Pakt z aniołem - Paweł Oblizajek

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiek zwykły,

jako, że dwa ramiona posiada,

wpół słucha głosu Diabła, wpół Anioła,

bo obie istoty w nim tkwią.

Błędami młodość wypełni on;

grzechami przez Pana spisanymi;

noce zaś wypełnione snami,

których owe są atramentem. Narodzony w kraju,

którego ziemia rozdarta

zniknąć z map dwa razy była;

dnia pierwszego,

miesiąca dziewiątego

nadejdzie.

I choć on zwykłym

człowiekiem

nazywany być nie może,

to w zwykłości

niezwykłość jego

będzie rozpoznana.

I wiele zależeć

od niego

będzie.

- Proroctwo o. Maksyma

***

Chwilę potem gentlemeńskim gestem otworzył szeroko drzwi by mogła wejść do środka i pojechali.

Znów do Konina.

Miała ochotę na herbatę, a w tym mieście tylko w Ferio dawali coś co ją przypominało.

I kiedy już usiedli i zamówili... Czas znów się rozpłynął.

Mieli swój język. Patrzyli na siebie i rozmawiali. Rozmawiali i patrzyli na siebie. Nie było tematu, którego nie mógł przy niej poruszyć, nie było chwili, w której martwiłby się, że go wyśmieje, oleje, albo nie odpowie. I nawet nie wiedziała ile to dla niego znaczy.

I jedna filiżanka herbaty, kropla po kropli, gorzkie, bo oboje przejęci sobą zapomnieli dodać cukru, zamieniła się w cały wieczór. Cały wieczór, który znów nieubłaganie zbliżał się do momentu, w którym się rozstaną.

Zawiózł ją tam, gdzie ostatnio.

I już wtedy, w drodze, wyczuł, że coś jest nie tak.

Że coś się dzieje.

Coś, co być może wcale nie powinno się dziać.

Wydawała się nieobecna. Jakby coś jej chodziło po głowie, i chciało się wyrwać na zewnątrz, ale ściśnięte - być może przez nerwy, a może przez niepewność - gardło w tym przeszkadzało.

Dopiero, kiedy zapytał, przemogła się i odezwała.

- Czego oczekujesz... - niemal szepnęła. Nieśmiały głos, który go onieśmielał w ten cudowny sposób, który gwarantował, jak pewniak, że w końcu... Że w końcu i on doczeka spełnienia. - Wiesz, przyjaźń? - Uniosła brwi. - Koleżeństwo? Związek?

***

I tam, wtedy, na tym przeklętym polu, patrząc w niebo jak Indianie widząc pierwszego satelitę, wrzasnął:

- Boże! Zabije Cię za to co zrobiłeś! Ja... Tak... - roześmiał się opętańczo. - Zabiję cię! Ja sam znajdę metodę... Znajdę sposób. Wyrwę ci serce i wetknę ludzkie ścierwo w ten krater. Zobaczysz, zobaczysz aniołeczku jak to jest być człowiekiem. Zobaczysz jak to jest być kimś kto pragnie kochać, kto pragnie być kochanym... Kto żałuje... Cały czas żałuje... Zobaczysz, jak to jest. Zobaczysz dlaczego nie powinieneś wtykać się w ludzkie uczucia. Zniszczę. Zniszczę cię.

Czuł, że łzy napływają mu do oczu. Wściekłe łzy, których nie potrafił powstrzymać, a może nawet nie chciał, podobnie zresztą jak tego krzyku, wrzasku zranionego człowieka. A księżyc, ten pieprzony księżyc, oczywiście musiał mu odpowiedzieć.

Wszystko wokół zniknęło nagle w ciemnościach. Jakby ktoś nagle zgasił całe światło we wszechświecie. I już się miał ruszyć, powlec przed siebie, kiedy nagły błysk oślepił go, i niemal zwalił z nóg. Piorun trzasnął tuż przed nim. Musiał, nie było innego wytłumaczenia na osmaloną kępkę zaschłej trawy i ten paskudny, wypełniony elektrycznością smród powietrza. I wszystko znów wróciło do normy... Księżyc był na miejscu, znów blady jak sam skurwysyn. A on, powlókł się do babki.

Kiedy otworzyła drzwi, w jego głowie plan już był niemal ukończony. Zabrał rzeczy, pocałował babkę w czoło, a kiedy wrzucał torbę do bagażnika rozdzwonił się telefon.

- Patryk - westchnął nad wspomnieniem zrzucając przy tym gotową jajecznicę na talerz.

Pytał co robi. Akurat teraz, gdy już się zbierał do wyjazdu.

Akurat gdy...

Zawahał się na moment, stając tuż przy odsuniętym od blatu stołu krześle.