Rozdział 1 REED
Rozdział 1
REED
- Gdzie byłeś między dwudziestą a dwudziestą trzecią?
- Od jak dawna sypiasz z dziewczyną ojca?
- Dlaczego ją zabiłeś, Reed? Wkurzyła cię? Groziła, że powie o was
twojemu ojcu?
Naoglądałem się dość seriali o policjantach, żeby wiedzieć, że w pokoju
przesłuchań najlepiej siedzieć cicho. Chyba że chce się wypowiedzieć
magiczne słowa: "Chciałbym skontaktować się z adwokatem".
Powtarzam je od godziny.
Gdybym był nieletni, tych dwoje popaprańców mogłoby najwyżej pomarzyć o przesłuchiwaniu mnie bez obecności rodzica albo prawnika. Ale mam
osiemnaście lat i najwyraźniej uznali, że mogą sobie tak ze mną
poczynać. Albo mają mnie za głupiego i myślą, że dam się złapać na te
ich podchwytliwe pytania.
Detektywi Cousins i Schmidt jakby nie przejmowali się moim nazwiskiem. W pewnym sensie to nawet ciekawe doświadczenie. Całe życie wszystko
uchodziło mi płazem, bo nazywam się Royal. Kiedy mam kłopoty w szkole,
tata wypisuje czek i moje grzechy idą w zapomnienie. Odkąd pamiętam,
dziewczyny pchały mi się do łóżka, żeby potem chwalić się koleżankom, że
zaliczyły Royala.
Nie żeby mi zależało na dziewczynach, które pchają mi się do łóżka.
Ostatnio zależy mi tylko na jednej - Elli Harper. I szlag mnie trafia na
samą myśl o tym, że widziała, jak wyprowadzają mnie z domu w kajdankach.
Brooke Davidson nie żyje.
Wciąż nie mieści mi się to w głowie. Kiedy opuszczałem penthouse,
dziewczyna mojego ojca, tleniona na platynowy blond koneserka bogatych
frajerów, miała się świetnie.
Ale nie zamierzam wspominać o tym śledczym. Nie jestem idiotą. I tak
wszystko poprzekręcają.
Poirytowany moim milczeniem Cousins uderza dłońmi w metalowy blat stołu
między nami.
- Odpowiadaj, gówniarzu!
Pięści same zaciskają mi się pod stołem. Zmuszam się, żeby wyprostować
palce. To ostatnie miejsce, gdzie chciałbym stracić panowanie nad sobą.
Partnerka Cousinsa, spokojna kobieta, Teresa Schmidt, rzuca mu
ostrzegawcze spojrzenie.
- Reed - mówi miękko - jeżeli nie będziesz z nami współpracował, nie
będziemy mogli ci pomóc. A o to nam chodzi.
Unoszę brew. Serio? Dobry i zły policjant? Musieli oglądać te same
seriale co ja.
- Zaczynam myśleć, że macie problemy ze słuchem - rzucam beztrosko.
Uśmiecham się z wyższością i krzyżuję ręce. - Prosiłem już o kontakt z prawnikiem, co oznacza, że powinniście zaczekać z pytaniami do jego
przyjazdu.
- My możemy zadawać ci pytania - mówi Schmidt. - A ty możesz na nie
odpowiadać. Prawo tego nie zabrania. Możesz ponadto dobrowolnie udzielać
informacji. Gdybyś nam na przykład wyjaśnił, dlaczego masz krew na
koszulce, ruszylibyśmy wreszcie z miejsca.
Mam ochotę złapać się za bok. W ostatniej chwili powstrzymuję jednak ten
odruch.
- Zaczekam z tym do przyjazdu Halstona Griera, ale dzięki za propozycję.
W ciasnym pomieszczeniu zapada cisza.
Cousins wyraźnie zgrzyta zębami. Schmidt tylko wzdycha. Potem oboje
odsuwają krzesła i bez słowa wychodzą z pokoju.
1:0 dla Royala.
Może i sobie odpuścili, tyle że jakoś się nie palą, żeby spełnić moją
prośbę. Przez następną godzinę siedzę sam i zastanawiam się, jak to
możliwe, że sprawy przybrały taki obrót. Nie jestem święty i nigdy
takiego nie udawałem. Wpakowałem się w niejedną rozróbę. Jak trzeba,
potrafię być bezlitosny.
Ale... Nie jestem przecież takim facetem. Takim, którego wyprowadza się z domu w kajdankach. Który musi oglądać przerażenie w oczach swojej
dziewczyny, kiedy pakują go do radiowozu.
Wreszcie drzwi znowu się otwierają. Do tego czasu ogarnia mnie już
jednak klaustrofobia i robię się bardziej bezczelny, niż powinienem.
- Nie spieszył się pan - mówię do prawnika mojego ojca.
Pomimo późnej pory siwy mężczyzna po pięćdziesiątce ma na sobie
garnitur. Uśmiecha się do mnie smutno.
- Widzę, że ktoś tu jest w świetnym nastroju.
- Gdzie tata? - pytam, spoglądając w przestrzeń za plecami Griera.
- W poczekalni. Nie wolno mu tu być.
- Dlaczego?
Grier zamyka drzwi i podchodzi do stołu. Stawia na nim aktówkę i odpina
złote zatrzaski.
- Bo prawo dopuszcza przesłuchiwanie rodziców w sprawach przeciwko ich
dzieciom. Przywilej odmowy zeznań dotyczy tylko małżonków.
Po raz pierwszy od chwili aresztowania robi mi się niedobrze. Zeznań? Ta
sprawa chyba nie trafi do sądu, co? Jak długo oni zamierzają ciągnąć ten
cyrk?
- Reed, oddychaj.
Żołądek mi się skręca. Niech to szlag. Czuję się strasznie ze
świadomością, że ten człowiek jest świadkiem mojej bezsilności. Ja nie
okazuję słabości. Nigdy. Jedyną osobą, w której obecności pozwalam sobie
taki luksus, jest Ella. Ta dziewczyna potrafi pokonać mur, który
zbudowałem, i przejrzeć mnie na wylot. Widzi, jaki jestem naprawdę pod
maską tego zimnego, bezdusznego drania, za którego uważają mnie inni.
Grier wyjmuje blok papieru w linie i złote wieczne pióro. Siada
naprzeciwko mnie.
- Wyciągnę cię z tego - obiecuje. - Ale najpierw muszę wiedzieć, z czym
mamy do czynienia. Udało mi się wycisnąć z funkcjonariuszy prowadzących
śledztwo, że kamery monitoringu zarejestrowały, jak wchodzisz do
penthouse'u O'Halloranów o ósmej czterdzieści pięć. To samo nagranie
pokazuje, że wyszedłeś stamtąd jakieś dwadzieścia minut później.
Rozglądam się nerwowo. Nigdzie nie widać kamer ani innych urządzeń
rejestrujących. Nie ma tu lustra, więc chyba nikt nie obserwuje nas z ciemnego pomieszczenia za ścianą. A przynajmniej mam taką nadzieję.
- Wszystko, o czym mówimy, pozostanie między nami - zapewnia Grier,
widząc moją nieufność. - Nie wolno im nas nagrywać. Relacja
adwokat-klient i tak dalej.
Powoli wypuszczam powietrze.
- Taaak. Byłem tam. Ale nie zabiłem jej, do cholery.
Grier kiwa głową.
- Dobrze. - Notuje coś w swoim bloku. - Cofnijmy się trochę. Chciałbym,
żebyś zaczął od początku. Opowiedz mi o sobie i o Brooke Davidson.
Niczego nie pomijaj. Chcę znać każdy szczegół.
Powstrzymuję westchnienie. Ekstra. Szykuje się ubaw po pachy.
Rozdział 2 ELLA
Rozdział 2
ELLA
Chłopcy Royalów mają pokoje w południowym skrzydle, a apartamenty ich
ojca znajdują się w innej części budynku. U szczytu schodów skręcam w prawo i biegnę po wyfroterowanym parkiecie do drzwi Eastona. Moje
pukanie pozostaje bez odpowiedzi. Przysięgam, ten chłopak mógłby
przespać huragan. Pukam głośniej. Dalej zero reakcji. Otwieram drzwi.
Easton leży na brzuchu wyciągnięty na łóżku.
Podchodzę i szarpię go za ramię. Wydaje z siebie nieartykułowany jęk.
Jeszcze raz potrząsam nim w panice, czując rosnącą gulę w gardle. Jak to
możliwe, że wciąż tak mocno śpi? Jak mógł przespać całe to zamieszanie
na dole?
- Easton! - wołam. - Obudź się!
- Co się dzieje?! - burczy, unosząc na milimetr jedną powiekę. -
Cholera, zaspałem na trening?
Przetacza się przez łóżko, ciągnąc za sobą przykrycie i demonstrując
przy tym znacznie więcej ciała, niż mam ochotę oglądać. Podnoszę z podłogi spodnie dresowe i rzucam mu je. Lądują na jego głowie.
- Wstawaj - błagam.
- Dlaczego?
- Bo świat się wali!
Mruga półprzytomnie.
- Hę?
- Cholera, jest źle! - wrzeszczę, a potem biorę głęboki oddech i usiłuję
się uspokoić. Nic z tego. - Przyjdź do pokoju Reeda, dobrze? - rzucam.
Musi słyszeć panikę w moim głosie, bo bez dalszego ociągania zwleka się
z łóżka. Znowu błyska gołym tyłkiem, lecz ja już wymykam się z pokoju.
Zamiast do pokoju Reeda biegnę jednak szerokim korytarzem do swojej
sypialni. Ten dom jest absurdalnie wielki, absurdalnie piękny, a wszyscy
jego mieszkańcy kompletnie popaprani. Łącznie ze mną.
Zdaje się, że naprawdę należę do rodziny Royalów.
Chociaż właściwie nie. Facet na dole wymownie mi o tym przypomina. Steve
O'Halloran. Mój nie-taki-znowu-nieżyjący ojciec.
Z emocji kolana uginają się pode mną, jestem na skraju histerii. Czuję
się okropnie, że tak go zostawiłam na dole. Nawet się nie przedstawiłam,
tylko zrobiłam w tył zwrot i uciekłam na górę. Zgoda, Callum Royal
zachował się identycznie. Tak się martwił o Reeda, że rzucił tylko:
- Teraz nie mogę. Steve, zaczekaj tu na mnie.
Pomimo wyrzutów sumienia spycham Steve'a w najgłębsze zakamarki
świadomości i zatrzaskuję nad nim wieko. Nie mogę teraz o nim myśleć.
Muszę się skupić na Reedzie.
Po powrocie do swojego pokoju sięgam pod wielkie łoże i wyciągam plecak.
Zawsze mam go pod ręką. Otwieram go i oddycham z ulgą na widok
skórzanego portfela wypchanego comiesięcznymi wypłatami od Calluma.
Kiedy się tu wprowadziłam, Callum obiecał płacić mi dziesięć tysięcy
dolarów miesięcznie, bylebym tylko nie próbowała uciec. Na początku
nienawidziłam rezydencji Royalów, wkrótce jednak się w niej zakochałam.
Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej.
Zostałabym nawet bez zachęty w gotówce. Jednak lata bez grosza przy
duszy oraz moja zasadniczo podejrzliwa natura sprawiły, że dotąd nie
powiedziałam Callumowi, żeby dał sobie spokój.
Teraz bardzo się z tego cieszę. Za to, co odłożyłam, spokojnie można
przeżyć kilka miesięcy. Pewnie wystarczyłoby na znacznie dłużej.
Zarzucam plecak na ramię i biegnę do pokoju Reeda. W tej samej chwili na
korytarz wychodzi Easton. Jego ciemne włosy sterczą każdy w inną stronę,
ale przynajmniej ma już na sobie spodnie.
- Co jest, do diabła? - pyta, ruszając za mną do sypialni starszego
brata.
Otwieram garderobę Reeda i rozglądam się gorączkowo po przestronnym
wnętrzu. Na dolnej półce w głębi znajduję to, czego szukam.
- Ello - nie daje za wygraną Easton.
Nie odpowiadam, a on ze ściągniętymi brwiami przygląda się, jak wlokę po
kremowej wykładzinie granatową walizkę.
- Ello! Do diabła, mogłabyś się do mnie odezwać?
Kiedy zaczynam wrzucać do walizki ubrania, zmarszczka na czole Eastona
ustępuje, za to jego oczy otwierają się coraz szerzej. Kilka T-shirtów
Reeda, jego ulubiona zielona bluza z kapturem, dżinsy, jakieś
podkoszulki. Co jeszcze by mu się przydało? Hm, bokserki, skarpetki,
pasek...
- Dlaczego pakujesz rzeczy Reeda?! - Podniesiony głos Eastona sprawia,
że na chwilę odzyskuję zimną krew.
Sprany szary T-shirt wypada mi z rąk. Potem powaga sytuacji przytłacza
mnie na nowo i serce znowu mi przyspiesza.
- Aresztowali Reeda za zabójstwo Brooke - wyrzucam z siebie. - Wasz
ojciec jest z nim na posterunku.
Easton otwiera usta ze zdumienia.
- Że co?! - wykrzykuje. - Zgarnęli go, kiedy my byliśmy w Waszyngtonie?
- Nie, jak wróciliśmy.
Wszyscy oprócz Reeda polecieliśmy tego wieczoru na kolację do
Waszyngtonu. Tak się bawią Royalowie. Callum ma do dyspozycji kilka
prywatnych odrzutowców. Może dlatego, że jego firma projektuje samoloty,
lecz i tak brzmi to dość abstrakcyjnie. Latanie z Karoliny Północnej do
Waszyngtonu, żeby zjeść kolację, to tylko mały przykład ich
nieprzyzwoitego bogactwa. Reed nie poleciał, bo źle się czuł.
Został pchnięty nożem podczas bójki w porcie i twierdził, że jest zbyt
otumaniony środkami przeciwbólowymi, żeby lecieć z nami.
Ale nie przeszkodziło mu to spotkać się z Brooke...
Boże. Co on dzisiaj zrobił?
- To się stało jakieś dziesięć minut temu - dodaję resztką sił. - Nie
słyszałeś, jak twój ojciec krzyczał na policjanta?
- Nic nie słyszałem. Ja... ech... - W jego niebieskich oczach dostrzegam
błysk zakłopotania. - Byłem u Wade'a i obaliliśmy we dwóch prawie
połówkę. Jak wróciłem, od razu padłem.
Nawet nie mam siły prawić mu kazań. Wprawdzie problem Eastona z alkoholem wydaje się poważny, ale w tej akurat chwili problem Reeda z morderstwem jest milion razy pilniejszy.
Zaciskam pięść. Gdyby Reed tu teraz był, przywaliłabym mu za to, że mnie
okłamał, i za to, że pozwolił się aresztować.
Zaszokowany Easton w końcu przerywa milczenie.
- Myślisz, że on naprawdę to zrobił?
- Nie - mówię z przekonaniem, chociaż cała jestem roztrzęsiona.
Po powrocie z kolacji zdążyłam zauważyć, że Reed naciągnął sobie szwy,
na brzuchu miał krew. Zachowuję jednak te obciążające szczegóły dla
siebie. Ufam Eastonowi, kiedy jest trzeźwy, ale to zdarza się rzadko.
Kto wie, co może wygadać po pijaku albo na haju. Przede wszystkim muszę
ochronić Reeda.
Z wysiłkiem przełykam ślinę i próbuję się skupić na tym jednym zadaniu -
ochronić Reeda. Pośpiesznie dorzucam do walizki parę rzeczy i zasuwam
zamek.
- Nie powiedziałaś mi, dlaczego go pakujesz - mówi z irytacją Easton.
- Na wypadek, gdybyśmy musieli uciekać.
- Jacy "my"?
- Ja i Reed. - Rzucam się do komody Reeda i przeczesuję zawartość
szuflady ze skarpetkami. - Chcę być gotowa na wszelki wypadek, okej?
Gotowość do ucieczki to moja specjalność. Nie wiem, czy rzeczywiście
będę musiała uciekać. Może Reed i Callum wkroczą zaraz frontowymi
drzwiami i oznajmią: "Załatwione! Zarzuty wycofane!". A może Reed nie
zostanie zwolniony nawet za kaucją, czy jak to się tam nazywa, i w ogóle
nie przyjedzie do domu?
Gdyby jednak nic z tego się nie wydarzyło, chcę być gotowa do wyjazdu z miasta. W plecaku zawsze mam najpotrzebniejsze rzeczy, ale Reed nie jest
tak zapobiegliwy jak ja. Jest impulsywny. Nie zawsze myśli, zanim
zacznie działać...
Zanim zabije?
Odpycham od siebie tę koszmarną myśl. Nie. Reed nie zrobiłby tego, o co
go oskarżają.
- Co to za krzyki? - dobiega od drzwi sypialni zaspany głos. - Słychać
was aż na dole.
Do pokoju wchodzą szesnastoletni bliźniacy. Każdy owinięty kocem od pasa
w dół. Czy w tym domu nikt nie uznaje piżam?
- Reed sprzątnął Brooke - wyjaśnia braciom Easton.
- Easton! - wołam oburzona.
- Co? To już nawet nie można podzielić się wiadomością o aresztowaniu
naszego wspólnego brata?
Sawyer i Sebastian zastygają.
- Serio? - pyta Sawyer.
- Właśnie zabrała go policja - szepczę.
Easton wydaje się zaniepokojony.
- A ja właśnie mówię, że nie zabraliby go, gdyby nic na niego nie mieli.
Może chodzi o... - Zakreśla okrąg w okolicy swojego brzucha.
Bliźniacy mrugają w bezgranicznym zdumieniu.
- O co? O dziecko? - pyta Seb. - Dlaczego Reeda miałby obchodzić
diabelski pomiot Brooke?
Niech to szlag. Zapomniałam, że bliźniacy nie są na bieżąco. Wiedzą, że
Brooke była w ciąży - wszyscy słyszeliśmy, jak to obwieściła - lecz nie
wiedzą wszystkiego.
- Brooke chciała rozpowiedzieć, że Reed jest ojcem jej dziecka -
tłumaczę.
Dwie pary identycznych niebieskich oczu otwierają się szeroko.
- To nieprawda - mówię zdecydowanie. - Przespał się z nią tylko kilka
razy, a to było ponad pół roku temu. Jej ciąża nie była tak
zaawansowana.
- Bez różnicy - wzrusza ramionami Seb. - Że niby Reed zaciążył
młodocianą narzeczoną taty, a potem ją sprzątnął, bo nie chciał małego
Reedziątka?
- To nie było jego dziecko! - wrzeszczę.
- Że niby taty? - pyta powoli Sawyer.
Waham się.
- Wątpię.
- Dlaczego?
- Bo...
Uch... W tej rodzinie jest tyle tajemnic, że można by nimi obdzielić pięć
innych. Ale mam już dość milczenia. Nic dobrego nam z tego nie przyszło.
- Miał wazektomię.
Seb mruży oczy.
- Tata ci to powiedział?
Kiwam głową.
- Powiedział, że poddał się zabiegowi, kiedy się urodziliście, bo wasza
mama chciała mieć więcej dzieci, ale z przyczyn zdrowotnych nie było jej
wolno.
Bliźniacy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
Easton pociera podbródek.
- Mama zawsze chciała mieć córkę. Dużo o tym mówiła. Że przy dziewczynce
byśmy trochę zmiękli. - Jego usta zaczynają drżeć. - Ale nie zauważyłem,
żebym przy dziewczynach robił się miękki. Pod jakimkolwiek względem.
Czuję się taka bezsilna, że brak mi słów. Easton jak zwykle tylko o jednym.
Sawyer zasłania usta, a Seb śmieje się zupełnie otwarcie.
- No to załóżmy, że Reed i tata mówią prawdę. W takim razie kto jest
ojcem dziecka?
- Może nikt? - podsuwa Easton.
- Musi być jakiś ojciec - mówię. Reed i Callum jakoś nigdy nie wątpili w ciążę Brooke.
- Niekoniecznie - zauważa Easton. - Mogła kłamać. Może chciała
upozorować poronienie po ślubie z tatą?
- Chore, ale prawdopodobne. - Seb kiwa głową, najwyraźniej gotów w to
uwierzyć.
- Dlaczego myślisz, że Reed jej nie zabił? - pyta mnie Easton. Jego
niebieskie oczy błyszczą z ciekawości.
- A dlaczego ty myślisz, że byłby do tego zdolny? - odparowuję.
Wzrusza ramionami i spogląda na bliźniaków.
- Gdyby groziła naszej rodzinie, to kto wie? Może się pokłócili i zdarzył się jakiś wypadek. Wyjaśnień może być wiele.
Robi mi się niedobrze. Wersja, którą tak lekko przedstawia Easton,
brzmi... prawdopodobnie. Reed miał naciągnięte szwy. Był zakrwawiony. Co,
jeśli...
- Nie - wykrztuszam. - On tego nie zrobił. A ja nie chcę o tym więcej
mówić. On jest niewinny. Koniec kropka.
- No to dlaczego przygotowujesz się do wyjazdu?
Spokojne pytanie Eastona zawisa w powietrzu. Powstrzymuję jęk i przecieram oczy. Ma rację. W głębi duszy już uznałam Reeda za winnego.
Czy miałabym teraz spakowaną walizkę i plecak, gdyby było inaczej?
Milczenie się przeciąga. Na dole słychać czyjeś kroki. W domu Royalów
nie mieszka na stałe nikt ze służby, więc chłopcy natychmiast zastygają
w bezruchu.
- Czy to były drzwi wejściowe? - pyta Seb.
- Wrócili? - pyta Sawyer.
Przygryzam wargę.
- Nie, to nie drzwi wejściowe. To...
Znowu ściska mi się gardło. Boże. Zapomniałam o Stevie. Jak mogłam o nim
zapomnieć, cholera.
- Co takiego? - nie odpuszcza Easton.
- Steve - wyznaję. Wszyscy patrzą na mnie.
- Na dole jest Steve. Pojawił się zaraz po tym, jak zabrali Reeda.
- Steve - powtarza Easton w oszołomieniu. - Wujek Steve? Sebastian
wydaje jakiś chrapliwy dźwięk.
- Nieżyjący wujek Steve? Zaciskam zęby.
- On żyje. Wygląda jak Tom Hanks w Poza światem, ale żyje. Tylko nie
ma piłki do siatkówki.
- Niech to szlag!
Easton rusza do drzwi, ale chwytam go za nadgarstek i ciągnę z powrotem.
Choć jest znacznie silniejszy ode mnie, udaje mi się go zatrzymać.
Przekrzywia głowę i przygląda mi się przez chwilę.
- Nie idziesz z nim porozmawiać? To twój ojciec, Ello.
Znowu wpadam w popłoch.
- Nie. To tylko facet, który zaciążył moją mamę. Nie mam teraz do tego
głowy. Ja... - Przełykam ślinę. - On chyba nie wie, że jestem jego córką.
- Nie powiedziałaś mu?! - woła Sawyer.
Powoli kręcę przecząco głową.
- Czy któryś z was mógłby zejść na dół i... sama nie wiem... zaproponować,
żeby się rozgościł czy coś?
- Zajmę się tym - mówi od razu Seb.
- Idę z tobą - odzywa się drugi z bliźniaków. - Muszę to zobaczyć.
Ruszają do drzwi.
- Chłopaki, nie mówcie mu o mnie! - wołam. - Poważnie, nie jestem na to
gotowa. Zaczekajmy do powrotu Calluma.
Bliźniacy wymieniają jedno z tych spojrzeń, w których w ciągu sekundy
odbywa się cała rozmowa.
- Jasne - mówi Seb i już ich nie ma.
Zbiegają na dół na spotkanie z niezupełnie-nieżyjącym wujkiem.
Easton podchodzi do mnie. Patrzy na stojącą obok szafy walizkę, a potem
na moją twarz. W następnej chwili bierze mnie za rękę i splata palce z moimi.
- Nie uciekniesz, siostrzyczko. Wiesz przecież, że to głupi pomysł.
Wpatruję się w nasze splecione palce.
- Jestem uciekinierką, East.
- Nie. Jesteś wojowniczką.
- Umiem walczyć o innych. O takie osoby jak moja mama, Reed, ty, ale...
kiedy chodzi o mnie, jakoś sobie nie radzę. - Przygryzam mocniej dolną
wargę. - Co tutaj robi Steve? Myślałam, że nie żyje. I jak mogli
aresztować Reeda? - Głos straszliwie mi drży. - A jeśli naprawdę pójdzie
za to do więzienia?
- Nie pójdzie. - Jego ręka zaciska się na mojej. - Reed wróci, Ello.
Tata się tym zajmie.
- A jeśli mu się nie uda?
- Uda mu się.
A jeśli nie?
Rozdział 3 ELLA
Rozdział 3
ELLA
Po bezsennej nocy schodzę do pokoju dziennego, którego okna wychodzą na
podwórze od frontu. Pod ogromnymi oknami na przedniej ścianie domu
znajduje się wyściełana ławka. Opadam na pluszową poduszkę i wpatruję
się w okrągły podjazd przed domem. Telefon mam na kolanach. Przez całą
noc ani rano nie wydał żadnego dźwięku. Ani jednego połączenia, ani
jednego esemesa. Nic.
Moja wyobraźnia pracuje jak szalona, podsuwając mi przeróżne obrazy.
Reed w celi. Reed bity przez gliniarza za odmowę zeznań. Czy będzie
musiał zostać w areszcie do procesu? Nie mam pojęcia, jak to wszystko
działa.
Wiem natomiast, że im dłużej trwa nieobecność Reeda i Calluma, tym
większe ogarnia mnie przygnębienie.
- Dzień dobry.
Na dźwięk nieznajomego męskiego głosu omal nie spadam z ławki.
Przychodzi mi do głowy, że ktoś włamał się do domu albo że wrócili
policjanci z nakazem rewizji. Ale kiedy się odwracam, okazuje się, że w drzwiach stoi Steve O'Halloran.
Jest ogolony, ma na sobie spodnie i koszulkę polo. Już mniej przypomina
bezdomnego, a bardziej ojca któregoś z moich szkolnych kolegów. Z pewnością nie rzucałby się w oczy w okolicy Astor Park - prywatnego
liceum, do którego chodzą bracia Royalowie i ja.
- Ella, tak? - Uśmiecha się z wahaniem.
Kiwam gwałtownie głową, odkładam telefon ekranem do dołu i odwracam się
z powrotem do okna. Nie wiem, jak mam się zachować.
Wczoraj wieczorem ukrywałam się w swoim pokoju, a Steve'em zajęli się
Easton i bliźniacy. Nie wiem, co mu o mnie naopowiadali, ale
najwyraźniej nie pamięta ani mnie, ani listu, który dostał od mojej
mamy, zanim wyjechał na wyprawę lotniarską, podczas której miał rzekomo
zginąć.
Easton zajrzał do mnie przed pójściem do łóżka i oznajmił, że Steve
nocuje w zielonym pokoju gościnnym. Nawet nie wiedziałam, że mają jakiś
zielony pokój gościnny, i zupełnie nie orientuję się, gdzie on jest.
Jestem tak zdenerwowana, że najchętniej uciekłabym i gdzieś się
schowała. W gruncie rzeczy właśnie się ukrywam. Ale on i tak mnie
znalazł. Spotkanie twarzą w twarz z własnym ojcem przeraża mnie znacznie
bardziej niż zmierzenie się z setką wrednych koleżanek z Astor.
- Cóż, Ello. Jestem odrobinę zdezorientowany.
Głos Steve'a dobiega z tak bliska, że się wzdrygam. Kiedy oglądam się
przez ramię, stoi tuż obok.
Wbijam pięty w poduszkę ławki i usiłuję pozostać w bezruchu. To tylko
człowiek. Dwie nogi, dwie ręce. Człowiek, który dowiedział się z listu
od umierającej kobiety, że ma córkę. A potem, zamiast odnaleźć tę
kobietę i dziecko, wybrał się na ekscytującą wyprawę. Tego rodzaju
człowiek.
- Słyszałaś? - Wydaje się teraz jeszcze bardziej zdumiony, jakby nie
mógł zrozumieć, czy go ignoruję czy po prostu mam problemy ze słuchem.
Spoglądam rozpaczliwie na drzwi. Gdzie jest Easton? I dlaczego Reeda nie
ma jeszcze w domu? Co, jeśli w ogóle nie wróci?
Dławi mnie narastająca panika.
- Słyszałam - odpowiadam wreszcie.
Steve podchodzi jeszcze bliżej. Czuję zapach kosmetyków, których używał
dziś rano.
- Sam nie wiem, czego się spodziewałem, wysiadając wczoraj z taksówki,
ale... - mówi cierpko - w każdym razie na pewno nie tego. Z opowiadania
Easta rozumiem, że Reed został aresztowany?
Znowu kiwam nerwowo głową. I z jakiegoś powodu wkurza mnie, że mówi na
Eastona "East". To brzmi jakoś niewłaściwie w ustach obcej osoby.
On nie jest obcy. Zna ich od urodzenia.
Przełykam ślinę. Tak, rzeczywiście. Zdaje się, że z nas dwojga to ja
jestem tu bardziej obca. Callum chyba kiedyś wspominał, że Steve jest
ojcem chrzestnym wszystkich chłopców.
- Jak na razie nikt mi nie wyjaśnił, kim t y jesteś. Wiem, że długo mnie
nie było, ale Royalowie od lat mieszkali po kawalersku.
Po plecach przebiega mi dreszcz. Nie. Boże, nie! Nie mogę teraz o tym
rozmawiać. Jednak Steve przygląda się badawczo mojej twarzy. Czeka na
odpowiedź, a ja wiem, że coś muszę
odpowiedzieć.
- Callum sprawuje nade mną opiekę.
- Sprawuje nad tobą opiekę - powtarza z niedowierzaniem.
- Tak.
- Kim są twoi rodzice? Przyjaciółmi Calluma? Znam ich? - pyta trochę
jakby samego siebie.
Znowu ogarnia mnie panika, na szczęście nie muszę odpowiadać na to
pytanie, bo na podjazd przed domem wjeżdża czarny lincoln.
Wrócili!
Zrywam się i po góra dwóch sekundach jestem w salonie. Zmęczony Callum i równie zmęczony Reed wchodzą do środka, ale na mój widok zatrzymują się
w pół kroku.
Reed odwraca się w moją stronę, jego intensywnie błękitne oczy powoli
odnajdują moje spojrzenie.
Serce mi zamiera, a po chwili zaczyna bić jak szalone. Bez słowa rzucam
mu się na szyję.
Chwyta mnie i zanurza jedną silną dłoń w moich włosach, a drugą obejmuje
mnie w talii. Przywieram do niego piersią, udami, zupełnie jakbym
chciała zamknąć go w bezpiecznym uścisku.
- Nic ci nie jest? - szepczę w jego klatkę piersiową.
- Wszystko w porządku - mówi niskim, szorstkim głosem.
Łzy napływają mi do oczu, czuję pieczenie.
- Byłam przerażona.
- Wiem. - Jego oddech muska moje ucho. - Wszystko będzie dobrze.
Obiecuję. Chodźmy na górę, wszystko ci wyjaśnię.
- Nie - mówi stanowczo Callum. - Zapomnij o rozmowach z kimkolwiek.
Chcesz, żeby Ella była wzywana na świadka?
Na świadka? O Boże. Policja przesłuchuje świadków, a Reed twierdzi, że
wszystko w porządku?
Rozlegają się kroki jeszcze jednej osoby. Reed wypuszcza mnie z ramion.
Na widok wchodzącego do holu wysokiego blondyna otwiera szeroko oczy.
- Wujek Steve? - wykrztusza.
- Reed! - Steve kiwa głową na powitanie.
Callum odwraca się w stronę mojego ojca.
- Steve, rany, zupełnie o tobie zapomniałem. Myślałem, że to wszystko mi
się przyśniło - mówi, zerkając to na Steve'a, to na mnie. - Znacie się?
Kiwam energicznie głową, usiłując szeroko otwartymi oczami dać mu do
zrozumienia, że nie chcę teraz wałkować tej całej sprawy z ojcem i córką. Callum marszczy brwi, ale jego uwagę odwraca Steve.
- Właśnie się poznawaliśmy, kiedy przyjechaliście. I nie, to nie sen.
Naprawdę przeżyłem.
Dwaj mężczyźni przez chwilę przyglądają się sobie nawzajem. A potem
ruszają naprzód, spotykają się w pół drogi i wymieniają męski uścisk,
któremu towarzyszy przyjacielskie poklepywanie po plecach.
- Cholera, dobrze być w domu - mówi do starego przyjaciela Steve.
- Jak to możliwe? - dziwi się Callum. - Gdzie, do diabła, byłeś przez
ostatnich dziewięć miesięcy? Wydałem pięć milionów dolarów na akcję
poszukiwawczo-ratunkową. - W jego głosie pobrzmiewa ni to zdumienie, ni
to pretensja.
- Długo by mówić - przyznaje Steve. - Może siądziemy gdzieś i opowiem
wam...
Przerywa mu tupot na schodach. Na podeście pojawiają się trzej najmłodsi
bracia Royal. Spojrzenia ich niebieskich oczu błyskawicznie padają na
Reeda.
- Mówiłem, że wróci! - triumfuje Easton, przeskakując po dwa stopnie.
Jego włosy przypominają stóg siana po uderzeniu pioruna i ma na sobie
wyłącznie bokserki, to jednak nie przeszkadza mu natychmiast uściskać
brata. - Żyjesz?
- Spoko - burczy Reed.
Dołączają do nas Sawyer i Sebastian i od razu zasypują ojca pytaniami:
- Co się działo na policji?
- Co będzie dalej?
Callum wzdycha.
- Wyciągnąłem z łóżka znajomego sędziego i przyjechał z samego rana
wyznaczyć kaucję za Reeda. Jutro muszę dostarczyć jego paszport. Na
razie czekamy. Możliwe, że będziesz musiał zostać tu trochę dłużej,
Steve - informuje mojego ojca. - Twoje mieszkanie jest aktualnie
miejscem zbrodni.
- Niemożliwe! Czyżby ktoś wreszcie sprzątnął moją ukochaną żonę? - pyta
ironicznie Steve.
Wzdrygam się zaskoczona. Dinah, żona Steve'a, to okropne, złośliwe
babsko, ale i tak nie rozumiem, jak może stroić sobie takie niesmaczne
żarty.
Callum najwyraźniej podziela moje odczucia, bo odpowiada ostro:
- To nie było śmieszne, Steve. Nie, to Brooke nie żyje. A Reed został
niesłusznie oskarżony o morderstwo.
Palce Reeda zaciskają się na mojej dłoni.
- Brooke? - Steve unosi brwi niemal do linii włosów. - Jak to się stało?
- Uraz głowy - mówi spokojnie Reed. - I nie, nie zrobiłem tego.
Callum patrzy z przyganą na syna.
- No co? - warczy Reed. - Takie są fakty. Nie boję się faktów.
Pojechałem tam wczoraj wieczorem, bo Brooke do mnie zadzwoniła. Was nie
było, czułem się nieźle, więc pojechałem. Koniec historii.
A twoje szwy?! - mam ochotę zawołać. - A krew, którą widziałam na twoim
brzuchu, kiedy wróciłam z kolacji?!
Słowa więzną mi w gardle, łapie mnie gwałtowny kaszel. Wszyscy przez
chwilę patrzą na mnie. Wreszcie odzywa się Easton.
- W porządku, jeżeli taka jest oficjalna wersja, to ja w to wchodzę.
Reed posępnieje.
- To nie żadna wersja, to prawda.
Easton kiwa głową.
- Jak już mówiłem, totalnie w to wchodzę, bracie. - Jego spojrzenie
wędruje ku nowo przybyłemu. - Tak czy owak, wolałbym jednak posłuchać
historii Steve'a. Powrót z zaświatów? To dopiero jest mocne.
- Taaak, wczoraj nie chciał nam nic powiedzieć - skarży się Sebastian,
patrząc na ojca. - Upierał się, żeby zaczekać na ciebie.
Callum znowu wzdycha.
- Może pójdziemy do kuchni? Marzę o kawie. Od tej lury na komisariacie
mam zgagę.
Idziemy za głową rodziny Royalów do wielkiej, nowoczesnej kuchni, w której zakochałam się, gdy tylko tu zamieszkałam. Callum włącza ekspres
do kawy, a my gromadzimy się przy stole. Siadamy, jakby to była
najzwyklejsza w świecie niedziela, a nie niedziela po tym, jak mój
chłopak został aresztowany za morderstwo, zaś człowiek uznany za
zmarłego wynurzył się z oceanu, by pojawić się na progu naszego domu.
Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Nic z tego nie rozumiem. Nic.
Siedzący na sąsiednim krześle Reed kładzie dłoń na moim udzie, choć nie
jestem pewna, czy próbuje w ten sposób dodać otuchy mnie czy sobie. A może nam obojgu.
Easton siada i od razu przystępuje do rzeczy.
- To powiesz nam wreszcie, dlaczego nie zginąłeś? - pyta mojego ojca.
Steve uśmiecha się słabo.
- Wciąż nie jestem pewny, czy się z tego cieszycie czy wręcz przeciwnie.
Ani jedno, ani drugie, ciśnie mi się na usta. W ostatniej chwili gryzę
się w język, ale to prawda. Czuję się tym jego powrotem skołowana. I może trochę przerażona.
- Cieszymy się! - odpowiadają chórem bliźniacy.
- Wiadomo - wtóruje im Easton.
- Jak to się stało, że żyjesz? - Tym razem pyta o to Reed. Jego głos
brzmi natarczywie, a dłoń przesuwa się delikatnie po moim udzie, jakby
zdawał sobie sprawę, jaka jestem spięta.
Steve opiera się wygodniej na krześle.
- Nie wiem, co o tej wyprawie powiedziała wam Dinah. O ile w ogóle coś
mówiła.
- Że pojechałeś latać na lotni i obie uprzęże zawiodły - mówi Callum,
dołączając do nas. Stawia jedną filiżankę przed Steve'em, po czym siada
i wypija łyk ze swojej. - Dinah udało się otworzyć własny spadochron
ratunkowy. Ty spadłeś do oceanu. Przez cztery tygodnie szukałem twojego
ciała.
Na twarzy Steve'a pojawia się krzywy uśmieszek.
- I mówisz, że wydałeś tylko pięć milionów? Przyoszczędziłeś na mnie,
staruszku.
Calluma to nie śmieszy. Jego twarz pozostaje nieruchoma jak ściana
klifu.
- Dlaczego nie wróciłeś do domu zaraz po tym, jak zostałeś uratowany?
Minęło dziewięć miesięcy, na litość boską!
Steve przesuwa drżącą dłonią po szczęce.
- Bo zostałem uratowany dopiero parę dni temu.
- Co? - Callum jest wyraźnie zaskoczony. - To gdzie, u diabła, byłeś
przez cały ten czas?!
- Nie wiem, czy to przez chorobę czy przez niedożywienie, ale nie
wszystko pamiętam. Morze wyrzuciło mnie na brzeg Tavi. To taka maleńka
wysepka jakieś trzysta kilometrów na wschód od Tonga. Byłem bardzo
odwodniony, tygodniami na przemian traciłem i odzyskiwałem przytomność.
Zaopiekowali się mną tubylcy i wróciłbym wcześniej, tylko że jedynym
sposobem opuszczenia wyspy jest wypłynięcie kutrem rybackim, który
przypływa mniej więcej dwa razy w roku, żeby handlować z miejscowymi.
Mówi twój ojciec, powtarzam sobie. Studiuję jego twarz w poszukiwaniu
podobieństwa, ale nie dostrzegam u nas żadnych cech wspólnych oprócz
koloru oczu. Mam rysy mamy, jej sylwetkę, jej włosy. Jestem młodszą,
niebieskooką wersją Maggie Harper, która widocznie nie zrobiła na Stevie
wielkiego wrażenia, skoro nie rozpoznaje jej we mnie.
- Okazało się, że ci wyspiarze zbierają jaja jakiejś szczególnej odmiany
mew, a w Azji uchodzą one za przysmak. Dzięki temu kuter rybacki zabrał
mnie do Tonga i tam udało mi się wyprosić transport do Sydney. - Wypija
łyk kawy, po czym wygłasza komentarz, który w tej sytuacji brzmi dziwnie
niewystarczająco: - To cud, że żyję.
- Kiedy dotarłeś do Sydney? - pyta Sebastian.
Steve w zamyśleniu wydyma usta.
- Nie pamiętam - mówi. - Powiedziałbym, że może ze trzy dni temu.
Callum nieruchomieje.
- I nie przyszło ci do głowy, żeby zadzwonić i dać znać, że żyjesz?
- Miałem pewne sprawy, którymi musiałem się zająć - mówi zwięźle Steve.
- Wiedziałem, że jeżeli zadzwonię do ciebie, to wsiądziesz w najbliższy
samolot, a nie chciałem, żeby coś mnie rozpraszało podczas szukania
odpowiedzi.
- Odpowiedzi? - powtarza ostrzejszym niż dotąd tonem Reed.
- Chciałem odszukać faceta, który kierował wyprawą lotniarską i odzyskać
swoje rzeczy. Paszport, portfel, ubrania.
- I co, znalazłeś go? - pyta zaintrygowany całą historią Easton.
Jak my wszyscy.
- Nie. Do tej pory nie wiadomo, co się z nim stało. Kiedy się
przekonałem, że niczego więcej się nie dowiem, zgłosiłem się w amerykańskiej ambasadzie, a oni pomogli mi wrócić do domu. Prosto z lotniska pojechałem do was.
- Dobrze, że nie do domu - mówi ponuro Callum. - Mogli aresztować i ciebie.
- Gdzie jest moja żona? - pyta nieufnie Steve. - Dinah i Brooke były
nierozłączne.
- Dinah jest jeszcze w Paryżu.
- Co tam robiły?
- Były na zakupach - mówi Callum i milknie na chwilę. - Przed weselem
Brooke.
Steve parska.
- Co za palant dał się tak wyrolować?
- Ja. - Callum wskazuje na siebie.
- Żartujesz.
- Była w ciąży. Myślałem, że to moje dziecko.
- Przecież miałeś wazek... - Steve milknie i szybko się rozgląda, żeby
sprawdzić, czy ktoś zauważył tę wpadkę.
- Wazektomię? - kończy Easton.
Callum zerka na mnie, a potem na syna.
- Wiedziałeś o tym?
- Powiedziałam im. - Wysuwam podbródek. - W tym domu jest za dużo
idiotycznych tajemnic.
- Też tak uważam - przyznaje Steve. Kieruje na mnie spojrzenie swoich
znajomo niebieskich oczu. - Callum - mówi, nie odrywając ode mnie wzroku
- skoro już odpowiedziałem na wszystkie twoje pytania, to może mógłbyś
odpowiedzieć na jedno moje. Kim jest ta zachwycająca młoda kobieta?
Dłoń Reeda zaciska się na moim udzie. Supeł w moim żołądku przypomina
teraz grudę betonu, ale wiem, że prędzej czy później prawda będzie
musiała wyjść na jaw, więc właściwie czemu nie teraz?
- Nie poznajesz mnie? - pytam, uśmiechając się słabo. - Jestem twoją
córką.
Rozdział 4 ELLA
Rozdział 4
ELLA
Odnoszę wrażenie, że Steve O'Halloran nieczęsto bywał zaskakiwany.
Wygląda, jakby go autentycznie zatkało.
- Moją... - Urywa, spoglądając na Calluma, jakby czegoś szukał. Pomocy?
Wsparcia? Trudno powiedzieć.
Jak na faceta, który nonszalancko pyta, czy ktoś sprzątnął jego żonę,
wydaje się dziwnie nieprzygotowany na nieoczekiwane spotkanie ze swoim
dzieckiem. Choć obiektywnie rzecz biorąc, to przecież znacznie mniej
dramatyczna sytuacja.
- ... córką - kończy łagodnie Callum.
Steve mruga nerwowo.
- Czy pamiętasz list, który otrzymałeś, zanim wyjechaliście z Dinah na
wyprawę? - pyta Callum.
Steve kręci powoli głową.
- List... Od kogo?
- Od matki Elli.
- Maggie - mówię ochrypłym głosem. Na myśl o mamie zawsze boli mnie
serce. - Poznałeś ją osiemnaście lat temu, kiedy byłeś na przepustce. I...
- Tentegowaliście się. Uprawialiście damsko-męską gimnastykę.
Odwaliliście balety w poziomie - podsuwa Easton.
- Mama Elli zaszła w ciążę - włącza się Callum, zanim jego syn zdąży
powiedzieć te wszystkie niestosowne rzeczy, które ma na końcu języka. -
Gdy tylko się zorientowała, próbowała cię szukać, ale bezskutecznie. A kiedy po latach zdiagnozowano u niej raka, napisała do twojej dawnej
bazy w nadziei, że oni zdołają cię odnaleźć. I tak się stało. List
dotarł do ciebie przed samym wyjazdem.
Steve znowu mruga. Po kilku sekundach jego wzrok odzyskuje ostrość i zaczyna mi się przyglądać. Z ciekawością. Zadowoleniem.
Wiercę się na krześle, a Reed głaszcze mnie po nodze, żeby dodać mi
otuchy. Wie, że nie lubię być w centrum uwagi, a teraz wszyscy patrzą na
mnie.
- Więc jesteś córką Maggie - mówi Steve tonem, w którym pobrzmiewa
mieszanka zdumienia i zainteresowania. - Czy ona umarła?
Kiwam głową, bo gula w gardle nie pozwala mi wydobyć głosu.
- Jesteś... moją córką. - Wypowiada te słowa powoli, jakby je smakował.
- Tak - udaje mi się wykrztusić.
- O ja cię. Rany. Dobra. - Przeczesuje dłonią długie włosy. - Ja... -
Uśmiecha się półgębkiem. - Zdaje się, że mamy mnóstwo do obgadania, co?
Iskierka paniki wystarcza, żeby w moim żołądku wybuchł pożar. Nie jestem
na to gotowa. Nie wiem, o czym miałabym rozmawiać z tym człowiekiem ani
jak się w jego obecności zachować. Może i Royalowie znają Steve'a od
lat, ale dla mnie to obca osoba.
- Możliwe - mamroczę, wpatrując się w swoje dłonie. Callum lituje się
nade mną.
- To może poczekać, aż się rozgościsz - mówi.
Steve zerka na starego przyjaciela.
- Mam nadzieję, że pozwolisz mi tu zostać, dopóki policja nie zwolni
mojego penthouse'u?
- Jasne.
Mój niepokój rośnie. Nie mógłby się zatrzymać w hotelu czy coś? Owszem,
rezydencja Royalów jest potężna, jednak na myśl o mieszkaniu pod jednym
dachem z moim uznanym za nieżyjącego ojcem robię się nerwowa.
Chociaż, prawdę mówiąc, nie wiem dlaczego. Dlaczego właściwie nie rzucam
się temu człowiekowi na szyję, dziękując Bogu, że jednak żyje? Dlaczego
nie wpadam w euforię na myśl, że będę mogła go poznać?
Bo to obcy facet.
W tej chwili to jedyna odpowiedź. Nie znam Steve'a O'Hallorana i nie
jestem dobra w dopuszczaniu do siebie nowych osób. Całe dzieciństwo
przeprowadzałam się z miejsca na miejsce. Usiłowałam nie zbliżać się do
nikogo, bo wiedziałam, że mama prędzej czy później znowu nas spakuje, a to będzie oznaczało rozstanie.
Kiedy przyjechałam do Bayview, też nie zamierzałam się do nikogo się
przywiązywać. A jednak mam bliską przyjaciółkę, chłopaka, przyszywanych
braci, których uwielbiam, i Calluma - mężczyznę, który, chociaż jest
nieźle pokręcony, stał się dla mnie kimś w rodzaju ojca.
Nie wiem, jakie miejsce zajmuje w tym wszystkim Steve.
Za wcześnie na to, żeby go gdzieś ulokować.
- W ten sposób Ella i ja będziemy mieli okazję się poznać na jej terenie
- mówi Steve, a ja zdaję sobie sprawę, że się do mnie uśmiecha.
Silę się na uśmiech.
- Byczo.
Byczo?
Reed przekornie szczypie mnie w udo. Odwracam się i widzę, że robi, co
może, żeby nie parsknąć śmiechem. Taa. Może nie tylko Steve jest w szoku.
Szczęśliwie rozmowa wkrótce schodzi na Atlantic Aviation - firmę Calluma
i Steve'a. Zauważam, że Steve wcale nie wydaje się zainteresowany
szczegółami projektu, o którym mówią, używając niezrozumiałych terminów.
Callum powiedział kiedyś, że zrealizowali sporo zadań dla rządu. W końcu
obaj mężczyźni przepraszają i znikają w gabinecie, żeby przejrzeć
ostatni raport kwartalny.
Kiedy zostaję sama z chłopakami, przyglądam się ich twarzom w poszukiwaniu oznak przerażenia. Nikt nic nie mówi.
- Upiorne, co? - wyrzucam z siebie. - To znaczy, on właśnie wrócił zza światów.
Easton wzrusza ramionami.
- Mówiłem, że wujek Steve to niezły zawodnik.
Sawyer rży.
Zerkam zaniepokojona na Reeda.
- Czy to znaczy, że będę musiała zamieszkać z nim i z Dinah?
To przywołuje wszystkich do porządku.
- Mowy nie ma - mówi natychmiast Reed. Cicho i zdecydowanie. - Mój tata
jest twoim opiekunem prawnym.
- Ale Steve jest moim ojcem. Jeżeli będzie chciał, żebym z nim
zamieszkała, to nie będę miała wyjścia.
- Nie. Ma. Mowy.
- Zapomnij - wtóruje mu Easton. Nawet bliźniacy stanowczo kiwają
głowami.
Robi mi się ciepło na sercu. Czasem wciąż nie mogę uwierzyć, że kiedy tu
zamieszkałam, nie mogliśmy ze sobą wytrzymać. Reed robił, co mógł, żeby
uprzykrzyć mi życie. Jego bracia albo ze mnie szydzili albo mnie
ignorowali. Codziennie myślałam o ucieczce.
A teraz nie wyobrażam sobie życia bez Royalów.
Ogarnia mnie kolejna fala niepokoju na myśl o tym, gdzie Reed spędził
noc. Jeśli policja uwierzy, że zabił Brooke, jest zupełnie
prawdopodobne, że będę musiała żyć bez niego.
- Chodźmy na górę - mówię drżącym głosem. - Chcę, żebyś mi opowiedział,
co się działo na policji.
Reed kiwa głową i wstaje bez słowa. Kiedy Easton idzie w jego ślady,
Reed unosi rękę.
- Później ci wszystko powiem. Najpierw chcę pogadać z Ellą.
Easton chyba widzi panikę w moich oczach, bo pierwszy raz, odkąd
pamiętam, robi to, o co się go prosi.
Splatamy dłonie i idziemy z Reedem po tylnych schodach na piętro. Gdy
tylko jesteśmy sami w moim pokoju, zamyka drzwi na klucz i bierze mnie w ramiona.
Jego usta odnajdują moje. Nasz pocałunek jest gorący, rozpaczliwy,
zachłanny. Sądziłam, że jestem zbyt wyczerpana, żeby odczuwać cokolwiek
oprócz, cóż... wyczerpania. Tymczasem gdy wprawne usta Reeda prowadzą mnie
na skraj zapomnienia, czuję, jak moje ciało napina się i wyrywa do
niego.
Kiedy się odsuwa, wydaję z siebie jęk protestu. Reed chichocze.
- Myślałem, że chcesz rozmawiać - przypomina mi.
- To ty mnie pocałowałeś - mówię z pretensją. - Jak mam się skupić na
rozmowie, skoro twój język jest w moich ustach?
Ciągnie mnie na łóżko. Kładziemy się przodem do siebie i splatamy nogi.
- Bałeś się? - szepczę.
Jego oszałamiająca twarz mięknie.
- Ani trochę.
- Aresztowali cię za morderstwo - mówię z bólem. - Ja bym się bała.
- Nikogo nie zabiłem, Ello. - Wyciąga rękę i delikatnie głaszcze mnie po
policzku. - Przysięgam, Brooke żyła, kiedy wychodziłem z penthouse'u.
- Wierzę ci.
Naprawdę mu wierzę. Reed nie jest mordercą. Ma swoje wady, milion wad,
ale nigdy, przenigdy nie odebrałby nikomu życia.
- Dlaczego mi nie wspomniałeś, że się tam wybierasz? - zapytałam z wyrzutem. - Co Brooke ci powiedziała? I ta krew na twoim boku...
- Naciągnąłem sobie szwy. Nie kłamałem. To musiało się stać w drodze do
domu, bo wcześniej nie krwawiłem. I nie powiedziałem ci, bo kiedy
wróciliście, byłem naćpany lekami, a potem skupiliśmy się na czymś
przyjemniejszym... - Wzdycha. - Wyleciało mi to z głowy. I szczerze
mówiąc, w ogóle nie uważałem, że to ważne. Miałem wspomnieć ci o tym
rano.
W jego oczach i głosie nie ma ani odrobiny fałszu.
Wtulam twarz w jego dłoń, która wciąż jest na moim policzku.
- Chciała od ciebie pieniędzy?
- Tak - mówi beznamiętnie. - Świrowała, że tata zamówił testy
genetyczne. Chciała dobić targu: żebym ja jej przepisał swój fundusz
powierniczy, a ona weźmie kasę i zniknie. Nie musielibyśmy jej więcej
oglądać.
- A ty odmówiłeś?
- Jasne, że odmówiłem. Nie miałem zamiaru jej płacić złamanego grosza.
Testy DNA i tak wykazałyby, że dziecko nie jest moje ani taty.
Stwierdziłem, że wystarczy zaczekać. - Jego niebieskie oczy ciemnieją. -
Nie sądziłem, że tak skończy.
- Myślisz, że to był wypadek?
Chwytam się czego popadnie, ale prawdę mówiąc, nic z tego nie rozumiem.
Brooke jest... była okropna, lecz nikt z nas nie życzył jej śmierci.
Żeby sobie poszła - owszem, może. Ale nie żeby umarła.
A przynajmniej ja jej tego nie życzyłam.
- Nie mam pojęcia - odpowiada Reed. - Nie zdziwiłbym się, gdyby Brooke
miała wrogów, o których nie wiedzieliśmy. Mogła nadepnąć na odcisk komuś
dostatecznie podłemu, żeby jej ukręcił łeb.
Krzywię się.
- Przepraszam - szepcze szybko.
Siadam i przecieram zmęczone oczy.
- Co mają na ciebie gliny?
- Mają nagranie wideo, na którym widać, jak wchodzę i wychodzę z budynku
- przyznaje. - I coś jeszcze.
- Co?
- Nie wiem. Nie chcą powiedzieć. Prawnik taty mówi, że to normalne.
Dopiero formułują zarzuty.
Znowu robi mi się niedobrze.
- Nie postawią ci żadnych zarzutów. Nie mogą. - Moje płuca odmawiają
posłuszeństwa, nie mogę oddychać. - Nie możesz iść do więzienia, Reed.
- Nie pójdę.
- Skąd wiesz?! - Zrywam się z łóżka. - Wyjedźmy stąd. Teraz. Ty i ja.
Już cię spakowałam.
Reed podnosi się zdumiony.
- Ello...
- Mówię poważnie - przerywam mu. - Mam fałszywy dowód osobisty i dziesięć kawałków w gotówce. Ty też masz fałszywy dowód, prawda?
- Ello...
- Moglibyśmy zacząć wszystko od początku - mówię w rozpaczy. -
Znalazłabym pracę jako kelnerka, ty pracowałbyś na budowie.
- I co potem? - pyta. Jego głos jest łagodny, podobnie jak dotyk. Wstaje
i przyciąga mnie do siebie. - Będziemy się ukrywali do końca życia?
Oglądali za siebie, bojąc się, że nas znajdą i mnie wsadzą?
Przygryzam wargę. Mocno.
- Nazywam się Royal, kochanie. Ja nie uciekam. Walczę. - Jego oczy stają
się twarde jak stal. - Nikogo nie zabiłem i nie pójdę siedzieć za coś,
czego nie zrobiłem. Obiecuję ci.
Dlaczego wszyscy uważają, że powinni mi coś obiecywać? Nie wiedzą, że
obietnice są po to, żeby je łamać?
Reed ściska mnie za ramię.
- Te całe lipne zarzuty łatwo będzie odeprzeć. Prawnicy taty nie
pozwolą...
Przerywa mu piskliwy krzyk.
Oboje odwracamy się do drzwi, lecz krzyk nie dobiega z piętra. Ktoś
wrzeszczy na dole.
Wybiegamy z pokoju i wpadamy na podest równocześnie z Eastonem.
- Co to, do diabła, było? - pyta Easton.
To była Dinah O'Halloran. Przekonuję się o tym, gdy wychylam się przez
balustradę. Żona Steve'a. Stoi na środku salonu, blada jak ściana, i z jedną ręką uniesioną wpatruje się wytrzeszczonymi oczami w swojego
zmartwychwstałego męża.
- Co się tutaj dzieje?! - krzyczy przerażona. - Skąd się tu wziąłeś?
- Ja też się cieszę, że cię widzę, Dinah. Cudownie cię znowu zobaczyć -
rozlega się łagodny głos mojego ojca.
- Ty... ty... - jąka się. - Ty nie żyjesz! Ty zginąłeś!
- Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale jestem jak najbardziej żywy.
Dobiega nas odgłos kroków, a potem obok Steve'a pojawia się Callum.
- Dinah - mówi sztywno. - Miałem do ciebie zadzwonić.
- To dlaczego nie zadzwoniłeś?! - wrzeszczy, chwiejąc się na swoich
dwunastocentymetrowych obcasach. - Tak trudno było sięgnąć po telefon,
żeby mi powiedzieć, że mój mąż żyje?!
Naprawdę, nie przepadam za Dinah, a jednak w tej chwili szczerze jej
współczuję. Jest wyraźnie zszokowana i zdezorientowana i wcale jej się
nie dziwię. Weszła do naszego domu i zobaczyła ducha.
- Co ty tu robisz? - pyta żonę Steve. W obojętnym tonie jego głosu jest
coś irytującego.
Wiem, że Dinah to suka, ale czy nie mógłby jej chociaż przytulić albo
coś? Jest jego żoną.
- Przyszłam się zobaczyć z Callumem. - Dinah nie przestaje mrugać, jakby
wciąż nie miała pewności, czy Steve naprawdę tam jest czy to tylko
halucynacje. - Policja... Zostawili mi wiadomość. Powiedzieli, że mój
penthouse... Nasz penthouse... - poprawia pospiesznie - ... że to miejsce
zbrodni.
Chciałabym widzieć minę Steve'a, lecz stoi tyłem do schodów. Jedynie
wyraz twarzy Dinah może mi coś powiedzieć o jego reakcji, a nie ulega
wątpliwości, że tylko potęguje ona jej wzburzenie.
- Powiedzieli mi, że Brooke nie żyje.
- Na to wygląda - potwierdza Callum.
- Dlaczego? - lamentuje Dinah. Jej głos wyraźnie drży. - Co jej się
stało?
- Jeszcze nie wiemy...
- Gówno prawda! Detektyw mówił, że przesłuchali podejrzanego.
Reed i ja powoli się cofamy, ale jest już za późno. Dinah zdążyła nas
zauważyć. Przeszywa nas spojrzeniem swoich zielonych oczu i krzyczy
oskarżycielsko:
- To on, prawda? Reed jej to zrobił!
Callum robi krok naprzód i pojawia się w zasięgu mojego wzroku. Jego
ramiona przypominają dwie bryły granitu, sztywne i nieugięte.
- Reed nie miał z tym nic wspólnego.
- Nosiła jego dziecko! Miał z tym bardzo dużo wspólnego!
Wzdrygam się.
- Chodź - mówi półgłosem Reed, biorąc mnie za rękę. - Nie musimy tego
słuchać.
Ale słuchamy. I będziemy tego słuchali ciągle, kiedy rozejdzie się wieść
o śmierci Brooke. Wkrótce wszyscy się dowiedzą, że ona i Reed mieli
romans. Wszyscy będą wiedzieli, że była w ciąży, że on przyjechał
tamtego wieczoru do penthouse'u Dinah, że przesłuchiwała go policja i jest podejrzany o jej zamordowanie.
Gdy plotka się rozejdzie, ludzie natychmiast go osądzą, a Dinah
O'Halloran pierwsza rzuci kamieniem.
Biorę głęboki wdech w nadziei, że uda mi się uspokoić, ale nic z tego.
Ręce mi się trzęsą. Moje serce łomocze, z każdym jego uderzeniem
dotkliwiej odczuwam strach, który przeszywa mnie do szpiku kości.
- Nie mogę cię stracić - szepczę.
- Nie stracisz - zapewnia, odciąga mnie od balustrady i bierze w ramiona.
Easton znika w swoim pokoju, a ja przyciskam twarz do umięśnionej piersi
Reeda.
- Wszystko będzie dobrze - mówi ochryple, wsuwając dłonie w moje włosy.
Czuję na policzku uderzenia jego serca. Bije spokojniej niż moje. Mocno
i równo. On się nie boi.
A skoro Reed, który właśnie został aresztowany, się nie boi, to ja tym
bardziej nie powinnam. Muszę czerpać od niego siłę i spokój, uwierzyć,
że kiedyś może wreszcie w moim porąbanym życiu wszystko będzie dobrze.
Rozdział 5 REED
Rozdział 5
REED
- No to wieść już się chyba rozniosła - mówi półgłosem Easton.
Upycham w szafce swoje klamoty i rozglądam się po pomieszczeniu. Zwykle
przed porannym treningiem w szatni panuje wrzawa, wszyscy sobie żartują,
a dzisiaj nikt się nie odzywa. Niektórzy odwracają wzrok, żeby nie
patrzeć mi w oczy. W końcu zerkam na Wade'a, który puszcza oko i pokazuje mi uniesione kciuki. Nie jestem pewny, co to ma znaczyć, ale
doceniam ten gest. Odpowiadam mu krótkim skinieniem głowy.
Obok niego stoi Liam Hunter z ataku i mierzy mnie wzrokiem. Jeszcze raz
kiwam głową, żeby go wkurzyć. Może się na mnie rzuci i wyładujemy się na
podłodze. Podnoszę ręce, zachęcając go, żeby podszedł, ale wtedy w uszach dźwięczy mi przestroga prawnika: "Żadnych bójek. Żadnych kar.
Żadnych problemów w szkole".
Kiedy Grier recytował instrukcje przed komisariatem, tata stał obok z surową miną. "Jeden fałszywy krok i prokurator cię załatwi. Pamiętaj, że
w zeszłym roku byłeś oskarżony o napaść, kiedy skopałeś tyłek temu
chłopakowi".
Pogryzłem sobie cały język, powstrzymując się od dyskusji. Grier dobrze
wie, dlaczego zrobiłem gościowi z gęby jesień średniowiecza i że w życiu
nie podniósłbym ręki na kobietę.
Chociaż jeżeli o jakiejkolwiek kobiecie można powiedzieć, że prosiła się
o łomot, to z całą pewnością o Brooke Davidson. Nie zabiłem jej, ale nie
ukrywam, że nie jest mi przykro z powodu jej śmierci.
- Nie powinno cię tu być - słyszę za plecami cichy, wzburzony głos.
Wyjmuję ze sportowej torby plaster i odwracam się. To Ronald Richmond.
- Serio? - pytam nonszalancko, siadając na metalowej wyściełanej ławce
przed swoją szafką.
- Trener wykopał Briana Maussa tylko dlatego, że przypadkiem uderzył
swoją dziewczynę.
Przewracam oczami.
- Bo przez przypadek upadła twarzą na jego pięść i przez trzy tygodnie
miała podbite oko? Aż trzeba było poprawiać w Photoshopie jej zdjęcia z powitania absolwentów? O tym przypadku mówisz?
Z boku słyszę prychnięcie Eastona. Kończę plastrowanie rąk i rzucam
bratu plaster.
Ronnie łypie na mnie gniewnie.
- Mniej więcej taki przypadek jak sprzątnięcie wieśniackiej dziewczyny
twojego starego.
- Dzięki za zaproszenie od Briana Damskiego Boksera, ale nikogo nie
zabiłem. - Uśmiecham się do niego tak przyjaźnie, jak tylko potrafię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki