Paląca obsesja - Mike Omer

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Od dłu­giego wpa­try­wa­nia się w nocne niebo bolał go kark. Z bie­giem lat prze­je­chał kraj wzdłuż i wszerz, oglą­dał niebo z setek róż­nych miejsc, ale nie pamię­tał, żeby noc była gdzieś tak czy­sta i nie­ska­zi­telna jak tutaj, w Wyoming. Nie­omal czuł, jak cię­żar nie­bios wgniata go w rów­ninę. Tu łatwo było sobie przy­po­mnieć, że Bóg roz­po­czął stwo­rze­nie świata od podzie­le­nia go na pół. Bez względu na to, w którą stronę patrzył, hory­zont był tak pła­ski i pusty, jak pod­czas dru­giego dnia stwo­rze­nia.

I tylko nie­wielki dom po wschod­niej stro­nie psuł ten ide­alny obraz. Moses Wil­cox zamie­rzał usu­nąć tę skazę.

Opu­ścił głowę, powstrzy­mu­jąc chęć poma­so­wa­nia karku. Przy każ­dym odde­chu z jego ust wydo­by­wały się małe kłęby pary, nocny ziąb prze­ni­kał go do szpiku kości, ale na to też nie zwra­cał uwagi. Wyznawcy obser­wo­wali go w ciszy i z nabożną czcią, nie mógł więc sobie pozwo­lić na oka­za­nie sła­bo­ści. Prze­su­nął wzro­kiem po twa­rzach licz­nych wier­nych cze­ka­ją­cych na jego słowa. Odwle­kał tę chwilę, z doświad­cze­nia dosko­nale wie­dział, jak daleko może się posu­nąć. Niech ich napię­cie nara­sta, aż sta­nie się nie do znie­sie­nia, a wtedy prze­rwie je w samą porę, tuż przed tym, nim zaczną się nie­cier­pli­wić.

- "A potem Bóg rzekł: "Nie­chaj powsta­nie skle­pie­nie w środku wód i nie­chaj ono oddzieli jedne wody od dru­gich!". Uczy­niw­szy to skle­pie­nie, Bóg oddzie­lił wody pod skle­pie­niem od wód ponad skle­pie­niem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to skle­pie­nie nie­bem"1.

Z powro­tem uniósł głowę. Wierni uczy­nili to samo, spo­glą­da­jąc w ślad za jego wzro­kiem. Ode­tchnął głę­boko.

- Przy­by­li­śmy tu zale­d­wie osiem­na­ście dni temu. Zro­bi­li­śmy to, licząc, że zna­leź­li­śmy miej­sce, gdzie naresz­cie będziemy mogli odpo­cząć. Gdzie ciężko pra­cu­jący ludzie otwo­rzą przed nami ramiona i będą gotowi na prawdę. - Stop­niowo ści­szał głos, aż led­wie go było sły­chać; w ten spo­sób zmu­szał para­fian, by się zbli­żyli i wstrzy­mali dech. - Nie­stety, nie to zasta­li­śmy.

Ze smut­kiem pokrę­cili gło­wami. Nie, nie to zastali. Wręcz prze­ciw­nie.

- Zasta­li­śmy nie­go­dzi­wość i mroczne serca. Ludzi, któ­rzy pogu­bili się do tego stop­nia, że nie przyj­mują żad­nych wska­zó­wek. Mimo to pró­bo­wa­li­śmy. Anna Clark całymi dniami pukała do wszyst­kich drzwi, bła­ga­jąc miesz­kań­ców, żeby przy­cho­dzili na nasze kaza­nia. Jona­than Hall roz­dał tysiące ulo­tek. - Wymie­nia­nych wier­nych po kolei przy­szpi­lał wzro­kiem i patrzył, jak roz­piera ich duma. Wie­dział, że teraz będą się sta­rali dwa razy bar­dziej, a inni rów­nież solid­niej wezmą się do pracy, widząc, jak wychwala tych, z któ­rych jest zado­wo­lony. - Nie każdy z nas dał z sie­bie wszystko, ale jestem pewny, że za wszelką cenę zechce­cie się popra­wić.

Spoj­rzał na Ben­ja­mina i przez dłuż­szą chwilę mie­rzył go wzro­kiem, by się upew­nić, że repry­menda dotarła. Ben­ja­min zwie­sił głowę, a ci, któ­rzy stali obok niego, nieco się odsu­nęli. Dobrze. Przez kilka tygo­dni nikt się do niego nie ode­zwie. Nawet na niego nie spoj­rzy. A w tak zży­tej spo­łecz­no­ści ktoś, kogo się unika - codzien­nie, w każ­dej sekun­dzie - czuje ból osa­mot­nie­nia.

- Jed­nak pomimo naszych wysił­ków w grun­cie rze­czy więk­szo­ści ludzi nie da się ura­to­wać. Potrze­bują nas, byśmy wska­zali im drogę. Bo jeśli nasze prze­sła­nie ocali przed ogniem pie­kiel­nym choćby jedną istotę, tym samym ura­tu­jemy ją przed wieczną udręką!

Z prze­ko­na­niem pokrę­cił głową i po minach wier­nych poznał, że im także udziela się jego zapał.

- Nie­któ­rzy grzesz­nicy zbłą­dzili tak dalece, że tylko ogień jest w sta­nie oczy­ścić ich dusze. Czy to ogień pie­kielny... - Zatrzy­mał wzrok na pło­ną­cych pochod­niach w rękach swo­ich wyznaw­ców i pod­niósł głos. - Czy ogień ludzki!

Wystą­piło sze­ściu męż­czyzn nio­są­cych kani­stry z ben­zyną. Pode­szli oblo­dzoną szu­trową drogą do domu i oblali bie­lone kru­szą­cym się już wap­nem ściany. Trzej weszli do środka; Moses widział w ciem­no­ści, jak roz­le­wali na pod­ło­dze ben­zynę, a do tego zoba­czył kilka roz­pa­da­ją­cych się mebli.

Pod­szedł do jed­nego z męż­czyzn i wycią­gnął rękę.

- Daj mi to, moje dziecko.

Zwa­li­sty far­mer imie­niem Richard był dużo wyż­szy od Mosesa, ale skur­czył się z trwogi, gdy ten zwró­cił się bez­po­śred­nio do niego.

- Jest bar­dzo ciężki, ojcze.

Moses nie odpo­wie­dział, na­dal stał z wycią­gniętą ręką, mru­żąc oczy. Richard zamru­gał i podał mu kani­ster.

Rze­czy­wi­ście, puszka była ciężka, w dodatku pokryta czymś tłu­stym, co ubru­dziło ręce i ubra­nie Mosesa, ale nie zwra­cał na to uwagi. Ochla­pał pły­nem ścianę, wdy­cha­jąc ostry, ude­rza­jący do głowy odór; serce łomo­tało mu tak, jakby to robił po raz pierw­szy. Z bie­giem lat wszystko mu spo­wsze­dniało. Kaza­nia, jedze­nie, dale­kie podróże, modli­twy. I tylko ta czyn­ność ni­gdy nie prze­stała go eks­cy­to­wać. Jedyna, która urze­kała swą obra­zo­wo­ścią i czy­stym natu­ral­nym pięk­nem.

Śnieg chrzę­ścił pod jego sto­pami, kiedy obcho­dził dom dookoła. Sta­ran­nie roz­le­wał ben­zynę, aż cał­kiem opróż­nił puszkę. Patrzył, jak ostat­nie kro­ple ska­pują na zmro­żoną zie­mię, a potem odsu­nął się i podał kani­ster Richar­dowi, który szedł tuż za nim.

Wra­ca­jąc, spoj­rzał na swo­ich wyznaw­ców i poczuł, że zalewa go fala miło­ści. Za każ­dego z nich gotów był oddać życie. A oni byli gotowi umrzeć dla niego.

Nie­któ­rzy już to zro­bili.

- Główny nurt chrze­ści­jań­stwa się pogu­bił, wpro­wa­dza w błąd swo­ich wier­nych - powie­dział Moses, patrząc, jak pło­mie­nie pochodni falują na wie­trze. - Twier­dzą, że Bóg jest miło­ścią. Ale zapo­mi­nają. Bóg ma różne obli­cza. Jest zemstą.

Gło­śne, emo­cjo­nalne pota­ki­wa­nia, żar­liwe woła­nie "amen".

- Bóg dla swo­jego ludu pra­gnie spra­wie­dli­wo­ści.

Teraz już wszy­scy krzy­czeli, pochy­leni, z wycią­gnię­tymi do góry rękami i twa­rzami wykrzy­wio­nymi w fana­tycz­nym unie­sie­niu.

- Bóg jest zazdro­sny!

Wzno­sze­nie zaci­śnię­tych pię­ści, hała­śliwe dekla­ra­cje aktów wiary, wytrzesz­czone oczy. Z tru­dem powstrzy­my­wali pra­gnie­nie, by rzu­cić się do przodu. Już czas.

Moses wypro­sto­wał palec unie­sio­nej ręki.

- "Przy­sze­dłem rzu­cić ogień na zie­mię i jakże bar­dzo pra­gnę, żeby on już zapło­nął!"2 - ryk­nął. - Czas na powtórny chrzest!

Jesz­cze sze­rzej otwo­rzyli oczy, na ich twa­rzach malo­wały się eufo­ria i radość. Moses uśmiech­nął się do swo­jej trzódki, wie­dział, co czują. Ta święta chwila, kiedy sta­jemy się czę­ścią woli Boga. Ci, któ­rzy nie­śli pochod­nie, ruszyli przo­dem; pło­mie­nie zami­go­tały na wie­trze. Dotarli do domu i nie­mal jed­no­cze­śnie pod­pa­lili budy­nek.

Pożar wybuchł z hukiem, wiatr mio­tał pło­mie­niami, nagły żar wyssał chłód z powie­trza. Jeden z męż­czyzn, prze­ra­żony, odsko­czył z krzy­kiem. Jego rękaw pło­nął, ale paniczne macha­nie ręką tylko pod­sy­cało ogień. Inni rzu­cili mu się na pomoc, zła­pali go, odcią­gnęli od pożaru, powa­lili na zie­mię i tur­lali po śniegu tak długo, aż zdu­sili ogień. Męż­czy­zna wciąż jęczał, a jed­nak na jego wykrzy­wio­nej z bólu twa­rzy malo­wał się eufo­ryczny uśmiech. W ich Kościele popa­rze­nie świę­tym ogniem chrztu sta­no­wiło zaszczyt, z dumą będzie więc obno­sił swoje bli­zny.

Moses prze­niósł wzrok z męż­czy­zny na pożar; blask pło­mieni pora­ził mu oczy. Kłęby czar­nego dymu wzbi­jały się w górę i opa­dały, porwane przez wiatr. Moses czuł, jak stopy niosą go coraz bli­żej ognia; powie­trze zasnu­wała mgiełka, jego skóra wyschła, łza­wiły mu oczy, ale potęga pło­mieni go hip­no­ty­zo­wała. Nagle z wnę­trza budynku dobiegł krzyk. Grzesz­nik się ock­nął. To dobrze. Pod­czas chrztu lepiej być przy­tom­nym, czuć, jak nasze grze­chy się spa­lają, gdy znów się łączymy z Chry­stu­sem. Moses słu­chał, jak coraz gło­śniej­sze krzyki grzesz­nika prze­pla­tają się z jego roz­pacz­li­wym woła­niem o pomoc.

Sta­nął tyłem do ognia, zwra­ca­jąc się twa­rzą do wier­nych. Patrzyli na niego z nabożną czcią, tań­czący ogień zabar­wiał noc jasno­po­ma­rań­czową łuną i spo­wi­jał go, a nad głową latały migo­cące grudki żaru. Nie­cier­pli­wie cze­kał, aż Bóg do niego prze­mówi, i wkrótce to poczuł. Tak potężną żądzę, tak pier­wotną, że mogła pocho­dzić tylko od Boga, boski znak, że ponow­nie nad­szedł czas. Jego spodnie napięły się, gdy święty wigor spra­wił, że dostał erek­cji.

Pode­szła do niego Anna.

- Ojcze, pora się zbie­rać.

- Jesz­cze nie - odparł. - Nazwi­ska.

- Ojcze, nie ma na to czasu. Zaraz się zja­wią stra­żacy i poli­cja...

- Nazwi­ska! - ryk­nął na nią.

Pośpiesz­nie, drżą­cymi rekami, podała mu kartkę z wypi­sa­nymi trzema nazwi­skami. Moses prze­czy­tał je i pod­niósł wzrok, by wypa­trzyć pośród swo­jej trzódki trzy kobiety. Są. Jedna, z puco­ło­watą twa­rzą, była po trzy­dzie­stce. Druga, młod­sza i chud­sza, na sku­tek wady zgryzu miała ster­czące przed­nie zęby. A trze­cia była... ech!

Jen­ni­fer miała dzie­więt­na­ście lat i wraz z sio­strą nie­dawno dołą­czyła do trzódki. Dłu­gie włosy spły­wa­jące aż na bio­dra. Deli­katna twarz. Pod mate­ria­łem bluzki kształtna obiet­nica. Patrząc na nią, poczuł ucisk w sercu i wie­dział, że Bóg doko­nał wyboru. Tej nocy to będzie ona.

Pod­szedł do niej i wziął ją za rękę. W jego oczach lśniło pod­nie­ce­nie, budziły postrach.

- Chodź ze mną - pole­cił cicho.

Zapro­wa­dził ją na pole, z dala od reszty wier­nych. Za nimi dom pło­nął tak, że aż tutaj czuł żar na ple­cach. Dobie­ga­jące ze środka woła­nie o pomoc prze­szło w wycie.

- Czy jesteś gotowa uro­dzić moje dziecko? - zapy­tał.

- T... tak, oczy­wi­ście. Ale...

- Roz­bierz się.

- Ale... oni nas tu zoba­czą.

Zbył jej obawy lek­ce­wa­żą­cym mach­nię­ciem ręki.

- Taka jest wola Pana. Co za róż­nica, czy nas zoba­czą? Roz­bie­raj się. Ale już.

Drżą­cymi pal­cami zaczęła roz­pi­nać guziki bluzki. Na jej gołej skó­rze zami­go­tały poma­rań­czowe pło­mie­nie, wokół nich wiro­wały kłęby dymu, coraz trud­niej było oddy­chać.

Znie­cier­pli­wiony Moses roze­rwał jej bluzkę. Owład­nięty żądzą, która musiała być ręką Boga, poło­żył dziew­czynę na topią­cym się śniegu.

Za nimi krzyki grzesz­nika naresz­cie ustały.

Rozdział 2

Porucz­nik Abby Mul­len, oparta o maskę swo­jego samo­chodu, patrzyła na zwę­glone szczątki domu. Od trzech tygo­dni prze­glą­dała dzie­siątki przy­pad­ków udo­ku­men­to­wa­nych pod­pa­leń i nawet poje­chała obej­rzeć na wła­sne oczy pięć kom­plet­nie spa­lo­nych budyn­ków. Stwier­dziła, że każdy ze zwę­glo­nych domów wyróż­niał się nie­po­wta­rzal­nym wyglą­dem. W nie­któ­rych ostały się poczer­niałe ściany, w innych zacho­wał się tylko szkie­let kon­struk­cji. Na rumo­wi­skach pozo­stały szczątki życia osób, które tam kie­dyś miesz­kały - na wpół sto­piona lalka, potłu­czone naczy­nia z cera­miki, poła­many regał z set­kami spo­pie­la­łych ksią­żek. W nie­któ­rych domach przez resztki zawa­lo­nych ścian można było zaj­rzeć na podwórka na tyłach.

Z tego budynku nie zostało pra­wie nic. Z ruin ster­czał tylko jeden poczer­niały dźwi­gar. Abby dostrze­gła w rumo­wi­sku coś, co nie­gdyś pew­nie było kanapą. Z tyłu maja­czył zarys meta­lo­wej lodówki. Popiół zabar­wił śnieg wokół domu na szaro, zle­wa­jąc się z licz­nymi śla­dami opon wozów stra­żac­kich, aut poli­cyj­nych i cywil­nych gapiów.

Dom odgro­dzono żółtą taśmą poli­cyjną do ozna­cza­nia miejsc zbrodni, która łopo­tała na lodo­wa­tym wie­trze. Czarna ruina odci­nała się paskud­nie na tle cien­kiej war­stwy zmro­żo­nego śniegu pokry­wa­ją­cego oko­liczne pola. Abby zadrżała z zimna, taki mróz spra­wiał, że jej myśli krą­żyły wokół zupy, kubka gorą­cej cze­ko­lady i cie­płego koca... tyle że tutaj nie mogła na to liczyć.

Stra­żacy i tech­nicy poli­cyjni skoń­czyli pracę na miej­scu zbrodni poprzed­niego dnia, więc teraz cisza i bez­ruch w tej oko­licy dzia­łały na nerwy. I cho­ciaż nikogo tam nie było, Abby nie mogła się pozbyć nie­mi­łego wra­że­nia, że ktoś ją obser­wuje. Zer­k­nęła z ukosa przez pokryte lodem pola na sąsiedni dom sto­jący jakiejś dwie­ście metrów dalej. W oknach ciemno, ani śladu ruchu. Może jakiś cie­kaw­ski sąsiad? Albo to tylko jej wyobraź­nia. Miała za sobą cało­nocny lot do Wyoming i ze zmę­cze­nia jej nerwy były w strzę­pach.

Popra­wiw­szy weł­nianą czapkę, by lepiej przy­le­gała do zmar­z­nię­tych uszu, ode­pchnęła się od maski auta. Zmro­żony śnieg skrzy­piał pod jej sto­pami, gdy pod­cho­dziła do szcząt­ków budynku. Zgięła się wpół, prze­szła pod taśmą i wypro­sto­wała się; jej noz­drza wypeł­niał cierpki swąd spa­le­ni­zny. Już teraz porów­ny­wała w myślach to pogrze­li­sko ze zdję­ciami z podob­nych miejsc zbrodni, które oglą­dała.

Od kilku tygo­dni pro­wa­dziła nie­for­malne śledz­two w spra­wie serii pod­pa­leń naj­wy­raź­niej powią­za­nych z osobą Mosesa Wil­coxa. Przed ponad trzy­dzie­stu laty Wil­cox był przy­wódcą sekty reli­gij­nej w Karo­li­nie Pół­noc­nej. Pomi­ja­jąc inne występki, sekta pro­du­ko­wała hero­inę i sprze­da­wała lokal­nym dile­rom. A kiedy poli­cja zor­ga­ni­zo­wała oblę­że­nie, Wil­cox zamknął wszyst­kich swo­ich wyznaw­ców w jadalni na tere­nie sekty, pod­ło­żył ogień i ich spa­lił. W powszech­nej świa­do­mo­ści tra­ge­dia ta znana była pod nazwą masa­kry sekty Wil­coxa. Ofi­cjal­nie oca­lało tylko troje człon­ków sekty, same dzieci. Wśród nich Abby.

Prze­żyła jed­nak czwarta osoba. Nie­dawno Abby odkryła, że Moses Wil­cox sko­rzy­stał z wywo­ła­nego poża­rem cha­osu i wymknął się poli­cji. A ponie­waż uznano go za zmar­łego, przez trzy dekady nikt go nie szu­kał.

Ostroż­nie weszła do domu, omi­ja­jąc sterty zwę­glo­nych gru­zów, które powstały, gdy pod­czas pożaru runął dach. Nie­chcący kop­nęła coś pla­sti­ko­wego, co poto­czyło się po pod­ło­dze. Schy­liła się i obej­rzała ten przed­miot - pozo­sta­wiony przez poli­cjan­tów znacz­nik. Co znaj­do­wało się na wska­zy­wa­nym przez niego miej­scu? Pusty kani­ster po ben­zy­nie? Albo jakiś mebel, który cudem pozo­stał nie­tknięty? A może szczątki wła­ści­ciela domu, Jim­miego Yatesa?

Bada­jąc przy­padki pod­pa­leń, tra­fiła na docho­dze­nie pro­wa­dzone rów­no­le­gle przez FBI. Kil­ka­krot­nie roz­ma­wiała z kie­ru­jącą nim kobietą, ale choć opo­wie­działa jej o Mose­sie Wil­cok­sie wszystko, co wie­działa, w zamian nie dostała pra­wie żad­nych infor­ma­cji. A przed­wczo­raj zadzwo­nił do niej agent spe­cjalny, nie­jaki Grey, bo miał kilka dodat­ko­wych pytań. Inte­re­so­wało go zwłasz­cza to, czy Moses Wil­cox miał jakieś związki z Wyoming. Abby nic na ten temat nie wie­działa, ale po tej roz­mo­wie pogrze­bała tro­chę i odkryła, że w Douglas w sta­nie Wyoming wła­śnie spło­nął dom, a poli­cja trak­tuje to jako pod­pa­le­nie. W poża­rze poniósł śmierć jego wła­ści­ciel Jim­mie Yates.

Teraz się roz­glą­dała, zasta­na­wia­jąc się, czy rze­czy­wi­ście ma to zwią­zek ze sprawą. Czy to moż­liwe, że Moses Wil­cox kilka dni temu prze­by­wał w Douglas? Czy tylko mar­no­wała czas i pie­nią­dze, bada­jąc jakiś przy­pad­kowy pożar?

Gdyby nie groźba w sto­sunku do jej dzieci, za nic by tu nie przy­je­chała.

"To moje wnuki, Abi­hail. Należą do mojej trzódki".

Usły­szała to od Mosesa przez tele­fon trzy tygo­dnie wcze­śniej, kiedy się dowie­działa, że pod jej nie­obec­ność pró­bo­wał wejść do ich domu i zoba­czyć się z jej synem Benem.

Od tam­tej pory kilka razy zda­rzyło się, że włosy zje­żyły jej się na karku. Ktoś wydzwa­niał na ich numer domowy i roz­łą­czał się, gdy tylko pod­no­siła słu­chawkę. Jakiś nie­zna­jomy kon­tak­to­wał się z Sam na Twit­te­rze i pisał: "Nie mogę się docze­kać, kiedy usły­szę, jak grasz". Ben powie­dział Abby, że przed szkołą wystaje jakaś kobieta i przy­gląda się, jak bawi się z kole­gami, patrzy wyłącz­nie na niego.

Abby miała wra­że­nie, że są nie­ustan­nie śle­dzeni. Spi­nała się, jeśli na ulicy ktoś zatrzy­mał na niej wzrok o sekundę dłu­żej, niż wypa­dało. Kiedy szła z Benem przez park, mijana przez nich kobieta aku­rat robiła sobie sel­fie, więc przez ponad dwa­dzie­ścia minut Abby śle­dziła ją dys­kret­nie, pró­bu­jąc usta­lić, czy nie zro­biła im pota­jem­nie zdję­cia. A jeśli komórka Sam pisnęła, rzu­cała się na córkę, wypy­tu­jąc, kto i co do niej napi­sał.

Odbi­jało jej. I wie­działa, że się nie uspo­koi, dopóki Moses nie trafi za kratki. By bro­nić swo­ich dzieci, była gotowa ści­gać Mosesa Wil­coxa na kraj świata. Na razie zapro­wa­dziło ją to do Wyoming.

Dostrze­gła coś w popiele i przy­klęk­nęła, żeby się przyj­rzeć. Kawa­łek czer­wo­nego pla­stiku, pogięty i skrę­cony od gorąca, z poczer­nia­łymi od ognia kra­wę­dziami.

- Nie ruszaj się! - wark­nął za jej ple­cami jakiś męż­czy­zna.

Abby odru­chowo wstała i zaczęła się odwra­cać.

- Nie ruszaj się, powie­dzia­łem! Bo strzelę! - krzyk­nął tam­ten. - Załóż ręce za głowę. Powoli!

Powo­lutku wyko­nała pole­ce­nie.

- Jestem poli­cjantką. Porucz­nik Abby Mul­len. - Ile go od niej dzie­liło? Dom nie był duży. Czy stał w środku, czy na zewnątrz? I czy jest tu gdzie się ukryć, gdyby zaczął strze­lać?

- Co ty powiesz? - rzu­cił drwiąco męż­czy­zna. - Odwróć się.

Zro­biła to, szu­ra­jąc nogami, żeby go nie wystra­szyć. Jej wzrok od razu padł na lufę wyce­lo­wa­nej w nią broni. Pisto­let trzy­mał poli­cjant w mun­du­rze. Zwró­ciła uwagę na jego postawę, na napięte mię­śnie, na drga­nie mocno zaci­śnię­tej szczęki, na wymięte ubra­nie i ner­wo­wość w prze­krwio­nych oczach, któ­rymi patrzył na nią bez zmru­że­nia powiek. Gdy spoj­rzała mu w oczy, serce zało­mo­tało jej w piersi.

Powinna była prze­wi­dzieć, że tak to się skoń­czy. Poli­cja objęła miej­sce zbrodni nad­zo­rem. Ten budy­nek po dru­giej stro­nie pola... czuła, że ktoś ją obser­wuje. Praw­do­po­dob­nie gdy tylko weszła w głąb zruj­no­wa­nego domu, poli­cjant ruszył jej śla­dem. Która godzina? Mniej wię­cej ósma trzy­dzie­ści rano. Zwa­żyw­szy na wygląd tego czło­wieka, nie był na poran­nej zmia­nie. Koń­czył nockę i cze­kał, aż ktoś go wresz­cie zastąpi. Pra­wie pewne, że kipiał z gniewu, zasta­na­wia­jąc się, gdzie się podział jego zmien­nik. Na noc wysy­łano zwy­kle mło­dych poli­cjantów, ale ten miał ze trzy­dzie­ści pięć lat, jeśli nie wię­cej. Mogło to świad­czyć o tym, że dostał nocną zmianę, bo był skoń­czo­nym nie­dojdą. Miała nadzieję, że tak nie jest.

- Niech pan posłu­cha - ode­zwała się cicho i spo­koj­nie. - Jestem porucz­nik Abby Mul­len z poli­cji nowo­jor­skiej. Pro­szę opu­ścić broń. - Ostat­nie słowa akcen­to­wała w spo­sób wska­zu­jący, że po pro­stu stwier­dza fakt. Ten czło­wiek był zmę­czony i pew­nie nabu­zo­wany kofe­iną. Chciał, żeby ktoś prze­jął ini­cja­tywę.

Nie opu­ścił broni, ale zauwa­żyła, że jego mię­śnie ledwo dostrze­gal­nie się roz­luź­niły. Nawet jeśli nie uwie­rzył, że Abby jest poli­cjantką, to widok jej twa­rzy w połą­cze­niu z łagod­nym gło­sem ukoił jego nerwy.

- Czego tu szu­kasz, hę?

Abby usły­szała war­kot sil­nika samo­chodu. Ktoś nad­jeż­dżał. Zapewne zmien­nik tego faceta. Nie chciała, żeby wszedł tu kolejny poli­cjant i zoba­czył, że jego kolega mie­rzy do niej z pisto­letu. Mógłby to źle zro­zu­mieć i sytu­acja wymknę­łaby się spod kon­troli. Usi­łu­jąc nie patrzeć na broń, powie­działa:

- Pro­wa­dzę śledz­two. W spra­wie seryj­nego pod­pa­la­cza. Pro­szę scho­wać broń.

Zła­go­dziła ton, mówiła jak bez­bronna młoda kobieta... ba, zatrze­po­tała nawet rzę­sami. Żało­wała, że ma na sobie weł­nianą czapkę i obszerne palto. Wie­działa, że wyglą­dała w nim tak, jakby mogła coś cho­wać pod spodem. A czapka, choć cie­pła, skry­wała jej jasne włosy i odsta­jące uszy. W obli­czu drob­nej kobiety z odsta­ją­cymi uszami męż­czyźni prze­waż­nie nie czują się zagro­żeni.

- Jeste­śmy w Wyoming - odparł powoli, jakby podej­rze­wał, że przez pomyłkę źle skrę­ciła i wylą­do­wała w innym sta­nie, niż chciała. - Nie w Nowym Jorku.

- Jak pan się nazywa? - spy­tała i lekko się uśmiech­nęła.

- Funk­cjo­na­riusz Fred Moss.

Dla­czego nie opusz­czał pisto­letu? Spoj­rzała na niego zalot­nie.

- Prze­pra­szam, Fred - powie­działa ze skru­chą. - Powin­nam była zadzwo­nić i uzgod­nić to z poli­cją miej­ską Douglas.

- A więc jesteś poli­cjantką z Nowego Jorku? - upew­nił się.

Jako poli­cyjna nego­cja­torka, Abby zawsze wyzna­wała zasadę 7-38-55. Cho­dzi w niej o to, że kiedy ktoś mówi, jego słowa oddają zale­d­wie sie­dem pro­cent tego, co czuje. Trzy­dzie­ści osiem pro­cent przy­pada na ton głosu, a pięć­dzie­siąt pięć pro­cent to wyraz twa­rzy. Słowa tego poli­cjanta w zasa­dzie powinny ją uspo­koić. Ale jego mina zdra­dzała nie­po­kój i iry­ta­cję. A w głu­chym tonie pobrzmie­wało nie­mal roz­cza­ro­wa­nie.

Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, co on czuje. Gli­niarz z Douglas w sta­nie Wyoming. W jego pracy praw­do­po­dob­nie wiało nudą - zamy­kał tych samych pija­ków, zgar­niał tych samych ćpu­nów, łapał drob­nych zło­dzie­jasz­ków i szu­kał zagi­nio­nych kotów. Aż tu nagle spa­lił się dom i w pło­mie­niach zgi­nął czło­wiek. Mor­der­stwo. Poli­cja posta­no­wiła obser­wo­wać pogo­rze­li­sko, na wypa­dek gdyby zabójca wró­cił na miej­sce zbrodni, a Fre­dowi Mos­sowi znowu wle­piono nocną zmianę. Więc gapił się na spa­lone szczątki domu Yatesa, usi­ło­wał nie zasnąć, pił kawę za kawą, aż serce omal nie wysko­czyło mu z piersi, a powieki ważyły chyba po pięć kilo­gra­mów. Jego poranny zmien­nik się spóź­niał, praw­do­po­dob­nie tak jak zawsze. I nagle poja­wiła się jakaś postać. Z daleka wyglą­dała jak pierw­szy lep­szy czło­wiek. Mogła być nawet obłą­ka­nym piro­ma­nem, który przy­szedł obej­rzeć swoje dzieło.

Nabu­zo­wany kofe­iną i zło­ścią funk­cjo­na­riusz Moss wyszedł ze swo­jej kry­jówki i pie­szo poko­nał dystans do spa­lo­nego domu. Cie­kawe, o czym myślał po dro­dze? Bał się - sły­szała to w jego gło­sie, kiedy powie­dział, że ma się nie ruszać. Ale może zara­zem wyobra­żał sobie, że oto łapie nie­bez­piecz­nego piro­mana, który zabił Jim­miego Yatesa. Że zakuwa obłą­ka­nego mor­dercę w kaj­danki i wle­cze do samo­chodu, a tam­ten błaga go o litość. I naresz­cie cały komi­sa­riat by się prze­ko­nał, ile jest wart.

A potem oka­zało się, że celuje z pisto­letu w drobną kobietę. Która w dodatku oka­zała się poli­cjantką! Wśród kole­gów z komi­sa­riatu stałby się pośmie­wi­skiem. Cho­ciaż i tak już pogo­dził się z tym, że jest na samym dole łań­cu­cha pokar­mo­wego.

Stał na skraju prze­pa­ści. Zdał sobie z tego sprawę w chwili, gdy opusz­czał broń - dopa­dła go kosz­marna wizja przy­szło­ści.

Posłała mu zawsty­dzony uśmiech.

- Boże, ależ ze mnie kre­tynka! - powie­działa. - Przeze mnie całą tę waszą obser­wa­cję szlag tra­fił. Powin­nam była prze­wi­dzieć, że obser­wu­je­cie to miej­sce. Cho­lera! Mogłam wystra­szyć sprawcę.

- Ja... Ano. - Spoj­rzał na nią gniew­nie, jesz­cze bar­dziej opusz­cza­jąc pisto­let. - Coś ty sobie myślała?

- W ogóle nie myśla­łam. Tak mi przy­kro. - Kiedy lufa pisto­letu się odwró­ciła, jej puls wró­cił do normy. Ode­tchnęła głę­boko, uda­jąc zawsty­dze­nie, by ukryć swój strach. - Chce pan to zgło­sić?

- Ja... - urwał i zamilkł, gdy dole­ciał ich chrzęst zbli­ża­ją­cych się kro­ków. Na pogo­rze­li­sko po spa­lo­nym domu weszły jesz­cze trzy osoby. Był wśród nich mun­du­rowy, zapewne zmien­nik Freda. Wyż­szy od niego o dobre dzie­sięć cen­ty­me­trów i co naj­mniej pięć lat młod­szy.

Pozo­stała dwójka nie była z poli­cji. Męż­czy­zna - wyż­szy od poli­cjan­tów i bar­dziej bar­czy­sty - miał gęstą grzywę czar­nych wło­sów i uśmie­chał się od nie­chce­nia; ten uśmiech miał być roz­bra­ja­jący, ale Abby nie dała się zwieść. Jego oczy bie­gały od opusz­czo­nej broni w dłoni Freda do jej twa­rzy i znów do poli­cjanta, kiedy oce­niał sytu­ację. Szczwany lis.

Towa­rzy­szyła mu kobieta nieco wyż­sza od Abby, w sza­rej czapce z włóczki, spod któ­rej wymy­kały się nie­sforne kasz­ta­nowe loki. Jej blada twarz była deli­katna, pomi­ja­jąc nos - długi i zakrzy­wiony. Tak jak jej kolega, naj­pierw popa­trzyła na Freda, który jakby zwiądł pod jej spoj­rze­niem. Potem odwró­ciła się do Abby i wpa­try­wała się w nią jasno­zie­lo­nymi oczami. Zupeł­nie jakby ją czy­tała, tak jak ktoś prze­glą­da­jący nagłówki gazety.

- Hej, Moss - rzu­cił wesoło poli­cjant, który przy­je­chał zmie­nić Freda. - To ci fede­ralni, z któ­rymi gada­li­śmy wczo­raj. A kim jest twoja zna­joma?

Abby uśmiech­nęła się do trójki nowo przy­by­łych.

- Cześć, jestem porucz­nik Abby Mul­len z Nowego Jorku.

Fede­ralni zamru­gali.

- Mul­len? - ode­zwała się kobieta. - A co pani tu robi?

Sto­jący obok niej męż­czy­zna odchrząk­nął.

- Dzwo­ni­łem do niej wczo­raj - wyja­śnił. Z uśmie­chem odwró­cił się do Abby. - Agent Tatum Gray - przed­sta­wił się. - Roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. A to jest...

- Zoe Ben­tley, rzecz jasna - wpa­dła mu w słowo Abby. Uśmiech­nęła się. - Miło was w końcu poznać.

- Porucz­nik Mul­len nie poro­zu­miała się z nami przed przy­jaz­dem - burk­nął Fred. - Omal nie wzią­łem jej za pod­pa­laczkę.

Zoe zmie­rzyła go takim wzro­kiem, jakby patrzyła na komara.

- Tylko nie­całe pięt­na­ście pro­cent pod­pa­la­czy to kobiety, w dodatku nie wra­cają na miej­sce zbrodni - wal­nęła pro­sto z mostu. - A wasi tech­nicy zna­leźli tu trzy dwu­dzie­sto­li­trowe kani­stry po ben­zy­nie. Nie wyobra­żam sobie, żeby kobieta o postu­rze Mul­len mogła je przy­tar­gać, a ty?

Fred z zakło­po­ta­niem wbił wzrok w poczer­niałe drzwi. Abby przez chwilę zasta­na­wiała się, co by się stało, gdyby Zoe Ben­tley pierw­sza dotarła do spa­lo­nego domu i to w nią nad­gor­liwy funk­cjo­na­riusz Fred Moss wyce­lo­wałby swój ocho­czy pisto­let.

Rozdział 3

Zoe nie miała poję­cia, co popchnęło Mul­len do przy­by­cia na miej­sce zbrodni. To nie było jej śledz­two; mało tego, nie była to jej jurys­dyk­cja. W naj­lep­szym razie chciała pomóc, choć jeśli tak, to źle to sobie wymy­śliła. W naj­gor­szym zaś zamie­rzała włą­czyć do śledz­twa poli­cję nowo­jor­ską, ale dzięki wiel­kie, już i tak za dużo agen­cji się tym zaj­mo­wało. Jak to się mówi, gdzie kucha­rek sześć, tam nie ma co jeść - a nad­miar służb śled­czych to jest istny kosz­mar. Nie dość, że nie ma co jeść, to nawet nie spo­sób uzgod­nić, czy należy uwa­rzyć zupę, czy może zro­bić deser.

- Pani porucz­nik - ode­zwała się. - Czy agent Gray zako­mu­ni­ko­wał, że potrze­bu­jemy pani pomocy w tym śledz­twie?

Mul­len uśmiech­nęła się do niej i zdjęła czapkę; jasne włosy opa­dły jej na ramiona. Nosiła oku­lary w deli­kat­nej opra­wie, w któ­rych wyglą­dała jak mól książ­kowy. Widząc jej zaró­żo­wione z zimna uszy i nos, Zoe z doświad­cze­nia wie­działa, że jej ptasi nos też jest różowy. Trudno.

- Prze­pra­szam - odparła cicho poli­cjantka. - Powin­nam była was uprze­dzić o swoim przy­jeź­dzie. - Wycią­gnęła rękę do Zoe.

- Ow­szem. Bo wtedy powie­dzia­ła­bym pani, że nie ma takiej potrzeby - przy­tak­nęła Zoe. - Jeśli będą nam potrzebne dodat­kowe infor­ma­cje od pani, ode­zwiemy się. - Popa­trzyła chwilę na wycią­gniętą rękę Abby, ale w końcu nie­cier­pli­wie uści­snęła jej dłoń.

- Skoro już tu jestem, nic nie stoi na prze­szko­dzie, żebym się rozej­rzała - zauwa­żyła Mul­len.

- Lepiej nie - ucięła Zoe.

Poli­cjantka zamru­gała i spoj­rzała na nią ze zdzi­wie­niem.

- Mam wra­że­nie, że pani się boi, że będę się mie­szała w wasze śledz­two - powie­działa takim tonem, jakby zastrze­że­nie Zoe było co naj­mniej dziwne.

- Zga­dza się.

Sto­jący obok Zoe Tatum się skrzy­wił. Pra­co­wała z nim od kilku lat i wie­działa, kiedy iry­tuje go jej bez­po­śred­niość. Ale Mul­len do niczego nie była im potrzebna, więc chciała zdu­sić jej zapał w zarodku.

Abby prze­krzy­wiła głowę.

- Szkoda. Jak mam panią zapew­nić, że nie będę wcho­dziła wam w drogę?

- Nijak - rzu­ciła szybko Zoe. - Z doświad­cze­nia wiem, że będzie się pani wtrą­cała. - Odwró­ciła się od Abby i rozej­rzała wokół sie­bie.

Był to już piąty spa­lony dom, który oglą­dała w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy, odkąd do sprawy przy­dzie­lono Sek­cję Ana­liz Beha­wio­ral­nych FBI. Do pod­pa­leń docho­dziło w róż­nych sta­nach, ale łączył je podobny sche­mat, który zda­niem Zoe był pod­pi­sem zabójcy. Wszyst­kie ofiary spło­nęły żyw­cem, a każda miała skrę­po­wane w kost­kach nogi i zwią­zane w nad­garst­kach ręce.

Spo­sób dzia­ła­nia sprawcy zmie­niał się i roz­wi­jał, co cha­rak­te­ry­zo­wało więk­szość seryj­nych zabój­ców. Uży­wano coraz wię­cej sub­stan­cji zapa­la­ją­cej i zmie­niały się mate­riały uży­wane do krę­po­wa­nia ofiar. A pożary wybu­chały w coraz bar­dziej ustron­nych miej­scach.

Poza tym te incy­denty dzie­liły coraz krót­sze odstępy czasu.

Wszystko to świad­czyło o tym, że zabójcą powo­duje wyjąt­kowo silna obse­sja. Jed­nak wyniki badań kry­mi­na­li­stycz­nych oraz sku­tecz­ność, z jaką doko­ny­wano tych zbrodni, wska­zy­wały na robotę kilku współ­dzia­ła­ją­cych ze sobą pod­pa­la­czy. Do nie­dawna Zoe miała kło­pot z opra­co­wa­niem spój­nego pro­filu jed­no­czą­cego te zbrod­nie. Osta­tecz­nie uznała, że jakimś spo­so­bem - może na forum w dark webie - skrzyk­nęli się męż­czyźni, któ­rych łączyły podobne fan­ta­zje, i posta­no­wili dzia­łać wspól­nie. Jed­nak pod­pa­la­cze prze­waż­nie wyka­zują anty­spo­łeczne zabu­rze­nia oso­bo­wo­ści, a piro­ma­nia jest przy­kła­dem zabu­rze­nia kon­troli impul­sów. Zespół spraw­nych, dzia­ła­ją­cych ręka w rękę pod­pa­la­czy nijak do tego nie paso­wał.

Aż tu nagle, kilka tygo­dni temu, skon­tak­to­wała się z nią porucz­nik Abby Mul­len i zasu­ge­ro­wała, że te zbrod­nie mają zwią­zek z sektą. Wszystko uło­żyło się w całość. Sekta nie potrze­bo­wała kil­korga ludzi z tymi samymi fan­ta­zjami. Wystar­czał cha­ry­zma­tyczny przy­wódca, któ­rego chore fan­ta­zje reali­zo­wali jego wyznawcy.

Powtórka z Rodziny Man­sona.

Z całej opo­wie­ści Mul­len wyni­kało, że miała rację. Seryj­nym zabójcą, któ­rego szu­kała Zoe, był nie kto inny, tylko uznany za zmar­łego Moses Wil­cox. Mul­len udało się nawet zro­bić zrzut ekranu z nie­wy­raźną podo­bi­zną Wil­coxa, gdy skon­tak­to­wał się z nią na wide­ocza­cie. Kobieta uwa­żana za wyznaw­czy­nię Wil­coxa pod­pa­liła się w szkole w Nowym Jorku w dziw­nych oko­licz­no­ściach, a nowo­jor­ska poli­cja wciąż pró­bo­wała roz­wi­kłać tę sprawę. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie Zoe i Tatum roz­ma­wiali ze świad­kami, poka­zu­jąc im zdję­cia Wil­coxa - zarówno naj­now­szą nie­wy­raźną odbitkę, jak i nie­sławną foto­gra­fię uży­waną przed laty do ilu­stro­wa­nia arty­ku­łów o masa­krze sekty Wil­coxa.

Krótko mówiąc, Zoe cie­szyła się, że Mul­len się z nią skon­tak­to­wała. Jej rada była bar­dzo uży­teczna. Nie widziała jed­nak, w czym poli­cjantka mogłaby pomóc. Wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w sek­cie w zasa­dzie nie miały zna­cze­nia, a zało­że­nie, że na sku­tek wie­lo­let­niej zna­jo­mo­ści "wie", jak myśli Wil­cox, było śmie­chu warte.

Ziry­to­wana Zoe spró­bo­wała nie myśleć o Mul­len. No pro­szę, ona już jej wcho­dziła w paradę. Zoe powinna się zaj­mo­wać odtwa­rza­niem ostat­niego mor­der­stwa, a nie oce­niać wkład poli­cjantki do śledz­twa.

Ode­szła od niej i od Tatuma i ode­tchnęła głę­boko. Wyjęła ze swo­jej torby zdję­cia z miej­sca zbrodni i rozej­rzała się. Pierw­sze zdję­cie przed­sta­wiało zwę­glone szczątki denata. Kabel elek­tryczny, któ­rym go zwią­zano, był pokryty sadzą i na zdję­ciu nie­mal nie­do­strze­galny. Ale choć wię­zów nie było widać, można je było okre­ślić na pod­sta­wie nie­na­tu­ral­nego uło­że­nia ciała. Zoe omi­nęła kupę gru­zów i sta­nęła w miej­scu, gdzie zna­le­ziono zwłoki - leżące pośród spa­lo­nych resz­tek łóżka. W szcze­li­nach pod­łogi wokół łóżka tech­nicy zna­leźli ślady ben­zyny, ale nie było jej ani na łóżku, ani pod nim. Naj­bar­dziej wypa­lone miej­sca w pokoju znaj­do­wały się pod ścia­nami. Świad­czyło to o tym, że naj­praw­do­po­dob­niej tam wła­śnie wylano ben­zynę. Pod­pa­lili więc pokój, nie męż­czy­znę. Musiało to być celowe i paso­wało do czte­rech z pię­ciu pozo­sta­łych zbrodni. Miało też jakiś zwią­zek z fan­ta­zją Wil­coxa. Sta­no­wiło część jego pod­pisu.

Na mgnie­nie oka wyobraź­nia pod­su­nęła jej kosz­marną wizję - denat leży na łóżku, zwią­zany i bez­bronny, wokół niego wzbi­jają się pło­mie­nie, żar jest nie do wytrzy­ma­nia... Wyrzu­ciła ten suge­stywny obraz z głowy i zamknęła oczy. Póź­niej.

Obe­szła budy­nek dookoła, dopa­so­wu­jąc zdję­cia do kon­kret­nych miejsc. W każ­dym pomiesz­cze­niu leżał porzu­cony kani­ster po ben­zy­nie. Ale ślady dowo­dziły, że ben­zyną oblano też zewnętrzne ściany. Zapewne pod­pa­la­cze pod­ło­żyli ogień, sto­jąc na dwo­rze, ina­czej w środku byłoby wię­cej zwłok.

Przej­rzała plik zdjęć i wyjęła foto­gra­fie zewnętrz­nych ścian domu. Błot­ni­sty grunt był zryty kole­inami po opo­nach i pełen śla­dów stóp stra­ża­ków i poli­cjan­tów, któ­rzy przy­byli na miej­sce.

- O któ­rej zja­wiły się tu pierw­sze służby? - zapy­tała gło­śno.

- O pierw­szej trzy­dzie­ści dwie - odpo­wie­dział jeden z poli­cjan­tów. - Straż pożarna ode­brała wezwa­nie sie­dem­na­ście minut po pierw­szej. Dotar­liby szyb­ciej, gdyby nie to że Fitz­pa­tric­ko­wie wypu­ścili się aku­rat na waka­cje.

- Fitz­pa­tric­ko­wie? - powtó­rzył Tatum.

- Miesz­kają za tym polem. - Poli­cjant poka­zał pal­cem. - Jak co roku wyje­chali na waka­cje na Flo­rydę.

- Kiedy? - spy­tała Abby.

Dwaj poli­cjanci spoj­rzeli na sie­bie.

- Bo ja wiem? Jakiś tydzień temu.

- Nie - spro­sto­wał młod­szy z nich. - Trzy dni temu widzia­łem Pippę na zum­bie.

- Na zum­bie? Cho­dzisz na coś takiego?

- Bo co? Zumba wcale nie jest zła. W każ­dym razie widocz­nie jesz­cze tu byli, czyli że wyje­chali tuż przed poża­rem.

Zoe i Tatum poro­zu­mieli się wzro­kiem. Wąt­pliwe, by był to zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. Pod­pa­la­cze zaata­ko­wali, wie­dząc, że naj­bliż­szy dom będzie pusty. A skoro tak, nasu­wało się kilka wnio­sków. Po pierw­sze ozna­czało to, że Wil­cox nie zamie­rzał spa­lić pustego budynku. Bo łatwiej­sze i mniej ryzy­kowne byłoby pusz­cze­nie z dymem domu Fitz­pa­tric­ków. Poza tym był to dowód na pla­no­wa­nie i cier­pli­wość. A ktoś, kogo trawi obse­syjna fan­ta­zja, rzadko kiedy jest cier­pliwy. Piro­mani zazwy­czaj kiep­sko sobie radzą z kon­trolą odru­chów. W jaki spo­sób Moses potra­fił opa­no­wać swoje natręc­twa?

- Były tu ostat­nio jakieś inne pożary? - spy­tała Zoe.

- Żaden nie umy­wał się do tego tutaj. - Jeden z poli­cjan­tów wzru­szył ramio­nami. - Ktoś pod­pa­lił dro­go­wskaz. I porzu­cony samo­chód, koło Ante­lope Creek Drive. Wie pani, takie szcze­niac­kie wybryki.

- Czy tutej­sze nasto­latki czę­sto coś pod­pa­lają?

- No... raczej nie, na szczę­ście to nie jest norma. Ale wie pani, jakie są dzie­ciaki.

- Co o tym myślisz? - spy­tał Tatum. - Odre­ago­wy­wa­nie?

Zoe przy­tak­nęła ruchem głowy.

- Musiał wznie­cać nie­wiel­kie pożary, żeby utrzy­mać na wodzy swój przy­mus. I cze­kał na wielki dzień.

- Moses Wil­cox nie pod­kłada ognia dla­tego, że jest piro­ma­nem - wtrą­ciła się Abby. - Jego motywy są natury reli­gij­nej. Robi tak, bo w swoim wyna­tu­rzo­nym umy­śle wie­rzy, że jest to forma oczysz­cze­nia. On nie pod­pala dro­go­wska­zów.

- Prze­ko­na­nia reli­gijne mogą sta­no­wić dla niego wymówkę, ale nie są bez­po­śred­nią przy­czyną - odparła Zoe. - On pali ludzi, bo tak mu naka­zuje jego popęd. Przy­mus. A kiedy ten przy­mus staje się nie do znie­sie­nia, sięga po coś, co na chwilę pozwala mu odre­ago­wać. W jego przy­padku jest to wznie­ca­nie poża­rów na chy­bił tra­fił.

- To by zna­czyło, że oni są tu już od pew­nego czasu - zauwa­żył Tatum. - Czy ostat­nio zja­wili się w mia­steczku jacyś obcy?

- Nikogo takiego nie zauwa­ży­li­śmy - odparł Moss. - A to mała dziura.

- Cho­dzi o nie­wielką grupkę. Pięć, sześć osób - spre­cy­zo­wała Zoe. - Może się nie wychy­lali.

- Moses na pewno miał dużo więk­szą grupę - zaopo­no­wała Abby. - Garstka wyznaw­ców to dla niego za mało.

Zoe nie zamie­rzała dys­ku­to­wać. Nie inte­re­so­wało jej, co myśli ta poli­cjantka. Moż­liwe, że Wil­cox miał wielu zwo­len­ni­ków. Ale tak jak to było w przy­padku "Rodziny" Man­sona, popeł­nie­nie zbrodni zle­ciłby raczej gar­stce naj­bar­dziej fana­tycz­nych wyznaw­ców.

Wyszła z domu, schy­liła się i prze­szła pod taśmą poli­cyjną odgra­dza­jącą miej­sce zbrodni. Odwró­ciła się do poczer­nia­łych szcząt­ków budynku i zro­biła kilka kro­ków do tyłu. Gdzie sta­nęli, żeby podzi­wiać swoje dzieło? Bucha­jący żar, wszę­dzie pełno gęstego dymu. Podej­rze­wała jed­nak, że Wil­cox chciał stać jak naj­bli­żej. Cof­nęła się jesz­cze tro­chę. Tutaj pew­nie wciąż było gorąco, ale do znie­sie­nia. I nie gro­ziło, że spadną na kogoś pło­nące kawałki drewna.

Potra­fiła to sobie wyobra­zić. Wil­coxa sto­ją­cego ze swo­imi ludźmi i wpa­tru­ją­cego się w ogień. Czy to zaspo­ka­jało jego popęd?

Oce­niła, że od domu dzieli ją nie­całe dzie­sięć metrów. Prze­rzu­ciła kartki wstęp­nego raportu tech­ni­ków, który sko­pio­wała, i zna­la­zła spis przed­mio­tów zabra­nych z miej­sca zbrodni.

W odle­gło­ści dzie­się­ciu metrów od wschod­niej ściany spa­lo­nego domu ekipa tech­ni­ków zna­la­zła dwa guziki z kości sło­nio­wej, o śred­nicy szes­na­stu mili­me­trów. Ale może nie miały żad­nego związku z pod­pa­le­niem.

Z dru­giej strony nie­wy­klu­czone, że Moses Wil­cox potrze­bo­wał cze­goś wię­cej niż pożar, by uga­sić tra­wiącą go żądzę.

Rozdział 4

Będąc w liceum, Abby po raz pierw­szy wbiła się na imprezę. Kosz­marne prze­ży­cie! Nie mogła się pozbyć uczu­cia, że w każ­dej chwili ktoś może wska­zać ją pal­cem i zapy­tać na głos, co tu robi. Trzy­mała się z dala od prze­ką­sek, bo zje­dze­nie cze­goś uwa­ża­łaby za kra­dzież. W rezul­ta­cie pra­wie cały czas sie­działa ukryta za wielką rośliną i wyszła zza niej tylko raz, kiedy - o zgrozo! - jeden z pija­nych gości pró­bo­wał się wysi­kać do donicy. Zło­żyła sobie wtedy uro­czy­stą przy­sięgę, że ni­gdy wię­cej tego nie zrobi.

Zła­mała tę przy­sięgę trzy lata póź­niej, na stu­diach. Dru­gie podej­ście oka­zało się bez porów­na­nia bar­dziej udane niż pierw­sze. Uświa­do­miła sobie, że gdy tylko z entu­zja­zmem przy­wi­tała się z kil­koma oso­bami, od razu uznali ją za swoją. Wciąż sły­szała zda­nia typu: "Nie wie­dzia­łam, że też tu będziesz" albo: "Skąd znasz Heather?". Jedy­nym minu­sem było to, że po przy­ję­ciu tak się jakoś stało, że gor­li­wie poma­gała Heather w sprzą­ta­niu domu. Przez kilka lat na stu­diach tak dosko­na­liła wbi­ja­nie się na imprezy, że wynio­sła to do rangi praw­dzi­wej sztuki. W sumie na takich przy­ję­ciach bawiła się lepiej niż na tych, na które była zapro­szona.

A teraz wła­śnie miała się wbić na kolejną imprezkę. I cho­ciaż miała tu mniej­sze szanse na gorzałkę czy eks­cy­tu­jące roman­tyczne unie­sie­nia, to serce biło jej samo mocno jak przed laty.

Kiedy na kory­ta­rzach komendy poli­cji w Douglas minęło ją kilku mun­du­ro­wych, zatę­sk­niła za zna­jo­mymi wnę­trzami Aka­de­mii Poli­cyj­nej w Nowym Jorku. Nie zwa­ża­jąc na zale­wa­jącą ją falę nostal­gii, zastu­kała do drzwi sali kon­fe­ren­cyj­nej. I weszła, nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie.

Rzecz jasna, spo­tka­nie już się toczyło. Spe­cjal­nie spóź­niła się dzie­sięć minut. Gdyby przy­szła punk­tu­al­nie na naradę, na którą nikt jej nie zapra­szał, od razu kaza­liby jej wyjść. A skoro weszła w trak­cie nasia­dówki, uczest­nicy naj­praw­do­po­dob­niej dojdą do wnio­sku, że szkoda fatygi na spory, i pozwolą jej zostać.

Z jed­nej strony stołu sie­dzieli Zoe oraz agent Tatum Gray, a z dru­giej komen­dant Powell, szef poli­cji miej­skiej w Douglas, i dwaj inni poli­cjanci. Ściany sali kon­fe­ren­cyj­nej były ozdo­bione opra­wio­nymi zdję­ciami poprzed­nich komen­dantów - rzę­dem uśmiech­nię­tych twa­rzy, jedy­nych, któ­rych nie obe­szło bez­par­do­nowe wtar­gnię­cie Abby.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie - powie­działa ze skru­szoną miną. - Cze­ka­łam na naradę w innym pokoju. Na szczę­ście ktoś mnie zoba­czył i wska­zał wła­ściwą salę. - Mówiąc to, ruszyła do pustego krze­sła obok Tatuma.

Powell spoj­rzał na nią nie­chęt­nie.

- Pani wyba­czy, ale kim...

- A tak, prze­pra­szam. Jestem porucz­nik Abby Mul­len z poli­cji Nowego Jorku. Jako eks­pertka od sekt badam sze­reg pod­pa­leń, które naj­wy­raź­niej są zwią­zane z tą sprawą. Współ­pra­cuję z dok­tor Zoe Ben­tley i agen­tem Grayem. - Usia­dła, wycią­gnęła grubą teczkę i dwa ołówki, po czym sta­ran­nie uło­żyła je na stole. Następ­nie wyjęła notes i kart­ko­wała go, aż zna­la­zła pustą stronę. Mruk­nęła z satys­fak­cją, wzięła ołó­wek i pedan­tycz­nie zapi­sała w rogu datę.

Zoe prze­szyła ją wzro­kiem.

- Mul­len, chyba wyra­zi­łam się jasno, że...

- Agent Gray zapro­sił mnie do udziału w tej nara­dzie - prze­rwała jej Abby. - Żebym podzie­liła się swoim doświad­cze­niem.

Zasko­czony Tatum Gray zamru­gał, pró­bu­jąc dopa­so­wać to do tre­ści ich roz­mowy. To prawda, że poin­for­mo­wał ją o tym spo­tka­niu. I podzię­ko­wał jej za wkład w sprawę. Ale rzecz jasna, wcale jej nie zapra­szał. Widocz­nie jed­nak Abby posta­no­wiła czy­tać mię­dzy wier­szami.

Odwró­cił się do niej. Czy oświad­czy, że niczego takiego nie zro­bił?

Ale on jedy­nie uśmiech­nął się sze­roko.

- Jasne! Cie­szę się, że przy­szłaś.

Zoe spio­ru­no­wała go wzro­kiem. Słab­szy męż­czy­zna pew­nie by usechł pod jej lase­ro­wym spoj­rze­niem, jed­nak Tatum tylko roz­siadł się wygod­niej. Pra­cu­jąc z Zoe, zapewne przy­wykł do jej napa­dów zło­ści.

- Aha... - bąk­nął Powell. - Jak już mówi­łem, nie jestem prze­ko­nany, czy ta sprawa ma zwią­zek ze śledz­twem FBI.

Zoe prze­nio­sła swój gniew na komen­danta.

- A ja mówi­łam, że pod­pis tego mor­dercy jest iden­tyczny z pię­cioma innymi w spra­wach, które bada­li­śmy. Ofiara mor­der­stwa została zwią­zana w swoim domu, który następ­nie spa­lono. W każ­dym przy­padku więzy są nie­mal iden­tyczne...

- Nie, jeśli wie­rzyć przy­sła­nym przez was mate­ria­łom. - Powell prze­ło­żył kilka kar­tek. - Macie dwóch dena­tów skrę­po­wa­nych łań­cu­chami, jed­nego dru­tem kol­cza­stym, jed­nego kablem elek­trycz­nym, a jeden w ogóle nie był zwią­zany.

- Medycy sądowi twier­dzą, że piąta ofiara mor­der­stwa była zwią­zana w taki sam spo­sób, tyle że sznu­rem, który spło­nął w poża­rze - spro­sto­wała Zoe nie­cier­pli­wie. - Spo­sób dzia­ła­nia zmie­nia się i ewo­lu­uje, ale pod­pis mor­der­ców jest taki sam. Zwią­zane nad­garstki i nogi w kost­kach.

- Dok­tor Ben­tley, takie coś trudno uznać za nie­po­wta­rzalny... pod­pis. Jeśli się kogoś krę­puje, wiąże mu się wła­śnie nad­garstki i kostki. A nie małe palce u rąk.

Przez chwilę Zoe wyglą­dała, jakby miała ochotę prze­sko­czyć przez stół i udu­sić komen­danta, ale Tatum odchrząk­nął.

- W porządku. Ta sprawa jest podobna do przy­pad­ków zabójstw, które badamy. Nie prze­są­dzajmy niczego zawczasu.

- Niech wam będzie. - Powell żar­to­bli­wie uniósł ręce, jakby się pod­da­wał. - A więc uwa­ża­cie, że Moses Wil­cox zabił Jim­miego Yatesa. Dla­czego?

- Wil­co­xem kie­ruje kom­pul­sywna fan­ta­zja - wyja­śniła Zoe. - On czuje nie­ustanną potrzebę jej zaspo­ka­ja­nia. I kiedy żądza staje się nie do znie­sie­nia, musi pójść za jej gło­sem. Potrafi odwle­kać tę chwilę, odre­ago­wu­jąc stres... W tym celu, naszym zda­niem, pod­kłada ogień. Ale nie jest w sta­nie prze­cią­gać tego w nie­skoń­czo­ność. W pew­nym momen­cie musi kogoś zabić.

- Czy to coś w rodzaju fety­szu?

Zoe zasta­no­wiła się nad odpo­wie­dzią.

- To jesz­cze nie jest jasne. Piro­ma­nia sek­su­alna i zwy­kła piro­ma­nia to dwie różne rze­czy...

- Czym jest piro­ma­nia sek­su­alna? - zapy­tał Powell.

- Czer­pa­niem satys­fak­cji sek­su­al­nej z pod­kła­da­nia ognia.

Komen­dant popra­wił się na krze­śle.

- Myśla­łem, że pod­kła­da­nie ognia pod­nieca wszyst­kich piro­ma­nów.

- Błędne prze­ko­na­nie, ale bar­dzo powszechne. Więk­szość piro­ma­nów nie doznaje żad­nej formy satys­fak­cji sek­su­al­nej z zetknię­cia z ogniem.

- No pro­szę cię, Ben­tley. Może tylko tak twier­dzą, bo ina­czej po co by to robili? - Powell wzniósł oczy do nieba.

- Zba­dano to - odparła zwięźle. - Spraw­dzono poziom pod­nie­ce­nia sek­su­al­nego dwu­dzie­stu sze­ściu piro­ma­nów i pięt­na­stu osób nie­bę­dą­cych pod­pa­la­czami, mie­rząc reak­cje prą­cia na bodźce dźwię­kowe...

- Bar­dzo pro­szę, darujmy sobie roz­mówki o tym, jak pani zna­jom­ko­wie od psy­cho­lo­gii mie­rzyli erek­cje czter­dzie­stu face­tów - komen­dant pod­niósł głos.

- Czter­dzie­stu jeden - spro­sto­wała ostro Zoe. - I żad­nych erek­cji nie było, o czym wła­śnie mia­łam powie­dzieć.

Abby stwier­dziła, że o dziwo nabiera do Zoe sym­pa­tii. Trzeba być nie­zwy­kłą kobietą, by tak swo­bod­nie mówić o braku erek­cji w pokoju peł­nym męż­czyzn. Powell i jego poli­cjanci wyraź­nie poczuli się nie­swojo. Za to Tatum spra­wiał wra­że­nie, jakby bra­ko­wało mu tylko pudełka popcornu.

- W porządku - wark­nął Powell. - A więc na razie nie jest jasne, czy Wil­coxa pod­nieca to, co robi. On lubi zabi­jać. Ale dla­czego zabił aku­rat Yatesa?

- Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że Yates był łatwym celem - odparła Zoe. - Miesz­kał sam, w domu na ubo­czu.

- W oko­licy jest wię­cej ustron­nych domów - powie­dział Powell. - I wiele osób mieszka tu samot­nie. Yates to był kawał chłopa, powa­le­nie go i zwią­za­nie na pewno wyma­gało dużo wysiłku. Więc dla­czego wybrali jego?

Komen­dant cho­wał asa w ręka­wie. Wie­dział o Yate­sie coś, czego tamci nie wie­dzieli. I żeby dopiąć swego, zamie­rzał się tym posłu­żyć.

Zoe jed­nak nie zda­wała sobie z tego sprawy.

- Być może Wil­coxa przy­cią­gają domy okre­ślo­nego typu - oznaj­miła. - Na pewno pale­nie nie­któ­rych budyn­ków spra­wia mu wię­cej satys­fak­cji. Nie­wy­klu­czone też, że Yates kogoś mu przy­po­mi­nał, miał szcze­gólne cechy fizyczne. Nie­ła­two okre­ślić powód wyboru takiej, a nie innej ofiary.

Powell sie­dział z zaci­śnię­tymi ustami; wyglą­dał, jakby hamo­wał się przed napro­wa­dze­niem Zoe na wła­ściwy trop.

- Może cho­dziło o to, kim był Yates - wtrą­ciła się Abby. - Wil­cox jest przede wszyst­kim przy­wódcą sekty. Wszystko, co robi, służy utrzy­ma­niu jego wła­dzy nad wyznaw­cami. Wzmac­nia­niu ich wiary w niego i w to, co robią. Jeśli cho­dziło o mor­der­stwo, pew­nie chciał ich prze­ko­nać, że jest konieczne albo uspra­wie­dli­wione.

Z Powella uszło powie­trze; Abby wie­działa, że tra­fiła.

- Jim­mie Yates był ska­zany za pedo­fi­lię - oświad­czył komen­dant. - Wpadł, kiedy pró­bo­wał uwieść w sieci poli­cjanta pod przy­krywką, myśląc, że roz­ma­wia z ośmio­lat­kiem. Kiedy prze­szu­ka­li­śmy jego dom, zna­leź­li­śmy całą kupę por­no­gra­fii dzie­cię­cej. Sześć tygo­dni temu wyszedł na wol­ność.

- We wstęp­nym rapor­cie ze śledz­twa nie ma ani słowa na ten temat - zauwa­żył Tatum.

Powell wzru­szył ramio­nami.

- Tutaj wszy­scy wie­dzą, kim był Yates. Zaj­mo­wa­li­śmy się doku­men­ta­cją dowo­dów rze­czo­wych, nie było potrzeby dołą­cza­nia do wewnętrz­nego raportu cze­goś, o czym wszy­scy wie­dzie­li­śmy.

- I dla­tego uwa­ża­cie, że sprawcą jest ktoś stąd - powie­działa Abby.

- Pół mia­sta chęt­nie upie­kłoby kieł­ba­ski na ogniu, w któ­rym spło­nął, gdyby ktoś ich zapro­sił. Odkąd wyszedł z pudła, bez prze­rwy wydzwa­niają do mnie z infor­ma­cjami, gdzie go widziano. Yates prze­jeż­dża samo­cho­dem obok miej­sco­wej szkoły, Yates łypie pożą­dli­wie na dziew­czynkę w super­mar­ke­cie, Yates robi podej­rzane zdję­cia tele­fo­nem... - Powell roz­parł się na krze­śle. - I wie­cie co? Sam chęt­nie upiekł­bym sobie kieł­ba­ski na tym ogniu.

- Macie jakichś kon­kret­nych podej­rza­nych? - zapy­tał Tatum.

Ze stosu papie­rów przed sobą Powell wyjął jedną kartkę.

- Wczo­raj ojciec sie­dem­na­sto­let­niej Gret­chen Wood zgło­sił jej znik­nię­cie. Zabrała więk­szość ubrań i około czte­ry­stu dola­rów, które ukra­dła rodzi­com. Gret­chen to nie­złe ziółko. Nar­ko­tyki, drobne kra­dzieże, wyle­ciała ze szkoły. Rodzice wysy­łali ją kilka razy na obozy mło­dzie­żowe, podobno miały pomóc, ale w jej przy­padku to była prze­grana sprawa. A u Yatesa zna­leź­li­śmy kilka fotek, na któ­rych Gret­chen pływa w base­nie... wtedy jesz­cze była dziec­kiem.

- Waszym głów­nym podej­rza­nym jest pogu­biona nasto­latka? - upew­nił się Tatum, uno­sząc brwi.

- To nie wszystko. Matka Gret­chen zeznała, że tydzień temu przy­ła­pała ją na pod­pro­wa­dza­niu ben­zyny z jej samo­chodu. - Na twa­rzy Powella malo­wał się pełen zado­wo­le­nia uśmiech. - Uznała, że córka chce sprze­dać ben­zynę, żeby mieć pie­nią­dze na nar­ko­tyki.

- A jak się tłu­ma­czyła Gret­chen? - spy­tała Abby.

- W ogóle nic nie mówiła. Od jakie­goś czasu nie roz­ma­wia z rodzi­cami.

- Prze­py­ta­li­ście jej kole­gów? - zain­te­re­so­wała się Abby.

- Tak. Mówią, że ostat­nio była bar­dzo tajem­ni­cza i pod­eks­cy­to­wana. A jeśli wie­rzyć jej rodzi­com, nie była to jej pierw­sza ucieczka w ostat­nim cza­sie. W zeszłym mie­siącu zni­kała dwu­krot­nie. I wra­cała po kilku dniach.

- Skoro zni­kała już wcze­śniej, dla­czego zgło­sili to aku­rat tym razem?

- Dla­tego, że poprzed­nio nie zabie­rała ze sobą swo­ich rze­czy. I według nich po powro­cie do domu za każ­dym razem była w lep­szej for­mie. Jej matka uznała, że córka wzięła się w garść. Ale teraz wygląda na to, że zabrała wszystko, co mogła. No i ukra­dła im pie­nią­dze.

- Czy widziano, jak pod­kła­dała ogień albo kupo­wała ben­zynę? - spy­tał Tatum.

- Nie mie­li­śmy jesz­cze czasu, żeby to zba­dać dokład­nie, ale jak dotąd nikt niczego takiego nie zauwa­żył.

- Czy mówiła o Yate­sie?

- Całe mia­sto mówiło o Jim­miem Yate­sie. Zakła­dam więc, że ona też.

- A co z namie­rza­niem jej tele­fonu?

- Zosta­wiła komórkę w domu.

- Myśli­cie, że Gret­chen spa­liła Yatesa w jego domu, a potem zwiała, zosta­wia­jąc swój tele­fon? - spy­tała Abby scep­tycz­nie.

- Tak, naszym zda­niem Gret­chen spo­tkała Yatesa kilka lat temu. Może ją mole­sto­wał, a może tylko chciał się z nią zaprzy­jaź­nić. Kiedy go zwol­nili, pew­nie zaczęła o tym myśleć. I posta­no­wiła roz­pra­wić się z nim raz na zawsze. Ale kiedy już spa­liła jego dom, wystra­szyła się poli­cji, a jak usły­szała, że śledz­two popro­wa­dzi FBI, posta­no­wiła dać nogę.

W zasa­dzie było to moż­liwe, ale nie­praw­do­po­dobne. Zabój­stwa Yatesa doko­nano z pre­me­dy­ta­cją i w wymyślny spo­sób. Szu­ka­jąca zemsty nasto­latka raczej chwy­ci­łaby nóż bądź pisto­let i spró­bo­wała go zała­twić. Ale nawet gdyby posta­no­wiła spa­lić jego dom, to młoda dziew­czyna w poje­dynkę nie dałaby rady przy­tar­gać takiej ilo­ści ben­zyny i skrę­po­wać Yatesa wewnątrz budynku. Tyle że Powell przy­jął już postawę obronną i nie był skłonny słu­chać żad­nych argu­men­tów. Chciał zacho­wać poczu­cie, że panuje nad sytu­acją i że to on tu rzą­dzi. W końcu, pomimo jego reak­cji na to, jak Zoe opi­sała bada­nia, nie było mu obce porów­ny­wa­nie, kto ma więk­szego.

Abby szu­kała spo­sobu na moż­li­wie deli­katne przed­sta­wie­nie swo­ich prze­my­śleń, ale ubie­gła ją Zoe, która wal­nęła pro­sto z mostu:

- To idio­tyzm.

Cóż, można i tak. Tatum wes­tchnął gło­śno. Powell się zaczer­wie­nił i splótł ręce na piersi.

- Nawet gdyby przy­jąć za praw­do­po­dobne, że ofiara mole­sto­wa­nia posta­no­wiła spa­lić żyw­cem swo­jego prze­śla­dowcę, to nie faty­go­wa­łaby się i nie zno­siła pod dom Yatesa co naj­mniej trzech cięż­kich kani­strów ben­zyny. Ona obla­łaby Yatesa od razu, a nie bawiła się w całą tę skom­pli­ko­waną pro­ce­durę. Nie mówiąc o tym, że z waszego opisu tej małej wynika, że nie star­czy­łoby jej cier­pli­wo­ści, by cze­kać, aż sąsie­dzi wyjadą na waka­cje. A poza tym zna­ko­mitą więk­szość pod­pa­la­czy sta­no­wią męż­czyźni, nie kobiety.

- Dość tego! - rzu­cił ostro Powell. - Nie pro­si­łem o pomoc FBI w tym śledz­twie. Nie jeste­ście nam potrzebni.

- Jak już mówi­łem, ta sprawa może być zwią­zana z naszym śledz­twem. - Tatum spró­bo­wał zała­go­dzić sytu­ację. - Może sprawcą jest Gret­chen, może Wil­cox, a może cał­kiem ktoś inny. My tylko chcemy dotrzeć do prawdy.

- Jeśli cokol­wiek usta­limy, na pewno damy wam znać - oświad­czył komen­dant, stu­ka­jąc w papiery na stole. Było jasne, że dla niego spo­tka­nie już się skoń­czyło.

- Nie tak prędko - powie­działa sta­now­czo Zoe. - Musimy omó­wić następne kroki. Jest oczy­wi­ste, że jesz­cze przez kilka dni należy utrzy­mać obser­wa­cję szcząt­ków domu Yatesa. Musimy też prze­trzą­snąć miej­sca innych pod­pa­leń w tej oko­licy, w poszu­ki­wa­niu pły­nów ustro­jo­wych.

Powell wstał.

- Będziemy w kon­tak­cie.

Abby z roz­tar­gnie­niem zbie­rała swoje rze­czy. Pod­czas gdy Zoe mówiła, coś jej przy­szło do głowy. W zeszłym mie­siącu Gret­chen dwu­krot­nie znik­nęła z domu. I według matki po powro­cie była w lep­szej for­mie. W przy­padku takich zabu­rzo­nych dzie­cia­ków jak Gret­chen "w lep­szej for­mie" zazwy­czaj ozna­czało "inna". Pod­nie­cona, tajem­ni­cza. A teraz ode­szła, zabie­ra­jąc wszyst­kie ubra­nia, ale zosta­wia­jąc tele­fon. Nasto­latka prę­dzej odda­łaby nerkę, niż zre­zy­gno­wała z tele­fonu. Skoro zosta­wiła komórkę, praw­do­po­dob­nie namó­wił ją do tego ktoś o wiel­kiej sile per­swa­zji.

Moż­liwe, że Gret­chen po pro­stu ucie­kła z domu, a zbież­ność w cza­sie jest przy­pad­kowa. Ale nie­wy­klu­czone, że rozu­mo­wa­nie Powella czę­ściowo było słuszne i dziew­czyna miała zwią­zek z pod­pa­le­niem. Przez kilka dni z dala od domu wiele może się zda­rzyć. Cał­kiem moż­liwe, że Gret­chen Wood została zwer­bo­wana do sekty Mosesa.

Rozdział 5

Deli­lah Eckert stała w cia­snej kuchni i przy­glą­dała się swoim pal­com. Jak zahip­no­ty­zo­wana przy­ło­żyła prawą dłoń do lewej i je porów­nała. Cztery palce pra­wej były nie­mal dwu­krot­nie grub­sze. Zupeł­nie jak w postach, które widy­wała na Face­bo­oku - przed jakąś cudowną dietą i po niej. Wła­śnie takie były teraz jej palce - pro­stym przy­kła­dem na przed i po. Przed Bra­dem, po Bra­dzie.

Palce sprzed Brada były deli­katne i ele­ganc­kie, takie jak sama Deli­lah przed Bra­dem - rów­nież deli­katna i ele­gancka. Miała gęste, gład­kie blond włosy, skórę o bar­wie kości sło­nio­wej i ubie­rała się ze sma­kiem, z czego była bar­dzo dumna. Na pal­cach po Bra­dzie wid­niały wiel­kie fio­le­towe sińce. Każda próba zaci­śnię­cia dłoni wywo­ły­wała ostry ból, wędru­jący aż do łok­cia. Ale po Bra­dzie cała Deli­lah była wła­śnie taka. Posi­nia­czona, spa­ra­li­żo­wana, a każdy nie­baczny ruch skut­ko­wał bólem.

Przy­trza­snął jej palce szu­fladą, gdy wyj­mo­wała łyżeczkę dla córki Emily. Odro­czona zapłata za błąd, który popeł­niła poprzed­niego wie­czoru. Brad uwiel­biał odro­czone kary. Ni­gdy nie tra­cił pano­wa­nia nad sobą, ni­gdy jej nie bił. Gdy popeł­niała błąd, zapo­wia­dał tylko: "Zapła­cisz mi za to". Spo­koj­nym, bez­na­mięt­nym gło­sem. Niczym bari­sta w kawiarni, poda­jący cenę dużego cap­puc­cino. Wtedy żołą­dek pod­cho­dził jej do gar­dła. Nosiła w sobie ten strach minu­tami, godzi­nami, cza­sami mijały nawet dni. Aż nie­mal zaczy­nała wie­rzyć, że zapo­mniał. I wtedy, gdy prze­sta­wała się mieć na bacz­no­ści, wymie­rzał karę.

Zabra­kło papieru toa­le­to­wego? "Zapła­cisz mi za to".

Przy­pad­kiem pod­nio­sła na niego głos? "Zapła­cisz mi za to".

Przy­ła­pał ją, kiedy roz­ma­wiała z sąsia­dem? "Zapła­cisz mi za to".

Ale mówił to tak cicho, żeby nikt oprócz niej go nie usły­szał.

Życie Deli­lah skła­dało się z dłu­gów i odro­czo­nych płat­no­ści. Z hipo­teki stra­chu i bólu.

- Mamu­siu, chce mi się pić. - W jej myśli wdarł się głos Emily. Melo­dyjny i cichy. Odwró­ciła się i uśmiech­nęła do córki. Zazwy­czaj Emily nosiła jedną z sukie­nek kupio­nych dla niej przez matkę Brada. Brzyd­kie sztruk­sowe rze­czy, któ­rych Deli­lah nie­na­wi­dziła, choć ni­gdy nie ośmie­liła się ich skry­ty­ko­wać ("Zapła­cisz mi za to"). Tyle że te sukienki miały z tyłu guziczki oraz zamki bły­ska­wiczne, więc trzeba było córce pomóc. A teraz zapię­cie ich nie wcho­dziło w rachubę, dla­tego ubrała ją w pro­stą białą sukienkę, którą sama kupiła. Emily wyglą­dała w niej jak anio­łek, z jasnymi lokami opa­da­ją­cymi falami na jej ramiona i z uro­czym, małym okrą­głym noskiem. Emily wro­dziła się w Brada, ale ku uldze Deli­lah oczy odzie­dzi­czyła po niej - piwne i łagodne. Deli­lah powta­rzała sobie, że oczy są zwier­cia­dłem duszy. Więc cho­ciaż córka była podobna do Brada, to łączył ją z nim jedy­nie wygląd.

- Wiesz co? - zwró­ciła się do Emily. - Dziś możesz się napić soku.

Córka uśmiech­nęła się do niej rado­śnie. Zazwy­czaj Deli­lah dokład­nie pil­no­wała, jaką ilość cukru spo­żywa jej dziecko. Jed­nak w trud­nych chwi­lach przyda się tro­chę szczę­ścia. Skoro więc nie mogła zapew­nić szczę­ścia sobie, to wystar­czało jej szczę­ście córki.

Nie prze­my­ślała tej decy­zji. Do opa­ko­wa­nia soku dołą­czona była słomka owi­nięta w pla­stik. Musiała więc wyjąć sok z szafki, wysu­nąć słomkę z pla­stiku i wetknąć ją do kar­to­nika, po czym wrę­czyć go córce. A był to jeden z tych dni, kiedy każde dzia­ła­nie skła­dało się z mnó­stwa drob­niej­szych dzia­łań, przez co miała wra­że­nie, że to jedna nie­koń­cząca się praca. Gdy wresz­cie Emily usia­dła przy stole, popi­ja­jąc sok, Deli­lah oddy­chała szybko, a w oczach miała łzy z bólu.

Zamknęła szafkę, odwra­ca­jąc wzrok. Od jakie­goś czasu bała się sza­fek i szu­flad. Odkąd stwier­dziła, że w rękach Brada stają się narzę­dziem zemsty na niej. Tak samo jak drzwi, ściany, tale­rze, dłu­go­pisy i mnó­stwo innych rze­czy znaj­du­ją­cych się w ich domu. Brad potra­fił korzy­stać z nie­mal wszyst­kiego, co posia­dali. W tym był naprawdę dobry. Uczył ją nowych rodza­jów stra­chu. Tak jak Inu­ici mają dzie­siątki czy setki okre­śleń na śnieg, tak Deli­lah potra­fiła już odróż­niać całą masę stra­chów. Ten nie­okre­ślony lęk, gdy od jakie­goś czasu nie popeł­niła żad­nego błędu i wie­działa, że lada chwila to zrobi. Silny strach, kiedy mówił: "Zapła­cisz mi za to". Nie­usta­jące prze­ra­że­nie w ocze­ki­wa­niu na zapłatę. Strach, że tak wygląda jej życie. Strach, że któ­ryś z sąsia­dów znów się z czymś wygada. Strach, że pew­nego dnia on weź­mie się za ich dzieci.

Jesz­cze kilka mie­sięcy temu nie przy­szłoby jej do głowy, że mógłby się wyła­do­wać na dzie­ciach. Nie dla­tego, że uwa­żała to za nie­moż­liwe - nie miała poję­cia, jak podły i do czego jest zdolny Brad - ale sądziła, że gdyby skrzyw­dził dzieci, byłby to osta­teczny koniec. Bo ni­gdy w życiu nie pozwo­li­łaby mu ich tknąć. Gdyby ude­rzył któ­reś z nich, ode­szłaby. Cza­sami nawet fan­ta­zjo­wała na ten temat - ot, taki okruch nadziei. Brad zwraca się do Emily i mówi: "Zapła­cisz mi za to". A wtedy ona pakuje walizki, łapie auto­bus i jedzie na drugi koniec kraju. Cza­sami w tych fan­ta­zjach Brad pła­kał i bła­gał ją, żeby została. A znów innym razem przed wyjaz­dem go zabi­jała, dźgała naj­ostrzej­szym kuchen­nym nożem. Cudowne oczysz­cza­jące fan­ta­zje!

Aż tu pew­nego dnia Emily zachciało się cukierka, a Deli­lah go jej nie dała. Zde­ner­wo­wana dziew­czynka zaczęła krzy­czeć. Na co Brad zerwał się z krze­sła i ruszył w jej stronę. Tego już było za wiele. Nad­szedł moment, kiedy Deli­lah posta­no­wiła go zatrzy­mać. Za nic nie pozwo­li­łaby skrzyw­dzić dzieci. Zagro­dziła mu drogę. Ale on sta­now­czo szedł dalej, na jego szyi pul­so­wały nabrzmiałe żyły...

Zeszła mu z drogi. Owład­nięty histe­rią mózg pod­po­wia­dał jej, że Brad dotych­czas nie ude­rzył dzieci, więc nie ma powodu dener­wo­wać go jesz­cze bar­dziej. Zasty­gła, patrząc, jak pod­cho­dzi do Emily, kuca przed nią i ryczy: "Milcz!".

Nie ude­rzył córki. Choć mógł to zro­bić. W tym momen­cie Deli­lah zdała sobie sprawę, że chyba jed­nak powinna była spró­bo­wać go zatrzy­mać. A może nie?

Nowy strach. Strach, że gdyby zaata­ko­wał dzieci, nie zdo­ła­łaby mu prze­szko­dzić.

Cichy płacz oznaj­mił, że Ron się obu­dził. Prze­szła do sypialni i nachy­liła się nad koły­ską. Ron posłał jej bez­zębny uśmiech, gawo­rząc.

- Cześć, malu­chu - szep­nęła. Nie­zdar­nie spró­bo­wała pod­nieść go lewą ręką, ale oka­zało się to nie­wy­ko­nalne. Ron się roz­pła­kał. Pod­nio­sła go obu­rącz, zaci­ska­jąc zęby i nie zwa­ża­jąc na prze­szy­wa­jący ból. Pie­lu­cha była ciężka, jak­żeby ina­czej. Od poran­nego incy­dentu z szu­fladą zmie­niała ją dwu­krot­nie i na myśl o tym robiło jej się słabo. Zasta­na­wiała się, czy nie zawo­łać Emily i nie popro­sić jej, żeby zmie­niła pie­lu­chę. Bez trudu mogła jej wmó­wić, że to tylko taka zabawa. Bawiły się w pro­wa­dze­nie domu, a wtedy Emily odgry­wała rolę matki. Albo urzą­dzały sobie Dzień Odwrotny i zamie­niały się rolami. Emily to uwiel­biała.

Coś jej jed­nak pod­po­wia­dało, że Emily zorien­to­wa­łaby się, jak wygląda prawda. Że mamu­sia prosi ją o zmianę pie­lu­chy bra­cisz­kowi, bo tatuś znowu ją skrzyw­dził.

Nie. Do dia­bła z tym! Poło­żyła Rona na prze­wi­jaku i sama dała sobie radę; zmu­siła się nawet, by spraw­dzić, czy czy­sta pie­lu­cha jest dopa­so­wana jak należy, mimo że jęczała przy tym z bólu.

Gdy skoń­czyła, zanio­sła Rona do kuchni i powie­działa do Emily:

- Chodź, przej­dziemy się.

Posa­dziła Rona w wózeczku i nagle znie­ru­cho­miała. Szlag! Nie ubrała go na spa­cer. W nor­mal­nej sytu­acji wier­cił się tak, że ubie­ra­nie go było pra­wie nie­moż­liwe, ale teraz... Wstrzy­mała oddech. W tej chwili omal nie zre­zy­gno­wała ze spa­ceru. Mogła posa­dzić Emily przed tele­wi­zo­rem i... i cze­kać, aż ten dzień się skoń­czy. A jutro będzie lepiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki