Pałac kłamstw. Tom 3 - Erin Watt

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1 REED

Roz­dział 1

REED

- Gdzie byłeś mię­dzy dwu­dzie­stą a dwu­dzie­stą trze­cią?

- Od jak dawna sypiasz z dziew­czyną ojca?

- Dla­czego ją zabi­łeś, Reed? Wku­rzyła cię? Gro­ziła, że powie o was two­jemu ojcu?

Naoglą­da­łem się dość seriali o poli­cjan­tach, żeby wie­dzieć, że w pokoju prze­słu­chań naj­le­piej sie­dzieć cicho. Chyba że chce się wypowie­dzieć magiczne słowa: "Chciał­bym skon­tak­to­wać się z adwo­ka­tem".

Powta­rzam je od godziny.

Gdy­bym był nie­letni, tych dwoje popa­prań­ców mogłoby naj­wy­żej poma­rzyć o prze­słu­chi­wa­niu mnie bez obec­no­ści rodzica albo praw­nika. Ale mam osiem­na­ście lat i naj­wy­raź­niej uznali, że mogą sobie tak ze mną poczy­nać. Albo mają mnie za głu­piego i myślą, że dam się zła­pać na te ich pod­chwy­tliwe pyta­nia.

Detek­tywi Cousins i Schmidt jakby nie przej­mo­wali się moim nazwi­skiem. W pew­nym sen­sie to nawet cie­kawe doświad­cze­nie. Całe życie wszystko ucho­dziło mi pła­zem, bo nazy­wam się Royal. Kiedy mam kło­poty w szkole, tata wypi­suje czek i moje grze­chy idą w zapo­mnie­nie. Odkąd pamię­tam, dziew­czyny pchały mi się do łóżka, żeby potem chwa­lić się kole­żan­kom, że zali­czyły Roy­ala.

Nie żeby mi zale­żało na dziew­czy­nach, które pchają mi się do łóżka. Ostat­nio zależy mi tylko na jed­nej - Elli Har­per. I szlag mnie tra­fia na samą myśl o tym, że widziała, jak wypro­wa­dzają mnie z domu w kaj­dan­kach.

Bro­oke David­son nie żyje.

Wciąż nie mie­ści mi się to w gło­wie. Kiedy opusz­cza­łem pen­tho­use, dziew­czyna mojego ojca, tle­niona na pla­ty­nowy blond kone­serka boga­tych fra­je­rów, miała się świet­nie.

Ale nie zamie­rzam wspo­mi­nać o tym śled­czym. Nie jestem idiotą. I tak wszystko poprze­krę­cają.

Poiry­to­wany moim mil­cze­niem Cousins ude­rza dłońmi w meta­lowy blat stołu mię­dzy nami.

- Odpo­wia­daj, gów­nia­rzu!

Pię­ści same zaci­skają mi się pod sto­łem. Zmu­szam się, żeby wypro­sto­wać palce. To ostat­nie miej­sce, gdzie chciał­bym stra­cić pano­wa­nie nad sobą.

Part­nerka Cousinsa, spo­kojna kobieta, Teresa Schmidt, rzuca mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

- Reed - mówi miękko - jeżeli nie będziesz z nami współ­pra­co­wał, nie będziemy mogli ci pomóc. A o to nam cho­dzi.

Uno­szę brew. Serio? Dobry i zły poli­cjant? Musieli oglą­dać te same seriale co ja.

- Zaczy­nam myśleć, że macie pro­blemy ze słu­chem - rzu­cam bez­tro­sko. Uśmie­cham się z wyż­szo­ścią i krzy­żuję ręce. - Pro­si­łem już o kon­takt z praw­ni­kiem, co ozna­cza, że powin­ni­ście zacze­kać z pyta­niami do jego przy­jazdu.

- My możemy zada­wać ci pyta­nia - mówi Schmidt. - A ty możesz na nie odpo­wia­dać. Prawo tego nie zabra­nia. Możesz ponadto dobro­wol­nie udzie­lać infor­ma­cji. Gdy­byś nam na przy­kład wyja­śnił, dla­czego masz krew na koszulce, ruszy­li­by­śmy wresz­cie z miej­sca.

Mam ochotę zła­pać się za bok. W ostat­niej chwili powstrzy­muję jed­nak ten odruch.

- Zacze­kam z tym do przy­jazdu Hal­stona Griera, ale dzięki za pro­po­zy­cję.

W cia­snym pomiesz­cze­niu zapada cisza.

Cousins wyraź­nie zgrzyta zębami. Schmidt tylko wzdy­cha. Potem oboje odsu­wają krze­sła i bez słowa wycho­dzą z pokoju.

1:0 dla Roy­ala.

Może i sobie odpu­ścili, tyle że jakoś się nie palą, żeby speł­nić moją prośbę. Przez następną godzinę sie­dzę sam i zasta­na­wiam się, jak to moż­liwe, że sprawy przy­brały taki obrót. Nie jestem święty i ni­gdy takiego nie uda­wa­łem. Wpa­ko­wa­łem się w nie­jedną roz­róbę. Jak trzeba, potra­fię być bez­li­to­sny.

Ale... Nie jestem prze­cież takim face­tem. Takim, któ­rego wypro­wa­dza się z domu w kaj­dan­kach. Który musi oglą­dać prze­ra­że­nie w oczach swo­jej dziew­czyny, kiedy pakują go do radio­wozu.

Wresz­cie drzwi znowu się otwie­rają. Do tego czasu ogar­nia mnie już jed­nak klau­stro­fo­bia i robię się bar­dziej bez­czelny, niż powi­nie­nem.

- Nie spie­szył się pan - mówię do praw­nika mojego ojca.

Pomimo póź­nej pory siwy męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce ma na sobie gar­ni­tur. Uśmie­cha się do mnie smutno.

- Widzę, że ktoś tu jest w świet­nym nastroju.

- Gdzie tata? - pytam, spo­glą­da­jąc w prze­strzeń za ple­cami Griera.

- W pocze­kalni. Nie wolno mu tu być.

- Dla­czego?

Grier zamyka drzwi i pod­cho­dzi do stołu. Sta­wia na nim aktówkę i odpina złote zatrza­ski.

- Bo prawo dopusz­cza prze­słu­chi­wa­nie rodzi­ców w spra­wach prze­ciwko ich dzie­ciom. Przy­wi­lej odmowy zeznań doty­czy tylko mał­żon­ków.

Po raz pierw­szy od chwili aresz­to­wa­nia robi mi się nie­do­brze. Zeznań? Ta sprawa chyba nie trafi do sądu, co? Jak długo oni zamie­rzają cią­gnąć ten cyrk?

- Reed, oddy­chaj.

Żołą­dek mi się skręca. Niech to szlag. Czuję się strasz­nie ze świa­do­mo­ścią, że ten czło­wiek jest świad­kiem mojej bez­sil­no­ści. Ja nie oka­zuję sła­bo­ści. Ni­gdy. Jedyną osobą, w któ­rej obec­no­ści pozwa­lam sobie taki luk­sus, jest Ella. Ta dziew­czyna potrafi poko­nać mur, który zbu­do­wa­łem, i przej­rzeć mnie na wylot. Widzi, jaki jestem naprawdę pod maską tego zim­nego, bez­dusz­nego dra­nia, za któ­rego uwa­żają mnie inni.

Grier wyj­muje blok papieru w linie i złote wieczne pióro. Siada naprze­ciwko mnie.

- Wycią­gnę cię z tego - obie­cuje. - Ale naj­pierw muszę wie­dzieć, z czym mamy do czy­nie­nia. Udało mi się wyci­snąć z funk­cjo­na­riu­szy pro­wa­dzą­cych śledz­two, że kamery moni­to­ringu zare­je­stro­wały, jak wcho­dzisz do pen­tho­use'u O'Hal­lo­ra­nów o ósmej czter­dzie­ści pięć. To samo nagra­nie poka­zuje, że wysze­dłeś stam­tąd jakieś dwa­dzie­ścia minut póź­niej.

Roz­glą­dam się ner­wowo. Ni­gdzie nie widać kamer ani innych urzą­dzeń reje­stru­ją­cych. Nie ma tu lustra, więc chyba nikt nie obser­wuje nas z ciem­nego pomiesz­cze­nia za ścianą. A przy­naj­mniej mam taką nadzieję.

- Wszystko, o czym mówimy, pozo­sta­nie mię­dzy nami - zapew­nia Grier, widząc moją nie­uf­ność. - Nie wolno im nas nagry­wać. Rela­cja adwo­kat-klient i tak dalej.

Powoli wypusz­czam powie­trze.

- Taaak. Byłem tam. Ale nie zabi­łem jej, do cho­lery.

Grier kiwa głową.

- Dobrze. - Notuje coś w swoim bloku. - Cof­nijmy się tro­chę. Chciał­bym, żebyś zaczął od początku. Opo­wiedz mi o sobie i o Bro­oke David­son. Niczego nie pomi­jaj. Chcę znać każdy szcze­gół.

Powstrzy­muję wes­tchnie­nie. Eks­tra. Szy­kuje się ubaw po pachy.

Rozdział 2 ELLA

Roz­dział 2

ELLA

Chłopcy Roy­alów mają pokoje w połu­dnio­wym skrzy­dle, a apar­ta­menty ich ojca znaj­dują się w innej czę­ści budynku. U szczytu scho­dów skrę­cam w prawo i bie­gnę po wyfro­te­ro­wa­nym par­kie­cie do drzwi Eastona. Moje puka­nie pozo­staje bez odpo­wie­dzi. Przy­się­gam, ten chło­pak mógłby prze­spać hura­gan. Pukam gło­śniej. Dalej zero reak­cji. Otwie­ram drzwi. Easton leży na brzu­chu wycią­gnięty na łóżku.

Pod­cho­dzę i szar­pię go za ramię. Wydaje z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wany jęk.

Jesz­cze raz potrzą­sam nim w panice, czu­jąc rosnącą gulę w gar­dle. Jak to moż­liwe, że wciąż tak mocno śpi? Jak mógł prze­spać całe to zamie­sza­nie na dole?

- Easton! - wołam. - Obudź się!

- Co się dzieje?! - bur­czy, uno­sząc na mili­metr jedną powiekę. - Cho­lera, zaspa­łem na tre­ning?

Prze­ta­cza się przez łóżko, cią­gnąc za sobą przy­kry­cie i demon­stru­jąc przy tym znacz­nie wię­cej ciała, niż mam ochotę oglą­dać. Pod­no­szę z pod­łogi spodnie dre­sowe i rzu­cam mu je. Lądują na jego gło­wie.

- Wsta­waj - bła­gam.

- Dla­czego?

- Bo świat się wali!

Mruga pół­przy­tom­nie.

- Hę?

- Cho­lera, jest źle! - wrzesz­czę, a potem biorę głę­boki oddech i usi­łuję się uspo­koić. Nic z tego. - Przyjdź do pokoju Reeda, dobrze? - rzu­cam.

Musi sły­szeć panikę w moim gło­sie, bo bez dal­szego ocią­ga­nia zwleka się z łóżka. Znowu bły­ska gołym tył­kiem, lecz ja już wymy­kam się z pokoju.

Zamiast do pokoju Reeda bie­gnę jed­nak sze­ro­kim kory­ta­rzem do swo­jej sypialni. Ten dom jest absur­dal­nie wielki, absur­dal­nie piękny, a wszy­scy jego miesz­kańcy kom­plet­nie popa­prani. Łącz­nie ze mną.

Zdaje się, że naprawdę należę do rodziny Roy­alów.

Cho­ciaż wła­ści­wie nie. Facet na dole wymow­nie mi o tym przy­po­mina. Steve O'Hal­lo­ran. Mój nie-taki-znowu-nie­ży­jący ojciec.

Z emo­cji kolana ugi­nają się pode mną, jestem na skraju histe­rii. Czuję się okrop­nie, że tak go zosta­wi­łam na dole. Nawet się nie przed­sta­wi­łam, tylko zro­bi­łam w tył zwrot i ucie­kłam na górę. Zgoda, Cal­lum Royal zacho­wał się iden­tycz­nie. Tak się mar­twił o Reeda, że rzu­cił tylko:

- Teraz nie mogę. Steve, zacze­kaj tu na mnie.

Pomimo wyrzu­tów sumie­nia spy­cham Steve'a w naj­głęb­sze zaka­marki świa­do­mo­ści i zatrza­skuję nad nim wieko. Nie mogę teraz o nim myśleć. Muszę się sku­pić na Reedzie.

Po powro­cie do swo­jego pokoju się­gam pod wiel­kie łoże i wycią­gam ple­cak. Zawsze mam go pod ręką. Otwie­ram go i oddy­cham z ulgą na widok skó­rza­nego port­fela wypcha­nego comie­sięcz­nymi wypła­tami od Cal­luma.

Kiedy się tu wpro­wa­dzi­łam, Cal­lum obie­cał pła­cić mi dzie­sięć tysięcy dola­rów mie­sięcz­nie, byle­bym tylko nie pró­bo­wała uciec. Na początku nie­na­wi­dzi­łam rezy­den­cji Roy­alów, wkrótce jed­nak się w niej zako­cha­łam. Teraz nie wyobra­żam sobie, że mogła­bym miesz­kać gdzie indziej. Zosta­ła­bym nawet bez zachęty w gotówce. Jed­nak lata bez gro­sza przy duszy oraz moja zasad­ni­czo podejrz­liwa natura spra­wiły, że dotąd nie powie­dzia­łam Cal­lumowi, żeby dał sobie spo­kój.

Teraz bar­dzo się z tego cie­szę. Za to, co odło­ży­łam, spo­koj­nie można prze­żyć kilka mie­sięcy. Pew­nie wystar­czy­łoby na znacz­nie dłu­żej.

Zarzu­cam ple­cak na ramię i bie­gnę do pokoju Reeda. W tej samej chwili na kory­tarz wycho­dzi Easton. Jego ciemne włosy ster­czą każdy w inną stronę, ale przy­naj­mniej ma już na sobie spodnie.

- Co jest, do dia­bła? - pyta, rusza­jąc za mną do sypialni star­szego brata.

Otwie­ram gar­de­robę Reeda i roz­glą­dam się gorącz­kowo po prze­stron­nym wnę­trzu. Na dol­nej półce w głębi znaj­duję to, czego szu­kam.

- Ello - nie daje za wygraną Easton.

Nie odpo­wia­dam, a on ze ścią­gnię­tymi brwiami przy­gląda się, jak wlokę po kre­mo­wej wykła­dzi­nie gra­na­tową walizkę.

- Ello! Do dia­bła, mogła­byś się do mnie ode­zwać?

Kiedy zaczy­nam wrzu­cać do walizki ubra­nia, zmarszczka na czole Eastona ustę­puje, za to jego oczy otwie­rają się coraz sze­rzej. Kilka T-shir­tów Reeda, jego ulu­biona zie­lona bluza z kap­tu­rem, dżinsy, jakieś pod­ko­szulki. Co jesz­cze by mu się przy­dało? Hm, bok­serki, skar­petki, pasek...

- Dla­czego paku­jesz rze­czy Reeda?! - Pod­nie­siony głos Eastona spra­wia, że na chwilę odzy­skuję zimną krew.

Sprany szary T-shirt wypada mi z rąk. Potem powaga sytu­acji przy­tła­cza mnie na nowo i serce znowu mi przy­spie­sza.

- Aresz­to­wali Reeda za zabój­stwo Bro­oke - wyrzu­cam z sie­bie. - Wasz ojciec jest z nim na poste­runku.

Easton otwiera usta ze zdu­mie­nia.

- Że co?! - wykrzy­kuje. - Zgar­nęli go, kiedy my byli­śmy w Waszyng­to­nie?

- Nie, jak wró­ci­li­śmy.

Wszy­scy oprócz Reeda pole­cie­li­śmy tego wie­czoru na kola­cję do Waszyng­tonu. Tak się bawią Roy­alo­wie. Cal­lum ma do dys­po­zy­cji kilka pry­wat­nych odrzu­tow­ców. Może dla­tego, że jego firma pro­jek­tuje samo­loty, lecz i tak brzmi to dość abs­trak­cyj­nie. Lata­nie z Karo­liny Pół­noc­nej do Waszyng­tonu, żeby zjeść kola­cję, to tylko mały przy­kład ich nie­przy­zwo­itego bogac­twa. Reed nie pole­ciał, bo źle się czuł.

Został pchnięty nożem pod­czas bójki w por­cie i twier­dził, że jest zbyt otu­ma­niony środ­kami prze­ciw­bó­lo­wymi, żeby lecieć z nami.

Ale nie prze­szko­dziło mu to spo­tkać się z Bro­oke...

Boże. Co on dzi­siaj zro­bił?

- To się stało jakieś dzie­sięć minut temu - dodaję resztką sił. - Nie sły­sza­łeś, jak twój ojciec krzy­czał na poli­cjanta?

- Nic nie sły­sza­łem. Ja... ech... - W jego nie­bie­skich oczach dostrze­gam błysk zakło­po­ta­nia. - Byłem u Wade'a i oba­li­li­śmy we dwóch pra­wie połówkę. Jak wró­ci­łem, od razu padłem.

Nawet nie mam siły pra­wić mu kazań. Wpraw­dzie pro­blem Eastona z alko­ho­lem wydaje się poważny, ale w tej aku­rat chwili pro­blem Reeda z mor­der­stwem jest milion razy pil­niej­szy.

Zaci­skam pięść. Gdyby Reed tu teraz był, przy­wa­li­ła­bym mu za to, że mnie okła­mał, i za to, że pozwo­lił się aresz­to­wać.

Zaszo­ko­wany Easton w końcu prze­rywa mil­cze­nie.

- Myślisz, że on naprawdę to zro­bił?

- Nie - mówię z prze­ko­na­niem, cho­ciaż cała jestem roz­trzę­siona.

Po powro­cie z kola­cji zdą­ży­łam zauwa­żyć, że Reed nacią­gnął sobie szwy, na brzu­chu miał krew. Zacho­wuję jed­nak te obcią­ża­jące szcze­góły dla sie­bie. Ufam Easto­nowi, kiedy jest trzeźwy, ale to zda­rza się rzadko. Kto wie, co może wyga­dać po pijaku albo na haju. Przede wszyst­kim muszę ochro­nić Reeda.

Z wysił­kiem prze­ły­kam ślinę i pró­buję się sku­pić na tym jed­nym zada­niu - ochro­nić Reeda. Pośpiesz­nie dorzu­cam do walizki parę rze­czy i zasu­wam zamek.

- Nie powie­dzia­łaś mi, dla­czego go paku­jesz - mówi z iry­ta­cją Easton.

- Na wypa­dek, gdy­by­śmy musieli ucie­kać.

- Jacy "my"?

- Ja i Reed. - Rzu­cam się do komody Reeda i prze­cze­suję zawar­tość szu­flady ze skar­pet­kami. - Chcę być gotowa na wszelki wypa­dek, okej?

Goto­wość do ucieczki to moja spe­cjal­ność. Nie wiem, czy rze­czy­wi­ście będę musiała ucie­kać. Może Reed i Cal­lum wkro­czą zaraz fron­to­wymi drzwiami i oznaj­mią: "Zała­twione! Zarzuty wyco­fane!". A może Reed nie zosta­nie zwol­niony nawet za kau­cją, czy jak to się tam nazywa, i w ogóle nie przy­je­dzie do domu?

Gdyby jed­nak nic z tego się nie wyda­rzyło, chcę być gotowa do wyjazdu z mia­sta. W ple­caku zawsze mam naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, ale Reed nie jest tak zapo­bie­gliwy jak ja. Jest impul­sywny. Nie zawsze myśli, zanim zacznie dzia­łać...

Zanim zabije?

Odpy­cham od sie­bie tę kosz­marną myśl. Nie. Reed nie zro­biłby tego, o co go oskar­żają.

- Co to za krzyki? - dobiega od drzwi sypialni zaspany głos. - Sły­chać was aż na dole.

Do pokoju wcho­dzą szes­na­sto­letni bliź­niacy. Każdy owi­nięty kocem od pasa w dół. Czy w tym domu nikt nie uznaje piżam?

- Reed sprząt­nął Bro­oke - wyja­śnia bra­ciom Easton.

- Easton! - wołam obu­rzona.

- Co? To już nawet nie można podzie­lić się wia­do­mo­ścią o aresz­to­wa­niu naszego wspól­nego brata?

Sawyer i Seba­stian zasty­gają.

- Serio? - pyta Sawyer.

- Wła­śnie zabrała go poli­cja - szep­czę.

Easton wydaje się zanie­po­ko­jony.

- A ja wła­śnie mówię, że nie zabra­liby go, gdyby nic na niego nie mieli. Może cho­dzi o... - Zakre­śla okrąg w oko­licy swo­jego brzu­cha.

Bliź­niacy mru­gają w bez­gra­nicz­nym zdu­mie­niu.

- O co? O dziecko? - pyta Seb. - Dla­czego Reeda miałby obcho­dzić dia­bel­ski pomiot Bro­oke?

Niech to szlag. Zapo­mnia­łam, że bliź­niacy nie są na bie­żąco. Wie­dzą, że Bro­oke była w ciąży - wszy­scy sły­sze­li­śmy, jak to obwie­ściła - lecz nie wie­dzą wszyst­kiego.

- Bro­oke chciała roz­po­wie­dzieć, że Reed jest ojcem jej dziecka - tłu­ma­czę.

Dwie pary iden­tycz­nych nie­bie­skich oczu otwie­rają się sze­roko.

- To nie­prawda - mówię zde­cy­do­wa­nie. - Prze­spał się z nią tylko kilka razy, a to było ponad pół roku temu. Jej ciąża nie była tak zaawan­so­wana.

- Bez róż­nicy - wzru­sza ramio­nami Seb. - Że niby Reed zacią­żył mło­do­cianą narze­czoną taty, a potem ją sprząt­nął, bo nie chciał małego Reedziątka?

- To nie było jego dziecko! - wrzesz­czę.

- Że niby taty? - pyta powoli Sawyer.

Waham się.

- Wąt­pię.

- Dla­czego?

- Bo...

Uch... W tej rodzi­nie jest tyle tajem­nic, że można by nimi obdzie­lić pięć innych. Ale mam już dość mil­cze­nia. Nic dobrego nam z tego nie przy­szło.

- Miał wazek­to­mię.

Seb mruży oczy.

- Tata ci to powie­dział?

Kiwam głową.

- Powie­dział, że pod­dał się zabie­gowi, kiedy się uro­dzi­li­ście, bo wasza mama chciała mieć wię­cej dzieci, ale z przy­czyn zdro­wot­nych nie było jej wolno.

Bliź­niacy wymie­niają poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

Easton pociera pod­bró­dek.

- Mama zawsze chciała mieć córkę. Dużo o tym mówiła. Że przy dziew­czynce byśmy tro­chę zmię­kli. - Jego usta zaczy­nają drżeć. - Ale nie zauwa­ży­łem, żebym przy dziew­czy­nach robił się miękki. Pod jakim­kol­wiek wzglę­dem.

Czuję się taka bez­silna, że brak mi słów. Easton jak zwy­kle tylko o jed­nym.

Sawyer zasła­nia usta, a Seb śmieje się zupeł­nie otwar­cie.

- No to załóżmy, że Reed i tata mówią prawdę. W takim razie kto jest ojcem dziecka?

- Może nikt? - pod­suwa Easton.

- Musi być jakiś ojciec - mówię. Reed i Cal­lum jakoś ni­gdy nie wąt­pili w ciążę Bro­oke.

- Nie­ko­niecz­nie - zauważa Easton. - Mogła kła­mać. Może chciała upo­zo­ro­wać poro­nie­nie po ślu­bie z tatą?

- Chore, ale praw­do­po­dobne. - Seb kiwa głową, naj­wy­raź­niej gotów w to uwie­rzyć.

- Dla­czego myślisz, że Reed jej nie zabił? - pyta mnie Easton. Jego nie­bie­skie oczy błysz­czą z cie­ka­wo­ści.

- A dla­czego ty myślisz, że byłby do tego zdolny? - odpa­ro­wuję.

Wzru­sza ramio­nami i spo­gląda na bliź­nia­ków.

- Gdyby gro­ziła naszej rodzi­nie, to kto wie? Może się pokłó­cili i zda­rzył się jakiś wypa­dek. Wyja­śnień może być wiele.

Robi mi się nie­do­brze. Wer­sja, którą tak lekko przed­sta­wia Easton, brzmi... praw­do­po­dob­nie. Reed miał nacią­gnięte szwy. Był zakrwa­wiony. Co, jeśli...

- Nie - wykrztu­szam. - On tego nie zro­bił. A ja nie chcę o tym wię­cej mówić. On jest nie­winny. Koniec kropka.

- No to dla­czego przy­go­to­wu­jesz się do wyjazdu?

Spo­kojne pyta­nie Eastona zawisa w powie­trzu. Powstrzy­muję jęk i prze­cie­ram oczy. Ma rację. W głębi duszy już uzna­łam Reeda za win­nego. Czy mia­ła­bym teraz spa­ko­waną walizkę i ple­cak, gdyby było ina­czej?

Mil­cze­nie się prze­ciąga. Na dole sły­chać czy­jeś kroki. W domu Roy­alów nie mieszka na stałe nikt ze służby, więc chłopcy natych­miast zasty­gają w bez­ru­chu.

- Czy to były drzwi wej­ściowe? - pyta Seb.

- Wró­cili? - pyta Sawyer.

Przy­gry­zam wargę.

- Nie, to nie drzwi wej­ściowe. To...

Znowu ści­ska mi się gar­dło. Boże. Zapo­mnia­łam o Ste­vie. Jak mogłam o nim zapo­mnieć, cho­lera.

- Co takiego? - nie odpusz­cza Easton.

- Steve - wyznaję. Wszy­scy patrzą na mnie.

- Na dole jest Steve. Poja­wił się zaraz po tym, jak zabrali Reeda.

- Steve - powta­rza Easton w oszo­ło­mie­niu. - Wujek Steve? Seba­stian wydaje jakiś chra­pliwy dźwięk.

- Nie­ży­jący wujek Steve? Zaci­skam zęby.

- On żyje. Wygląda jak Tom Hanks w Poza świa­tem, ale żyje. Tylko nie ma piłki do siat­kówki.

- Niech to szlag!

Easton rusza do drzwi, ale chwy­tam go za nad­gar­stek i cią­gnę z powro­tem. Choć jest znacz­nie sil­niej­szy ode mnie, udaje mi się go zatrzy­mać.

Prze­krzy­wia głowę i przy­gląda mi się przez chwilę.

- Nie idziesz z nim poroz­ma­wiać? To twój ojciec, Ello.

Znowu wpa­dam w popłoch.

- Nie. To tylko facet, który zacią­żył moją mamę. Nie mam teraz do tego głowy. Ja... - Prze­ły­kam ślinę. - On chyba nie wie, że jestem jego córką.

- Nie powie­dzia­łaś mu?! - woła Sawyer.

Powoli kręcę prze­cząco głową.

- Czy któ­ryś z was mógłby zejść na dół i... sama nie wiem... zapro­po­no­wać, żeby się roz­go­ścił czy coś?

- Zajmę się tym - mówi od razu Seb.

- Idę z tobą - odzywa się drugi z bliź­nia­ków. - Muszę to zoba­czyć.

Ruszają do drzwi.

- Chło­paki, nie mów­cie mu o mnie! - wołam. - Poważ­nie, nie jestem na to gotowa. Zacze­kajmy do powrotu Cal­luma.

Bliź­niacy wymie­niają jedno z tych spoj­rzeń, w któ­rych w ciągu sekundy odbywa się cała roz­mowa.

- Jasne - mówi Seb i już ich nie ma.

Zbie­gają na dół na spo­tka­nie z nie­zu­peł­nie-nie­ży­ją­cym wuj­kiem.

Easton pod­cho­dzi do mnie. Patrzy na sto­jącą obok szafy walizkę, a potem na moją twarz. W następ­nej chwili bie­rze mnie za rękę i splata palce z moimi.

- Nie uciek­niesz, sio­strzyczko. Wiesz prze­cież, że to głupi pomysł.

Wpa­truję się w nasze sple­cione palce.

- Jestem ucie­ki­nierką, East.

- Nie. Jesteś wojow­niczką.

- Umiem wal­czyć o innych. O takie osoby jak moja mama, Reed, ty, ale... kiedy cho­dzi o mnie, jakoś sobie nie radzę. - Przy­gry­zam moc­niej dolną wargę. - Co tutaj robi Steve? Myśla­łam, że nie żyje. I jak mogli aresz­to­wać Reeda? - Głos strasz­li­wie mi drży. - A jeśli naprawdę pój­dzie za to do wię­zie­nia?

- Nie pój­dzie. - Jego ręka zaci­ska się na mojej. - Reed wróci, Ello. Tata się tym zaj­mie.

- A jeśli mu się nie uda?

- Uda mu się.

A jeśli nie?

Rozdział 3 ELLA

Roz­dział 3

ELLA

Po bez­sen­nej nocy scho­dzę do pokoju dzien­nego, któ­rego okna wycho­dzą na podwó­rze od frontu. Pod ogrom­nymi oknami na przed­niej ścia­nie domu znaj­duje się wyście­łana ławka. Opa­dam na plu­szową poduszkę i wpa­truję się w okrą­gły pod­jazd przed domem. Tele­fon mam na kola­nach. Przez całą noc ani rano nie wydał żad­nego dźwięku. Ani jed­nego połą­cze­nia, ani jed­nego ese­mesa. Nic.

Moja wyobraź­nia pra­cuje jak sza­lona, pod­su­wa­jąc mi prze­różne obrazy. Reed w celi. Reed bity przez gli­nia­rza za odmowę zeznań. Czy będzie musiał zostać w aresz­cie do pro­cesu? Nie mam poję­cia, jak to wszystko działa.

Wiem nato­miast, że im dłu­żej trwa nie­obec­ność Reeda i Cal­luma, tym więk­sze ogar­nia mnie przy­gnę­bie­nie.

- Dzień dobry.

Na dźwięk nie­zna­jo­mego męskiego głosu omal nie spa­dam z ławki. Przy­cho­dzi mi do głowy, że ktoś wła­mał się do domu albo że wró­cili poli­cjanci z naka­zem rewi­zji. Ale kiedy się odwra­cam, oka­zuje się, że w drzwiach stoi Steve O'Hal­lo­ran.

Jest ogo­lony, ma na sobie spodnie i koszulkę polo. Już mniej przy­po­mina bez­dom­nego, a bar­dziej ojca któ­re­goś z moich szkol­nych kole­gów. Z pew­no­ścią nie rzu­całby się w oczy w oko­licy Astor Park - pry­wat­nego liceum, do któ­rego cho­dzą bra­cia Roy­alo­wie i ja.

- Ella, tak? - Uśmie­cha się z waha­niem.

Kiwam gwał­tow­nie głową, odkła­dam tele­fon ekra­nem do dołu i odwra­cam się z powro­tem do okna. Nie wiem, jak mam się zacho­wać.

Wczo­raj wie­czo­rem ukry­wa­łam się w swoim pokoju, a Steve'em zajęli się Easton i bliź­niacy. Nie wiem, co mu o mnie naopo­wia­dali, ale naj­wy­raź­niej nie pamięta ani mnie, ani listu, który dostał od mojej mamy, zanim wyje­chał na wyprawę lot­niar­ską, pod­czas któ­rej miał rze­komo zgi­nąć.

Easton zaj­rzał do mnie przed pój­ściem do łóżka i oznaj­mił, że Steve nocuje w zie­lo­nym pokoju gościn­nym. Nawet nie wie­dzia­łam, że mają jakiś zie­lony pokój gościnny, i zupeł­nie nie orien­tuję się, gdzie on jest.

Jestem tak zde­ner­wo­wana, że naj­chęt­niej ucie­kła­bym i gdzieś się scho­wała. W grun­cie rze­czy wła­śnie się ukry­wam. Ale on i tak mnie zna­lazł. Spo­tka­nie twa­rzą w twarz z wła­snym ojcem prze­raża mnie znacz­nie bar­dziej niż zmie­rze­nie się z setką wred­nych kole­ża­nek z Astor.

- Cóż, Ello. Jestem odro­binę zdez­o­rien­to­wany.

Głos Steve'a dobiega z tak bli­ska, że się wzdry­gam. Kiedy oglą­dam się przez ramię, stoi tuż obok.

Wbi­jam pięty w poduszkę ławki i usi­łuję pozo­stać w bez­ru­chu. To tylko czło­wiek. Dwie nogi, dwie ręce. Czło­wiek, który dowie­dział się z listu od umie­ra­ją­cej kobiety, że ma córkę. A potem, zamiast odna­leźć tę kobietę i dziecko, wybrał się na eks­cy­tu­jącą wyprawę. Tego rodzaju czło­wiek.

- Sły­sza­łaś? - Wydaje się teraz jesz­cze bar­dziej zdu­miony, jakby nie mógł zro­zu­mieć, czy go igno­ruję czy po pro­stu mam pro­blemy ze słu­chem.

Spo­glą­dam roz­pacz­li­wie na drzwi. Gdzie jest Easton? I dla­czego Reeda nie ma jesz­cze w domu? Co, jeśli w ogóle nie wróci?

Dławi mnie nara­sta­jąca panika.

- Sły­sza­łam - odpo­wia­dam wresz­cie.

Steve pod­cho­dzi jesz­cze bli­żej. Czuję zapach kosme­ty­ków, któ­rych uży­wał dziś rano.

- Sam nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem, wysia­da­jąc wczo­raj z tak­sówki, ale... - mówi cierpko - w każ­dym razie na pewno nie tego. Z opo­wia­da­nia Easta rozu­miem, że Reed został aresz­to­wany?

Znowu kiwam ner­wowo głową. I z jakie­goś powodu wku­rza mnie, że mówi na Eastona "East". To brzmi jakoś nie­wła­ści­wie w ustach obcej osoby.

On nie jest obcy. Zna ich od uro­dze­nia.

Prze­ły­kam ślinę. Tak, rze­czy­wi­ście. Zdaje się, że z nas dwojga to ja jestem tu bar­dziej obca. Cal­lum chyba kie­dyś wspo­mi­nał, że Steve jest ojcem chrzest­nym wszyst­kich chłop­ców.

- Jak na razie nikt mi nie wyja­śnił, kim t y jesteś. Wiem, że długo mnie nie było, ale Roy­alo­wie od lat miesz­kali po kawa­ler­sku.

Po ple­cach prze­biega mi dreszcz. Nie. Boże, nie! Nie mogę teraz o tym roz­ma­wiać. Jed­nak Steve przy­gląda się badaw­czo mojej twa­rzy. Czeka na odpo­wiedź, a ja wiem, że coś muszę odpo­wie­dzieć.

- Cal­lum spra­wuje nade mną opiekę.

- Spra­wuje nad tobą opiekę - powta­rza z nie­do­wie­rza­niem.

- Tak.

- Kim są twoi rodzice? Przy­ja­ciółmi Cal­luma? Znam ich? - pyta tro­chę jakby samego sie­bie.

Znowu ogar­nia mnie panika, na szczę­ście nie muszę odpo­wia­dać na to pyta­nie, bo na pod­jazd przed domem wjeż­dża czarny lin­coln.

Wró­cili!

Zry­wam się i po góra dwóch sekun­dach jestem w salo­nie. Zmę­czony Cal­lum i rów­nie zmę­czony Reed wcho­dzą do środka, ale na mój widok zatrzy­mują się w pół kroku.

Reed odwraca się w moją stronę, jego inten­syw­nie błę­kitne oczy powoli odnaj­dują moje spoj­rze­nie.

Serce mi zamiera, a po chwili zaczyna bić jak sza­lone. Bez słowa rzu­cam mu się na szyję.

Chwyta mnie i zanu­rza jedną silną dłoń w moich wło­sach, a drugą obej­muje mnie w talii. Przy­wie­ram do niego pier­sią, udami, zupeł­nie jak­bym chciała zamknąć go w bez­piecz­nym uści­sku.

- Nic ci nie jest? - szep­czę w jego klatkę pier­siową.

- Wszystko w porządku - mówi niskim, szorst­kim gło­sem.

Łzy napły­wają mi do oczu, czuję pie­cze­nie.

- Byłam prze­ra­żona.

- Wiem. - Jego oddech muska moje ucho. - Wszystko będzie dobrze. Obie­cuję. Chodźmy na górę, wszystko ci wyja­śnię.

- Nie - mówi sta­now­czo Cal­lum. - Zapo­mnij o roz­mo­wach z kim­kol­wiek. Chcesz, żeby Ella była wzy­wana na świadka?

Na świadka? O Boże. Poli­cja prze­słu­chuje świad­ków, a Reed twier­dzi, że wszystko w porządku?

Roz­le­gają się kroki jesz­cze jed­nej osoby. Reed wypusz­cza mnie z ramion. Na widok wcho­dzą­cego do holu wyso­kiego blon­dyna otwiera sze­roko oczy.

- Wujek Steve? - wykrztu­sza.

- Reed! - Steve kiwa głową na powi­ta­nie.

Cal­lum odwraca się w stronę mojego ojca.

- Steve, rany, zupeł­nie o tobie zapo­mnia­łem. Myśla­łem, że to wszystko mi się przy­śniło - mówi, zer­ka­jąc to na Steve'a, to na mnie. - Zna­cie się?

Kiwam ener­gicz­nie głową, usi­łu­jąc sze­roko otwar­tymi oczami dać mu do zro­zu­mie­nia, że nie chcę teraz wał­ko­wać tej całej sprawy z ojcem i córką. Cal­lum marsz­czy brwi, ale jego uwagę odwraca Steve.

- Wła­śnie się pozna­wa­li­śmy, kiedy przy­je­cha­li­ście. I nie, to nie sen. Naprawdę prze­ży­łem.

Dwaj męż­czyźni przez chwilę przy­glą­dają się sobie nawza­jem. A potem ruszają naprzód, spo­ty­kają się w pół drogi i wymie­niają męski uścisk, któ­remu towa­rzy­szy przy­ja­ciel­skie pokle­py­wa­nie po ple­cach.

- Cho­lera, dobrze być w domu - mówi do sta­rego przy­ja­ciela Steve.

- Jak to moż­liwe? - dziwi się Cal­lum. - Gdzie, do dia­bła, byłeś przez ostat­nich dzie­więć mie­sięcy? Wyda­łem pięć milio­nów dola­rów na akcję poszu­ki­waw­czo-ratun­kową. - W jego gło­sie pobrzmiewa ni to zdu­mie­nie, ni to pre­ten­sja.

- Długo by mówić - przy­znaje Steve. - Może sią­dziemy gdzieś i opo­wiem wam...

Prze­rywa mu tupot na scho­dach. Na pode­ście poja­wiają się trzej naj­młodsi bra­cia Royal. Spoj­rze­nia ich nie­bie­skich oczu bły­ska­wicz­nie padają na Reeda.

- Mówi­łem, że wróci! - trium­fuje Easton, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie. Jego włosy przy­po­mi­nają stóg siana po ude­rze­niu pio­runa i ma na sobie wyłącz­nie bok­serki, to jed­nak nie prze­szka­dza mu natych­miast uści­skać brata. - Żyjesz?

- Spoko - bur­czy Reed.

Dołą­czają do nas Sawyer i Seba­stian i od razu zasy­pują ojca pyta­niami:

- Co się działo na poli­cji?

- Co będzie dalej?

Cal­lum wzdy­cha.

- Wycią­gną­łem z łóżka zna­jo­mego sędziego i przy­je­chał z samego rana wyzna­czyć kau­cję za Reeda. Jutro muszę dostar­czyć jego pasz­port. Na razie cze­kamy. Moż­liwe, że będziesz musiał zostać tu tro­chę dłu­żej, Steve - infor­muje mojego ojca. - Twoje miesz­ka­nie jest aktu­al­nie miej­scem zbrodni.

- Nie­moż­liwe! Czyżby ktoś wresz­cie sprząt­nął moją uko­chaną żonę? - pyta iro­nicz­nie Steve.

Wzdry­gam się zasko­czona. Dinah, żona Steve'a, to okropne, zło­śliwe bab­sko, ale i tak nie rozu­miem, jak może stroić sobie takie nie­smaczne żarty.

Cal­lum naj­wy­raź­niej podziela moje odczu­cia, bo odpo­wiada ostro:

- To nie było śmieszne, Steve. Nie, to Bro­oke nie żyje. A Reed został nie­słusz­nie oskar­żony o mor­der­stwo.

Palce Reeda zaci­skają się na mojej dłoni.

- Bro­oke? - Steve unosi brwi nie­mal do linii wło­sów. - Jak to się stało?

- Uraz głowy - mówi spo­koj­nie Reed. - I nie, nie zro­bi­łem tego.

Cal­lum patrzy z przy­ganą na syna.

- No co? - war­czy Reed. - Takie są fakty. Nie boję się fak­tów. Poje­cha­łem tam wczo­raj wie­czo­rem, bo Bro­oke do mnie zadzwo­niła. Was nie było, czu­łem się nie­źle, więc poje­cha­łem. Koniec histo­rii.

A twoje szwy?! - mam ochotę zawo­łać. - A krew, którą widzia­łam na twoim brzu­chu, kiedy wró­ci­łam z kola­cji?!

Słowa wię­zną mi w gar­dle, łapie mnie gwał­towny kaszel. Wszy­scy przez chwilę patrzą na mnie. Wresz­cie odzywa się Easton.

- W porządku, jeżeli taka jest ofi­cjalna wer­sja, to ja w to wcho­dzę.

Reed posęp­nieje.

- To nie żadna wer­sja, to prawda.

Easton kiwa głową.

- Jak już mówi­łem, total­nie w to wcho­dzę, bra­cie. - Jego spoj­rze­nie wędruje ku nowo przy­by­łemu. - Tak czy owak, wolał­bym jed­nak posłu­chać histo­rii Steve'a. Powrót z zaświa­tów? To dopiero jest mocne.

- Taaak, wczo­raj nie chciał nam nic powie­dzieć - skarży się Seba­stian, patrząc na ojca. - Upie­rał się, żeby zacze­kać na cie­bie.

Cal­lum znowu wzdy­cha.

- Może pój­dziemy do kuchni? Marzę o kawie. Od tej lury na komi­sa­ria­cie mam zgagę.

Idziemy za głową rodziny Roy­alów do wiel­kiej, nowo­cze­snej kuchni, w któ­rej zako­cha­łam się, gdy tylko tu zamiesz­ka­łam. Cal­lum włą­cza eks­pres do kawy, a my gro­ma­dzimy się przy stole. Sia­damy, jakby to była naj­zwy­klej­sza w świe­cie nie­dziela, a nie nie­dziela po tym, jak mój chło­pak został aresz­to­wany za mor­der­stwo, zaś czło­wiek uznany za zmar­łego wynu­rzył się z oce­anu, by poja­wić się na progu naszego domu. Nie wie­rzę, że to się dzieje naprawdę. Nic z tego nie rozu­miem. Nic.

Sie­dzący na sąsied­nim krze­śle Reed kła­dzie dłoń na moim udzie, choć nie jestem pewna, czy pró­buje w ten spo­sób dodać otu­chy mnie czy sobie. A może nam obojgu.

Easton siada i od razu przy­stę­puje do rze­czy.

- To powiesz nam wresz­cie, dla­czego nie zgi­ną­łeś? - pyta mojego ojca.

Steve uśmie­cha się słabo.

- Wciąż nie jestem pewny, czy się z tego cie­szy­cie czy wręcz prze­ciw­nie.

Ani jedno, ani dru­gie, ciśnie mi się na usta. W ostat­niej chwili gryzę się w język, ale to prawda. Czuję się tym jego powro­tem sko­ło­wana. I może tro­chę prze­ra­żona.

- Cie­szymy się! - odpo­wia­dają chó­rem bliź­niacy.

- Wia­domo - wtó­ruje im Easton.

- Jak to się stało, że żyjesz? - Tym razem pyta o to Reed. Jego głos brzmi natar­czy­wie, a dłoń prze­suwa się deli­kat­nie po moim udzie, jakby zda­wał sobie sprawę, jaka jestem spięta.

Steve opiera się wygod­niej na krze­śle.

- Nie wiem, co o tej wypra­wie powie­działa wam Dinah. O ile w ogóle coś mówiła.

- Że poje­cha­łeś latać na lotni i obie uprzęże zawio­dły - mówi Cal­lum, dołą­cza­jąc do nas. Sta­wia jedną fili­żankę przed Steve'em, po czym siada i wypija łyk ze swo­jej. - Dinah udało się otwo­rzyć wła­sny spa­do­chron ratun­kowy. Ty spa­dłeś do oce­anu. Przez cztery tygo­dnie szu­ka­łem two­jego ciała.

Na twa­rzy Steve'a poja­wia się krzywy uśmie­szek.

- I mówisz, że wyda­łeś tylko pięć milio­nów? Przy­osz­czę­dzi­łeś na mnie, sta­ruszku.

Cal­luma to nie śmie­szy. Jego twarz pozo­staje nie­ru­choma jak ściana klifu.

- Dla­czego nie wró­ci­łeś do domu zaraz po tym, jak zosta­łeś ura­to­wany? Minęło dzie­więć mie­sięcy, na litość boską!

Steve prze­suwa drżącą dło­nią po szczęce.

- Bo zosta­łem ura­to­wany dopiero parę dni temu.

- Co? - Cal­lum jest wyraź­nie zasko­czony. - To gdzie, u dia­bła, byłeś przez cały ten czas?!

- Nie wiem, czy to przez cho­robę czy przez nie­do­ży­wie­nie, ale nie wszystko pamię­tam. Morze wyrzu­ciło mnie na brzeg Tavi. To taka maleńka wysepka jakieś trzy­sta kilo­me­trów na wschód od Tonga. Byłem bar­dzo odwod­niony, tygo­dniami na prze­mian tra­ci­łem i odzy­ski­wa­łem przy­tom­ność. Zaopie­ko­wali się mną tubylcy i wró­cił­bym wcze­śniej, tylko że jedy­nym spo­so­bem opusz­cze­nia wyspy jest wypły­nię­cie kutrem rybac­kim, który przy­pływa mniej wię­cej dwa razy w roku, żeby han­dlo­wać z miej­sco­wymi.

Mówi twój ojciec, powta­rzam sobie. Stu­diuję jego twarz w poszu­ki­wa­niu podo­bień­stwa, ale nie dostrze­gam u nas żad­nych cech wspól­nych oprócz koloru oczu. Mam rysy mamy, jej syl­wetkę, jej włosy. Jestem młod­szą, nie­bie­sko­oką wer­sją Mag­gie Har­per, która widocz­nie nie zro­biła na Ste­vie wiel­kiego wra­że­nia, skoro nie roz­po­znaje jej we mnie.

- Oka­zało się, że ci wyspia­rze zbie­rają jaja jakiejś szcze­gól­nej odmiany mew, a w Azji ucho­dzą one za przy­smak. Dzięki temu kuter rybacki zabrał mnie do Tonga i tam udało mi się wypro­sić trans­port do Syd­ney. - Wypija łyk kawy, po czym wygła­sza komen­tarz, który w tej sytu­acji brzmi dziw­nie nie­wy­star­cza­jąco: - To cud, że żyję.

- Kiedy dotar­łeś do Syd­ney? - pyta Seba­stian.

Steve w zamy­śle­niu wydyma usta.

- Nie pamię­tam - mówi. - Powie­dział­bym, że może ze trzy dni temu.

Cal­lum nie­ru­cho­mieje.

- I nie przy­szło ci do głowy, żeby zadzwo­nić i dać znać, że żyjesz?

- Mia­łem pewne sprawy, któ­rymi musia­łem się zająć - mówi zwięźle Steve. - Wie­dzia­łem, że jeżeli zadzwo­nię do cie­bie, to wsią­dziesz w naj­bliż­szy samo­lot, a nie chcia­łem, żeby coś mnie roz­pra­szało pod­czas szu­ka­nia odpo­wie­dzi.

- Odpo­wie­dzi? - powta­rza ostrzej­szym niż dotąd tonem Reed.

- Chcia­łem odszu­kać faceta, który kie­ro­wał wyprawą lot­niar­ską i odzy­skać swoje rze­czy. Pasz­port, port­fel, ubra­nia.

- I co, zna­la­złeś go? - pyta zain­try­go­wany całą histo­rią Easton.

Jak my wszy­scy.

- Nie. Do tej pory nie wia­domo, co się z nim stało. Kiedy się prze­ko­na­łem, że niczego wię­cej się nie dowiem, zgło­si­łem się w ame­ry­kań­skiej amba­sa­dzie, a oni pomo­gli mi wró­cić do domu. Pro­sto z lot­ni­ska poje­cha­łem do was.

- Dobrze, że nie do domu - mówi ponuro Cal­lum. - Mogli aresz­to­wać i cie­bie.

- Gdzie jest moja żona? - pyta nie­uf­nie Steve. - Dinah i Bro­oke były nie­roz­łączne.

- Dinah jest jesz­cze w Paryżu.

- Co tam robiły?

- Były na zaku­pach - mówi Cal­lum i milk­nie na chwilę. - Przed wese­lem Bro­oke.

Steve par­ska.

- Co za palant dał się tak wyro­lo­wać?

- Ja. - Cal­lum wska­zuje na sie­bie.

- Żar­tu­jesz.

- Była w ciąży. Myśla­łem, że to moje dziecko.

- Prze­cież mia­łeś wazek... - Steve milk­nie i szybko się roz­gląda, żeby spraw­dzić, czy ktoś zauwa­żył tę wpadkę.

- Wazek­to­mię? - koń­czy Easton.

Cal­lum zerka na mnie, a potem na syna.

- Wie­dzia­łeś o tym?

- Powie­dzia­łam im. - Wysu­wam pod­bró­dek. - W tym domu jest za dużo idio­tycz­nych tajem­nic.

- Też tak uwa­żam - przy­znaje Steve. Kie­ruje na mnie spoj­rze­nie swo­ich zna­jomo nie­bie­skich oczu. - Cal­lum - mówi, nie odry­wa­jąc ode mnie wzroku - skoro już odpo­wie­dzia­łem na wszyst­kie twoje pyta­nia, to może mógł­byś odpo­wie­dzieć na jedno moje. Kim jest ta zachwy­ca­jąca młoda kobieta?

Dłoń Reeda zaci­ska się na moim udzie. Supeł w moim żołądku przy­po­mina teraz grudę betonu, ale wiem, że prę­dzej czy póź­niej prawda będzie musiała wyjść na jaw, więc wła­ści­wie czemu nie teraz?

- Nie pozna­jesz mnie? - pytam, uśmie­cha­jąc się słabo. - Jestem twoją córką.

Rozdział 4 ELLA

Roz­dział 4

ELLA

Odno­szę wra­że­nie, że Steve O'Hal­lo­ran nie­czę­sto bywał zaska­ki­wany. Wygląda, jakby go auten­tycz­nie zatkało.

- Moją... - Urywa, spo­glą­da­jąc na Cal­luma, jakby cze­goś szu­kał. Pomocy? Wspar­cia? Trudno powie­dzieć.

Jak na faceta, który non­sza­lancko pyta, czy ktoś sprząt­nął jego żonę, wydaje się dziw­nie nie­przy­go­to­wany na nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie ze swoim dziec­kiem. Choć obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, to prze­cież znacz­nie mniej dra­ma­tyczna sytu­acja.

- ... córką - koń­czy łagod­nie Cal­lum.

Steve mruga ner­wowo.

- Czy pamię­tasz list, który otrzy­ma­łeś, zanim wyje­cha­li­ście z Dinah na wyprawę? - pyta Cal­lum.

Steve kręci powoli głową.

- List... Od kogo?

- Od matki Elli.

- Mag­gie - mówię ochry­płym gło­sem. Na myśl o mamie zawsze boli mnie serce. - Pozna­łeś ją osiem­na­ście lat temu, kiedy byłeś na prze­pu­stce. I...

- Ten­te­go­wa­li­ście się. Upra­wia­li­ście dam­sko-męską gim­na­stykę. Odwa­li­li­ście balety w pozio­mie - pod­suwa Easton.

- Mama Elli zaszła w ciążę - włą­cza się Cal­lum, zanim jego syn zdąży powie­dzieć te wszyst­kie nie­sto­sowne rze­czy, które ma na końcu języka. - Gdy tylko się zorien­to­wała, pró­bo­wała cię szu­kać, ale bez­sku­tecz­nie. A kiedy po latach zdia­gno­zo­wano u niej raka, napi­sała do two­jej daw­nej bazy w nadziei, że oni zdo­łają cię odna­leźć. I tak się stało. List dotarł do cie­bie przed samym wyjaz­dem.

Steve znowu mruga. Po kilku sekun­dach jego wzrok odzy­skuje ostrość i zaczyna mi się przy­glą­dać. Z cie­ka­wo­ścią. Zado­wo­le­niem.

Wiercę się na krze­śle, a Reed głasz­cze mnie po nodze, żeby dodać mi otu­chy. Wie, że nie lubię być w cen­trum uwagi, a teraz wszy­scy patrzą na mnie.

- Więc jesteś córką Mag­gie - mówi Steve tonem, w któ­rym pobrzmiewa mie­szanka zdu­mie­nia i zain­te­re­so­wa­nia. - Czy ona umarła?

Kiwam głową, bo gula w gar­dle nie pozwala mi wydo­być głosu.

- Jesteś... moją córką. - Wypo­wiada te słowa powoli, jakby je sma­ko­wał.

- Tak - udaje mi się wykrztu­sić.

- O ja cię. Rany. Dobra. - Prze­cze­suje dło­nią dłu­gie włosy. - Ja... - Uśmie­cha się pół­gęb­kiem. - Zdaje się, że mamy mnó­stwo do obga­da­nia, co?

Iskierka paniki wystar­cza, żeby w moim żołądku wybuchł pożar. Nie jestem na to gotowa. Nie wiem, o czym mia­ła­bym roz­ma­wiać z tym czło­wie­kiem ani jak się w jego obec­no­ści zacho­wać. Może i Roy­alo­wie znają Steve'a od lat, ale dla mnie to obca osoba.

- Moż­liwe - mam­ro­czę, wpa­tru­jąc się w swoje dło­nie. Cal­lum lituje się nade mną.

- To może pocze­kać, aż się roz­go­ścisz - mówi.

Steve zerka na sta­rego przy­ja­ciela.

- Mam nadzieję, że pozwo­lisz mi tu zostać, dopóki poli­cja nie zwolni mojego pen­tho­use'u?

- Jasne.

Mój nie­po­kój rośnie. Nie mógłby się zatrzy­mać w hotelu czy coś? Ow­szem, rezy­den­cja Roy­alów jest potężna, jed­nak na myśl o miesz­ka­niu pod jed­nym dachem z moim uzna­nym za nie­ży­ją­cego ojcem robię się ner­wowa.

Cho­ciaż, prawdę mówiąc, nie wiem dla­czego. Dla­czego wła­ści­wie nie rzu­cam się temu czło­wie­kowi na szyję, dzię­ku­jąc Bogu, że jed­nak żyje? Dla­czego nie wpa­dam w eufo­rię na myśl, że będę mogła go poznać?

Bo to obcy facet.

W tej chwili to jedyna odpo­wiedź. Nie znam Steve'a O'Hal­lo­rana i nie jestem dobra w dopusz­cza­niu do sie­bie nowych osób. Całe dzie­ciń­stwo prze­pro­wa­dza­łam się z miej­sca na miej­sce. Usi­ło­wa­łam nie zbli­żać się do nikogo, bo wie­dzia­łam, że mama prę­dzej czy póź­niej znowu nas spa­kuje, a to będzie ozna­czało roz­sta­nie.

Kiedy przy­je­cha­łam do Bay­view, też nie zamie­rza­łam się do nikogo się przy­wią­zy­wać. A jed­nak mam bli­ską przy­ja­ciółkę, chło­paka, przy­szy­wa­nych braci, któ­rych uwiel­biam, i Cal­luma - męż­czy­znę, który, cho­ciaż jest nie­źle pokrę­cony, stał się dla mnie kimś w rodzaju ojca.

Nie wiem, jakie miej­sce zaj­muje w tym wszyst­kim Steve.

Za wcze­śnie na to, żeby go gdzieś ulo­ko­wać.

- W ten spo­sób Ella i ja będziemy mieli oka­zję się poznać na jej tere­nie - mówi Steve, a ja zdaję sobie sprawę, że się do mnie uśmie­cha.

Silę się na uśmiech.

- Byczo.

Byczo?

Reed prze­kor­nie szczy­pie mnie w udo. Odwra­cam się i widzę, że robi, co może, żeby nie par­sk­nąć śmie­chem. Taa. Może nie tylko Steve jest w szoku.

Szczę­śli­wie roz­mowa wkrótce scho­dzi na Atlan­tic Avia­tion - firmę Cal­luma i Steve'a. Zauwa­żam, że Steve wcale nie wydaje się zain­te­re­so­wany szcze­gó­łami pro­jektu, o któ­rym mówią, uży­wa­jąc nie­zro­zu­mia­łych ter­mi­nów. Cal­lum powie­dział kie­dyś, że zre­ali­zo­wali sporo zadań dla rządu. W końcu obaj męż­czyźni prze­pra­szają i zni­kają w gabi­ne­cie, żeby przej­rzeć ostatni raport kwar­talny.

Kiedy zostaję sama z chło­pa­kami, przy­glą­dam się ich twa­rzom w poszu­ki­wa­niu oznak prze­ra­że­nia. Nikt nic nie mówi.

- Upiorne, co? - wyrzu­cam z sie­bie. - To zna­czy, on wła­śnie wró­cił zza światów.

Easton wzru­sza ramio­nami.

- Mówi­łem, że wujek Steve to nie­zły zawod­nik.

Sawyer rży.

Zer­kam zanie­po­ko­jona na Reeda.

- Czy to zna­czy, że będę musiała zamiesz­kać z nim i z Dinah?

To przy­wo­łuje wszyst­kich do porządku.

- Mowy nie ma - mówi natych­miast Reed. Cicho i zde­cy­do­wa­nie. - Mój tata jest twoim opie­ku­nem praw­nym.

- Ale Steve jest moim ojcem. Jeżeli będzie chciał, żebym z nim zamiesz­kała, to nie będę miała wyj­ścia.

- Nie. Ma. Mowy.

- Zapo­mnij - wtó­ruje mu Easton. Nawet bliź­niacy sta­now­czo kiwają gło­wami.

Robi mi się cie­pło na sercu. Cza­sem wciąż nie mogę uwie­rzyć, że kiedy tu zamiesz­ka­łam, nie mogli­śmy ze sobą wytrzy­mać. Reed robił, co mógł, żeby uprzy­krzyć mi życie. Jego bra­cia albo ze mnie szy­dzili albo mnie igno­ro­wali. Codzien­nie myśla­łam o ucieczce.

A teraz nie wyobra­żam sobie życia bez Roy­alów.

Ogar­nia mnie kolejna fala nie­po­koju na myśl o tym, gdzie Reed spę­dził noc. Jeśli poli­cja uwie­rzy, że zabił Bro­oke, jest zupeł­nie praw­do­po­dobne, że będę musiała żyć bez niego.

- Chodźmy na górę - mówię drżą­cym gło­sem. - Chcę, żebyś mi opo­wie­dział, co się działo na poli­cji.

Reed kiwa głową i wstaje bez słowa. Kiedy Easton idzie w jego ślady, Reed unosi rękę.

- Póź­niej ci wszystko powiem. Naj­pierw chcę poga­dać z Ellą.

Easton chyba widzi panikę w moich oczach, bo pierw­szy raz, odkąd pamię­tam, robi to, o co się go prosi.

Spla­tamy dło­nie i idziemy z Reedem po tyl­nych scho­dach na pię­tro. Gdy tylko jeste­śmy sami w moim pokoju, zamyka drzwi na klucz i bie­rze mnie w ramiona.

Jego usta odnaj­dują moje. Nasz poca­łu­nek jest gorący, roz­pacz­liwy, zachłanny. Sądzi­łam, że jestem zbyt wyczer­pana, żeby odczu­wać cokol­wiek oprócz, cóż... wyczer­pa­nia. Tym­cza­sem gdy wprawne usta Reeda pro­wa­dzą mnie na skraj zapo­mnie­nia, czuję, jak moje ciało napina się i wyrywa do niego.

Kiedy się odsuwa, wydaję z sie­bie jęk pro­te­stu. Reed chi­cho­cze.

- Myśla­łem, że chcesz roz­ma­wiać - przy­po­mina mi.

- To ty mnie poca­ło­wa­łeś - mówię z pre­ten­sją. - Jak mam się sku­pić na roz­mo­wie, skoro twój język jest w moich ustach?

Cią­gnie mnie na łóżko. Kła­dziemy się przo­dem do sie­bie i spla­tamy nogi.

- Bałeś się? - szep­czę.

Jego osza­ła­mia­jąca twarz mięk­nie.

- Ani tro­chę.

- Aresz­to­wali cię za mor­der­stwo - mówię z bólem. - Ja bym się bała.

- Nikogo nie zabi­łem, Ello. - Wyciąga rękę i deli­kat­nie głasz­cze mnie po policzku. - Przy­się­gam, Bro­oke żyła, kiedy wycho­dzi­łem z pen­tho­use'u.

- Wie­rzę ci.

Naprawdę mu wie­rzę. Reed nie jest mor­dercą. Ma swoje wady, milion wad, ale ni­gdy, przeni­gdy nie ode­brałby nikomu życia.

- Dla­czego mi nie wspo­mnia­łeś, że się tam wybie­rasz? - zapy­ta­łam z wyrzu­tem. - Co Bro­oke ci powie­działa? I ta krew na twoim boku...

- Nacią­gną­łem sobie szwy. Nie kła­ma­łem. To musiało się stać w dro­dze do domu, bo wcze­śniej nie krwa­wi­łem. I nie powie­dzia­łem ci, bo kiedy wró­ci­li­ście, byłem naćpany lekami, a potem sku­pi­li­śmy się na czymś przy­jem­niej­szym... - Wzdy­cha. - Wyle­ciało mi to z głowy. I szcze­rze mówiąc, w ogóle nie uwa­ża­łem, że to ważne. Mia­łem wspo­mnieć ci o tym rano.

W jego oczach i gło­sie nie ma ani odro­biny fał­szu.

Wtu­lam twarz w jego dłoń, która wciąż jest na moim policzku.

- Chciała od cie­bie pie­nię­dzy?

- Tak - mówi bez­na­mięt­nie. - Świ­ro­wała, że tata zamó­wił testy gene­tyczne. Chciała dobić targu: żebym ja jej prze­pi­sał swój fun­dusz powier­ni­czy, a ona weź­mie kasę i znik­nie. Nie musie­li­by­śmy jej wię­cej oglą­dać.

- A ty odmó­wi­łeś?

- Jasne, że odmó­wi­łem. Nie mia­łem zamiaru jej pła­cić zła­ma­nego gro­sza. Testy DNA i tak wyka­za­łyby, że dziecko nie jest moje ani taty. Stwier­dzi­łem, że wystar­czy zacze­kać. - Jego nie­bie­skie oczy ciem­nieją. - Nie sądzi­łem, że tak skoń­czy.

- Myślisz, że to był wypa­dek?

Chwy­tam się czego popad­nie, ale prawdę mówiąc, nic z tego nie rozu­miem. Bro­oke jest... była okropna, lecz nikt z nas nie życzył jej śmierci.

Żeby sobie poszła - ow­szem, może. Ale nie żeby umarła.

A przy­naj­mniej ja jej tego nie życzy­łam.

- Nie mam poję­cia - odpo­wiada Reed. - Nie zdzi­wił­bym się, gdyby Bro­oke miała wro­gów, o któ­rych nie wie­dzie­li­śmy. Mogła nadep­nąć na odcisk komuś dosta­tecz­nie pod­łemu, żeby jej ukrę­cił łeb.

Krzy­wię się.

- Prze­pra­szam - szep­cze szybko.

Sia­dam i prze­cie­ram zmę­czone oczy.

- Co mają na cie­bie gliny?

- Mają nagra­nie wideo, na któ­rym widać, jak wcho­dzę i wycho­dzę z budynku - przy­znaje. - I coś jesz­cze.

- Co?

- Nie wiem. Nie chcą powie­dzieć. Praw­nik taty mówi, że to nor­malne. Dopiero for­mu­łują zarzuty.

Znowu robi mi się nie­do­brze.

- Nie posta­wią ci żad­nych zarzu­tów. Nie mogą. - Moje płuca odma­wiają posłu­szeń­stwa, nie mogę oddy­chać. - Nie możesz iść do wię­zie­nia, Reed.

- Nie pójdę.

- Skąd wiesz?! - Zry­wam się z łóżka. - Wyjedźmy stąd. Teraz. Ty i ja. Już cię spa­ko­wa­łam.

Reed pod­nosi się zdu­miony.

- Ello...

- Mówię poważ­nie - prze­ry­wam mu. - Mam fał­szywy dowód oso­bi­sty i dzie­sięć kawał­ków w gotówce. Ty też masz fał­szywy dowód, prawda?

- Ello...

- Mogli­by­śmy zacząć wszystko od początku - mówię w roz­pa­czy. - Zna­la­zła­bym pracę jako kel­nerka, ty pra­co­wał­byś na budo­wie.

- I co potem? - pyta. Jego głos jest łagodny, podob­nie jak dotyk. Wstaje i przy­ciąga mnie do sie­bie. - Będziemy się ukry­wali do końca życia? Oglą­dali za sie­bie, bojąc się, że nas znajdą i mnie wsa­dzą?

Przy­gry­zam wargę. Mocno.

- Nazy­wam się Royal, kocha­nie. Ja nie ucie­kam. Wal­czę. - Jego oczy stają się twarde jak stal. - Nikogo nie zabi­łem i nie pójdę sie­dzieć za coś, czego nie zro­bi­łem. Obie­cuję ci.

Dla­czego wszy­scy uwa­żają, że powinni mi coś obie­cy­wać? Nie wie­dzą, że obiet­nice są po to, żeby je łamać?

Reed ści­ska mnie za ramię.

- Te całe lipne zarzuty łatwo będzie ode­przeć. Praw­nicy taty nie pozwolą...

Prze­rywa mu piskliwy krzyk.

Oboje odwra­camy się do drzwi, lecz krzyk nie dobiega z pię­tra. Ktoś wrzesz­czy na dole.

Wybie­gamy z pokoju i wpa­damy na podest rów­no­cze­śnie z Easto­nem.

- Co to, do dia­bła, było? - pyta Easton.

To była Dinah O'Hal­lo­ran. Prze­ko­nuję się o tym, gdy wychy­lam się przez balu­stradę. Żona Steve'a. Stoi na środku salonu, blada jak ściana, i z jedną ręką unie­sioną wpa­truje się wytrzesz­czo­nymi oczami w swo­jego zmar­twych­wsta­łego męża.

- Co się tutaj dzieje?! - krzy­czy prze­ra­żona. - Skąd się tu wzią­łeś?

- Ja też się cie­szę, że cię widzę, Dinah. Cudow­nie cię znowu zoba­czyć - roz­lega się łagodny głos mojego ojca.

- Ty... ty... - jąka się. - Ty nie żyjesz! Ty zgi­ną­łeś!

- Przy­kro mi, że muszę cię roz­cza­ro­wać, ale jestem jak naj­bar­dziej żywy.

Dobiega nas odgłos kro­ków, a potem obok Steve'a poja­wia się Cal­lum.

- Dinah - mówi sztywno. - Mia­łem do cie­bie zadzwo­nić.

- To dla­czego nie zadzwo­ni­łeś?! - wrzesz­czy, chwie­jąc się na swo­ich dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych obca­sach. - Tak trudno było się­gnąć po tele­fon, żeby mi powie­dzieć, że mój mąż żyje?!

Naprawdę, nie prze­pa­dam za Dinah, a jed­nak w tej chwili szcze­rze jej współ­czuję. Jest wyraź­nie zszo­ko­wana i zdez­o­rien­to­wana i wcale jej się nie dzi­wię. Weszła do naszego domu i zoba­czyła ducha.

- Co ty tu robisz? - pyta żonę Steve. W obo­jęt­nym tonie jego głosu jest coś iry­tu­ją­cego.

Wiem, że Dinah to suka, ale czy nie mógłby jej cho­ciaż przy­tu­lić albo coś? Jest jego żoną.

- Przy­szłam się zoba­czyć z Cal­lu­mem. - Dinah nie prze­staje mru­gać, jakby wciąż nie miała pew­no­ści, czy Steve naprawdę tam jest czy to tylko halu­cy­na­cje. - Poli­cja... Zosta­wili mi wia­do­mość. Powie­dzieli, że mój pen­tho­use... Nasz pen­tho­use... - popra­wia pospiesz­nie - ... że to miej­sce zbrodni.

Chcia­ła­bym widzieć minę Steve'a, lecz stoi tyłem do scho­dów. Jedy­nie wyraz twa­rzy Dinah może mi coś powie­dzieć o jego reak­cji, a nie ulega wąt­pli­wo­ści, że tylko potę­guje ona jej wzbu­rze­nie.

- Powie­dzieli mi, że Bro­oke nie żyje.

- Na to wygląda - potwier­dza Cal­lum.

- Dla­czego? - lamen­tuje Dinah. Jej głos wyraź­nie drży. - Co jej się stało?

- Jesz­cze nie wiemy...

- Gówno prawda! Detek­tyw mówił, że prze­słu­chali podej­rza­nego.

Reed i ja powoli się cofamy, ale jest już za późno. Dinah zdą­żyła nas zauwa­żyć. Prze­szywa nas spoj­rze­niem swo­ich zie­lo­nych oczu i krzy­czy oskar­ży­ciel­sko:

- To on, prawda? Reed jej to zro­bił!

Cal­lum robi krok naprzód i poja­wia się w zasięgu mojego wzroku. Jego ramiona przy­po­mi­nają dwie bryły gra­nitu, sztywne i nie­ugięte.

- Reed nie miał z tym nic wspól­nego.

- Nosiła jego dziecko! Miał z tym bar­dzo dużo wspól­nego!

Wzdry­gam się.

- Chodź - mówi pół­gło­sem Reed, bio­rąc mnie za rękę. - Nie musimy tego słu­chać.

Ale słu­chamy. I będziemy tego słu­chali cią­gle, kiedy rozej­dzie się wieść o śmierci Bro­oke. Wkrótce wszy­scy się dowie­dzą, że ona i Reed mieli romans. Wszy­scy będą wie­dzieli, że była w ciąży, że on przy­je­chał tam­tego wie­czoru do pen­tho­use'u Dinah, że prze­słu­chi­wała go poli­cja i jest podej­rzany o jej zamor­do­wa­nie.

Gdy plotka się rozej­dzie, ludzie natych­miast go osą­dzą, a Dinah O'Hal­lo­ran pierw­sza rzuci kamie­niem.

Biorę głę­boki wdech w nadziei, że uda mi się uspo­koić, ale nic z tego. Ręce mi się trzęsą. Moje serce łomo­cze, z każ­dym jego ude­rze­niem dotkli­wiej odczu­wam strach, który prze­szywa mnie do szpiku kości.

- Nie mogę cię stra­cić - szep­czę.

- Nie stra­cisz - zapew­nia, odciąga mnie od balu­strady i bie­rze w ramiona.

Easton znika w swoim pokoju, a ja przy­ci­skam twarz do umię­śnio­nej piersi Reeda.

- Wszystko będzie dobrze - mówi ochry­ple, wsu­wa­jąc dło­nie w moje włosy.

Czuję na policzku ude­rze­nia jego serca. Bije spo­koj­niej niż moje. Mocno i równo. On się nie boi.

A skoro Reed, który wła­śnie został aresz­to­wany, się nie boi, to ja tym bar­dziej nie powin­nam. Muszę czer­pać od niego siłę i spo­kój, uwie­rzyć, że kie­dyś może wresz­cie w moim porą­ba­nym życiu wszystko będzie dobrze.

Rozdział 5 REED

Roz­dział 5

REED

- No to wieść już się chyba roz­nio­sła - mówi pół­gło­sem Easton.

Upy­cham w szafce swoje kla­moty i roz­glą­dam się po pomiesz­cze­niu. Zwy­kle przed poran­nym tre­nin­giem w szatni panuje wrzawa, wszy­scy sobie żar­tują, a dzi­siaj nikt się nie odzywa. Nie­któ­rzy odwra­cają wzrok, żeby nie patrzeć mi w oczy. W końcu zer­kam na Wade'a, który pusz­cza oko i poka­zuje mi unie­sione kciuki. Nie jestem pewny, co to ma zna­czyć, ale doce­niam ten gest. Odpo­wia­dam mu krót­kim ski­nie­niem głowy.

Obok niego stoi Liam Hun­ter z ataku i mie­rzy mnie wzro­kiem. Jesz­cze raz kiwam głową, żeby go wku­rzyć. Może się na mnie rzuci i wyła­du­jemy się na pod­ło­dze. Pod­no­szę ręce, zachę­ca­jąc go, żeby pod­szedł, ale wtedy w uszach dźwię­czy mi prze­stroga praw­nika: "Żad­nych bójek. Żad­nych kar. Żad­nych pro­ble­mów w szkole".

Kiedy Grier recy­to­wał instruk­cje przed komi­sa­ria­tem, tata stał obok z surową miną. "Jeden fał­szywy krok i pro­ku­ra­tor cię zała­twi. Pamię­taj, że w zeszłym roku byłeś oskar­żony o napaść, kiedy sko­pa­łeś tyłek temu chło­pa­kowi".

Pogry­złem sobie cały język, powstrzy­mu­jąc się od dys­ku­sji. Grier dobrze wie, dla­czego zro­bi­łem gościowi z gęby jesień śre­dnio­wie­cza i że w życiu nie pod­niósł­bym ręki na kobietę.

Cho­ciaż jeżeli o jakiej­kol­wiek kobie­cie można powie­dzieć, że pro­siła się o łomot, to z całą pew­no­ścią o Bro­oke David­son. Nie zabi­łem jej, ale nie ukry­wam, że nie jest mi przy­kro z powodu jej śmierci.

- Nie powinno cię tu być - sły­szę za ple­cami cichy, wzbu­rzony głos.

Wyj­muję ze spor­to­wej torby pla­ster i odwra­cam się. To Ronald Rich­mond.

- Serio? - pytam non­sza­lancko, sia­da­jąc na meta­lo­wej wyście­ła­nej ławce przed swoją szafką.

- Tre­ner wyko­pał Briana Maussa tylko dla­tego, że przy­pad­kiem ude­rzył swoją dziew­czynę.

Prze­wra­cam oczami.

- Bo przez przy­pa­dek upa­dła twa­rzą na jego pięść i przez trzy tygo­dnie miała pod­bite oko? Aż trzeba było popra­wiać w Pho­to­sho­pie jej zdję­cia z powi­ta­nia absol­wen­tów? O tym przy­padku mówisz?

Z boku sły­szę prych­nię­cie Eastona. Koń­czę pla­stro­wa­nie rąk i rzu­cam bratu pla­ster.

Ron­nie łypie na mnie gniew­nie.

- Mniej wię­cej taki przy­pa­dek jak sprząt­nię­cie wie­śniac­kiej dziew­czyny two­jego sta­rego.

- Dzięki za zapro­sze­nie od Briana Dam­skiego Bok­sera, ale nikogo nie zabi­łem. - Uśmie­cham się do niego tak przy­jaź­nie, jak tylko potra­fię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki