Pako - Agnieszka Lingas-Łoniewska

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Mr Kit­ty, After Dark

Ten so­bot­ni wie­czór w Pro­za­cu ni­czym nie ró­żnił się od zwy­kłe­go so­bot­nie­go me­la­nżu. Mu­zy­ka, dud­ni­ące basy, wy­stępy tan­ce­rek, świa­tła, dym, wóda, la­ski, pro­chy. Dzień jak co dzień, a ra­czej noc jak ka­żda. Już daw­no wsi­ąkłem w ten kli­mat i te­raz nie wy­obra­ża­łem so­bie in­nej mo­żli­wo­ści spędza­nia cza­su. Poza tym by­łem tu­taj sze­fem i pil­no­wa­łem biz­ne­sów mo­je­go bos­sa, Reno. Ale dzi­siaj... sy­tu­acja chy­ba wy­gląda­ła tro­chę ina­czej. W jed­nej z lóż ba­wi­ły się ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny, któ­re sza­la­ły z oka­zji wie­czor­ku pa­nie­ńskie­go jed­nej z nich. Przy­szła pan­na mło­da... spra­wia­ła wra­że­nie śred­nio ucie­szo­nej, co mnie z jed­nej stro­ny bar­dzo ura­do­wa­ło, a z dru­giej tro­chę prze­ra­zi­ło. Sam do ko­ńca nie wie­dzia­łem, jak po­de­jść do te­ma­tu. Kie­dy ja­kiś czas temu ta dziew­czy­na po­ja­wi­ła się w klu­bie, nie wie­dzieć cze­mu od razu zwró­ci­ła moją uwa­gę. Oczy­wi­ście nie było w tym nic dziw­ne­go, bo zwy­kle ład­ne la­ski zwra­ca­ły moją uwa­gę. Ale ta ru­do­wło­sa... kur­czę... Było w niej coś ta­kie­go, że nie mo­głem ode­rwać od niej oczu. Ja­kaś taka ulot­na de­li­kat­no­ść, nie­win­no­ść, na­iw­no­ść może też. Po­czu­łem zew krwi. Jak­bym za­mie­nił się w dra­pie­żni­ka, a ona moją przy­szłą ofia­rę. Wróć. By­łem prze­cież dra­pie­żni­kiem. I cho­ler­nie uwiel­bia­łem ba­wić się w po­lo­wa­nia. To nada­wa­ło ryt­mu mo­je­mu ży­ciu, bo nic mnie tak nie na­kręca­ło jak za­ba­wa. Pew­nie w in­nym wcie­le­niu ży­łem jako kot, one wszak ko­cha­ją za­ba­wić się z upo­lo­wa­ny­mi ofia­ra­mi. Poza tym... ta ru­do­wło­sa pan­na wy­da­wa­ła się zu­pe­łnie nie pa­so­wać do klu­bo­wych kli­ma­tów, bo zwy­kle dziew­czy­ny, któ­re tu­taj przy­by­wa­ły i spo­gląda­ły na mnie z wy­ra­źną pro­po­zy­cją, nada­wa­ły na zna­jo­mych fa­lach. Coś w kli­ma­cie: pa­trzę na cie­bie, a ty wej­dź we mnie. Ostat­nio tro­chę mnie to nu­ży­ło, bo na­praw­dę nie mu­sia­łem się już na­wet w naj­mniej­szym stop­niu sta­rać. Twa­rze, cyc­ki, dupy, to wszyst­ko mie­sza­ło się, za­ma­zy­wa­ło, na­wet nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć, z jaką la­ską by­łem, jak wy­gląda­ła, do­pa­so­wać kszta­łtu cyc­ków do twa­rzy, o imie­niu nie wspo­mi­na­jąc. Ko­bie­ty za­mie­ni­ły się w jed­ną wiel­ką masę prze­wa­la­jących się przez moje łó­żko ciał, a ja sta­łem się tym, któ­ry w tym wszyst­kim usi­ło­wał się od­na­le­źć i wy­jść na pro­stą. Tym­cza­sem ruda... to była ca­łkiem inna baj­ka. Inna pla­ne­ta. A te­raz ba­wi­ła się na swo­im wie­czo­rze pa­nie­ńskim i co rusz zer­ka­ła na mnie. Roz­ma­wia­łem z nią do tej pory dwa razy i dzi­siaj zno­wu się z nią spo­tka­łem. Naj­pierw ob­ser­wo­wa­łem ją na ekra­nie mo­ni­to­ra w moim ga­bi­ne­cie, a po­tem... Mu­sia­łem z nią po­ga­dać. A jesz­cze pó­źniej boss uświa­do­mił mi to, kim ona jest. Kaja. Sio­stra na­szej zna­jo­mej luk­su­so­wej pani do­brych oby­cza­jów. Haj­ta­ła się ze star­szym od sie­bie o dwa­dzie­ścia lat go­ściem. Je­rzy Do­man, pro­du­cent mu­zycz­ny. Wiel­bi­ciel mło­dych dziew­czyn. Gnój, któ­ry... Po­trząsnąłem gło­wą. Nie, stwier­dzi­łem, że nie będę po­now­nie w to wcho­dził. Ale kom­plet­nie nie po­tra­fi­łem tego po­jąć. Jak Rita mo­gła na to po­zwo­lić! Lecz wie­dzia­łem jed­no. Nie ma opcji, że fa­cet do­sta­nie ją w swo­je łapy. Nie ma, kur­wa, opcji!

Wy­sze­dłem z mo­je­go ga­bi­ne­tu, bo mu­sia­łem po­roz­ma­wiać z tą dziew­czy­ną. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to, kim była, za kogo wy­cho­dzi­ła, nie mar­twi­łem się fak­tem, że boss ka­zał mi się od tego od­je­bać. Zbyt wie­le wspo­mnień, zbyt wie­le bólu, za dużo gów­na zwi­ąza­ne­go z tym, co wy­da­rzy­ło się w moim ży­ciu. Nie za­mie­rza­łem od­pu­ścić. Za­wsze tak było - kie­dy się w coś wkręca­łem, pa­rłem do przo­du, bez względu na kon­se­kwen­cje.

Pod­sze­dłem do loży dziew­czyn, wi­dzia­łem, że są już nie­źle wsta­wio­ne. Ale przy­szła pan­na mło­da (co za chu­jo­we okre­śle­nie!) wy­gląda­ła na ca­łkiem trze­źwą. I albo się my­li­łem, albo na­praw­dę to do­strze­głem - błysk ra­do­ści w jej zie­lo­nych oczach, gdy mnie doj­rza­ła. Ruda była nie­wy­so­ka, kszta­łt­na, z faj­ny­mi cyc­ka­mi, no po pro­stu za­je­bi­sta, mu­sia­łem to przy­znać. Za mło­da i zbyt nie­win­na, ale ład­na. I gdy po­my­śla­łem, że ten gnój po­ło­żył lub po­ło­ży na niej swo­je brud­ne łapy... ogar­niał mnie wkurw po­mie­sza­ny z de­ter­mi­na­cją.

Sta­nąłem przy ba­rze i nie spusz­cza­łem z niej wzro­ku. Mój czło­wiek, Mi­ętus, pod­sze­dł do mnie, rzu­cił okiem na ba­wi­ące się la­ski i po­wie­dział ci­cho:

- Przy­szli bie­ga­cze. Mają ja­kiś pro­blem. Mam się tym za­jąć?

- Uwiel­biam pro­ble­my. - Wes­tchnąłem. - Da­waj ich do mnie. - Kiw­nąłem gło­wą, na­dal wpa­tru­jąc się w rudą. Ta uda­wa­ła, że nie zer­ka w moją stro­nę, ale ja­koś ją przy­ci­ąga­łem, więc co rusz na mnie spo­gląda­ła.

- Faj­na ta pan­na mło­da, nie, sze­fie? - Mi­ętus uśmiech­nął się sze­ro­ko.

- Nu­dzi ci się? - Zmarsz­czy­łem brwi.

- Nie, no, luz. Już idę po lesz­czy.

Ru­szy­łem do ga­bi­ne­tu, po dro­dze spoj­rza­łem na Ali­nę, któ­ra przy­go­to­wy­wa­ła się do wy­stępu. Wy­gląda­ła na wkur­wio­ną. Mia­łem na­dzie­ję, że mój przy­ja­ciel coś zro­bi z tą dziew­czy­ną, bo czu­łem tu­taj nad nimi wiel­ką bom­bę, któ­ra mo­gła w ka­żdej chwi­li wy­buch­nąć.

Usia­dłem za biur­kiem, przyj­mu­jąc moją zwy­kłą po­sta­wę mó­wi­ącą "wy­pier­da­lać". Po chwi­li w po­miesz­cze­niu po­ja­wił się Mi­ętus w to­wa­rzy­stwie na­szych trzech di­le­rów.

- Co się uro­dzi­ło?

- Zno­wu ja­kaś gów­na­że­ria la­ta­ła z bie­lą. - Ka­losz, wy­so­ki, chu­dy gość o wy­glądzie in­for­ma­ty­ka, wy­stąpił na­przód.

- Gdzie?

- Wszędzie. Na na­szym te­re­nie. Głów­nie w Pa­ra­noi.

W tym klu­bie też mie­li­śmy udzia­ły.

- Mie­li ta­niej - do­dał dru­gi, na któ­re­go wo­ła­li­śmy Pa­skud, bo był, kur­wa, jak z ob­raz­ka.

Spoj­rza­łem na Mi­ętu­sa.

- Zor­ga­ni­zuj to. Mu­si­my się tam po­ja­wić i po­ga­dać z me­na­dże­rem.

- Tak jest.

- Ma­cie dzi­siaj coś dla mnie? - Spoj­rza­łem na bie­ga­czy.

Po­ki­wa­li gło­wa­mi i za­częli roz­li­czać się z to­wa­ru. Oczy­wi­ście co do gro­si­ka. Byli uczci­wi, poza tym wie­dzie­li, że ro­bie­nie nas w wała ma fi­nał w dru­cia­nej siat­ce w świe­bo­dzic­kich ka­mie­nio­ło­mach.

Kie­dy za­ko­ńczy­li i wy­szli, opa­rłem się o skó­rza­ne opar­cie fo­te­la i za­mknąłem oczy. Wci­ąż my­śla­łem o tej ru­do­wło­sej dziew­czy­nie i wi­dzia­łem tam­te­go gno­ja, któ­ry daw­no temu po­ja­wił się w moim ży­ciu. Hi­sto­ria za­czy­na­ła za­ta­czać koło i oto ten skur­wy­syn zno­wu sta­nął na mo­jej dro­dze. Wte­dy by­łem gów­nia­rzem, te­raz je­stem gang­ste­rem. I wie­dzia­łem, że nie od­pusz­czę i nie dam temu chu­jo­wi skrzyw­dzić ko­lej­nej dziew­czy­ny!

Za­ło­ży­łem ma­ry­nar­kę, roz­pi­ąłem dwa gu­zi­ki ele­ganc­kiej błękit­nej ko­szu­li, po­pra­wi­łem wło­sy i wy­sze­dłem z ga­bi­ne­tu. W klu­bie so­bot­ni me­la­nż w pe­łni - mu­zy­ka, wy­stępy, świa­tła, la­se­ry, dym, wóda, la­ski, fa­ce­ci. Wszyst­ko pul­so­wa­ło. Za­ci­ągnąłem się za­pa­chem ciem­nej stro­ny mia­sta. To było moje ży­cie, moja co­dzien­no­ść, od­kąd Reno wzi­ął mnie do swo­jej or­ga­ni­za­cji. A ja od razu wci­ągnąłem w to mo­je­go naj­lep­sze­go kum­pla, Ka­ta­na. Czu­łem się w tych kli­ma­tach jak ryba w wo­dzie. I nie za­mie­ni­łbym tego na co­kol­wiek in­ne­go.

Mi­nąłem bar i pod­sze­dłem do prze­stron­nych lóż, w jed­nej z nich sie­dzia­ła ru­do­wło­sa. Uśmiech­nąłem się do niej, kie­dy tyl­ko za­wie­si­ła na mnie wzrok. Po­de­szła bli­żej.

- Wi­dzę, że do­brze się ba­wi­cie. Wszyst­ko okej, ob­słu­ga się spi­sa­ła? - za­ga­iłem jak na po­rząd­ne­go me­na­dże­ra mod­ne­go klu­bu przy­sta­ło.

Dziew­czy­na z za­pa­łem po­ki­wa­ła gło­wą.

- Jest re­we­la­cyj­nie. Ko­le­żan­ki za­chwy­co­ne! - Po­ma­cha­ła ręką do swo­je­go to­wa­rzy­stwa. Roz­ba­wio­ne i wsta­wio­ne la­ski pisz­cza­ły oraz wzno­si­ły to­a­sty wszyst­kim, czym się dało.

- A ty? Też za­chwy­co­na? - Gdy się po­chy­li­łem, do­ta­rł do mnie za­pach ko­ko­su, a zie­lo­ne tęczów­ki ru­do­wło­sej się roz­sze­rzy­ły.

Uśmiech­nęła się.

Była taka ufna.

Po­czu­łem zło­ść.

Ten ze­psu­ty skur­wy­syn ją znisz­czy!

- Bar­dzo! Jest wspa­nia­le! Świet­na muza, no i te wy­stępy! Wszyst­ko na me­ga­po­zio­mie.

- To cie­szę się. W ra­zie cze­go masz mój nu­mer.

- No t-tak... - Spoj­rza­ła na mnie tymi pi­ęk­ny­mi uf­ny­mi ocza­mi. - Za­pi­sa­łam wte­dy, gdy uzgad­nia­łam re­zer­wa­cję.

- Mo­żesz za­wsze za­dzwo­nić. W ka­żdej spra­wie. Ro­zu­miesz? - Po­chy­li­łem się jesz­cze bar­dziej i zła­pa­łem jej wzrok.

Spło­szy­ła się, za­gry­zła dol­ną war­gę, ale po chwi­li unio­sła ślicz­ną bu­zię i po­pa­trzy­ła na mnie. Po­ki­wa­ła gło­wą.

- Wiem.

Na­gle po­de­szła do nas smu­kła ciem­no­wło­sa dziew­czy­na, ubra­na w błysz­czącą su­kien­kę tak kusą, że mia­łem wra­że­nie, iż wy­star­czy je­den ruch, a la­ska zo­sta­nie albo z od­kry­ty­mi cyc­ka­mi, albo dupą. Do wy­bo­ru. Ale trze­ba było przy­znać, że była bar­dzo efek­tow­na. Kie­dyś... pew­nie uśmiech­nąłbym się do niej sze­ro­ko i być może za­brał ją do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Ale dzi­siaj... Na­wet nie zwró­ci­łem na nią szcze­gól­nej uwa­gi.

- Hej, je­stem Ka­mi­la. - Po­da­ła mi rękę, nie­ma­lże gwa­łcąc mnie przy tym wzro­kiem. Do­sko­na­le zna­łem ta­kie spoj­rze­nia.

- Cze­ść - mruk­nąłem i po­pa­trzy­łem na Kaję. Ze zdzi­wie­niem zo­rien­to­wa­łem się, że do­strze­głem w jej oczach iry­ta­cję.

- Kaj­ka, nie mó­wi­łaś, że znasz sze­fa klu­bu.

La­ska w ku­sej su­kien­ce mu­sia­ła chy­ba być sta­łą by­wal­czy­nią, sko­ro była tak do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­na.

- Bo nie znam - mruk­nęła ruda, po czym ujęła mnie pod ra­mię i po­szli­śmy w stro­nę baru. Wi­dzia­łem zmarsz­czo­ne czo­ło tej ca­łej Ka­mi­li i wy­ra­źny wkurw na ślicz­nej twa­rzy mo­jej ma­łej ogni­sto­wło­sej dziew­czy­ny.

Mia­łem wra­że­nie, że jesz­cze chce coś po­wie­dzieć, ale się roz­my­śli­ła. Mru­gnąłem do niej.

- W ba­rze ma­cie otwar­ty ra­chu­nek. Na mnie.

- Ja... sor­ry za ko­le­żan­kę. - Kiw­nęła gło­wą w stro­nę loży.

- Ża­den pro­blem. Mi­łej za­ba­wy, Kaja.

- Och... - Za­sko­czo­na po­pa­trzy­ła na mnie i się uśmiech­nęła. - Dzi­ęku­ję! To zna­czy... dzi­ęku­je­my!

- No pro­blem. Ro­bię to tyl­ko dla cie­bie. - Po­now­nie się po­chy­li­łem i do­tknąłem pal­cem jej po­licz­ka. Był gład­ki, de­li­kat­ny. Mia­łem wra­że­nie, że Kaja gwa­łtow­niej wci­ągnęła po­wie­trze.

- Tak... dzi­ęku­ję... - szep­nęła.

Od­wró­ci­łem się i po­sze­dłem do sie­bie. Jesz­cze ja­kiś czas po­sie­dzia­łem w ga­bi­ne­cie i nad ra­nem wy­sze­dłem z klu­bu. Wsia­dłem do mo­jej X-szóst­ki i po­je­cha­łem do domu. Miesz­ka­łem nie­da­le­ko, w su­mie mó­głbym przy­cho­dzić do klu­bu na pie­cho­tę. Ale za­wsze mia­łem coś do za­ła­twie­nia, więc sa­mo­chód był po­trzeb­ny.

Mój loft mie­ścił się na Jana Pa­wła II, w bu­dyn­kach po sta­rym szpi­ta­lu, na daw­nym pla­cu Pierw­sze­go Maja. Apar­ta­ment ku­pi­łem tu­taj ja­kiś rok temu za pra­wie pó­łto­ra ba­ńki. Miesz­ka­łem sam.

Za­sy­pia­łem sam.

Bu­dzi­łem się sam.

I wca­le nie na­rze­ka­łem.

Ale od­kąd do­wie­dzia­łem się o ślu­bie tej dziew­czy­ny z Do­ma­nem, skur­wie­lem, któ­ry znisz­czył ko­goś, kto był mi bli­ski... już nie by­łem sam.

Bo w mo­ich my­ślach, a na­wet snach... po­ja­wi­ła się ona.

Ru­do­wło­sa o cho­ler­nie na­iw­nym spoj­rze­niu.

*

Sie­dzia­łam w loży klu­bu Pro­zac i za­sta­na­wia­łam się, co ja wła­ści­wie tu­taj ro­bię. Czy to na pew­no był mój wie­czór pa­nie­ński? Zu­pe­łnie tego nie czu­łam. Mia­łam po­czu­cie, jak­bym ob­ser­wo­wa­ła wszyst­ko z boku. To sta­ło się tak szyb­ko, a ja... może i by­łam za­do­wo­lo­na, bo wie­dzia­łam, że moja sio­stra Ania chce mnie za­bez­pie­czyć. Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, czy czu­ję coś wi­ęcej do Je­rze­go. By­łam mło­da, ale już wie­dzia­łam, jak funk­cjo­nu­je ten świat. Ania sta­no­wi­ła do­sko­na­ły przy­kład. Ni­g­dy nie uży­wa­łam jej przy­dom­ku, "Rita" - to tak, jak­bym od­dzie­la­ła się gru­bą kre­ską od tego, czym się zaj­mo­wa­ła na co dzień. Te­raz uru­cha­mia­ła eks­klu­zyw­ny sa­lon fry­zjer­ski, za­trud­ni­ła zdol­nych sty­li­stów, ale jed­no­cze­śnie wci­ąż spo­ty­ka­ła się ze swo­imi sta­ły­mi klien­ta­mi. Kie­dyś wy­zna­ła mi, że za­ko­cha­ła się w jed­nym z nich. Wie­dzia­łam, o kim mó­wi­ła. O Reno - tym zim­nym, oschłym i wy­twa­rza­jącym nie­sa­mo­wi­ty dy­stans czło­wie­ku, któ­re­go bało się całe mia­sto. Ale on te­raz miał dziew­czy­nę, po­dob­no na­wet się za­ręczy­li - i od tam­te­go cza­su Ania jesz­cze utwier­dza­ła mnie w prze­ko­na­niu, że ślub z Je­rzym to dla mnie koło ra­tun­ko­we i je­dy­ne wy­jście. Tym bar­dziej, że Je­rzy Do­man był wspó­łwła­ści­cie­lem fir­my pro­du­cenc­kiej, któ­ra mia­ła na kon­cie wy­kre­owa­nie wie­lu gwiazd pol­skiej mu­zy­ki pop. Ktoś mó­głby po­wie­dzieć, że szłam na kasę i mo­żli­wo­ść zro­bie­nia ka­rie­ry. Ktoś, kto nie znał mo­je­go dzie­ci­ństwa, prze­szło­ści. A ja chcia­łam, aby sio­stra nie mu­sia­ła już ro­bić tego, co ro­bi­ła. Bo ka­żdy za­ro­bio­ny grosz ła­do­wa­ła we mnie - w moją ka­rie­rę, szko­łę, na­ukę wo­ka­li­sty­ki, w mar­ke­ting, w lek­cje ryt­mi­ki, ta­ńca, w lo­go­pe­dę. By­łam jej młod­szą sio­strzycz­ką i chcia­ła dla mnie lep­sze­go ju­tra. Ko­cha­łam Anię i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie... po­go­dzi­łam się z tym. Poza tym Je­rzy... star­szy ode mnie o po­nad dwa­dzie­ścia lat... był mi­łym fa­ce­tem, przy­stoj­nym, i wie­dzia­łam, że wo­dzi za mną za­chwy­co­nym wzro­kiem. Do tego... za­sko­czył mnie tym, że... W ka­żdym ra­zie był dżen­tel­me­nem. Co oka­za­ło się dla mnie nie­co szo­ku­jące, ale przy­jęłam ten fakt z ulgą. Na ra­zie nie mu­sia­łam się mar­twić o na­sze po­ży­cie. A co będzie po­tem... Dam radę.

Lecz od­kąd po­ja­wi­łam się w tym prze­klętym klu­bie i po­zna­łam Pio­tra Pa­ko­sław­skie­go... w mo­jej gło­wie wszyst­ko się po­prze­sta­wia­ło. Kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­łam go po raz pierw­szy... mój żo­łądek za­wi­ro­wał, a pod­brzu­sze ści­snął skurcz. Przy­jem­ny i taki... obez­wład­nia­jący. Piotr był przy­stoj­ny, wy­so­ki, świet­nie zbu­do­wa­ny. Miał ciem­ne wło­sy, lek­ki czar­ny za­rost, brązo­we oczy, orli nos i prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Za­wsze no­sił się ele­ganc­ko - wkła­dał tyl­ko gar­ni­tu­ry z naj­wy­ższej pó­łki. Do tego bia­łe lub błękit­ne ko­szu­le. Zaś spod man­kie­tów wy­sta­wa­ły czar­ne wzo­ry ta­tu­aży. Spo­tka­li­śmy się kil­ka razy i mia­łam nie­od­par­tą ocho­tę, aby zo­ba­czyć je w ca­łej oka­za­ło­ści. Piotr był też wiel­bi­cie­lem dro­gich ze­gar­ków, bo na le­wym nad­garst­ku za­wsze błysz­cza­ła srebr­na bran­so­le­ta ja­kie­goś dro­gie­go cza­so­mie­rza. Ten fa­cet za­fa­scy­no­wał mnie od pierw­szej chwi­li, gdy go uj­rza­łam. Ga­ni­łam się w my­ślach za te pra­gnie­nia, ale sko­ro nikt o nich nie wie­dział, to mo­głam ma­rzyć i wi­zu­ali­zo­wać do woli!

Ale mu­sia­łam wresz­cie so­bie uświa­do­mić, że mój ślub miał od­być się za dwa ty­go­dnie i nie mo­głam na­wet my­śleć o in­nym mężczy­źnie. A tym bar­dziej ma­rzyć! Zro­bi­łam wcze­śniej wie­czór pa­nie­ński, bo nie­któ­re z ko­le­ża­nek nie zdo­ła­ły­by uczest­ni­czyć w im­pre­zie za ty­dzień. To były moje kum­pe­le z li­ceum, ze szko­ły mu­zycz­nej, a ta­kże z fir­my Je­rze­go. Ka­mi­lę po­zna­łam wła­śnie tam, była asy­stent­ką dy­rek­to­ra mu­zycz­ne­go. Nie prze­pa­da­łam za nią, ale Je­rzy na­ci­skał, abym ją za­pro­si­ła. A te­raz... mu­sia­łam pa­trzeć, jak wije się przed Pio­trem, uśmie­cha za­chęca­jąco i wy­sy­ła tak przej­rzy­ste sy­gna­ły, że chy­ba mu­sia­łby być śle­py i głu­chy, żeby nie zo­rien­to­wać się, w czym rzecz. A jed­nak nie pod­jął gry, co, nie wie­dzieć cze­mu, nie­zwy­kle mnie ucie­szy­ło.

Za ka­żdym ra­zem, gdy ten fa­cet zwra­cał się do mnie, a jego ciem­ne oczy spo­czy­wa­ły na mej twa­rzy, czu­łam się tak, jak­by do­ty­kał mnie nie­ma­lże fi­zycz­nie. Ni­g­dy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam cze­goś ta­kie­go, ża­den chło­pak czy fa­cet w ten spo­sób na mnie nie dzia­łał. Co gor­sza, mój na­rze­czo­ny ta­kże nie. Iry­to­wa­łam się, głów­nie na sie­bie, mia­łam wy­rzu­ty su­mie­nia, bo by­łam uczci­wą i szcze­rą dziew­czy­ną, do tego za­wsze sta­ra­łam się po­stępo­wać fair. Poza tym... zda­wa­łam so­bie spra­wę, że Piotr zde­cy­do­wa­nie na­le­ży do in­ne­go świa­ta. Jemu zdo­by­wa­nie ko­biet przy­cho­dzi­ło nie­ma­lże na­tu­ral­nie, zu­pe­łnie jak­by miał to wpi­sa­ne w DNA. Był przy­stoj­ny, elo­kwent­ny, za­rządzał mod­nym klu­bem i miał ten nie­sa­mo­wi­ty błysk w oku, któ­ry spra­wiał, że ko­bie­tom w jego obec­no­ści od razu mi­ękły nogi. Tak jak i mnie. Ni­czym się od nich nie ró­żni­łam. A w do­dat­ku by­łam za­ręczo­na! Idiot­ka! Po pro­stu ża­ło­sna idiot­ka. Ale moja na­der ni­ska oce­na wła­snych od­czuć nie prze­szka­dza­ła mi uśmie­chać się do Pio­tra - czy Pako - jak na nie­go mó­wi­li wszy­scy w klu­bie. Roz­ma­wiać z nim, szu­kać go wzro­kiem, a po­tem, w sa­mot­no­ści... ma­rzyć o nim. Albo śnić. Ostat­niej nocy mia­łam taki sen, gdzie on... jego cia­ło... dło­nie... och...

Mu­sia­łam to za­ko­ńczyć.

Po wie­czo­rze pa­nie­ńskim nie za­mie­rza­łam już ni­g­dy za­glądać do Pro­za­ca, aby nie wo­dzić sa­mej sie­bie na po­ku­sze­nie.

Bo Piotr Pa­ko­sław­ski był jed­ną wiel­ką po­ku­są.

Na­stęp­ny dzień, a była to nie­dzie­la, nie­ma­lże w ca­ło­ści prze­spa­łam w moim ma­łym, ale ca­łkiem przy­tul­nym miesz­kan­ku na Ró­żan­ce. Miesz­ka­łam w blo­ku, na dru­gim pi­ętrze, nie­da­le­ko szko­ły pod­sta­wo­wej. Ania mia­ła duże ład­ne lo­kum w cen­trum, na Po­wsta­ńców Śląskich - nie­da­le­ko Sky To­wer, naj­wy­ższe­go bu­dyn­ku we Wro­cła­wiu, gdzie swój apar­ta­ment po­sia­dał Reno. W do­dat­ku był wła­ści­cie­lem ca­łe­go kom­plek­su. Wie­dzia­łam, że za­ko­cha­ła się w tam­tym fa­ce­cie. I już sama nie mia­łam po­jęcia, co jest gor­sze - zwi­ązek z kimś, kogo się nie ko­cha, czy wła­śnie da­rze­nie uczu­ciem za­jęte­go i wiel­bi­ące­go inną ko­bie­tę mężczy­znę. Jed­no i dru­gie było do dupy.

Te­raz do­cho­dzi­ła osiem­na­sta, a ja mia­łam cho­ler­ną ocho­tę zo­ba­czyć Piotr­ka. Na­wet nie mo­głam po­oglądać go so­bie w ne­cie, bo był chy­ba jed­ną z nie­licz­nych zna­nych mi osób, któ­ra nie po­sia­da­ła żad­nych kont w so­cia­lach. Skąd wie­dzia­łam? Bła­gam! Pierw­sze co, to go prze­śle­dzi­łam na Fej­sie, In­sta­gra­mie - nie­ste­ty zero śla­dów. Jego na­zwi­sko wid­nia­ło tyl­ko na ofi­cjal­nej stro­nie klu­bu - jako me­na­dże­ra. A sam klub na­le­żał do spó­łki GP Com­pa­ny. Tak, by­łam pie­przo­ną stal­ker­ką. Dzi­siaj Je­rzy na­pi­sał mi tyl­ko wia­do­mo­ść z za­py­ta­niem, czy do­brze się ba­wi­łam. Od­po­wie­dzia­łam mu, że tak i że od­po­czy­wam. Zer­k­nęłam w lu­stro. Wy­gląda­łam na zmęczo­ną. Mach­nęłam jed­nak na to ręką. Po­tem wbi­łam się w dżin­sy i bluz­kę oraz ma­znęłam kre­skę na dol­nej po­wie­ce. Na­stęp­nie kurt­ka, snic­ker­sy, Uber. Mu­sia­łam go zo­ba­czyć, cho­ciaż nie mia­łam po­jęcia, czy tam będzie.

Po go­dzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej klub za­czął się za­pe­łniać. Usia­dłam nie­da­le­ko baru, za­mó­wi­łam sła­be­go drin­ka z ko­lo­ro­wą pa­pie­ro­wą słom­ką i ob­ser­wo­wa­łam we­jście do stref VIP, a ta­kże do ga­bi­ne­tów za­rządu. I w ko­ńcu... się do­cze­ka­łam. Pako wy­sze­dł z ciem­ne­go, podświe­tlo­ne­go ko­ry­ta­rza, a jego ra­mie­nia ucze­pio­na była ja­kaś ład­na blon­dyn­ka, ubra­na bar­dzo wy­zy­wa­jąco. Wpa­try­wa­ła się w nie­go roz­iskrzo­nym wzro­kiem. Piotr coś do niej po­wie­dział i klep­nął ją w ty­łek, na co się ro­ze­śmia­ła. Po­de­szli do baru. Pako pstryk­nął do bar­ma­na, a ten po­sta­wił przed dziew­czy­ną drin­ka. Po­tem jesz­cze coś do niej rze­kł, po czym się od­wró­cił. Szyb­ko scho­wa­łam się za sie­dzący­mi przy sąsied­nim sto­li­ku lu­dźmi. Mia­łam wra­że­nie, że zmarsz­czył brwi, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wiał, ale po chwi­li ru­szył w stro­nę wy­jścia. Śle­dzi­łam jego wy­so­ką, po­staw­ną syl­wet­kę. Gdy sze­dł, lu­dzie roz­stępo­wa­li się na boki, ni­czym cho­ler­ne Mo­rze Czer­wo­ne. Bo oto kro­czył Pako. Pan świa­ta. A na pew­no tego klu­bu. I... mo­je­go ser­ca.

Kur­wa!

Do­pi­łam swój tru­nek i po ja­ki­chś czter­dzie­stu mi­nu­tach ta­kże wy­szłam na ze­wnątrz. Wro­cław­ski ry­nek tęt­nił ży­ciem, licz­ne grup­ki mło­dych i nie tyl­ko mło­dych lu­dzi prze­bi­ja­ły się z jed­nej jego pie­rzei na dru­gą. Klu­by były po­otwie­ra­ne, re­stau­ra­cje, puby, ka­wiar­nie ta­kże. Tu­taj ży­cie za­mie­ra­ło do­pie­ro oko­ło pi­ątej nad ra­nem, a już od po­łud­nia zno­wu było tłum­nie - wy­ciecz­ki, tu­ry­ści, spa­ce­ro­wi­cze. I tak w kó­łko.

Po­szłam w stro­nę pla­cu Sol­ne­go i tam za­mó­wi­łam Ube­ra. Gdy do­ta­rłam do sie­bie i wcho­dzi­łam po scho­dach, za­częła dzwo­nić moja ko­mór­ka. Je­rzy. Zdąży­łam prze­kro­czyć próg miesz­ka­nia i za­raz ode­bra­łam.

- Hej, ma­lusz­ku. Od­po­częłaś? - spy­tał ni­skim gło­sem.

- Tak. Ja­koś żyję.

- To su­per. Bądź w przy­szłym ty­go­dniu w sa­lo­nie Mi­rac­le. Wszyst­ko wy­ślę ci ese­me­sem.

To sa­lon su­kien ślub­nych, w któ­rym szy­ta była moja kre­acja.

- Dla­cze­go? - Zdzi­wi­łam się.

- Zo­ba­czysz. Nie­spo­dzian­ka.

- A ty ta­kże będziesz? - wo­la­łam do­py­tać.

- Ja­sne. Rita też, już da­łem jej znać.

- Okej... - Wes­tchnęłam.

- Wszyst­ko gra? - W jego gło­sie usły­sza­łam po­dejrz­li­wo­ść.

- No pew­nie! Po pro­stu noc dała mi w kość, dziew­czy­ny są sza­lo­ne. - Ro­ze­śmia­łam się.

- Na­le­żał ci się re­se­cik. Trzy­maj się, skar­bie.

- Pa!

Gdy się roz­łączy­łam, opa­rłam się o drzwi i za­mknęłam oczy.

Nie czu­łam nic.

Przy­spie­szo­ne­go bi­cia ser­ca.

Pod­nie­ce­nia.

Tęsk­no­ty.

Wy­rzu­tów su­mie­nia.

Nic.

By­łam stra­co­na.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki