Paląc trawę na rykowisku - Agnieszka Urbanowska

Reflow text when sidebars are open.
Youtube.com: Beach House, Master of None
Gazeta.pl: Gruzja. Mobilizacja w Osetii
Google Images: Pierre-Paul Prud'hon, Academic Male Nude
On kocha ją nie mnieee, ty nie wiesz jak to rani mnieee, w sercu czuję ból kochasz ją, nie mnieeee - fałszowała gospodyni imprezy, gestykulując z parodystyczną emfazą. Ktoś wylał na podłogę prawie pełną szklankę Żołądkowej, jednak nikt specjalnie się tym nie przejął. Wszyscy byli pijani, większość rozbawiona. Szybko i pobieżnie wytarto podłogę, przekrzykując się propozycjami nowych piosenek do zaśpiewania.
Pan Jeeezus już się zbliiiiiża, już puuuka do mych drzwi - zaintonował z miną skupioną i skromną, zdradzającą byłego ministranta, wyraźnie przegięty chłopiec. Ponad pół pokoju przyłączyło się, niemiłosiernie wyciągając górne dźwięki.
Mój wzrok wyłuskał stojącego przy oknie pięknego mężczyznę. Stał na tle różowo-złotego nieba; nad dachami kamienic na Dietla powoli przedzierał się lipcowy świt.
Czując alkoholową ociężałość i nie mogąc oderwać od Adonisa oczu, myślałam o tym, że są różne odmiany męskiej urody. Tę umieściłabym gdzieś pomiędzy reklamą szamponu do włosów i występującym w niej modelem, którego trudno poważnie traktować - bo jego niedorzeczne piękno niemal zawsze zgrzyta na tle przaśnego otoczenia - a nagim stojącym mężczyzną z akademickiego szkicu Prud'hona. Takim, który podpiera ręką głowę ze smutkiem, ale który jest też bez wątpienia świadomy pocieszającego faktu, że jego włosy wyglądają dobrze. Oba typy są, w każdym razie w pierwszej chwili, nieco aseksualne. Jeśli chcesz dotknąć człowieka, który pozował Prud'honowi, to raczej po to, by upewnić się, że jest materialny.
Tymczasem moja przyjaciółka Ola wyprostowała się na baczność, wzniosła oczy ku niebu i niezbyt mocnym, lecz pełnym determinacji głosem ruszyła: Nie rzucim ziemi, skąd nasz róóód - nie damy pogrześć mooooowy.
- Polski my naród, polski ród - królewski szczep piastoooowy - uzupełnił kampowo, wspierając się tekstem na ekranie i wersją karaoke na Youtube, chórek przy laptopie.
Trudno mi było powiedzieć, czy mężczyzna spod okna obserwuje wszystko z wesołą wyrozumiałością, czy z lekką ironią. Mógł też być po prostu pijany, tak jak ja. Kręciły się wokół niego jakieś dziewczęta i jacyś chłopcy, ale trzymał ich na dystans. Potem gdzieś zniknął. Zamajaczył mi jeszcze przez chwilę w kącie pokoju, gdy polegując na materacach dogorywaliśmy przy trawie, a w tle leciał Master of None Beach House. Pomyślałam wtedy, że musi być starszy niż mi się w pierwszej chwili wydało.
Wróciłam do domu rano, nie łudząc się, że zdążę zregenerować sponiewierany organizm do trzynastej. Na tę bowiem niezrozumiałą godzinę moja siostra wyznaczyła przyjęcie urodzinowe swojej córki.
Zosia była ode mnie starsza o ponad dziesięć lat. Po maturze zaszła w nieplanowaną ciążę, jednak ku kolosalnej uldze naszej matki chłopak okazał się tak zwanym porządnym facetem i oświadczył się. Dziś Zosia i Marek stanowili dla mnie punkt odniesienia, gdy myślałam o dorosłości i stabilizacji. Tworzyli solidną rodzinę z bernardynem w solidnym podkrakowskim domu z ogrodem, a ja przez ostatnie lata bywałam u nich właściwie częściej niż u rodziców, od których wyprowadziłam się krótko po skończeniu liceum. Wydawali się parą, której być może nie wiąże ze sobą wielka miłość, lecz na pewno silna zażyłość - no i oczywiście dwójka dzieci. Ula kończyła dziś trzynaście lat, a jej siostra Oliwka chodziła do przedszkola.
Rodzinne spotkanie nie budziło dziś mojego entuzjazmu. Miałam nadzieję, że skoro zapowiedziano grilla, ogród i świeże powietrze pozwolą przeżyć całość szybko i w miarę bezboleśnie.
Tymczasem nadzieja, iż upał będzie znośniejszy pod drzewami, okazała się płonna. Skacowana, usadzona na wyplatanym krześle ogrodowym z IKEI, walczyłam z mdłościami nad talerzykiem tortu z tłustym różowym kremem, ozdobionego morzem kunsztownych marcepanowych falbanek, nad którym moja siostra spędziła prawdopodobnie pół nocy, posiłkując się filmami instruktażowymi z internetu. W ustach zazgrzytała mi dekoracyjna perełka. Zamknęłam oczy, próbując siłą woli odpędzić zapach karkówki marynowanej w podpałce do grilla.
- A teraz - powiedziała Zosia z werwą - obejrzymy film z dnia ojca w przedszkolu u Oliwki.
Towarzystwo posłusznie przeniosło się do domu i dało usadzić na skórzanym komplecie wypoczynkowym. Telewizor zawieszony na śnieżnej ścianie wyświetlił grupę przedszkolaków. Mała dziewczynka, tuląc spłonioną ze wstydu głowę w rękawie mężczyzny, na kolanach którego siedziała, śpiewała But you love me daddy. Publika na przemian wydawała kwilenie rozczulenia i wybuchała entuzjastycznym śmiechem. Przed dziewczynką co chwila przemykał mężczyzna z kamerą wideo. Potem dzieci miały powiedzieć, za co kochają swoich ojców; śmiechu i wzruszeń było co niemiara.
Niewyspanie sprawiało, iż rzeczywistość docierała do mnie przez bufor otępienia. Z mozołem zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zmusza dorosłych do deklarowania przed żywo reagującą publicznością, złożoną w większości z obcych ludzi, czy i za co kocha członków swojej rodziny. Który z nich opisywałby tak wprost miłość do swojego rodzica? Powtarzałby mówiące o niej słowa, odarte z retorycznych ozdobników, śpiewałby, fałszując i przekręcając wyrazy?
Ula porzuciła towarzystwo i zajęła się czymś innym w ogrodzie. Rozumiałam ją, sama jako dziecko nie znosiłam oglądać pewnych scen - filmowych sześciolatków zakochujących się w koleżance z przedszkola, dających popis pseudodorosłych zalotów, uwieńczony małpim buziakiem; niektórych "dorosłych" momentów o romantycznym charakterze - nie wiem, czy były tak kiczowate, że byłam zażenowana, czy też wyczuwałam fałsz i nieprzystawalność języka i zachowań - świata mojego oraz tego filmowego. Miałam wtedy dziwne uczucie skrętu w środku brzucha, gdy nie wiadomo, czy wstydzisz się za siebie, za aktorów, bohaterów, a może to wcale nie jest wstyd: chciałbyś kogoś ocalić, wyciągnąć z tej sceny, nie wiadomo - siebie czy ich. Jest w tobie litość, współczucie, trochę szyderstwa. Chowałam głowę pod ramieniem. Z ulgą usłyszałam, że Marek wzywa właśnie do jedzenia karkówki, którą zdejmował z rusztu.
Moja udręka jednak się nie skończyła. Z obowiązku szkolnego sześciolatków rozmowa płynnie przeszła na temat polityki.
- W tym kraju nie ma wyboru - stwierdził Marek dobitnym głosem, nakładając na papierowe talerzyki kawałki mięsa. Mój okazał się surowy z jednej strony i zwęglony z drugiej. - Kradną wszyscy po równo. Kłócą się tak samo. To niech chociaż premier wstydu nie robi w Europie.
- Żeby on był takim fajnym premierem, jakim fajnym jest facetem... - powiedziała Zosia z ciepłym smutkiem.
Poszłam na taras przynieść więcej sztućców.
- Zieje złym wyrazem oczu... Nienawiść... To się w głowie nie mieści - zwierzała się kulturalnym półgłosem matka koleżanki Uli. - I po co to wszystko. Ja nie rozumiem. Ciągle te awantury, polowanie na komunistów, ubeków, agentów. Żyj i daj żyć innym, mówię zawsze.
- ...stracił już jakikolwiek kontakt z rzeczywistością - dochodziły do mnie strzępki rozmów. - To pokazuje, co się dzieje z człowiekiem, który nie potrafił ułożyć sobie życia - tu Zosia zerknęła na mnie. - Sztuka, rysunki, studia jedne, drugie, a lata lecą. Obiecaj mi, że nie skończysz z kotem - zachichotała.
Moja siostra należała do tych kobiet, które uważają, że ludzie nieposiadający męża i dzieci nic nie wiedzą o prawdziwym życiu i poważnych problemach. Coś w rodzaju naturalnego egocentryzmu sprawiało, że jej pogarda dla reszty ludzkości była zupełnie nieświadoma i niezamierzona. Starałam się nie oceniać jej zbyt surowo, a uwagi puszczać mimo uszu. Po tym jak kilka lat temu wyleczyła nowotwór, bez wątpienia miała za sobą takie doświadczenie, wobec którego mogłam czuć tylko pokorę. Była kochającą żoną i matką, być może zresztą kupowała sobie prawo do podobnych komentarzy, w gorszych miesiącach zawsze pożyczając mi pieniądze.
Pogodziłam się z jej wizją świata, a moje problemiki z uczelnią, projektami i mężczyznami pozostawały zazwyczaj moją sprawą. Zresztą, jeśli chodziło o życie osobiste, to i tak była typem człowieka, który daje do zrozumienia rozmówcy, że sam jest winny swoich kłopotów, a ona, Zosia, radziłaby sobie z moim życiem znacznie lepiej ode mnie. Nie miałam właściwie powodów, by jej nie wierzyć, na pewno ogarnęłaby je schludnie i energicznie, wypełniając wartościowymi ludźmi i ładnymi meblami.
Nie wiem, czy Marek chciał odwrócić uwagę od nędzy mojego życia osobistego, czy mnie dobić, podjął bowiem na nowo temat polityki. Przy rozmowach o niej mdliło mnie z nudy nawet w bardziej sprzyjających okolicznościach. Podniosłam się więc z krzesła, by w łazience pachnącej zmieniającym zapach co 45 minut odświeżaczem powietrza zwymiotować różowy tort z kremem.