miał niepokojące poczucie, że jeśli oparłby się na rękach, niechybnie wpadłby w głąb szklanej tafli.

- Czy to jest wykrywacz kłamstw?

Doktor Robbins zmrużyła oczy i przyjrzała się mu uważnie.

- Czy czułbyś się lepiej, gdyby tak było?

- Czy to pytanie należy do testu, czy to pani pyta?

- A jaka to różnica?

- Czy będzie pani odpowiadała na wszystkie moje pytania pytaniami?

- Owszem, Willu - powiedziała z uroczym uśmiechem. - Zamierzam cię trochę porozpraszać.

Czujność Willa wzrosła.

- W takim razie powodzenia.

- Jaki jest twój ulubiony kolor?

- Modry błękit. Kiedyś na zajęciach z plastyki miałem tubkę takiej farby. To ciemny odcień niebieskiego, jak niebo w chłodny bezchmurny dzień...

- Wystarczy, nie potrzeba mi wypracowania. Gdzie się urodziłeś?

- W Albuquerque. Ale mieszkaliśmy tam zaledwie przez kilka miesięcy. Jeśli trzeba, mogę pani przeliterować nazwę tej miejscowości.

Will poczuł pod dłońmi głębokie tony przywodzące na myśl grające w głębinach instrumenty dęte. Pojawiły się też towarzyszące dźwiękom kształty: zagadkowe symbole matematyczne albo może jakiś dawny alfabet, którego chłopak nie potrafił odczytać. Znaki poruszały się i układały w skomplikowane wzory.

- To nie konkurs ortograficzny. Jak nazywa się twój ojciec?

- Jordan West.

- Czym się zajmuje?

- Jest klaunem w objazdowym cyrku, pracuje przy rodeo.

- Hm. - Doktor Robbins przygryzła wargę. - To chyba nieprawda.

- O rany. Jest pani naprawdę niezła.

- To nie moja zasługa. - Pochyliła się do przodu, wskazała ekran i wyszeptała: - Tego urządzenia nie da się oszukać.

- Dobrze, poprawka. Zajmuje się badaniami naukowymi.

Doktor Robbins się uśmiechnęła.

- To brzmi bardziej prawdopodobnie. Czym dokładnie się zajmuje?

- Neurobiologią na uniwersytecie w Santa Barbara.

- Jakie jest pełnie imię i nazwisko twojej matki?

- Belinda Melendez West.

- Czym się zajmuje?

- Pracuje w kancelarii adwokackiej.

- Skąd pochodzi jej rodzina?

Will uniósł brew.

- Melendezowie pochodzą z Barcelony. Przyjechali do Stanów w latach sześćdziesiątych.

- Czy twoi dziadkowe żyją?

- Nie.

- Czy znałeś któregokolwiek z nich?

- Nie przypominam sobie.

- Jakiej rasy jesteś? Białej? A może jesteś Latynosem?

- Nic z tych rzeczy. Jestem Amerykaninem.

Doktor Robbins wydawała się zadowolona z tej odpowiedzi.

- Oprócz Albuquerque, gdzie jeszcze mieszkała twoja rodzina?

- W Tucson, Las Cruces, Phoenix, Flagstaff, La Jolla, w zeszłym roku w Temeculi, no i teraz Ojai...

- Dlaczego twoi rodzice tak często się przeprowadzają?

Dobre pytanie, pomyślał Will.

- To cena, jaką płacimy za to, by ojciec mógł działać na ekscytującym i wymagającym polu neurobiologii.

- Teraz troszkę cię zaboli.

Poczuł coś szorstkiego i kłującego, jakby o jego dłonie otarła metalowa szczotka. Ekran tabletu błysnął jasnym światłem, które wypełniło pokój, po czym przygasł.

Przestraszony Will odsunął ręce. Powierzchnia ekranu jaś­niała i wyglądała jak podświetlona od spodu woda. Przylgnęły do niej drobiny kurzu unoszące się w powietrzu, jakby przyciągnęło je silne pole elektromagnetyczne. Podświetlenie nagle zgasło, ekran stał się jednolity, a tablet skurczył się do swoich pierwotnych rozmiarów. Znów wyglądał jak mała tabliczka.

Oo, pomyślał Will, to dziwne.

Spojrzał na swoje dłonie. Były czerwone i pulsowały, jakby właśnie oderwał je od rozgrzanego pieca. Doktor Robbins ujęła je i dokładnie obejrzała.

- Ostrzegałam, że to zaboli - powiedziała łagodnie.

- O co w tym wszystkim chodzi?

- Przepraszam za te tajemnice, Willu. Kiedyś wszystko zrozumiesz. A może i nie. - Puściła jego ręce, które teraz wyglądały dużo lepiej.

- Dzięki za wyjaśnienie. I jak wypadłem na teście?

- Nie wiem. - Uśmiechnęła się, jakby miała coś do ukrycia. - Może ona zna odpowiedź? - Uniosła czarny tablet tak, by Will dobrze go widział. Na ekranie pojawił się realistyczny, trójwymiarowy obraz czarnej bili z numerem osiem. - Dalej, pytaj.

- Czy zdałem ten test? - spytał Will, udając, że jest bardzo przejęty.

Doktor Robbins potrząsnęła tabletem. Magiczna Ósemka obróciła się i po jej drugiej stronie pokazało się małe okienko. W nim, na białym tle, pojawił się napis: "Wygląda to nieźle!".

- No proszę. Wyrocznia przemówiła - powiedziała, chowając tablet do aktówki. - Mam jeszcze jedno pytanie, moje własne.

- Słucham.

- Czy ta szkoła średnia nie jest dla ciebie koszmarną nudą?

- Owszem, psze pani.

Uśmiechnęła się.

- Chodźmy porozmawiać z twoją mamą.

- Reprezentuję najbardziej zaawansowaną placówkę szkolną w kraju, przygotowującą uczniów na studia wyższe - powiedziała doktor Robbins, stukając w klawiaturę laptopa. - Oczywiście nigdy o niej nie słyszeliście.

- A to dlaczego? - chciała wiedzieć Belinda West.

- Przejdę do tego za moment, pani West. Myślę, że odpowiedź się pani spodoba.

Doktor Robbins odchyliła ekran laptopa tak, że stał się płaską powierzchnią na biurku dyrektora Bartona. Mniej więcej metr nad ekranem pojawiła się gęsta chmura, całość przypominała niesamowicie złożoną wersję książki dla dzieci z wyskakującymi spomiędzy stron obrazkami. Barton i psycholog Rasche oniemieli.

Obraz wyświetlany przez komputer obrócił się i obserwatorzy mieli teraz wrażenie, że kamera wpada między obłoki. Chmury się rozwiały, pojawiły się widoczne z lotu ptaka rzędy budynków obramowane rozległymi zielonymi trawnikami i otoczone gęstym lasem. Wszyscy mieli wrażenie, że opadają z chmur, coraz bliżej wyczarowanego świata, aż zatrzymali się tuż nad ziemią. Teraz obraz podążał w stronę budynku długą i prostą promenadą, po której bokach rosły wysokie drzewa. Kiedy mijali bramę i portiernię, Will odczytał litery widniejące na dostojnej kamiennej fasadzie:

CENTRUM NAUCZANIA ZINTEGROWANEGO

- Chcemy zaproponować Willowi darmową naukę u nas - powiedziała doktor Robbins. - Pokryjemy koszty dojazdów, zakwaterowania, podręczników i innych niezbędnych rzeczy. Wasza rodzina nie będzie musiała wydać ani centa.

- Gdzie znajduje się ta szkoła? - zapytał Will.

- W Wisconsin.

Symulacja trwała. Osoby w gabinecie dyrektora widziały, jak obraz mija wiekowe, porośnięte bluszczem gmachy o ścianach z kamienia, połączone z innymi budynkami symetrycznymi łącznikami. Tuż za głównym budynkiem zobaczyli ogromną, zbudowaną w równie tradycyjnym amerykańskim stylu halę sportową. Minęli otwarty stadion, gdzie można uprawiać wiele sportów. Były tam stajnie i maneże, liczne boiska oraz pole golfowe.

- A gdzie haczyk? - chciał wiedzieć Will.

- Jest tylko jeden... warunek - odparła Robbins. - Musisz tego pragnąć. Centrum zostało otwarte w tysiąc dziewięćset piętnastym roku. Nie słychać o nas, ponieważ cenimy prywatność. Nie szukamy reklamy ani blasku fleszy. To jeden ze sposobów, w jaki chronimy studentów i dbamy o naszą reputację. Zapewniam jednak, że najlepsze uniwersytety i akademie na całym świecie doskonale nas znają. Nikomu nie udaje się ulokować więcej studentów na czołowych uczelniach wyższych niż nam. Wśród naszych wyróżniających się absolwentów jest czternastu senatorów, wiceprezydent, dwóch sędziów sądu najwyższego, dziewięciu członków gabinetu, siedmiu laureatów Nagrody Nobla, dziesiątki ważnych postaci biznesu i przedsiębiorczości oraz kilka zagranicznych głów państw. A to tylko czubek góry lodowej.

Wirtualna prezentacja wiodła ich teraz nad długim jeziorem meandrującym wśród lasu, który przylegał do szkoły. Drzewa olśniewały efektownymi barwami jesieni. Na brzegu stał sporych rozmiarów hangar dla łodzi, a na skalistej wyspie na środku jeziora wyrastała wyniosła i skomplikowana gotycka budowla, wyglądająca jak zamek. Oko "kamery" wycofało się między wirtualne chmury i obraz powoli znikł.

- Ależ... to... czary - wybąkał Rasche.

- Proszę pamiętać, że słowo "czary" stosowano zazwyczaj w odniesieniu do technologii wyprzedzających epokę - odrzekła doktor Robbins.

Teraz zwróciła się do Willa i jego matki:

- Nikt nie ubiega się o przyjęcie do naszego Centrum. Konieczne jest zaproszenie. - Wyjęła z aktówki grubą kopertę i podała ją Belindzie.

- Uważamy, że znajdą tu państwo wszystko, co konieczne, by podjąć decyzję. Proszę się nie spieszyć. Zdajemy sobie sprawę, że to wymaga namysłu.

Dyrektor Barton uznał, że czas się wtrącić.

- Na dobry początek dziś mogę zwolnić cię z zajęć, Willu, jeśli tylko chcesz - oznajmił.

- Zdecydowanie chcę - odparł chłopak.

Wszyscy zaśmiali się uprzejmie.

- W tej kopercie są wszystkie informacje potrzebne do skontaktowania się ze mną - wyjaśniła Robbins, chowając laptop. - Zastanawiając się nad tym wszystkim, nie wahajcie się dzwonić do mnie i pytać o nurtujące was sprawy.

Uścisnęła rękę Willa i skierowała się do drzwi.

- Pani Robbins? - odezwał się Will.

Zatrzymała się w progu.

- Tak, Willu?

- Jak pani ma na imię?

- Lillian - odparła. Lillian Robbins wiedziała, że czasem najlepszym wyjściem jest szybkie wyjście, co też zrobiła.

Po kilku minutach słuchania pochlebstw Bartona i szkolnego psychologa Will wyszedł z gabinetu w towarzystwie matki. Kiedy szli pustymi korytarzami Will pomyślał: oglądam to miejsce ostatni raz.

Doktor Robbins miała rację. Było o czym myśleć, do głowy pchały mu się setki pytań. Nic jednak nie zajmowało go tak jak to, co zastanowiło go w chwili, gdy jego mama weszła do gabinetu Bartona. Z początku chciał zignorować tę uporczywą myśl, pragnął wierzyć, że to tylko fanaberie jego zmęczonej całym dzisiejszym szaleństwem głowy.

Ale teraz, kiedy byli tylko we dwoje, ta myśl stawała się nie do zniesienia. Will w żaden sposób nie mógł jej odpędzić.

Spojrzał na matkę. Wciąż się uśmiechała i nie zdejmowała niedorzecznych ciemnych okularów. Zauważyła, że na nią patrzy, i ścisnęła lekko jego rękę.

Coś jest nie tak. Zdecydowanie nie tak.

Idąc do domu z kimś, kto wyglądał i mówił dokładnie jak Belinda West, Will miał wrażenie, że to zupełnie inna osoba niż ta, z którą żegnał się zaledwie dwie godziny temu.

 

Nie ma jak w domu

To ona, ale jednocześnie... nie ona.

Skąd to uczucie? Will nie potrafił dokładnie tego określić i nie dawało mu to spokoju. Ta myśl była jak szept, którego nie mógł nie słyszeć.

Tak, to samochód jego mamy, bez dwóch zdań. Ten sam stary wysłużony ford focus, którego nazywała Zieloną Strzałą, z plecionką na fotelach i busolą z pływającą w wodzie tarczą na desce rozdzielczej. Sięgnął ręką pod fotel i wymacał plastikowy kubek z fast foodu, który wcisnął tam dwa dni temu.

- Po prostu nie wiem, co powiedzieć, Willu - odezwała się, prowadząc i jednocześnie energicznie gestykulując. - No naprawdę, to po prostu niesamowite.

Wyglądała jak ona i mówiła jak ona... ale nie to, co powinna. Powinna martwić się, że wynik testu wyszedł na jaw. Powinna pytać, dlaczego syn nie zastosował się do jej zaleceń i ściągnął na siebie uwagę. Oto co powinna była powiedzieć prawdziwa Belinda West.

Will patrzył przed siebie, nie pozwalając, by spojrzała mu w oczy. Bał się, że kobieta, z którą jedzie samochodem, dostrzeże w nich przerażenie.

Nr 14: Im ważniejsze pytanie, tym wcześniej je zadaj.

- Dobrze się czujesz? - spytał.

- Jasne. Po prostu jestem przejęta - odpowiedziała, potrząsając bransoletkami. - Dyrektor zadzwonił do mnie, gdy byłam w pracy, i przekazał słuchawkę doktor Robbins. Natychmiast zadzwoniłam do taty. Powiedział, że konferencja nie jest ważna i że przyjedzie dziś wieczorem. Był strasznie nakręcony.

Tata mógł zareagować na sto sposobów, ale na pewno nie był "nakręcony", pomyślał Will. Starał się kontrolować oddech, tak jak uczył go ojciec, lecz kiedy minęli czarnego sedana zaparkowanego nieopodal ich domu, stało się to bardzo trudne. Wyglądał dokładnie tak jak samochód sprzed dwóch godzin.

- Pewnie będzie sporo do obgadania - powiedział, starając się mówić najspokojniej, jak potrafił.

- Tak. Ale muszę przyznać, kochanie, że nie wyglądasz na podekscytowanego.

- Chcę najpierw zobaczyć, co jest w środku - odrzekł Will, otwierając kopertę od doktor Robbins. - Wszystko w swoim czasie.

Nr 20: Wnioski powinny opierać się na przesłankach.

- Wiesz, masz rację - przyznała, wjeżdżając na podjazd przed domem. - Nie powinniśmy wyprzedzać faktów. Wszystko w swoim czasie.

Zaparkowała samochód i zebrała swoje rzeczy. Will pierwszy wszedł do domu. Wbiegł po schodach do swojego pokoju, szybko się przebrał, wziął macbooka i zszedł do kuchni. Z trudem zachowując spokój, robił to, co konieczne: oczyść zmysły, otwórz umysł, zwracaj uwagę na każdy szczegół.

Nr 9: Patrz, obserwuj i słuchaj, bo inaczej może ci umknąć coś ważnego.

- Zajmij się w takim razie tą kopertą - powiedziała Belinda, wyjmując z lodówki puszkę bezcukrowej coli. - Muszę wracać do pracy. Zastanowimy się nad tym wszystkim później, razem z tatą.

Gdy siedział przy stole, objęła go od tyłu. Jej dotknięcie było pełne napięcia i dziwnie niepokojące. Obce. Przyciemnione okulary zsunęły się nieco i po raz pierwszy Will zobaczył jej oczy. Rzeczywiście były to oczy Belindy West, ale... zimne, jakby zamglone i puste.

- Jesteśmy z ciebie bardzo dumni - powiedziała i wyszła.

Gdy usłyszał, jak zamykają się drzwi, popędził do salonu i zobaczył przez okno odjeżdżającego forda. Zielona Strzała zwolniła jednak tuż przy miejscu, gdzie stał czarny sedan. Will pobiegł do drugiego okna, skąd widać było oba auta. Stały tuż obok siebie, szyby po stronie kierowców były opuszczone.

Ona z nimi rozmawia!

Will przekręcił zamek w drzwiach wejściowych. Spróbował zadzwonić do ojca (Tato, odbierz, proszę!), ale odezwała się skrzynka głosowa. Will rozłączył się, by napisać wiadomość: MUSIMY POROZMAWIAĆ. ZADZWOŃ.

Wielkie KRZYCZĄCE litery, po to, by zwrócić jego uwagę. Położył telefon obok komputera i drżącymi rękami wziął kopertę od doktor Robbins. Z trudem powstrzymywał narastającą panikę...

W komórce zabrzmiały cymbałki. Will o mało nie wyskoczył ze skóry. Odebrał, nim dzwonek odezwał się po raz drugi. dudniące metaliczne Na ekranie widniało: Dzwoni Tata.

- Tato? Tato? - W telefonie słychać było gwizdy przypominające strumień wody spadający rynną. - Tato, jesteś tam?

Rozległ się trzask, po czym zapadła cisza. Will natychmiast oddzwonił, ale usłyszał te same zakłócenia. Tata pewnie jedzie przez strefę bez zasięgu. Will rozłączył się i położył telefon tak, by go widzieć. Wiedział, że musi się skoncentrować i dokładnie przyjrzeć faktom. Trzeba analizować, wyciągać wnioski, patrz zasada numer 1: "Dbaj o porządek w głowie".

Otworzył kopertę i przejrzał kilka formularzy, w tym podanie o przyjęcie do szkoły, które wymagało tylko podpisu rodziców. Spomiędzy papierów wysunął się gładki prostokąt z mocnego elastycznego plastiku. Pojawił się na nim napis: DOTKNIJ TUTAJ, co chłopak zrobił. Zaświeciły się słowa napisane prostą elegancką czcionką:

CENTRUM NAUCZANIA ZINTEGROWANEGO.

Poniżej wyłonił się herb szkoły, na którym widniała ozdobna tarcza w barwach ciemnego błękitu i srebra, podzielona na trzy poziome paski, w każdym znajdował się obrazek. Pierwszy przedstawiał skrzydlatego anioła trzymającego księgę i miecz. Środkowy dostojnego czarnego konia stającego dęba, z jego kopyt buchały płomienie. Na samym dole rycerz zakuty w zbroję wskazywał mieczem pokonanego właśnie wroga leżącego na ziemi. Poniżej tarczy rozwijał się manuskrypt, na którym obok roku założenia uczelni wypisane było jej motto: "Wiedza jest drogą, mądrość celem".

Na plastikowym ekranie pojawiły się budynki szkoły, słychać też było nagrany głos opowiadający o szkole i zachwalający jej wyjątkową kadrę nauczycielską. Jedno z wyświetlanych zdjęć zmroziło krew w żyłach Willa. Widniał na nim las tonący w gęstej mgle, a wszystko pokryte było grubą warstwą śniegu. Kobiecy głos powiedział: "Poczujesz się jak we śnie".

Był to taki sam obraz, jaki zapamiętał ze snu z zeszłej nocy.

Las rozpłynął się i zastąpił go film przedstawiający uczniów szkoły w najróżniejszych sytuacjach: w salach wykładowych i laboratoriach, spędzających miło czas w kawiarni, na kręglach, grających w przedstawieniach, koncertujących, jeżdżących konno oraz uprawiających niezliczone sporty. Promienne, entuzjastyczne twarze dzieciaków w wieku Willa lub nieco starszych. Wszyscy ubrani byli w barwy Centrum: granaty i szarości. Nagrane głosy mówiły: "Niezwykłe możliwości na każdym kroku...", "Poznałam ludzi, o których wiedziałam, że zawsze będą moimi przyjaciółmi...", "Znalazłem tu oparcie i zyskałem pewność siebie, które odtąd zawsze towarzyszyły mi w życiu".

Will zdawał sobie sprawę, że to wszystko obliczone jest na konkretny efekt: Centrum sprawia, że jego uczniowie stają się osobami mądrymi, silnymi i lubianymi. Moje największe zalety zostaną docenione, nagrodzone, a moje marzenia się spełnią, ironizował w duchu.

Kolejny film przedstawiał szkolny chór śpiewający w oświet­lonej świecami bogato zdobionej kaplicy. Pieśń była piękna, miała spokojną, niemal niebiańską melodię, która stała się tłem dla przedstawianych na ekranie wzruszających scen uroczystego rozdania dyplomów. Dumni rodzice ściskali rozradowane pociechy ubrane w togi i birety. Oto część, którą w języku, jakim posługują się handlowcy, należałoby nazwać "produktem końcowym", uznał Will. Wciąż jednak, mimo że zdawał sobie sprawę, iż to wszystko to jedynie manipulacja i reklama, czuł, że działa. Efektowna wizja Centrum sprawiała, że nudne lata spędzone w zatłoczonych i niedofinansowanych szkołach publicznych wydawały się Willowi stracone.

Jednak czy to idealne miejsce naprawdę istnieje?

Will wpisał w Google Earth adres szkoły: New Brighton Township, Wisconsin. Wiejska okolica, nieco ponad sto dziesięć kilometrów od miejsca, gdzie stykały się granice trzech stanów: Iowa, Illinois i Wisconsin. Przybliżył obraz miasteczka i przesuwał go, aż zobaczył Centrum. Wyglądało dokładnie tak, jak w trójwymiarowej prezentacji doktor Robbins: dostojne stare budynki, boiska i jezioro.

To prawda. To wszystko istnieje.

Rodzice Willa nie mieli ani pieniędzy, ani znajomości, a na dodatek nalegali, by się nie wyróżniał, więc przez całe życie działał na pół gwizdka. W szkole zbierał czwórki, choć stać go było na więcej. Stosowanie się do zasady numer 3 ("Nie zwracaj na siebie uwagi") oznaczało, że nie miał szans na wyróżnienia sportowe czy naukowe i co za tym idzie, szans na lepsze studia. Oto jednak dziś otworzyły się przed nim drzwi do lepszego, cudownego świata.

A może w Centrum będzie wreszcie mógł być sobą?

Telefon Willa wydał krótki sygnał. Przyszła wiadomość od ojca: JESTEM W AUCIE. SŁABY ZASIĘG. BĘDĘ O SZÓSTEJ. WTEDY POGADAMY.

Will rzucił okiem na godzinę i ze zdumieniem stwierdził, że jest już późne popołudnie. Czas tak szybko płynął. "Belinda" wróci niebawem z pracy, a Will nie miał ochoty przebywać z nią pod jednym dachem.

Muszę się dowiedzieć, co tata o tym sądzi. Wtedy zdecydujemy, co z tym fantem począć.

Will zrobił sobie kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, którą zjadł, krążąc po domu. Patrzył na mizerny majątek swojej rodziny, który towarzyszył im przez wszystkie sześć przeprowadzek w ciągu czternastu lat. Mieli mały telewizor, na którym oglądali głównie wiadomości. W wolnym czasie najczęściej czytali. Ich dom był pełen książek: naukowych, medycznych i prawniczych.

Nr 82: Dbaj o życie swojego umysłu, bo inaczej będziesz żył bezmyślnie.

Jego wzrok spoczął na półce z rodzinnymi fotografiami. Wziął do ręki ślubne zdjęcie rodziców, na którym dla żartu karmili się nawzajem tortem. Belinda miała na sobie suknię z marszczonego aksamitu, w jej długie czarne włosy wpleciona była koronka. Tata nosił również aksamitny frak koloru burgunda, miał głupkowatą fryzurę typową dla pracownika naukowego, uzupełnioną zmierzwioną brodą.

Radośni, roześmiani, beztroscy. Will czuł się w szczególny sposób związany z tym zdjęciem, wydawało mu się, że to też początek jego życia, jakby on sam też tam był. Niewidoczny, ale obecny, będąc zaledwie błyskiem w oczach rodziców.

Natychmiast przypomniały mu się oczy "Belindy", kiedy ujrzał je przelotnie za zsuniętymi okularami. Puste, obce. Porównał je z oczami kobiety na zdjęciu. To właśnie to! "Belindzie" brakuje duszy jego matki.

Co oni jej zrobili? Czy zrobią to także jemu?

Usłyszał trzask zamykanych drzwi auta. Przed domem Westów zatrzymały się trzy czarne sedany. BIEGNIJ, WILL, zadudniło mu w głowie. Czym prędzej wypadł przez tylne drzwi, przeskoczył płot i popędził przed siebie, na północ. Łopocząc niespokojnie skrzydłami, sfrunął z płotu mały kos i skrył się w koronie pobliskiego drzewa. Do powrotu ojca zostały ponad dwie godziny.

Tata będzie wiedział, co zrobić.

* * *

Łysy mężczyzna, teraz w czarnej czapce, okrążył dom. Przyłożył lornetkę do oczu i zauważył Willa znikającego za wzniesieniem, pędzącego w stronę gór. Kazał innym zaczekać i zameldował do mikrofonu na nadgarstku:

- Biegnie przecinką na północ.

- Czy jest Przebudzony?

- Trudno powiedzieć. Ale nie możemy ryzykować. Dajcie mi Ostrze.