Od Autora
Zawsze fascynowały mnie wirusy i zarazy. Co to o mnie mówi? Nie jestem
pewien. Jednak historię naszego świata po brzegi wypełniają
niszczycielskie okresy chorób, które zmiotły z powierzchni ziemi ogromną
część ludzkości. W życiu jest wiele przerażających rzeczy, wiele takich,
które mogą zabić, lecz dla mnie osobiście śmierć z powodu
mikroskopijnego intruza, którego nie można się spodziewać... cóż, to
budzi prawdziwe przerażenie.
Nie powinno więc dziwić, że wirus Pożoga stanowił centralny element
serii Więzień Labiryntu. Byłem doskonale świadomy faktu, że wątek ten
pojawiał się już do znudzenia w wielu różnych odsłonach - książkach,
filmach i serialach telewizyjnych - zanim o nim napisałem. To mnie
jednak nie zniechęciło. Chciałem użyć przerażenia jako tła i dlatego
wykorzystałem to, co przeraża mnie najbardziej, z pewną dozą szaleństwa.
Wirus, który atakuje twój mózg, powoli doprowadza do obłędu, odbiera
wszelkie cechy człowieczeństwa, aż w końcu sprawia, że stajesz się
oszalałą, bezmyślną bestią.
Same radosne rzeczy, wiem!
A teraz mamy nasz własny wirus, szalejący na całym świecie. Covid-19 to
żadna Pożoga, a jednak przyniósł równie wielki strach i cierpienie tym,
którzy zostali nim dotknięci. W chwili gdy to piszę, do opanowania go
jest jeszcze bardzo daleko. Jest przerażający. Bolesny. Miejmy nadzieję,
że prędzej czy później zostanie pokonany przez ludzi, którzy jednoczą
się, by go zwyciężyć.
Powodem, dla którego o tym wspominam, jest to, że większa część Pałacu
Szaleńców została napisana już po tym, jak koronawirus zaczął masowo
rozprzestrzeniać się na kontynentach, nie oszczędzając żadnego zakątka
ziemi, nieważne jak daleko by się znajdował. To było dziwne
doświadczenie. Dodało to głębi i pewnego osobistego, możliwego do
zrelacjonowania strachu, którego mogło brakować we wcześniejszych
książkach. Przede wszystkim jednak wiem, że dotknął on wielu z moich
czytelników.
Dwa tysiące dwudziesty przyniósł również wiele innych zmagań, którym
musieliście stawić czoło. Chcę tylko, byście wiedzieli, że mi na Was
zależy, bardzo mocno, i że moja wdzięczność za Wasze wsparcie i miłość
do tej serii wykracza poza moje zdolności wypowiedzi. A wiele rzeczy
jest w opracowaniu, by w bardziej realny sposób okazać Wam, jak wielką
wdzięczność czułem do Was przez te wszystkie miesiące i lata i jak
bardzo pragnę Was słuchać i się od Was uczyć.
Tę nowelę chciałem napisać już od dłuższego czasu, lecz dopiero w ostatnim roku nabrała ona mocy. Opisuje historię Newta w czasie Leku na
śmierć, w którym nie do końca wiemy, co się z nim stało. Z pewnością nie
o tym, co działo się w jego głowie. Cóż, zaraz się o tym przekonacie.
Jednak będzie to słodko-gorzka podróż, jestem tego pewien.
Jest ona dla Was. Wszystkie uzyskane przeze mnie zyski - z każdej wersji
i wydań w każdym języku - zostaną przekazane instytucjom charytatywnym
wybranym przez moich fanów w mediach społecznościowych. To pierwszy,
niewielki sposób na to, by Wam podziękować, wydany w skromnej i schludnej formie, kiedy możecie żyć, świętować i rozpaczać z Newtem po
raz ostatni. Mam nadzieję, że czytanie sprawi Wam przyjemność.
Rozdział pierwszy
Ruszyli.
Newt spojrzał przez pokryty sadzą bulaj górolotu, patrząc, jak jego
przyjaciele idą w stronę masywnych, imponujących wrót zagradzających
jeden z niewielu wjazdów do Denver. Ogromny mur z cementu i stali
otaczał zniszczone, choć nie zrujnowane wieżowce miasta, z zaledwie
kilkoma punktami kontrolnymi, z których zaraz mieli skorzystać jego
przyjaciele. A raczej spróbować z nich skorzystać. Patrząc na szare
ściany oraz żelazne nity, spoiny i zawiasy wzmocnień, jakie zastosowano
na bramie, nie sposób było nie myśleć o Labiryncie, w którym zaczął się
cały ten obłęd. Dosłownie.
Jego przyjaciele.
Thomas.
Minho.
Brenda.
Jorge.
Newt doświadczył w życiu wiele bólu, zarówno wewnętrznego, jak i na
zewnątrz, lecz poczuł, że w tej właśnie chwili - gdy patrzył, jak Tommy
i pozostali opuszczają go po raz ostatni - był on najgorszy. Zamknął
oczy, a smutek zaległ mu na sercu, ciążąc niczym dziesięć Bóldożerców.
Łzy wydostały się spod zaciśniętych powiek i spłynęły mu po twarzy.
Oddech stał się krótki i urywany, a w piersi zapłonął ból. Jakaś część
niego pragnęła, by zmienił zdanie, zaakceptował nierozważne zachcianki
miłości i przyjaźni i otworzył pochyły właz do górolotu, po czym pognał
po jego krzywej ramie, dołączył do przyjaciół i ich poszukiwań Hansa,
usunął implanty i zaakceptował wszystko, cokolwiek się potem zdarzy.
Jednakże podjął już decyzję, jakkolwiek słaba mogłaby się wydawać. Jeśli
kiedykolwiek w życiu mógł zrobić coś właściwego, coś, co było absolutnie
pozbawione egoizmu i dobre, to właśnie to. Oszczędzi ludziom w Denver
swojej choroby, a przyjaciołom cierpienia, gdy przyglądaliby się, jak
jej ulega.
Jego choroba.
Pożoga.
Nienawidził jej. Nienawidził ludzi starających się wynaleźć na nią lek.
Nienawidził tego, że nie był na nią odporny, i nienawidził tego, że jego
przyjaciele byli. Wszystko to kłóciło się w nim, walczyło ze sobą i szalało. Wiedział, że powoli traci rozum - a temu przeznaczeniu, w przypadku wirusa, niewielu mogło uciec. Doszedł już do punktu, w którym
nie wiedział, czy może ufać samemu sobie, zarówno jeśli chodziło o myśli, jak i o uczucia. Taka okropna okoliczność mogłaby doprowadzić
człowieka do szaleństwa, gdyby ten nie wyruszył już w drogę do tego
samotnego celu. Lecz chociaż wiedział, że jest w nim jeszcze odrobina
rozsądku, musiał działać. Musiał się ruszyć, zanim wszystkie te czarne
myśli wykończą go szybciej niż Pożoga.
Otworzył oczy i otarł łzy. Tommy i pozostali już przeszli przez punkt
kontrolny... a w każdym razie weszli w strefę testową.
Widok na to, co wydarzyło się później, przerwały mu zamykające się
wrota, co stanowiło ostatni cios dla jego krwawiącego serca. Odwrócił
się tyłem do okna i kilka razy odetchnął głęboko, starając się zdusić
niepokój, który zaczął zalewać go niczym trzydziestometrowa fala.
Dam radę, pomyślał. Dla nich.
Wstał i pobiegł do koi, której używał podczas lotu z Alaski.
Cały swój niewielki dobytek wrzucił do plecaka, w tym trochę wody,
jedzenia i nóż, który ukradł Thomasowi, by go pamiętać. Wtedy chwycił
najważniejsze przedmioty - dziennik i długopis znalezione w jednej z szafek w górolocie. Kiedy odkrył niewielki notatnik, był czysty, chociaż
nieco podniszczony, a jego białe strony trzepotały jak skrzydła ptaka,
gdy go przekartkowywał. Jakaś poprzednia dusza, lecąc bóg wie dokąd na
tej metalowej pryczy, pomyślała kiedyś o spisaniu historii swojego
życia, ale stchórzyła. Albo umarła. Newt w jednej chwili postanowił
zapisać w nim swoją własną historię, w tajemnicy przed pozostałymi. Dla
siebie samego. A być może kiedyś dla innych.
Gdzieś spoza ścian statku dobiegł długi, ogłuszający dźwięk syreny
alarmowej. Newt drgnął i rzucił się na koję. Jego serce załomotało
gwałtownie, gdy próbował odzyskać orientację. Pożoga sprawiła, że stał
się nerwowy, że szybko wpadał w gniew... i że w każdy możliwy sposób
znalazł się w absolutnej rozsypce. A miało być jeszcze gorzej. W gruncie
rzeczy ta parszywa rzecz wyrabiała nadgodziny w jego biednym mózgu.
Głupi wirus. Żałował, że nie jest rzeczywistą osobą, bo z chęcią złoiłby
mu zad.
Hałas ucichł po kilku sekundach, a po nim nastała martwa jak ciemność
cisza. Dopiero w tej ciszy Newt zdał sobie sprawę, że tuż przed
dźwiękiem syreny alarmowej usłyszał odgłosy wydawane przez poruszających
się na zewnątrz ludzi - cokolwiek chaotyczne i... dziwne. Poparzeńcy.
Musieli znajdować się wszędzie poza murami miasta, tymi poza Granicą,
starając się dostać do środka tylko i wyłącznie z powodu obłędu, który
je do tego nakłaniał. Rozpaczliwie pragnąc jedzenia, niczym prymitywne
zwierzęta, jakimi się stali.
Jakim on sam się stanie.
Ale miał plan, prawda? A nawet kilka różnych planów, w zależności od
rozwoju wypadków. Jednak każdy z nich miał takie samo zakończenie...
pozostawała tylko kwestia sposobu, w jaki do niego dotrze. Wytrwa tak
długo, jak tylko zdoła, by zapisać, co trzeba, w swoim dzienniku. Było
coś w tym niewielkim, pustym notatniku. Dało mu to cel, jakąś iskrę i kurs, dzięki którym ostatnie dni jego życia miały nabrać znaczenia. Jego
pozostawiony na świecie ślad. Zapisze go z całą poczytalnością, jaką
jeszcze w sobie miał, zanim jego umysł ogarnie szaleństwo.
Nie wiedział, co oznaczał ten sygnał, kto go nadał albo dlaczego na
zewnątrz nagle zapadła cisza. Nie chciał tego wiedzieć. Jednak być może
oczyszczono dla niego drogę. Jedynym, co mu pozostało do zrobienia, była
kwestia tego, jak przekazać to Thomasowi i pozostałym. Może podarować im
zakończenie. Już i tak napisał jedną przygnębiającą wiadomość do
Tommy'ego... równie dobrze może napisać kolejną.
Newt zdecydował, że jego dziennik przeżyje bez jednej kartki. Wyrwał ją
i usiadł, by napisać wiadomość. Długopis niemal już dotknął papieru,
kiedy się zawahał, jak gdyby doskonale wiedział, co chce napisać, lecz
słowa uleciały mu z głowy niczym smuga dymu. Westchnął i podrapał się z irytacją. Nie mogąc się doczekać, aż opuści górolot i odejdzie -
utykając czy nie utykając - nim cokolwiek się zmieni, napisał kilka
zdań, które po prostu wpadły mu do głowy.
Jakoś tu weszli. Zabierają mnie, bym mieszkał z innymi Poparzeńcami.
Tak będzie najlepiej. Dzięki, że byliście moimi przyjaciółmi.
Żegnajcie.
Nie była to do końca prawda, ale pomyślał o wyciu syreny i całym
poruszeniu na zewnątrz górolotu i doszedł do wniosku, że był
wystarczająco blisko. Czy wiadomość była na tyle krótka i zdawkowa, by
powstrzymać ich przed szukaniem go? Żeby dotarło do ich twardych głów,
że nie ma dla niego nadziei i że będzie tylko wchodził im w drogę? Że
nie chciał, by patrzyli, jak zmienia się w oszalałą, wściekłą i kanibalistyczną wersję dawnego człowieka?
To nie miało znaczenia. Najmniejszego. Odejdzie stąd, tak czy inaczej.
By dać przyjaciołom jak największą szansę na sukces i zapewnić jedną
przeszkodę mniej.
Jednego mniej Newta.
Rozdział drugi
Na ulicach panował chaos, ogromna masa nieporządku, którym ktoś jakby
potrząsnął jak kośćmi i rozrzucił po ziemi.
Nie to jednak było najbardziej przerażające. Najgorsze było to, że
wyglądało całkiem normalnie - jakby świat dążył do tej chwili od dnia, w którym ostygła jego skalista powłoka, a oceany przestały wrzeć.
Pozostałości przedmieść leżały w porozrzucanych i bezwartościowych
ruinach. Okna w budynkach i mniejszych domach były powybijane, a farba
łuszczyła się ze ścian. Wszędzie leżały śmieci, rozrzucone dookoła
niczym postrzępione fragmenty rozdartego nieba, jak i wszelkiego rodzaju
zdezelowane, brudne i spalone pojazdy. Drzewa i rośliny wyrastały w miejscach, w których nie powinny. A najgorsi ze wszystkiego byli
Poparzeńcy, powoli łażący po ulicach, podwórzach i podjazdach, jak kupcy
mający za moment otworzyć ogromne zimowe targowisko: Wszystko za pół
ceny!
Dawna rana Newta dawała o sobie znać, przez co utykał bardziej niż
zazwyczaj. Chwiejnie podszedł do rogu ulicy i usiadł ciężko, opierając
się plecami o powalony słup, którego pierwotne przeznaczenie na zawsze
miało pozostać tajemnicą. W najdziwniejszy i najbardziej przypadkowy
sposób wyrażenie zimowe targowisko wstrząsnęło nim. Nie do końca
rozumiał dlaczego. Chociaż pamięć usunięto mu dawno temu, coś takiego
zawsze wydawało mu się dziwne. Zarówno on, jak i pozostali przypominali
sobie wiele rzeczy ze świata, którego nigdy nie widzieli ani którego nie
doświadczyli - samoloty, piłkę nożną, królów i królowe, telewizję.
Zatarcie przypominało bardziej maleńką maszynę, przedzierającą się przez
ich mózgi i wycinającą konkretne wspomnienia, które ich ukształtowały.
Jednakże z jakiegoś powodu to konkretne zimowe targowisko - ta dziwna
myśl, która nasunęła mu się, gdy dumał nad otaczającymi go
apokaliptycznymi scenami - była inna. Nie chodziło o pozostałość po
starym świecie, którą znał jedynie przez skojarzenia słowne lub
powszechną wiedzę. Nie. To...
Niech to diabli, pomyślał. To było prawdziwe wspomnienie.
Rozejrzał się, próbując sobie wszystko poukładać, zobaczył Poparzeńców w różnych stadiach choroby, włóczących się po ulicach, parkingach i zagraconych podwórzach. Mógł jedynie zakładać, że ci ludzie zostali
zarażeni, każdy z nich, bez względu na swoje działania czy zwyczaje... Bo
inaczej dlaczego by tutaj byli, w taki sposób, na otwartej przestrzeni?
Niektórzy zachowali jeszcze świadomość i naturalne ruchy, tak jak on, na
wczesnym etapie infekcji, a ich umysły w większości były spójne. Jakaś
rodzina siedziała na uschniętym trawniku, jedząc zdobyte gdzieś
jedzenie. Matka dla ochrony trzymała pod ręką strzelbę. W innym miejscu
kobieta, obejmując się ramionami, opierała się o ścianę. Płakała, a z jej oczu wyzierała rozpacz na okoliczności, w jakich się znalazła, lecz
nie szaleństwo... jeszcze nie. Ludzie rozmawiali cicho w niewielkich
grupkach, obserwując otaczający ich chaos, prawdopodobnie starając się
wymyślić plan na życie, w którym nie było już rozwiązania, jakiego
ktokolwiek by pragnął.
Pozostali w okolicy znajdowali się pomiędzy pierwszym i ostatnim
stadium, działając nieobliczalnie i agresywnie, z niepewnością lub
smutkiem. Patrzył, jak jakiś mężczyzna zdecydowanym krokiem przechodzi
przez skrzyżowanie, prowadząc za rękę córkę - wyglądali, jakby się
wybierali do parku lub do sklepu ze słodyczami. Jednakże na środku ulicy
nagle się zatrzymał, puścił rękę dziewczynki, spojrzał na nią, jakby
była dla niego kimś obcym, po czym zawył i zaczął płakać jak dziecko.
Newt zobaczył kobietę z bananem - skąd wytrzasnęła tego cholernego
banana? - która w połowie jedzenia nagle rzuciła owoc na ziemię i zaczęła go deptać, jakby to był szczur, który mógłby podgryzać jej
dziecko w wózku.
Byli też oczywiście ci, którzy bez wątpienia przekroczyli już Granicę,
tę nieokreśloną linię, która odróżniała ludzi od zwierząt... od bestii.
Dziewczyna, nie starsza niż piętnaście lub szesnaście lat, leżała na
plecach na środku drogi, mamrocząc coś niezrozumiałego i gryząc własne
palce na tyle mocno, że krew kapała jej na twarz. Chichotała przy każdej
nowej spadającej kropli. Niedaleko niej jakiś mężczyzna kucał nad
kawałkiem czegoś, co wyglądało na surowego, bladoróżowego kurczaka. Nie
jadł go, jeszcze nie, lecz jego rozbiegany wzrok nerwowo lustrował
otoczenie, by zdążył zaatakować każdego, kto odważyłby się zabrać mu
mięso. Na tej samej ulicy, nieco dalej, Poparzeńcy walczyli ze sobą
niczym stado wilków, gryząc, drapiąc i szarpiąc się nawzajem, jak gdyby
znajdowali się na arenie gladiatorów i tylko jednemu z nich wolno było
odejść stamtąd żywemu.
Newt popatrzył na chodnik. Zdjął plecak z ramion i przycisnął go do
siebie, czując twardą obudowę elektromiotacza, który ukradł z magazynu
broni Jorgego w górolocie. Nie wiedział, ile wytrzyma zależny od
ładowania projektor z elektrycznym włącznikiem, ale pomyślał, że nie
zaszkodzi go mieć. Nóż spoczywał w kieszeni jego jeansów, złożony i całkiem przydatny, jeśli kiedykolwiek doszłoby do walki wręcz.
Ale właśnie o to chodziło. Tak jak myślał wcześniej, wszystko wokół
niego stało się pewnego rodzaju "nową normalnością" i za nic w świecie
nie potrafił pojąć, dlaczego nie był przerażony. Nie czuł żadnego
strachu, żadnego lęku, stresu ani wewnętrznej potrzeby, by uciekać,
uciekać, uciekać. Ile razy od ucieczki z Labiryntu natknął się na
Poparzeńców? Ile razy omal nie narobił w gacie z przerażenia? Być może
chodziło o to, że był teraz jednym z nich, szybko osiągając ich poziom
szaleństwa, które rozwiewało jego strach. A może to sam obłęd niszczył
jego najbardziej człowiecze instynkty.
I o co chodziło z tym całym zimowym targowiskiem? Czy Pożoga w końcu
wypuszczała go z kurczowego uścisku Zatarcia, któremu poddał go DRESZCZ?
Czy to mogło być jego ostatecznym biletem za Granicą? Zdążył już poczuć
najdotkliwszą i najbardziej dogłębną rozpacz, jaką kiedykolwiek czuł w życiu, gdy porzucił przyjaciół. Jeśli wspomnienia jego wcześniejszego
życia, jego rodziny, zaczynały bezlitośnie go atakować, nie miał
pojęcia, jak zdoła je znieść.
Dudniący odgłos silników łaskawie wyrwał go z tych dołujących myśli. Zza
zakrętu drogi wylotowej z miasta wyjechały trzy ciężarówki, chociaż
określenie "ciężarówka" miało się do nich tak, jakby tygrysa nazwać
kotem. Pojazdy były ogromne, długie na dwanaście do piętnastu metrów, a szerokie i wysokie na połowę tej wielkości. Były mocno uzbrojone, z przyciemnionymi oknami, które przesłaniały kraty dla ochrony przed
atakami. Ich opony były wyższe od samego Newta, który wpatrywał się w nie z oszołomieniem, zastanawiając się, czego to zaraz stanie się
świadkiem.
Dźwięk syreny rozległ się z trzech pojazdów naraz - ogłuszający niczym
grzmot, od którego omal nie popękały mu bębenki. Właśnie ten alarm
słyszał we wnętrzu górolotu. Niektórzy Poparzeńcy uciekli na widok
zbliżających się potworów, wciąż jeszcze na tyle inteligentni, by
kojarzyć, że na horyzoncie pojawiło się niebezpieczeństwo. Jednak
większość z nich była nieświadoma i wyglądała mniej więcej jak Newt - na
zaciekawionych jak niemowlę, które po raz pierwszy w życiu widzi światło
i słyszy różne dźwięki. On sam miał tę przewagę, że siedział dość
daleko, a od nowo przybyłych dzieliła go horda zarażonych. Czując się
bezpiecznie w najbardziej niebezpiecznym miejscu, Newt obserwował rozwój
wydarzeń... chociaż rozpiął zamek plecaka i położył dłoń na chłodnej
metalowej powierzchni skradzionego elektromiotacza.
Ciężarówki się zatrzymały, a potężny alarm syreny zaczął cichnąć. Z kabin wyskakiwali mężczyźni i kobiety, ubrani od stóp do głów w czerń i szarość, niektórzy z naciągniętymi na torsy czerwonymi koszulami,
pancerzami na piersiach i głowami osłoniętymi czarnymi, lśniącymi jak
szkło hełmami. Wszyscy trzymali w rękach długą broń, przy której jego
elektromiotacz wyglądał jak zabawka. Przynajmniej tuzin z tych żołnierzy
otworzył ogień, celując we wszystko, co się ruszało. Newt nie miał
zielonego pojęcia o broni, której używali, lecz błyski z luf i huk
wystrzałów przywiodły mu na myśl Patelniaka, gdy ten uderzał kijem o wypaczony kawałek metalu, który znaleźli gdzieś w dolnych częściach
Strefy, by przekazać ludziom, że jego ostatni, najwspanialszy posiłek
jest gotów do spożycia. Wydawał on dudniący, rezonujący dźwięk, od
którego aż wibrowały mu kości.
Żołnierze nie zabijali Poparzeńców. Jedynie ich ogłuszali, wywołując
czasowy paraliż. Wielu z zarażonych krzyczało lub wyło po tym, jak
upadli na ziemię, nie przestając nawet wtedy, gdy żołnierze zaczynali
ich wlec w stronę ogromnych drzwi na tyłach ciężarówek. Ktoś je otworzył
w czasie, gdy Newt przyglądał się szturmowi. Za nimi znajdowała się duża
klatka dla pojmanych. Żołnierze musieli zjeść dużo mięsa i wypić dużo
mleka, gdyż podnosili Poparzeńców i wrzucali je w ciemną czeluść
ciężarówki, jakby to były zaledwie kostki siana.
- Co ty, do diabła, robisz?
Czyjś pełen napięcia głos rozległ się tuż za Newtem, na co krzyknął tak
głośno, że był pewien, iż żołnierze przerwą to, co do tej pory robili, i go zaatakują. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył kucającą obok niego
osłoniętą przez przewrócony słup kobietę z małym dzieckiem w ramionach.
Chłopcem, może trzyletnim.
Serce Newta zabiło gwałtownie na dźwięk jej głosu. To pierwszy raz,
kiedy coś go przestraszyło, odkąd wyszedł na zewnątrz, pomimo wszelkich
rozgrywających się wokół niego horrorów. Nie potrafił znaleźć słów, by
jej odpowiedzieć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki