Rozdział 1
Od długiego wpatrywania się w nocne niebo bolał go kark. Z biegiem lat
przejechał kraj wzdłuż i wszerz, oglądał niebo z setek różnych miejsc,
ale nie pamiętał, żeby noc była gdzieś tak czysta i nieskazitelna jak
tutaj, w Wyoming. Nieomal czuł, jak ciężar niebios wgniata go w równinę.
Tu łatwo było sobie przypomnieć, że Bóg rozpoczął stworzenie świata od
podzielenia go na pół. Bez względu na to, w którą stronę patrzył,
horyzont był tak płaski i pusty, jak podczas drugiego dnia stworzenia.
I tylko niewielki dom po wschodniej stronie psuł ten idealny obraz.
Moses Wilcox zamierzał usunąć tę skazę.
Opuścił głowę, powstrzymując chęć pomasowania karku. Przy każdym oddechu
z jego ust wydobywały się małe kłęby pary, nocny ziąb przenikał go do
szpiku kości, ale na to też nie zwracał uwagi. Wyznawcy obserwowali go w ciszy i z nabożną czcią, nie mógł więc sobie pozwolić na okazanie
słabości. Przesunął wzrokiem po twarzach licznych wiernych czekających
na jego słowa. Odwlekał tę chwilę, z doświadczenia doskonale wiedział,
jak daleko może się posunąć. Niech ich napięcie narasta, aż stanie się
nie do zniesienia, a wtedy przerwie je w samą porę, tuż przed tym, nim
zaczną się niecierpliwić.
- "A potem Bóg rzekł: "Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!". Uczyniwszy to sklepienie,
Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak
się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem"1.
Z powrotem uniósł głowę. Wierni uczynili to samo, spoglądając w ślad za
jego wzrokiem. Odetchnął głęboko.
- Przybyliśmy tu zaledwie osiemnaście dni temu. Zrobiliśmy to, licząc,
że znaleźliśmy miejsce, gdzie nareszcie będziemy mogli odpocząć. Gdzie
ciężko pracujący ludzie otworzą przed nami ramiona i będą gotowi na
prawdę. - Stopniowo ściszał głos, aż ledwie go było słychać; w ten
sposób zmuszał parafian, by się zbliżyli i wstrzymali dech. - Niestety,
nie to zastaliśmy.
Ze smutkiem pokręcili głowami. Nie, nie to zastali. Wręcz przeciwnie.
- Zastaliśmy niegodziwość i mroczne serca. Ludzi, którzy pogubili się do
tego stopnia, że nie przyjmują żadnych wskazówek. Mimo to próbowaliśmy.
Anna Clark całymi dniami pukała do wszystkich drzwi, błagając
mieszkańców, żeby przychodzili na nasze kazania. Jonathan Hall rozdał
tysiące ulotek. - Wymienianych wiernych po kolei przyszpilał wzrokiem i patrzył, jak rozpiera ich duma. Wiedział, że teraz będą się starali dwa
razy bardziej, a inni również solidniej wezmą się do pracy, widząc, jak
wychwala tych, z których jest zadowolony. - Nie każdy z nas dał z siebie
wszystko, ale jestem pewny, że za wszelką cenę zechcecie się poprawić.
Spojrzał na Benjamina i przez dłuższą chwilę mierzył go wzrokiem, by się
upewnić, że reprymenda dotarła. Benjamin zwiesił głowę, a ci, którzy
stali obok niego, nieco się odsunęli. Dobrze. Przez kilka tygodni nikt
się do niego nie odezwie. Nawet na niego nie spojrzy. A w tak zżytej
społeczności ktoś, kogo się unika - codziennie, w każdej sekundzie -
czuje ból osamotnienia.
- Jednak pomimo naszych wysiłków w gruncie rzeczy większości ludzi nie
da się uratować. Potrzebują nas, byśmy wskazali im drogę. Bo jeśli nasze
przesłanie ocali przed ogniem piekielnym choćby jedną istotę, tym samym
uratujemy ją przed wieczną udręką!
Z przekonaniem pokręcił głową i po minach wiernych poznał, że im także
udziela się jego zapał.
- Niektórzy grzesznicy zbłądzili tak dalece, że tylko ogień jest w stanie oczyścić ich dusze. Czy to ogień piekielny... - Zatrzymał wzrok na
płonących pochodniach w rękach swoich wyznawców i podniósł głos. - Czy
ogień ludzki!
Wystąpiło sześciu mężczyzn niosących kanistry z benzyną. Podeszli
oblodzoną szutrową drogą do domu i oblali bielone kruszącym się już
wapnem ściany. Trzej weszli do środka; Moses widział w ciemności, jak
rozlewali na podłodze benzynę, a do tego zobaczył kilka rozpadających
się mebli.
Podszedł do jednego z mężczyzn i wyciągnął rękę.
- Daj mi to, moje dziecko.
Zwalisty farmer imieniem Richard był dużo wyższy od Mosesa, ale skurczył
się z trwogi, gdy ten zwrócił się bezpośrednio do niego.
- Jest bardzo ciężki, ojcze.
Moses nie odpowiedział, nadal stał z wyciągniętą ręką, mrużąc oczy.
Richard zamrugał i podał mu kanister.
Rzeczywiście, puszka była ciężka, w dodatku pokryta czymś tłustym, co
ubrudziło ręce i ubranie Mosesa, ale nie zwracał na to uwagi. Ochlapał
płynem ścianę, wdychając ostry, uderzający do głowy odór; serce łomotało
mu tak, jakby to robił po raz pierwszy. Z biegiem lat wszystko mu
spowszedniało. Kazania, jedzenie, dalekie podróże, modlitwy. I tylko ta
czynność nigdy nie przestała go ekscytować. Jedyna, która urzekała swą
obrazowością i czystym naturalnym pięknem.
Śnieg chrzęścił pod jego stopami, kiedy obchodził dom dookoła. Starannie
rozlewał benzynę, aż całkiem opróżnił puszkę. Patrzył, jak ostatnie
krople skapują na zmrożoną ziemię, a potem odsunął się i podał kanister
Richardowi, który szedł tuż za nim.
Wracając, spojrzał na swoich wyznawców i poczuł, że zalewa go fala
miłości. Za każdego z nich gotów był oddać życie. A oni byli gotowi
umrzeć dla niego.
Niektórzy już to zrobili.
- Główny nurt chrześcijaństwa się pogubił, wprowadza w błąd swoich
wiernych - powiedział Moses, patrząc, jak płomienie pochodni falują na
wietrze. - Twierdzą, że Bóg jest miłością. Ale zapominają. Bóg ma różne
oblicza. Jest zemstą.
Głośne, emocjonalne potakiwania, żarliwe wołanie "amen".
- Bóg dla swojego ludu pragnie sprawiedliwości.
Teraz już wszyscy krzyczeli, pochyleni, z wyciągniętymi do góry rękami i twarzami wykrzywionymi w fanatycznym uniesieniu.
- Bóg jest zazdrosny!
Wznoszenie zaciśniętych pięści, hałaśliwe deklaracje aktów wiary,
wytrzeszczone oczy. Z trudem powstrzymywali pragnienie, by rzucić się do
przodu. Już czas.
Moses wyprostował palec uniesionej ręki.
- "Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już
zapłonął!"2 - ryknął. - Czas na powtórny chrzest!
Jeszcze szerzej otworzyli oczy, na ich twarzach malowały się euforia i radość. Moses uśmiechnął się do swojej trzódki, wiedział, co czują. Ta
święta chwila, kiedy stajemy się częścią woli Boga. Ci, którzy nieśli
pochodnie, ruszyli przodem; płomienie zamigotały na wietrze. Dotarli do
domu i niemal jednocześnie podpalili budynek.
Pożar wybuchł z hukiem, wiatr miotał płomieniami, nagły żar wyssał chłód
z powietrza. Jeden z mężczyzn, przerażony, odskoczył z krzykiem. Jego
rękaw płonął, ale paniczne machanie ręką tylko podsycało ogień. Inni
rzucili mu się na pomoc, złapali go, odciągnęli od pożaru, powalili na
ziemię i turlali po śniegu tak długo, aż zdusili ogień. Mężczyzna wciąż
jęczał, a jednak na jego wykrzywionej z bólu twarzy malował się
euforyczny uśmiech. W ich Kościele poparzenie świętym ogniem chrztu
stanowiło zaszczyt, z dumą będzie więc obnosił swoje blizny.
Moses przeniósł wzrok z mężczyzny na pożar; blask płomieni poraził mu
oczy. Kłęby czarnego dymu wzbijały się w górę i opadały, porwane przez
wiatr. Moses czuł, jak stopy niosą go coraz bliżej ognia; powietrze
zasnuwała mgiełka, jego skóra wyschła, łzawiły mu oczy, ale potęga
płomieni go hipnotyzowała. Nagle z wnętrza budynku dobiegł krzyk.
Grzesznik się ocknął. To dobrze. Podczas chrztu lepiej być przytomnym,
czuć, jak nasze grzechy się spalają, gdy znów się łączymy z Chrystusem.
Moses słuchał, jak coraz głośniejsze krzyki grzesznika przeplatają się z jego rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Stanął tyłem do ognia, zwracając się twarzą do wiernych. Patrzyli na
niego z nabożną czcią, tańczący ogień zabarwiał noc jasnopomarańczową
łuną i spowijał go, a nad głową latały migocące grudki żaru.
Niecierpliwie czekał, aż Bóg do niego przemówi, i wkrótce to poczuł. Tak
potężną żądzę, tak pierwotną, że mogła pochodzić tylko od Boga, boski
znak, że ponownie nadszedł czas. Jego spodnie napięły się, gdy święty
wigor sprawił, że dostał erekcji.
Podeszła do niego Anna.
- Ojcze, pora się zbierać.
- Jeszcze nie - odparł. - Nazwiska.
- Ojcze, nie ma na to czasu. Zaraz się zjawią strażacy i policja...
- Nazwiska! - ryknął na nią.
Pośpiesznie, drżącymi rekami, podała mu kartkę z wypisanymi trzema
nazwiskami. Moses przeczytał je i podniósł wzrok, by wypatrzyć pośród
swojej trzódki trzy kobiety. Są. Jedna, z pucołowatą twarzą, była po
trzydziestce. Druga, młodsza i chudsza, na skutek wady zgryzu miała
sterczące przednie zęby. A trzecia była... ech!
Jennifer miała dziewiętnaście lat i wraz z siostrą niedawno dołączyła do
trzódki. Długie włosy spływające aż na biodra. Delikatna twarz. Pod
materiałem bluzki kształtna obietnica. Patrząc na nią, poczuł ucisk w sercu i wiedział, że Bóg dokonał wyboru. Tej nocy to będzie ona.
Podszedł do niej i wziął ją za rękę. W jego oczach lśniło podniecenie,
budziły postrach.
- Chodź ze mną - polecił cicho.
Zaprowadził ją na pole, z dala od reszty wiernych. Za nimi dom płonął
tak, że aż tutaj czuł żar na plecach. Dobiegające ze środka wołanie o pomoc przeszło w wycie.
- Czy jesteś gotowa urodzić moje dziecko? - zapytał.
- T... tak, oczywiście. Ale...
- Rozbierz się.
- Ale... oni nas tu zobaczą.
Zbył jej obawy lekceważącym machnięciem ręki.
- Taka jest wola Pana. Co za różnica, czy nas zobaczą? Rozbieraj się.
Ale już.
Drżącymi palcami zaczęła rozpinać guziki bluzki. Na jej gołej skórze
zamigotały pomarańczowe płomienie, wokół nich wirowały kłęby dymu, coraz
trudniej było oddychać.
Zniecierpliwiony Moses rozerwał jej bluzkę. Owładnięty żądzą, która
musiała być ręką Boga, położył dziewczynę na topiącym się śniegu.
Za nimi krzyki grzesznika nareszcie ustały.
Rozdział 2
Porucznik Abby Mullen, oparta o maskę swojego samochodu, patrzyła na
zwęglone szczątki domu. Od trzech tygodni przeglądała dziesiątki
przypadków udokumentowanych podpaleń i nawet pojechała obejrzeć na
własne oczy pięć kompletnie spalonych budynków. Stwierdziła, że każdy ze
zwęglonych domów wyróżniał się niepowtarzalnym wyglądem. W niektórych
ostały się poczerniałe ściany, w innych zachował się tylko szkielet
konstrukcji. Na rumowiskach pozostały szczątki życia osób, które tam
kiedyś mieszkały - na wpół stopiona lalka, potłuczone naczynia z ceramiki, połamany regał z setkami spopielałych książek. W niektórych
domach przez resztki zawalonych ścian można było zajrzeć na podwórka na
tyłach.
Z tego budynku nie zostało prawie nic. Z ruin sterczał tylko jeden
poczerniały dźwigar. Abby dostrzegła w rumowisku coś, co niegdyś pewnie
było kanapą. Z tyłu majaczył zarys metalowej lodówki. Popiół zabarwił
śnieg wokół domu na szaro, zlewając się z licznymi śladami opon wozów
strażackich, aut policyjnych i cywilnych gapiów.
Dom odgrodzono żółtą taśmą policyjną do oznaczania miejsc zbrodni, która
łopotała na lodowatym wietrze. Czarna ruina odcinała się paskudnie na
tle cienkiej warstwy zmrożonego śniegu pokrywającego okoliczne pola.
Abby zadrżała z zimna, taki mróz sprawiał, że jej myśli krążyły wokół
zupy, kubka gorącej czekolady i ciepłego koca... tyle że tutaj nie mogła
na to liczyć.
Strażacy i technicy policyjni skończyli pracę na miejscu zbrodni
poprzedniego dnia, więc teraz cisza i bezruch w tej okolicy działały na
nerwy. I chociaż nikogo tam nie było, Abby nie mogła się pozbyć
niemiłego wrażenia, że ktoś ją obserwuje. Zerknęła z ukosa przez pokryte
lodem pola na sąsiedni dom stojący jakiejś dwieście metrów dalej. W oknach ciemno, ani śladu ruchu. Może jakiś ciekawski sąsiad? Albo to
tylko jej wyobraźnia. Miała za sobą całonocny lot do Wyoming i ze
zmęczenia jej nerwy były w strzępach.
Poprawiwszy wełnianą czapkę, by lepiej przylegała do zmarzniętych uszu,
odepchnęła się od maski auta. Zmrożony śnieg skrzypiał pod jej stopami,
gdy podchodziła do szczątków budynku. Zgięła się wpół, przeszła pod
taśmą i wyprostowała się; jej nozdrza wypełniał cierpki swąd spalenizny.
Już teraz porównywała w myślach to pogrzelisko ze zdjęciami z podobnych
miejsc zbrodni, które oglądała.
Od kilku tygodni prowadziła nieformalne śledztwo w sprawie serii
podpaleń najwyraźniej powiązanych z osobą Mosesa Wilcoxa. Przed ponad
trzydziestu laty Wilcox był przywódcą sekty religijnej w Karolinie
Północnej. Pomijając inne występki, sekta produkowała heroinę i sprzedawała lokalnym dilerom. A kiedy policja zorganizowała oblężenie,
Wilcox zamknął wszystkich swoich wyznawców w jadalni na terenie sekty,
podłożył ogień i ich spalił. W powszechnej świadomości tragedia ta znana
była pod nazwą masakry sekty Wilcoxa. Oficjalnie ocalało tylko troje
członków sekty, same dzieci. Wśród nich Abby.
Przeżyła jednak czwarta osoba. Niedawno Abby odkryła, że Moses Wilcox
skorzystał z wywołanego pożarem chaosu i wymknął się policji. A ponieważ
uznano go za zmarłego, przez trzy dekady nikt go nie szukał.
Ostrożnie weszła do domu, omijając sterty zwęglonych gruzów, które
powstały, gdy podczas pożaru runął dach. Niechcący kopnęła coś
plastikowego, co potoczyło się po podłodze. Schyliła się i obejrzała ten
przedmiot - pozostawiony przez policjantów znacznik. Co znajdowało się
na wskazywanym przez niego miejscu? Pusty kanister po benzynie? Albo
jakiś mebel, który cudem pozostał nietknięty? A może szczątki
właściciela domu, Jimmiego Yatesa?
Badając przypadki podpaleń, trafiła na dochodzenie prowadzone równolegle
przez FBI. Kilkakrotnie rozmawiała z kierującą nim kobietą, ale choć
opowiedziała jej o Mosesie Wilcoksie wszystko, co wiedziała, w zamian
nie dostała prawie żadnych informacji. A przedwczoraj zadzwonił do niej
agent specjalny, niejaki Grey, bo miał kilka dodatkowych pytań.
Interesowało go zwłaszcza to, czy Moses Wilcox miał jakieś związki z Wyoming. Abby nic na ten temat nie wiedziała, ale po tej rozmowie
pogrzebała trochę i odkryła, że w Douglas w stanie Wyoming właśnie
spłonął dom, a policja traktuje to jako podpalenie. W pożarze poniósł
śmierć jego właściciel Jimmie Yates.
Teraz się rozglądała, zastanawiając się, czy rzeczywiście ma to związek
ze sprawą. Czy to możliwe, że Moses Wilcox kilka dni temu przebywał w Douglas? Czy tylko marnowała czas i pieniądze, badając jakiś przypadkowy
pożar?
Gdyby nie groźba w stosunku do jej dzieci, za nic by tu nie przyjechała.
"To moje wnuki, Abihail. Należą do mojej trzódki".
Usłyszała to od Mosesa przez telefon trzy tygodnie wcześniej, kiedy się
dowiedziała, że pod jej nieobecność próbował wejść do ich domu i zobaczyć się z jej synem Benem.
Od tamtej pory kilka razy zdarzyło się, że włosy zjeżyły jej się na
karku. Ktoś wydzwaniał na ich numer domowy i rozłączał się, gdy tylko
podnosiła słuchawkę. Jakiś nieznajomy kontaktował się z Sam na Twitterze
i pisał: "Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę, jak grasz". Ben
powiedział Abby, że przed szkołą wystaje jakaś kobieta i przygląda się,
jak bawi się z kolegami, patrzy wyłącznie na niego.
Abby miała wrażenie, że są nieustannie śledzeni. Spinała się, jeśli na
ulicy ktoś zatrzymał na niej wzrok o sekundę dłużej, niż wypadało. Kiedy
szła z Benem przez park, mijana przez nich kobieta akurat robiła sobie
selfie, więc przez ponad dwadzieścia minut Abby śledziła ją dyskretnie,
próbując ustalić, czy nie zrobiła im potajemnie zdjęcia. A jeśli komórka
Sam pisnęła, rzucała się na córkę, wypytując, kto i co do niej napisał.
Odbijało jej. I wiedziała, że się nie uspokoi, dopóki Moses nie trafi za
kratki. By bronić swoich dzieci, była gotowa ścigać Mosesa Wilcoxa na
kraj świata. Na razie zaprowadziło ją to do Wyoming.
Dostrzegła coś w popiele i przyklęknęła, żeby się przyjrzeć. Kawałek
czerwonego plastiku, pogięty i skręcony od gorąca, z poczerniałymi od
ognia krawędziami.
- Nie ruszaj się! - warknął za jej plecami jakiś mężczyzna.
Abby odruchowo wstała i zaczęła się odwracać.
- Nie ruszaj się, powiedziałem! Bo strzelę! - krzyknął tamten. - Załóż
ręce za głowę. Powoli!
Powolutku wykonała polecenie.
- Jestem policjantką. Porucznik Abby Mullen. - Ile go od niej dzieliło?
Dom nie był duży. Czy stał w środku, czy na zewnątrz? I czy jest tu
gdzie się ukryć, gdyby zaczął strzelać?
- Co ty powiesz? - rzucił drwiąco mężczyzna. - Odwróć się.
Zrobiła to, szurając nogami, żeby go nie wystraszyć. Jej wzrok od razu
padł na lufę wycelowanej w nią broni. Pistolet trzymał policjant w mundurze. Zwróciła uwagę na jego postawę, na napięte mięśnie, na drganie
mocno zaciśniętej szczęki, na wymięte ubranie i nerwowość w przekrwionych oczach, którymi patrzył na nią bez zmrużenia powiek. Gdy
spojrzała mu w oczy, serce załomotało jej w piersi.
Powinna była przewidzieć, że tak to się skończy. Policja objęła miejsce
zbrodni nadzorem. Ten budynek po drugiej stronie pola... czuła, że ktoś ją
obserwuje. Prawdopodobnie gdy tylko weszła w głąb zrujnowanego domu,
policjant ruszył jej śladem. Która godzina? Mniej więcej ósma
trzydzieści rano. Zważywszy na wygląd tego człowieka, nie był na
porannej zmianie. Kończył nockę i czekał, aż ktoś go wreszcie zastąpi.
Prawie pewne, że kipiał z gniewu, zastanawiając się, gdzie się podział
jego zmiennik. Na noc wysyłano zwykle młodych policjantów, ale ten miał
ze trzydzieści pięć lat, jeśli nie więcej. Mogło to świadczyć o tym, że
dostał nocną zmianę, bo był skończonym niedojdą. Miała nadzieję, że tak
nie jest.
- Niech pan posłucha - odezwała się cicho i spokojnie. - Jestem
porucznik Abby Mullen z policji nowojorskiej. Proszę opuścić broń. -
Ostatnie słowa akcentowała w sposób wskazujący, że po prostu stwierdza
fakt. Ten człowiek był zmęczony i pewnie nabuzowany kofeiną. Chciał,
żeby ktoś przejął inicjatywę.
Nie opuścił broni, ale zauważyła, że jego mięśnie ledwo dostrzegalnie
się rozluźniły. Nawet jeśli nie uwierzył, że Abby jest policjantką, to
widok jej twarzy w połączeniu z łagodnym głosem ukoił jego nerwy.
- Czego tu szukasz, hę?
Abby usłyszała warkot silnika samochodu. Ktoś nadjeżdżał. Zapewne
zmiennik tego faceta. Nie chciała, żeby wszedł tu kolejny policjant i zobaczył, że jego kolega mierzy do niej z pistoletu. Mógłby to źle
zrozumieć i sytuacja wymknęłaby się spod kontroli. Usiłując nie patrzeć
na broń, powiedziała:
- Prowadzę śledztwo. W sprawie seryjnego podpalacza. Proszę schować
broń.
Złagodziła ton, mówiła jak bezbronna młoda kobieta... ba, zatrzepotała
nawet rzęsami. Żałowała, że ma na sobie wełnianą czapkę i obszerne
palto. Wiedziała, że wyglądała w nim tak, jakby mogła coś chować pod
spodem. A czapka, choć ciepła, skrywała jej jasne włosy i odstające
uszy. W obliczu drobnej kobiety z odstającymi uszami mężczyźni
przeważnie nie czują się zagrożeni.
- Jesteśmy w Wyoming - odparł powoli, jakby podejrzewał, że przez
pomyłkę źle skręciła i wylądowała w innym stanie, niż chciała. - Nie w Nowym Jorku.
- Jak pan się nazywa? - spytała i lekko się uśmiechnęła.
- Funkcjonariusz Fred Moss.
Dlaczego nie opuszczał pistoletu? Spojrzała na niego zalotnie.
- Przepraszam, Fred - powiedziała ze skruchą. - Powinnam była zadzwonić
i uzgodnić to z policją miejską Douglas.
- A więc jesteś policjantką z Nowego Jorku? - upewnił się.
Jako policyjna negocjatorka, Abby zawsze wyznawała zasadę 7-38-55.
Chodzi w niej o to, że kiedy ktoś mówi, jego słowa oddają zaledwie
siedem procent tego, co czuje. Trzydzieści osiem procent przypada na ton
głosu, a pięćdziesiąt pięć procent to wyraz twarzy. Słowa tego
policjanta w zasadzie powinny ją uspokoić. Ale jego mina zdradzała
niepokój i irytację. A w głuchym tonie pobrzmiewało niemal
rozczarowanie.
Próbowała sobie wyobrazić, co on czuje. Gliniarz z Douglas w stanie
Wyoming. W jego pracy prawdopodobnie wiało nudą - zamykał tych samych
pijaków, zgarniał tych samych ćpunów, łapał drobnych złodziejaszków i szukał zaginionych kotów. Aż tu nagle spalił się dom i w płomieniach
zginął człowiek. Morderstwo. Policja postanowiła obserwować
pogorzelisko, na wypadek gdyby zabójca wrócił na miejsce zbrodni, a Fredowi Mossowi znowu wlepiono nocną zmianę. Więc gapił się na spalone
szczątki domu Yatesa, usiłował nie zasnąć, pił kawę za kawą, aż serce
omal nie wyskoczyło mu z piersi, a powieki ważyły chyba po pięć
kilogramów. Jego poranny zmiennik się spóźniał, prawdopodobnie tak jak
zawsze. I nagle pojawiła się jakaś postać. Z daleka wyglądała jak
pierwszy lepszy człowiek. Mogła być nawet obłąkanym piromanem, który
przyszedł obejrzeć swoje dzieło.
Nabuzowany kofeiną i złością funkcjonariusz Moss wyszedł ze swojej
kryjówki i pieszo pokonał dystans do spalonego domu. Ciekawe, o czym
myślał po drodze? Bał się - słyszała to w jego głosie, kiedy powiedział,
że ma się nie ruszać. Ale może zarazem wyobrażał sobie, że oto łapie
niebezpiecznego piromana, który zabił Jimmiego Yatesa. Że zakuwa
obłąkanego mordercę w kajdanki i wlecze do samochodu, a tamten błaga go
o litość. I nareszcie cały komisariat by się przekonał, ile jest wart.
A potem okazało się, że celuje z pistoletu w drobną kobietę. Która w dodatku okazała się policjantką! Wśród kolegów z komisariatu stałby się
pośmiewiskiem. Chociaż i tak już pogodził się z tym, że jest na samym
dole łańcucha pokarmowego.
Stał na skraju przepaści. Zdał sobie z tego sprawę w chwili, gdy
opuszczał broń - dopadła go koszmarna wizja przyszłości.
Posłała mu zawstydzony uśmiech.
- Boże, ależ ze mnie kretynka! - powiedziała. - Przeze mnie całą tę
waszą obserwację szlag trafił. Powinnam była przewidzieć, że
obserwujecie to miejsce. Cholera! Mogłam wystraszyć sprawcę.
- Ja... Ano. - Spojrzał na nią gniewnie, jeszcze bardziej opuszczając
pistolet. - Coś ty sobie myślała?
- W ogóle nie myślałam. Tak mi przykro. - Kiedy lufa pistoletu się
odwróciła, jej puls wrócił do normy. Odetchnęła głęboko, udając
zawstydzenie, by ukryć swój strach. - Chce pan to zgłosić?
- Ja... - urwał i zamilkł, gdy doleciał ich chrzęst zbliżających się
kroków. Na pogorzelisko po spalonym domu weszły jeszcze trzy osoby. Był
wśród nich mundurowy, zapewne zmiennik Freda. Wyższy od niego o dobre
dziesięć centymetrów i co najmniej pięć lat młodszy.
Pozostała dwójka nie była z policji. Mężczyzna - wyższy od policjantów i bardziej barczysty - miał gęstą grzywę czarnych włosów i uśmiechał się
od niechcenia; ten uśmiech miał być rozbrajający, ale Abby nie dała się
zwieść. Jego oczy biegały od opuszczonej broni w dłoni Freda do jej
twarzy i znów do policjanta, kiedy oceniał sytuację. Szczwany lis.
Towarzyszyła mu kobieta nieco wyższa od Abby, w szarej czapce z włóczki,
spod której wymykały się niesforne kasztanowe loki. Jej blada twarz była
delikatna, pomijając nos - długi i zakrzywiony. Tak jak jej kolega,
najpierw popatrzyła na Freda, który jakby zwiądł pod jej spojrzeniem.
Potem odwróciła się do Abby i wpatrywała się w nią jasnozielonymi
oczami. Zupełnie jakby ją czytała, tak jak ktoś przeglądający nagłówki
gazety.
- Hej, Moss - rzucił wesoło policjant, który przyjechał zmienić Freda. -
To ci federalni, z którymi gadaliśmy wczoraj. A kim jest twoja znajoma?
Abby uśmiechnęła się do trójki nowo przybyłych.
- Cześć, jestem porucznik Abby Mullen z Nowego Jorku.
Federalni zamrugali.
- Mullen? - odezwała się kobieta. - A co pani tu robi?
Stojący obok niej mężczyzna odchrząknął.
- Dzwoniłem do niej wczoraj - wyjaśnił. Z uśmiechem odwrócił się do
Abby. - Agent Tatum Gray - przedstawił się. - Rozmawialiśmy przez
telefon. A to jest...
- Zoe Bentley, rzecz jasna - wpadła mu w słowo Abby. Uśmiechnęła się. -
Miło was w końcu poznać.
- Porucznik Mullen nie porozumiała się z nami przed przyjazdem - burknął
Fred. - Omal nie wziąłem jej za podpalaczkę.
Zoe zmierzyła go takim wzrokiem, jakby patrzyła na komara.
- Tylko niecałe piętnaście procent podpalaczy to kobiety, w dodatku nie
wracają na miejsce zbrodni - walnęła prosto z mostu. - A wasi technicy
znaleźli tu trzy dwudziestolitrowe kanistry po benzynie. Nie wyobrażam
sobie, żeby kobieta o posturze Mullen mogła je przytargać, a ty?
Fred z zakłopotaniem wbił wzrok w poczerniałe drzwi. Abby przez chwilę
zastanawiała się, co by się stało, gdyby Zoe Bentley pierwsza dotarła do
spalonego domu i to w nią nadgorliwy funkcjonariusz Fred Moss
wycelowałby swój ochoczy pistolet.
Rozdział 3
Zoe nie miała pojęcia, co popchnęło Mullen do przybycia na miejsce
zbrodni. To nie było jej śledztwo; mało tego, nie była to jej
jurysdykcja. W najlepszym razie chciała pomóc, choć jeśli tak, to źle to
sobie wymyśliła. W najgorszym zaś zamierzała włączyć do śledztwa policję
nowojorską, ale dzięki wielkie, już i tak za dużo agencji się tym
zajmowało. Jak to się mówi, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - a nadmiar służb śledczych to jest istny koszmar. Nie dość, że nie ma co
jeść, to nawet nie sposób uzgodnić, czy należy uwarzyć zupę, czy może
zrobić deser.
- Pani porucznik - odezwała się. - Czy agent Gray zakomunikował, że
potrzebujemy pani pomocy w tym śledztwie?
Mullen uśmiechnęła się do niej i zdjęła czapkę; jasne włosy opadły jej
na ramiona. Nosiła okulary w delikatnej oprawie, w których wyglądała jak
mól książkowy. Widząc jej zaróżowione z zimna uszy i nos, Zoe z doświadczenia wiedziała, że jej ptasi nos też jest różowy. Trudno.
- Przepraszam - odparła cicho policjantka. - Powinnam była was uprzedzić
o swoim przyjeździe. - Wyciągnęła rękę do Zoe.
- Owszem. Bo wtedy powiedziałabym pani, że nie ma takiej potrzeby -
przytaknęła Zoe. - Jeśli będą nam potrzebne dodatkowe informacje od
pani, odezwiemy się. - Popatrzyła chwilę na wyciągniętą rękę Abby, ale w końcu niecierpliwie uścisnęła jej dłoń.
- Skoro już tu jestem, nic nie stoi na przeszkodzie, żebym się
rozejrzała - zauważyła Mullen.
- Lepiej nie - ucięła Zoe.
Policjantka zamrugała i spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Mam wrażenie, że pani się boi, że będę się mieszała w wasze śledztwo -
powiedziała takim tonem, jakby zastrzeżenie Zoe było co najmniej dziwne.
- Zgadza się.
Stojący obok Zoe Tatum się skrzywił. Pracowała z nim od kilku lat i wiedziała, kiedy irytuje go jej bezpośredniość. Ale Mullen do niczego
nie była im potrzebna, więc chciała zdusić jej zapał w zarodku.
Abby przekrzywiła głowę.
- Szkoda. Jak mam panią zapewnić, że nie będę wchodziła wam w drogę?
- Nijak - rzuciła szybko Zoe. - Z doświadczenia wiem, że będzie się pani
wtrącała. - Odwróciła się od Abby i rozejrzała wokół siebie.
Był to już piąty spalony dom, który oglądała w ciągu ostatnich trzech
miesięcy, odkąd do sprawy przydzielono Sekcję Analiz Behawioralnych FBI.
Do podpaleń dochodziło w różnych stanach, ale łączył je podobny schemat,
który zdaniem Zoe był podpisem zabójcy. Wszystkie ofiary spłonęły
żywcem, a każda miała skrępowane w kostkach nogi i związane w nadgarstkach ręce.
Sposób działania sprawcy zmieniał się i rozwijał, co charakteryzowało
większość seryjnych zabójców. Używano coraz więcej substancji
zapalającej i zmieniały się materiały używane do krępowania ofiar. A pożary wybuchały w coraz bardziej ustronnych miejscach.
Poza tym te incydenty dzieliły coraz krótsze odstępy czasu.
Wszystko to świadczyło o tym, że zabójcą powoduje wyjątkowo silna
obsesja. Jednak wyniki badań kryminalistycznych oraz skuteczność, z jaką
dokonywano tych zbrodni, wskazywały na robotę kilku współdziałających ze
sobą podpalaczy. Do niedawna Zoe miała kłopot z opracowaniem spójnego
profilu jednoczącego te zbrodnie. Ostatecznie uznała, że jakimś sposobem
- może na forum w dark webie - skrzyknęli się mężczyźni, których łączyły
podobne fantazje, i postanowili działać wspólnie. Jednak podpalacze
przeważnie wykazują antyspołeczne zaburzenia osobowości, a piromania
jest przykładem zaburzenia kontroli impulsów. Zespół sprawnych,
działających ręka w rękę podpalaczy nijak do tego nie pasował.
Aż tu nagle, kilka tygodni temu, skontaktowała się z nią porucznik Abby
Mullen i zasugerowała, że te zbrodnie mają związek z sektą. Wszystko
ułożyło się w całość. Sekta nie potrzebowała kilkorga ludzi z tymi
samymi fantazjami. Wystarczał charyzmatyczny przywódca, którego chore
fantazje realizowali jego wyznawcy.
Powtórka z Rodziny Mansona.
Z całej opowieści Mullen wynikało, że miała rację. Seryjnym zabójcą,
którego szukała Zoe, był nie kto inny, tylko uznany za zmarłego Moses
Wilcox. Mullen udało się nawet zrobić zrzut ekranu z niewyraźną
podobizną Wilcoxa, gdy skontaktował się z nią na wideoczacie. Kobieta
uważana za wyznawczynię Wilcoxa podpaliła się w szkole w Nowym Jorku w dziwnych okolicznościach, a nowojorska policja wciąż próbowała rozwikłać
tę sprawę. Przez ostatnie dwa tygodnie Zoe i Tatum rozmawiali ze
świadkami, pokazując im zdjęcia Wilcoxa - zarówno najnowszą niewyraźną
odbitkę, jak i niesławną fotografię używaną przed laty do ilustrowania
artykułów o masakrze sekty Wilcoxa.
Krótko mówiąc, Zoe cieszyła się, że Mullen się z nią skontaktowała. Jej
rada była bardzo użyteczna. Nie widziała jednak, w czym policjantka
mogłaby pomóc. Wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w sekcie w zasadzie
nie miały znaczenia, a założenie, że na skutek wieloletniej znajomości
"wie", jak myśli Wilcox, było śmiechu warte.
Zirytowana Zoe spróbowała nie myśleć o Mullen. No proszę, ona już jej
wchodziła w paradę. Zoe powinna się zajmować odtwarzaniem ostatniego
morderstwa, a nie oceniać wkład policjantki do śledztwa.
Odeszła od niej i od Tatuma i odetchnęła głęboko. Wyjęła ze swojej torby
zdjęcia z miejsca zbrodni i rozejrzała się. Pierwsze zdjęcie
przedstawiało zwęglone szczątki denata. Kabel elektryczny, którym go
związano, był pokryty sadzą i na zdjęciu niemal niedostrzegalny. Ale
choć więzów nie było widać, można je było określić na podstawie
nienaturalnego ułożenia ciała. Zoe ominęła kupę gruzów i stanęła w miejscu, gdzie znaleziono zwłoki - leżące pośród spalonych resztek
łóżka. W szczelinach podłogi wokół łóżka technicy znaleźli ślady
benzyny, ale nie było jej ani na łóżku, ani pod nim. Najbardziej
wypalone miejsca w pokoju znajdowały się pod ścianami. Świadczyło to o tym, że najprawdopodobniej tam właśnie wylano benzynę. Podpalili więc
pokój, nie mężczyznę. Musiało to być celowe i pasowało do czterech z pięciu pozostałych zbrodni. Miało też jakiś związek z fantazją Wilcoxa.
Stanowiło część jego podpisu.
Na mgnienie oka wyobraźnia podsunęła jej koszmarną wizję - denat leży na
łóżku, związany i bezbronny, wokół niego wzbijają się płomienie, żar
jest nie do wytrzymania... Wyrzuciła ten sugestywny obraz z głowy i zamknęła oczy. Później.
Obeszła budynek dookoła, dopasowując zdjęcia do konkretnych miejsc. W każdym pomieszczeniu leżał porzucony kanister po benzynie. Ale ślady
dowodziły, że benzyną oblano też zewnętrzne ściany. Zapewne podpalacze
podłożyli ogień, stojąc na dworze, inaczej w środku byłoby więcej zwłok.
Przejrzała plik zdjęć i wyjęła fotografie zewnętrznych ścian domu.
Błotnisty grunt był zryty koleinami po oponach i pełen śladów stóp
strażaków i policjantów, którzy przybyli na miejsce.
- O której zjawiły się tu pierwsze służby? - zapytała głośno.
- O pierwszej trzydzieści dwie - odpowiedział jeden z policjantów. -
Straż pożarna odebrała wezwanie siedemnaście minut po pierwszej.
Dotarliby szybciej, gdyby nie to że Fitzpatrickowie wypuścili się akurat
na wakacje.
- Fitzpatrickowie? - powtórzył Tatum.
- Mieszkają za tym polem. - Policjant pokazał palcem. - Jak co roku
wyjechali na wakacje na Florydę.
- Kiedy? - spytała Abby.
Dwaj policjanci spojrzeli na siebie.
- Bo ja wiem? Jakiś tydzień temu.
- Nie - sprostował młodszy z nich. - Trzy dni temu widziałem Pippę na
zumbie.
- Na zumbie? Chodzisz na coś takiego?
- Bo co? Zumba wcale nie jest zła. W każdym razie widocznie jeszcze tu
byli, czyli że wyjechali tuż przed pożarem.
Zoe i Tatum porozumieli się wzrokiem. Wątpliwe, by był to zwykły zbieg
okoliczności. Podpalacze zaatakowali, wiedząc, że najbliższy dom będzie
pusty. A skoro tak, nasuwało się kilka wniosków. Po pierwsze oznaczało
to, że Wilcox nie zamierzał spalić pustego budynku. Bo łatwiejsze i mniej ryzykowne byłoby puszczenie z dymem domu Fitzpatricków. Poza tym
był to dowód na planowanie i cierpliwość. A ktoś, kogo trawi obsesyjna
fantazja, rzadko kiedy jest cierpliwy. Piromani zazwyczaj kiepsko sobie
radzą z kontrolą odruchów. W jaki sposób Moses potrafił opanować swoje
natręctwa?
- Były tu ostatnio jakieś inne pożary? - spytała Zoe.
- Żaden nie umywał się do tego tutaj. - Jeden z policjantów wzruszył
ramionami. - Ktoś podpalił drogowskaz. I porzucony samochód, koło
Antelope Creek Drive. Wie pani, takie szczeniackie wybryki.
- Czy tutejsze nastolatki często coś podpalają?
- No... raczej nie, na szczęście to nie jest norma. Ale wie pani, jakie
są dzieciaki.
- Co o tym myślisz? - spytał Tatum. - Odreagowywanie?
Zoe przytaknęła ruchem głowy.
- Musiał wzniecać niewielkie pożary, żeby utrzymać na wodzy swój
przymus. I czekał na wielki dzień.
- Moses Wilcox nie podkłada ognia dlatego, że jest piromanem - wtrąciła
się Abby. - Jego motywy są natury religijnej. Robi tak, bo w swoim
wynaturzonym umyśle wierzy, że jest to forma oczyszczenia. On nie
podpala drogowskazów.
- Przekonania religijne mogą stanowić dla niego wymówkę, ale nie są
bezpośrednią przyczyną - odparła Zoe. - On pali ludzi, bo tak mu
nakazuje jego popęd. Przymus. A kiedy ten przymus staje się nie do
zniesienia, sięga po coś, co na chwilę pozwala mu odreagować. W jego
przypadku jest to wzniecanie pożarów na chybił trafił.
- To by znaczyło, że oni są tu już od pewnego czasu - zauważył Tatum. -
Czy ostatnio zjawili się w miasteczku jacyś obcy?
- Nikogo takiego nie zauważyliśmy - odparł Moss. - A to mała dziura.
- Chodzi o niewielką grupkę. Pięć, sześć osób - sprecyzowała Zoe. - Może
się nie wychylali.
- Moses na pewno miał dużo większą grupę - zaoponowała Abby. - Garstka
wyznawców to dla niego za mało.
Zoe nie zamierzała dyskutować. Nie interesowało jej, co myśli ta
policjantka. Możliwe, że Wilcox miał wielu zwolenników. Ale tak jak to
było w przypadku "Rodziny" Mansona, popełnienie zbrodni zleciłby raczej
garstce najbardziej fanatycznych wyznawców.
Wyszła z domu, schyliła się i przeszła pod taśmą policyjną odgradzającą
miejsce zbrodni. Odwróciła się do poczerniałych szczątków budynku i zrobiła kilka kroków do tyłu. Gdzie stanęli, żeby podziwiać swoje
dzieło? Buchający żar, wszędzie pełno gęstego dymu. Podejrzewała jednak,
że Wilcox chciał stać jak najbliżej. Cofnęła się jeszcze trochę. Tutaj
pewnie wciąż było gorąco, ale do zniesienia. I nie groziło, że spadną na
kogoś płonące kawałki drewna.
Potrafiła to sobie wyobrazić. Wilcoxa stojącego ze swoimi ludźmi i wpatrującego się w ogień. Czy to zaspokajało jego popęd?
Oceniła, że od domu dzieli ją niecałe dziesięć metrów. Przerzuciła
kartki wstępnego raportu techników, który skopiowała, i znalazła spis
przedmiotów zabranych z miejsca zbrodni.
W odległości dziesięciu metrów od wschodniej ściany spalonego domu ekipa
techników znalazła dwa guziki z kości słoniowej, o średnicy szesnastu
milimetrów. Ale może nie miały żadnego związku z podpaleniem.
Z drugiej strony niewykluczone, że Moses Wilcox potrzebował czegoś
więcej niż pożar, by ugasić trawiącą go żądzę.
Rozdział 4
Będąc w liceum, Abby po raz pierwszy wbiła się na imprezę. Koszmarne
przeżycie! Nie mogła się pozbyć uczucia, że w każdej chwili ktoś może
wskazać ją palcem i zapytać na głos, co tu robi. Trzymała się z dala od
przekąsek, bo zjedzenie czegoś uważałaby za kradzież. W rezultacie
prawie cały czas siedziała ukryta za wielką rośliną i wyszła zza niej
tylko raz, kiedy - o zgrozo! - jeden z pijanych gości próbował się
wysikać do donicy. Złożyła sobie wtedy uroczystą przysięgę, że nigdy
więcej tego nie zrobi.
Złamała tę przysięgę trzy lata później, na studiach. Drugie podejście
okazało się bez porównania bardziej udane niż pierwsze. Uświadomiła
sobie, że gdy tylko z entuzjazmem przywitała się z kilkoma osobami, od
razu uznali ją za swoją. Wciąż słyszała zdania typu: "Nie wiedziałam, że
też tu będziesz" albo: "Skąd znasz Heather?". Jedynym minusem było to,
że po przyjęciu tak się jakoś stało, że gorliwie pomagała Heather w sprzątaniu domu. Przez kilka lat na studiach tak doskonaliła wbijanie
się na imprezy, że wyniosła to do rangi prawdziwej sztuki. W sumie na
takich przyjęciach bawiła się lepiej niż na tych, na które była
zaproszona.
A teraz właśnie miała się wbić na kolejną imprezkę. I chociaż miała tu
mniejsze szanse na gorzałkę czy ekscytujące romantyczne uniesienia, to
serce biło jej samo mocno jak przed laty.
Kiedy na korytarzach komendy policji w Douglas minęło ją kilku
mundurowych, zatęskniła za znajomymi wnętrzami Akademii Policyjnej w Nowym Jorku. Nie zważając na zalewającą ją falę nostalgii, zastukała do
drzwi sali konferencyjnej. I weszła, nie czekając na zaproszenie.
Rzecz jasna, spotkanie już się toczyło. Specjalnie spóźniła się dziesięć
minut. Gdyby przyszła punktualnie na naradę, na którą nikt jej nie
zapraszał, od razu kazaliby jej wyjść. A skoro weszła w trakcie
nasiadówki, uczestnicy najprawdopodobniej dojdą do wniosku, że szkoda
fatygi na spory, i pozwolą jej zostać.
Z jednej strony stołu siedzieli Zoe oraz agent Tatum Gray, a z drugiej
komendant Powell, szef policji miejskiej w Douglas, i dwaj inni
policjanci. Ściany sali konferencyjnej były ozdobione oprawionymi
zdjęciami poprzednich komendantów - rzędem uśmiechniętych twarzy,
jedynych, których nie obeszło bezpardonowe wtargnięcie Abby.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała ze skruszoną miną. - Czekałam
na naradę w innym pokoju. Na szczęście ktoś mnie zobaczył i wskazał
właściwą salę. - Mówiąc to, ruszyła do pustego krzesła obok Tatuma.
Powell spojrzał na nią niechętnie.
- Pani wybaczy, ale kim...
- A tak, przepraszam. Jestem porucznik Abby Mullen z policji Nowego
Jorku. Jako ekspertka od sekt badam szereg podpaleń, które najwyraźniej
są związane z tą sprawą. Współpracuję z doktor Zoe Bentley i agentem
Grayem. - Usiadła, wyciągnęła grubą teczkę i dwa ołówki, po czym
starannie ułożyła je na stole. Następnie wyjęła notes i kartkowała go,
aż znalazła pustą stronę. Mruknęła z satysfakcją, wzięła ołówek i pedantycznie zapisała w rogu datę.
Zoe przeszyła ją wzrokiem.
- Mullen, chyba wyraziłam się jasno, że...
- Agent Gray zaprosił mnie do udziału w tej naradzie - przerwała jej
Abby. - Żebym podzieliła się swoim doświadczeniem.
Zaskoczony Tatum Gray zamrugał, próbując dopasować to do treści ich
rozmowy. To prawda, że poinformował ją o tym spotkaniu. I podziękował
jej za wkład w sprawę. Ale rzecz jasna, wcale jej nie zapraszał.
Widocznie jednak Abby postanowiła czytać między wierszami.
Odwrócił się do niej. Czy oświadczy, że niczego takiego nie zrobił?
Ale on jedynie uśmiechnął się szeroko.
- Jasne! Cieszę się, że przyszłaś.
Zoe spiorunowała go wzrokiem. Słabszy mężczyzna pewnie by usechł pod jej
laserowym spojrzeniem, jednak Tatum tylko rozsiadł się wygodniej.
Pracując z Zoe, zapewne przywykł do jej napadów złości.
- Aha... - bąknął Powell. - Jak już mówiłem, nie jestem przekonany, czy ta
sprawa ma związek ze śledztwem FBI.
Zoe przeniosła swój gniew na komendanta.
- A ja mówiłam, że podpis tego mordercy jest identyczny z pięcioma
innymi w sprawach, które badaliśmy. Ofiara morderstwa została związana w swoim domu, który następnie spalono. W każdym przypadku więzy są niemal
identyczne...
- Nie, jeśli wierzyć przysłanym przez was materiałom. - Powell przełożył
kilka kartek. - Macie dwóch denatów skrępowanych łańcuchami, jednego
drutem kolczastym, jednego kablem elektrycznym, a jeden w ogóle nie był
związany.
- Medycy sądowi twierdzą, że piąta ofiara morderstwa była związana w taki sam sposób, tyle że sznurem, który spłonął w pożarze - sprostowała
Zoe niecierpliwie. - Sposób działania zmienia się i ewoluuje, ale podpis
morderców jest taki sam. Związane nadgarstki i nogi w kostkach.
- Doktor Bentley, takie coś trudno uznać za niepowtarzalny... podpis.
Jeśli się kogoś krępuje, wiąże mu się właśnie nadgarstki i kostki. A nie
małe palce u rąk.
Przez chwilę Zoe wyglądała, jakby miała ochotę przeskoczyć przez stół i udusić komendanta, ale Tatum odchrząknął.
- W porządku. Ta sprawa jest podobna do przypadków zabójstw, które
badamy. Nie przesądzajmy niczego zawczasu.
- Niech wam będzie. - Powell żartobliwie uniósł ręce, jakby się
poddawał. - A więc uważacie, że Moses Wilcox zabił Jimmiego Yatesa.
Dlaczego?
- Wilcoxem kieruje kompulsywna fantazja - wyjaśniła Zoe. - On czuje
nieustanną potrzebę jej zaspokajania. I kiedy żądza staje się nie do
zniesienia, musi pójść za jej głosem. Potrafi odwlekać tę chwilę,
odreagowując stres... W tym celu, naszym zdaniem, podkłada ogień. Ale
nie jest w stanie przeciągać tego w nieskończoność. W pewnym momencie
musi kogoś zabić.
- Czy to coś w rodzaju fetyszu?
Zoe zastanowiła się nad odpowiedzią.
- To jeszcze nie jest jasne. Piromania seksualna i zwykła piromania to
dwie różne rzeczy...
- Czym jest piromania seksualna? - zapytał Powell.
- Czerpaniem satysfakcji seksualnej z podkładania ognia.
Komendant poprawił się na krześle.
- Myślałem, że podkładanie ognia podnieca wszystkich piromanów.
- Błędne przekonanie, ale bardzo powszechne. Większość piromanów nie
doznaje żadnej formy satysfakcji seksualnej z zetknięcia z ogniem.
- No proszę cię, Bentley. Może tylko tak twierdzą, bo inaczej po co by
to robili? - Powell wzniósł oczy do nieba.
- Zbadano to - odparła zwięźle. - Sprawdzono poziom podniecenia
seksualnego dwudziestu sześciu piromanów i piętnastu osób niebędących
podpalaczami, mierząc reakcje prącia na bodźce dźwiękowe...
- Bardzo proszę, darujmy sobie rozmówki o tym, jak pani znajomkowie od
psychologii mierzyli erekcje czterdziestu facetów - komendant podniósł
głos.
- Czterdziestu jeden - sprostowała ostro Zoe. - I żadnych erekcji nie
było, o czym właśnie miałam powiedzieć.
Abby stwierdziła, że o dziwo nabiera do Zoe sympatii. Trzeba być
niezwykłą kobietą, by tak swobodnie mówić o braku erekcji w pokoju
pełnym mężczyzn. Powell i jego policjanci wyraźnie poczuli się nieswojo.
Za to Tatum sprawiał wrażenie, jakby brakowało mu tylko pudełka
popcornu.
- W porządku - warknął Powell. - A więc na razie nie jest jasne, czy
Wilcoxa podnieca to, co robi. On lubi zabijać. Ale dlaczego zabił akurat
Yatesa?
- Prawdopodobnie dlatego, że Yates był łatwym celem - odparła Zoe. -
Mieszkał sam, w domu na uboczu.
- W okolicy jest więcej ustronnych domów - powiedział Powell. - I wiele
osób mieszka tu samotnie. Yates to był kawał chłopa, powalenie go i związanie na pewno wymagało dużo wysiłku. Więc dlaczego wybrali jego?
Komendant chował asa w rękawie. Wiedział o Yatesie coś, czego tamci nie
wiedzieli. I żeby dopiąć swego, zamierzał się tym posłużyć.
Zoe jednak nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Być może Wilcoxa przyciągają domy określonego typu - oznajmiła. - Na
pewno palenie niektórych budynków sprawia mu więcej satysfakcji.
Niewykluczone też, że Yates kogoś mu przypominał, miał szczególne cechy
fizyczne. Niełatwo określić powód wyboru takiej, a nie innej ofiary.
Powell siedział z zaciśniętymi ustami; wyglądał, jakby hamował się przed
naprowadzeniem Zoe na właściwy trop.
- Może chodziło o to, kim był Yates - wtrąciła się Abby. - Wilcox jest
przede wszystkim przywódcą sekty. Wszystko, co robi, służy utrzymaniu
jego władzy nad wyznawcami. Wzmacnianiu ich wiary w niego i w to, co
robią. Jeśli chodziło o morderstwo, pewnie chciał ich przekonać, że jest
konieczne albo usprawiedliwione.
Z Powella uszło powietrze; Abby wiedziała, że trafiła.
- Jimmie Yates był skazany za pedofilię - oświadczył komendant. - Wpadł,
kiedy próbował uwieść w sieci policjanta pod przykrywką, myśląc, że
rozmawia z ośmiolatkiem. Kiedy przeszukaliśmy jego dom, znaleźliśmy całą
kupę pornografii dziecięcej. Sześć tygodni temu wyszedł na wolność.
- We wstępnym raporcie ze śledztwa nie ma ani słowa na ten temat -
zauważył Tatum.
Powell wzruszył ramionami.
- Tutaj wszyscy wiedzą, kim był Yates. Zajmowaliśmy się dokumentacją
dowodów rzeczowych, nie było potrzeby dołączania do wewnętrznego raportu
czegoś, o czym wszyscy wiedzieliśmy.
- I dlatego uważacie, że sprawcą jest ktoś stąd - powiedziała Abby.
- Pół miasta chętnie upiekłoby kiełbaski na ogniu, w którym spłonął,
gdyby ktoś ich zaprosił. Odkąd wyszedł z pudła, bez przerwy wydzwaniają
do mnie z informacjami, gdzie go widziano. Yates przejeżdża samochodem
obok miejscowej szkoły, Yates łypie pożądliwie na dziewczynkę w supermarkecie, Yates robi podejrzane zdjęcia telefonem... - Powell rozparł
się na krześle. - I wiecie co? Sam chętnie upiekłbym sobie kiełbaski na
tym ogniu.
- Macie jakichś konkretnych podejrzanych? - zapytał Tatum.
Ze stosu papierów przed sobą Powell wyjął jedną kartkę.
- Wczoraj ojciec siedemnastoletniej Gretchen Wood zgłosił jej
zniknięcie. Zabrała większość ubrań i około czterystu dolarów, które
ukradła rodzicom. Gretchen to niezłe ziółko. Narkotyki, drobne
kradzieże, wyleciała ze szkoły. Rodzice wysyłali ją kilka razy na obozy
młodzieżowe, podobno miały pomóc, ale w jej przypadku to była przegrana
sprawa. A u Yatesa znaleźliśmy kilka fotek, na których Gretchen pływa w basenie... wtedy jeszcze była dzieckiem.
- Waszym głównym podejrzanym jest pogubiona nastolatka? - upewnił się
Tatum, unosząc brwi.
- To nie wszystko. Matka Gretchen zeznała, że tydzień temu przyłapała ją
na podprowadzaniu benzyny z jej samochodu. - Na twarzy Powella malował
się pełen zadowolenia uśmiech. - Uznała, że córka chce sprzedać benzynę,
żeby mieć pieniądze na narkotyki.
- A jak się tłumaczyła Gretchen? - spytała Abby.
- W ogóle nic nie mówiła. Od jakiegoś czasu nie rozmawia z rodzicami.
- Przepytaliście jej kolegów? - zainteresowała się Abby.
- Tak. Mówią, że ostatnio była bardzo tajemnicza i podekscytowana. A jeśli wierzyć jej rodzicom, nie była to jej pierwsza ucieczka w ostatnim
czasie. W zeszłym miesiącu znikała dwukrotnie. I wracała po kilku
dniach.
- Skoro znikała już wcześniej, dlaczego zgłosili to akurat tym razem?
- Dlatego, że poprzednio nie zabierała ze sobą swoich rzeczy. I według
nich po powrocie do domu za każdym razem była w lepszej formie. Jej
matka uznała, że córka wzięła się w garść. Ale teraz wygląda na to, że
zabrała wszystko, co mogła. No i ukradła im pieniądze.
- Czy widziano, jak podkładała ogień albo kupowała benzynę? - spytał
Tatum.
- Nie mieliśmy jeszcze czasu, żeby to zbadać dokładnie, ale jak dotąd
nikt niczego takiego nie zauważył.
- Czy mówiła o Yatesie?
- Całe miasto mówiło o Jimmiem Yatesie. Zakładam więc, że ona też.
- A co z namierzaniem jej telefonu?
- Zostawiła komórkę w domu.
- Myślicie, że Gretchen spaliła Yatesa w jego domu, a potem zwiała,
zostawiając swój telefon? - spytała Abby sceptycznie.
- Tak, naszym zdaniem Gretchen spotkała Yatesa kilka lat temu. Może ją
molestował, a może tylko chciał się z nią zaprzyjaźnić. Kiedy go
zwolnili, pewnie zaczęła o tym myśleć. I postanowiła rozprawić się z nim
raz na zawsze. Ale kiedy już spaliła jego dom, wystraszyła się policji,
a jak usłyszała, że śledztwo poprowadzi FBI, postanowiła dać nogę.
W zasadzie było to możliwe, ale nieprawdopodobne. Zabójstwa Yatesa
dokonano z premedytacją i w wymyślny sposób. Szukająca zemsty nastolatka
raczej chwyciłaby nóż bądź pistolet i spróbowała go załatwić. Ale nawet
gdyby postanowiła spalić jego dom, to młoda dziewczyna w pojedynkę nie
dałaby rady przytargać takiej ilości benzyny i skrępować Yatesa wewnątrz
budynku. Tyle że Powell przyjął już postawę obronną i nie był skłonny
słuchać żadnych argumentów. Chciał zachować poczucie, że panuje nad
sytuacją i że to on tu rządzi. W końcu, pomimo jego reakcji na to, jak
Zoe opisała badania, nie było mu obce porównywanie, kto ma większego.
Abby szukała sposobu na możliwie delikatne przedstawienie swoich
przemyśleń, ale ubiegła ją Zoe, która walnęła prosto z mostu:
- To idiotyzm.
Cóż, można i tak. Tatum westchnął głośno. Powell się zaczerwienił i splótł ręce na piersi.
- Nawet gdyby przyjąć za prawdopodobne, że ofiara molestowania
postanowiła spalić żywcem swojego prześladowcę, to nie fatygowałaby się
i nie znosiła pod dom Yatesa co najmniej trzech ciężkich kanistrów
benzyny. Ona oblałaby Yatesa od razu, a nie bawiła się w całą tę
skomplikowaną procedurę. Nie mówiąc o tym, że z waszego opisu tej małej
wynika, że nie starczyłoby jej cierpliwości, by czekać, aż sąsiedzi
wyjadą na wakacje. A poza tym znakomitą większość podpalaczy stanowią
mężczyźni, nie kobiety.
- Dość tego! - rzucił ostro Powell. - Nie prosiłem o pomoc FBI w tym
śledztwie. Nie jesteście nam potrzebni.
- Jak już mówiłem, ta sprawa może być związana z naszym śledztwem. -
Tatum spróbował załagodzić sytuację. - Może sprawcą jest Gretchen, może
Wilcox, a może całkiem ktoś inny. My tylko chcemy dotrzeć do prawdy.
- Jeśli cokolwiek ustalimy, na pewno damy wam znać - oświadczył
komendant, stukając w papiery na stole. Było jasne, że dla niego
spotkanie już się skończyło.
- Nie tak prędko - powiedziała stanowczo Zoe. - Musimy omówić następne
kroki. Jest oczywiste, że jeszcze przez kilka dni należy utrzymać
obserwację szczątków domu Yatesa. Musimy też przetrząsnąć miejsca innych
podpaleń w tej okolicy, w poszukiwaniu płynów ustrojowych.
Powell wstał.
- Będziemy w kontakcie.
Abby z roztargnieniem zbierała swoje rzeczy. Podczas gdy Zoe mówiła, coś
jej przyszło do głowy. W zeszłym miesiącu Gretchen dwukrotnie zniknęła z domu. I według matki po powrocie była w lepszej formie. W przypadku
takich zaburzonych dzieciaków jak Gretchen "w lepszej formie" zazwyczaj
oznaczało "inna". Podniecona, tajemnicza. A teraz odeszła, zabierając
wszystkie ubrania, ale zostawiając telefon. Nastolatka prędzej oddałaby
nerkę, niż zrezygnowała z telefonu. Skoro zostawiła komórkę,
prawdopodobnie namówił ją do tego ktoś o wielkiej sile perswazji.
Możliwe, że Gretchen po prostu uciekła z domu, a zbieżność w czasie jest
przypadkowa. Ale niewykluczone, że rozumowanie Powella częściowo było
słuszne i dziewczyna miała związek z podpaleniem. Przez kilka dni z dala
od domu wiele może się zdarzyć. Całkiem możliwe, że Gretchen Wood
została zwerbowana do sekty Mosesa.
Rozdział 5
Delilah Eckert stała w ciasnej kuchni i przyglądała się swoim palcom.
Jak zahipnotyzowana przyłożyła prawą dłoń do lewej i je porównała.
Cztery palce prawej były niemal dwukrotnie grubsze. Zupełnie jak w postach, które widywała na Facebooku - przed jakąś cudowną dietą i po
niej. Właśnie takie były teraz jej palce - prostym przykładem na przed i po. Przed Bradem, po Bradzie.
Palce sprzed Brada były delikatne i eleganckie, takie jak sama Delilah
przed Bradem - również delikatna i elegancka. Miała gęste, gładkie blond
włosy, skórę o barwie kości słoniowej i ubierała się ze smakiem, z czego
była bardzo dumna. Na palcach po Bradzie widniały wielkie fioletowe
sińce. Każda próba zaciśnięcia dłoni wywoływała ostry ból, wędrujący aż
do łokcia. Ale po Bradzie cała Delilah była właśnie taka. Posiniaczona,
sparaliżowana, a każdy niebaczny ruch skutkował bólem.
Przytrzasnął jej palce szufladą, gdy wyjmowała łyżeczkę dla córki Emily.
Odroczona zapłata za błąd, który popełniła poprzedniego wieczoru. Brad
uwielbiał odroczone kary. Nigdy nie tracił panowania nad sobą, nigdy jej
nie bił. Gdy popełniała błąd, zapowiadał tylko: "Zapłacisz mi za to".
Spokojnym, beznamiętnym głosem. Niczym barista w kawiarni, podający cenę
dużego cappuccino. Wtedy żołądek podchodził jej do gardła. Nosiła w sobie ten strach minutami, godzinami, czasami mijały nawet dni. Aż
niemal zaczynała wierzyć, że zapomniał. I wtedy, gdy przestawała się
mieć na baczności, wymierzał karę.
Zabrakło papieru toaletowego? "Zapłacisz mi za to".
Przypadkiem podniosła na niego głos? "Zapłacisz mi za to".
Przyłapał ją, kiedy rozmawiała z sąsiadem? "Zapłacisz mi za to".
Ale mówił to tak cicho, żeby nikt oprócz niej go nie usłyszał.
Życie Delilah składało się z długów i odroczonych płatności. Z hipoteki
strachu i bólu.
- Mamusiu, chce mi się pić. - W jej myśli wdarł się głos Emily.
Melodyjny i cichy. Odwróciła się i uśmiechnęła do córki. Zazwyczaj Emily
nosiła jedną z sukienek kupionych dla niej przez matkę Brada. Brzydkie
sztruksowe rzeczy, których Delilah nienawidziła, choć nigdy nie
ośmieliła się ich skrytykować ("Zapłacisz mi za to"). Tyle że te
sukienki miały z tyłu guziczki oraz zamki błyskawiczne, więc trzeba było
córce pomóc. A teraz zapięcie ich nie wchodziło w rachubę, dlatego
ubrała ją w prostą białą sukienkę, którą sama kupiła. Emily wyglądała w niej jak aniołek, z jasnymi lokami opadającymi falami na jej ramiona i z uroczym, małym okrągłym noskiem. Emily wrodziła się w Brada, ale ku
uldze Delilah oczy odziedziczyła po niej - piwne i łagodne. Delilah
powtarzała sobie, że oczy są zwierciadłem duszy. Więc chociaż córka była
podobna do Brada, to łączył ją z nim jedynie wygląd.
- Wiesz co? - zwróciła się do Emily. - Dziś możesz się napić soku.
Córka uśmiechnęła się do niej radośnie. Zazwyczaj Delilah dokładnie
pilnowała, jaką ilość cukru spożywa jej dziecko. Jednak w trudnych
chwilach przyda się trochę szczęścia. Skoro więc nie mogła zapewnić
szczęścia sobie, to wystarczało jej szczęście córki.
Nie przemyślała tej decyzji. Do opakowania soku dołączona była słomka
owinięta w plastik. Musiała więc wyjąć sok z szafki, wysunąć słomkę z plastiku i wetknąć ją do kartonika, po czym wręczyć go córce. A był to
jeden z tych dni, kiedy każde działanie składało się z mnóstwa
drobniejszych działań, przez co miała wrażenie, że to jedna niekończąca
się praca. Gdy wreszcie Emily usiadła przy stole, popijając sok, Delilah
oddychała szybko, a w oczach miała łzy z bólu.
Zamknęła szafkę, odwracając wzrok. Od jakiegoś czasu bała się szafek i szuflad. Odkąd stwierdziła, że w rękach Brada stają się narzędziem
zemsty na niej. Tak samo jak drzwi, ściany, talerze, długopisy i mnóstwo
innych rzeczy znajdujących się w ich domu. Brad potrafił korzystać z niemal wszystkiego, co posiadali. W tym był naprawdę dobry. Uczył ją
nowych rodzajów strachu. Tak jak Inuici mają dziesiątki czy setki
określeń na śnieg, tak Delilah potrafiła już odróżniać całą masę
strachów. Ten nieokreślony lęk, gdy od jakiegoś czasu nie popełniła
żadnego błędu i wiedziała, że lada chwila to zrobi. Silny strach, kiedy
mówił: "Zapłacisz mi za to". Nieustające przerażenie w oczekiwaniu na
zapłatę. Strach, że tak wygląda jej życie. Strach, że któryś z sąsiadów
znów się z czymś wygada. Strach, że pewnego dnia on weźmie się za ich
dzieci.
Jeszcze kilka miesięcy temu nie przyszłoby jej do głowy, że mógłby się
wyładować na dzieciach. Nie dlatego, że uważała to za niemożliwe - nie
miała pojęcia, jak podły i do czego jest zdolny Brad - ale sądziła, że
gdyby skrzywdził dzieci, byłby to ostateczny koniec. Bo nigdy w życiu
nie pozwoliłaby mu ich tknąć. Gdyby uderzył któreś z nich, odeszłaby.
Czasami nawet fantazjowała na ten temat - ot, taki okruch nadziei. Brad
zwraca się do Emily i mówi: "Zapłacisz mi za to". A wtedy ona pakuje
walizki, łapie autobus i jedzie na drugi koniec kraju. Czasami w tych
fantazjach Brad płakał i błagał ją, żeby została. A znów innym razem
przed wyjazdem go zabijała, dźgała najostrzejszym kuchennym nożem.
Cudowne oczyszczające fantazje!
Aż tu pewnego dnia Emily zachciało się cukierka, a Delilah go jej nie
dała. Zdenerwowana dziewczynka zaczęła krzyczeć. Na co Brad zerwał się z krzesła i ruszył w jej stronę. Tego już było za wiele. Nadszedł moment,
kiedy Delilah postanowiła go zatrzymać. Za nic nie pozwoliłaby
skrzywdzić dzieci. Zagrodziła mu drogę. Ale on stanowczo szedł dalej, na
jego szyi pulsowały nabrzmiałe żyły...
Zeszła mu z drogi. Owładnięty histerią mózg podpowiadał jej, że Brad
dotychczas nie uderzył dzieci, więc nie ma powodu denerwować go jeszcze
bardziej. Zastygła, patrząc, jak podchodzi do Emily, kuca przed nią i ryczy: "Milcz!".
Nie uderzył córki. Choć mógł to zrobić. W tym momencie Delilah zdała
sobie sprawę, że chyba jednak powinna była spróbować go zatrzymać. A może nie?
Nowy strach. Strach, że gdyby zaatakował dzieci, nie zdołałaby mu
przeszkodzić.
Cichy płacz oznajmił, że Ron się obudził. Przeszła do sypialni i nachyliła się nad kołyską. Ron posłał jej bezzębny uśmiech, gaworząc.
- Cześć, maluchu - szepnęła. Niezdarnie spróbowała podnieść go lewą
ręką, ale okazało się to niewykonalne. Ron się rozpłakał. Podniosła go
oburącz, zaciskając zęby i nie zważając na przeszywający ból. Pielucha
była ciężka, jakżeby inaczej. Od porannego incydentu z szufladą
zmieniała ją dwukrotnie i na myśl o tym robiło jej się słabo.
Zastanawiała się, czy nie zawołać Emily i nie poprosić jej, żeby
zmieniła pieluchę. Bez trudu mogła jej wmówić, że to tylko taka zabawa.
Bawiły się w prowadzenie domu, a wtedy Emily odgrywała rolę matki. Albo
urządzały sobie Dzień Odwrotny i zamieniały się rolami. Emily to
uwielbiała.
Coś jej jednak podpowiadało, że Emily zorientowałaby się, jak wygląda
prawda. Że mamusia prosi ją o zmianę pieluchy braciszkowi, bo tatuś
znowu ją skrzywdził.
Nie. Do diabła z tym! Położyła Rona na przewijaku i sama dała sobie
radę; zmusiła się nawet, by sprawdzić, czy czysta pielucha jest
dopasowana jak należy, mimo że jęczała przy tym z bólu.
Gdy skończyła, zaniosła Rona do kuchni i powiedziała do Emily:
- Chodź, przejdziemy się.
Posadziła Rona w wózeczku i nagle znieruchomiała. Szlag! Nie ubrała go
na spacer. W normalnej sytuacji wiercił się tak, że ubieranie go było
prawie niemożliwe, ale teraz... Wstrzymała oddech. W tej chwili omal nie
zrezygnowała ze spaceru. Mogła posadzić Emily przed telewizorem i... i czekać, aż ten dzień się skończy. A jutro będzie lepiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki