Naukowe romansowanie
(2004)
Czuję się ogromnie zaszczycona, że poproszono mnie o wygłoszenie Wykładu Kestertona tutaj, w Carleton School of Journalism and Communication.
Zauważyłam, że jestem czwarta w tym cyklu, a poprzedza mnie trzech bardzo wybitnych mężczyzn. Nigdy nie ufałam liczbie cztery, lubię za to trójkę. Podzieliłam więc tę podejrzaną czwórkę na dwa zbiory: jeden zawiera trzy elementy i jest zbiorem nawiedzonych szczęściarzy, obejmującym osoby płci męskiej, lecz wykluczającym mnie; natomiast zbiór drugi ma tylko jeden element i obejmuje osoby rodzaju żeńskiego, takie jak, nawiasem mówiąc, moja własna. Jestem zatem pierwszą przedstawicielką zbioru, któremu - ufam - przybędzie niebawem wiele nowych elementów.
Ale dość już na dzisiejszy wieczór tego feminizmu, który, jak widać, sprytnie wplotłam we wstępne wygłupy, żeby państwa nim nie przestraszyć. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie miewają przy mnie poczucie zagrożenia. Jestem przecież, po pierwsze, dość niskiego wzrostu, a jaki niski człowiek prócz Napoleona komukolwiek zagrażał? Po drugie zaś, jestem ikoną, jak państwu niewątpliwie powiedziano, a kto się nią stanie, ten już właściwie nie żyje i musi tylko sterczeć bez ruchu w parkach, zamieniając się w brąz, podczas gdy gołębie i inne ptaki siadają mu na ramionach i defekują na głowę. Po trzecie, astrologicznie rzecz biorąc, jestem Skorpionem, jednym z najdobrotliwszych i najłagodniejszych znaków zodiaku. My, Skorpiony, lubimy wieść spokojny żywot w mrocznym zaciszu czubków butów, nikomu nie sprawiając kłopotu, dopóki ktoś nie spróbuje wtargnąć w nasz zakątek agresywnie wielką stopą o żółtych paznokciach. Taka właśnie jestem: nikomu nie wadzę, chyba że ktoś mnie nadepnie, a wtedy nie odpowiadam za skutki.
Tytuł mojej dzisiejszej pogadanki brzmi Naukowe romansowanie. Oficjalnym tematem ma być fantastyka naukowa. W podtekście czai się zapewne pytanie "Po co komu w ogóle proza?" czy coś w tym guście. Głębszy podtekst zawiera się w kilku akapitach o dwóch romansach naukowych mojego autorstwa. A podszewką głębszego podtekstu może się okazać kwestia "Czym jest człowiek?". Ten wykład przypomina zatem okrągłe cukierki, którymi za dwa centy mogliśmy dawniej psuć sobie zęby: z wierzchu cukrowa polewa, pod nią kolejne warstwy w rozmaitych kolorach i wreszcie w samym środku dziwne zagadkowe ziarno.
Najpierw rozprawię się z osobliwą odmianą prozy, często określaną mianem science fiction lub fantastyki naukowej, chociaż ta etykietka łączy w sobie dwa terminy, które na zdrowy rozum wzajemnie się wykluczają, ponieważ science - od scientia, czyli "wiedza" - powinna się zajmować dowiedzionymi faktami, podczas gdy fiction - słowo, którego źródłosłów znaczy "lepić" (tak jak z gliny) - oznacza pozór lub zmyślenie. Częsty jest pogląd, jakoby dwa człony wyrażenia "fantastyka naukowa" wzajemnie się niwelowały. Książkę ocenia się zatem jako coś, co w zamyśle autora miało być stwierdzeniem obiektywnej prawdy, a element fantastyczny (fabuła, fikcja) sprawia, że lektura nie przynosi żadnej korzyści czytelnikowi pragnącemu głęboko wniknąć na przykład w zagadnienia nanotechnologii. Inni znów traktują książkę tak, jak W.C. Fields traktował golfa, kiedy definiował go jako dobry, lecz niepotrzebnie popsuty spacer, czyli widzą w niej strukturę fabularną przytłoczoną nadmiarem ezoterycznie ekscentrycznego materiału, chociaż powinna się ograniczyć do opisu stosunków towarzyskich i seksualnych między Bobem i Carol oraz Tedem i Alice.
Juliusz Verne, pradziadek fantastyki naukowej w linii męskiej i autor takich dzieł, jak Dwa tysiące mil podmorskiej żeglugi, ze zgrozą śledził wybryki H.G. Wellsa, który w przeciwieństwie do niego nie poprzestawał na opisywaniu maszyn mieszczących się w granicach ludzkich możliwości technicznych, czyli na przykład łodzi podwodnych, lecz tworzył inne - chociażby wehikuł czasu - z oczywistych względów nieprawdopodobne. Il invente! - zawołał ponoć kiedyś z głęboką dezaprobatą Verne.
I tutaj (ryzykując, że nabawię się guzków śpiewaczych, których dostaje się od wygłaszania zbyt długich wykładów) dochodzimy do pewnego osobliwego skrzyżowania dróg - miejsca, gdzie nauka spotyka się z fantastyką. Skąd wzięła się taka proza, dlaczego ludzie ją piszą i czytają, no i jaki z niej w ogóle pożytek?
Zanim ukuto określenie science fiction, w Ameryce lat trzydziestych, w złotym okresie potworów o wyłupiastych ślepiach i dziewcząt w zwiewnych ciuszkach, książki w stylu Wojny światów H.G. Wellsa nazywano "naukowymi romansami". W obu terminach - scientific romance i science fiction - człon naukopochodny gra rolę przydawki. Rzeczownikami są romance i fiction, a ten ostatni ma bardzo szerokie pole znaczeniowe.
Wszelkie większe okazy prozy literackiej przywykliśmy nazywać "powieściami" i oceniać je według kryteriów stworzonych z myślą o recenzowaniu konkretnego typu takiej długiej prozy, a mianowicie powieści o jednostkach osadzonych w realistycznie opisanym środowisku społecznym, której prekursorem był Daniel Defoe (choć próbował ją przedstawić jako publicystykę), a także Samuel Richardson, Fanny Burney i Jane Austen w osiemnastym i na początku dziewiętnastego wieku, zanim w połowie oraz pod koniec dziewiętnastego stulecia rozwinęli ją George Eliot, Charles Dickens, Flaubert, Tołstoj i wielu innych.
Tego rodzaju proza uchodzi za niezrównaną, jeśli występujące w niej postacie są trójwymiarowe, a nie płaskie, te pierwsze uważa się bowiem za psychologicznie głębsze. Wszystko, co nie pasuje do tego wzorca, zepchnięto do mniej poważnej kategorii tak zwanej literatury gatunkowej i w niej to tkwić odtąd musi szpiegowski dreszczowiec, a także powieść kryminalna i przygodowa, opowieści niesamowite i science fiction; choćby nie wiedzieć jak znakomicie je napisano, siedzą w swoich pokojach, odesłane tam, rzec by można, za karę, że ośmieliły się sprawiać czytelnikowi przyjemność w sposób rzekomo lekki. Ich autorzy zmyślają, my zaś wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, przynajmniej do pewnego momentu, a skoro tak, to te książki nie opowiadają o Prawdziwym Życiu, w którym nie powinno być miejsca na zbiegi okoliczności, dziwaczność, szybką akcję i przygody (oczywiście nie dotyczy to literatury wojennej), są zatem nierzetelne.
Powieść właściwa zawsze rościła sobie pretensje do głoszenia pewnego rodzaju prawdy - o naturze ludzkiej, o tym, jak naprawdę zachowują się ludzie ubrani od stóp do głów (z wyjątkiem scen sypialnianych), czyli w sytuacjach społecznych podlegających obserwacji. Uważa się, że "literatura gatunkowa" ma wobec nas inne zamiary. Zamiast po prostu wciskać nam nosy w codzienną mierzwę, stworzoną przez codzienny mozół, chce dostarczać rozrywki, ta zaś jest zła i ucieczkowa. Nieszczęściem dla powieściopisarzy szerokie rzesze czytelników dosyć lubią rozrywkę. W arcydziele George'a Gissinga New Grub Street występuje biedujący pisarz, który popełnia samobójstwo po klapie swojej realistycznej powieści obyczajowej, zatytułowanej Mr. Bailey, Grocer. New Grub Street ukazała się w okresie najbardziej obłędnego powodzenia takich przygodowo-romansowych nowinek jak She Ridera Haggarda czy romanse naukowe H.G. Wellsa, więc powieść Mr. Bailey, Grocer (gdyby rzeczywiście istniała) miałaby wtedy mocno pod górkę. Jeżeli się państwu wydaje, że w dzisiejszych czasach coś takiego nie mogłoby się zdarzyć, proszę rzucić okiem na wyniki sprzedaży Życia Pi - czysto przygodowego romansu - oraz Kodu Leonarda da Vinci i wielotomowych wampiram Anne Rice.
Tłem realistycznej powieści właściwej jest Śródziemie, środkiem Śródziemia jest klasa średnia, a bohater i bohaterka zazwyczaj mieszczą się w zalecanej normie i jedynie w wersjach tragicznych (na przykład u Thomasa Hardy'ego) z niej wypadają, lecz nie ich to wina, tylko przeciwności Losu oraz kłód, które rzuca im pod nogi społeczeństwo. Jak mawiają autorzy wewnętrznych recenzji wydawniczych: "lubimy tych ludzi". Zdarzają się oczywiście groteskowe wariacje na temat zalecanych norm, ale pojawiają się one nie jako niegodziwe gadające małże, wilkołaki czy kosmici, lecz jako ludzie o ułomnych osobowościach lub dziwnych nosach. Idee dotyczące nowych, niesprawdzonych dotąd form organizacji społecznej przedstawia się w rozmowach między postaciami, w dziennikach bądź mrzonkach, zamiast je dramatyzować tak jak w utopiach lub dystopiach. Głównych bohaterów osadza się w przestrzeni społecznej, przydając im rodziców i krewnych, choć w chwili zawiązania akcji mogą oni być mocno niezadowalający albo i nieżywi. Owe główne postacie nie zjawiają się ni stąd, ni zowąd jako osoby w pełni dorosłe, lecz wyposażone są w przeszłość, we własną historię. Ten rodzaj prozy zajmuje się świadomie przeżywaną jawą, a jeśli ktoś w takiej książce ma się zmienić w stawonoga, może mu się to przydarzyć wyłącznie w koszmarnym śnie.
Ale proza literacka to niekoniecznie powieść rozumiana jako utwór ściśle realistyczny. Utwór prozatorski może zawierać fikcję, nie będąc powieścią. Wędrówka Pielgrzyma Johna Bunyana jest poematem prozą i opowiada fikcyjną historię, lecz w zamyśle autora nie miała być "powieścią"; w chwili jej pisania ta kategoria jeszcze nie istniała. Jest to romans - opowieść o przygodach bohatera - połączony z alegorią, przedstawiającą kolejne etapy w życiu chrześcijanina. (Jest to zarazem jeden z utworów prekursorskich wobec fantastyki naukowej, choć ten jego aspekt rzadko bywa dostrzegany). A oto kilka innych form prozy literackiej, niebędących powieściami właściwymi: proza konfesyjna; sympozjum; satyra menippejska albo anatomia; i wreszcie utopia wraz ze swoją złą bliźniaczką dystopią.
Nathaniel Hawthorne celowo nazywał niektóre swoje utwory romansami, aby je odróżnić od powieści. Być może szło mu o to, że w większości romansów stosuje się nieco oczywistsze schematy niż te, które dostrzegano w powieściach: na przykład bohaterka jest blondynką, a jej alter ego ma ciemne włosy. Francuzi określają opowiadania dwoma różnymi słowami - contes i nouvelles, czyli "opowieści" oraz "nowiny" - i jest to przydatne rozróżnienie. Opowieść może być osadzona w dowolnej scenerii i sięgać tam, dokąd powieści nie docierają - do piwnic i strychów umysłu, gdzie postacie, które w powieściach mają prawo się ukazywać jedynie jako sny i zwidy, oblekają się w uchwytny kształt i chodzą po ziemi. Natomiast nowina jest nowiną o nas - wiadomością tak codzienną jak codzienność życiowa. Mogą w niej być kraksy samochodowe i katastrofy okrętów, ale raczej nie potwory Frankensteina; chyba że komuś wśród codzienności życia uda się takiego potwora stworzyć.
Ale nowiny nie sprowadzają się do bieżących sensacji. Proza literacka może przynieść nam innego rodzaju nowinę; potrafi opowiadać o tym, co już minione i co właśnie mija, a także o tym, co dopiero nadejdzie. Pisząc o przyszłości, można uprawiać katastroficzne dziennikarstwo, niegdyś nazywane prorokowaniem, a dziś określane niekiedy mianem agitki: zagłosuj na tego skurwiela, zbuduj tę tamę, zrzuć tę bombę, a rozpęta się piekło, a co najmniej czyściec, czyli zacznie się utyskiwanie; ponieważ jednak aż nazbyt często pytano mnie: "skąd wiedziałaś?", spieszę zaznaczyć, że nie param się proroctwami, w każdym razie nie w dosłownym znaczeniu. Nikt nie zdoła przewidzieć przyszłości. Za dużo w niej zmiennych. W dziewiętnastym wieku Tennyson napisał poemat Zamek w Locksley, w którym zdaje się przewidywać między innymi epokę samolotów, zawierający taki oto wers: "I jam w przyszłość się pogrążał, i jak oka sięgnie trud"[9]. W rzeczywistości nikomu to się jednak nie uda. Można natomiast nurkować w teraźniejszości, wyławiając z niej ziarna tego, co ma szansę stać się przyszłością. Jak powiedział William Gibson, przyszłość jest już z nami, tyle że nierówno rozdzielona. Można zatem spojrzeć na jagnię i sformułować o nim taką na przykład hipotezę: "Jeżeli temu jagnięciu nie przytrafi się po drodze nic nieoczekiwanego, będzie z niego zapewne a) owca lub b) twoja kolacja", lecz raczej nie c) olbrzymi wełnisty potwór, który zburzy Nowy Jork.
Kto pisze o przyszłości, ale nie uprawia dziennikarskiego jasnowidztwa, stworzy zapewne coś, co ludzie zaliczą do fantastyki naukowej albo beletrystyki spekulatywnej. Czym innym jest dla mnie ściśle rozumiana fantastyka naukowa (czyli książki o rzeczach, których na razie jeszcze nie umiemy lub nigdy nie mamy szans dokonać, takich jak przejście przez tunel czasoprzestrzenny do innego wszechświata), a czym innym beletrystyka spekulatywna, ta bowiem posługuje się rekwizytami już teraz mniej lub bardziej dostępnymi (na przykład kartami kredytowymi), a jej akcja toczy się na Ziemi. Zakres znaczeniowy tych dwóch określeń jest jednak płynny. Niektórzy używają terminu "beletrystyka spekulatywna" jako parasola, pod którym mieści się fantastyka naukowa razem z przyległościami w rodzaju fantastyki naukowo-fantastycznej i tym podobnymi, a inni na odwrót - zaliczają beletrystykę spekulatywną do fantastyki.
A oto skrócona lista rzeczy, które są możliwe w tego rodzaju fabułach, a niewykonalne w powieściach definiowanych tak, jak zazwyczaj się je definiuje:
- Książki te mogą badać skutki użycia nowych, dopiero proponowanych technologii, robiąc to w sposób obrazowy, czyli ukazując je jako już gotowe do zastosowania.
- Mogą w sposób obrazowy badać naturę i granice człowieczeństwa, zdzierając z niego fasadę, na ile tylko się da.
- Mogą badać relację między człowiekiem a wszechświatem, badania te zaś często wiodą nas w stronę religii i łatwo łączą się z mitologią, choć w ramach konwencji realistycznych byłoby dla nich miejsce jedynie w rozmowach, marzeniach i monologach.
- Mogą badać proponowane zmiany organizacji społeczeństwa, pokazując, jak wyszliby na tych zmianach ludzie żyjący w ich zasięgu, gdybyśmy je rzeczywiście wprowadzili. Stąd utopia i dystopia.
- Mogą badać rejony wyobraźni, śmiało wiodąc nas tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie zajrzał. Stąd statki kosmiczne; wewnętrzna przestrzeń Fantastycznej podróży; cyberprzestrzenne wycieczki Williama Gibsona; no i Matrix - nawiasem mówiąc: romans przygodowy z silną nutą chrześcijańskiej alegorii, bliżej przez to spokrewniony z Wędrówką Pielgrzyma niż z Dumą i uprzedzeniem.
Niejeden komentator twierdził już, jakoby fantastyka naukowa była formą, którą przybrała teologia narracji po Raju utraconym, i niewątpliwie jest to prawda. Skrzydlatych istot nadprzyrodzonych ani mówiących krzewów ognistych raczej nie napotkamy w powieści o maklerach giełdowych (chyba że zażyli oni sporo substancji zmieniających stan umysłu), lecz na planecie X takie motywy nie będą razić.
Sama napisałam dwie książki fantastyczno-naukowe lub, jak kto woli, spekulatywnie beletrystyczne: Opowieść Podręcznej tudzież Oryks i Derkacza. Komentatorzy, którzy dostrzegli ich wspólne cechy (żadna nie jest powieścią w rozumieniu Jane Austen i akcja obu toczy się w przyszłości), wrzucają je do jednej szufladki, lecz w istocie nie są one podobne. Opowieść Podręcznej to klasyczna dystopia, przynajmniej częściowo poczęta z ducha George'a Orwella i Roku 1984 (zwłaszcza epilog). W audycji, którą w czerwcu 2003 nagrałam dla BBC z okazji setnej rocznicy urodzin tego autora, powiedziałam:
Orwellowi wytykano rozgoryczenie i pesymizm, bo rzekomo pozostawia nas z wizją przyszłości, w której jednostka nie ma żadnych szans, a brutalny totalitarny bucior wszechwładnej Partii będzie deptał twarz ludzkości po wsze czasy.
Ale tej wizji Orwella przeczy ostatni rozdział książki - esej o nowomowie, czyli wypichconym przez reżim języku, opartym na dwumyśleniu. Cenzurując wszystkie potencjalnie kłopotliwe słowa (na przykład zabronione "zło" zostało wyrugowane przez "dwakroć-plus-niedobro") i odwracając sens innych wyrazów, żeby znaczyły przeciwieństwo tego co dotychczas (gmach, w którym torturuje się ludzi, nosi nazwę Ministerstwa Miłości, a ten, gdzie niszczy się przeszłość, stał się Ministerstwem Informacji), władcy Lądowiska Pierwszego pragną całkowicie uniemożliwić obywatelom klarowne myślenie.
Esej o nowomowie napisano jednak poprawną angielszczyzną w trzeciej osobie czasu przeszłego, co może tylko oznaczać, że reżim upadł, a język i indywidualność przetrwały. Ktokolwiek bowiem jest autorem eseju o nowomowie, świat roku 1984 musiał tymczasem się skończyć. Dlatego sądzę, że Orwell miał dużo więcej wiary w giętkość ludzkiego ducha, niż zazwyczaj się przypuszcza.
Bezpośrednio wzorowałam się na Orwellu znacznie później - w prawdziwym roku 1984, kiedy zaczęłam pisać nieco odmienną dystopię, czyli Opowieść Podręcznej[1*].
Większość dystopii napisali mężczyźni, przyjmując męski punkt widzenia. Występujące w nich kobiety są bezpłciowymi automatami albo buntowniczkami, które rzucają wyzwanie prawom reżimu dotyczącym płci. Grają role kusicielek i próbują mamić męskich protagonistów, którym zresztą bywa to miłe. Kimś takim jest Julia z Roku 1984, podobnie jak ubrana w jedwabną kombinację Lenina z Nowego wspaniałego świata, ta od orgii-porgii, uwodzicielka Dzikusa, a także I-330, wywrotowa femme fatale z przełomowej i klasycznej już dziś książki Jewgienija Zamiatina My, napisanej w 1924 roku. Chciałam się pokusić o dystopię opowiedzianą z kobiecego punktu widzenia - rzec by można: opis świata według Julii. Opowieść Podręcznej nie staje się jednak zaraz przez to "dystopią feministyczną", a jeżeli, to tylko o tyle, o ile dopuszczenie kobiety do głosu i wyposażenie jej w życie wewnętrzne zawsze wyda się "feministyczne" tym, którzy uważają, że ani jedno, ani drugie kobietom się nie należy.
Pod innymi względami despotyzm, który opisuję, nie różni się od wszystkich prawdziwych despotyzmów i od większości zmyślonych. Na szczycie władzy znajduje się w nim potężna, choć nieliczna grupa, która rządzi - albo próbuje rządzić - resztą społeczeństwa i zagarnia lwią część dostępnych dóbr. Świniom w Folwarku zwierzęcym dostaje się mleko i jabłka, a elicie w Opowieści Podręcznej - płodne kobiety. W mojej książce przeciwko tyranii występuje siła, w której sam Orwell - mimo swojego przekonania, że do walki z uciskiem niezbędna jest organizacja polityczna - zawsze pokładał wielką nadzieję, a mianowicie zwykła ludzka przyzwoitość tego właśnie rodzaju, który wychwalał w eseju o Charlesie Dickensie.
Pewien fragment w końcowej partii Opowieści Podręcznej wiele zawdzięcza Rokowi 1984. Mam na myśli sprawozdanie z sympozjum, które odbywa się kilkaset lat po opowiedzianych wydarzeniach, a w raporcie tym zamordystyczny ustrój, opisany w powieści, jest już tylko przedmiotem akademickiej analizy. Zbieżność z esejem Orwella o nowomowie powinna być dla każdego oczywista.
Opowieść Podręcznej jest zatem dystopią. A Oryks i Derkacz? Nie powiedziałabym, że to klasyczna dystopia. Zawiera co prawda elementy dystopijne, ale właściwie nie przedstawia nam ogólnej struktury społecznej opisywanego kraju; widzimy tylko, jak w niszach tego społeczeństwa żyją główne postacie. Jedyny dostępny im obraz reszty świata dociera do nich za pośrednictwem telewizji oraz internetu i jest ocenzurowany, a tym samym podejrzany.
Oryks i Derkacz jest według mnie połączeniem romansu przygodowego z satyrą menippejską - formą literacką, która zajmuje się literacką obsesją. Kategorię tę reprezentuje część Podróży Guliwera opowiadająca o Lapucie, czyli latającej wyspie. Tu też należą rozdziały o Instytucie Watsona-Cricka z Oryks i Derkacza. To, że Laputa nigdy nie istniała i istnieć nie mogła (chociaż Swift trafnie przewidział korzyści płynące z dominacji w powietrzu), a Instytutowi Watsona-Cricka niewiele brakuje do tego, żeby stać się rzeczywistością, mało ma wspólnego z ich funkcją w ramach formy literackiej.
Niektóre postacie z Oryks i Derkacza zostały zaprojektowane gwoli ulepszenia zastanego modelu, czyli nas. Każdy, kto zajmuje się taką inżynierią (a dziś już prawie możemy projektować ludzi), musi zadać sobie pytanie: jak wielkie zmiany można wprowadzić? Które cechy stanowią rdzeń naszego jestestwa? Na czym polega człowieczeństwo? "A człowiek? Niby wiem, że to arcydzieło"[10]. A skoro już sami możemy je obrabiać, co mu odetniemy?
I tu wracamy na wspomniane już skrzyżowanie dróg, na którym nauka spotyka się z fikcją. "Czy odrzuca pani naukę?" - pytają mnie czasem. Dziwne pytanie. Odrzucić naukę? Na rzecz i w przeciwieństwie do czego? Gdyby nie to, co nazywamy nauką, wielu z nas umarłoby na ospę, że nie wspomnę o gruźlicy. Wychowałam się wśród naukowców, znam ich obyczaje. Sama o mało nie zostałam uczoną i na pewno wybrałabym tę drogę, gdyby nie uwiodła mnie literatura. Niektórzy z moich najbliższych krewnych są naukowcami. W niczym nie przypominają doktora Frankensteina.
Ale nauka, jak już powiedziałam, zajmuje się wiedzą. Natomiast literaturę zaprzątają uczucia. Nauka jako taka nie jest osobą i nie ma wbudowanego systemu zasad moralnych, nie bardziej niż toster. Jest tylko narzędziem przeznaczonym do zaspokajania naszych pragnień i do obrony przed tym, co nas przeraża, i tak jak każde narzędzie może służyć zarówno dobru, jak i złu. Młotka da się użyć do budowy domu, lecz można nim też zamordować sąsiada. My, ludzie, zawsze tworzymy narzędzia, które pomagają nam osiągać upragnione cele, a nasze pragnienia nie zmieniają się od tysięcy lat, bo wedle wszelkich oznak natura ludzka także pozostaje niezmienna.
Skąd to wiemy? Możemy czerpać tę wiedzę z mitów i legend. Mówią nam one, co i jak czujemy, a od uczuć zależą nasze pragnienia.
Czego zatem pragniemy? Podam nieco przykładów. Chcemy mieć sakiewkę zawsze pełną złota. Chcemy odnaleźć źródło, którego woda zapewnia wieczną młodość. Chcemy fruwać. Chcemy mieć stół, na którym znajdzie się mnóstwo pysznych potraw, ilekroć powiemy "stoliczku, nakryj się", a po posiłku wszystko samo się sprzątnie. Chcemy mieć niewidzialną służbę, której nigdy nie będziemy musieli płacić. Chcemy mieć siedmiomilowe buty, które pozwolą nam błyskawicznie wszędzie dotrzeć. Chcemy mieć czapkę niewidkę, żeby niepostrzeżenie podglądać ludzi. Chcemy mieć broń, która nigdy nie chybia celu i całkowicie unicestwi naszych wrogów. Chcemy karać niesprawiedliwość. Pałamy żądzą władzy. Pragniemy podniet i przygód, a zarazem łakniemy bezpieczeństwa i spokoju. Chcemy być nieśmiertelni. Chcemy mieć mnóstwo pociągających seksualnie partnerów. Chcemy, żeby ci, których kochamy, odwzajemniali to uczucie i byli nam wierni. Chcemy mieć śliczne, inteligentne dzieci, które okażą nam należny szacunek i nie rozbiją samochodu. Chcemy żyć wśród muzyki, upojnych woni i pięknych przedmiotów. Nie chcemy zanadto się zgrzać. Nie chcemy zanadto zmarznąć. Chcemy tańczyć. Chcemy pić na umór i nie mieć potem kaca. Chcemy rozmawiać ze zwierzętami. Chcemy budzić zazdrość. Chcemy być podobni bogom.
Pragniemy mądrości. Pragniemy nadziei. Pragniemy być dobrzy. I dlatego opowiadamy sobie czasem historyjki o mroczniejszej stronie wszystkich naszych innych pragnień.
System kształcenia, który uczy nas tylko tego, co dotyczy samych naszych narzędzi (ich wymyślania i konstruowania, sposobu używania i konserwacji), a pomija ich rolę jako urządzeń do zaspokajania pragnień, jest w gruncie rzeczy zaledwie szkołą naprawy tosterów. Nawet najlepszy na świecie majster od opiekaczy straci jednak posadę, jeżeli ludzie wykreślą grzanki ze śniadaniowego jadłospisu. To, co przywykliśmy nazywać sztuką, nie jest tylko ozdobną falbanką, lecz samym sednem i sercem sprawy, ponieważ dotyczy właśnie naszych serc, a motorem naszej technologicznej pomysłowości są, oprócz umysłów, także emocje. Społeczeństwo bez sztuki żyłoby tak, jakby stłukło swoje lustro i wycięło sobie serce. Nie byłoby już ludzkie w naszym dzisiejszym rozumieniu.
Jak już dawno zauważył William Blake, świat napędza ludzka wyobraźnia. Początkowo napędzała tylko ten ludzki, niegdyś maleńki w porównaniu z otaczającym go światem przyrody, olbrzymim i potężnym. Dziś jesteśmy o krok od całkowitego panowania nad wszystkim oprócz pogody. Ale naszymi poczynaniami nadal kieruje ludzka wyobraźnia w całej swojej różnorodności. Literatura jest zewem czy też uzewnętrznieniem, wypowiedzią lub wypociną ludzkiej wyobraźni. Wypuszcza cieniste formy myśli i uczuć - niebo, piekło, potwory, anioły i całą resztę - na światło, dzięki czemu mamy sposobność uważnie im się przyjrzeć i może lepiej zrozumieć, kim jesteśmy, czego pragniemy i gdzie są granice tych pragnień. Rozumienie wyobraźni jest już nie tylko rozrywką czy nawet obowiązkiem, lecz także koniecznością, im bowiem dokładniej coś sobie wyobrazimy, tym łatwiej będzie nam się z tym uporać.
Albo chociaż spróbować. Zawsze dobrze nam szło wypuszczanie kotów z worków, dżinnów z butelek i plag z puszki Pandory. Tylko zapędzanie ich tam z powrotem sprawia nam trudności. Ale każde z nas jest dzieckiem opowieści. Może tym, co nas popycha do przodu i - a jakże - wyciąga z łóżka, każe zejść na parter i czytać poranną gazetę, jest proste pytanie, wobec którego każdy literat czy dziennikarz (zauważyli państwo to rozróżnienie?) musi stawać w każdej godzinie pisania. Brzmi zaś ono:
Co będzie dalej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki