Pakiet: Trylogia #4MK. Czwarta małpa / Piąta ofiara / Szóste dziecko - J.D. Barker


Reflow text when sidebars are open.
Porter
Dzień pierwszy, 7.48
Zaczęło mżyć. Schody z kamienia brukowego były mokre i śliskie, gdy Porter i Nash pokonywali je pospiesznie, idąc z rezydencji państwa Talbot do samochodu zaparkowanego przy krawężniku. Wskoczyli do środka i zatrzasnęli za sobą drzwi. Przyglądali się złowieszczemu niebu.
- Nie potrzebujemy tego gówna, nie dzisiaj - utyskiwał Porter. - Jeśli zacznie padać, Talbot odwoła grę i go stracimy.
- Mamy większy problem. - Nash stukał w swojego iPhone'a.
- Znowu kapitan Dalton?
- Nie, gorzej. Ktoś zatweetował.
- Że co?
- Zatweetował.
- Co to, do cholery, znaczy?
Nash podał mu telefon.
Porter przeczytał drobną czcionkę.
@#4MKNAZAWSZE CZY TO JEST ZABÓJCA CZWARTEJ MAŁPY?
Poniżej znajdowało się zdjęcie ofiary porannego wypadku leżącej twarzą na asfalcie. Krawędź miejskiego autobusu była ledwie widoczna w rogu.
Porter ściągnął brwi.
- Kto udostępnił to zdjęcie prasie?
- Cholera, Sam. Powinieneś się doedukować. Nikt niczego nie udostępnił. Ktoś strzelił fotkę telefonem i puścił w obieg, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć - wyjaśnił Nash. - Tak działa Twitter.
- Wszyscy? Jak wielu ludzi to wszyscy?
Nash znowu coś wstukał.
- Post pojawił się dwadzieścia minut temu. Dostał trzy tysiące dwieście dwanaście polubień. Tweetowano go dalej ponad pięćset razy.
- Polubień? Tweetowano dalej? Co to jest, kurwa? Mów po ludzku, Nash.
- To znaczy, że sprawa nabrała rozgłosu. Świat już wie, że on nie żyje.
Zadzwonił telefon Nasha.
- Teraz to kapitan. Co mam mu powiedzieć?
Porter uruchomił silnik, wrzucił bieg i pomknął West North Street w stronę drogi 294.
- Powiedz, że podążamy za tropem.
- Jakim tropem?
- Talbotów.
Nash wydawał się skołowany.
- Ale to nie Talbotowie. Obie kobiety są w domu.
- Nie chodzi o nie. Utniemy sobie pogawędkę z Arthurem. Jestem gotów się założyć, że żona i córka nie są jedynymi kobietami w jego życiu - oznajmił Porter.
Nash skinął głową i odebrał telefon. Porter słyszał przez malutki głośnik, że kapitan krzyczy. Po mniej więcej minucie powtarzania: "Tak jest, sir" Nash zasłonił słuchawkę.
- Chce z tobą rozmawiać.
- Powiedz, że prowadzę. Nie jest bezpiecznie rozmawiać w czasie jazdy. - Skręcił kierownicę ostro w lewo, żeby wyminąć minivana jadącego wolniej niż ich sto czterdzieści kilometrów na godzinę.
- Tak jest, kapitanie. Włączam głośnik. Proszę poczekać...
Cienki, cichy głos kapitana ryknął donośnie po podłączeniu iPhone'a do systemu głośników Bluetooth w samochodzie.
- ...zgłoście się na komisariacie za dziesięć minut, żebyśmy mogli zebrać zespół i zająć się sprawą. Dobijają się do mnie wszyscy dziennikarze z telewizji i gazet.
- Kapitanie, mówi Porter. Zna pan ramy czasowe równie dobrze jak my. Zamierzał wysłać ucho dzisiaj rano. To znaczy, że porwał ją dzień lub dwa dni temu. Dobra wiadomość jest taka, że nigdy ich nie zabija od razu, więc możemy mieć pewność, że ona nadal żyje... gdzieś tam. Nie wiemy, ile ma czasu. Jeżeli planował tylko wyskoczyć, żeby nadać przesyłkę, prawdopodobnie nie zostawił jej jedzenia ani wody. Przeciętna osoba przeżyje bez wody trzy dni i trzy tygodnie bez pożywienia. Zegar tyka, kapitanie. Uważam, że w najlepszym razie mamy trzy dni na znalezienie jej. Może mniej.
- Dlatego musicie tu wracać.
- Najpierw musimy wyjaśnić, kto to jest. Do tego czasu będziemy dreptali w miejscu. Chce pan ruszyć z tą sprawą? Proszę mi dać godzinę. Mam nadzieję, że uda mi się podać panu nazwisko, które będzie można przekazać prasie. Da im pan zdjęcie zaginionej dziewczyny i wezmą się do roboty - powiedział Porter.
Kapitan milczał przez chwilę.
- Godzina. I ani minuty dłużej.
- To nam wystarczy.
- Traktujcie Talbota delikatnie. Spotyka się z burmistrzem - dodał kapitan.
- Będziemy działać w rękawiczkach, zrozumiałem.
- Oddzwońcie po rozmowie z nim. - Kapitan się rozłączył.
Porter wyjechał na drogę 294. Nash wprowadził Wheaton do GPS-u.
- Czterdzieści pięć kilometrów.
Samochód przyspieszył, gdy Porter przycisnął jeszcze mocniej pedał gazu. Nash włączył radio.
- Mimo że policja Chicago nie wydała jeszcze oświadczenia, podejrzewa się, że pieszy, który zginął rano pod kołami autobusu miejskiego w pobliżu Hyde Parku, był tak zwanym Zabójcą Czwartej Małpy. Paczuszka sfotografowana na miejscu wypadku przypomina te, które zabójca wysyłał w przeszłości. Mianem Zabójcy Czwartej Małpy ochrzcił go niegdyś Samuel Porter, śledczy z chicagowskiej policji, jeden z pierwszych, którzy dostrzegli charakterystyczny schemat działania przestępcy.
- To nieprawda! Nie wymyśliłem tego...
- Cii! - przerwał mu Nash.
- Wizerunek czterech małp wywodzi się ze świątyni Tosho-gu w Nikko w Japonii, gdzie rzeźby przedstawiające małpki umieszczono nad wejściem. Pierwsza zasłania uszy, druga oczy, trzecia usta. Stanowi to ilustrację przysłowia: "Nie słyszałem nic złego, nie widziałem nic złego, nie mówię nic złego". Czwarta małpa to alegoria "Nie czynię nic złego". Schemat działania zabójcy pozostaje niezmienny od czasu jego pierwszej ofiary, Calli Tremell, która zginęła pięć i pół roku temu. Dwa dni po porwaniu rodzina Tremellów otrzymała pocztą ucho. Dwa dni później, oczy. Po kolejnych dwóch dniach pojawił się język. Ciało znaleziono w Bedford Park dwa dni po dacie stempla pocztowego na ostatniej przesyłce. Ofiara ściskała w dłoni liścik, na którym napisano po prostu: "Nie czynię nic złego". Później odkryto, że Michael Tremell, ojciec zabitej, był zaangażowany w nielegalny hazard i przelewał miliony dolarów na zagraniczne rachunki...
Nash wyłączył radio.
- Zawsze porywa dziecko lub rodzeństwo, żeby ukarać ojca za jakiegoś rodzaju przestępstwo. Dlaczego nie tym razem? Dlaczego nie Carnegie?
- Nie wiem.
- Ktoś powinien sprawdzić finanse Talbota - podsunął Nash.
- Dobry pomysł. Kogo mamy?
- Matta Hosmana?
Porter skinął głową.
- Zadzwoń do niego. - Sięgnął do kieszeni na piersi, wyciągnął z niej pamiętnik i rzucił go Nashowi na kolana. - A potem czytaj to na głos.
Pamiętnik
Matka i ojciec byli dość mocno zżyci z sąsiadami, Simonem i Lisą Carterami. Byłem zaledwie jedenastoletnim chłopcem owego lata, kiedy pojawili się w naszej cudownej dzielnicy, i wszyscy oni wydawali mi się starzy, gdy patrzyłem na nich ze swojej ograniczonej perspektywy. Teraz jednak dociera do mnie, że matka i ojciec mieli po jakieś trzydzieści pięć lat, i nie sądzę, żeby Carterowie byli więcej niż o rok lub dwa lata młodsi. Najwyżej trzy. Może cztery, ale wątpię, żeby różnica wynosiła ponad pięć lat. Przeprowadzili się do sąsiedniego domu, jedynego oprócz naszego stojącego przy końcu tej spokojnej uliczki.
Czy wspominałem, jak niesamowicie piękna była moja matka?
Jakie to niegrzeczne z mojej strony, że pominąłem taki szczegół. Paplałem tu o tak nieistotnych sprawach, a nie odmalowałem obrazu właściwie ilustrującego narrację, którą zgodziłeś się łaskawie śledzić.
Gdybyś mógł sięgnąć do tego tomu i mnie spoliczkować, zachęciłbym Cię do tego. Czasami płynę i wtedy trzeba mną mocno potrząsnąć, żebym wrócił na właściwe tory. O czym to ja...?
Matka.
Matka była piękna.
Włosy miała jedwabiste. W kolorze blond, puszyste i lśniące pozbawionym przesady zdrowym połyskiem. Sięgały jej do połowy szczupłych pleców eleganckimi falami. Och, i jej oczy! To był najjaskrawszy odcień zieleni, szmaragdy osadzone w perfekcyjnie porcelanowej skórze.
Nie wstydzę się przyznać, że jej sylwetka przyciągała wzrok. Biegała codziennie, więc ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że nie miała na sobie ani grama tłuszczu. Mogła ważyć co najwyżej pięćdziesiąt kilogramów i sięgała ojcu do ramienia, czyli miała z metr sześćdziesiąt wzrostu.
Uwielbiała sukienki plażowe.
Nosiła je w najgorętsze dni i w środku zimy. Nie zważała na chłód. Pamiętam pewną zimę, w czasie której zaspy sięgały parapetów. Zastałem matkę nucącą wesoło w kuchni w krótkiej białej sukience w kwiaty tańczącej wokół jej sylwetki. Pani Carter siedziała przy stole w kuchni z parującym kubkiem szczęścia w dłoniach, a matka tłumaczyła jej, że nosi takie sukienki, bo dzięki nim czuje się wolna. Lubiła krótkie, bo uważała, że nogi stanowią jej największy atut. Opowiadała też, jak bardzo ojciec uwielbiał jej sukienki. Jak się nimi bawił. Jak lubił czuć ich materiał na barkach lub zawinięty wokół...
Matka mnie spostrzegła, a ja wyszedłem.
Porter
Dzień pierwszy, 8.49
Porter nie znał się na golfie. Nie przemawiała do niego idea uderzania w białą piłeczkę, a następnie uganiania się za nią godzinami. Rozumiał, że może to stanowić wyzwanie, niemniej nie uważał, żeby to był sport. Siatkówka to sport. Piłka nożna też. Ale coś, co można uprawiać w wieku osiemdziesięciu lat, kiedy taszczy się na plecach butlę z tlenem i nosi pastelowe spodnie, nigdy nie będzie sportem.
Restauracja przy polu była jednak dobra. Zabrał Heather do Chicago Golf Club dwa lata temu z okazji rocznicy ślubu i zamówił najdroższy stek, jaki kiedykolwiek jadł. Heather zamówiła homara, o którym rozprawiała potem tygodniami. Pensja policjanta nie dawała wielu możliwości, ale warto było wydać pieniądze na wszystko, co uszczęśliwiało jego żonę.
Zatrzymał się przed dużym budynkiem klubu i podał kluczyki parkingowemu.
- Proszę zaparkować blisko. Będziemy tu krótko.
Wyprzedzili niepogodę. Niebo przesłaniała lekka mgiełka, ale ciemne burzowe chmury zatrzymały się nad miastem.
Hol był przestronny i dobrze wyposażony. Kilku członków zebrało się przy kominku w odległym kącie, skąd rozciągał się widok na luksusowe pole zaczynające się tuż za przeszklonymi oknami balkonowymi. Ich głosy odbijały się echem od marmurowej podłogi i mahoniowej boazerii.
Nash gwizdnął cicho.
- Jeśli będziesz robił z siebie żebraka, każę ci czekać w samochodzie.
- W miarę upływu tego dnia żałuję coraz bardziej, że nie włożyłem lepszego garnituru - przyznał Nash. - Nie obracamy się w takim świecie, Sam.
- Grasz?
- Kiedy po raz ostatni trzymałem kij golfowy, ćwiczyłem podstawowe uderzenie. To jest klub golfowy dla dużych chłopców. Mnie brakuje cierpliwości - odparł Nash.
W pobliżu środka holu siedziała za biurkiem młoda kobieta. Kiedy do niej podeszli, podniosła wzrok znad laptopa i się uśmiechnęła.
- Dzień dobry, panowie. Witamy w Chicago Golf Club. W czym mogę pomóc?
Posłała im lśniący biały uśmiech, ale Porter dostrzegł, że ich ocenia. Nie zapytała, czy mają rezerwację, i wątpił, żeby było to skutkiem przeoczenia. Wyciągnął odznakę i pokazał ją recepcjonistce.
- Szukamy Arthura Talbota. Jego żona powiedziała, że tu dzisiaj gra.
Uśmiech kobiety zbladł, kiedy strzeliła oczami w stronę odznaki Portera, a potem Nasha. Podniosła słuchawkę telefonu, wybrała numer wewnętrzny, powiedziała coś cicho i się rozłączyła.
- Proszę usiąść. Za chwilę ktoś do panów przyjdzie. - Wskazała kanapę w odległym kącie.
- Poczekamy tutaj, dziękujemy - odparł Porter.
Kolejny uśmiech. Recepcjonistka wróciła do komputera. Szczupłe zadbane palce skakały po klawiaturze.
Porter zerknął na zegarek. Zbliżała się dziewiąta.
Drzwiami po ich lewej stronie wszedł do holu mężczyzna po pięćdziesiątce. Miał schludnie zaczesane do tyłu siwiejące włosy i perfekcyjnie wyprasowany granatowy garnitur. Zbliżając się do nich, wyciągnął rękę w stronę Portera.
- Słyszałem, że przyszli panowie spotkać się z panem Talbotem? - Miał słaby uścisk dłoni. Ojciec Portera nazywał to ściskaniem zdechłej ryby. - Douglas Prescott, starszy menedżer.
Porter mignął odznaką.
- Śledczy Porter, a to jest śledczy Nash z chicagowskiej policji. Sprawa jest nadzwyczaj pilna. Wie pan, gdzie znajdziemy pana Talbota?
Blondynka im się przyglądała. Kiedy Prescott zerknął w jej stronę, wróciła do laptopa. Mężczyzna wrócił wzrokiem do Portera.
- Sądzę, że grupa pana Talbota rozpoczęła grę o siódmej trzydzieści, więc przebywa na polu. Mogą panowie na niego tutaj poczekać. W jadalni znajdą panowie wyborne śniadanie. Jeżeli lubią panowie cygara, oferujemy najlepszy wybór.
- Sprawa nie może czekać.
Prescott ściągnął brwi.
- Nie przeszkadzamy naszym gościom w czasie gry, panowie.
- Nie przeszkadzamy? - powtórzył Nash.
- Nie przeszkadzamy - upierał się Prescott.
Porter wywrócił oczami. Dlaczego wszyscy zdawali się wychodzić z siebie, żeby utrudniać mu działanie?
- Panie Prescott, brakuje nam czasu i cierpliwości na coś takiego. Według mnie ma pan dwie opcje. Może nas pan zaprowadzić do pana Talbota, albo mój partner aresztuje pana pod zarzutem utrudniania śledztwa, przykuje pana do biurka kajdankami i zacznie wołać pana Talbota tak długo, aż ten do nas podejdzie. Widziałem go już w akcji. Facet jest głośny. Wybór należy do pana, ale naprawdę uważam, że pierwsza opcja w mniejszym stopniu zakłóci działanie tej placówki.
Recepcjonistka stłumiła chichot.
Prescott posłał jej wściekłe spojrzenie, podszedł do nich i ściszył głos.
- Pan Talbot jest ważnym sponsorem i osobistym przyjacielem pańskiego szefa, burmistrza. Grali tu razem przed zaledwie dwoma tygodniami. Nie sądzę, by któryś z nich był zadowolony na wieść, że dwóch funkcjonariuszy chciało splamić honor policji chicagowskiej, grożąc cywilowi w związku z tym, że próbował wykonywać swoją pracę. Gdybym zadzwonił do niego teraz i powiedział, że zamierzacie tu urządzić scenę, niewątpliwie odesłałby was do swojego prawnika, zanim wziąłby pod uwagę chęć poświęcenia czasu na rozmowę z wami.
Nash odpiął kajdanki od paska.
- Aresztuję tego bubka, Sam. Chcę zobaczyć, jak będzie sobie radził w pace w otoczeniu kokainistów i pijusów. Jestem pewien, że panna - zerknął na plakietkę blondynki - Piper pomoże nam z największą przyjemnością.
Prescott poczerwieniał.
- Niech pan weźmie głęboki wdech i dobrze się zastanowi, zanim pan powie coś więcej, panie Prescott - ostrzegł go Porter.
Prescott wywrócił oczami, po czym odezwał się do panny Piper:
- Gdzie znajduje się w tej chwili grupa pana Talbota?
Stuknęła różowym akrylowym paznokciem w monitor.
- Podjechali właśnie do szóstego dołka.
- Macie kamery? - zainteresował się Nash.
Kobieta pokręciła głową.
- Nasze meleksy są wyposażone w urządzenia śledzące GPS. Dzięki temu zapobiegamy powstawaniu zatorów i zapewniamy wszystkim płynną grę.
- Jeżeli ktoś gra powoli, zgarniacie go z pola i kierujecie do szkółki?
- Nie podejmujemy tak drastycznych działań. Możemy wysłać tam zawodowca, który udzieli kilku rad. I pomoże przejść dalej - wyjaśniła recepcjonistka.
- Może nas tam pani zawieźć?
Kobieta zerknęła na Prescotta. Mężczyzna podniósł ręce w geście poddania się.
- Proszę jechać.
Panna Piper zabrała torebkę spod biurka i wskazała w stronę korytarza w zachodniej części budynku.
- Tędy proszę.
Po chwili siedzieli w meleksie jadącym po brukowanej ścieżce. Panna Piper prowadziła, Porter siedział obok niej, a Nash na małej ławce z tyłu. Przeklął, kiedy najechali na wybój, przez co aż podskoczył.
Porter wsunął dłonie do kieszeni. Na otwartej przestrzeni było zimno.
- Przepraszam za swojego szefa. Potrafi być... - Zamilkła, szukając odpowiedniego słowa. - Bywa czasami gburowaty.
- A co to znaczy? - zapytał Nash.
- Nie chciałbyś zaprosić kogoś takiego na swój wieczór kawalerski - odparł Porter.
Nash parsknął śmiechem.
- Raczej nie stanę niebawem przed ołtarzem. Chyba że panna Piper ma przyjaciółkę, która szuka pracownika służby cywilnej zarabiającego kiepskie pieniądze w zamian za regularne narażanie życia. Pracuję do późna i zaglądam do kieliszka częściej, niż chciałbym się przyznać przed kimś nowo poznanym.
Porter popatrzył na pannę Piper.
- Proszę się nim nie przejmować. Nie ma pani prawnego obowiązku umawiać policjantów z atrakcyjnymi przyjaciółkami.
Kobieta zerknęła we wsteczne lusterko.
- Niezła z pana partia. Skontaktuję się z koleżankami ze studiów zaraz po powrocie do biurka.
- Będzie mi bardzo miło - odpowiedział Nash.
Porter podziwiał krajobraz. Na krótkiej i soczystej trawie nie było widać choćby jednego chwastu czy niepokornego ździebełka. Po obydwu stronach ścieżki znajdowały się małe stawy. Ogromne dęby rosły przy skraju torów, a ich gałęzie chroniły graczy przed słońcem i wiatrem.
- Tam są. - Panna Piper wskazała ruchem głowy na grupkę czterech mężczyzn stojących wokół czegoś, co przypominało wysoką chudą fontannę.
- Co to jest? - zapytał Nash.
- Co takiego? - Panna Piper się uśmiechnęła.
- To jest, panowie, urządzenie do mycia piłek1.
Nash pomasował skronie i zamknął oczy.
- Przyszło mi do głowy tyle dowcipów, że aż mnie rozbolała.
Panna Piper zaparkowała za meleksem Talbota i zaciągnęła hamulec.
- Mam na panów poczekać?
Porter uśmiechnął się do niej.
- Byłoby miło. Dziękujemy.
Nash zeskoczył ze swojego miejsca.
- W drodze powrotnej to ja siadam obok kierowcy. Ławka z tyłu jest twoja.
Porter podszedł do czterech mężczyzn szykujących się do wybijania piłki i pokazał odznakę.
- Witam panów. Śledczy Sam Porter z chicagowskiej policji. To jest mój partner, śledczy Nash. Przepraszam, że zakłócam panom grę, ale mamy sytuację niecierpiącą zwłoki. Który z panów to Arthur Talbot?
Wysoki mężczyzna trochę po pięćdziesiątce z krótko ostrzyżonymi przyprószonymi siwizną włosami przekrzywił lekko głowę i posłał im uśmiech zwany przez Nasha uśmiechem polityka.
- To ja - powiedział.
Porter ściszył głos.
- Czy moglibyśmy przez chwilę porozmawiać na osobności?
Talbot miał na sobie brązową wiatrówkę włożoną na białą koszulkę polo, brązowy pasek i beżowe spodnie. Pokręcił głową.
- Nie ma takiej potrzeby. To są moi partnerzy biznesowi. Nie mam przed nimi tajemnic.
Starszy mężczyzna po jego lewej stronie podsunął na nosie okulary w drucianej oprawie i przygładził coś, co wyglądało na zaczeskę zmierzwioną przez lekki wiatr. Nie spuszczał z Portera zalęknionego spojrzenia.
- Możemy kontynuować grę, Arthurze. Dogonisz nas w dowolnym momencie.
Talbot podniósł rękę, żeby go uciszyć.
- W czym mogę panu pomóc, detektywie?
- Wygląda pan bardzo znajomo - zwrócił się Nash do mężczyzny stojącego po prawej stronie Talbota.
Porter też odniósł takie wrażenie, ale nie mógł skojarzyć człowieka. Około metra osiemdziesięciu wzrostu. Gęste ciemne włosy. Wysportowany. Po czterdziestce.
- Louis Fischman. Poznaliśmy się kilka lat temu. Prowadziliście sprawę Elle Borton. Pracowałem wówczas w biurze prokuratora okręgowego. Przeszedłem do sektora prywatnego.
Talbot ściągnął brwi.
- Elle Borton? Dlaczego kojarzę to nazwisko?
- Była jedną z ofiar Zabójcy Małpy, prawda? - Trzeci mężczyzna dołączył do rozmowy. Majstrował coś przy urządzeniu do mycia piłek.
Porter przytaknął.
- Drugą.
- No tak.
- Popieprzony drań - burknął mężczyzna w okularach. - Macie jakieś poszlaki?
- Niewykluczone, że miejski autobus załatwił go dzisiaj rano - poinformował Nash.
- Miejski autobus? Wydał go kierowca? - zapytał Fischman.
Porter pokręcił głową i wyjaśnił sytuację.
- I wierzycie, że to był Zabójca Małpy?
- Na to wygląda.
Arthur Talbot ściągnął brwi.
- Dlaczego panowie do mnie przyszli?
Porter wziął głęboki wdech. Nienawidził tej części swojej pracy.
- Mężczyzna, który zginął, najprawdopodobniej zmierzał do skrzynki pocztowej stojącej po drugiej stronie ulicy.
- Och?
- Na paczce widniał adres domowy pana Talbota.
Twarz Talbota pobladła. Jak większość mieszkańców Chicago, znał sposób działania mordercy.
Fischman położył dłoń na jego ramieniu.
- Co się znajdowało w przesyłce, detektywie?
- Ucho.
- Och nie. Carnegie...
- To nie była Carnegie, panie Talbot, ani Patricia. Obie są bezpieczne. Zanim tu przyjechaliśmy, byliśmy w pańskim domu. To pańska żona powiedziała nam, gdzie pana znajdziemy - wyrzucił z siebie jak najszybciej Porter, a potem ściszył głos, próbując tym samym uspokoić mężczyznę. - Potrzebujemy pańskiej pomocy, panie Talbot. Musi nam pan pomóc ustalić, kogo porwał.
- Muszę usiąść - powiedział Talbot. - Zaraz zwymiotuję.
Fischman zerknął na Portera, a potem mocniej zacisnął dłoń na ramieniu Talbota.
- Arty, zaprowadzę cię do meleksa.
Odsunął się od stojaka z piłką, podprowadził mężczyznę do meleksa i posadził na siedzeniu.
Porter pokazał Nashowi, żeby został na miejscu, a sam poszedł za mężczyznami. Usiadł obok Talbota, żeby móc z nim rozmawiać po cichu.
- Wie pan, jak on działa, prawda? Zna pan schemat?
Talbot przytaknął.
- Nie czynię nic złego - szepnął.
- Zgadza się. Znajduje osobę, która zrobiła coś złego, coś, co on uważa za zły czyn, i odbiera jej kogoś bliskiego. Kogoś, na kim tej osobie zależy.
- Ja nie, ja nie... - jąkał się Talbot.
Fischman wszedł w tryb prawnika.
- Arty, chyba nie powinieneś mówić nic więcej, zanim nie porozmawiamy.
Talbot oddychał ciężko.
- Mój adres? Jesteście pewni?
- Dearborn Parkway piętnaście czterdzieści siedem - powiedział Porter. - Tak, jesteśmy pewni.
- Arty... - burknął pod nosem Fischman.
- Musimy się dowiedzieć, kto to jest. Kogo porwał. - Porter zawahał się przez moment, zanim dodał. - Czy ma pan kochankę, panie Talbot? - Przysunął się bliżej. - Jeśli ma pan inną kobietę, może nam pan powiedzieć. Zachowamy dyskrecję. Ma pan moje słowo. Chcemy się tylko dowiedzieć, kogo porwał.
- To nie tak - wymamrotał Talbot.
Porter położył dłoń na jego ramieniu.
- Wie pan, kogo dopadł?
Talbot strącił jego rękę i wstał. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon komórkowy, przeszedł na drugą stronę ścieżki i energicznie wystukał numer.
- Odbierz, proszę. Proszę...
Porter wstał i powoli do niego podszedł.
- Do kogo pan dzwoni, panie Talbot?
Arthur Talbot zaklął i się rozłączył.
Fischman podszedł do niego.
- Jeśli im powiesz, nie będziesz mógł tego cofnąć. Rozumiesz? Gdy to ujawnisz, prasa coś zwietrzy. Twoja żona. Udziałowcy. Masz zobowiązania. To cię przerasta. Musisz to przemyśleć. Może porozmawiaj z którymś z pozostałych prawników, jeżeli nie chcesz poruszać tego tematu ze mną.
Talbot posłał mu wściekłe spojrzenie.
- Nie będę czekał na analizę papierów wartościowych, podczas gdy jakiś psychol...
- Arty! - przerwał mu Fischman. - Przynajmniej potwierdźmy to najpierw osobiście. Upewnijmy się.
- To mi wygląda na prostą drogę do śmierci tej osoby - zauważył Porter.
Arthur Talbot machnął do niego sfrustrowany i wybrał ponownie numer w swoim telefonie. Jego twarz wyrażała coraz silniejszy lęk. Gdy się rozłączył, uderzył w wyświetlacz tak mocno, że Porter się zastanawiał, czy go nie rozbił.
Dał znak Nashowi, żeby podszedł.
- Ma pan drugą córkę, panie Talbot. Czy tak? Ze związku pozamałżeńskiego?
Kiedy Porter wypowiedział te słowa, Talbot odwrócił wzrok. Fischman jakby oklapł i wydał z siebie długie westchnienie.
Talbot zerknął na Portera, potem na Fischmana i znowu na Portera. Przeczesał włosy palcami.
- Patricia i Carnegie nic o niej nie wiedzą.
Porter podszedł do niego bliżej.
- Czy ona mieszka w Chicago?
Talbot trząsł się ze zdenerwowania. Znowu skinął głową.
- Flair Tower. Ma tam apartament. Numer dwa tysiące siedemset cztery. Mieszka z opiekunką. Zadzwonię i uprzedzę, że przyjedziecie, żebyście mogli wejść.
- Gdzie jej matka?
- Nie żyje. Od dwunastu lat. Boże, ona ma tylko piętnaście lat.
Nash odwrócił się do nich plecami i zadzwonił do dyspozytorni. Ktoś może dojechać do Flair Tower w ciągu kilku minut.
Porter poszedł za Talbotem do meleksa i usiadł obok niego.
- Kto się nią opiekuje?
- Miała raka. Jej matka. Obiecałem jej, że zaopiekuję się naszą córką po jej śmierci. Guz rósł tak szybko. To trwało tylko miesiąc. - Uderzył się w bok głowy. - Znajdował się tutaj. Nie było mowy o operacji. Zapłaciłbym każde pieniądze. Próbowałem. Ale nie mogli operować. Kochałem ją najbardziej na świecie. Musiałem jednak poślubić Patricię, miałem... zobowiązania. Istniały powody, na które nie miałem wpływu. Chciałem jednak poślubić Catrinę. Czasami życie wchodzi nam w drogę, wie pan? Niekiedy trzeba zrobić coś dla większego dobra.
Porter nie wiedział. Zupełnie tego nie rozumiał. Czy to był piętnasty wiek? Małżeństwa z przymusu od dawna należały do przeszłości. Temu gościowi brakowało kręgosłupa. Jednak na głos powiedział:
- Nie do nas należy ocenianie pana, panie Talbot. Jak się nazywa?
- Emory - powiedział Talbot. - Emory Connors.
- Ma pan jej zdjęcie?
Talbot się zawahał, po czym pokręcił głową.
- Nie przy sobie. Nie mogłem ryzykować, że Patricia je znajdzie.
Porter
Dzień pierwszy, 9.23
- Carnegie i Emory? Na Gwiazdkę sprezentuję tej rodzinie księgę imion dla dzieci - rzucił Nash. - Jakim cudem komuś udało się ukryć przed obecną żoną córkę i dziewczynę w jednym z najdroższych apartamentowców w mieście?
Porter rzucił mu kluczyki i obszedł swój samochód, żeby usiąść po stronie pasażera.
- Ty prowadź. Muszę czytać dalej ten pamiętnik. Może znajdę tu coś pomocnego.
- Leniwy drań, po prostu lubisz być wożony. Wożąc panią Porter...
- Wal się.
- Zapalam jabłuszko; musimy się dobrze bawić. - Nash wcisnął przycisk na desce rozdzielczej.
Porter nie słyszał tego powiedzonka od czasów, gdy skończył szkołę. Kiedyś mianem jabłuszka nazywano magnetyczne koguty stawiane na dachach samochodów tajniaków. We współczesnym świecie już ich nie było; zastąpiły je listwy żaróweczek LED umieszczone wzdłuż krawędzi okna w taki sposób, że nie było ich widać od środka.
Nash wrzucił trójkę, nie zdejmując nogi z gazu i ustawił się w stronę bramy wyjazdowej. Auto szarpnęło, a gumy pisnęły z zachwytem, gdy poczuły w sobie moc.
- Powiedziałem, że możesz prowadzić, ale nie sugerowałem, że masz się bawić w Grand Theft Auto moim wozem. - Porter ściągnął brwi.
- Jeżdżę fordem fiestą z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku. Masz pojęcie, jak to jest? Znasz to upokorzenie, które muszę znosić za każdym razem, kiedy gramolę się do środka, zamykam za sobą skrzypiące drzwi i odpalam potwora z czterocylindrowym silnikiem? Brzmi jak elektryczna temperówka. Jestem mężczyzną, potrzebuję czegoś takiego od czasu do czasu. Popraw mi humor.
Porter zbył go machnięciem ręki.
- Powiedzieliśmy kapitanowi, że zadzwonimy do niego po rozmowie z Talbotem.
Nash skręcił gwałtownie kierownicę w lewo i minął minivana jadącego grzecznie z maksymalną dopuszczalną prędkością. Podjechali tak blisko, że Porter widział Angry Birds na wyświetlaczu iPada małej dziewczynki siedzącej na tylnym siedzeniu. Mała podniosła wzrok i uśmiechnęła się na widok migających świateł, po czym wróciła do gry.
- Wysłałem mu wiadomość z Wheaton. Wie, że jedziemy do Flair Tower - poinformował Nash.
Porter pomyślał o dziewczynce bawiącej się iPadem.
- Jak można we współczesnym świecie przez piętnaście lat ukrywać córkę? To nie może być łatwe, prawda? Pomijając już kwestię aktu urodzenia, jak nie pozwolić, by tajemnica wypłynęła do Internetu? Wszystkie te sieci społecznościowe. Prasa. O Talbocie ciągle się mówi w wiadomościach, zwłaszcza od czasu, gdy rozpoczął nowy projekt w dzielnicy portowej. Kamery ciągle go śledzą i czekają, aż coś spartoli. Przecież ktoś by strzelił jakieś zdjęcie albo co.
- Pieniądze pozwalają sporo ukryć - zauważył Nash i z piskiem opon skręcił w lewo, by wyjechać na autostradę.
Porter westchnął i wrócił do pamiętnika.
Pamiętnik
Lata w naszej malutkiej części ziemi potrafiły być upalne. W czerwcu spędzałem większość czasu na dworze. Za naszym domem znajdował się las, a w jego głębi małe jezioro. Zimą zamarzało, ale latem woda była krystalicznie błękitna i przyjemnie chłodziła.
Lubiłem chodzić nad jezioro.
Mówiłem Matce, że chodzę na ryby, ale prawdę powiedziawszy, nie pociągało mnie wędkarstwo. Pomysł nadziewania robaka na haczyk i wrzucania go do wody tylko po to, żeby czekać, aż coś do niego podpłynie i skubnie wijące się stworzenie, nie przemawiał do mnie. Czy ryby jedzą w naturze robaki? Wątpiłem w to. Jeszcze nie widziałem, żeby robak z własnej woli wchodził do jeziora. Z tego, co wiedziałem, ryby jadły mniejsze ryby, a nie robaki. Może gdyby ktoś łowił ryby z wykorzystaniem mniejszych ryb, osiągałby lepsze efekty? Nigdy jednak nie miałem dość cierpliwości, by angażować się w takie głupoty.
Lubiłem jezioro.
Podobnie jak pani Carter.
Pamiętam, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy.
To było 20 czerwca. Szkoła skończyła się cudownych siedem dni wcześniej, słońce stało wysoko na niebie i uśmiechało się do naszego małego skrawka ziemi z jaskrawą żółtą miłością. Szedłem nad jezioro z wędką w dłoni i gwizdałem jakąś elegancką melodię. Zawsze byłem wesołym dzieckiem. Udanym.
Usiadłem pod swoim ulubionym drzewem, wielkim dębem o rozmiarach świadczących, że był stary. Wyobrażałem sobie, że gdybym przeciął go wpół i policzył słoje, byłoby ich wiele, może sto albo więcej. Lata przychodziły i mijały, podczas gdy dąb tam stał i przyglądał się reszcie lasu. To było wyborne drzewo.
Wraz z upływem lata wysiedziałem miejsce pod tym dębem. Zawsze kładłem wędkę na lewo od siebie, a torbę z lunchem (składającym się z kanapki z masłem orzechowym i dżemem winogronowym, rzecz jasna) po prawej. Potem wyciągałem najnowszą lekturę z kieszeni i zatracałem się wśród stron książki.
Tego dnia testowałem pewną teorię. Miesiąc wcześniej na zajęciach fizyki dowiedzieliśmy się, że Ziemia ma 4,5 miliarda lat. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że rasa ludzka ma zaledwie 200 tysięcy lat. Gdy poznałem te fakty, z tyłu głowy zaświtała mi pewna myśl. Z tego to powodu wyjąłem tę konkretną książkę z biblioteczki - książkę o skamielinach.
Okazuje się, że obiekty, które utkwią w skale, ulegają skamienieniu i trwają tak... ile? Nie wiem, ale bardzo długo. W przypadku dinozaurów są to miliony lat. A większość zwierząt nawet nie zostaje skamielinami. Jakkolwiek by było, zwierzę musi najpierw zostać uwięzione w skale, żeby mogło skamienieć. Jeżeli czynniki atmosferyczne zniszczą je wcześniej, wszelki ślad po nim zaginie bezpowrotnie.
Miesiąc wcześniej zabiłem kota i zostawiłem jego sztywne ciało na brzegu jeziora. Chciałem zobaczyć, co się z nim stanie.
Spokojnie. To nie był czyjś pupil, tylko bezdomny kot. Mały pręgowany kot, który mieszkał w lesie. Przynajmniej tam go znalazłem. Jeżeli zwierzak do kogoś należał, nie miał żadnego medalionu. Jeżeli ktoś pozwolił, żeby jego pupil szwendał się po okolicy bez medalionu, wszelką winę za jego śmierć ponoszą beztroscy właściciele.
Kot nie wyglądał najlepiej. Już od pewnego czasu.
Przez pierwszych kilka dni jego szczątki cuchnęły dość paskudnie, ale to szybko minęło. Najpierw pojawiły się muchy, potem czerwie. Być może na początku skubnęło go też coś większego. Po miesiącu zostały z niego tylko kości. Wiatr i deszcz z pewnością poradzą sobie także z nimi. I kot zniknie bez śladu.
Wyobrażam sobie, że człowiek zniknie równie szybko.
W pierwszej chwili przestraszyłem się tego dźwięku. Choć od dawna przychodziłem nad jezioro, nigdy nie widziałem nad nim innego człowieka. Jednakże nic nie trwa wiecznie i oto ktoś stał niecałe trzydzieści metrów ode mnie na skraju jeziora i patrzył na wodę.
Usiadłem z boku drzewa, tak żeby nie było mnie widać.
Mimo że nie mogłem zobaczyć jej twarzy, od razu poznałem włosy, długie czekoladowe loki opadające na plecy.
Zerknęła w moją stronę, więc się schowałem. Odwróciła się w prawo i obserwowała otoczenie. Wreszcie, zadowolona z tego, że jest sama, sięgnęła do dużej torby, wyciągnęła z niej ręcznik i rozłożyła go na brzegu.
Po tym, jak jeszcze raz rozejrzała się we wszystkie strony, sięgnęła ręką do tyłu i rozwiązała sukienkę na karku. Zsunęła się z jej ciała i biały kwiecisty materiał zebrał się wokół jej stóp.
Rozdziawiłem usta.
Nie miała na sobie nic więcej.
Jeszcze nigdy nie widziałem nagiej kobiety.
Zamknęła oczy, zwróciła twarz w stronę słońca i się uśmiechnęła.
Miała takie długie nogi.
I te piersi!
O rety. Poczułem, że się rumienię. I dzieje się tak po dziś dzień.
Zobaczyłem małą kępkę włosów w tym miejscu, w tym szczególnym miejscu.
Pani Carter zbliżyła się do wody i weszła do niej, początkowo z wahaniem. Niewątpliwie była zimna.
Szła coraz dalej, powoli znikając wraz z rosnącą głębokością.
Kiedy woda sięgała jej nad kolana, pochyliła się, nabrała wody w dłonie i ochlapała sobie klatkę piersiową. Chwilę później zanurzyła się i popłynęła w stronę środka jeziora.
Obserwowałem ją z bezpiecznej kryjówki za drzewem.
Noc przyszła i odeszła; okazała się raczej niespokojna.
Wraz z latem przyszły upały i gdy wiosna minęła, w moim pokoju zrobiło się gorąco.
Lecz to nie z powodu upału nie mogłem spać. Myślałem o pani Carter. Ośmielę się stwierdzić, że były to mocno nieczyste myśli i bardzo dla mnie nowe. Gdy zamykałem oczy, widziałem ją stojącą nad jeziorem, a jej mokre ciało połyskiwało w jaskrawym świetle. Jej długie nogi... takie długie i delikatne. Po raz pierwszy krew napłynęła gwałtownie w pewne miejsce i poczułem...
Powiedzmy tylko, że byłem młodym zadurzonym chłopakiem.
Następnego dnia obudził mnie jej głos.
W pierwszej chwili sądziłem, że to kolejny sen, i przywitałem go z radością. Chciałem, żeby raz po raz zdejmowała sukienkę i wchodziła do jeziora w teatrze mojego umysłu. Jej głos przeszedł w szept, po którym usłyszałem chichot matki. Otworzyłem gwałtownie oczy.
- To było perwersyjne. Jeszcze nigdy mnie nie związał.
- Nigdy? - zapytała matka.
Pani Carter się zaśmiała.
- Czy wydaję się przez to świętoszkowata?
- Raczej niedoświadczona. Z czasem zdziwisz się, co może wymyślić twój mąż, żeby się podniecić.
- Naprawdę?
- O tak. W zeszłym tygodniu... - Matka mówiła dalej szeptem.
Usiadłem na łóżku. Głosy ledwie do mnie docierały z jakiejś innej części domu.
Ubrałem się pospiesznie i przycisnąłem ucho do drzwi, ale nadal nie słyszałem słów.
Delikatnie nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi. Ruszyłem korytarzem, a dzięki skarpetkom stawiałem bezdźwięczne kroki.
Korytarz prowadził do salonu, z którego można było wejść do kuchni. Poczułem, że coś się piecze: wyrazisty aromat jabłek i ciasta. Może szarlotka? Uwielbiam dobrą szarlotkę.
Matka i pani Carter równocześnie wybuchnęły śmiechem.
Przykucnąłem pod ścianą przy końcu korytarza. Nadal kiepsko słyszałem, ale nie ośmieliłem się wejść do salonu. Musiałem się zadowolić tą pozycją.
- Mój Simon aż tak bardzo nie eksperymentuje - powiedziała pani Carter. - Obawiam się, że jego worek ze sztuczkami jest raczej lekki. To raczej mała torba, nie worek. Albo jeden z tych papierowych woreczków na lunch.
Drzwi lodówki otworzyły się, pobrzękując butelkami.
- Z moim mężem jest inaczej - odparła matka. - Czasami muszę grać, żeby odciągnąć jego myśli od sypialni. Albo pralni. Albo kuchennego stołu.
- Nie! - krzyknęła ze śmiechem pani Carter.
- Ależ tak - ciągnęła matka. - Ten człowiek jest jak zwierzę w rui. Czasami nie sposób go powstrzymać.
- Przecież macie dziecko.
- Och, ten chłopak ciągle jest czymś zajęty. A gdy nic nie robi, chrapie w łóżku jak niedźwiedź w czasie snu zimowego. Ziemia mogłaby się pod nim rozstąpić, a on by przespał masakrę.
Bezdźwięcznie wyjrzałem zza rogu i natychmiast się cofnąłem, żeby mnie nie zobaczyły.
Matka mieszała coś na blacie. Pani Carter siedziała na kuchennym stole z kubkiem kawy w dłoni.
- Może powinniście czegoś spróbować, żeby podnieść temperaturę - podsunęła matka. - Pozycja na misjonarza jest dla misjonarzy. Zawsze to powtarzam. Sięgnijcie po jakąś zabawkę albo weźcie do sypialni jedzenie. Wszyscy mężczyźni uwielbiają bitą śmietanę.
Ja nie mogłem brać jedzenia do swojego pokoju. Od czasu kiedy matka znalazła niedojedzone pudełko ciasteczek pod łóżkiem.
Pani Carter znowu zachichotała.
- Nie mogłabym.
- Powinnaś.
- A co, jeśli mu się to nie spodoba albo pomyśli, że jestem zboczona? Nie spalę się ze wstydu?
- Spodoba mu się. Zawsze im się podoba.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem.
Kobiety zamilkły na chwilę. Ciszę przerwała pani Carter:
- Czy twój mąż kiedykolwiek, no wiesz, nie mógł... No wiesz...
- Mój mąż? - Matka aż pisnęła z rozbawienia. - Mój Boże, nie. Jego maszyneria jest w najlepszym porządku.
- Nawet po alkoholu?
- Zwłaszcza wtedy.
Jedno z naszych drewnianych krzeseł zazgrzytało o podłogę.
Wyjrzałem na sekundę zza rogu. Matka siedziała obok pani Carter i trzymała dłoń na jej ramieniu.
- Często się to zdarza?
- Tylko kiedy pije.
- A często pije?
Pani Carter milczała, szukając właściwych słów.
- Nie co wieczór.
Matka ścisnęła jej ramię.
- No cóż, mężczyźni to mężczyźni. Musi jeszcze dorosnąć.
- Tak myślisz?
- Jasne. Gdy wkraczamy w dorosłe życie, na barkach mężczyzny ląduje spory ciężar. Na barkach was obojga, ale na jego zwłaszcza. Kupił wam ten uroczy dom. Domyślam się, że rozmawialiście o dzieciach?
Pani Carter przytaknęła.
- To wszystko jest jak wielkie ciężary, które lądują na jego ramionach. Kolejne kilogramy nakładają się, aż ledwie chodzi, ledwie stoi. Pije, żeby sobie z tym poradzić, to wszystko. Nie dostrzegam niczego złego w odrobinie trunku, żeby ukoić nerwy. Nie denerwuj się. Gdy sytuacja się poprawi i nacisk zmaleje, będzie lepiej. Poczekaj, a zobaczysz.
- To nie jest moja wina? - zapytała pani Carter niemal dziecinnym głosem.
- Kogoś tak ślicznego? Oczywiście, że nie - stwierdziła matka.
- Uważasz, że jestem ładna?
Matka prychnęła.
- Nie mogę uwierzyć, że o to pytasz. Jesteś cudowna. Jesteś jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam.
- Jakie to urocze, że tak mówisz.
- Taka jest prawda. Każdy mężczyzna byłby szczęśliwy, będąc z tobą - zapewniła ją matka.
Kobiety znowu zamilkły, a ja zajrzałem do nich raz jeszcze, wychylając się zza rogu cichutko jak mysz.
Matka i pani Carter całowały się.
Emory
Dzień pierwszy, 9.29
Ciemność.
Wirowała wokół niej jak prąd w najgłębszym morzu. Zimna i milcząca, wiła się po jej ciele jak dotyk nieznajomego.
- Em - szepnęła jej matka. - Musisz wstać. Spóźnisz się do szkoły.
- Nie - jęknęła. - Jeszcze kilka minut...
- Wstawaj, dziecko. Nie będę tego powtarzać.
- Bardzo mnie boli głowa. Mogę zostać w domu? - Głos miała cichy i odległy, przesycony jeszcze snem.
- Nie będę wymyślała kolejnego wytłumaczenia dla dyrektora. Dlaczego codziennie musimy przez to przechodzić?
Coś było nie tak. Matka zmarła dawno temu, kiedy Emory miała trzy lata. Nie towarzyszyła jej pierwszego dnia w szkole. Nigdy nie wyprawiała jej do szkoły. Przez większą część życia Emory uczyła się w domu.
- Mama? - zapytała łagodnie.
Cisza.
Tak bardzo bolała ją głowa.
Próbowała otworzyć powieki, ale ją pokonały.
Głowa ją bolała, pulsowała. Słyszała bicie własnego serca, rytm szybki i silny.
- Mamo, jesteś tu?
Zerknęła przez ciemność w lewo w poszukiwaniu czerwonych cyfr na wyświetlaczu budzika. Budzika nie było; pokój spowijał mrok.
Światła miasta zazwyczaj oświetlały sufit, ale i on był ciemny.
Nic nie widziała.
"To nie jest twój pokój".
Ta myśl przemknęła jej przez głowę wypowiedziana przez obcy głos.
"Gdzie?"
Emory Connors spróbowała usiąść, ale z lewej strony głowy poczuła potworny pulsujący ból, przez który musiała się z powrotem położyć. Przysunęła dłoń do ucha i natknęła się na gruby bandaż. I wilgoć.
"Krew?"
Przypomniała sobie o zastrzyku.
Zrobił jej zastrzyk.
"Kto to był?"
Emory nie wiedziała. Nie mogła sobie przypomnieć. Ale pamiętała zastrzyk. Oplótł ją ramieniem od tyłu i wbił igłę w szyję. Zimny płyn rozszedł się pod skórą.
Próbowała się odwrócić.
Chciała mu zrobić krzywdę. Tak ją nauczono w czasie tych wszystkich zajęć samoobrony, do których nakłaniał ją ojciec. "Ukarz go i okalecz. Walnij go w jaja, kochanie. Bardzo dobrze".
Chciała się odwrócić i wykonać dobrze wymierzone kopnięcie oraz cios w nos albo tchawicę, a może oczy. Chciała go skrzywdzić, zanim on zdążyłby skrzywdzić ją, chciała...
Nie odwróciła się.
Zamiast tego spłynęła na nią ciemność i pochłonął ją sen.
"Zgwałci mnie i zabije", pomyślała, gdy traciła przytomność. "Pomóż mi, mamusiu", dodała w myślach, kiedy otoczyła ją czerń.
Jej matki nie było. Nie żyła. A teraz ona do niej dołączy.
Ale jej nie zabił. "Czy zabił?"
Nie. Umarli nie czują bólu, a ją bolało ucho.
Zmusiła się do tego, żeby usiąść.
Krew odpłynęła jej z głowy i znowu prawie zemdlała. Przez chwilę pokój wirował jej przed oczami.
Co on jej zaaplikował?
Słyszała, że na imprezach i w klubach podawano dziewczynom narkotyki, po których budziły się w dziwnych miejscach, ubrane byle jak i nie pamiętając, co się wydarzyło. Tylko że nie była na imprezie. Biegała w parku. A jemu zginął pies. Wydawał się taki smutny, kiedy tak stał ze smyczą w rękach i wołał psa po imieniu.
"Bella? Stella? Jak się ta suka wabiła?"
Nie mogła sobie przypomnieć. W głowie miała zamęt, jej myśli kryły się za duszącym je smogiem.
- W którą stronę pobiegła? - zapytała go.
Ściągnął brwi, bliski łez.
- Zobaczyła wiewiórkę i pobiegła za nią tam. - Wskazał na wschód. - Nigdy wcześniej mi nie uciekła. Nie rozumiem tego.
Emory odwróciła się, podążając za jego wzrokiem.
Poczuła rękę na szyi.
Zastrzyk.
- Prześpisz się, piękna - szepnął jej do ucha.
Nie było żadnego psa. Jak mogła być aż tak głupia?
Było jej zimno.
Coś blokowało jej prawy nadgarstek. Szarpnęła ręką i usłyszała uderzenie metalu o metal. Lewą ręką wymacała gładką stal na nadgarstku, cienki łańcuszek.
Kajdanki.
Przymocowane do tego czegoś, na czym leżała.
Prawą rękę miała przypiętą do czegoś, lewa była wolna.
Wzięła głęboki wdech. Powietrze było stęchłe, wilgotne.
"Nie panikuj, Em. Nie pozwól, żeby ogarnęła cię panika".
Wzrok usiłował przyzwyczaić się do mroku, ale panowała tu wręcz absolutna ciemność. Musnęła palcami powierzchnię łóżka.
"Nie, to nie łóżko. To coś innego".
Stal.
"Nosze na kółkach".
Emory nie miała pojęcia, skąd to wiedziała, ale wiedziała.
O Boże, gdzie się znajdowała?
Zadrżała, bo po raz pierwszy dotarło do niej, że była naga.
Wahała się przez moment, po czym sięgnęła w dół i dotknęła się między nogami. Nie była obolała.
Gdyby ją zgwałcił, zorientowałaby się, prawda?
Nie miała pewności.
Uprawiała seks tylko raz i bolało ją. Chociaż nie, to nie był ból, tylko dyskomfort i tylko na początku. Jej chłopak Tyler dał jej słowo, że będzie delikatny, i był. Szybko doszedł, bo to był też jego pierwszy raz. Działo się to zaledwie kilka tygodni temu. Ojciec puścił ją na bal z okazji pierwszego meczu szkolnej drużyny z Whatney Vale High. Tyler wynajął pokój i nawet zdołał skołować skądś butelkę szampana.
Boże, jej głowa.
Podniosła rękę i lękliwie dotknęła bandaża. Miała dokładnie zabandażowane ucho. Opatrunek przyklejono jakąś taśmą. Delikatnie odwinęła bandaż.
- Kurwa!
Zimne powietrze smagnęło ją jak ostrze noża.
Mimo to ciągnęła za bandaż, aż wreszcie udało się jej wsunąć pod spód dłoń.
Do oczu napłynęły jej łzy, gdy muskała palcami to, co zostało z jej ucha - w najlepszym razie poszarpana rana, zaszyta i tkliwa.
- Nie... Nie... Nie! - krzyknęła.
Jej głos odbił się echem od ścian, drwiąc z niej.
Porter
Dzień pierwszy, 10.04
Nash zaparkował chargera przed Flair Tower na miejscu dla niepełnosprawnych i wyłączył silnik.
- Naprawdę zamierzasz go tutaj zostawić? - Porter ściągnął brwi.
Nash wzruszył ramionami.
- Przecież jesteśmy gliniarzami. Możemy tak robić.
- Kiedy to wszystko się skończy, przypomnij mi, żebym poprosił o nowego partnera.
- Świetny plan. Może wtedy obarczą mnie jakąś seksowną laską prosto po akademii. - Nash wyszczerzył się w uśmiechu.
- Może mógłbyś zgłosić zapotrzebowanie na taką, co lubi tatuśków.
- Nie pamiętam takiego pytania na formularzu, ale niewykluczone, że coś przeoczyłem.
Odźwierny otworzył przed nimi duże przeszklone drzwi. Minęli go i podeszli do recepcji. Porter błysnął odznaką.
- Apartament dwadzieścia siedem?
Młoda kobieta z krótko ostrzyżonymi brązowymi włosami i niebieskimi oczami uśmiechnęła się do niego.
- Pańscy koledzy przyjechali jakieś dwadzieścia pięć minut temu. Proszę wsiąść do windy numer sześć i pojechać na dwudzieste siódme piętro. Apartament znajduje się na prawo od wyjścia z windy. - Podała mu kartę magnetyczną. - Będzie to panu potrzebne.
Wsiedli do windy numer sześć. Drzwi zamknęły się za nimi z krótkim podmuchem powietrza. Porter wcisnął guzik przy numerze dwadzieścia siedem, ale nic się nie wydarzyło.
- Musisz przeciągnąć kartę przez to coś - poinstruował go Nash.
- To coś? Jak ty zostałeś detektywem, do cholery?
- Wybacz, że nie zajrzałem dzisiaj rano do słownika - odburknął Nash. - Chodziło mi o czytnik kart. Przypomina ten z terminali płatniczych.
- Kumam, Einsteinie.
Porter przeciągnął plastikową kartę przez czytnik i ponownie wcisnął guzik. Tym razem panel się rozświetlił na niebiesko i ruszyli w górę.
Drzwi windy otworzyły się, ukazując korytarz biegnący w dwie strony. Przez duże zabezpieczone balustradą otwory w murze było widać ogromne atrium piętro niżej. Drzwi znajdujące się przy końcu korytarza po prawej stronie były otwarte i stał w nich umundurowany policjant na straży.
Porter i Nash podeszli do niego, pokazali odznaki i weszli do środka.
Widok zapierał dech w piersiach.
Apartament zajmował całą północno-wschodnią część budynku. Zewnętrzne ściany składały się z okien sięgających od podłogi do sufitu, za którymi znajdował się balkon. Mogli podziwiać miasto i jezioro Michigan w oddali.
- Kiedy miałem piętnaście lat - odezwał się Porter - mój pokój tak nie wyglądał.
- W tym salonie zmieściłoby się całe moje mieszkanie - stwierdził Nash. - Może powinienem zrezygnować z odznaki i zostać potentatem na rynku nieruchomości.
- Chyba nie dałoby się tak po prostu przeskoczyć na taki poziom - zauważył Porter. - Wcześniej musiałbyś zrobić jakiś kurs internetowy.
Nash wyciągnął z kieszeni dwie pary lateksowych rękawiczek. Jedną podał Porterowi, a drugą włożył na dłonie.
W środku pracowało już kilku techników kryminalistycznych. Zauważył ich Paul Watson stojący przy znajdującej się w głębi pokoju biblioteczce, która sięgała od podłogi do sufitu, i ruszył w ich stronę.
- Jeżeli doszło do szamotaniny, nie ma żadnych śladów. To najczyściejsze mieszkanie, jakie w życiu widziałem. Lodówka jest pełna. W śmietniku znalazłem paragon sprzed dwóch dni. Sprawdzamy wykaz odbytych rozmów telefonicznych, ale tam też raczej nic nie znajdziemy. Przejrzałem dziesięć ostatnich połączeń przychodzących. Wszystkie były od jej ojca.
- Ma telefon stacjonarny? Serio?
Watson wzruszył ramionami.
- Może stanowił wyposażenie apartamentu.
- Pewnie tatuś go założył. Jak masz telefon stacjonarny, nie możesz się zasłaniać gadką, że nie było zasięgu - zauważył Nash.
- A połączenia wychodzące? - zainteresował się Porter.
- Trzy numery. Właśnie je sprawdzamy - odparł Watson.
Porter zaczął się przechadzać po mieszkaniu. Jego buty piszczały na drewnianej podłodze.
W kuchni znajdowały się szafki z wiśniowego drewna z blatami z ciemnego granitu. Wszystkie urządzenia były ze stali nierdzewnej - kuchenka firmy Viking i lodówka Sub-Zero. W salonie stała duża, beżowa, skórzana kanapa. Wydawała się tak wygodna, że Porter zmęczył się od samego zerkania na pękate poduchy. Telewizor miał co najmniej osiemdziesiąt cali.
- To 4K - poinformował go Watson.
- Cztery ka?
- Ma cztery razy więcej pikseli od standardowego telewizora HD.
Porter tylko skinął głową. Nadal miał dziewiętnastocalowy kineskopowy telewizor. Nie godził się na zastąpienie przedpotopowego modelu płaskim ekranem, skoro cholerstwo nadal działało i nie chciało się zepsuć.
Zobaczył pokój z dużym dębowym biurkiem. Technik kopiował pliki z iMaca z dwudziestosiedmiocalowym ekranem.
- Coś sensownego? - zapytał.
Technik pokręcił głową.
- Nic się nie wyróżnia. Zanalizujemy jej pliki i aktywność w sieciach społecznościowych już na komisariacie.
Porter przeszedł do sypialni. Łóżko było schludnie pościelone. Na ścianach nie wisiały żadne plakaty, tylko kilka obrazów.
- Coś mi tu nie pasuje.
Nash wyciągnął kilka szuflad. W każdej leżały perfekcyjnie poskładane ubrania.
- Ta. To mi wygląda na modelowy dom, prawie zainscenizowany. Jeżeli mieszka tu piętnastolatka, to jest to najporządniejsza dziewczyna, jaką w życiu spotkałem - zgodził się z nim Nash.
Na szafce nocnej stało jedno tylko zdjęcie w ramkach przedstawiające kobietę przed trzydziestką.
- Jej matka? - rzucił pytanie niezaadresowane do kogoś konkretnego.
- Tak myślę - odparł Watson.
- Talbot powiedział, że zmarła na raka, kiedy Emory miała zaledwie trzy lata - powiedział Porter, przyglądając się zdjęciu. - Na raka mózgu.
- Mogę to sprawdzić, jeśli pan chce - zaproponował gorliwie Watson.
Porter skinął głową i odstawił fotografię na miejsce.
- Przydałoby się.
- Narzuta naciągnięta jak struna - zauważył Nash. - Według mnie łóżka nie pościelił dzieciak.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że mieszka tu nastolatka.
Łazienka przy głównej sypialni była imponująca, urządzona w granicie i porcelanie. Dwie umywalki. Można by tu zrobić imprezę. Porter naliczył ni mniej, ni więcej, tylko sześć słuchawek prysznicowych i wbudowane w ścianę dodatkowe natryski.
Podszedł do umywalki i dotknął główki szczoteczki do zębów.
- Nadal wilgotna - stwierdził.
- Poproszę, żeby ktoś ją zabezpieczył - powiedział Watson. - W razie gdybyśmy potrzebowali DNA. Proszę mi też podać szczotkę do włosów.
Do sypialni przylegał pokój dzienny. Ściany były zastawione regałami, na których roiło się od książek; było ich kilkaset. Porter zobaczył dzieła Karola Dickensa i J. K. Rowling. Na dużym miękkim fotelu z podnóżkiem na środku pokoju leżała rozłożona powieść Thada McAlistera.
- Może ona naprawdę tu mieszka - stwierdził Porter i podniósł książkę. - Wydano to kilka tygodni temu.
- A skąd wiesz? - zainteresował się Nash.
- Heather też to kupiła. Jest wielką fanką tego gościa.
- Aha.
- Spójrzcie - odezwał się Watson. Trzymał w dłoni podręcznik do angielskiego. - Na biurku widziałem podręcznik do matematyki. Ten konkretny, Worthington Studies, jest popularny w edukacji domowej. Czy pan Talbot mówił, do której szkoły ona chodzi?
Porter i Nash popatrzyli po sobie.
- Nie zapytaliśmy o to.
Watson kartkował książkę.
- Jeżeli chodzi do jakiejś szkoły, możemy wytropić jej przyjaciół. - Zaczerwienił się. - Przepraszam, sir. Może pan wytropić jej przyjaciół. Jeśli uzna pan, że to będzie przydatne.
Talbot dał Porterowi wizytówkę ze swoim numerem komórkowym. Porter poklepał się po kieszeni, żeby sprawdzić, czy nadal ją tam ma.
- Skontaktuję się z ojcem, gdy tutaj skończymy.
Wyszli z sypialni do przedpokoju.
- Ile tu jest sypialni?
- Trzy - odpowiedział Watson. - Proszę obejrzeć tę. - Wskazał na pokój na prawo od nich.
Porter wszedł do środka. Na ogromnym łóżku stał kosz z praniem. Nad wezgłowiem wisiał duży katolicki krzyż. Na toaletce stały oprawione w ramki zdjęcia, w dwóch rzędach.
Nash podniósł jedno z nich.
- To ona? Emory?
- Pewnie tak.
Fotografie przedstawiały tę samą osobę od wczesnego dzieciństwa aż do czasu, gdy wyrosła na piękną dziewczynę z długimi, pofalowanymi ciemnymi włosami, stojącą w granatowej sukni obok chłopaka w wieku około szesnastu lat. W rogu znajdował się sporządzony drobną czcionką napis: impreza z okazji pierwszego meczu drużyny whatney vale high, 2014.
- Chodzi do tego liceum? - zainteresował się Porter.
- Dowiem się. - Watson wskazał na młodego człowieka stojącego obok dziewczyny. - Myślicie, że to jej chłopak?
- Możliwe.
- Mogę spojrzeć? - zapytał Watson.
Porter podał mu zdjęcie.
Watson obrócił je, odgiął małe wąsy i wyjął spód ramki. Ostrożnie wyciągnął zdjęcie.
- Em i Ty. - Pokazał im tył fotografii. Imiona wypisano małymi drukowanymi literami przy dolnej krawędzi.
- To elementarne, drogi Watsonie - powiedział Porter.
- Whatney Vale to liceum.
Nash zachichotał.
- Podoba mi się ten gość. Możemy go zatrzymać?
- Kapitan mnie zabije, jeśli sprowadzę do domu kolejną przybłędę - oznajmił Porter.
- Nie żartuję, Sam. Przydadzą nam się ludzie. Mamy dwa, może trzy dni, żeby znaleźć tę dziewczynę. A on ma łeb na karku - stwierdził Nash. - Jeżeli nie skompletujesz zespołu, zrobi to kapitan. Lepiej, żebyś to był ty, bo w przeciwnym razie dostaniemy kogoś takiego jak Murray. - Skinął głową w stronę stojącego w przedpokoju detektywa, który gapił się na czubek swojego cienkopisu. - Myślę, że moglibyśmy ściągnąć chłopaka w charakterze łącznika z zespołem kryminalistycznym.
Porter pomyślał chwilę, po czym odwrócił się do Watsona.
- Byłbyś zainteresowany pracą przy tej sprawie?
- Jestem prywatnym kontraktorem pracującym dla zespołu kryminalistycznego. Nie wiem, czy mogę pracować dla policji.
- Pod warunkiem że nie będziesz do nikogo strzelał - poinformował go Nash.
- Nie noszę broni - odparł chłopak. - Nigdy nie czułem potrzeby zdania egzaminu. Jestem typem mola książkowego.
- Policja Chicago ma podpisaną umowę z biurem kryminalistycznym. Oficjalnie będziesz wypożyczonym konsultantem - wyjaśnił Porter. - Możesz to ustalić ze swoim przełożonym?
Watson odstawił zdjęcie na toaletkę i wyciągnął telefon komórkowy.
- Dajcie mi chwilę. Zadzwonię do niego. - Przeszedł w głąb pokoju i wybrał numer.
- Bystry dzieciak - stwierdził Nash.
- Przyda nam się świeże spojrzenie - zgodził się z nim Porter. - Bóg mi świadkiem, że nie jesteś zbyt pomocny.
- Też się pierdol, stary. - Nash włożył zdjęcie do woreczka na dowody. - Zabiorę to do pokoju narad.
Porter przeczesał włosy palcami i rozejrzał się po pokoju.
- Wiesz, czego jeszcze nie widziałem?
- Czego?
- Ani jednego zdjęcia ojca - odparł. - Nie ma tu ani jednej cholernej rzeczy, która by sugerowała, że są spokrewnieni. Idę o zakład, że gdybyśmy sprawdzili księgi, nie znaleźlibyśmy nic, co pozwoliłoby go skojarzyć z tym miejscem. Właścicielem mieszkania jest pewnie firma należąca do firmy należącej do jakiejś będącej przykrywką firmy na wyspie tak odległej, że na jej plaży pochowano zapewne kości Gilligana.
Nash wzruszył ramionami.
- Dziwi cię to? Przecież ma rodzinę, żonę. To jest gość, który pewnie myśli o karierze politycznej. Dziecko z nieprawego łoża raczej nie pomaga w kampanii, chyba że chodzi o dziecko przeciwnika. To samo dotyczy kochanek. Spójrzmy prawdzie w oczy. Chociaż mówił, że zależało mu na tej kobiecie, była dla niego tylko kochanką. W przeciwnym razie odszedłby od żony i poślubił ją, zamiast ukrywać ją w tym apartamentowcu. Z dzieckiem czy bez.
Watson podszedł do nich, chowając komórkę do kieszeni.
- Powiedział, że jeśli nie zaniedbam swoich dotychczasowych obowiązków, nie ma nic przeciwko temu.
- Będzie z tym jakiś problem?
Chłopak pokręcił głową.
- Dam radę. Szczerze mówiąc, przyda mi się zmiana tempa. Miło będzie wyrwać się na trochę z laboratorium.
- W porządku. W takim razie witaj w zespole badającym sprawę Zabójcy Czwartej Małpy. Zajmiemy się papierami na komisariacie.
- To nie było zbyt ceremonialne, Sam. Będziesz musiał nad tym popracować - zauważył Nash.
Watson wskazał na zdjęcie.
- Mam spróbować znaleźć tego Tya?
- Tak - odparł Porter. - Zobacz, do czego się dokopiesz.
Wsunął fotografię do woreczka.
Nash otworzył górną lewą szufladę komody. Damska bielizna. Rozciągnął majtki na dłoniach i gwizdnął.
- Spore.
- Myślę, że to jest pokój jakiejś niańki lub pokojówki - stwierdził Porter. - Emory ma zaledwie piętnaście lat. Na pewno nie mieszka tu sama.
- To gdzie ona teraz jest? Dlaczego nie zgłosiła zaginięcia dziewczyny? - zapytał Nash. - Minął co najmniej dzień. Może więcej.
- Niczego nie zgłosiła na policji. Może jednak zadzwoniła do kogoś innego - podsunął Porter.
- To znaczy do Talbota? - Nash pokręcił głową. - Nie sądzę. Wydawał się szczerze zaskoczony i zdenerwowany, kiedy mu powiedziałeś.
- Jeżeli pracuje nielegalnie, nie zwróciłaby się do policji - zauważył Watson. - Raczej skontaktowałaby się z nim.
- Albo z kimś, kto dla niego pracuje.
- Jeżeli tak jest, dlaczego Talbot miałby udawać, że nic nie wie? Nie chciałby jej odnaleźć?
Porter wzruszył ramionami.
- Jego prawnik dość stanowczo obstawał przy tym, żeby utrzymać wszystko w tajemnicy. Może takie jest właśnie stanowisko Talbota? Przez piętnaście lat ukrywali tę dziewczynę. Dlaczego mieliby to teraz zmienić? Talbot dysponuje odpowiednimi środkami. Pewnie szukają jej już jego ludzie. Po co mu my?
- Dlaczego zatem nam o niej powiedział? Jeżeli jego głównym celem było ukrywanie jej przed światem, nie naprowadziłby nas na inny trop?
Porter podszedł do kosza z praniem i dotknął ręcznika leżącego w środku.
- Jeszcze ciepły.
Nash powoli pokiwał głową.
- Ktoś do niej zadzwonił i powiedział jej, że tu jedziemy...
- Tak myślę. Prawdopodobnie zmyła się zaraz po telefonie.
- To nie sugeruje wielkiej konspiracji. Może pracować nielegalnie, jak sugerował doktor Watson, i Talbot nie chciał, żeby ją deportowano - powiedział Nash.
- Nie jestem...
Nash zbył chłopaka machnięciem ręki.
- Pewnie jest jeszcze blisko. Powinniśmy wyznaczyć kogoś, żeby obserwował to miejsce.
Zadzwonił telefon Nasha. Mężczyzna zerknął na wyświetlacz.
- To Eisley. - Odebrał. - Mówi Nash.
Porter skorzystał z okazji, żeby zadzwonić do żony. Kiedy usłyszał pocztę głosową, rozłączył się, nie zostawiwszy wiadomości.
Nash zakończył rozmowę i wsunął telefon do przedniej kieszeni spodni.
- Prosi, żebyśmy przyjechali do kostnicy.
- Co znalazł?
- Powiedział, że musimy to zobaczyć na własne oczy.
Pamiętnik
- Chciałbyś więcej miodu do owsianki, kochanie?
Matka robiła wyborną owsiankę. Nie korzystała ze sklepowej mieszanki. Kupowała surowe płatki i gotowała je, aż robiły się czarodziejsko pyszne. Podawała je z tostem i sokiem w kąciku śniadaniowym w naszej kuchni.
- Tak, matko - odpowiedziałem. - Dostanę też więcej soku?
Było krótko po ósmej w słoneczny letni czwartkowy poranek.
Usłyszałem ciche pukanie w siatkę przeciw owadom w drzwiach. Spojrzeliśmy oboje w tamtą stronę i zobaczyliśmy panią Carter stojącą na werandzie.
Matka się uśmiechnęła.
- Cześć. Wejdź.
Pani Carter też się uśmiechnęła i otworzyła drzwi. Dzięki jaskrawemu światłu zobaczyłem zarys jej nóg pod sukienką, kiedy przekroczyła próg. Ścisnęła mnie za ramię i uśmiechnęła się do mnie, po czym podeszła do matki i pocałowała ją lekko w policzek.
Muszę przyznać, że w porównaniu z poprzednim dniem był to raczej nijaki pocałunek, ale udało mi się dostrzec spojrzenie, które wymieniły.
Matka pogładziła panią Carter po włosach.
- Twoje włosy wyglądają dzisiaj przepięknie. Mogłabym zabić dla takich włosów. Piję kawę po irlandzku. Masz ochotę?
- Co to jest kawa po irlandzku?
- Ojej, ty naprawdę nie wiesz nic o świecie, co? To jest kawa z dodatkiem whisky Jameson. Doskonale pobudza w upalny letni poranek - poinformowała ją matka.
- Whisky o poranku? Szatański pomysł! Poproszę.
Matka nalała parującą kawę do filiżanki, następnie wyjęła zieloną butelkę z żółtą etykietą z szafki, do której nie mogłem zaglądać. Odkręciła nakrętkę i uzupełniła filiżankę przed podaniem jej pani Carter. Zwróciłem uwagę na to, że przytrzymały się za ręce dłużej, niż było to konieczne.
Pani Carter pociągnęła łyk i się uśmiechnęła.
- Zabójcza. Na pewno działa cuda zimą.
Matka spojrzała na kobietę i przekrzywiła głowę.
- Czy to nie ta sama sukienka co wczoraj?
Pani Carter się zarumieniła.
- Obawiam się, że tak. Muszę koniecznie zrobić dzisiaj pranie.
- Nie mogę pozwolić, żebyś chodziła we wczorajszym ubraniu. Chodź ze mną. - Wstała i ruszyła w stronę sypialni, zabierając ze sobą butelkę. - Mam kilka sukienek, których już nie noszę. Myślę, że będą pasowały na ciebie jak ulał.
Pani Carter uśmiechnęła się do mnie i pospieszyła za matką, z kawą po irlandzku w dłoni. Patrzyłem, jak znikają w przedpokoju. Matka zamknęła za nimi drzwi.
Przez krótką chwilę myślałem, że zostanę przy stole i dokończę śniadanie. Bądź co bądź to najważniejszy posiłek dnia. Dorastałem i rozumiałem, jak ważne jest właściwe odżywianie. Jednak tego nie zrobiłem. Przebiegłem na paluszkach przedpokój i przycisnąłem ucho do drzwi.
Po drugiej stronie panowała cisza.
Wyszedłem z domu i okrążyłem go.
Okno pokoju matki znajdowało się po wschodniej stronie, nad dużym krzewem róż rosnącym w cieniu topoli. Dbając o to, żeby nie było mnie widać od ulicy, stanąłem przy drzewie i odwróciłem się w stronę okna. Niestety, byłem dość niski i chudziutki, więc widziałem z tej perspektywy wyłącznie sufit w pokoju.
Szybko pobiegłem na tył domu i wróciłem z plastikowym wiadrem. Ustawiłem je do góry dnem przy drzewie, stanąłem na nim i znowu spojrzałem w stronę okna.
Pani Carter była zwrócona do mnie plecami i przyglądała się, jak matka szpera w szafie z żarliwością psa wykopującego w ziemi dziurę na ukochaną kość. Wyłoniła się z szafy z trzema sukienkami. Padły jakieś słowa, ale nie mogłem ich usłyszeć, bo okno było zamknięte. Matka nigdy nie otwierała okna, nawet w najgorętsze dni.
Pani Carter sięgnęła za siebie i rozwiązała kokardę mocującą jej sukienkę. Oddech uwiązł mi w gardle, gdy cienki materiał opadł na podłogę. Kobieta miała na sobie tylko cienkie, białe bawełniane majtki. Matka podała jej jedną z sukienek i przyjrzała się przyjaciółce. Sięgnęła po zieloną butelkę z żółtą etykietą i napiła się prosto z gwinta. Zadrżała, uśmiechnęła się i podała butelkę pani Carter, która zawahała się na krótką chwilę, ale też przysunęła butelkę do ust i pociągnęła łyk.
Wiedziałem, czym jest alkohol, ale nie pamiętałem, bym kiedykolwiek widział pijącą matkę. Ojciec często nalewał sobie drinka po długim dniu pracy, ale matka nigdy. To było coś nowego. Innego.
Sąsiadka oddała butelkę matce, która znowu się napiła i przekazała butelkę z powrotem. Kobiety śmiały się bezgłośnie za szybą.
Matka podniosła kolejną sukienkę, a pani Carter potaknęła z entuzjazmem. Rozebrała się i podeszła do dużego lustra, przykładając sukienkę do siebie.
Serce zaczęło mi bić żwawiej.
Matka stanęła za nią i odgarnęła jej włosy na bok, odsłaniając krzywiznę szyi. Gapiłem się, jak matka całuje delikatnie miejsce styku szyi z ramieniem. Pani Carter zamknęła oczy i delikatnie odchyliła się do tyłu, napierając na matkę. Upuściła sukienkę na podłogę. Obserwowałem w lustrze, jak dłoń matki wędruje w górę brzucha kobiety i znajduje jej prawą pierś.
Matka miała otwarte oczy. Wiem to, bo je widziałem. Widziałem, jak patrzą w lustrze w moją stronę, gdy jej ręce zsunęły się po ciele pani Carter i zniknęły pod jej majtkami.
Porter
Dzień pierwszy, 10.31
Biuro koronera hrabstwa Cook znajdowało się przy West Harrison Street w centrum Chicago. Porter i Nash w dobrym czasie dojechali tam z Flair Tower i zaparkowali na jednym z miejsc zarezerwowanych dla samochodów policji. Eisley polecił im przyjść do kostnicy.
Porter nigdy nie przepadał za kostnicą. Pachniało tam formaldehydem i wybielaczem pełniącymi funkcję tamtejszego odświeżacza powietrza, ale nie dało się ukryć faktu, że w kostnicy unosiła się woń stóp, zepsutego sera i tanich perfum. Za każdym razem, kiedy przestępował próg tego miejsca, przypominała mu się ta nieszczęsna świnia, którą pan Scarletto kazał mu pokroić w liceum. Chciał stamtąd wyjść tak szybko, jak tylko było to możliwe. Ściany pomalowano na wesoły niebieski kolor, co niestety nie pomagało zapomnieć, że wokół leżeli martwi ludzie. Wszyscy pracownicy zdawali się mieć taki sam nonszalancki wyraz twarzy, przez co Porter zastanawiał się, co by znalazł w ich domowych lodówkach, gdyby do nich zajrzał. Nash dla odmiany sprawiał wrażenie, że go to nie wzrusza. Zatrzymał się w połowie korytarza i wpatrywał w automat ze słodyczami.
- Jakim cudem skończyły się im snickersy? Kto dba o to ustrojstwo? - burczał, nie zwracając się do żadnej konkretnej osoby. - Hej, Sam, pożyczysz mi ćwierć dolara?
Porter go zignorował i przecisnął się przez podwójne wahadłowe drzwi ze stali nierdzewnej naprzeciwko zielonej skórzanej kanapy, która nowa była chyba w czasach Johna Kennedy'ego.
- Daj spokój. Jestem głodny! - krzyknął za nim Nash.
Tom Eisley siedział przy metalowym biurku w dalekim kącie pomieszczenia i gorączkowo stukał w klawiaturę. Podniósł wzrok i ściągnął brwi.
- Szliście tutaj, czy jak?
Porter chciał mu powiedzieć, że jechali, i to dość szybko, z zapalonym kogutem, ale się rozmyślił.
- Byliśmy we Flair Tower. W mieszkaniu ofiary.
Większość ludzi zapytałaby, co tam znaleźli, ale nie Eisley; on zaczynał interesować się ludźmi, gdy zatrzymywał się ich puls.
Nash wszedł przez wahadłowe drzwi z resztą kitkata w dłoni.
- Lepiej ci? - zapytał go Porter.
- Odpuść sobie. Jadę na oparach.
Eisley wstał od biurka.
- Włóżcie rękawiczki. Obaj. I chodźcie ze mną.
Minęli biurko i pokonali kolejne wahadłowe drzwi prowadzące do dużego pokoju badań. Temperatura spadła chyba o dwadzieścia stopni i była na tyle niska, że Porter widział swój oddech. Na rękach miał gęsią skórkę.
Duży okrągły reflektor z uchwytami po dwóch stronach oświetlał stół pośrodku pokoju. Na stole leżało nagie ciało mężczyzny. Twarz była przykryta białym materiałem. Klatka piersiowa została otwarta cięciem w kształcie litery Y zaczynającym się przy pępku i rozchodzącym się na wysokości mięśni piersiowych.
Powinien przyjść tu z gumą. Guma pomaga znieść ten zapach.
- To nasz chłopak? - zapytał Nash.
- Tak - potwierdził Eisley.
Z ciała zmyto brud, ale nie udało się usunąć otarć, które pokrywały skórę plamami. Porter przyjrzał się uważniej.
- Nie widziałem tego dzisiaj rano.
Eisley wskazał na duże fioletowo-czarne siniaki na prawej ręce i nodze.
- Autobus uderzył w niego tutaj. Widzicie linie? Odcisnęła je kratka chłodnicy. Na podstawie pomiarów dokonanych na miejscu wypadku wiemy, że uderzenie odrzuciło go na ponad sześć metrów. Potem przejechał po chodniku jakieś trzy i pół metra. Znalazłem rozległe obrażenia wewnętrzne. Pękła mu ponad połowa żeber. Cztery przebiły prawe płuco, dwa lewe. Pękła śledziona. Podobnie jak jedna nerka. Przyczyną śmierci wydaje się uszkodzenie głowy, aczkolwiek każde z tych obrażeń mogłoby być śmiertelne. Zmarł niemal natychmiast. Nic nie dałoby się zrobić.
- I to są te ważne wieści? - żachnął się Nash. - Myślałem, że coś znalazłeś.
Eisley ściągnął brwi.
- Mam coś.
- Nie przepadam za budowaniem napięcia, Tom. Co znalazłeś? - ponaglił go Porter.
Eisley podszedł do stolika ze stali nierdzewnej i wskazał na coś, co wyglądało jak brązowa torebka zapinana na strunę wypełniona...
- To jego żołądek? - zapytał Nash.
Eisley przytaknął.
- Widzicie coś dziwnego?
- Ta. Już nie znajduje się w nim - odparł Porter.
- Coś jeszcze?
- Nie mamy na to czasu, doktorku.
Eisley westchnął.
- Widzicie te plamy? Tutaj i tu?
Porter pochylił się lekko.
- Co to jest?
- Rak żołądka - poinformował go Eisley.
- Umierał? Wiedział o tym?
- Choroba była w zaawansowanym stadium. Nie da się jej leczyć, gdy jest na tym etapie. Na pewno czuł wielki ból. I wiedział dlaczego. Znalazłem kilka ciekawostek w wynikach badania toksykologicznego. Przyjmował wysoką dawkę oktreotydu, który pomaga panować nad nudnościami i biegunką. Było też spore stężenie trastuzumabu. To ciekawa substancja. Początkowo wykorzystywano ją do leczenia raka piersi, ale potem odkryto, że pomaga też w innych typach nowotworów.
- Myślisz, że można go wytropić na podstawie zażywanych leków?
Eisley przytaknął powoli.
- Prawdopodobnie. Trastuzumab podaje się dożylnie przez godzinę, nie mniej niż raz w tygodniu, być może nawet częściej na tym etapie. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek oferował ten konkretny lek w prywatnej placówce, co znaczy, że odwiedzał szpital lub ekskluzywny ośrodek leczenia nowotworów. Mamy do wyboru zaledwie kilka ośrodków w mieście. Lek może zaburzać pracę serca, więc pacjenci są uważnie monitorowani.
Nash odwrócił się do Portera.
- Skoro umierał, myślisz, że celowo wszedł pod ten autobus?
- Wątpię. Po co miałby porywać kolejną dziewczynę? Chciał chyba doprowadzić sprawę do końca. - Porter popatrzył na Eisleya. - Jak myślisz, ile czasu mu dawano?
Eisley wzruszył ramionami.
- Trudno powiedzieć. Niewiele. Może kilka tygodni? Miesiąc poza szpitalem.
- Przyjmował coś przeciwbólowego? - zapytał Porter.
- Znalazłem w żołądku częściowo strawioną tabletkę oksykodonu. Badamy włosy pod kątem obecności wcześniej przyjmowanych leków, substancji, które już wydalił z organizmu. Podejrzewam, że znajdziemy morfinę - poinformował Eisley.
Porter zerknął na ciemne włosy mężczyzny. Włosy pozwalają dowiedzieć się czegoś o zażywanych lekach i diecie. #4MK strzygł się krótko; jego włosy miały co najwyżej dwa i pół centymetra długości. Włosy przeciętnego człowieka rosną około centymetra na miesiąc, co znaczyło, że będą mogli poznać jego historię z ponad dwóch miesięcy. Badanie włosa pod kątem zawartości substancji narkotycznych jest pięć razy dokładniejsze od badania próbki moczu. Porter przez lata był świadkiem tego, jak podejrzani starali się pozbyć narkotyków z organizmu z użyciem wszystkiego, od soku z żurawiny po picie własnego moczu. Z włosów nie dało się jednak niczego pozbyć. To dlatego wielu narkomanów mających nadzór kuratora goliło głowy.
- Ma włosy - powiedział cicho Porter.
Eisley marszczył przez chwilę brwi i nagle dotarło do niego, do czego zmierza Porter.
- Nie znalazłem śladów chemioterapii, ani jednego cyklu. Możliwe, że wykryto raka zbyt późno, żeby korzystać z tradycyjnej terapii. - Eisley podszedł do drugiego stołu, na którym znajdowały się równo ułożone przedmioty osobiste mężczyzny. - Ten mały pojemnik - wskazał na srebrne pudełeczko - zawiera lorazepam.
- Pomaga radzić sobie z lękiem, prawda?
Nash krzywo się uśmiechnął.
- Bycie seryjnym zabójcą to dziwne hobby, jeśli ktoś ma lęki.
- W przypadku pacjentów z rakiem żołądka lekarze przepisują go czasami, żeby panować nad wydzielaniem kwasu. Lęk prowadzi do zwiększonego wydzielania, a lorazepam je ogranicza - poinformował Eisley. - Prawdopodobnie był spokojniejszy od każdego z nas.
Porter zerknął na zegarek kieszonkowy, oznakowany i zamknięty szczelnie w foliowym woreczku. Wierzch koperty był misternie grawerowany, na spodzie było widać odciski palców.
- Udało się wam zdjąć odciski?
Eisley przytaknął.
- Miał kilka otarć na dłoniach, ale czubki palców były nietknięte. Wziąłem odciski ze wszystkich palców i odesłałem do laboratorium. Jeszcze się nie odezwali.
Wzrok Portera spoczął na butach. Eisley spojrzał w tę samą stronę.
- Och, prawie o tym zapomniałem. Spójrzcie tylko. Bardzo mnie to dziwi. - Wziął but, podszedł do ciała i przyłożył podeszwę do stopy mężczyzny. - Są o prawie dwa rozmiary za duże. Wypchał czubki papierem.
- Kto nosi buty o dwa rozmiary za duże? - zdziwił się Nash. - Nie mówiłeś przypadkiem, że kosztują półtora tysiąca?
- Może nie należą do niego - zastanawiał się Porter. - Trzeba by sprawdzić odciski palców.
Nash zerknął na Eisleya i rozejrzał się po pokoju.
- Czy masz...? Nieważne. Już wiem. - Podbiegł do szafki i wrócił z zestawem do zdejmowania odcisków palców. Ze znawstwem pokrył buty proszkiem. - Bingo.
- Prześlij je do laboratorium. Daj im wyraźnie do zrozumienia, że sprawa jest pilna - polecił Porter.
- Tak jest.
Porter wrócił do Eisleya.
- Coś jeszcze?
Eisley ściągnął brwi.
- Słucham? Badania toksykologiczne nie są wystarczającym dowodem?
- To nie jest...
- Jest jeszcze coś.
Zaprowadził Portera do drugiego boku ofiary i ujął jej prawą rękę. Porter starał się nie patrzeć na dziurę w klatce piersiowej.
- Znalazłem mały tatuaż - poinformował go Eisley. Wskazał na czarną plamkę po wewnętrznej stronie nadgarstka. - To chyba cyfra osiem.
Porter się pochylił.
- Albo symbol nieskończoności. - Wyciągnął telefon i zrobił zdjęcie.
- Jest świeży. Widzisz zaczerwienienie? Zrobił go niecały tydzień temu.
Porter usiłował to wszystko zrozumieć.
- To może mieć związek z religią. Umierał.
- Rozgryzienie tego zostawię wam, detektywom - odparł Eisley.
Porter uniósł krawędź materiału zakrywającego głowę. Oderwał się z dźwiękiem podobnym do dźwięku odrywanego rzepa.
- Postaram się zrekonstruować twarz.
- Tak? Myślisz, że ci się uda? - zainteresował się Porter.
- Nie mnie - wyznał Eisley. - Znam kogoś, kto pracuje w Muzeum Nauki i Przemysłu. Specjalizuje się w czymś takim, w starych szczątkach i tak dalej. Od sześciu lat zajmuje się szczątkami członków plemienia Illiniwek odkrytymi w pobliżu hrabstwa McHenry. Zazwyczaj pracuje z czaszkami i fragmentami kości, a nie z tak... świeżym materiałem. Ale myślę, że sobie poradzi. Zadzwonię do niej.
- Do niej? - wypalił Nash. - Znalazłeś sobie przyjaciółkę? - Skończył zajmować się butami i spakował zestaw do zdejmowania odcisków palców. - Mam sześć fragmentów i trzy pełne kciuki. To znaczy, trzy pełne odciski kciuka. Nie mówię, że nasz podejrzany miał trzy kciuki, choć to by znacznie ułatwiło identyfikację. Zaniosę to do laboratorium. Chcesz zwołać zebranie w pokoju narad? Za godzinę? Zajrzę też do kapitana.
Porter pomyślał o pamiętniku, który miał w kieszeni. Godzina bardzo mu się przyda.
Pamiętnik
Matka mnie zobaczyła, ale nie uciekłem. Wiedziałem, że powinienem. Wiedziałem, że to była prywatna chwila, coś nieprzeznaczonego dla moich oczu, ale mimo to patrzyłem dalej. Chyba nie potrafiłbym się oderwać, nawet gdybym chciał. Stałem przy drzewie tak długo, aż matka i pani Carter zniknęły z widoku. A konkretniej, osunęły się, albo na łóżko, albo na podłogę. Tego nie byłem pewien.
Wiadro pode mną się zachwiało. Ja się zachwiałem. Miałem nogi jak z galarety. Serce mi waliło jak opętane. Powiem tylko, że było to co najmniej porywające!
To zajęcie tak mnie pochłonęło, że nie słyszałem, jak samochód pana Cartera minął nasz dom. Dopiero zgrzyt żwiru na sąsiednim podjeździe zwrócił moją uwagę. Pewnie pani Carter również usłyszała auto. Wystawiła głowę nad parapet jak świstak ostatniego dnia zimy nad ziemię; piersi jej podskakiwały, usta rozwarły się w okrzyku. Zauważyła mnie w tym samym momencie, co ja ją. Nie mogłem nic zrobić. Zamarłem w bezruchu i gapiłem się na nią. Odwróciła się, krzyknęła coś. W oknie pojawiła się matka. Nie patrzyła na mnie.
Obie zniknęły z pola widzenia.
Trzasnęły drzwi samochodu pana Cartera. Nigdy nie przyjeżdżał do domu o tej godzinie. Zwykle wracał z pracy po siedemnastej, mniej więcej o tej samej porze co ojciec. Widział, że stoję przy drzewie, na wiadrze, i przyjrzał mi się zdziwiony. Pomachałem mu. Nie odmachnął. Dopadł do drzwi wejściowych swojego domu i zniknął w środku.
Chwilę później pani Carter wyszła energicznym krokiem z naszego domu i przeszła przez trawnik. Po drodze wygładziła sukienkę rękami. Zerknęła na mnie przelotnie. Pozdrowiłem ją, ale nie odpowiedziała. Ostrożnie weszła do domu i cichutko zamknęła za sobą drzwi.
Zeskoczyłem z wiadra i poszedłem za nią.
Nie nazwałbym siebie wścibskim dzieckiem. Byłem po prostu ciekawski, to wszystko. Dlatego bez namysłu przeciąłem trawnik Carterów. Byłem w połowie podjazdu, kiedy usłyszałem dźwięk towarzyszący uderzeniu.
Ten dźwięk rozpoznałbym wszędzie. Ojciec głęboko wierzył w dyscyplinę i dawał mi w tyłek nie raz. Bez wdawania się w szczegóły przyznaję, że zasłużyłem na klapsa w każdym przypadku, i nie żywię do niego urazy z tego powodu. W każdym razie dobrze znałem ten dźwięk i z racji doświadczenia rozpoznałem też krótki krzyk, który wyrywał się z człowieka wskutek tego bólu.
Kiedy pani Carter krzyknęła zaraz po odgłosie klepnięcia, dotarło do mnie, że pan Carter ją uderzył. Usłyszałem kolejne klepnięcie i kolejny ostry krzyk.
Dotarłem do samochodu pana Cartera. Silnik nadal pracował miarowo. Ciepłe powietrze drgało nad dachem, a z rury wydechowej wydostawały się spaliny.
Pan Carter wypadł z domu, gdy stałem obok jego auta.
- Co ty tu, kurwa, robisz? - ryknął, po czym minął mnie i ruszył przez trawnik w stronę naszego domu.
Pani Carter pojawiła się w drzwiach, ale zatrzymała się w progu. Przykładała mokry ręcznik do policzka. Prawe oko miała zapuchnięte, różowe, załzawione. Kiedy mnie zauważyła, usta jej zadrżały.
- Nie pozwól, żeby skrzywdził twoją matkę - szepnęła.
Pan Carter doszedł do drzwi kuchennych i walił pięścią w futrynę. Zdziwiło mnie, że były zamknięte. Prawie każdego letniego dnia drzwi były otwarte od rana aż do późnego wieczora. Tylko drzwi z siatką były zamknięte, żeby nie wpuścić do domu różnych stworzeń matki natury. Matka pewnie...
Dostrzegłem ją w okienku przy drzwiach. Patrzyła gniewnie na pana Cartera stojącego na werandzie.
- Otwieraj drzwi, pieprzona cipo! - krzyknął. - Otwieraj te cholerne drzwi!
Matka obserwowała go, ale ani drgnęła.
Ruszyłem biegiem w stronę domu, ale matka podniosła rękę, każąc mi zostać na miejscu. Zatrzymałem się, niepewny, co powinienem zrobić. Z perspektywy czasu wiem, że byłem naiwny, sądząc, że mogłem zrobić cokolwiek. Pan Carter był postawnym mężczyzną, może nawet większym od ojca. Gdybym próbował mu przeszkodzić, odtrąciłby mnie niczym irytującą muchę bzyczącą mu przy głowie.
- Myślisz, że możesz się zabawiać z moją żoną? - Walił w drzwi. - Wiedziałem, kurwa! Wiedziałem, ty nienasycona cipo! Wiedziałem, że coś się święci. Ciągle u ciebie siedziała. Śmierdziała tobą. Czułem na niej twój smak, wiesz? Wierz mi. Cuchniesz paskudnie. Jesteś mi coś winna. Jak Kuba Bogu. A może jak Kuba piździe? Zrozumiesz mnie, jeśli ujmę to tak dosłownie? Musisz ponieść konsekwencje, ty zdziro. Zapłacisz za to. Nic na tym świecie nie jest za darmo!
Matka zniknęła z okna.
Pani Carter zaczęła za mną szlochać.
Pan Carter odwrócił się i pogroził jej wściekle palcem.
- Zamknij się! - Twarz miał czerwoną. Pot lśnił mu na skroniach. - Nie myśl, że z tobą skończyłem. Jak załatwię sprawę z nią, pogadamy sobie długo i dobitnie. Wierz mi. Kiedy wezmę, co mi się należy, od tej ulicznicy, przyjdzie kolej na ciebie. Myślisz, że to bolało? Poczekaj, aż wrócę do domu na deser!
I wtedy otworzyły się tylne drzwi. Matka wyszła na zewnątrz i zaprosiła go do środka.
Pan Carter stał przez chwilę i patrzył gniewnie na matkę. Twarz miał czerwoną jak znak stopu, brwi ściągnięte i mokre od potu. Dłonie zacisnął w pięści. W pierwszej chwili pomyślałem, że ją uderzy, ale nie zrobił tego.
Matka zerknęła mu przez ramię i przez chwilę nie spuszczała ze mnie wzroku. Potem odezwała się do niego:
- Nie zaproponuję tego drugi raz. Albo teraz, albo nigdy. - Nawinęła blond włosy na palec i przesunęła nim wzdłuż szyi, a na jej ustach igrał uśmiech.
- Żartujesz?
Matka weszła do kuchni i skinęła.
- Wejdź.
Patrzył, jak matka znika wewnątrz domu. Odwrócił się do żony.
- Potraktuj to jako część pierwszą lekcji. Kiedy tu skończę, wrócę do domu i dam ci drugą część. - Parsknął, jakby opowiedział najlepszy dowcip pod słońcem, wszedł do nas i zatrzasnął za sobą drzwi.
Pani Carter łkała.
Byłem tylko chłopcem i nie miałem pojęcia, jak pocieszyć płaczącą kobietę. Nawet nie czułem takiej potrzeby. Zamiast tego obiegłem dom, stanąłem pod oknem matki i wskoczyłem na wiadro. Pokój był pusty.
Gdzieś z wnętrza domu dobiegł mnie potworny krzyk. Nie wydała go matka.
Emory
Dzień pierwszy, 9.31
Emory chciało się wymiotować.
Treść żołądka podeszła jej do gardła, gęsta i obrzydliwa. Przełknęła ją, wzdrygając się, gdy poczuła ohydny posmak.
Wzięła głęboki wdech, który się rwał z powodu szlochu.
Odciął jej ucho! Co jest, kurwa? Dlaczego...
Odpowiedź przyszła do niej natychmiast. Znowu wciągnęła powietrze tak gwałtownie i szybko, że gwizdnęła, zanim wydostał się z niej szloch. Łzy popłynęły jej z oczu na kolana. Próbowała je zetrzeć z policzków, ale pojawiały się nowe, słone i gorące.
Czkała pomiędzy urywanymi oddechami.
Jej ciałem wstrząsał gwałtowny dreszcz. Z nosa pociekły gile, które zmieszały się ze łzami. Kiedy myślała, że już ma to za sobą, mieszanina strachu, bólu i wściekłości na nowo ogarniała jej umysł i sytuacja się powtarzała, a każdy kolejny atak był tylko trochę słabszy od poprzedniego.
Gdy napady wreszcie ustały, kiedy mogła wciągnąć powietrze w płuca i je tam utrzymać, stwierdziła, że siedzi w zupełnej ciszy. Umysł miała nieprzyjemnie pusty i spokojny, ciało obolałe, twarz zapuchniętą i czerwoną. Musnęła palcami kajdanki, szukając jakiegoś przycisku. Miała nadzieję, że to nie są prawdziwe kajdanki, tylko takie, które kupuje się w sex-shopie lub sklepie z zabawkami. Jej przyjaciółka Laurie opowiadała jej o nich i o tym, jak chciał je wykorzystać jej chłopak, a ona mu kategorycznie odmówiła.
Nie było żadnego przycisku, a bransoletka ciasno opinała nadgarstek. Nie zdejmie ich bez kluczyka. Mogłaby próbować otworzyć je wytrychem, ale musiałaby znaleźć coś, co mogłoby posłużyć za wytrych, a to oznaczało konieczność szukania.
Kogo ona okłamywała? Nie miała pojęcia, jak otworzyć zamek wytrychem.
Kajdanki miały wyjątkowo długi łańcuszek, co najmniej półmetrowy, jak na filmach o więźniach, w których przestępca ma skute ręce i nogi i jest zmuszony iść ciemnym korytarzem. Dawały pewną swobodę ruchu, ale nie za dużą.
Wiedziała o Zabójcy Czwartej Małpy. Wszyscy w Chicago o nim słyszeli, a pewnie i cały świat. Nie tylko o tym, że był seryjnym zabójcą, ale i o tym, jak torturował ofiary przed zabiciem ich, jak wysyłał rodzinom części ich ciał. Najpierw ucho, potem...
Wolna ręka Emory powędrowała do oczu. W pomieszczeniu było ciemno, ale nadal widziała słabe kontury. Nie tknął jej oczu.
"Jeszcze nie. Może znajdzie na to czas, gdy wróci".
Serce waliło jej w piersi.
"Ile masz czasu, zanim..."
Nie mogła o tym myśleć. Po prostu nie mogła.
Sama myśl, że ktoś mógłby wyłupić jej oczy, wyjąć je, kiedy żyła.
"Język też, moja droga. Nie zapominaj o języku. Usuwa go jako trzeci i wysyła ten mały kawałeczek ciała mamusi i tatusiowi. Tuż przed tym, jak..."
Głos w jej głowie wydawał się dziwnie znajomy.
"Nie pamiętasz mnie, kochanie?"
Zrozumiała to, tak po prostu, i aż zagotowała się ze złości.
- Nie jesteś moją matką - powiedziała gniewnie. - Moja matka nie żyje.
Chryste. Wariowała. Rozmawiała ze sobą. To przez ten zastrzyk? Co on jej dał? Jakiś halucynogen? Może to wszystko było tylko okropnym snem, kiepskim odlotem. Może...
"Może zastanowisz się nad tym później, moja droga. Kiedy będziesz miała więcej czasu? Na razie powinnaś się skupić na znalezieniu wyjścia. Zanim on wróci. Zgodzisz się ze mną?"
Emory przyłapała się na tym, że przytaknęła.
"Chcę tylko tego, co dla ciebie najlepsze".
- Przestań.
"Gdy będziesz bezpieczna. Do tego czasu... To jest trudna sytuacja, Em. Nie mogę napisać ci usprawiedliwienia i wybawić cię z opresji. Nie będzie tak łatwo jak z dyrektorem".
- Cicho!
Cisza.
Słyszała wyłącznie własny oddech i szum krwi w uchu, ciepłej i pulsującej.
"W miejscu, w którym kiedyś miałaś ucho, kochanie".
- Proszę, przestań. Zamilknij...
"Lepiej, żebyś się z tym pogodziła. Zaakceptuj to i idź dalej".
Emory spuściła nogi z prowizorycznego łóżka. Koła pisnęły, kiedy nosze przesunęły się kilka centymetrów, zanim otarły się o ścianę i zatrzymały. Gdy dotknęła stopami zimnego betonu, prawie je cofnęła. Bała się tego, co może się znajdować na podłodze, ale trwanie w bezruchu i czekanie na powrót oprawcy nie wchodziło w grę. Musiała znaleźć wyjście.
Oczy walczyły z ciemnością, próbowały się dostosować do choćby najmniejszej ilości światła, ale było go za mało. Ustawiła dłoń przed twarzą i ledwie ją widziała, kiedy praktycznie dotknęła nią czubka nosa.
Zmusiła się do wstania i zignorowała fakt, że kręciło jej się w głowie i czuła ból w miejscu ucha. Wciągnęła gwałtownie powietrze i przytrzymała się noszy dla złapania równowagi, tuż pod miejscem, do którego przyczepiono kajdanki. Stała do czasu, aż nudności ustały.
Było tak ciemno. Za ciemno.
"Co będzie, jeśli upadniesz, kochana? Jeśli spróbujesz iść, potkniesz się o coś i upadniesz? Jesteś pewna, że to roztropne? Może byś usiadła i to przemyślała. To jak będzie?"
Emory zignorowała głos i niepewnie wyciągnęła lewą rękę w mrok, poruszając palcami. Gdy niczego nie znalazła, postąpiła krok w stronę wezgłowia noszy i ściany, o którą się oparły. Prawą ręką opierała się o nosze, lewą wyciągała przed siebie. Jeden krok, drugi, a potem...
Palce napotkały ścianę i Emory prawie od niej odskoczyła. Szorstka powierzchnia była zimna i oślizgła. Ostrożnie przesunęła dłonią po ścianie, znalazła rowek i powiodła wzdłuż niego czubkiem palca. Biegł poziomo do miejsca, w którym wyczuła kolejny rowek, tym razem pionowy. Ciągnął się przez jakieś trzydzieści centymetrów w dół. Prostokąty.
Pustaki.
"Wiesz, tam gdzie jest jedna ściana, najczęściej jest też druga. Czasami zdarzają się drzwi lub okno. Może warto by było przejść się wzdłuż ściany? Spróbować określić, w jakich się znalazłaś opałach? Jesteś przykuta do tych przeklętych noszy, z którymi dość kiepsko się chodzi".
Emory ciągnęła za nosze tak długo, aż drgnęły i przesunęły się kawałeczek na piszczących kółkach. Ścisnęła barierkę. Sam fakt, że trzymała metalową ramę, cokolwiek, dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Wiedziała, że to głupie, ale...
"Masz się na czym oprzeć. Tak się mówi?"
- Pierdol się - burknęła.
Lewą ręką dotykała ściany, a prawą ciągnęła nosze i tak przesuwała się po kawałeczku, powłócząc nogami. Liczyła kroki, próbując zobaczyć to miejsce oczami wyobraźni. Po dwunastu krokach natknęła się na pierwszy kąt. Oszacowała, że pierwsza ściana miała około trzech metrów długości.
Szła wzdłuż drugiej ściany. Kolejne pustaki. Wodziła dłonią po ścianie w poszukiwaniu włącznika światła, drzwi, czegokolwiek, ale niczego nie znajdowała. Tylko kolejne pustaki.
Emory zatrzymała się na chwilę i uniosła głowę. Nie mogła przestać się zastanawiać nad tym, jak wysokie było to pomieszczenie. Czy miało sufit?
"Oczywiście, że ma sufit, kochana. Seryjni zabójcy są mądrzy. Nie ty pierwsza uczestniczysz w tym rodeo. Ile dziewczyn już zabił? Pięć? Sześć. Prawdopodobnie doprowadził rutynę do perfekcji. Jestem pewna, że to pomieszczenie jest superszczelne. Ale powinnaś badać je dalej. Podoba mi się to. Twoje zachowanie jest ciekawsze od siedzenia i czekania na jego powrót. Tak robią głupcy. Ty masz cel. Wykazujesz się inicjatywą".
Szła dalej. Nosze znowu sprawiły jej kłopot, gdy doszła do rogu, więc pociągnęła gniewnie ramę.
"Hej. Właśnie coś mi przyszło do głowy. A jeśli on cię obserwuje? Jeśli ma kamery?"
- Jest za ciemno.
"Kamery na podczerwień widzą w ciemnościach jak za dnia. Pewnie siedzi gdzieś z nogami na biurku i ogląda Emory TV z szerokim uśmiechem na twarzy. Naga dziewczyna w pudle. Naga dziewczyna próbująca wydostać się z pudła. Poprzednia potrzebowała trzydziestu minut, żeby dotrzeć tak daleko. Ta jest naprawdę szybka. Dotarła tu po dwudziestu minutach. Ekscytujące. Co za rozrywka".
Emory zatrzymała się i popatrzyła w mrok.
- Jesteś tam? Obserwujesz mnie?
Cisza.
- Halo?
"Może jest nieśmiały?"
- Zamknij się.
"Idę o zakład, że spuścił portki do kolan, wyciągnął kutasa i zawiesił na drzwiach plakietkę, żeby mu nie przeszkadzać. Właśnie trwa Emory TV po zmroku i impreza dopiero się zaczyna. To jest dobre. Widzieliście, jak wysoko podskoczyła?"
- Teraz wiem na pewno, że nie jesteś moją matką. Nigdy by czegoś takiego nie powiedziała - stwierdziła Emory.
"Myślę, że cię obserwuje. No bo po co by cię rozebrał? Faceci to zboczeńcy, moja droga. Wszyscy. Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej".
Emory obróciła się powoli, wpatrując się w ciemność. Przechyliła głowę.
- Nie ma tu żadnej kamery. Zobaczyłabym czerwone światełko.
"Jasne. Bo wszystkie kamery mają czerwone światełka. Takie migające światełka, które widać na kilometr. Gdybym była producentem kamer, nigdy bym nie pomyślała o stworzeniu takiej bez czerwonego światełka. Na pewno jest komisja dbająca o to, żeby każda..."
- Zamkniesz się wreszcie, do cholery? - krzyknęła Emory.
A potem się spłoniła. Kłóciła się sama ze sobą.
"Twierdzę tylko, że nie wszystkie kamery mają czerwone światełka. I tyle. Nie musisz się tak pieklić".
Emory wydała pełne frustracji westchnienie i dotknęła ściany. Wyobrażała sobie, że pomieszczenie ma kwadratowy przekrój. Sprawdziła dwie ściany i nie znalazła drzwi. Zostały jej jeszcze dwie.
Zaczęła iść wzdłuż trzeciej ściany, ciągnąc za sobą nosze i muskając palcami znany już wzór pustaków, na których rysowała ścieżkę wśród gęstego kurzu. Żadnych drzwi.
Jeszcze jedna ściana.
Pociągnęła za nosze, bardziej zła niż przestraszona, i liczyła kroki. Kiedy doszła do dwunastego i jej palce dotarły do rogu, zatrzymała się. Gdzie były drzwi? Przegapiła je? Cztery rogi, cztery skręty w lewo. Wiedziała, że zrobiła pełne okrążenie. Bo przecież zrobiła pełne okrążenie, prawda?
Czy to możliwe, że w pomieszczeniu nie było drzwi?
"Wygląda mi to na kiepski projekt. Kto buduje pokój bez drzwi? Na pewno przegapiłaś otwór".
- Niczego nie przegapiłam. Tu nie ma drzwi.
"No to jak on tu wszedł?"
Wysoko nad głową usłyszała pstryknięcie. Muzyka uderzyła w nią tak głęboko, że poczuła się, jakby ktoś wbijał jej noże w uszy. Przycisnęła dłonie do uszu i przeszył ją ostry ból, kiedy lewa dłoń nacisnęła na delikatną tkankę w miejscu, w którym było kiedyś ucho. Kajdanki werżnęły się w nadgarstek drugiej ręki. Dziewczyna pochyliła się do przodu i krzyknęła z bólu. Nie mogła zablokować muzyki. Słyszała już tę piosenkę. Mick Jagger zawodził o diable.
Porter
Dzień pierwszy, 11.30
Chociaż minęły zaledwie dwa tygodnie od czasu, kiedy Porter wszedł po raz ostatni do pokoju piętnaście dwadzieścia trzy w głębi piwnic kwatery głównej chicagowskiej policji przy Michigan Avenue, miejsce wydawało się uśpione, pozbawione życia.
Drzemiące.
Oczekujące.
Nacisnął na włącznik światła i wsłuchiwał się, jak żarówki fluorescencyjne budzą się do życia, ładując zatęchłe powietrze. Podszedł do biurka i przejrzał przeróżne dokumenty i teczki walające się na blacie. Wszystko wyglądało tak jak w chwili, gdy stąd wyszedł.
Żona przyglądała mu się ze srebrnej ramki. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu na jej widok.
Siedząc na skraju biurka, wyciągnął telefon i wybrał jej numer komórkowy. Trzy sygnały, a potem znany już tekst z poczty głosowej:
- Dodzwoniłeś się do Heather Porter. Skoro słyszysz skrzynkę głosową, prawdopodobnie sprawdziłam, kto dzwoni, i uznałam, że ponad wszelką wątpliwość nie chcę z tobą rozmawiać. Jeżeli chcesz złożyć mi dar w postaci ciasta czekoladowego lub jakiejś innej pyszności, przyślij mi wiadomość ze szczegółami, a ja przemyślę twoją pozycję na drabinie towarzyskiej i pewnie...
Porter się rozłączył i przekartkował segregator opatrzony etykietą Zabójca Czwartej Małpy. Wszystko, co o nim wiedzieli, mieściło się w tym jednym segregatorze, przynajmniej do dzisiaj.
Uganiał się za Zabójcą Czwartej Małpy od pięciu lat. Siedem zabitych dziewcząt.
"Dwadzieścia jeden pudełek. Nie zapominaj o pudełkach".
Nigdy o nich nie zapomni. Nawiedzały go za każdym razem, kiedy zamknął oczy.
Pomieszczenie nie było bardzo duże, miało z dziewięć na siedem i pół metra powierzchni. Oprócz biurka Portera stało tam jeszcze pięć metalowych, starszych od większości pracowników policji chicagowskiej biurek rozmieszczonych zupełnie przypadkowo. W kącie w głębi stał stary drewniany stół konferencyjny, który Porter znalazł w magazynie przy końcu korytarza. Powierzchnię miał podrapaną i wyszczerbioną; matowy klonowy fornir pokrywały krążki zostawione przez setki szklanek, kubków i puszek, które stawiano na nim przez lata. Była też wielka brązowa plama, która według Nasha wyglądała jak Jezus (a według Portera była po prostu plamą z kawy). Dawno już zarzucili próby usunięcia przebarwień.
Za stołem konferencyjnym stały trzy białe tablice. Na dwóch znajdowały się zdjęcia ofiar #4MK i różne miejsca zbrodni; trzecia była pusta. Zespół wykorzystywał ją głównie w czasie burzy mózgów.
Nash wszedł do pokoju i podał mu kubek kawy.
- Watson zajrzał do Starbucksa. Powiedziałem, żeby tu przyszedł, gdy już się zamelduje porucznikowi na górze. Reszta też jest w drodze. Co ci chodzi po głowie? Czuję zapach dymu.
- Pięć lat, Nash. Już zacząłem myśleć, że to się nigdy nie skończy.
- Mamy jeszcze co najmniej jedną zagadkę do rozwiązania. Musimy znaleźć tę dziewczynę.
Porter przytaknął.
- Tak, wiem. I znajdziemy ją. Sprowadzimy do domu.
To samo powiedział o Jodi Blumington sześć miesięcy wcześniej i nie znaleźli jej na czas. Nie da rady stanąć przed kolejną rodziną, nie znowu. Już nigdy.
- Tu jesteście! - zagrzmiała Clair Norton od progu.
Porter i Nash odwrócili się od tablic.
- Bez ciebie, Sammy, to miejsce przypominało kostnicę. Dajcie trochę cukru! - Przeszła przez pokój i objęła Portera. - Jeśli ci czegoś potrzeba, zadzwoń, dobrze? Masz mi to obiecać - szepnęła mu do ucha. - Jestem do twojej dyspozycji codziennie przez całą dobę.
Porter denerwował się w obliczu wszelkich oznak czułości. Poklepał kobietę po plecach i odsunął od siebie. Pomyślał, że zachowuje się pewnie równie niezręcznie jak ksiądz odwzajemniający uścisk ministranta na oczach zgromadzenia wiernych.
- Doceniam to, Clair. Dzięki, że sprawowałaś nad wszystkim pieczę.
Clair Norton pełniła służbę od blisko piętnastu lat. Została najmłodszą czarnoskórą panią detektyw w chicagowskiej policji po zaledwie trzech latach patrolowania ulic, gdy pomogła rozpracować jedną z największych grup narkotykowych w historii miasta - żadna osoba z tej grupy nie miała ukończonych osiemnastu lat. Było to w sumie dwudziestu czterech uczniów, głównie z Cooley High, aczkolwiek działalność przestępczą prowadzono na terenie sześciu liceów. Wszystko odbywało się w szkołach, co utrudniało sprawę i wymagało, żeby wyglądająca młodziutko Clair występowała w roli uczennicy.
Wskutek tamtych wydarzeń nadano jej przydomek Jump Street, od starego programu nadawanego przez Fox TV, ale nikt z zespołu nie ośmielił się zwracać tak do niej wprost.
Clair pokręciła głową.
- Powinieneś mi podziękować za to, że niańczyłam twojego partnera. Jest głupi jak but. Idę o zakład, że gdyby zamknąć go w pokoju, po godzinie znalazłoby się go martwego na podłodze z językiem przytkniętym do gniazdka elektrycznego.
- Ja tu stoję - zauważył Nash. - Słyszę cię.
- Wiem. - Odwróciła się i wyjęła mu kubek z kawą z ręki. - Dziękuję, laleczko.
Edwin Klozowski, dla większości "Kloz", wszedł do pokoju za nią. Trzymał pękającą w szwach aktówkę w jednej ręce i końcówkę czekoladowej babeczki w drugiej.
- Wreszcie zbieramy drużynę? Najwyższa pora. Gdybym miał choć minutę dłużej ślęczeć nad twardym dyskiem kolejnego kochanka porno, który okazał się draniem, zastanowiłbym się, czy nie wrócić do projektowania gier wideo. Jak się masz, Sammy? - Klepnął Portera w ramię.
- Cześć, Kloz.
- Miło znowu cię widzieć. - Rzucił aktówkę na jedno z pustych biurek i wpakował resztę babeczki do ust.
Porter wypatrzył Watsona stojącego w drzwiach i dał mu znak, żeby wszedł do środka.
- Kloz, Clair, to jest Paul Watson. Wypożyczyliśmy go od kryminalistycznych. Będzie nam pomagał. Czy ktoś widział Hosmana?
Clair przytaknęła.
- Rozmawiałam z nim jakieś dwadzieścia minut temu. Przygląda się finansom Talbota, ale nie znalazł jeszcze niczego. Powiedział, że się z tobą skontaktuje, jak tylko do czegoś się dokopie.
Porter kiwnął głową.
- W porządku. W takim razie zaczynajmy.
Przeszli przez pokój i usiedli przy stole konferencyjnym. Ofiary Zabójcy Czwartej Małpy patrzyły na nich z tablic.
- Nash, gdzie jest zdjęcie Emory?
Nash wyciągnął fotografię z kieszeni i podał ją Porterowi, który przyczepił ją taśmą w prawym górnym rogu tablicy.
- Omówię temat od początku. Większość z was to wszystko wie, ale Watson tego wcześniej nie słyszał i może dostrzeże coś świeżym okiem. - Wskazał na zdjęcie w górnym lewym rogu. - Calli Tremell. Dwadzieścia lat, zabita piętnastego marca dwa tysiące dziewiątego roku. Pierwsza ofiara...
- O której wiemy - wtrąciła Clair.
- Pierwsza ofiara w schemacie #4MK, ale dowody sugerują, że jest raczej wyrobiony i najprawdopodobniej zabijał już wcześniej - powiedział Klozowski. - Nikt nie zabija tak jak on od początku. Oni zbierają doświadczenia i z czasem tworzą metody i techniki.
- Rodzicie zgłosili jej zaginięcie we wtorek, a ucho otrzymali pocztą w czwartek. Oczy dotarły do nich w sobotę, a język we wtorek. Wszystko było zapakowane w małe białe pudełeczka przewiązane czarnymi sznurkami. Adresy wypisano ręcznie. Nie było odcisków palców. Zawsze był ostrożny.
- Co sugeruje, że tak naprawdę nie była pierwszą ofiarą - powtórzył Klozowski.
- Trzy dni po przyjściu ostatniej przesyłki biegacz znalazł jej ciało w Almond Park. Siedziała na ławce z przyklejoną do dłoni karteczką z napisem: "Nie czynię nic złego". Rozgryźliśmy schemat jego działania, kiedy przyszły oczy, ale karteczka potwierdziła naszą teorię.
Watson podniósł rękę.
Nash wywrócił oczami.
- To nie jest trzecia klasa, doktorku. Możesz się odzywać, kiedy chcesz.
- Doktorku? - powtórzył za nim Klozowki. - A, rozumiem.
- Czy nie czytałem gdzieś, że właśnie tak wybierał swoje ofiary? "Nie czynię nic złego"? - zapytał Watson.
Porter przytaknął.
- Zorientowaliśmy się, że tak jest, przy drugiej ofierze, Elle Borton. Początkowo sądziliśmy, że to ofiary zrobiły coś, co #4MK uważał za złe, i dlatego je wybierał, ale przypadek Elle pozwolił nam dostrzec, że nie skupiał się na ofiarach, tylko na ich rodzinach. Elle Borton zaginęła drugiego kwietnia dwa tysiące dziesiątego roku, blisko rok po pierwszej ofierze. Miała dwadzieścia trzy lata. Dostaliśmy tę sprawę, gdy jej rodzice otrzymali pocztą ucho dwa dni później. Kiedy po ponad tygodniu znaleziono jej ciało, trzymała w dłoni zwrot podatku za dwa tysiące ósmy rok wystawiony na nazwisko jej babki. Trochę poszperaliśmy i odkryliśmy, że babka zmarła w dwa tysiące piątym roku. Ojciec dziewczyny przez trzy lata fałszował dokumenty. W tym momencie ściągnęliśmy Matta Hosmana z wydziału przestępstw gospodarczych, a on odkrył, że afera sięgała znacznie głębiej. Ojciec Elle wyłudzał zwroty podatków, posługując się danymi ponad tuzina osób, z których wszystkie nie żyły. Byli to mieszkańcy zarządzanego przez niego domu opieki.
- Skąd #4MK mógł to wiedzieć? - zainteresował się Watson.
Porter wzruszył ramionami.
- Nie mamy pewności. Ale nowe dowody skłoniły nas do przyjrzenia się rodzinie Calli Tremell.
- Pierwszej ofiary.
- Okazało się, że jej matka prała pieniądze wdefraudowane z banku, w którym pracowała. Uzbierało się tego trzy miliony dolarów w ciągu dziesięciu lat - poinformował Porter.
Watson ściągnął brwi.
- No ale skąd #4MK mógł wiedzieć, co ona robiła? Może to jest trop. Wystarczy odkryć, kto ma dostęp do tej informacji, i znajdziemy tożsamość #4MK.
Klozowski prychnął.
- Ta, bo to jest takie proste. - Wstał i podszedł do tablic. - Melissa Lumax, ofiara numer trzy. Jej ojciec sprzedawał pornografię dziecięcą. Ojciec Susan Devoro podkładał sztuczne brylanty w miejsce prawdziwych w swoim zakładzie jubilerskim. Siostra Barbary McInley potrąciła ze skutkiem śmiertelnym pieszego na chodniku sześć lat przed zaginięciem Barbary. Nikt nie skojarzył jej siostry z tamtym przestępstwem. Zrobił to dopiero #4MK. Brat Allison Crammer prowadził firmę wyzyskującą nielegalnych pracowników na Florydzie. Wreszcie Jodi Blumington, jego najświeższa ofiara...
- Poprzedzająca Emory Connors - wtrącił Nash.
- Przepraszam, ofiara przed panną Connors. Jej ojciec sprowadzał kokainę dla kartelu Carlito. - Popukał palcem w każde zdjęcie. - Wszystkie te dziewczyny są spokrewnione z kimś, kto zrobił coś złego, ale nic nie łączy tych przestępstw. Są zróżnicowane, nie ma wspólnego wątku.
- Jest jak jakiś samozwańczy stróż prawa - mruknął Watson.
- Ta. Tylko że ma lepsze informacje od policji. Nie wykryliśmy żadnego z tych przestępstw. Odkryliśmy je dopiero, gdy zajmowaliśmy się zabójstwami - poinformował go Porter. - Gdyby nie #4MK, ci ludzie nadal byliby na wolności.
Watson wstał i podszedł do tablicy. Przyglądał się fotografiom, mrużąc oczy.
- Co jest, doktorku? - zapytał Kloz, po czym wybuchnął śmiechem.
Wszyscy popatrzyli na niego.
Kloz ściągnął brwi.
- To jest zabawne, gdy mówi tak Nash, ale nie informatyk, tak? Już wiem, jak się sprawy mają w tej piwnicy.
Watson popukał w tablicę.
- Eskaluje. Popatrzcie na daty.
- Eskalował - poprawił go Nash. - Czasy zabijania ma już za sobą.
- Słusznie, eskalował. Po jednej rocznie aż do piątej ofiary, Barbary McInley. Potem zabijał co sześć lub siedem miesięcy. I jest jeszcze to. - Wskazał na zdjęcie Barbary McInley. - Tylko ona jest blondynką. Wszystkie pozostałe to brunetki. Czy to ma jakieś znaczenie?
Porter przeczesał włosy palcami.
- Nie sądzę. On naprawdę karał rodziny za popełnione przestępstwa. Według mnie nigdy nie chodziło o ofiary.
- Wszystkie dziewczyny wyglądają podobnie. Ładne, mają długie brązowe włosy, są w zbliżonym wieku. Jak na kogoś, kto nie ma swojego typu, zdaje się mieć typ. Wszystkie, z wyjątkiem Barbary, jedynej blondynki. Ona jest anomalią. - Watson zamilkł na chwilę, po czym zapytał: - Czy którakolwiek z nich została wykorzystana seksualnie?
Clair pokręciła głową.
- Żadna.
- Czy któraś miała brata?
- Melissa Lumax, Susan Devoro i Calli Tremell miały po jednym bracie. Allison Crammer miała dwóch - odparła Clair. - Rozmawiałam z nimi w czasie przesłuchiwania rodzin.
Watson przytaknął; trybiki w jego mózgu pracowały pełną parą.
- Jeżeli przyjmiemy, że w połowie z tych rodzin byli synowie, a on wybierał ofiary losowo, powinniśmy mieć jedną lub dwie ofiary płci męskiej. Nie mamy, więc z jakiegoś powodu wolał córki od synów... Tylko nie wiemy dlaczego.
Porter odchrząknął.
- Nie wydaje mi się, żeby to miało jeszcze znaczenie. Nie musimy się martwić o jego przyszłe ofiary. Jak wspomniał Nash, zabijanie ma już za sobą. Musimy się skupić na najnowszym przypadku.
Watson wrócił na miejsce.
- Przepraszam. Czasami mój umysł wędruje różnymi ścieżkami i się dekoncentruję.
- Nie przepraszaj. Właśnie dlatego cię zaprosiłem. Oferujesz nam świeże spojrzenie na stare dowody i informacje.
- Rzeczywiście - przyznał Watson.
Porter wziął niebieski pisak i u góry trzeciej tablicy napisał wielkimi literami: EMORY CONNORS.
- No dobra, co wiemy o naszej ofierze?
- Według recepcjonistki z jej budynku wczoraj krótko po osiemnastej wyszła pobiegać - powiedziała Clair. - Podobno było to normą w jej przypadku. Dziewczyna biegała niemal codziennie, zazwyczaj wieczorami. Nikt nie widział, żeby wróciła.
- Czy ktoś wie, gdzie lubiła biegać? - zapytał Nash.
Clair pokręciła głową.
- Widzieli tylko, jak wychodziła i wracała.
- Być może uda mi się odpowiedzieć na to pytanie - odezwał się Kloz. Stukał w swojego macbooka air. - Miała Fitbit Surge.
- Co takiego?
- To zegarek monitorujący częstotliwość akcji serca, spalanie kalorii, pokonany dystans. Ma też wbudowany GPS. Znalazłem na jej komputerze program, który zapisywał wszystkie dane. Właśnie przeglądam te informacje.
- Jest szansa na to, że GPS jest nadal aktywny?
Kloz pokręcił głową.
- To nie działa w ten sposób. Zegarek zapisuje dane, gdy masz go na sobie, a potem przesyła je do chmury za pośrednictwem aplikacji na telefon lub oprogramowania na komputerze. Ona skojarzyła go z telefonem. Też nie działa. Ale chyba wiem, dokąd się udała. - Obrócił ekran tak, żeby inni mogli go widzieć. Widniała na nim mapa. Zaznaczono na niej wykropkowaną niebieską linię zaczynającą się przy Flair Tower i biegnącą wzdłuż West Erie Street w kierunku rzeki. Tam linia okrążała dużą zieloną przestrzeń. - Znalazłem prawie taką samą trasę codziennie. - Kloz popukał w ekran. - To jest A. Montgomery Ward Park.
Porter się pochylił. Miał coraz gorszy wzrok.
- Clair, zechcesz to sprawdzić, kiedy tu skończymy?
- Tak jest, szefie.
Porter wrócił do Kloza.
- Znalazłeś na jej komputerze coś więcej?
Kloz obrócił maca z powrotem do siebie i stukał w klawiaturę.
- Daliście mi możliwość zgodnego z prawem szperania na dysku twardym seksownej nastolatki. Nie muszę chyba mówić, że byłem skrupulatny.
Claire zmarszczyła nos.
- Cholerny świr.
Kloz posłał jej uśmieszek.
- Jestem dumny ze swojej świrowatości, moja droga. Pewnego dnia mi podziękujecie. - Przez chwilę patrzył na ekran. - Chłopak Emory to Tyler Mathers. Jest juniorem w Whatney Vale High. I - wszystkie telefony w pokoju zadzwoniły równocześnie - wysłałem wam jego najnowsze zdjęcie, numer telefonu oraz adres domowy - poinformował ich Kloz. - Są ze sobą od około miesiąca. Ona myśli, że na wyłączność.
- A tak nie jest? - zapytał Porter.
Kloz uśmiechnął się chytrze.
- Być może zerknąłem na jego prywatne wiadomości na Facebooku. Nasz chłopak nieźle sobie pogrywa.
Zebrani przyjrzeli mu się.
- Dajcie spokój! Jeżeli ktoś ustawia jako hasło imię żony lub dziewczyny, sam się prosi, żeby włamać się na jego konto.
Porter zapisał w pamięci, że powinien zmienić hasło do poczty elektronicznej.
- Następnym razem poczekaj na nakaz. Nie potrzebujemy, żebyś schrzanił sprawę.
Kloz zasalutował.
- Tak jest, kapitanie.
Porter napisał na tablicy TYLER MATHERS i poprowadził strzałkę w stronę chłopaka na zdjęciu z Emory.
- Odwiedzimy z Nashem Tylera dzisiaj po południu. Znalazłeś coś jeszcze na jej pececie?
- Emory ma maca i to bardzo dobrego. Proszę, nie obrażaj tak doskonałego dzieła mianem peceta. Stać cię na więcej - obruszył się Kloz.
- Proszę o wybaczenie. Znalazłeś coś jeszcze na jej macu?
Kloz pokręcił głową.
- Nic, sir.
- A te trzy numery wychodzące z telefonu stacjonarnego?
Kloz uniósł rękę i wyprostował trzy palce.
- Pizzeria, bar z chińszczyzną i włoskie jedzenie na wynos. Ta dziewczyna wie, co jeść.
Clair odchrząknęła.
- Na liście stałych gości widnieje T. Mathers. Inną osobą znajdującą się na liście jest A. Talbot.
Porter napisał ARTHUR TALBOT na tablicy, a tuż pod nazwiskiem dopisał FINANSE?
- Jestem naprawdę ciekaw, co Hosman znajdzie na tego faceta. #4MK porwał tę dziewczynę z jakiegoś powodu. Jestem gotów się założyć, że gość jest nieuczciwy.
- Dlaczego go tu nie sprowadzimy? - zapytała Clair.
- Jeśli to zrobimy, przyjdzie z prawnikiem i niczego się od niego nie dowiemy. Jeżeli będziemy musieli znowu z nim porozmawiać, lepiej będzie zorganizować nieformalne spotkanie i dopaść go niespodziewanie gdzieś, gdzie czuje się swobodnie. Z dużym prawdopodobieństwem nam się wymknie - poinformował ją Porter. - Jest ważną szychą w mieście, kumpluje się z burmistrzem i kto wie, z kim jeszcze. Jeżeli sprowadzimy go tu za wcześnie, niekoniecznie coś nam to da, a jeśli będziemy chcieli ściągnąć go ponownie, może zadzwonić do któregoś z kumpli, żeby nam przeszkodzili. Lepiej będzie poczekać do czasu, aż znajdziemy jakieś konkrety.
- A to ciekawe - powiedział Kloz. Wpatrywał się znowu w macbooka. - Te sprytne windy w budynku zapisują wszystkie użycia kart.
Porter jęknął.
- Działasz w ramach tego samego nakazu, który pozwolił ci się włamać na konto chłopaka? Bo jeśli tak...
Kloz uniósł obie ręce.
- Daj spokój, czy ja wyglądam na recydywistę?
- Owszem - burknęła pod nosem Clair.
- Też się pieprz, panno Norton.
Uśmiechnęła się i pokazała mu język.
- Menedżer budynku był uprzejmy dać nam hasło dostępu - poinformował Kloz.
- I co widzisz? - zapytał Porter.
Mężczyzna zasznurował wargi i zmrużył oczy, gdy przeglądał plik.
- Emory zjechała wczoraj o osiemnastej trzy. Nie wróciła. Potem cisza aż do dwudziestej pierwszej dwadzieścia trzy. Wtedy to N. Burrow wjechała na górę. Zjechała dzisiaj o dziewiątej sześć.
- Tylko kilka minut przed przyjazdem policji - zauważyła Clair.
- Mogę się założyć, że to nasza zaginiona gosposia - stwierdził Porter. - Możesz to sprawdzić w recepcji we Flair Tower? Zapytaj, czy mogą podać imię i nazwisko.
- Da się zrobić - odparł Kloz i zanotował to.
Porter wciągnął powietrze.
- Dochodzimy do głównej postaci, naszej ofiary porannego wypadku. - Opowiedział grupie o tym, czego się dowiedzieli od Eisleya.
- Cholera, to on umierał? - zapytał Kloz.
- Został mu niecały miesiąc.
- Myślicie, że wszedł pod autobus celowo?
- Chyba powinniśmy brać taką ewentualność pod uwagę - odparł Porter.
Napisał na tablicy #4MK oraz listę:
Kwit z pralni
Drogie buty - o dwa rozmiary za duże
Tani garnitur
Fedora
75 centów drobnymi (dwie ćwierćdolarówki, dwie dziesięciocentówki i jedna piątka)
Zegarek kieszonkowy
Umierał na raka
- Nie do wiary, że skurwiel umierał - burknął Kloz, zdejmując z ręki jakiś paproszek.
Porter postukał w tablicę.
- Co nam mówią przedmioty osobiste?
- Kwit z pralni możemy wywalić - powiedziała Clair. - Oprócz numeru nie ma tam żadnych danych pozwalających na identyfikację. Nie ma nawet nazwy ani adresu pralni. To jest kwit wyrwany z bloczka, który można zamówić w setkach sklepów internetowych. Korzysta z nich połowa pralni w mieście.
- Kloz, zajmiesz się tym. Stwórz listę wszystkich pralni w promieniu ośmiu kilometrów od miejsca wypadku i skontaktuj się z nimi. Dowiedz się, czy korzystają z takich kwitów. Jeśli tak, zapytaj, czy numer 54 873 czeka na odbiór. #4MK nie odbierze ubrania. Nawet jeśli znajdziesz więcej niż jedno takie miejsce, będziemy mogli zawęzić listę, gdy ludzie odbiorą pozostałe ubrania. Jeśli niczego nie znajdziesz, poszerz zakres poszukiwań. Ale szedł, więc sądzę, że ta pralnia znajduje się gdzieś blisko.
Kloz machnął do niego.
- Przyjmuję wyzwanie.
Nash przyjrzał się tablicy.
- Co robimy z garniturem i butami?
- Kloz może sprawdzić sklepy obuwnicze, gdy będzie biegał po pralniach - podsunęła Clair.
Kloz wyprostował środkowy palec i pokazał jej język.
Porter przez chwilę przyglądał się tablicy.
- Wolałbym, żeby Kloz skupił się na pralniach. Ten źle dobrany rozmiar też mnie interesuje, ale na razie to jest tylko szum. Zachowamy tę informację na tablicy, na wypadek gdyby później okazała się istotna.
- Monety też nam niewiele powiedzą - zauważył Nash. - Prawdopodobnie każdy z nas ma w kieszeni jakieś drobne.
Porter zastanowił się, czy nie zetrzeć tych siedemdziesięciu pięciu centów, ale się rozmyślił.
- Zostawimy to. Wiemy coś o zegarku? - zwrócił się do Watsona.
- Pójdę do sklepu wuja, kiedy tu skończymy - odparł chłopak.
Porter wrócił do tablicy.
- Myślę, że wytropimy go po tym - powiedział, podkreśliwszy UMIERAŁ NA RAKA. - Eisley znalazł u niego oktreotyd, trastuzumab, oksykodon i lorazepam. Trastuzumab może podawać tylko kilka ośrodków w mieście. Musimy skontaktować się z każdym z nich, opisać #4MK i wytropić pacjentów, którzy zniknęli.
- Zajmę się tym - zaproponowała Clair. - Jak wielu może być chorych na raka żołądka noszących fedorę, tanie garnitury i drogie buty? Jego ubranie bardzo nam się przyda. Na pewno zwracał na siebie uwagę, gdy wchodził do ośrodka tak ubrany.
- Słuszna uwaga - zgodził się z nią Porter. - Eisley znalazł też mały tatuaż po wewnętrznej stronie prawego nadgarstka. - Otworzył zdjęcie w swoim telefonie i puścił go w obieg. - Jest świeży. Według Eisleya najprawdopodobniej zrobiono go w ciągu minionego tygodnia.
Kloz przyjrzał się zdjęciu uważnie.
- Czy to jest symbol nieskończoności? Co za ironia w przypadku faceta, który zbliża się właśnie do końca.
- Ewidentnie miało to dla niego znaczenie - zauważyła Clair i pochyliła się nad jego ramieniem, żeby lepiej widzieć. - Jeżeli ktoś zamierza na trwałe oznakować swoje ciało, najpierw dobrze to sobie przemyśli.
Kloz uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz to z doświadczenia? Czy jest coś, co chciałabyś pokazać grupie?
Puściła do niego oko.
- Pobożne życzenia, geeku.
Porter sięgnął do kieszeni, wyjął pamiętnik i rzucił na stół.
- No i jest jeszcze to.
Wszyscy zamilkli na chwilę i wpatrywali się w notatnik.
- Cholera, myślałem, że Nash to wymyślił - powiedział Kloz. - Popierdoleniec naprawdę miał przy sobie pamiętnik? Wprowadziliście go do dowodów? Nie ma o nim słowa w wykazie dowodów rzeczowych.
Porter pokręcił głową.
- Nie chcę, żeby prasa się o tym dowiedziała. Jeszcze nie.
Kloz gwizdnął.
- Manifest #4MK? To jest warte fortunę.
- To nie jest manifest. Raczej autobiografia sięgająca czasów dzieciństwa.
Kloz rozparł się wygodnie na krześle.
- Coś w rodzaju: "Dzisiaj Becky Smith przyszła do szkoły w czerwonej sukience, która mi się podoba. Ucieszyłem się. Postanowiłem pójść za nią do domu i zapytać ją, czy będzie ze mną chodziła. Kiedy mi odmówiła, wypatroszyłem ją w jej salonie. Jutro na stołówce będą dawali pizzę. Lubię pizzę. Ale nie tak bardzo, jak hamburgery. Hamburgery z serem są...".
Clair cisnęła w niego długopisem.
- Auć!
Nash wskazał na pamiętnik.
- No dobra, zapytam o sprawę oczywistą. Zajrzałeś na koniec? Co się znajduje na ostatniej stronie?
Porter pochylił się do przodu i pchnął pamiętnik. Zeszyt przesunął się po blacie i zatrzymał przed jego partnerem.
- Proszę, sam zajrzyj.
Nash zmrużył oczy, gdy sięgał po pamiętnik. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Mężczyzna otworzył notatnik na ostatniej stronie i przeczytał na głos:
- "Mój Drogi, czy matka nigdy ci nie mówiła, że zaglądanie na ostatnią stronę, zanim masz do tego prawo, jest śmiertelnym grzechem? Pisarze na całej planecie przewracają się w grobach, wywracają oczami z oburzenia albo wręcz złorzeczą Tobie i Tobie podobnym. Chciałbym powiedzieć, że jestem Tobą szczerze rozczarowany, ale skłamałbym. Gdybym znalazł się na Twojej komfortowej pozycji, niewątpliwie zrobiłbym to samo. Ale odpowiedzi, których szukasz, nie znajdują się na końcu tego pamiętnika. Proponuję, żebyś zaparzył sobie porządny kubek kawy, posadził cztery litery na swoim ulubionym fotelu i wrócił do początku. Przecież to od niego powinieneś zacząć, nie sądzisz? Jak mógłbyś zrozumieć zakończenie historii, nie znając jej początku? Jeśli chcesz mnie poznać, musisz poznać powody, które mną kierowały. A mam swoje powody. Musisz się tylko zorientować, gdzie zajrzeć. Nauczyć się czytać między głupimi wierszami. To tylko połowa zabawy, czyż nie? Nauczyć się, jak grać. Powodzenia, przyjacielu. Trzymam za Ciebie kciuki. Naprawdę. To jest świetna zabawa, nie sądzisz?" - Nash przekartkował jeszcze kilka stron, po czym rzucił pamiętnik na stół.
- Pojeb.
Porter wzruszył ramionami.
- Przecież mówiłem. - Podniósł notatnik. - Czytam to cholerstwo i nadal nie wiem, co o tym sądzić. To jest autobiograficzny zapis życia #4MK, ale na razie nie natknąłem się na nic, co pomogłoby nam znaleźć Emory. Są tu tylko wynurzenia bardzo zaburzonego człowieka.
- Skurwiel nie żyje, a nadal nas nęka.
- Może powinieneś zrobić kopie. Jeśli wszyscy będziemy czytali, szybciej przez to przebrniemy - podsunęła Clair.
Porter pokręcił głową.
- Nie mamy czasu przekształcać tego w klub książki. Chciałbym, żeby każdy skupił się na swoim zadaniu. Nie powierzę tego nikomu spoza tego pokoju, więc wypada na mnie. Szybko czytam. Jeśli coś znajdę, dam wam znać.
- Co z nagraniem z miejsca wypadku? - zapytał Watson. - Czy ktoś już je widział?
- Złożyłem zamówienie, ale jeszcze go nie dostałem - poinformował Kloz. - Popędzę ich.
- Nagranie da nam przynajmniej odpowiedź, czy rzucił się celowo pod ten autobus, czy też to naprawdę był wypadek - stwierdził Porter. - Jeśli się nam poszczęści, zobaczymy wyraźne ujęcie jego twarzy.
Nash wzruszył ramionami.
- Obstawiam samobójstwo. Po co miałby przy sobie pamiętnik? Wiedział, że ktoś go niebawem przeczyta. W przeciwnym razie nie napisałby ostatniej strony. Wolał skończyć ze sobą na własnych warunkach, niż pozwolić, żeby zrobił to rak. Jestem gotów się założyć, że ten pamiętnik jest jego ostatnim sposobem na wydymanie nas.
- Jeżeli planował się zabić, dlaczego zrobił to przed wysłaniem ucha? - zapytał Watson. - Czy nie miałoby sensu wykończyć najpierw ostatnią ofiarę?
- Seryjni zabójcy nie są najbardziej racjonalnymi przedstawicielami naszego gatunku - poinformował go Nash. - Być może trzymał ucho, bo wiedział, że pomoże nam go zidentyfikować. - Popatrzył na Portera. - Nie zapomnij powiedzieć im o dziewczynie Eisleya.
Porter skinął głową.
- Prawie zapomniałem. Eisley ma przyjaciółkę z muzeum, która być może zdoła zrekonstruować jego twarz na podstawie czaszki. Przyjaciółkę. Jeśli to wypali, możemy otrzymać przydatne zdjęcie.
- Eisley ma dziewczynę? Kto chodzi z facetem pracującym w kostnicy? - zastanawiał się na głos Kloz.
- Zdaje się, że się zgłosiła na ochotnika. Nie będę odtrącał pomocy - powiedział Porter.
Watson znowu przyglądał się zdjęciu tatuażu.
- Wiecie co, to może być jego spuścizna.
- Co przez to rozumiesz?
Odłożył telefon.
- Umierał, więc napisał pamiętnik, porwał ostatnią ofiarę i rzucił się pod autobus, bo wiedział, że go zidentyfikujemy jako #4MK z powodu ucha w pudełku. Wytatuowany znak nieskończoności może oznaczać właśnie to: zaplanował sobie żyć wiecznie.
- Efektowne zakończenie życia seryjnego zabójcy - rzucił cicho Porter.
- Ci naprawdę sprytni, którym udaje się tak długo wymykać policji, w końcu chcą, żeby ludzie ich poznali. Pragną uznania dla swoich dokonań. Gdybyś był #4MK, chciałbyś umrzeć ze świadomością, że świat nie wie, kim byłeś? - Watson pokręcił głową. - Jasne, że nie. I jeśli nie dawałeś się złapać tak długo, chciałbyś wykrzyczeć swoje imię z dachu. Nic mu nie możemy zrobić, a on zapisze się na kartach historii.
Porter wiedział, że dzieciak się nie mylił.
- Co to oznacza dla Emory?
W pokoju zapadła cisza. Nikt nie znał odpowiedzi.
----------
Tablica z listą dowodów
Ofiary
1. Calli Tremell, 20 l., 15 marca 2009 r.
2. Elle Borton, 23 l., 2 kwietnia 2010 r.
3. Missy Lumax, 18 l., 24 czerwca 2011 r.
4. Susan Devoro, 26 l., 3 maja 2012 r.
5. Barbara McInley, 17 l., 18 kwietnia 2013 r. (jedyna blondynka)
6. Allison Crammer, 19 l., 9 listopada 2013 r.
7. Jodi Blumington, 22 l., 13 maja 2014 r.
Emory Connors, 15 l., 3 listopada 2014 r.
Wyszła biegać wczoraj o 18.03
TYLER MATHERS
Chłopak Emory
ARTHUR TALBOT
Finanse?
N. BURROW
Gosposia? Opiekunka?
PRZEDMIOTY ZNALEZIONE PRZY #4MK
Drogie buty - John Lobb / 1500 $ za parę - rozmiar 11 (rozmiar stopy PODEJRZANEGO to 9)
Tani garnitur
Fedora
75 centów drobnymi (dwie ćwierćdolarówki, dwie dziesiątki i jedna piątka)
Zegarek kieszonkowy
Kwit z pralni (nr 54 873) - Kloz znajdzie pralnie, które wystawiły kwity z tym numerem
Rak żołądka - leki: oktreotyd, trastuzumab, oksykodon, lorazepam
Tatuaż po wewnętrznej stronie prawego nadgarstka, świeży - cyfra osiem, znak nieskończoności?
Brakujące informacje:
- Czy Emory chodziła do szkoły? Jeśli tak, do której?
- Związek Emory i Tylera
- Rekonstrukcja twarzy
Zadania
- Clair: A. Montgomery Ward Park, sprawdzić ośrodki leczenia nowotworów
- Nash i Porter spotkają się z Tylerem
- Kloz: zweryfikować kwit z pralni, zdobyć zdjęcia z kamery przemysłowej - czy widać twarz?
- Watson: odwiedzić wuja w sprawie zegarka, dowiedzieć się czegoś o matce Emory
----------
Pamiętnik
Ojciec wrócił z pracy o 17.43. Jego czarne porsche skradało się podjazdem jak dziki kot polujący wieczorem na ofiarę; silnik mruczał z ekscytacji. Ojciec wyskoczył zza kierownicy i rzucił aktówkę na dach.
- Co porabiasz, mistrzu?
Dach musiał być w pewnym momencie opuszczony, bo ojciec miał zmierzwione włosy. A jego zadbana fryzura nigdy nie była w nieładzie. Przeczesał włosami gęstą czuprynę i znowu wyglądał, jak należy.
Zerknąłem nerwowo w stronę naszego domu. Minęły godziny, a pan Carter z niego nie wyszedł. Pani Carter też zniknęła, ale z tego akurat się cieszyłem. Kiedy kobieta buczy na werandzie, przestaje być damą, nawet jeśli jest tak śliczna jak pani Carter.
- Jestem głodny - oznajmił ojciec. - A ty? Matka na pewno przygotowała dla nas ucztę. Co byś powiedział na to, żebyśmy weszli i coś zjedli? Co ty na to?
Zmierzwił mi włosy swoją masywną dłonią. Próbowałem go odtrącić, ale znowu to zrobił, tym razem z chichotem.
- Chodź, mistrzu.
Jedną ręką trzymał aktówkę, a drugą chwycił mnie za bark i poprowadził w stronę domu.
Ścisnęło mnie w żołądku i pomyślałem, że zaraz zwymiotuję, ale to uczucie przeminęło. Próbowałem iść powoli, żeby jego spowolnić, jednak mój wysiłek na nic się nie zdał. Ojciec mnie ciągnął.
Weszliśmy tylnymi schodami, przecisnęliśmy się przez drzwi i znaleźliśmy się w kuchni. Poczułem czyjeś spojrzenie na plecach. Odwróciłem się i zobaczyłem panią Carter stojącą w oknie. Obserwowała nas. Przykładała coś do twarzy. Chyba woreczek z zamrożonym groszkiem.
Matka stała przy zlewie i wycierała naczynia. Gdy weszliśmy, uśmiechnęła się ciepło i cmoknęła ojca w policzek.
- Jak ci minął dzień, kochanie?
Ojciec odwzajemnił pocałunek i postawił aktówkę na blacie.
- Jak zawsze... Coś tu pachnie wybornie. Co to? - Zaciągnął się głęboko i podszedł do dużego garnka stojącego na kuchence.
Matka go objęła.
- Zrobiłam gulasz wołowy. Twój ulubiony! Cóż by to mogło być innego?
Rozglądałem się jak oszalały. Najpierw po kuchni, potem w salonie i w przedpokoju. Drzwi do obydwu pokojów i łazienki były otwarte. Nigdzie nie było śladu po panu Carterze. A wiedziałem, że nie wyszedł. Byłem tego pewien. Musiałby mnie minąć. Musiałby...
- Zapach jest obłędny - zachwycał się ojciec. - Może byś nakrył do stołu, mistrzu? Naleję sobie czegoś dobrego do szklaneczki z lodem.
Matka uśmiechnęła się do mnie.
- Głębokie i płytkie talerze, kochanie. Może te ładne czerwone?
Domyślam się, że oczy miałem wielkie jak spodki, ale matka zdawała się tego nie zauważać. Zaczęła pogwizdywać, włożyła rękawice i przeniosła garnek z gulaszem na stół.
Przez chwilę stałem bez ruchu i przyglądałem się jej, a potem podszedłem do szuflady ze srebrami i wyciągnąłem trzy łyżki. Mimo że w ciągu roku bardzo urosłem, nadal nie sięgałem do szafki z talerzami. Dlatego trzymaliśmy w kuchni stopień. Wspiąłem się na niego, wyciągnąłem trzy talerze i dalej nakrywałem do stołu.
Ojciec wrócił ze swoim drinkiem i zajął miejsce. Wsunął serwetkę za kołnierz koszuli.
- Co dzisiaj porabiałeś? - zapytał mnie.
Pana Cartera nie było w kuchni, sypialniach ani salonie. Ojciec by go zobaczył. I nie wyszedł. Wiedziałem, że nie wyszedł.
- Tak sobie chodziłem. Nic specjalnego - odpowiedziałem.
Matka postawiła na stole chleb i usiadła. Nabrała łyżkę gulaszu i napełniła mi talerz po brzegi.
- Każdy może wziąć dużą dokładkę.
Promieniała.
Gapiłem się na gulasz.
Ojciec uśmiechnął się do matki.
- A co u ciebie? Jak tobie minął dzień?
Matka nałożyła mu porcję równie dużą jak mnie.
- Niewiele się tu działo. Nie ma o czym mówić.
Gapiłem się na gulasz.
Pana Cartera nigdzie nie było.
Chyba by... Nie mogłaby... Prawda?
Kiedy sięgnąłem po łyżkę, żołądek podszedł mi do gardła. Poczułem, że puszczę pawia nad pawiami. Starałem się nie wdychać wołowego aromatu unoszącego się znad talerza, woni przypraw. Gulasz pachniał naprawdę wybornie i kiedy o tym pomyślałem, paw przesunął się jeszcze bliżej wyjścia.
Patrzyłem, jak ojciec nabiera pełną łyżkę i wsuwa ją sobie do ust, a potem przeżuwa jedzenie z zachwytem. Matka przyglądała się nam obu i również zjadła łyżkę gulaszu, ale z mniejszym zapałem od ojca. Obserwowałem, jak się uśmiecha i ociera kąciki ust serwetką.
- Smakuje wam? - zapytała. - Wypróbowałam nowy przepis.
Byłem przerażony.
Ojciec wesoło pokiwał głową.
- To chyba najlepszy gulasz, jaki zrobiłaś. Jesteś kulinarną czarodziejką, moja droga.
- Mogę odejść od stołu? - zapytałem. Żołądek wywracał mi się na drugą stronę.
Matka i ojciec popatrzyli na mnie, żując biednego pana...
Z piwnicy dotarł do nas głośny jęk.
Ojciec i ja popatrzyliśmy tam, skąd dobiegał dźwięk. Matka nie. Jadła dalej, nie odrywając wzroku od talerza.
- Co to...
Znowu to usłyszeliśmy. Nie było tym razem wątpliwości - na dole jęczał mężczyzna.
Ojciec wstał.
- Ktoś jęczy w piwnicy.
- Powinieneś dokończyć obiad, kochanie - powiedziała matka.
Ojciec podszedł powoli do drzwi wiodących na dół.
- Co się dzieje? Kto to jest?
- Gulasz ci wystygnie. Nikt nie lubi zimnego gulaszu.
Wstałem i stanąłem za ojcem, kiedy sięgnął do klamki i nacisnął na stary mosiądz.
Nie lubiłem chodzić do piwnicy. Schody były strome i skrzypiały przy najlżejszym nacisku. Ściany były wilgotne i brudne. Na suficie czaiło się więcej pająków niż w całym lesie za domem. Było tam tylko jedno źródło światła: goła żarówka wisząca pośrodku sufitu. Zawsze się bałem, że zgaśnie, kiedy jestem na dole. A gdyby tak się stało, nie byłoby możliwości ucieczki. Utknąłbym tam na zawsze, a pająki opuszczałyby się na mnie jeden po drugim.
W piwnicy mieszkały pająki.
Ojciec otworzył drzwi i przekręcił włącznik światła. Żarówka zajaśniała żółtawym blaskiem na dole długich schodów.
Kolejny jęk. Tym razem głośniejszy, bardziej naglący.
- Zostań tu, mistrzu.
Objąłem go i pokręciłem głową.
- Nie schodź tam, ojcze.
Oderwał mnie od siebie.
- Zostań tu z matką.
Matka nadal siedziała przy stole i nuciła po cichu jakąś melodię. To była chyba piosenka Ritchiego Valensa.
Ojciec patrzył w dół schodów. Był w ich połowie, kiedy postanowiłem pójść za nim.
Clair
Dzień pierwszy, 13.17
Clair stała przy dużej stalowej rzeźbie w A. Montgomery Ward Park. Plakietka głosiła, że był to KRĄG PAMIĄTKOWY. Widziała go już kilka razy z daleka, gdy jechała ulicą Erie, ale teraz, gdy stała blisko, musiała przyznać, że nie ma pojęcia, co ta sterta metalu miała reprezentować. Według niej przypominało to kupę Godzilli, którą potwór zrobił na środku nieskazitelnego parku po tym, jak pożarł zawartość magazynu sklepu ze stalowymi urządzeniami kuchennymi.
Clair osłoniła oczy przed słońcem i przyglądała się otoczeniu.
Park nie był duży, ale Clair rozumiała, że mógł się podobać, zwłaszcza biegaczom takim jak Emory. Ścieżka wiodła wzdłuż obrzeży parku, po zachodniej stronie wzdłuż rzeki. Zauważyła plac zabaw po lewej stronie i duży ogrodzony teren po prawej. Wewnątrz co najmniej dziesięć psów biegało z właścicielami i ganiało za piłkami, dyskami frisbee i od czasu do czasu za małym dzieckiem.
Naliczyła dwanaście osób z psami. W drugim końcu parku sześcioro dorosłych stało wokół placu zabaw i pilnowało dzieci z różnym nasileniem. Clair rzuciła w wyobraźni monetą, uznała, że wypadł orzeł, i ruszyła w stronę huśtawek.
Kiedy się do nich zbliżała, matki i dwóch ojców patrzyło na nią czujnie.
- Dzień dobry! - powiedziała swoim najbardziej rozbrajającym tonem.
Nie dość rozbrajającym, jak się okazało - mężczyźni zmusili się do uśmiechu, patrząc nerwowo na resztę grupy. Trzy matki chwyciły dzieci za ręce. Jedna nawet ustawiła córkę za sobą. Trzeba było mieć dziecko, żeby zostać przyjętym przez tę grupę - dziwni dorośli wałęsający się samotnie po parku nie byli tu mile widziani. Clair zaczęła się wahać co do swojej decyzji. Ci ludzie wyglądali tak, jakby mogli gryźć znacznie dotkliwiej od psów znajdujących się po drugiej stronie parku. Pokazała swój identyfikator.
- Detektyw Norton z policji Chicago. Proszę państwa o współpracę.
Za jej plecami zatrzymały się z piskiem opon trzy radiowozy i furgonetka techników kryminalistycznych, wszystkie z włączonymi kogutami, ale bez syren. Z radiowozów wysiadł z tuzin funkcjonariuszy. Otworzyły się drzwi furgonetki i do grupy dołączyło trzech techników.
Kobieta w czarnych spodniach i szarym swetrze zdjęła córkę z huśtawki i podeszła do Clair.
- Co się dzieje?
Clair wiedziała, że jeśli wspomni o #4MK, ci ludzie zgarną swoje dzieci i znikną na ruchliwych ulicach, zanim zdoła zadać im choćby jedno pytanie. "Jeśli będę mówić ogólnikowo, nie skłamię", pomyślała sobie. "Mogę mówić ogólnikowo".
- Według nas wczoraj zaginęła w tym parku dziewczyna. Jeśli poświęcą nam państwo kilka minut, chcielibyśmy zadać parę pytań.
Minęła sekunda, po której wszyscy zaczęli mówić równocześnie - najpierw między sobą, a potem do niej. Nie potrafiła wyodrębnić ani jednego słowa. Trójka dzieci zaczęła płakać bez powodu, chyba tylko po to, żeby przekrzyczeć dorosłych. Clair uniosła ręce nad głowę.
- Proszę wszystkich o ciszę!
Czwarty dzieciak zaczął wrzeszczeć. W drugim końcu parku szczeknął pies, potem drugi i kolejne dwa. Przyłączyły się do jazgotu, od którego pękały bębenki w uszach.
- Dość tego! - wrzasnęła Clair tonem zarezerwowanym dla chłopaków tuż przed tym, jak z nimi zrywała i kazała im iść własną drogą.
Dorośli zamilkli. Dzieci szybko poszły ich śladem. Wszystkie z wyjątkiem pulchnego chłopczyka stojącego obok poziomej huśtawki. Nadal zanosił się płaczem, buzię miał czerwoną i umazaną gilami i łzami.
Kobieta w szarym swetrze wzięła córkę na ręce i zaczęła ją delikatnie podrzucać.
- Ktoś zabrał ją stąd? Robimy, co możemy, żeby pilnować dzieci. To jest miła okolica, ale teraz już nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia. Wokół chodzi tylu świrów. - Zamilkła na chwilę i nagle otworzyła szeroko usta. - O Boże, czy ktoś porwał córeczkę Andersonów? Nie widziałam Julie i jej matki przez cały dzień. To takie urocze dziecko. Mam nadzieję, że nic...
Clair podniosła rękę.
- To nie jest dziecko.
Tłumek wydał ściszony pomruk ulgi. Szary Sweter posłała reszcie spojrzenie mówiące "zajmę się tym" i zwróciła się do Clair:
- Zatem kto?
Najwyraźniej była tu królową matką, bo grupa się jej słuchała. Nawet płacz dzieci cichł.
Clair wyświetliła w telefonie zdjęcie, które dostała od Kloza, i podsunęła kobiecie pod nos.
- Nazywa się Emory Connors. Ma piętnaście lat. Według nas przyszła do parku pobiegać wczoraj około osiemnastej i została tu porwana. Rozpoznaje ją pani?
Kobieta wyciągnęła rękę.
- Mogę?
Clair przytaknęła i podała jej telefon.
Szary Sweter przyglądała się wyświetlaczowi ze zmarszczonym czołem. Zmrużyła oczy i odwróciła się w stronę grupki.
- Martin?
Dwaj mężczyźni stali z tyłu tłumku. Ten po prawej stronie, ubrany w beżowe spodnie i błękitną koszulę, poprawił grube okulary na nosie i podszedł do nich. Kobieta podsunęła mu telefon.
- To ona, prawda?
Przekrzywił głowę.
- Boże, mówiłem wam, że coś jest nie tak. Trzeba było zadzwonić na policję.
Clair odebrała swój telefon i przypięła go do paska, następnie wyciągnęła mały notatnik i długopis z tylnej kieszeni.
- Martin? Jak brzmi pańskie nazwisko?
- Ortner. Martin R. Ortner. - Zaczął literować nazwisko, ale zbyła go machnięciem ręki.
- A pani? - zapytała, patrząc znowu na kobietę.
- Tina Delaine. Większość z nas przychodzi tu kilka razy w tygodniu. Ale o tej porze roku staram się przychodzić codziennie. Gdy jest jeszcze ciepło. Lepiej, żeby dzieciaki spalały energię tutaj, a nie w domu.
Clair policzyła dzieciaki. Te, które nie trzymały się kurczowo rodziców, bawiły się przy wiszących huśtawkach. Wszystkie z wyjątkiem chłopca przy poziomej huśtawce, który zajął się wycieraniem nosa w sweterek. Gdzie byli jego rodzice? Wróciła do Tiny Delaine.
- Co państwo widzieli?
Tina znowu grała pierwsze skrzypce.
- Biega tutaj prawie codziennie. Wczoraj, kiedy dobiegła do tamtego rogu, straciłam ją z oczu za drzewami. Zwykle po kilku sekundach pojawia się po drugiej stronie, ale nie tym razem. Powiedziałam o tym Martinowi i postanowiliśmy to sprawdzić. Pokonaliśmy połowę dystansu, a wtedy spomiędzy drzew wyszedł ten mężczyzna. Niósł ją na rękach. Powiedział, że widział, jak skręciła kostkę i upadła. Uderzyła głową o ziemię. Powiedział, że ją zna i że zabierze ją do szpitala, bo tak będzie szybciej, niż wzywać karetkę. Zanim któreś z nas zdążyło zareagować, szybko się oddalił, posadził ją na miejscu pasażera w swoim samochodzie i odjechał.
- I nie zadzwonili państwo na policję? - zapytała Clair. Ściągnęła brwi.
- Powiedział, że ją zna - odparł Martin cichym głosem.
- Jaki samochód prowadził?
Tina zacisnęła usta.
- Białą toyotę.
Martin pokręcił głową.
- Jego auto nie było białe. Było beżowe.
- Ależ nie. Miał białą toyotę. Jestem tego pewna.
- Samochód na pewno nie był biały. Beżowy albo srebrny. I to nie była toyota. Według mnie to był ford. Focus albo fiesta.
- Gdzie go zaparkował?
Martin wskazał w stronę krótkiego rzędu miejsc parkingowych przy końcu ulicy Erie.
- Tam. Pod latarnią.
Clair rzuciła tam okiem; nie zobaczyła żadnych kamer.
- W porządku. Proszę, żeby państwo tu przez chwilę zostali. Przyślę kilku funkcjonariuszy, żeby spisali państwa oświadczenia.
- Czy będziemy uczestniczyli w spotkaniu z rysownikiem? - zapytała Tina. - Zawsze o tym marzyłam!
- Zorganizujecie konfrontację? - wypalił Martin.
- Proszę tu zaczekać - powtórzyła Clair. Odwróciła się i ruszyła w stronę grupy policjantów.
Porucznik Belkin ją rozpoznał i pomachał do niej.
- Moi ludzie chodzą po Erie i Kingsbury. A co się dzieje tutaj?
Clair wskazała ruchem głowy brygadę matek.
- Tych dwoje stojących z przodu twierdzi, że widzieli ją, jak biegała regularnie w parku. Wczoraj wbiegła za te drzewa i zniknęła za nimi na zbyt długo. Wyniósł ją stamtąd jakiś facet. Możliwe, że była nieprzytomna. Powiedział im, że upadła i uderzyła się w głowę. Rzekomo chciał ją zawieźć do szpitala. Twierdził, że ją zna.
Belkin ściągnął czapkę i przeczesał palcami rzednące blond włosy.
- Chryste, więc porwał ją tak po prostu? Przyjrzeli mu się?
- Widzieli, jak ją wsadzał do białej, beżowej albo srebrnej toyoty. Lub forda. Skoro nie mogą sobie przypomnieć samochodu, życzę szczęścia przy sporządzaniu opisu wyglądu. Rozmawiałam tylko z tą dwójką z przodu. Musimy też porozmawiać z ludźmi z wybiegu dla psów. Skierujcie tam kogoś, żeby nikt nie próbował się wymknąć.
Porucznik wezwał dwóch policjantów stojących przed furgonetką i wydał im polecenie.
Clair podziękowała mu skinieniem głowy i odwróciła się, żeby zadzwonić do Portera i złożyć mu meldunek. Nie miała mu wiele do powiedzenia, ale jednak.
Pamiętnik
Ojciec był już prawie na dole, kiedy zdobyłem się na odwagę, by za nim pójść. Ściągnął brwi. Jego oczy kazały mi wracać do kuchni, ale potem wywrócił nimi, gdy dotarło do niego, że tego nie zrobię.
Kiedy ojciec dotarł do dołu schodów, usłyszeliśmy kolejny jęk - jeszcze bardziej natarczywy od wcześniejszych. Ojciec zamarł w bezruchu i przyglądał się czemuś w odległym kącie piwnicy.
- O rety. Matko, coś ty zrobiła?
Matka na górze już śpiewała, nie nuciła i pobrzękiwała naczyniami. Czy nakładała sobie dokładkę gulaszu? Nie odpowiedziała ojcu, chociaż jestem pewien, że słyszała go równie wyraźnie jak ja.
Zszedłem na sam dół i powiodłem spojrzeniem za wzrokiem ojca. Zobaczyłem mężczyznę skulonego w kącie. Był przykuty kajdankami do grubej rury doprowadzającej wodę. Z kącików ust wystawała mu szmata przymocowana dwoma długimi kawałkami szarej taśmy przyklejonej dookoła głowy.
"Kiedy ją zerwą, to razem z włosami", pomyślałem. "Włosy mu wyjdą z cebulkami".
Oczy pana Cartera patrzyły błagalnie. Koszulę miał rozerwaną, guziki z pewnością zaginęły gdzieś pośród kłębów kurzu i brudu na podłodze. Klatkę piersiową miał poznaczoną długimi nacięciami; niektóre zaczynały się na wysokości barku i ciągnęły aż do pępka. Jedno wydawało się sięgać znacznie niżej i starałem się o nim nie myśleć. Bo na samą myśl czułem ból.
Porwana koszula i spodnie były ciemne od krwi. Zbierała się pod nim w gęstej kałuży, a w powietrzu unosiła się słodka woń miedzi. Oboje oczu miał podbite, z prawie czarnymi sińcami, i niewątpliwie złamany nos.
Ojciec patrzył na niego.
- Nie traktujemy tak sąsiadów. Wydaje się, że znalazł się w tarapatach.
Próbowałem odpowiedzieć, ale z mojego zaschniętego gardła wydobył się tylko słaby pomruk.
Pan Carter gapił się na nas obu i jęczał słabo zza knebla. Łzy zmoczyły mu policzki i kołnierzyk koszuli.
Matka zeszła głośno po schodach i spojrzała na pana Cartera z pogardą i krytycyzmem, które podniosły temperaturę w pomieszczeniu.
- Ten, ten... mężczyzna, a używam tego określenia jak najbardziej niezobowiązująco, pobił dzisiaj swoją piękną żonę, a potem uznał za stosowne przyjść tutaj i wymachiwać swoją męskością, mówiąc mi równocześnie, że da mi to, czego jego zdaniem się spodziewałam. Cóż, raczej niczego się nie spodziewałam i nie zamierzałam poddać się traktowaniu, jakie zapodał biednej Lisie. Bóg jej świadkiem, że nigdy by nikogo nie skrzywdziła, nawet tej żałosnej kreatury.
Ojciec przemyślał jej słowa.
- A więc pobiłaś go i przykułaś do rury w naszej piwnicy?
- Nie pobiłam go. Zepchnęłam go ze schodów, przykułam kajdankami do rury, a potem zabrałam się do pracy i usiłowałam wygonić z niego diabła. To była ciężka praca i myślę, że pomimo poświęcenia mu trzech godzin, tylko lekko go musnęłam. Nabrałam jednak takiego apetytu, że zamierzam kontynuować po tym, jak zjemy obiad, obiad, który stygnie, kiedy tu rozmawiamy.
Ojciec powoli skinął głową. Potem podszedł do pana Cartera i przykląkł przy nim.
- Czy to prawda, Simonie? Pobiłeś swoją żonę? I przyszedłeś tutaj, do mojego domu, by grozić kobiecie, którą kocham? Matce tego pięknego chłopca? Czy zrobiłeś te rzeczy, Simonie?
Pan Carter gwałtownie pokręcił głową, a jego oczy przeskakiwały z ojca na matkę i z powrotem.
Matka wyciągnęła długi nóż zza pleców i rzuciła się na tego mężczyznę.
- Kłamca! - krzyknęła.
Wbiła nóż w jego tłusty brzuch, a on krzyknął zza knebla. Jego twarz najpierw poczerwieniała, a potem zbladła, gdy matka wyciągnęła nóż.
O dziwo, z rany popłynęło niedużo krwi. A mnie zafascynował widok żółtego tłuszczu pod bladą skórą i kryjących się głębiej ciemnych mięśni. Rana otwierała się i zamykała przy każdym oddechu, jakby sama łapała powietrze. Postąpiłem krok do przodu, żeby mieć lepszy widok.
Matka znowu podniosła nóż.
Jeśli ojciec chciałby ją powstrzymać, z pewnością by mu się to udało. Jednak tego nie zrobił. Przyglądał się wszystkiemu spokojnie z miejsca, w którym klęczał przy panu Carterze.
Matka wbiła nóż w udo mężczyzny z taką siłą, że przebił nogę i uderzył o betonową podłogę. Mężczyzna wydał z siebie kolejny krzyk i znowu zapłakał. Wydało mi się to nawet zabawne. Dorośli mężczyźni nie powinni płakać. Ojciec tak powiedział.
Matka obróciła nóż prawie o trzysta sześćdziesiąt stopni i wyciągnęła ostrze. Tym razem pojawiła się krew. Mnóstwo krwi. Świeża kałuża zaczęła się tworzyć pod dygoczącą nogą.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Nie lubiłem pana Cartera. Ani trochę. A po tym, co zrobił pani Carter? Miło było patrzeć, jak dostawał to, na co zasługiwał. Kobiety należy szanować i podziwiać, zawsze. Dostał nauczkę.
Porter
Dzień pierwszy, 13.38
Liceum Whatney Vale znajdowało się w trzypiętrowym budynku ze szkła i stali stojącym na północ od Uniwersytetu Illinois w Chicago. Zazwyczaj plasująca się w pierwszej piątce liceów stanu Illinois szkoła była najbardziej wziętą w mieście. Szkolny ochroniarz przeprowadził Portera i Nasha korytarzami do biura i poprosił, żeby tu poczekali, a sam poszedł szukać dyrektora. Nie minęła minuta, kiedy do pokoju wszedł niski łysy mężczyzna. Majstrował coś przy iPadzie.
- Dzień dobry, panowie. Dyrektor Kolby. W czym mogę panom pomóc?
Porter uścisnął dłoń mężczyzny i pokazał odznakę.
- Musimy porozmawiać z jednym z pańskich uczniów, Tylerem Mathersem. Czy jest teraz na zajęciach?
Kolby zerknął nerwowo w stronę dwóch kobiet stojących w recepcji. Przyglądały się im uważnie. Trzy zaciekawione studentki siedziały na krzesłach ustawionych pod ścianą.
- Może wejdziemy do mojego gabinetu? - Uśmiechnął się i wskazał w stronę małego pomieszczenia po lewej stronie. Kiedy znaleźli się w środku i usiadł za biurkiem, zapytał: - Czy Tyler wpakował się w jakieś tarapaty?
Porter i Nash usiedli na dwóch krzesłach stojących naprzeciwko dyrektora. Były małe i niskie, niewygodne. Porter natychmiast poczuł się tak, jakby sam znalazł się w opałach i cofnął do czasów młodości. Spociły mu się dłonie. Mimo że dyrektor Kolby był o co najmniej dziesięć centymetrów niższy od niego, patrzył na niego z góry ze swojego skórzanego fotela. Spojrzenie miał tak autorytatywne, że Porter poczuł się, jakby miał za chwilę zostać zawieszony. Zignorował to wrażenie i pochylił się do przodu.
- Bynajmniej. Musimy z nim porozmawiać o jego dziewczynie.
Kolby ściągnął brwi.
- O dziewczynie? Nie wiedziałem, że ma jakąś.
Nash otworzył zdjęcie w swojej komórce i podsunął dyrektorowi na biurku.
- Nazywa się Emory Connors. Czy uczy się tutaj?
Kolby wziął telefon do ręki i przyglądał się przez chwilę fotografii, następnie wystukał imię na klawiaturze komputera i przeczytał rezultat.
- Nie jest naszą uczennicą. - Oddał telefon Nashowi i wcisnął guzik na biurku. - Panna Caldwell? Może pani znaleźć Tylera Mathersa i poprosić, żeby przyszedł do mojego gabinetu?
- Tak jest, sir - powiedział dochodzący znikąd głos.
Porter zerknął na Nasha. Jego partner nigdy nie był taki spokojny. Ręce miał złożone grzecznie na kolanach i nie nawiązywał kontaktu wzrokowego z dyrektorem. Porter mógł się tylko domyślać, jakie problemy Nash stwarzał w czasach, gdy był uczniem; pewnie często się musiał meldować w gabinecie dyrektora. Kolby też to dostrzegł, ale zamiast coś powiedzieć, tylko się uśmiechnął z wyższością i klikał coś na iPadzie.
- Zdaje się, że jest na lekcji matematyki na trzecim piętrze. Powinien tu być za kilka minut. Napiją się panowie czegoś?
Porter pokręcił głową.
- Nie, proszę pana - odpowiedział Nash. - Bardzo dziękuję.
Pięć minut później rozległo się pukanie do drzwi i do gabinetu wszedł mniej więcej szesnastoletni chłopak. Zmierzył wzrokiem detektywów, następie ukłonił się lekko dyrektorowi.
- Wzywał mnie pan?
Kolby wstał.
- Wejdź, Tylerze. Zamknij za sobą drzwi. Ci panowie są z policji. Chcieliby z tobą przez chwilę porozmawiać.
Chłopak otworzył szeroko oczy. Niewątpliwie szukał w myślach, pośród wszystkiego, co ostatnio nawywijał, czegoś, co mogłoby zainteresować policję.
Porter posłał mu uspokajający uśmiech.
- Spokojnie, synu. Nic nie zrobiłeś. Musimy z tobą porozmawiać o Emory.
Wydawał się zdziwiony.
- O Em? Nic jej się nie stało?
Porter spojrzał na Kolby'ego.
- Byłby pan tak miły i dał nam kilka minut na rozmowę z panem Mathersem?
Kolby pokręcił przecząco głową.
- Przykro mi, ale jest nieletni. Obawiam się, że pod nieobecność rodziców będę musiał zostać w gabinecie.
- Słusznie - zauważył Porter.
Wstał z niskiego krzesła i usiadł na krawędzi biurka, blokując Kolby'emu widok na ucznia. Nash zrobił to samo. Kolby chrząknął za ich plecami, ale nic nie powiedział.
- Kiedy widziałeś Emory po raz ostatni?
Chłopak przestąpił z nogi na nogę.
- Chyba w sobotę. Poszliśmy do kina, a potem na obiad w centrum. Nic jej nie jest? Zaczynam się denerwować.
Porter zerknął na Nasha.
- Sądzimy, że została porwana.
Chłopak zbladł.
- Kto by... Dlaczego?
- Najprawdopodobniej stało się to wczoraj w A. Montgomery Ward Park, kiedy biegała. To jest około półtora kilometra...
Tyler skinął głową.
- Wiem, gdzie to jest. Ciągle tam biega. Boże, powtarzałem jej, żeby nie biegała sama, ale nigdy mnie nie słucha. - Do oczu napłynęły mu łzy. Otarł je rękawem. - Jest taką śliczną dziewczyną i nosi te obcisłe stroje do biegania. Ciągle jej mówię, że to nie jest bezpieczne. W tym mieście roi się od świrów. Boże. Ciągle wysyłałem do niej SMS-y i nie odpisywała. To do niej niepodobne. Najczęściej odzywa się po minucie lub dwóch. A milczy od wczoraj. Planowałem iść do niej zaraz po skończeniu lekcji.
- Gdzie ona się uczy?
- Nigdzie. To znaczy w domu. Nie chodzi do szkoły. Ma prywatnych nauczycieli.
- I właśnie ktoś taki z nią mieszka? Nauczycielka?
Tyler przytaknął.
- Pani Burrow.
- Jak ma na imię?
- Przykro mi, ale nie wiem. Kiedy tam chodzę, siedzi najczęściej w swoim pokoju. Prawie z nią nie rozmawiam.
- Masz pomysł, gdzie moglibyśmy ją znaleźć?
Tyler znowu pokręcił głową.
- Myślicie, że nic się jej nie stało? To znaczy, Emory. Nie mogę uwierzyć, że ktoś to zrobił.
Kolby się poruszył. Porter prawie zapomniał o jego obecności.
- Czy mogę w jakiś sposób pomóc? - zapytał Tyler.
Porter wyciągnął wizytówkę z tylnej kieszeni i podał chłopakowi.
- Zadzwoń, jeśli czegoś się dowiesz.
- Próbowaliście namierzyć jej telefon? Chyba możecie to zrobić?
- Jej telefon zniknął z sieci wczoraj - poinformował go Nash. - Najprawdopodobniej został wyłączony.
- Obydwa?
Pamiętnik
Świeżo po prysznicu, z mokrymi włosami i pachnący zasypką dla niemowląt, przeszedłem ze swojego pokoju do kuchni. Mocno zgłodniałem, a gulasz wołowy pachniał po prostu wspaniale. Usiadłem na swoim krześle przy stole i zgarniałem kolejne porcje do ust, przypominając sobie, że powinienem gryźć. Piosenka Ritchiego Valensa, którą matka wcześniej śpiewała, na dobre zakorzeniła się w mojej głowie i zauważyłem, że nucę przy jedzeniu. Zawsze miałem doskonałe wyczucie rytmu, nawet w tak młodym wieku.
Matka i ojciec nadal byli w piwnicy. Ich śmiech docierał na górę schodów i odbijał się echem od drzwi. Świetnie się bawili. Straciłem zainteresowanie, kiedy pan Carter odleciał po raz trzeci i ostatni. Zdaje się, że jego serce nie wytrzymało. Stracił mnóstwo krwi, to pewne, ale nie tyle, żeby go to zabiło. Ludzkie ciało może stracić do czterdziestu procent, zanim umrze. Ktoś rozmiarów pana Cartera nosi w sobie ze cztery i pół do pięciu litrów. Wątpię, żeby stracił w sumie więcej niż półtora litra. Trudno to czasem stwierdzić, ale kiedy krew się zbiera na betonie, jak w tym wypadku, łatwo to określić.
Nie, to nie utrata krwi go załatwiła. To był strach.
Patrzyłem ze schodów, jak ojciec wyjął oczy pana Cartera. Nie sądzę, żeby ten się zorientował w pierwszej chwili, co się stało, lecz gdy ojciec włożył je w dłoń pana Cartera, żeby je przytrzymał, pan Carter ścisnął je za mocno. Ojca to rozbawiło. A matka dalej go cięła. Na początku robiła niewielkie nacięcia i tylko kilka głębokich. Droczyła się z nim. Nacinała skórę na ramieniu na długości dwóch centymetrów, żeby zwrócić na to jego uwagę, a potem wbijała nóż głęboko w udo i obracała (uwielbiała to). Nie miał oczu, więc nie wiedział, gdzie i kiedy poczuje kolejny cios. Domyślam się, że taka niepewność wprawiała stare serce w niezłe tempo. Kiedy pan Carter zaczął wpadać w szok, ojciec posłał mnie na górę, żebym przyniósł sole trzeźwiące. Nikt z nas nie chciał, żeby stracił przytomność, gdy mieliśmy tak doskonały ubaw. No bo co by to była za zabawa? Po jakimś czasie niewiele już mogliśmy zrobić, żeby nie odleciał. Szok psuje imprezę.
W końcu wziął głęboki wdech. Jego ciało drgnęło, zesztywniało i opadło bezwładnie na beton. Chyba znowu narobił pod siebie, ale wokół panował taki rozgardiasz, że trudno to było stwierdzić na pewno. Matka to wszystko zaczęła, więc wiedziałem, że ojciec każe jej później posprzątać. Taka była zasada. Ojciec uwielbiał swoje zasady.
Kolejna salwa śmiechu dobiegająca z dołu. Co oni tam jeszcze wyprawiali?
Sięgałem po kolejną dokładkę gulaszu, gdy usłyszałem pukanie w ramę siatki w drzwiach od kuchni. Po drugiej stronie stała pani Carter. Oboje jej oczu miało okropny fioletowy odcień. Na lewym policzku widniał duży siniak. Trzymała się za lewy nadgarstek.
- Czy mój mąż tu jest? - zapytała cicho.
Sięgnąłem po serwetkę i otarłem kąciki ust. Naprawdę nie miałem powodu, bo nigdy nie jadłem niechlujnie, ale potrzebowałem chwili do namysłu.
- Nie wrócił do domu. Minęło wiele godzin.
Głos miała niski, zachrypnięty. Przepłakała sporo czasu. Zastanawiałem się, dlaczego chciała jego powrotu. Wywinął jej niezły numer. Naprawdę chciała, żeby wrócił do niej tanecznym krokiem, jakby się nic nie stało?
Wstałem od stołu i podszedłem do drzwi. Widziałem zamek - nie był przekręcony. Nie zamierzałem zapraszać jej do środka, ale to nie znaczyło, że nie mogła wejść do środka. Nie była obcą osobą. Zazwyczaj stukała kilka razy we framugę i wchodziła. Czemu nie? Tym razem jednak tego nie zrobiła. Stała na werandzie i się chwiała. Przyglądała mi się podbitymi oczami, które przypominały szparki i najchętniej by się zamknęły.
- Zapytam matkę. Da mi pani chwilę? - zwróciłem się do niej swoim dorosłym rzeczowym tonem, który sugerował całkowitą swobodę i pewność siebie i mówił: "Może mi pani zaufać. Pomogę pani jak najpełniej".
Skinęła głową. Musiało ją to zaboleć, bo twarz się jej lekko skrzywiła przy tym ruchu.
Posłałem jej uśmiech i zszedłem po schodach do piwnicy.
Porter
Dzień pierwszy, 15.03
Znaleźli Kloza pochylonego nad biurkiem w kącie w głębi pokoju informatyków. Na biurku panował bałagan składający się z podręczników obsługi, luźnych kartek, opakowań po fast foodach i sporej kolekcji zabawek związanych z Batmanem. Nash wyciągnął rękę w stronę batmobilu, ale oberwał linijką, zanim zdążył go podnieść.
- Kiedy przychodzę do twojego domu, nie bawię się twoimi lalkami Barbie. Nie dotykaj moich rzeczy - burknął Kloz.
- Co znalazłeś? - zapytał go Porter.
- Drugi numer milczy, ale spójrzcie na to. - Wskazał na środkowy ekran z pięciu stojących na biurku.
Autobus miejski trwał w bezruchu w prawym górnym rogu. Po lewej stronie w rogu stała grupka ludzi oczekujących na możliwość przejścia przez jezdnię.
Porter się pochylił.
- Widzicie go? - Kloz wskazał na miejsce między postawnym mężczyzną w ciemnym garniturze a kobietą pchającą wózek. - Widzicie to? To jest góra jego fedory.
Nash zmrużył oczy.
- Nie widzę wyraźnie.
- Przewinę do przodu. - Kloz nacisnął kilka przycisków i film przewinął się do przodu. Kobieta pochyliła się i szepnęła coś do dziecka w wózku. Stojący za nią mężczyzna był widoczny przez ułamek sekundy. Fedorę miał opuszczoną pod lekkim kątem, tak że zasłaniała jego twarz przed kamerą, ale to był zdecydowanie on.
- Możesz dać zbliżenie? - poprosił Porter.
Kloz przekręcił pokrętło obok myszki i obraz się powiększył.
- Jeżeli zbliżę za bardzo, robi się pikseloza. Ale to i tak bez znaczenia, bo przeszkadza nam kapelusz. Spójrzcie.
Wcisnął przycisk "Play". Scena rozgrywała się w zwolnionym tempie. Porter patrzył, jak autobus wlecze się po ekranie z ułamkiem zwykłej prędkości pojazdu i zbliża się do skrzyżowania. Światło w górnym prawym rogu ekranu świeciło na zielono.
- Kierowca nie kłamał. Światło było zielone, gdy wjeżdżał na skrzyżowanie.
Kloz popukał w ekran długopisem.
- Miejcie tego gościa na oku.
Kiedy autobus się zbliżył, mężczyzna w fedorze wystąpił przed ludzi. Twarz zasłaniał mu kapelusz, kiedy zerknął na ulicę, a potem spojrzał na chodnik. Jednym szybkim ruchem odbił się od krawężnika i rzucił na ulicę. Jego stopy nie dotknęły już ziemi - bark zetknął się z kratką chłodnicy autobusu, a siła zderzenia odrzuciła mężczyznę. Wszystko działo się bardzo szybko, nawet w zwolnionym tempie. Jego ciało zdawało się stapiać z czołem autobusu. A potem oderwało się od niego i poszybowało w powietrzu, znikając z ekranu.
- Cholera - mruknął Nash.
Autobus pojechał dalej, zostawiwszy za sobą ludzi patrzących z niedowierzaniem na rozgrywającą się scenę.
- Mundurowi rozmawiali ze wszystkimi tymi ludźmi i nikt gościa nie pamięta - poinformował ich Kloz. - Większość siedziała z nosami w komórkach i działała na autopilocie. Nikt nie potrafił go opisać. A można by pomyśleć, że facet w fedorze czymś się wyróżnia.
- Ewidentnie skoczył przed maskę. To pewne - stwierdził Nash. - Nie planował dotrzeć do skrzynki na listy. Samobójstwo pod kołami pojazdu masowego transportu.
- Oglądałem ten materiał ze sto razy, z różną prędkością i w powiększeniach. Nie ma wyraźnego ujęcia jego twarzy - powiedział Kloz. - Moim zdaniem grał przed kamerą. Nietypowy strój sprawia, że się wyróżnia, ale ustawił kapelusz pod takim kątem, żeby nie dało się zobaczyć twarzy. Wiedział dokładnie, co robi, i według mnie chciał, żebyśmy go widzieli, ale nie jego twarz. Stąd ten strój.
- #4MK wiedział, że umiera, lecz zamiast pozwolić naturze robić swoje, porwał ostatnią ofiarę, włożył najlepszy garnitur i urządził przedstawienie, żeby sobie zagwarantować, że zostanie zapamiętany? - zastanawiał się na głos Porter. - Oczekiwał, że znajdziemy ucho i skojarzymy fakty. Zostawił pamiętnik, bo przedstawia w nim swoją historię z własnej perspektywy, opowiada o swoim pochodzeniu. Zależało mu na tym, żeby nie było przekłamań w podręcznikach historii. Zawsze był drobiazgowy. Dlaczego miałby zostawiać coś tak ważnego dziennikarzom i szaleńcom z Internetu? Nic nie jest tu tak przypadkowe, jak się wydawało z początku. Według mnie pozostałe przedmioty, które przy nim znaleźliśmy, zegarek, kwit z pralni, może nawet te drobne, mają jakieś znaczenie.
Nash ściągnął brwi.
- Chyba przesadzasz, Sam.
- Tani garnitur, Fedora, buty w złym rozmiarze... Niczego nie pozostawił przypadkowi. Nadal się nami bawi, uprawia jakąś grę, opowiada historię. I wszystko do siebie pasuje. Jakimś cudem ma znaczenie.
- Albo mógł mieć te rzeczy przy sobie zupełnie przypadkowo, gdy pocałował się z autobusem.
Porter westchnął.
- Chcę tylko powiedzieć, że nie wszystko jest spiskiem - dodał Nash.
- Ten facet działał od lat, nie zostawiając najmniejszej poszlaki. A teraz to wszystko? To coś znaczy.
Zadzwonił telefon Portera. Detektyw wyciągnął go z kieszeni i odebrał. Przytakiwał, kiedy dzwoniący do niego mówił. Gdy się rozłączył, zabrał swoje kluczyki z biurka Kloza.
- To był Murray. Dzwonił z Flair Tower. Dopadli Burrow, kiedy jechała na górę windą gospodarczą.
Pamiętnik
Znalazłem matkę i ojca tarzających się po skrwawionej podłodze w swoich objęciach. Darli się przy tym jak dzieciaki w szczytowym momencie wakacji. Przyłożyłem palec do ust i uciszyłem ich.
- Co jest, mistrzu? - zapytał ojciec, który zatrzymał się na dość długą chwilę, by odgarnąć niesforny kosmyk długich włosów matki z jej twarzy, z widoczną na niej szkarłatną smugą, być może z odrobiną tłuszczu. Trudno było powiedzieć, bo matka była cała brudna.
- Pani Carter jest na górze. Weszła tylnymi drzwiami - powiedziałem cicho. - Szuka pana Cartera. Widziała, jak wchodził tu wcześniej. Jak wchodził do domu z matką. Obserwowałem ją z podwórka.
Trudno było odgadnąć myśli ojca. Zawsze było to trudne. Odwrócił się do matki.
- To prawda? Widziała?
Matka wzruszyła ramionami.
- Przypuszczam, że to możliwe. Zachowywał się zupełnie nieprzewidywalnie, wręcz brutalnie. Po prostu się broniłam. Lisa zrozumie. Jest bardzo wyrozumiałą kobietą.
Ojciec szybko omiótł wzrokiem piwnicę i ocenił scenę. Pan Carter spływał krwią, nadal był przykuty do rury, a jego ciało prezentowało się znacznie gorzej niż wtedy, gdy się znudziłem i poszedłem na górę. Po jego śmierci kontynuowali cięcie go. To, co z niego zostało, nie przypominało człowieka, tylko górę mięsa, zabawkę porzuconą przez drapieżnika.
- Jest na górze - powtórzyłem. - Teraz.
Matka westchnęła.
- Nie nadajemy się do przyjmowania gości.
Ojciec zachichotał na te słowa.
- Może powinniśmy poprosić, żeby zajrzała do nas później?
- Wydaje mi się, że drzwi nie były zamknięte. Może tu wejść - zauważyłem. - Może już być w środku.
Ojciec wyplątał się z matki i wstał.
- To by było niewskazane.
Musiałem się z nim zgodzić.
- Myślisz, że potrafiłbyś ją odprawić? - zapytał ojciec.
- Nie... nie wiem - wyjąkałem.
- Jesteś już dużym chłopcem, mistrzu, praktycznie panem domu. Jesteś od niej mądrzejszy, nie mam co do tego wątpliwości. Zastanów się i znajdź jakiś sposób.
Nie mogła zobaczyć matki i ojca. Nie w takim stanie. A oni nie zdołają się przemknąć tak, żeby ich nie zauważyła. Drzwi od kuchni znajdowały się dokładnie naprzeciwko wejścia do piwnicy.
Po części miałem nadzieję, że weszła, że stała już na schodach i nas słuchała. Pomyślałem o niej nad jeziorem; i o tym, jak by to było, gdyby została przykuta łańcuchami w piwnicy.
- Jak sądzisz, mistrzu? Poradzisz sobie z nią?
Przytaknąłem.
- Tak.
Emory
Dzień pierwszy, 15.34
Emory skuliła się w rogu pod noszami; jedną dłoń przyciskała do ucha, drugą do ściany. Jednakże nie mogła zablokować tej muzyki. Była zbyt głośna. Jeszcze nigdy nie słyszała tak głośnego sprzętu. Była wiosną na koncercie Imagine Dragons w Allstate Arena z Kirstie Donaldson i stały niecały metr od sceny naprzeciwko największych głośników, jakie widziała. Były tak potężne, że dźwięk odrzucał im włosy na plecy, dzięki czemu zrobiły sobie fantastyczne selfie.
Ten dźwięk był jednak głośniejszy. Nie tylko głośniejszy; muzyka odbijała się od ścian. Rozbrzmiewała echem. Rytm wprawiał w drżenie jej kości.
Gdy zaczęła grać - zdaje się, że wiele godzin temu - Emory krzyknęła co sił w płucach, ale muzyka ją zagłuszyła. Jej głos gubił się za Pink Floydami, Janis Joplin i kilkoma innymi zespołami, które rozpoznawała, ale których nie potrafiła nazwać. Mimo to krzyczała dalej, wyrzucała z siebie wściekłość, nienawiść i strach gotujące się w niej i potrzebujące ujścia. Krzyczała tak długo, aż rozbolało ją gardło i poczuła pewność, że straciła głos, bez względu na to, czy go słyszała, czy nie. Krzyczała tak długo, aż jej język zamienił się w papier ścierny i migrena napierała jej na tył oczu.
Próbowała schować głowę między kolana i to na chwilę pomogło, ale teraz bolało ją prawe ramię z powodu niewygodnego ułożenia. Sfrustrowana szarpnęła kajdanki, lecz tylko wbiły się mocniej w nadgarstek. Miała ochotę się rozpłakać, tylko że wypłakała już wszystkie łzy kilka godzin wcześniej.
Było jej zimno.
Nagie ciało stykało się z każdej strony z wilgotnymi i zimnymi powierzchniami.
- Mamo? - Mimo że wypowiedziała to słowo na głos, nie słyszała go. Zniknęło zagłuszone piosenką zespołu The Who będącą motywem przewodnim serialu CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas. A może to był zespół The What... - Jesteś tu nadal, mamo?
Wyciągnęła głowę spomiędzy kolan i spojrzała do góry. Muzyka dobiegała gdzieś z góry. Po upływie wielu godzin wzrok Emory przyzwyczaił się trochę do ciemności. Mimo że była niemal absolutna, dało się dostrzec niewyraźne kształty. Emory widziała nogi noszy, przynajmniej te znajdujące się najbliżej niej. Widziała rękę przykutą do barierki, a nawet kawałek samej barierki. Spróbowała przesunąć kajdanki z jednego końca na drugi, bo miała nadzieję, że się zsuną, ale zamiast tego minęły tylko narożnik i uderzyły o kolejną rurkę, krzyżującą się z poprzednią, i utknęły w miejscu. A potem...
Coś przebiegło jej po nodze. Emory krzyknęła i podciągnęła nogi pod siebie.
Co to było? Karaluch?
Nie. To było zbyt duże. Może mysz albo...
Oby to nie był szczur. Nienawidziła szczurów. Widywała je czasami, jak wystawiały łebki ze studzienek kanalizacyjnych. Miały oczy jak paciorki i ostre żółte zęby, którymi szczękały z głodu, gdy biegły ciemnymi uliczkami do kontenerów ze śmieciami, żeby poszukać czegoś do jedzenia. Jedzą wszystko. Słyszała, że czasami atakują bezdomnych całymi stadami, tylko że w ich przypadku nie mówi się chyba o stadach. Znała właściwe słowo. Pytano o nie w teście z przyrody, który zdawała kilka lat temu. Gromada. Właśnie! Grupę szczurów nazywa się gromadą. Określenie to wydawało się jej głupie i nadal tak o nim myślała, ale znała je. I jedyną rzeczą gorszą od jednego szczura było więcej szczurów. Gromada.
- Mamo?
Coś otarło się o jej udo. Podskoczyła, aż uderzyła głową o nosze. Proszę, tylko nie szczury. Prawdopodobnie bardzo dobrze widzą w ciemności. Wyobraziła sobie włochate stworzenie stojące w rogu i przyglądające się jej, z pyskiem ociekającym śliną, w której roi się od chorób.
"Nie chcę być fatalistką, ale muszę o coś zapytać. Co jada szczur tkwiący w betonowym bunkrze razem z nagą dziewczyną?"
Emory jęknęła i nawet słyszała się przez sekundę. Potem zaczęła się solówka gitarowa, która wypaliła doszczętnie jakiekolwiek inne dźwięki. Dziewczyna wdrapała się na nosze.
"Wiem, że szczury nie są wybredne. Cieszą się z każdego pożywienia, jakie się im podsunie. Myślę sobie, że ładna młoda dziewczyna stanowiłaby łakomy kąsek, nie sądzisz? Można by cię nazwać wołowiną z Kobe w porównaniu z zasuszonym bezdomnym".
Emory wpatrywała się w ciemność wokół siebie. Czuła, że zwierzę ją obserwuje, ale nie widziała go.
"Ciekawe, czy potrafią się wspinać".
Nosze pisnęły, kiedy przesunęła się na pupie na ich środek.
"Idę o zakład, że jeśli jest ich kilka, mogą ustawić się w piramidę i sięgnąć na górę. To pomysłowe stworzenia. Słyszałam, że czasami gryzą ofiarę w policzek, żeby otworzyła oczy, bo wtedy mogą wyciągnąć gałkę oczną z oczodołu. Zarzucają przynętę i biorą, co chcą. Są sprytne".
- To nie jest szczur - powiedziała Emory do siebie. - No bo jak by się tu dostał?
"No właśnie. Tylko że on jakoś cię tutaj umieścił. Może wrzucił tu też jednego, dwa lub trzy szczury? Przecież ten człowiek odcina ludziom części ciała i wysyła ich rodzinom. Facet ma raczej wątpliwe upodobania w kwestii rozrywki. Może nie grać w otwarte karty".
Serce Emory waliło. Czuła rytmiczne łup, łup, łup w miejscu odciętego ucha.
Kiedy szczur przebiegł obok niej tym razem, widziała go na pewno, chociaż tylko przez chwilę. Potem pulchny gryzoń zniknął w mroku.
Pamiętnik
Wchodziłem po schodach w ślimaczym tempie, a mózg aż mi parował, gdy usiłowałem wymyślić przekonującą historię. Jak mam ją powstrzymać przed wejściem do domu albo, co gorsza, zejściem do piwnicy?
Zastałem ją siedzącą przy kuchennym stole. Znowu płakała. Otarła oczy mokrą serwetką i skubała kromkę chleba.
Kiedy dotarłem na górę, zamknąłem za sobą drzwi. Framuga puchła w letnie miesiące i musiałem mocno pociągnąć za klamkę, żeby zamknąć je, jak należy.
Przeszedłem przez kuchnię i usiadłem przy stole. Nie odrywałem wzroku od zimnego gulaszu.
- Mamy problem z bojlerem. Matka jest na dole i pomaga ojcu go naprawić.
Mówiłem łagodnym głosem, tak cicho, że sam ledwie się słyszałem. To nie było najbardziej pomysłowe kłamstwo, ale musiało wystarczyć. Spojrzałem na nią, na jej znękaną twarz.
Pani Carter odwzajemniła spojrzenie. Siniaki ściemniały jeszcze bardziej w ciągu minionych kilku minut, opuchlizna nasiliła się. Jak mężczyzna mógł zrobić coś takiego kobiecie, którą kochał? Noga podskakiwała jej pod stołem. Gdy się odezwała, głos miała słaby i nieobecny.
- On nie żyje, prawda?
To było raczej stwierdzenie niż pytanie, wypowiedziane beznamiętnie, bez cienia emocji.
- Rodzice naprawiają bojler. Trudno naprawić tę starą bestię.
Pokręciła głową i westchnęła.
- Możesz mi powiedzieć prawdę.
Ojciec kazał mi się nią zająć. Chciał, żebym rozwiązał ten problem. Czy jeśli jej powiem, ją również zabiją? Czy jeśli będzie musiała umrzeć, to przeze mnie?
Musiała jednak się dowiedzieć. Miała do tego prawo. Co by zrobiła, gdybym jej nie powiedział? Poszłaby do domu i zadzwoniła na policję? Powiedziałaby im, że pan Carter do nas przyszedł i nie wrócił do domu? Musiałem jej powiedzieć.
- Próbował zrobić krzywdę matce. Broniła się. Nikt nie będzie jej obwiniał.
Znowu westchnęła. Zacisnęła dłoń na pomiętej serwetce.
- Przypuszczam, że nie.
- Zaprowadzę panią do domu - zaproponowałem.
Pani Carter otarła nos wierzchem dłoni.
- A co z... Co zrobili z... O Boże, on naprawdę nie żyje?
Z jej oczu znowu popłynęły łzy. Wiele lat później będzie to dla mnie zagwozdką. Kobiety zdawały się mieć bezkresne zasoby łez. Zalewały się łzami z taką łatwością, pod wpływem najsłabszej emocji. Z mężczyznami tak nie było. Rzadko płakali, przynajmniej z powodu emocji. W ich wypadku wyzwalaczem był ból; to on odkręcał kurek do końca. Kobiety doskonale radziły sobie z bólem, ale nie z emocjami. Mężczyźni radzili sobie z emocjami, ale nie z bólem. Różnice były niekiedy subtelne, niemniej istniały.
Ja nigdy nie płakałem. Wątpię, bym kiedykolwiek płakał.
Wstałem z krzesła i podałem pani Carter rękę.
- Chodźmy. Zaprowadzę panią do domu.
Porter
Dzień pierwszy, 16.17
Funkcjonariusz Thomas Murray spotkał się z Porterem i Nashem przy drzwiach wejściowych do apartamentu Emory. W jednej ręce trzymał kubek z kawą, a w drugiej kanapkę. W kąciku ust miał majonez; druga porcja majonezu spływała powoli z przodu koszuli mundurowej. Porter chciał mu powiedzieć o sosie, który wyciekł, ale postanowił tego nie robić. Zastanawiał się, po jakim czasie majonez pokona drogę i spadnie na podłogę. Nash też to widział i nie odezwał się ani słowem. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Widzę, że się rozgościłeś? - zagaił Porter, wchodząc do środka.
Murray ugryzł kęs kanapki i otarł usta rękawem.
- To jest lepsze od tkwienia przez osiem godzin w radiowozie - burknął w czasie przeżuwania. Skinął głową w stronę salonu. - Ta kanapa ma wbudowane magiczne paluszki albo coś w tym stylu. Kiedy na niej siadasz, masuje cię. Telewizor też wie jakimś cudem, kiedy jesteś w pokoju. Wystarczy, że wejdziesz, a się włącza. To nie znaczy, że ociągam się z robotą, a na pewno nie dłużej niż przez minutę lub dwie. A na dole mają restaurację i delikatesy. To tam kupiłem kanapkę. Chyba najlepsza, jaką w życiu jadłem. - Wziął kolejny kęs. Spomiędzy pieczywa wypadł kawałek szynki, który wylądował na bucie.
- Gdzie ona jest, Tom? - zapytał Porter, coraz bardziej zniecierpliwiony.
Murray machnął ręką w stronę przedpokoju i prawie wylał kawę z kubka.
- Jest w swoim pokoju, drzwi po lewej stronie, nie po prawej. Ma na imię Nancy. Nancy Burrow. Jest naprawdę wygadana.
Porter przepchnął się obok mężczyzny i ruszył w stronę pokoju. Nash rzucił po drodze:
- Też chcę coś takiego.
Murray ściągnął brwi.
- Kanapkę i kawę?
- Kanapę - odparł Nash.
- Aha. Ja też. - Murray wziął kolejny kęs kanapki i zaklął, kiedy majonez zakończył swoją wędrówkę i wylądował na drewnianej podłodze z wyraźnym chlapnięciem.
Drzwi pokoju były zamknięte. Porter zapukał delikatnie.
- Panno Burrow? Detektyw Sam Porter z policji Chicago. Czy mogę wejść?
- Drzwi są otwarte, detektywie - odparł głos z drugiej strony. Kobieta miała nieznaczny australijski akcent, przez co skojarzyła mu się z Nicole Kidman.
Porter nacisnął na klamkę i otworzył drzwi.
No dobra, z postawną Nicole Kidman. Ważącą ze sto trzydzieści albo i więcej kilogramów.
Nancy Burrow siedziała przy biurku w kącie pokoju z książką na pulchnych kolanach. Ściągnęła brwi, kiedy Porter wszedł do pokoju.
- Ten neandertalczyk zamknął mnie w pokoju i plądrował kuchnię, a Bóg wie, co jeszcze. Proszę mi wierzyć, że zamierzam się poskarżyć pańskiemu przełożonemu, że już nie wspomnę o panu Talbocie. Nie będzie tolerował czegoś takiego, to pewne. Ktoś nawet miał czelność szperać w moich ubraniach, przedmiotach osobistych. Co wam daje prawo robić takie rzeczy?
Porter posłał jej swój uśmiech pod tytułem "przychodzimy w pokojowych zamiarach".
- Najmocniej przepraszam, panno Burrow. Staramy się z całych sił znaleźć Emory. Pan Talbot dał nam pozwolenie na wejście do mieszkania. Nikogo nie było, a my szukaliśmy czegokolwiek, co pomogłoby nam znaleźć jego córkę. Jeśli ktoś przejrzał pani rzeczy osobiste, to z jak najlepszymi intencjami.
Zmrużyła oczy.
- Spodziewaliście się znaleźć jakąś wskazówkę w szufladzie z moją bielizną?
Porter nie potrafił na to odpowiedzieć. Zerknął na Nasha, który tylko wzruszył ramionami. Postanowił zignorować pytanie.
- Mogłaby nam pani powiedzieć, dokąd poszła wcześniej?
- Byłam na zakupach.
- Miała przy sobie zakupy, gdy wróciła - potwierdził Murray stojący w progu. - Ale nie rozumiem, jak ktoś może spędzić siedem godzin w supermarkecie.
Kobieta westchnęła głęboko.
- Skoro już muszą panowie wiedzieć, dzisiaj mam wolne. Byłam u fryzjera i zajmowałam się paroma innymi sprawami. Od kiedy to wyjście z domu jest przestępstwem?
Porter przeniósł ciężar ciała na drugą nogę.
- Kiedy widziała pani Emory po raz ostatni, pani Burrow?
- Wyszła pobiegać wczoraj wieczorem około osiemnastej. Najdalej kwadrans po - odparła. - Zanosiło się na deszcz, ale chciała wyjść mimo wszystko.
- Nie zmartwiła się pani, że nie wróciła?
Burrow pokręciła głową.
- Pomyślałam, że poszła do domu swojego chłopaka. Ostatnio spędzali ze sobą sporo czasu.
- Kiedy się pani zorientowała, że coś jest nie tak?
Kobieta popatrzyła na książkę na kolanach.
- Chyba się nie zorientowałam. Jak już mówiłam, czasami odwiedzała swojego chłopaka.
- Ma piętnaście lat - zauważył Nash. - Ma wracać do domu o dwudziestej? Dwudziestej pierwszej? Dwudziestej drugiej? Mam córkę w jej wieku. Nie pozwoliłbym jej biegać po mieście po zmroku, zwłaszcza z chłopakiem.
- Nie jestem jej matką, detektywie.
Porter wskazał na zdjęcia na toaletce.
- Odegrała pani ważną rolę w wychowaniu jej. Najwyraźniej jest jej pani bliska.
Burrow przyjrzała się zdjęciom, a potem popatrzyła na policjantów.
- Starałam się zawsze jej służyć i będę pierwszą osobą, która przyzna, że z biegiem lat bardzo się zbliżyłyśmy, ale jej ojciec wyraźnie dał mi do zrozumienia, że jestem tylko jego pracownikiem, nikim więcej, i jeśli przekroczę pewną granicę, z łatwością zastąpi mnie kimś innym. Abstrahując od uczuć, którymi darzę Emory, lubię tę pracę i nie mam ochoty tracić zatrudnienia.
- Na czym polegają pani obowiązki, pani Burrow? - zapytał Nash.
- Przede wszystkim jestem nauczycielką Emory. Towarzyszę jej od czasu śmierci jej matki. Nadzoruję jej naukę, a także zajmuję się domem.
- Jak pani Doubtfire?
Ściągnęła brwi.
- Kto?
Porter pchnął Nasha.
- Nieważne. Emory nie chodzi do szkoły? - dopytywał Porter.
Kobieta znowu westchnęła.
- System edukacji w naszym kraju pozostawia wiele do życzenia, detektywie. Pan Talbot pragnął, żeby Emory zdobyła jak najlepsze wykształcenie. A taki poziom można osiągnąć wyłącznie w nauczaniu indywidualnym. Skończyłam Oxford z wyróżnieniem. Mam dwa doktoraty, jeden z psychologii, a drugi z literatury. Spędziłam też trzy lata w Ośrodku Badań Rodziny w Cambridge. Stworzyłam warunki, w których intelekt Emory może rozkwitać, zamiast być ograniczany przez niekompetencję nauczycieli i rówieśników z lokalnej szkoły. W wieku sześciu lat czytała na poziomie dziecka z piątej klasy. Wiedzą matematyczną prześcignęła poziom liceum, gdy miała dwanaście lat. Będzie gotowa podjąć studia w przyszłym roku, dwa lata wcześniej od przeciętnego ucznia w naszym kraju.
Porter zwrócił uwagę na to, że kobieta recytowała te fakty, jakby czytała własny życiorys. Prawdopodobnie już nieraz broniła edukacji domowej.
- Kto zajmuje się jej wychowaniem? Kto jej mówi, żeby nie piła? Kto ocenia jej chłopaków? Jak to możliwe, że ma chłopaka w wieku piętnastu lat? - dociekał Nash.
Pani Burrow wywróciła oczami.
- Jeżeli wpoi się dziecku odpowiednie zasady na wczesnym etapie, takie dziecko okazuje się dojrzalsze od innych. I zasługuje na zaufanie.
- Czyli jeśli zachce się jej biegać po mieście w środku nocy, można na to przymknąć oko? - ryknął Nash.
- Nash, dość tego - powiedział Porter.
- Przepraszam, ale wydaje mi się, że gdyby ta dziewczyna miała w życiu kogoś, kto odgrywa rolę rodzica, nie biegałaby tuż przed zmrokiem. Dlaczego nikt nie pilnował jej bardziej?
Burrow ściągnęła brwi.
- Emory jest wyjątkową dziewczyną. Jest inteligentna i pomysłowa. O wiele bardziej ode mnie, gdy byłam w jej wieku. Prześciga pod tym względem większość ludzi. Tak długo, jak nadąża z nauką, nie ma powodu, by ją denerwować.
Nash poczerwieniał.
- Denerwować? Kto tu jest szefem, do diaska?
Burrow miała dość.
- Detektywie Nash, pracuję dla pana Talbota. Moje obowiązki mają związek z ocenami tej dziewczyny. Jeżeli pan Talbot życzyłby sobie, żebym grała w jej życiu rolę rodzica, robiłabym to z największą przyjemnością, ale on tego nie chciał, kiedy mnie zatrudniał, i nadal nie chce. Jeśli ma pan pytania lub coś pana niepokoi w wychowaniu Emory i środowisku, w którym się obraca, proponowałabym wyrazić swoje wątpliwości w rozmowie z panem Talbotem. Proszę nie oczekiwać, że będę tu siedziała i przyjmowała cięgi w związku z okolicznościami, na które nie mam wpływu. Rozmawiam z panami dobrowolnie, a pan nie daje mi powodów, żebym chciała kontynuować.
Nash był gotów otworzyć usta i wygłosić ripostę, ale Porter ścisnął go za ramię.
- Może byś się przeszedł i spuścił trochę pary? Zajmę się tym.
Nash posłał im sfrustrowane spojrzenie i wypadł z pokoju.
- Przepraszam, pani Burrow. To było nieprofesjonalne i niedopuszczalne zachowanie.
Potarła brodę.
- Rozumiem jego wątpliwości, ale gdy nie zna się pana Talbota lub Emory...
Porter podniósł rękę.
- Nie musi się pani tłumaczyć.
- Troszczę się o nią, naprawdę. Cierpię na myśl, że może być w opałach.
- Kiedy się pani dowiedziała, że ją porwano? - zapytał Porter.
- Pan Talbot zadzwonił do mnie jakąś godzinę temu - odpowiedziała. - Był zdenerwowany, prawie w histerii. Powiedział, że grał w golfa ze swoim prawnikiem. Znalazło go dwóch policjantów i przekazało wiadomość. - Zamilkła. - Mam wolny dzień, więc miałam wyłączony telefon. W przeciwnym razie na pewno dowiedziałabym się o wszystkim wcześniej. Od razu wróciłam do domu. - Wzięła głęboki wdech. - Gdybym się dowiedziała wcześniej...
Porter położył dłoń na jej ramieniu.
- Już dobrze, pani Burrow. Jest już pani tutaj.
Przytaknęła i zmusiła się do uśmiechu.
- Jak wyglądają jej relacje z ojcem?
Kobieta westchnęła.
- Aż do dzisiejszego poranka jedyną emocją okazywaną przez tego człowieka była złość. Zwykle zachowuje rezerwę i jest powściągliwy, zwłaszcza w stosunku do Emory. Rzadko ją odwiedza. Mam obowiązek składać mu co tydzień raport z postępów w jej nauce. W ten sposób ją kontroluje, na odległość. Rozumiem, że musi zachowywać dyskrecję, ale jest przecież jej ojcem. Można by się spodziewać, że chciałby być bardziej zaangażowany w jej życie.
- Ale chyba rozmawiają przez telefon?
Wzruszyła ramionami.
- Owszem, ale te rozmowy nie przypominają rozmów ojca z córką. Dziewczyna ma sponsora, to wszystko, i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Boi się go i chce go zadowolić, ale nie ma w tym miłości. To dlatego jego reakcja tak bardzo mnie zszokowała. - Pochyliła się i ściszyła głos. - Gdyby zadał mi pan to pytanie tydzień temu, powiedziałabym, że ten człowiek prędzej by się uśmiechnął na wieść o jej porwaniu, niż uronił łzę. Od lat ma na głowie córkę z nieślubnego łoża i pieniądze nie są rozwiązaniem tego problemu. Zżera go to. Nie lubi nie mieć nad czymś kontroli. Potrafi być bardzo, bardzo zimny.
- Myśli pani, że mógł być w to zaangażowany?
Zastanawiała się przez chwilę, a potem usiadła prosto.
- Nie. To jest drań bez serca, ale nie sądzę, żeby chciał skrzywdzić swoje dziecko. Ani kogoś innego, jeśli chodzi o ścisłość. Gdyby chciał ją usunąć ze swojego życia, zrobiłby to lata temu. Tej dziewczynie niczego nie brakuje. Ojciec zapewnia jej wszystko, co najlepsze.
- W zamian za milczenie? - podsunął Porter.
- W zamian za współpracę - odparła pani Burrow. - Nigdy nie słyszałam, żeby prosił, aby trzymała ich związek w tajemnicy. Po prostu się rozumieją.
Stojący w progu Murray ugryzł chipsa ziemniaczanego. Porter zgromił go wzrokiem. Policjant uniósł ręce w geście poddania się i wyszedł z pokoju. Porter popatrzył na panią Burrow.
- Zaobserwowała pani coś dziwnego w dniach lub tygodniach poprzedzających wczorajsze porwanie? Wspominała o czymś? Ktoś ją śledził? Odbierała jakieś dziwne telefony? Działo się coś nietypowego?
Burrow pokręciła głową.
- Nie przypominam sobie niczego takiego.
- A powiedziałaby pani o tym?
- W przeciwieństwie do tego, co myśli pański partner, Emory i ja byłyśmy, to znaczy jesteśmy zżyte. Zwierzała mi się w innych kwestiach. Gdyby coś ją niepokoiło, raczej by o tym wspomniała.
- W innych kwestiach?
Kobieta poczerwieniała.
- To babskie sprawy, detektywie. Nie warto o tym mówić.
- Istnieje duże prawdopodobieństwo, że mężczyzna, który ją porwał, mógł ją od pewnego czasu obserwować. Czy w jej życiu pojawił się ktoś nowy? Widziała pani niedawno w budynku kogoś, kogo pani nie znała? A może widziała pani kogoś tutaj, a potem gdzie indziej, na przykład w sklepie?
- Myśli pan, że ją śledził?
Porter wzruszył ramionami.
- Nie wiemy tego. Mogę tylko powiedzieć, że on jest bardzo ostrożny. Niczego nie pozostawia przypadkowi. Nie sądzę, żeby porwanie jej z parku było efektem decyzji podjętej pod wpływem chwili. Najprawdopodobniej obserwował ją, poznał jej rutynę, analizował, gdzie i kiedy ją spotka. Panią też pewnie śledził.
Spuściła wzrok na swoje dłonie i pokręciła głową.
- Nie przypominam sobie nikogo takiego. Ten budynek jest bardzo dobrze zabezpieczony. Myśli pan, że mógł się dostać do środka?
- W przeszłości wchodził do znacznie lepiej strzeżonych budynków. Jeśli miałby powód, żeby tu wejść, znalazłby na to sposób.
Pani Burrow zacisnęła usta.
- Książka.
Porter ściągnął brwi.
- Jaka książka?
Burrow wstała, minęła go w drzwiach i prawie wbiegła na Murraya w przedpokoju. Kiedy Porter ruszył szybko za nią, nie mógł się nadziwić jej szybkości. Była przecież dość postawną kobietą. Znalazł ją stojącą obok biurka. Trzymała w dłoni podręcznik matematyki, który widzieli już wcześniej.
- Zobaczyłam go trzy dni temu i zapytałam o niego Emory. Zrealizowała program z matematyki dwa lata temu. Zdziwiło mnie, że kupiła książkę poświęconą temu przedmiotowi, zwłaszcza tak banalną. Jej wiedza znacznie wykraczała poza to, co ten podręcznik ma do zaoferowania. Powiedziała mi, że nie kupiła tej książki i nie wie, skąd się tu wzięła.
Porter przyjrzał się książce nieufnie.
- Proszę to odłożyć, pani Burrow.
Pamiętnik
Drzwi z siatką z tyłu domu Carterów były otwarte. Targał nimi wiatr, który uderzał nimi o łuszczącą się białą framugę. Złapałem za klamkę i przytrzymałem drzwi, żeby pani Carter mogła wejść do środka. Weszła do ciemnej kuchni. Przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Oboje milczeliśmy. Gdyby nie pociągała nosem, nie wiedziałbym, że szła za mną.
Zatrzasnąłem drzwi i przekręciłem zamek. Wiatr na zewnątrz zawył na znak protestu.
Pani Carter oparła się oburącz o blat i pochyliła głowę, zwrócona twarzą do zlewu. Oczy jej lśniły, zatopione w zadumie. Wypatrzyłem butelkę burbona na stole obok szklanki z wizerunkiem Snoopy'ego i Woodstocka, wyblakłym po latach częstego mycia. Podszedłem do stołu i nalałem do szklanki jakieś dwa centymetry trunku. Na dwa palce, jak mawiał ojciec.
- Nie jesteś na to trochę za młody? - zapytała pani Carter. Odwróciła się i patrzyła na mnie.
Podałem jej szklankę.
- To dla pani.
- Och, nie mogłabym.
- Chyba pani powinna.
Ojciec nigdy nie stronił od drinka po długim dniu w pracy. Wiedziałem, że koktajl pomagał mu się rozluźnić. Pani Carter potrzebowała rozluźnienia ponad wszelką wątpliwość.
Zawahała się, przyglądając się brązowemu trunkowi, a potem przyjęła szklankę i przysunęła ją do zapuchniętych ust. Połknęła burbona jednym haustem i odstawiła szklankę na blat zdecydowanym gestem. Zadrżała i lekko westchnęła.
- O rety.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Przeżywaliśmy wspólnie dość dorosłą chwilę. Jak para kumpli, którzy wychylą kilka szklaneczek w kuchni. Też miałem ochotę spróbować, ale powiedziałem sobie, że to zły moment. Musiałem zachować trzeźwość umysłu. Ten wieczór się jeszcze nie skończył.
- Chce pani jeszcze? - zapytałem.
Gdy przytaknęła, nalałem jej kolejną porcję, tym razem o palec więcej.
Wypiła trunek jeszcze szybciej niż poprzednio, bez wzdrygnięcia się i z cieniem uśmiechu, następnie usiadła przy stole.
- Simon był dobrym człowiekiem, najczęściej. Nie chciał mnie tak naprawdę skrzywdzić. To było... przez tę presję. Nie zasługiwał, żeby...
Usiadłem obok niej.
W szkole potrzebowałem godziny, aby zdobyć się na odwagę i zapytać dziewczynę, czy mógłbym pożyczyć od niej ołówek. Pani Carter miała jednak w sobie coś, przez co czułem się swobodnie. Nie czułem typowego ucisku w żołądku, ani gęsiej skórki na karku. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem siniaków na jej policzku. Znacznie ściemniały w ciągu minionych dwudziestu minut.
- Skrzywdziłby panią bardziej, może nawet zabił.
Pokręciła głową.
- Nie mój Simon. On taki nie był.
- Ależ był. Niech pani spojrzy, co pani zrobił.
- Zasłużyłam na to.
Wizja pani Carter z matką stanęła mi przed oczami. Wiedziała, że je widziałem?
- Nie mogła pani zrobić niczego, czym zasłużyłaby sobie na takie cięgi. Mężczyzna nie powinien podnosić ręki na kobietę. Nie, jeśli jest prawdziwym mężczyzną.
Uśmiechnęła się.
- Ojciec cię tego nauczył.
Przytaknąłem.
- Kobiety należy szanować, radować się nimi. Są dla nas darem. - Powiedział mi też, że są słabe i nie potrafią się bronić przed fizyczną lub werbalną przemocą, ale tę część pominąłem.
- Twój ojciec jest uroczym człowiekiem.
- Tak.
Pani Carter sięgnęła po burbona i napełniła sobie szklankę, po czym przysunęła butelkę do mnie.
- Może chcesz spróbować? Czy piłeś już kiedyś alkohol?
Pokręciłem głową. Skłamałem. Ojciec zrobił mi martini na urodziny. Matka nalała sobie kieliszek swojego ulubionego czerwonego wina i wznieśliśmy toast. Większą część drinka wyplułem na stół, a reszta tak mnie paliła w przełyku, że nie odważyłem się wypić trunku do końca. Matka się zaśmiała, a ojciec poklepał mnie po plecach.
- Zamiłowania do tego nabiera się z czasem, mistrzu. Pewnego dnia to pokochasz. Obawiam się jednak, że to nie jest ten dzień! - I też się zaśmiał. - Może jesteś typem, który będzie wolał piwo - zażartował.
Pani Carter jeszcze raz pchnęła butelkę.
- Śmiało, nie bój się. Nie ugryzie cię. Chyba nie chcesz, żebym piła sama, co? Byłoby to niegrzeczne. - Jej głos nie był już taki zachrypnięty. Jeszcze nie bełkotała, ale nawet chłopak z tak ograniczonym doświadczeniem jak ja potrafił stwierdzić, że nieźle się już wstawiła.
"Załatw to jakoś, mistrzu".
Chwyciłem butelkę i zdjąłem nakrętkę. Na etykiecie widniał napis: Evan Williams Kentucky Bourbon. W świetle wiszącej nad stołem lampy trunek lśnił jak cukierek w płynie. Podniosłem butelkę do ust i pociągnąłem mały łyk. Poczułem pieczenie, ale nie tak silne jak w wypadku martini. Może tym razem byłem na to przygotowany, albo nabyłem tolerancji. Ten alkohol nie był... zły. Może nie był moim ulubionym, ale nie nazwałbym go złym. Trochę mnie rozgrzał; poczułem ciepło w brzuchu. Pociągnąłem kolejny łyk, nieco większy od poprzedniego.
Pani Carter się zaśmiała.
- Patrzcie tylko! Zachowujesz się jak stary wyga. Gdybym dała ci cygaro i czapkę gazeciarza, mógłbyś zagrać z chłopakami w pokera.
Uśmiechnąłem się i podsunąłem jej butelkę.
- Chce pani jeszcze?
- Dlaczego planujesz mnie upić?
- Ależ skąd. Pomyślałem tylko...
- Daj mi to - rzuciła, sięgając po butelkę.
Tym razem nie zawracała sobie głowy szklanką. Pociągnęła łyk prosto z butelki, jak ja. Kiedy odstawiała ją na stół, znowu się wzdrygnęła.
- Kawa się nadawa, lecz gorzała lepiej działa - powiedziałem.
Zaśmiała się.
- Gdzieś ty to słyszał?
- Ojciec tak kiedyś powiedział. Ostro się wstawił tamtego wieczoru.
- Ten twój ojciec wydaje się bardzo interesującym człowiekiem.
Zastanawiałem się, czy się jeszcze nie napić. Po pierwszym razie poczułem ciepło, spokój. Miło jest być spokojnym. Skinąłem w stronę butelki i pani Carter mi ją podsunęła. Na jej twarzy pojawił się uśmiech i wybuchnęła śmiechem.
- Co się stało? Co takiego zrobiłem?
Zbyła mnie machnięciem ręki i zaśmiała się jeszcze głośniej. Czułem uśmiech na ustach i nie potrafiłem powstrzymać śmiechu, mimo że nie rozumiałem, co ją tak rozbawiło.
- Proszę mi powiedzieć! - poprosiłem. - Musi mi pani powiedzieć!
Pani Carter położyła obie dłonie na stole i przestała się śmiać. Zacisnęła usta. A potem powiedziała:
- Pomyślałam sobie, że jeśli poślę cię do domu pijanego, twoi rodzice mogą chcieć mnie zabić.
Przyglądałem się jej przez chwilę, nie spuszczając z niej oka. A potem zanieśliśmy się gardłowym, prowadzącym do łez śmiechem, przez który boli brzuch.
Sięgnęła po butelkę i pociągnęła łyk.
- To był ulubiony alkohol Simona. Burbon sprawiał, że robił się zły. Na ciebie tak nie działa, prawda?
Pokręciłem głową.
- Na mnie też nie. Więc dlaczego on był po nim taki zły? Dlaczego się wściekał i krzywdził mnie za każdym razem, gdy dotykał tej butelki? Dlaczego nie mogło być jak z nami teraz? Wesoło. O Boże, on naprawdę nie żyje. Mojego Simona naprawdę nie ma. Oni go naprawdę zabili, prawda?
Może ponowne sięgnięcie po butelkę było jednak kiepskim pomysłem. Naprzeciwko mnie siedziały dwie panie Carter. Jeśli patrzyłem na nie przymrużonymi oczami, zlewały się w jedną, ale potem znowu były dwie. Zasłoniłem jedno oko, potem drugie, potem znowu pierwsze.
Pani Carter zamilkła. Wtem odezwała się cicho:
- Wiem, że mnie wtedy widziałeś. Nad jeziorem.
Poczułem przypływ adrenaliny i dwie panie Carter stały się jedną. I tak trwały.
- Pani... pani wie?
Przytaknęła powoli.
- Aha.
Twarz mi płonęła. Spuściłem wzrok i patrzyłem na stół, na burbona. Sięgnąłem po butelkę, ale zanim zdążyłem ją chwycić, pani Carter wzięła mnie za rękę. Trzęsła się.
- Chyba chciałam, żebyś mnie zobaczył. Widziałam, jak chodziłeś tam z wędką. Wiedziałam, że tam będziesz.
- Dlaczego...
- Czasami kobieta chce, żeby ktoś jej pragnął. To wszystko. - Pociągnęła kolejny łyk. - Myślisz, że jestem ładna?
Przytaknąłem. Była jedną z piękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widziałem. No i była kobietą. Nie dziewczynką ze szkoły, której dopiero zaczynały rosnąć piersi i która wyrosła z zabawy w księżniczkę, i która podawała liściki i kochała się w najpopularniejszym zespole pop. Była kobietą i rozmawiała ze mną o tym. Owo uczucie na dole powróciło, ów przypływ krwi. Wiedziałem, że nie widzi, co się dzieje pod stołem, ale mimo to byłem zażenowany. Wyrwałem dłoń z jej ręki i przysunąłem butelkę do ust. Tym razem nic mnie nie piekło. Trunek okazał się przepyszny.
Podałem jej butelkę, a ona nie oponowała. Wypiła prawie jedną czwartą, zanim próbowała odstawić ją na stół. Nie wcelowała. Butelka spadła na podłogę i rozbiła się z hukiem. Szkło i burbon wylądowały u naszych stóp.
- O rety... - rzuciła. - Ale nabałaganiłam.
- Nic się nie stało. Posprzątam to. - Wstałem i rozglądałem się za ścierką.
Pokój wokół mnie zawirował. Przytrzymałem się oparcia krzesła i powoli oddychałem głęboko, aż kuchnia stanęła w miejscu. Pani Carter obserwowała mnie ze swojego krzesła z żółtego winylu i metalu, a potem oparła głowę na stole na przedramionach.
Stałem w zupełnej ciszy. Nie ruszałem się do chwili, gdy jej oddech zrobił się rytmicznie senny. A potem wyszedłem w coraz zimniejszą noc.
Musiałem iść po matkę i ojca. Potrzebowałem pomocy, żeby ją związać.
Porter
Dzień pierwszy, 16.49
- Jest stara. Już nie ma dodruków. - Watson czytał informacje na małym wyświetlaczu swojego iPhone'a, gdy razem z Porterem i Nashem wisiał nad książką leżącą na biurku Emory. - Matematyka w czasach współczesnych, Winston Gilbert, Thomas Brothington i Carmel Thorton. Po raz pierwszy wydana w tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim roku. Po raz ostatni w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym.
Watson pochylił się nad czarną walizeczką leżącą z boku i wyjął z niej mały pędzelek oraz proszek do zdejmowania odcisków palców. Zanurzył pędzelek w proszku i zaczął muskać włosiem wierzch podręcznika, zakreślając dłonią koliste ruchy, żeby pokryć powierzchnię równą warstwą.
- Powodzenia przy zwrocie książki do biblioteki - burknął Nash.
Watson go zignorował. Sięgnął do walizeczki i wyciągnął dużą latarkę, włączył ją i pochylił się nad książką.
- To jest standardowe wyposażenie? - zainteresował się Porter.
Watson pokręcił głową.
- Fenix siedemset pięćdziesiąt. Diody LED o łącznej mocy dwóch tysięcy dziewięciuset lumenów. Mniej więcej dwukrotnie wyższa od mocy latarek, które dostajemy z zaopatrzenia. Ma też funkcję podczerwieni i tryb stroboskopowy.
Nash gwizdnął.
- Zmyślna latareczka. Wygląda na to, że my, gliniarze, prosimy Świętego Mikołaja o nową spluwę, a wy o latarki. To ma sens.
- Widzisz coś? - zapytał Porter.
Watson pochylił się jeszcze bardziej.
- Tylko jeden komplet odcisków, najprawdopodobniej Burrow. Będę musiał wziąć od niej próbkę, żeby to potwierdzić. Spójrzcie na grzbiet. Ani jednego zagniecenia. Uważam, że nigdy nie korzystano z tego podręcznika. Jest w wyjątkowo dobrym stanie.
- Nie chcę być posądzony o spiskową teorię dziejów, ale czy ktoś mógł przy nim majstrować? - zapytał Nash.
Porter ściągnął brwi.
- Majstrować?
- No tak. Umieścić w nim bombę albo go wydrążyć?
Watson zaczął unosić okładkę.
- Nie rób tego! - krzyknął Nash i cofnął się pod ścianę.
Okładka upadła na biurko z miękkim łupnięciem. Nash zacisnął oczy.
Porter przeczytał pierwszą stronę.
- To tylko książka. Nie było bum.
- Pójdę po wodę - oznajmił Nash i ruszył przez przedpokój do kuchni.
Porter przekartkował podręcznik. Watson miał rację - jak na książkę wydrukowaną w 1987 roku wyglądała na nową. Błyszczące strony były jeszcze posklejane. Nadal emanowała wonią nowej książki, przez co przypomniały mu się zajęcia angielskiego w trzeciej klasie - tylko wtedy dostał nowy podręcznik.
- Jeżeli przyniósł ją tu #4MK, co to może, twoim zdaniem, oznaczać?
Watson westchnął.
- Nie wiem. Czy kiedykolwiek zostawił jakąś poszlakę?
- Nigdy.
- Ewidentnie próbuje coś przekazać. Bo po co zadawałby sobie tyle trudu?
- Gdzie mógł ją zdobyć?
Watson przekartkował książkę.
- Mamy w mieście sporo antykwariatów, ale nie znam żadnego sprzedającego podręczniki.
- Komu by zależało na starym podręczniku do matmy?
- Nauczycielowi matematyki?
- Myślisz, że wyniósł ją ze szkoły?
Watson zastanawiał się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
- Gdyby ta książka krążyła w systemie szkolnym, nie byłaby w takim stanie. Podręczniki nie leżą w kącie. Są używane i niszczone.
- Co z dostawcą?
Watson przyjrzał się pierwszym stronom. Powiódł wzrokiem po tekście na drugiej stronie, puknął weń palcem i obrócił książkę tak, żeby Porter mógł czytać.
- Wyprodukowano ją tutaj, w Chicago. Ten adres znajduje się niecałe pięć kilometrów stąd, w Fulton.
Porter ściągnął brwi.
- Zagiąłeś ten róg?
- Nie, sir.
Ktoś to zrobił. Rożek strony był delikatnie zagięty, prawie niedostrzegalnie, ale jednak. #4MK chciał, żeby to dostrzegli.
Porter wyciągnął telefon, wybrał numer Kloza i podał mu adres. Po chwili się rozłączył.
- Znajduje się tam stary magazyn przeznaczony do rozbiórki. Ma ona nastąpić pojutrze.
Porter i Nash zrozumieli. Zabójca Czwartej Małpy zostawił ciało swojej trzeciej ofiary, Missy Lumax, pod brezentem w środku porzuconego magazynu. Tamten budynek również był przeznaczony do rozbiórki. I także znajdował się w dzielnicy Fulton River.
Pamiętnik
Nie pamiętam, kiedy zasnąłem, ale musiałem w pewnym momencie odlecieć, bo obudziłem się w łóżku w piżamie, z bólem głowy, który rozsadzał mi skronie. Poranne słońce wdzierało się przez żaluzje i dziobało mi oczy tak zaciekle, że bałem się, iż oślepnę.
Poprzedniego wieczoru ojciec złajał mnie za picie, a ja próbowałem mu wytłumaczyć, dlaczego to zrobiłem, ale nie chciał słuchać. A może słuchał? Pamiętałem wszystko jak przez mgłę.
Odrzuciłem koc i spuściłem stopy na podłogę.
Mimo że poruszałem się jak najdelikatniej, wstrząs rozszedł się po moim ciele i dotarł prosto do obolałej głowy. Pomyślałem, że wrócę pod ciepłą pościel i prześpię kolejny rok, ale wiedziałem, że jeśli niebawem nie wstanę, rodzice przyjdą mnie szukać. Jeżeli ktoś w naszym domu nie przychodził na śniadanie do dziewiątej, nie mógł liczyć na posiłek i stawał przed lodówką z pustym talerzem i burczącym brzuchem. Matka ją zamykała. Punktualnie o dziewiątej zatrzaskiwała drzwi lodówki i zamykała błyszczącą nową kłódkę Stanleya. Lodówka była zamknięta do pory lunchu, a potem do kolacji. Mogłem spokojnie głodować do południa, ale coś mi podpowiadało, że wrzucenie czegoś do brzucha pomoże mi osłabić efekty popijawy i być może przygotuje mnie do reszty dnia.
Wczorajsze ubranie leżało na podłodze. Chciałem je włożyć, ale poczułem na koszulce zapach wymiocin. Nie pamiętam, żebym wymiotował, ale nie miałem powodu podejrzewać, że to nie ja zabrudziłem koszulkę. Dlaczego ktoś inny miałby wymiotować w moim pokoju? Niedorzeczny pomysł. Najprawdopodobniej zrobiło mi się niedobrze. Jakaś część burbona poczuła potrzebę wydostania się na zewnątrz.
Zostawiłem ubranie na podłodze, zapisawszy sobie w pamięci, by je spalić przy pierwszej nadarzającej się okazji, i wyciągnąłem z komody czystą koszulę oraz dżinsy. I zszedłem do kuchni.
- Jest mój chłopak! - Ojciec się rozpromienił za kopiastym talerzem jaj i kiełbasy. - Siadaj, synu. Trochę tłustego jedzenia pomoże uspokoić twój wkurzony żołądek. Jesteś trochę za młody na kaca, to pewne, ale to właśnie kac cię nęka, jeżeli rzeczywiście wypiłeś tyle alkoholu, ile się wczoraj chwaliłeś.
Dotarłem do swojego krzesła i bardzo się starałem zatrzymać zawartość rozedrganego żołądka. Burbon był napitkiem mężczyzn i wypiłem go co do kropli jak mężczyzna. Nie zamierzałem okazywać słabości pod bystrym spojrzeniem ojca.
Ojciec wyciągnął rękę i chwycił karafkę z sokiem pomarańczowym. Nalał mi szklankę. Następnie wyciągnął spod serwetki kieliszek do wódki z fanfarami, jak magik, który wyciąga królika z czarnego kapelusza. - Przygotowałem to dla ciebie. Najlepsza wódka Kentucky i być może najszybszy sposób na pozbycie się kaca w cywilizowanym świecie. - Podsunął mi kieliszek z uśmiechem kota z Cheshire.
Gapiłem się na kieliszek niewątpliwie zaczerwienionymi oczami i z bladymi policzkami. Czekałem na jakąś puentę dowcipu, ale bez skutku. Ojciec podsunął kieliszek jeszcze bliżej.
- Wypij to, mistrzu. Daję słowo, że klin dobrze ci zrobi.
- Serio?
Przytaknął.
Sięgnąłem po kieliszek i delikatnie przysunąłem go do ust. Głowa mi pękała. Woń gorącego karmelu i prażonej wanilii łaskotała mnie w nos.
- Szybko. Prawdziwi mężczyźni wypijają kieliszek jednym tchem, nie roniąc ani kropli.
Wziąłem głęboki wdech, przelałem zawartość do ust i zmusiłem się, żeby ją połknąć. Skrzywiłem się, kiedy poczułem pieczenie rozchodzące się aż do żołądka. Zdziwiło mnie, że czułem je na całej drodze. Nigdy wcześniej nie myślałem o tym, jaką drogę pokonują jedzenie i picie. Alkohol był naprawdę dziwny.
- A teraz rąbnij kieliszkiem w stół - polecił wesoło ojciec.
Zrobiłem, co mi kazał, i walnąłem kieliszkiem o drewno tak mocno, że byłem pewien, iż szkło rozpadnie mi się w dłoni.
Ojciec klasnął z radości.
- Mój chłopak!
Otarłem usta rękawem i poczułem odór burbona w swoim oddechu. Kojarzył mi się z przypalonymi tostami i melasą.
Ojciec podniósł kieliszek i nalał kolejną porcję. Wypił ją sam i równie zdecydowanie odstawił kieliszek. Mruknął, wzdrygnął się z głośnym westchnieniem i popatrzył na mnie; nagle spoważniał.
- Chcę, żebyś zapamiętał tę chwilę jako pierwszą, gdy piłeś alkohol. Możesz to zrobić, mistrzu? Gdy się zestarzejesz i będziesz wspominał swoje życie, chcę, żeby to ta chwila kojarzyła ci się z posmakowaniem zakazanego owocu, wspólne picie wódki z ojcem. To jest prawdziwie doniosły moment. Zapomnij poprzedni wieczór. Zapomnij o piciu z naszą uroczą sąsiadeczką. Zapomnij o powodzie, dla którego piłeś. Gdy dorośniesz, nie chcę, żebyś myślał o tym, jak się upiłeś z panią Carter. Nie chcę, żebyś w ogóle o niej myślał. Pragnę, żebyś zapamiętał to. Jak myślisz, mistrzu? Potrafisz to zrobić?
Przemyślałem jego słowa i przytaknąłem.
- Jasne, ojcze - zapewniłem go z uśmiechem. - Da się zrobić.
- Dajesz słowo?
Spletliśmy małe palce naszych dłoni i złożyłem obietnicę.
- To dobrze, bo tak powinno ci się kojarzyć picie po raz pierwszy. Z towarzystwem ojca, a nie ululaniem się z tą szurniętą suką z sąsiedztwa.
Jeszcze nigdy nie słyszałem takich słów z jego ust. Z matki też nie. Nigdy nie przeklinali. Aczkolwiek znałem to słowo; słyszałem je już wielokrotnie w szkole i od innych dorosłych, ale nigdy od ojca. Nie kojarzyło mi się z jego głosem.
- Przepraszam, mistrzu. Pewnie nie powinienem używać takich określeń w twoim towarzystwie. Nie powinieneś nikogo tak nazywać, zwłaszcza kobiety. Daję ci okropny przykład. Jak już często mówiłem, kobietami należy się radować i trzeba im okazywać najwyższy szacunek.
Rozejrzałem się po pokoju. Nie widziałem tego ranka matki.
- Jest na dole z naszym gościem - poinformował mnie ojciec.
Czasami odnosiłem wrażenie, że czyta mi w myślach.
Zastanawiałem się, czy pani Carter jeszcze żyła. Prawdę powiedziawszy, wiadomość, że tak, zaskoczyła mnie. Chociaż matka i ojciec nie byli wczoraj w najlepszej kondycji, zwykle zachowywali ostrożność w kwestii swoich wybryków. Doprowadzali sprawę do końca.
- Czy pani Carter spędzi z nami jakiś czas?
Ojciec się zastanowił.
- Tak, mistrzu. Tak mi się wydaje. Widzisz, synu, nie możemy winić pani Carter za występki jej męża, ale pewnie zrobiła coś, co go tak zdenerwowało. Gdyby się tak nie stało, nie przyszedłby tutaj i nie groził twojej matce, a ona nie znalazłaby się w takiej kłopotliwej sytuacji. Nie musiałaby robić mu krzywdy. Pan Carter siedziałby pewnie na swojej werandzie, ciesząc się letnim wietrzykiem w towarzystwie uroczej żony, a matka nie spędzałaby poranka na kolanach, szorując zapaskudzoną podłogę w piwnicy. - Pokręcił głową i się zaśmiał. - Ale ten facet krwawił, co nie?
Musiałem się z nim zgodzić. Uśmiechnąłem się.
Ojciec przeczesał włosy palcami.
- Pozostaje pytanie, czym pani Carter tak bardzo zdenerwowała męża. Czy on coś zobaczył? Widziałeś coś, mistrzu?
Wypowiedział te słowa tak szybko, że mnie zaskoczył.
Oddech uwiązł mi w gardle i kiedy próbowałem coś powiedzieć, nie udawało mi się to. Pokręciłem głową i w końcu wykrztusiłem:
- Raczej nie, ojcze.
Zmrużył oczy.
- Raczej nie?
Nic na to nie odpowiedziałem. Miałem wrażenie, że język mi spuchł i zablokował słowa, które chciały się wydostać. Ojciec przyglądał mi się uważnie. W jego spojrzeniu nie było złości, ale próbował rozszyfrować każde moje mrugnięcie i pociągnięcie nosem. Nie odwróciłem wzroku, bo wówczas odebrałby to jako zapowiedź kłamstwa.
- Chodziło mi o to, że on raczej niczego nie widział, ojcze. Bo ja na pewno nie widziałem.
Przekrzywił głowę i patrzył na mnie przez chwilę. Wreszcie uśmiechnął się i poklepał mnie po dłoni.
- Prawda i tak wyjdzie niebawem na jaw. Zawsze tak jest. A wtedy co żywo zajmę się sprawą. Na razie jednak słonko świeci, powietrze jest rześkie i nie zamierzam marnować takiego wspaniałego letniego dnia.
Sięgnąłem przez stół po tosta. Nie był już ciepły, ale dobrze by było wrzucić coś do żołądka.
- Jak twoja głowa?
Dotarło do mnie, że ból prawie całkowicie się wycofał i czułem tylko tępe pulsowanie za lewym okiem. Nudności też minęły.
- Czuję się o wiele lepiej!
Ojciec zmierzwił mi włosy.
- No proszę. Jedz. A kiedy skończysz, chciałbym, żebyś zaniósł talerz naszemu gościowi. Może też szklankę soku. Myślę, że mogła zgłodnieć. Przejdę się do domu Carterów i trochę rozruszam. Spakuję jej torbę. Lepiej, żeby się wydawało, że wybrali się w drogę, gdyby ktoś chciał sprawdzić, co u nich słychać.
- Może powinien tata przestawić ich samochód? - podsunąłem, skubiąc tosta.
Znowu zmierzwił mi włosy.
- Naprawdę wydoroślałeś, co?
Uśmiechnąłem się szeroko.
Emory
Dzień pierwszy, 17.00
Muzyka ucichła.
Tak po prostu.
W jednej chwili Sweet Home Alabama waliła ją w głowę z gwałtownością okiennicy w czasie huraganu, a potem umilkła.
Aczkolwiek w pomieszczeniu nie panowała cisza. Miejsce muzyki zajął głośny dzwonek i chociaż Emory wiedziała, że istniał tylko w jej głowie, równie dobrze mógłby ryczeć z najpotężniejszych głośników. Dźwięk nie nasilał się ani nie słabł; był stały.
Dzwoniło jej w uszach.
Pani Burrow opowiedziała jej o zagrożeniach głośnych dźwięków na trzy lata przed tym, jak pozwoliła jej iść na pierwszy koncert; to byli Jack's Mannequin w Metro. Chciała ją nastraszyć. Z perspektywy czasu Emory widziała, że było to oczywiste. Pani Burrow opowiedziała jej o tym, jak przedłużająca się ekspozycja na głośną muzykę może prowadzić do trwałych problemów, zwłaszcza jeśli słucha się jej w zamkniętym pomieszczeniu. Mówiła coś o malutkich włoskach w uchu, które ulegają uszkodzeniu jak przetarty kabel, przez co mózg słyszy nieistniejące dźwięki. Najczęściej był to stan przejściowy.
Najczęściej.
Kiedy pani Burrow dała jej zatyczki do uszu, chętnie je przyjęła przed wyjściem z domu. Nie skorzystała z nich, rzecz jasna. Nie chciała, żeby jej przyjaciele widzieli ją z tymi głupimi różowymi zatyczkami w uszach. Zostawiła je w kieszeni i w rezultacie przez resztę wieczoru dzwoniło jej w uszach jak teraz.
"Wtedy było zupełnie inaczej. Nie pamiętasz? Ledwie słyszałaś to dzwonienie i trwało tylko przez chwilę. Koncert wcale nie był taki głośny i nie trwał długo. W przeciwieństwie do tego jazgotu, na który cię teraz narażono. Przez ile godzin ryczała ta muzyka? Pięć? Dziesięć? No i nie masz jednego ucha. To z pewnością nie pomaga".
- Zamknij się! - chciała krzyknąć Emory. Zamiast tego wydobył się z niej stłumiony bełkot; jej wyschnięte usta protestowały przy każdej sylabie.
"Twierdzę tylko, że zatyczka do ucha mogłaby ci się przydać. Jedną stronę masz szczelnie zabandażowaną. Jeśli ta okropna muzyka się powtórzy, powinnaś wcisnąć kawałek bandaża do kanału słuchowego. Lepiej się zabezpieczyć, niż potem żałować, prawda? Jeśli wyjdziesz z tego żywa, będziesz jednouchą Jane. Dobrze by było, żeby drugie ucho było w jak najlepszej formie, nie sądzisz? Wiesz, co jest gorsze od dziewczyny z jednym uchem? Wiesz?"
- Bądź cicho, proszę.
"Wiesz, co jest gorsze?"
Emory zamknęła oczy i miejsce mroku zajął jeszcze większy mrok. Zaczęła śpiewać It's My Party Jessie J.
"Gorsze od dziewczyny z jednym uchem jest dziewczyna z jednym uchem i bez oczu. To może być kolejny przystanek w naszej wędrówce, moja kochana, bo jeśli muzyka ucichła, to dlatego, że ktoś ją wyłączył".
Oddech uwiązł Emory w gardle, a jej głowa odwracała się szybko z prawej strony w lewo i z powrotem, gdy wpatrywała się w mur ciemności.
Oczy próbowały przystosować się do tej czerni, ale przegrywały. Emory siedziała skulona na noszach z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej i nie widziała nawet własnych stóp. Błyszczące srebrne nosze były ledwie dostrzegalnym zarysem. To jednak nie znaczyło, że nic się nie ruszało. Mrok wirował falami i pływał w powietrzu tak gęsty, że prawie mogła go posmakować.
On mógł znajdować się w tym pomieszczeniu, a ona by o tym nie wiedziała. Mógłby stać oddalony o krok z nożem w ręku, gotów wbić go w jej oczy i wyłupić je jednym ruchem. Nie miałaby czasu na to, by zareagować lub walczyć z nim wcześniej niż w chwili, w której zacząłby pozbawiać ją wzroku.
Emory śpiewała dalej, ale zgubiła rytm.
- Tańczę sama, tańczę - śpiewała cicho. - Będę tańczyć, aż powiem "stop". - Wyciągnęła wolną rękę przed siebie i powoli przesuwała w tę i z powrotem, macając ciemność. - Czy... czy jesteś tu?
Zobaczyła go oczami wyobraźni. Wysoki i szczupły opierał się o ścianę z nożem w jednej ręce i łyżką w drugiej. Jego palce zagięły się na trzonku noża, kiedy przeciągnął ostrzem po krawędzi łyżki. Na obydwu widniały ślady zaschniętej krwi, pozostałości po tych, które były przed nią. Wiedziała, że widział ją pomimo ciemności. Widział ją doskonale. Białe pudełko leżało u jego stóp, czarny sznurek spoczywał obok. Palce wskazujący i środkowy prawej dłoni ustawił w literę V, wymierzył je w swoje oczy, a potem w jej stronę; uśmiech błąkał się na jego ustach - spierzchniętych i wysuszonych. Przejechał po nich językiem, powoli i z premedytacją.
- Nie zostało nic wartego oglądania - powiedział do niej niskim głosem. - Twoje młode oczy zostały zbrukane przez zło tego świata i trzeba je wyjąć. Tylko w ten sposób można odwrócić proces, oczyścić cię.
Emory się cofnęła i przysunęła bliżej ściany.
- Nie jesteś prawdziwy - rzuciła do siebie. - Jestem tu sama.
Pragnęła, żeby muzyka wróciła.
Jeżeli on tu był, jeżeli naprawdę stał w tym pomieszczeniu z zamiarem skrzywdzenia jej, nie chciała słyszeć, jak będzie się do niej zbliżał. Tak by było lepiej.
Dzwonienie w uszach osłabło i zmuszała się do ignorowania dudnienia serca w okaleczonym uchu; zmuszała się do wsłuchiwania się w odgłosy wokół siebie.
Czy usłyszałaby jego oddech?
- Jeżeli zamierzasz mnie skrzywdzić, zrób to wreszcie, ty chory draniu! - krzyknęła. Tylko że to nie był krzyk. Gardło jej wyschło i wydobył się z niej chrapliwy pisk.
Usłyszała dźwięk.
Czy był tu wcześniej?
Równomierne kap, kap, kap, mniej więcej w sekundowych odstępach.
Skąd dobiegał?
Gdy się ocknęła, obeszła pomieszczenie. Obmacała każdą ścianę. Była boso - gdyby był tu jakiś wyciek, stojąca woda, znalazłaby ją, czyż nie?
Gardło ją zabolało na myśl o wodzie.
"Być może słyszysz kapanie wody, bo jesteś tak spragniona, kochanie. Umysł płata takie figle. Gdyby chciał ci dać wodę, zrobiłby to".
Emory zamknęła oczy i próbowała nasłuchiwać jeszcze uważniej. Wiedziała, że to głupie. Przecież nic nie widziała, niemniej zamknięcie oczu okazało się pomocne. Dźwięk stał się trochę głośniejszy, wyraźniejszy.
Kap... kap... kap.
Przechyliła głowę, nadstawiając zdrowe ucho, i lekko się obracała po każdym kapnięciu, aż dźwięk stał się najgłośniejszy. Kiedy zaczął znowu słabnąć, wróciła do poprzedniej pozycji.
Dobiegał z lewej strony.
Zsunęła się z noszy i stanęła na lodowatym betonie. Dostała gęsiej skórki na całym ciele i objęła się lewą ręką, próbując się jakoś ogrzać. Prawą pociągnęła nosze.
"Pamiętaj o szczurach, kochanie. Te maluchy pewnie gromadzą się wokół ciebie. Wodę niewątpliwie znalazły już dawno. Teraz chętnie by coś zjadły, najlepiej kawałek młodego mięska. Gdybym była szczurem, najprawdopodobniej urządziłabym sobie bazę w pobliżu wody. I broniłabym jej. Broniłabym na śmierć i życie".
Emory zrobiła krok do przodu, potem kolejny, ciągnąc za sobą nosze.
Nie chciała oddalać się od ściany. Ściana dawała jej pokrzepienie, jak duży koc, ale w końcu oderwała się od niej. Zostawiła ją za sobą i zrobiła kolejny krok, malutki, szurając nogami. Nie wiedziała, co ma przed sobą, więc nie mogła sobie pozwolić na więcej.
"Myślisz, że mógł tu rozsypać potłuczone szkło? Albo zardzewiałe gwoździe? A jeśli w podłodze jest dziura? Gdybyś upadła i złamała nogę, byłabyś w tarapatach, znacznie gorszych od swojej obecnej sytuacji, to pewne. A tak przy okazji, nie chcę być utrapieniem, ale uważam, że warto o tym wspomnieć. Wpadłaś już na to, kto wyłączył muzykę? Bo jeśli on jest w pobliżu, to zdobycie wody nie powinno być dla ciebie kwestią priorytetową".
- Jeśli planuje zrobić mi krzywdę, zrobi to - odparła Emory. - Nie zamierzam siedzieć w miejscu i czekać, aż wykona ruch.
Szła z trudem dalej i traciła z każdym krokiem czucie w palcach stóp.
Czy ten beton robił się coraz zimniejszy?
- Nie pozwoli mi umrzeć, przynajmniej nie do czasu, gdy ze mną skończy. W wiadomościach mówiono, że utrzymywał dziewczyny przy życiu przez co najmniej tydzień, zanim je zabił. Spędziłam tu co najwyżej dzień. Nadal mnie potrzebuje.
"Pewnie masz rację, ale może ci zrobić tak wiele rzeczy, nieprzyjemnych rzeczy, które cię nie zabiją. Odciął ci już ucho. Wiesz, że kolejne będą oczy. Czy to będzie aż takie złe? Przecież nic teraz nie widzisz. Bardziej bym się martwiła utratą języka. Możesz chodzić na oślep w ciemności, ale stracić możliwość mówienia? To by było okropne. Zawsze byłaś taka wygadana".
Emory nasłuchiwała. Była blisko. Zostało jej kilka kroków.
Po palcach przebiegł jej szczur. Pisnęła i prawie się przewróciła na nosze.
Zmusiła się, by głęboko oddychać. Musiała zachować spokój. Znowu przebiegła jej po palcach para małych stóp. Kiedy tym razem krzyknęła, zrobiła to głośno; nie hamowała się, mimo że miała wyschnięte gardło. Poczuła się tak, jakby wymiotowała tłuczonym szkłem, i chciała przestać, ale krzyk wydobywał się z niej dalej - krzyk nad krzykami. Nie chodziło już tylko o szczura i o to, że została porwana i uwięziona w tym miejscu, ale o ojca i otaczających ją ludzi, o frustrację związaną z edukacją domową i ograniczoną liczbą przyjaciół. O ból ucha, brak czucia w palcach stóp, bezbronność wynikającą z nagości w tym dziwnym miejscu. O spojrzenie nieznanych oczu. O mężczyznę, który ją porwał - mężczyznę, który mógł się znajdować wiele kilometrów stąd lub zaledwie kilka centymetrów, niewidzialny w mroku. I o matkę, która umarła i zostawiła ją, by znosiła te męki sama.
Gdy wreszcie zamilkła, gardło ją paliło, jakby połknęła płynny ołów i zdrapywała resztki zardzewiałym ostrzem, ale nie przejmowała się tym. Krzyk oczyścił jej umysł. Potrzebowała trzeźwego myślenia.
Musiała się zastanowić.
Dzwonienie w uszach ucichło.
Emory zmusiła zdrowe ucho do słuchania i ignorowania krwi szumiącej w drugim uchu.
Kap.
Z lewej strony dobiegał odgłos drapania. Paznokci o beton. Małych paznokci. Kopiących.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Porter
Dzień pierwszy, 6.14
Znowu go było słychać, ten nieustępliwy sygnał.
"Przecież wyłączyłem dźwięk. Dlaczego słyszę powiadomienia o otrzymaniu SMS-a? Dlaczego słyszę cokolwiek? Apple zszedł na psy po odejściu Steve'a Jobsa".
Sam Porter przetoczył się na prawy bok i na ślepo szukał telefonu na szafce nocnej.
Budzik runął na podłogę z łupnięciem typowym dla taniej elektroniki z Chin.
- Ja pierdolę.
Kiedy jego palce wymacały telefon, odłączył urządzenie od ładowarki i przysunął je do twarzy. Mrużąc oczy, wpatrywał się w mały, świecący jaskrawo wyświetlacz.
ZADZWOŃ - 911.
Wiadomość od Nasha.
Porter zerknął na połowę łóżka należącą do jego żony. Była pusta. Leżał tam tylko liścik:
Poszłam po mleko, zaraz wrócę.
Buziaczki,
Heather
Mruknął i znowu zerknął na telefon.
Piętnaście po szóstej.
To by było na tyle, jeśli chodzi o spokojny poranek.
Porter usiadł i wybrał numer swojego partnera. Nash odebrał po drugim sygnale.
- Sam?
- Cześć, Nash.
Drugi mężczyzna milczał przez chwilę.
- Przepraszam cię, Porter. Zastanawiałem się, czy się z tobą kontaktować, czy nie. Wybierałem twój numer z tuzin razy i ani razu nie zdecydowałem się zadzwonić. Wreszcie uznałem, że najlepiej będzie wysłać wiadomość. Dałem ci szansę, żebyś mógł mnie zignorować.
- Nie ma sprawy, Nash. O co chodzi?
Znowu milczenie.
- Będziesz chciał to zobaczyć na własne oczy.
- Co takiego?
- Zdarzył się wypadek.
Porter potarł skroń.
- Wypadek? Pracujemy w wydziale zabójstw. Dlaczego mielibyśmy się zajmować wypadkiem?
- Zaufaj mi. Będziesz chciał to zobaczyć - powtórzył Nash. W jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Porter westchnął.
- Gdzie?
- W pobliżu Hyde Parku, na wysokości Pięćdziesiątej Piątej. Wysłałem ci adres SMS-em.
Telefon zadzwonił mu prosto do ucha. Porter odsunął go gwałtownie.
"Pieprzony iPhone".
Spojrzał na wyświetlacz, zapisał adres i wrócił do rozmowy.
- Mogę przyjechać za pół godziny. Pasuje wam?
- Ta - odparł Nash. - Na razie nigdzie się nie wybieramy.
Porter się rozłączył i zsunął nogi z łóżka, wsłuchując się w przeróżne strzykania i skrzypienia wydawane na znak protestu przez pięćdziesięciodwuletnie ciało.
Słońce zaczęło już wschodzić i przez opuszczone rolety w oknie sypialni przesączało się trochę światła. Zabawne, jak ciche i ponure wydawało się to mieszkanie, gdy nie było w nim Heather.
"Poszła po mleko".
Budzik leżący na podłodze z twardego drewna mrugnął do niego pękniętym wyświetlaczem, na którym cyfry nie przypominały już cyfr.
To będzie jeden z tych dni.
Ostatnio często się one zdarzały.
Dziesięć minut później Porter wyszedł z mieszkania ubrany w najlepszy strój - wymięty granatowy garnitur kupiony w Men's Wearhouse przed blisko dekadą - i pokonał cztery kondygnacje schodami, żeby zejść do ciasnego holu na parterze. Zatrzymał się przy skrzynkach na listy, wyciągnął telefon i wystukał numer żony.
- Dodzwoniłeś się do Heather Porter. Skoro słyszysz skrzynkę głosową, prawdopodobnie sprawdziłam, kto dzwoni, i uznałam, że ponad wszelką wątpliwość nie chcę z tobą rozmawiać. Jeżeli chcesz złożyć mi dar w postaci ciasta czekoladowego lub jakiejś innej pyszności, przyślij mi wiadomość ze szczegółami, a ja przemyślę twoją pozycję na drabinie towarzyskiej i pewnie do ciebie oddzwonię. Jeśli jesteś sprzedawcą, który chce mnie namówić do zmiany operatora, możesz się w tej chwili rozłączyć. AT&T jest mi winne usługi przez co najmniej rok. Wszyscy pozostali mogą zostawić wiadomość. Pamiętajcie, że mój kochany mąż jest gliną nieradzącym sobie ze złością i nosi wielką spluwę.
Porter się uśmiechnął. Zawsze się uśmiechał na dźwięk jej głosu.
- Cześć, Guziczku. To tylko ja. Dzwonił Nash. Coś się dzieje w pobliżu Hyde Parku. Mam się z nim tam spotkać. Zadzwonię do ciebie później, kiedy już będę wiedział, o której wrócę do domu. - Po chwili dodał: - Och, zdaje się, że coś się stało z naszym budzikiem.
Wsunął telefon do kieszeni i przecisnął się przez drzwi. Rześkie chicagowskie powietrze przypomniało mu, że niebawem jesień ustąpi zimie.
Porter
Dzień pierwszy, 6.45
Porter pojechał Lake Park Avenue i miał dobry czas; dotarł na miejsce za kwadrans siódma. Wóz policyjny blokował Pięćdziesiątą Piątą Aleję w dzielnicy Woodlawn. Porter dostrzegł światła z odległości kilku przecznic - co najmniej tuzin radiowozów, karetka, dwa wozy strażackie. Dwudziestu funkcjonariuszy, może więcej. I prasa.
Kiedy się zbliżał do tego chaosu swoim dodge'em chargerem, zwolnił i wystawił odznakę przez okno. Młody policjant, w zasadzie jeszcze dzieciak, przeszedł pod żółtą taśmą policyjną i podbiegł do niego.
- Śledczy Porter? Nash kazał mi na pana czekać. Proszę zaparkować gdziekolwiek. Ogrodziliśmy cały kwartał.
Porter kiwnął głową i zaparkował przy jednym z wozów strażackich, po czym wysiadł.
- Gdzie jest Nash?
Dzieciak podał mu kubek z kawą.
- Tam, blisko karetki.
Zobaczył postawną sylwetkę Nasha rozmawiającego z Tomem Eisleyem z zakładu medycyny sądowej. Nash miał blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu i górował nad znacznie niższym mężczyzną. Wydawało się, że wrzucił parę kilogramów w czasie tych kilku tygodni, kiedy Porter go nie widział; charakterystyczne brzuszysko wylewało się znad paska jego spodni.
Nash przywołał go skinieniem ręki.
Eisley powitał Portera nieznacznym kiwnięciem głowy i podsunął okulary na nosie.
- Jak się masz, Sam? - Trzymał podkładkę z klipsem obciążoną co najmniej ryzą papieru. We współczesnym świecie tabletów i smartfonów zdawał się zawsze mieć tę podkładkę pod ręką; jego palce nerwowo przewracały strony.
- Domyślam się, że ma dość ludzi pytających go o to, jak się trzyma, jak mu leci i generalnie, jak się miewa - burknął Nash.
- W porządku. W porządku. - Porter zmusił się do uśmiechu. - Dziękuję, że pytasz, Tom.
- Jeśli ci czegoś trzeba, mów. - Eisley zerknął na Nasha.
- Dziękuję. - Porter popatrzył na Nasha. - A więc, wypadek?
Nash wskazał na autobus miejski zaparkowany przy krawężniku w odległości piętnastu metrów od nich.
- Człowiek kontra maszyna. Chodź.
Porter poszedł za nim. Eisley szedł kilka kroków za nimi, z przygotowaną podkładką.
Technik kryminalistyczny fotografował przód autobusu. Wgniecioną chłodnicę. Pęknięty lakier dwa i pół centymetra nad prawym reflektorem. Inny funkcjonariusz ciągnął za coś przygniecionego przez przednią prawą oponę.
Gdy podeszli bliżej, Porter zauważył czarny worek odgrodzony od rosnącego tłumu przez morze mundurowych.
- Autobus jechał ze sporą prędkością. Kolejny przystanek znajduje się jakieś półtora kilometra stąd - poinformował ich Nash.
- Wcale nie pędziłem, do cholery! Sprawdźcie GPS. Niech pan nie rzuca takich oskarżeń!
Porter spojrzał w lewo i zobaczył kierowcę autobusu. Był to rosły mężczyzna ważący co najmniej sto pięćdziesiąt kilogramów. Czarna kurtka opinała zwały ciała, które miały się pod nią pomieścić. Kręcone siwe włosy były zmierzwione z lewej strony i sterczały do góry z prawej. Nerwowe oczy strzelały w ich kierunku, przeskakując od Portera do Nasha, a potem Eisleya, i z powrotem.
- Ten popierdoleniec wyskoczył mi przed maskę. To nie był wypadek. Facet skończył ze sobą.
- Nikt nie powiedział, że zrobił pan coś złego - uspokoił go Nash.
Zadzwonił telefon Eisleya. Mężczyzna zerknął na wyświetlacz, uniósł palec i odszedł kilka kroków, żeby odebrać.
Kierowca ciągnął swój wywód:
- Opowiada pan tutaj, że pędziłem. Mogę stracić pracę, emeryturę... Myśli pan, że w swoim wieku mam ochotę szukać pracy? W tej gównianej sytuacji ekonomicznej?
Porter rzucił okiem na plakietkę z nazwiskiem.
- Panie Nelson, może by pan wziął głęboki wdech i spróbował się uspokoić?
Po czerwonej twarzy mężczyzny spływał pot.
- Będę zamiatał chodniki, bo ten fiutek wybrał mój autobus. Mam za sobą trzydzieści jeden lat bezwypadkowej pracy, a teraz to!
Porter położył dłoń na ramieniu mężczyzny.
- Może mi pan opowiedzieć, co się wydarzyło?
- Muszę trzymać gębę na kłódkę do czasu, aż przyjedzie ktoś ze związku.
- Nie mogę panu pomóc, jeśli pan ze mną nie porozmawia.
Kierowca ściągnął brwi.
- A co pan dla mnie zrobi?
- Na początek mogę szepnąć dobre słowo Manny'emu Polanskiemu z Transitu. Jeżeli nie zrobił pan nic złego i będzie z nami współpracował, nie ma powodu, żeby pana zawieszać.
- Cholera. Myśli pan, że mogliby mnie za to zawiesić? - Otarł pot z czoła. - Chryste, nie stać mnie na to.
- Raczej tego nie zrobią, jeśli się dowiedzą, że pan z nami współpracował i że próbował pan pomóc. Być może nie będzie nawet potrzeby przesłuchiwania pana - uspokajał go Porter.
- Przesłuchiwania?
- Niech mi pan powie, co się stało. Będę mógł pogadać z Mannym i może zaoszczędzę panu kłopotu.
- Zna pan Manny'ego?
- Przez pierwsze dwa lata służby w mundurze pracowałem dla Transitu. Wysłucha mnie. Jeśli nam pan pomoże, wstawię się za panem, daję słowo.
Kierowca przemyślał propozycję i wreszcie zrobił głęboki wdech i skinął głową.
- Było tak, jak opowiadałem pana koledze. Zatrzymałem się na przystanku przy Ellis o czasie. Wsiadły dwie osoby, wysiadła jedna. Jechałem na wschód Pięćdziesiątą Piątą i wyjechałem zza zakrętu. Światło miałem zielone, więc nie było potrzeby zwalniać, chociaż wcale nie pędziłem. Niech pan sprawdzi na GPS-ie.
- Na pewno pan nie pędził.
- Nie pędziłem, jechałem równo z innymi. Może przekroczyłem dopuszczalną prędkość o kilka kilometrów na godzinę, ale nie pędziłem - powtórzył.
Porter machnął lekceważąco ręką.
- Jechał pan na wschód Pięćdziesiątą Piątą...
Kierowca przytaknął.
- Tak. Zobaczyłem kilka osób na rogu. Niewiele. Trzy, może cztery. Kiedy podjechałem bliżej, ten gość wyskoczył mi przed maskę. Bez ostrzeżenia. W jednej sekundzie stał, a w następnej znalazł się na ulicy. Wcisnąłem hamulec do dechy, ale to ustrojstwo nie zatrzymuje się w miejscu. Walnąłem go centralnie. Odrzuciło go na dobre dziesięć metrów.
- Jakiego koloru było światło? - zapytał Porter.
- Zielone.
- A nie pomarańczowe?
Kierowca pokręcił głową.
- Nie, zielone. Wiem to, bo je obserwowałem. Zrobiło się pomarańczowe po około dwudziestu sekundach. Zdążyłem wysiąść, kiedy się zmieniło. - Wskazał na sygnalizator. - Sprawdźcie nagranie z kamery.
Porter spojrzał do góry. W ciągu ostatniej dekady kamery przemysłowe trafiły na prawie każde skrzyżowanie w mieście. Przypomni Nashowi, żeby poprosił o nagranie, kiedy dotrą na komisariat. Najprawdopodobniej jego partner już złożył zamówienie.
- Gość nie przechodził przez jezdnię. Wyskoczył na nią. Zobaczycie to na filmie.
Porter podał mu wizytówkę.
- Może pan tu jeszcze chwilę zostać, na wypadek gdybym miał dalsze pytania?
Facet wzruszył ramionami.
- Pogada pan z Mannym, tak?
Porter przytaknął.
- Mogę na chwilę przeprosić? - Odciągnął Nasha na bok i ściszył głos. - Nie zabił go celowo. Nawet jeśli to było samobójstwo, nic nam do tego. Dlaczego do mnie dzwoniłeś?
Nash położył dłoń na ramieniu partnera.
- Jesteś pewien, że sobie poradzisz? Jeśli potrzebujesz więcej czasu, zrozumiem...
- Nic mi nie jest - odparł Porter. - Powiedz mi, co się dzieje.
- Jeśli potrzebujesz pogadać...
- Nash, do diaska! Nie jestem dzieckiem. Przestań owijać w bawełnę.
- Dobra - ustąpił w końcu. - Ale jeśli się okaże, że to dla ciebie za wcześnie, obiecaj mi, że od razu powiesz "pas". Nikt nie będzie miał pretensji.
- Wydaje mi się, że praca dobrze mi zrobi. Już zaczęło mi odbijać od tego siedzenia w mieszkaniu - wyznał.
- To jest coś wielkiego, Porter - powiedział cicho Nash. - Zasługujesz, żeby tu być.
- Chryste, Nash. Wydusisz to wreszcie z siebie?
- Idę o zakład, że nasza ofiara zmierzała do skrzynki na listy. - Zerknął w stronę niebieskiej skrzynki pocztowej stojącej przed ceglanym budynkiem mieszkalnym.
- Skąd wiesz?
Na twarzy partnera Portera pojawił się uśmiech.
- Facet niósł małą białą paczuszkę przewiązaną czarnym sznurkiem.
Porter otworzył szeroko oczy.
- Nieee.
- Aha.
Porter
Dzień pierwszy, 6.53
Porter gapił się na ciało, kształt zasłonięty czarnym foliowym całunem.
Brakowało mu słów.
Nash poprosił pozostałych funkcjonariuszy i techników kryminalistycznych, żeby się wycofali i zostawili Portera samego, dali mu czas sam na sam z ofiarą. Przeszli za żółtą taśmę policyjną i rozmawiali przyciszonymi głosami, kiedy mu się przyglądali. Porter ich nie widział. Dostrzegał jedynie czarny worek ze zwłokami i leżącą obok paczuszkę. Technicy postawili przy niej znaczek z numerem jeden i niewątpliwie sfotografowali ją z tuzin razy pod każdym możliwym kątem. Wiedzieli jednak, że nie należy jej otwierać. Zostawili to jemu. Ile takich paczuszek było dotychczas?
Tuzin? Nie. Bliżej dwóch tuzinów.
Zrobił w myślach obliczenia.
Siedem ofiar. Trzy pudełka na ofiarę.
Dwadzieścia jeden.
Dwadzieścia jeden pudełek w ciągu blisko pięciu lat.
Bawił się nimi. Nie zostawiał śladów. Tylko te pudełka.
Duch.
Porter był świadkiem tego, jak wielu policjantów zajmowało się tą sprawą i odchodziło. Z każdą następną ofiarą zespół się rozrastał. Kiedy prasa zwietrzyła pojawienie się pudełka, kłębiła się wokół jak sępy. Miasto łączyło siły w solidarnym polowaniu. Potem docierało wreszcie trzecie pudełko, znajdowano ciało, a on znowu znikał. Gubił się w cieniu zapomnienia. Mijały miesiące; przestawano o nim pisać. Zespół się kurczył, bo ludzi kierowano do pilniejszych spraw.
Tylko Porter widział to wszystko od początku. Odebrał pierwszą przesyłkę i natychmiast się zorientował, z czym ma do czynienia - to był początek obłąkanego planu seryjnego zabójcy. Kiedy przyszło drugie pudełko, potem trzecie i wreszcie znaleziono ciało, inni też to dostrzegli.
To był początek czegoś potwornego. Zaplanowanego.
Złego.
A on był przy tym od początku. Czyżby teraz był świadkiem końca?
- Co jest w pudełku?
- Jeszcze go nie otworzyliśmy - odparł Nash. - Ale chyba wiesz.
Paczuszka była mała. Miała pięć na pięć centymetrów i była wysoka na siedem i pół centymetra.
"Jak pozostałe".
Owinięta białym papierem i obwiązana czarnym sznurkiem. Adres wypisano starannym charakterem pisma. Nie znajdą żadnych odcisków palców. Nigdy nie znajdowali. Znaczki były samoprzylepne - nie znajdą śliny.
Porter zerknął na worek.
- Myślisz, że to naprawdę on? Masz nazwisko?
Nash pokręcił głową.
- Nie ma portfela ani dowodu osobistego. Zostawił twarz na chodniku i kratce chłodnicy autobusu. Wzięliśmy odciski palców, ale nie możemy ich do nikogo dopasować. To nikt.
- Ależ to jest ktoś - zaoponował Porter. - Masz rękawiczki?
Nash wyciągnął parę lateksowych rękawiczek z kieszeni i podał Porterowi. Mężczyzna wciągnął je na dłonie i wskazał na pudełko.
- Mogę?
- Czekaliśmy na ciebie - powiedział Nash. - To twoja sprawa, Sam. Zawsze tak było.
Kiedy Porter przykucnął przy paczuszce i sięgnął w jej stronę, jeden z techników podszedł do niego pospiesznie, majstrując coś przy małej kamerze wideo.
- Przepraszam, sir, ale mam rozkaz to sfilmować.
- Nie ma sprawy, synu. Ale nie chcę tu nikogo więcej. Gotów?
Zapaliło się czerwone światełko z przodu kamery i technik skinął głową.
- Proszę zaczynać, sir.
Porter obrócił paczuszkę tak, żeby móc przeczytać adres. Ostrożnie omijał krwistoczerwone plamki.
- Arthur Talbot, piętnaście czterdzieści siedem Dearborn Parkway.
Nash gwizdnął.
- Szykowna okolica. Stare majątki. Ale nazwisko nic mi nie mówi.
- Talbot jest bankowcem zajmującym się inwestycjami - poinformował technik. - Siedzi też w nieruchomościach. Ostatnio przekształcał magazyny w pobliżu jeziora w lofty. Odwalał swoją część roboty w rugowaniu stamtąd ubogich rodzin, by zastąpić je ludźmi, których stać na wysokie czynsze i regularne kupowanie kawy w Starbucksie.
Porter wiedział dokładnie, kim był Arthur Talbot. Spojrzał na technika.
- Jak się nazywasz, chłopcze?
- Paul Watson, sir.
Porter nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Pewnego dnia będzie z pana doskonały detektyw, doktorze Watsonie.
- Nie jestem doktorem, sir. Piszę pracę, ale mam jeszcze przed sobą co najmniej dwa lata.
Porter zachichotał.
- Czy już nikt nie czyta książek?
- Sam, pudełko.
- Racja, pudełko.
Pociągnął za sznurek i przyglądał się, jak węzeł się rozwiązuje. Biały papier skrupulatnie zagięto tak, by na końcu powstały idealne trójkąty.
"Jak prezent. Zapakował to jak prezent".
Łatwo było usunąć papier, by odsłonić czarne pudełeczko. Porter odłożył papier i sznurek na bok, zerknął na Nasha i Watsona, po czym powoli uniósł wieczko.
Ucho zostało dokładnie obmyte z krwi i ułożone na podkładzie z waty.
"Dokładnie tak jak poprzednie".
Porter
Dzień pierwszy, 7.05
- Muszę zobaczyć ciało.
Nash zerknął nerwowo na rosnący tłum.
- Jesteś pewien, że chcesz to robić tutaj? Przypatruje ci się sporo oczu.
- Rozstawmy namiot.
Nash przywołał jednego z policjantów.
Kwadrans później, ku przerażeniu nadjeżdżających kierowców, na Pięćdziesiątej Piątej Alei stanął namiot o wymiarach trzy i pół na trzy i pół metra, blokując jeden z dwóch pasów wiodących na wschód. Nash i Porter weszli za klapę. Za nimi wśliznęli się do środka Eisley i Watson. Umundurowany strażnik zajął pozycję przy wejściu, na wypadek gdyby ktoś przedarł się przez barykadę i próbował się dostać do namiotu.
Na żółtych metalowych trójnogach stało sześć tysiącdwustuwatowych reflektorów rozlokowanych w półkolu nad ciałem; zalewały one ciasną przestrzeń ostrym światłem.
Eisley pochylił się i odciągnął górną część worka.
Porter przyklęknął.
- Ktoś go ruszał?
Eisley pokręcił głową.
- Sfotografowaliśmy go, a potem kazałem go jak najszybciej zakryć. Leży tak, jak wylądował.
Mężczyzna leżał twarzą na asfalcie. Obok głowy znajdowała się niewielka kałuża krwi, która spływała strużką w kierunku krawędzi namiotu. Ciemne, przyprószone siwizną włosy były krótko ostrzyżone.
Porter włożył drugą parę lateksowych rękawiczek z pudełka stojącego po jego lewej stronie i delikatnie uniósł głowę ofiary. Oderwała się od zimnego asfaltu z dźwiękiem przypominającym ten towarzyszący odwijaniu foliowego opakowania z owocowych ruloników. Poczuł ucisk w żołądku. Dotarło do niego, że nic nie jadł. Pewnie dobrze się złożyło.
- Pomożecie mi go obrócić?
Eisley chwycił mężczyznę za ramię, a Nash stanął przy stopach.
- Na trzy. Raz, dwa...
Było jeszcze za wcześnie na stężenie pośmiertne. Ciało było luźne. Prawa noga była prawdopodobnie złamana w co najmniej trzech miejscach; lewa ręka również, i może coś jeszcze.
- O Boże, ohyda. - Nash nie odrywał wzroku od twarzy mężczyzny.
A konkretniej miejsca, w którym powinna znajdować się twarz. Policzki zniknęły i tylko wisiała na nich oderwana częściowo skóra. Żuchwa była odsłonięta i wyłamana - usta wyglądały tak, jakby ktoś chwycił szczęki i rozwarł je jak wnyki. Jedno oko było pęknięte i sączył się z niego szklisty płyn. Drugie patrzyło na nich niewidzącym wzrokiem, zielone w jaskrawym świetle.
Porter się pochylił.
- Myślicie, że da się zrekonstruować twarz?
Eisley przytaknął.
- Skieruję kogoś do tego, jak tylko dowieziemy go do mojego laboratorium.
- Trudno cokolwiek powiedzieć, ale na podstawie budowy ciała i lekkiej siwizny zaryzykuję stwierdzenie, że był przed pięćdziesiątką albo krótko po.
- Powinienem też móc podać wam dokładniejszy wiek - powiedział Eisley. Badał oczy mężczyzny, świecąc w nie latarką. - Rogówka jest nietknięta.
Porter wiedział, że istnieje możliwość oszacowania wieku na podstawie datowania radiowęglowego związków organicznych w oku metodą Lynnerupa. Ta metoda pozwalała ocenić wiek z dokładnością do roku lub dwóch.
Mężczyzna miał na sobie granatowy garnitur w prążki. Lewy rękaw był rozerwany; pęknięta kość sterczała na zewnątrz w pobliżu łokcia.
- Ktoś znalazł drugi but?
Brakowało prawego buta. Prawa skarpetka była mokra od krwi.
- Znalazł go któryś z mundurowych. Leży na stole. - Nash wskazał w prawo. - Miał też fedorę.
- Fedorę? Wraca na nie moda?
- Tylko w filmach.
- Ma coś w kieszeni - zauważył Watson i wskazał na kieszeń na piersi po prawej stronie marynarki. - Coś kanciastego. Kolejne pudełko?
- Nie. Jest za cienkie. - Porter ostrożnie odpiął kieszonkę i sięgnął do środka. Wyjął mały zeszyt, notatnik w stylu tych, które uczniowie nosili w czasach sprzed tabletów i smartfonów: jedenaście i pół na osiem centymetrów, czarno-biała okładka, kartki w linie. Był prawie całkowicie zapełniony tak drobnym i precyzyjnym pismem, że w jednej linii mieściły się dwa wersy tekstu. - To może być coś. Zdaje się, że to pamiętnik. Brawo, doktorze.
- Nie jestem...
Porter zbył chłopaka machnięciem ręki.
- Tak, tak. - Odwrócił się do Nasha. - Nie mówiłeś, że przeszukaliście kieszenie?
- Sprawdziliśmy tylko te w spodniach w poszukiwaniu portfela. Chciałem poczekać na ciebie z oględzinami ciała.
- No to sprawdźmy resztę.
Porter zaczął od prawej przedniej kieszeni spodni, na wypadek gdyby coś zostało przeoczone, a potem zajął się pozostałymi. Gdy znajdował jakiś przedmiot, kładł go delikatnie z boku. Nash nadawał przedmiotom numery, a Watson je fotografował.
- To wszystko. Nie jest tego dużo.
Porter obejrzał znaleziska:
Kwit z pralni
Zegarek kieszonkowy
Siedemdziesiąt pięć centów drobnymi
Kwit niczym się nie wyróżniał. Oprócz numeru 54 873 nie widniały na nim żadne informacje; nie było nawet nazwy ani adresu pralni.
- Zbierzcie odciski palców - polecił Porter.
Nash ściągnął brwi.
- A po co? Mamy go. Nie udało się go zidentyfikować na podstawie odcisków palców.
- Zdaje się, że liczę na cud. Może zidentyfikujemy kogoś, kto pomoże nam jego zidentyfikować. Co myślisz o zegarku?
Nash ustawił zegarek do światła.
- Nie znam nikogo, kto by chodził z zegarkiem kieszonkowym. Może ten gość jest starszy, niż ci się wydawało.
- Fedora też by to sugerowała.
- Chyba że lubił modę vintage - wtrącił Watson. - Znam wielu takich facetów.
Nash wcisnął koronkę i wieko zegarka odskoczyło.
- Hę.
- Co takiego?
- Zatrzymał się o trzeciej czternaście. Nie w momencie, w którym gość oberwał.
- Może zderzenie przesunęło wskazówki? - zastanawiał się na głos Porter.
- Nie ma na nim nawet ryski. Żadnego śladu uszkodzenia.
- Pewnie stało się coś z mechanizmem. Albo nie był nakręcony. Mogę zerknąć?
Nash podał zegarek Porterowi.
Porter pokręcił koronką.
- Ma luzy. Sprężyna się nie napina. Wspaniały egzemplarz. Chyba ręcznie robiony. Na pewno kolekcjonerski.
- Mam wuja - oznajmił Watson.
- No to gratuluję - odparł na to Porter.
- Prowadzi antykwariat w centrum. Na pewno będzie mógł nam o tym powiedzieć coś więcej.
- Naprawdę chcesz się wykazać, co? W porządku, zajmiesz się tematem zegarka. Kiedy już zakończymy inwentaryzację, zabierz go. Zobaczymy, czego się dowiesz.
Watson przytaknął, rozpromieniony.
- Czy ktoś dostrzega coś dziwnego w jego ubraniu?
Nash przyjrzał się ponownie ciału, po czym pokręcił głową.
- Ładne buty - stwierdził Eisley.
Porter się uśmiechnął.
- Prawda? To John Lobb. Po półtora tysiąca dolarów za parę. Garnitur jest tani, najprawdopodobniej ze sklepu wysyłkowego lub domu handlowego. Kosztował nie więcej niż kilkaset dolarów.
- Do czego zmierzasz? - zapytał Nash. - Pracował w branży obuwniczej?
- Nie jestem pewien. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków. Dziwi mnie tylko, że ktoś wydał tyle kasy na buty, nie wydając odpowiednio dużo na garnitur.
- Chyba że był sprzedawcą butów i miał specjalne zniżki? To ma sens - podsunął Watson.
- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Głupie komentarze pogrzebią twoją szansę na nagrodę.
- Przepraszam.
- Nie szkodzi, doktorku. Tylko się ciebie czepiam. Mógłbym się wyżywać na Nashu, ale on przywykł do moich uwag. I psuje mi to ubaw. - Porter wskazał na mały notatnik. - Możesz mi to podać?
Watson podał mu notatnik, a Porter otworzył go na pierwszej stronie. Zmrużył oczy, gdy omiatał tekst wzrokiem.
Witaj, Przyjacielu,
jestem złodziejem, zabójcą, porywaczem. Zabijałem dla zabawy. I z konieczności. A także z nienawiści. Zabijałem po prostu po to, żeby zaspokoić potrzebę, która narastała we mnie z biegiem czasu. Potrzebę przypominającą głód, który da się zaspokoić wyłącznie poprzez rozlew krwi lub melodię, jaką można usłyszeć w udręczonym krzyku.
Informuję Cię o tym nie dlatego, że chcę Cię przerazić lub zrobić na Tobie wrażenie, ale po to, by przedstawić fakty, wyłożyć karty na stół.
Mój iloraz inteligencji wynosi 156. Jestem geniuszem.
Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś: "Mierzenie własnej inteligencji, próba etykietowania jej, to przejaw ignorancji". Nie prosiłem o pomiar IQ; narzucono mi ten test - wyciągnij z tego to, co chcesz.
Nic z tego nie definiuje, kim jestem; mówi tylko o tym, czym jestem. Dlatego postanowiłem sięgnąć po pióro - pragnę podzielić się tym, o czym napiszę. Bez dzielenia się wiedzą nie byłoby postępu. Ty (jako przedstawiciel społeczeństwa) nie wyciągniesz nauki ze swoich licznych błędów. A musisz się jeszcze tak dużo nauczyć.
Kim jestem?
Gdybym podał nazwisko, zepsułbym nam całą zabawę, nie sądzisz?
Najprawdopodobniej znasz mnie pod pseudonimem Zabójcy Czwartej Małpy. I może na tym poprzestaniemy? Ci, którzy lubią skróty, mogą mnie nazywać #4MK. Tak będzie najprościej. Nie ma potrzeby nikogo wykluczać.
Świetnie się zabawimy, Ty i ja.
- Ja pierdolę - burknął Porter.
Pamiętnik
Chciałbym coś ustalić na początku.
To nie jest wina moich rodziców.
Dorastałem w kochającym domu, który przykułby pewnie uwagę Normana Rockwella.
Moja matka, niech Bóg czuwa nad jej duszą, zrezygnowała z obiecującej kariery w branży wydawniczej, żeby zostać ze mną w domu po urodzeniu mnie, i chyba nigdy nie chciała wrócić. Codziennie rano stawiała na stole śniadanie dla ojca i dla mnie, a kolację podawała punktualnie o osiemnastej. Radowaliśmy się rodzinnymi chwilami, które spędzaliśmy jak najradośniej.
Matka opowiadała o swoich wyczynach dnia, a ojciec i ja słuchaliśmy jej uważnie. Miała iście anielski głos, a ja po dziś dzień za nim tęsknię.
Ojciec był finansistą. Jestem pewien, że darzono go szacunkiem, chociaż nie mówił w domu o pracy. Wierzył zdecydowanie, że wydarzenia związane z miejscem pracy należy tam właśnie pozostawić, a nie przynosić je do domu i wylewać w tej ostoi jak jakieś pomyje dla świń. Pracę zostawiał w pracy, tam, gdzie należało.
Nosił błyszczącą czarną aktówkę, ale nigdy nie widziałem, żeby ją otwierał. Codziennie wieczorem stawiał ją przy drzwiach wejściowych i stała tam do czasu, gdy wychodził do biura następnego dnia. Zgarniał ją po drodze, po tym jak pocałował czule matkę i poklepał mnie po głowie.
"Opiekuj się matką", mawiał. "To ty jesteś tu mężczyzną do czasu mojego powrotu. Jeśli do drzwi zapuka inkasent, odeślij go do sąsiadów. Zignoruj go. Nic nie znaczy w porównaniu z ważniejszymi sprawami. Lepiej, żebyś dowiedział się o tym teraz, zamiast denerwować się takimi sprawami, gdy założysz już własną rodzinę".
Z fedorą na głowie i aktówką w dłoni wychodził za drzwi z uśmiechem, machając do nas. Podchodziłem do okna i patrzyłem za nim, jak szedł chodnikiem (ostrożnie krocząc po lodzie w czasie mroźnych zim) i wsiadał do małego czarnego kabrioletu. To było dzieło sztuki o gardłowym ryku, który rozlegał się po przekręceniu kluczyka i narastał, gdy auto wyjeżdżało na drogę i sunęło wzdłuż chodnika z głodnym zachwytem.
Jakże ojciec uwielbiał ten samochód.
Każdej niedzieli wyciągaliśmy z garażu wielkie niebieskie wiadro oraz kilka szmat i szorowaliśmy go od dachu po koła. Ojciec godzinami pielęgnował miękki dach i nakładał wosk na metalowe elementy nie raz, ale dwa razy. Mnie powierzał zadanie czyszczenia szprych, co traktowałem bardzo poważnie. Kiedy kończyliśmy, auto lśniło, jakby dopiero co wyjechało z salonu wystawowego. Ojciec składał następnie dach i zabierał matkę i mnie na niedzielną przejażdżkę. Mimo że porsche było samochodem dwuosobowym, mieściłem się w przestrzeni za siedzeniami, gdzie było mi przytulnie, bo byłem drobnym chłopcem. Jechaliśmy do Dairy Freeze na lody i wodę sodową, a potem do parku na popołudniowy spacer pośród wielkich dębów i trawiastych pól.
Bawiłem się z innymi dzieciakami, podczas gdy matka i ojciec obserwowali mnie z zacienionego miejsca pod starym drzewem; trzymali się za ręce, a ich oczy były pełne miłości. Żartowali i śmiali się, a ja ich słyszałem, kiedy biegłem za piłką lub goniłem frisbee. "Patrzcie! Patrzcie!", wołałem. A oni patrzyli. Tak, jak powinni rodzice. Z dumą. Byłem ich synem, ich radością. Cofałem się pamięcią do tamtych młodocianych lat. Do nich pod drzewem, takich uśmiechniętych. Cofałem się pamięcią i wyobrażałem sobie ich szyje rozpłatane od ucha do ucha, krew tryskającą z ran i tworzącą pod nimi kałuże. I śmiałem się, a serce mi trzepotało z ekscytacji; tak bardzo się śmiałem.
To było, rzecz jasna, wiele lat temu, ale z pewnością wtedy się to zaczęło.
Porter
Dzień pierwszy, 7.31
Porter zaparkował chargera przy krawężniku przed Dearborn Parkway 1547 i przyglądał się dużej murowanej rezydencji. Siedzący obok niego Nash skończył rozmowę telefoniczną.
- To był kapitan. Chce nas widzieć.
- I zobaczy.
- Był dość stanowczy.
- #4MK zamierzał wysłać przesyłkę tutaj. Zegar tyka. Nie mamy czasu pędzić teraz do kwatery głównej - odparł Porter. - To nie zajmie nam dużo czasu. Ważne jest, żebyśmy wyprzedzali zdarzenia.
- #4MK? Naprawdę zamierzasz go tak nazywać?
- #4MK, Człowiek Małpa, Zabójca Czwartej Małpy. Nie obchodzi mnie, jak będziemy nazywali tego pojeba.
Nash wyglądał przez okno.
- Niezłe domiszcze? Mieszka tu jedna rodzina?
Porter przytaknął.
- Arthur Talbot, jego żona, nastoletnia córka z pierwszego małżeństwa, pewnie jeden lub dwa rozszczekane kundle i gosposia albo z pięć.
- Sprawdziłem zgłoszenia o zaginięciach. Talbot nikogo nie zgłaszał - poinformował Nash. Wysiedli z samochodu i zaczęli się wspinać po kamiennych schodach. - Jak chcesz to rozegrać?
- Szybko - stwierdził Porter, kiedy nacisnął dzwonek.
Nash ściszył głos.
- Żona czy córka?
- Słucham?
- Ucho. Według ciebie należało do żony czy do córki?
Porter miał właśnie odpowiedzieć, gdy drzwi się uchyliły, zabezpieczone łańcuszkiem. Zimnymi brązowymi oczami patrzyła na nich gniewnie kobieta o latynoskiej urodzie, mająca co najwyżej półtora metra wzrostu.
- Jakoś pomóc?
- Zastaliśmy pana lub panią Talbot?
Zerknęła na Portera, potem na Nasha. I znowu na Portera.
- Momento.
Zamknęła drzwi.
- Stawiam na córkę - odezwał się Nash.
Porter zerknął na telefon.
- Ma na imię Carnegie.
- Carnegie? Żartujesz?
- Nigdy nie zrozumiem bogatych ludzi.
Gdy drzwi znowu się otworzyły, w progu stanęła blondynka krótko po czterdziestce. Miała na sobie beżowy sweter i czarne spodnie. Włosy zebrała w kucyk. "Atrakcyjna", pomyślał Porter.
- Pani Talbot?
Uśmiechnęła się uprzejmie.
- Tak. Czym mogę służyć?
Latynoska stanęła za nią i obserwowała ich z drugiego końca holu.
- Śledczy Porter. A to jest śledczy Nash. Policja Chicago. Czy moglibyśmy porozmawiać?
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Co ona nawywijała?
- Słucham?
- Cholerna córka mojego męża. Chciałabym przeżyć tydzień bez żadnych dramatów związanych z kradzieżą w sklepie, przejażdżką kradzionym samochodem lub piciem w parku z jej równie zdzirowatymi przyjaciółkami. Mogłabym serwować darmową kawę każdemu policjantowi, który miałby ochotę tu wstąpić, bo połowa z was zagląda do nas regularnie. - Cofnęła się do środka; otworzyła za sobą drzwi, za którymi zobaczyli skąpo umeblowane wnętrze. - Zapraszam.
Porter i Nash weszli za nią. Sklepiony sufit był wysoki, a pośrodku wisiał żyrandol z błyszczących kryształów. Porter zwalczył chęć zdjęcia butów przed wejściem na biały wypolerowany marmur.
Pani Talbot odezwała się do gosposi:
- Mirando, bądź tak miła i przynieś nam herbatę oraz bajgle. Chyba że panowie woleliby pączki? - Ostatnie słowa wypowiedziała z cieniem uśmiechu.
"Ach, to poczucie humoru bogaczy", pomyślał Porter.
- Proszę się nie kłopotać, proszę pani.
Zamożne białe kobiety nie znosiły, kiedy zwracano się do nich...
- Proszę mi mówić Patricia.
Przeszli za nią przez hol, długim korytarzem, do przestronnej biblioteki. Wypolerowane drewniane podłogi lśniły w porannym świetle, rozjaśniane dodatkowo plamami promieni słonecznych odbijanych przez kryształowy żyrandol wiszący nad dużym murowanym kominkiem. Kobieta wskazała im kanapę ustawioną pośrodku pokoju. Porter i Nash zajęli miejsca. Gospodyni usiadła w wyglądającym na wygodny, przesadnie wypchanym fotelu naprzeciwko nich i sięgnęła po filiżankę z herbatą stojącą na stoliku obok. Poranny egzemplarz "Tribune" leżał nietknięty.
- W zeszłym tygodniu przedawkowała jakieś świństwo i musiałam ją odebrać z ostrego dyżuru w środku nocy. Jej troskliwi przyjaciele odstawili ją tam, kiedy zemdlała w jakimś klubie. Zostawili ją na ławce przed szpitalem. Wyobrażacie to sobie? Arty wyjechał w interesach. Musiałam ją tu przetransportować przed jego powrotem, bo nikt nie chce go wkurzać. Lepiej, żeby macocha posprzątała i udawała, że nic się nie stało.
Do pokoju weszła gosposia z dużą srebrną tacą. Postawiła ją na stole przed nimi i nalała herbatę do dwóch filiżanek; jedną podała Nashowi, drugą Porterowi. Na tacy stały dwa talerzyki. Na jednym znajdował się odgrzany bajgiel, na drugim czekoladowy pączek.
- Nie walczę ze stereotypami - rzucił Nash i sięgnął po pączka.
- Nie trzeba było - powiedział Porter.
- Bzdura. Smacznego - odparła Patricia.
- Gdzie jest teraz pani mąż, pani Talbot? W domu?
- Wyszedł wcześnie rano, żeby zagrać w golfa w Wheaton.
Nash pochylił się do przodu.
- To prawie godzina drogi stąd.
Porter sięgnął po filiżankę, powoli pociągnął łyk herbaty i odstawił naczynie na tacę.
- A pani córka?
- Pasierbica.
- Pasierbica - poprawił się.
Pani Talbot ściągnęła brwi.
- Może mi powiecie, w jakie tarapaty tym razem się wpakowała? Będę mogła zdecydować, czy pozwolić wam z nią porozmawiać, czy też należy dzwonić do naszych prawników.
- Więc jest tutaj?
Kobieta na moment otworzyła szeroko oczy. Uzupełniła swoją filiżankę, sięgnęła po dwie kostki cukru i wrzuciła je do herbaty, zamieszała ją i wypiła. Owinęła palcami ciepłe naczynie.
- W swoim pokoju. I spała tam przez całą noc. Widziałam ją kilka minut temu, jak szykowała się do szkoły.
Porter i Nash wymienili spojrzenia.
- Możemy ją zobaczyć?
- Co ona zrobiła?
- Badamy trop, pani Talbot. Jeżeli jest tutaj, nie mamy się czym martwić. I zaraz nas tu nie będzie. Jeśli jej nie ma... - Porter nie chciał niepotrzebnie niepokoić kobiety. - Jeśli jej nie ma, możemy mieć powód do obaw.
- Nie ma potrzeby jej kryć - wyjaśnił Nash. - Musimy mieć pewność, że jest bezpieczna.
Patricia obróciła filiżankę w dłoni.
- Mirando? Czy mogłabyś przyprowadzić Carnegie?
Gosposia otworzyła usta, przemyślała to, co chciała powiedzieć, i uznała, że tego nie zrobi. Porter patrzył za nią, gdy wyszła z biblioteki, przeszła przez korytarz i weszła na schody wijące się po drugiej stronie.
Nash szturchnął go łokciem i się odwrócił. Porter powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem i zobaczył zdjęcie w ramce na półce nad kominkiem. Widniała na nim młoda blondynka w stroju do jazdy konnej stojąca obok kasztanowego konia. Wstał i podszedł do fotografii.
- To jest pani pasierbica?
Pani Talbot przytaknęła.
- Cztery lata temu. Miesiąc przed zrobieniem tego zdjęcia skończyła dwanaście lat. Zajęła pierwsze miejsce.
Porter przyglądał się jej włosom. Zabójca Czwartej Małpy dotychczas zamordował tylko jedną blondynkę; wszystkie pozostałe były brunetkami.
- Patricio, co się dzieje?
Odwrócili się.
W drzwiach stała nastolatka w koszulce z wizerunkiem Mötley Crüe, białym szlafroku i kapciach. Miała zmierzwione blond włosy.
- Proszę, nie nazywaj mnie Patricią - warknęła pani Talbot.
- Przepraszam, mamo.
- Carnegie, ci dżentelmeni są z policji Chicago.
Twarz dziewczyny pobladła.
- Dlaczego przyjechała do nas policja, Patricio?
Porter i Nash gapili się na jej uszy. Dwoje uszu. Znajdujących się na właściwym miejscu.