Pakiet: Trylogia #4MK. Czwarta małpa / Piąta ofiara / Szóste dziecko - J.D. Barker

-
Proszę czekać

7

Por­ter

Dzień pierw­szy, 7.48

Zaczęło mżyć. Schody z kamie­nia bru­ko­wego były mokre i śli­skie, gdy Por­ter i Nash poko­ny­wali je pospiesz­nie, idąc z rezy­den­cji pań­stwa Tal­bot do samo­chodu zapar­ko­wa­nego przy kra­węż­niku. Wsko­czyli do środka i zatrza­snęli za sobą drzwi. Przy­glą­dali się zło­wiesz­czemu niebu.

- Nie potrze­bu­jemy tego gówna, nie dzi­siaj - uty­ski­wał Por­ter. - Jeśli zacznie padać, Tal­bot odwoła grę i go stra­cimy.

- Mamy więk­szy pro­blem. - Nash stu­kał w swo­jego iPhone'a.

- Znowu kapi­tan Dal­ton?

- Nie, gorzej. Ktoś zatwe­eto­wał.

- Że co?

- Zatwe­eto­wał.

- Co to, do cho­lery, zna­czy?

Nash podał mu tele­fon.

Por­ter prze­czy­tał drobną czcionkę.

@#4MKNAZAWSZE CZY TO JEST ZABÓJCA CZWAR­TEJ MAŁPY?

Poni­żej znaj­do­wało się zdję­cie ofiary poran­nego wypadku leżą­cej twa­rzą na asfal­cie. Kra­wędź miej­skiego auto­busu była led­wie widoczna w rogu.

Por­ter ścią­gnął brwi.

- Kto udo­stęp­nił to zdję­cie pra­sie?

- Cho­lera, Sam. Powi­nie­neś się doedu­ko­wać. Nikt niczego nie udo­stęp­nił. Ktoś strze­lił fotkę tele­fo­nem i puścił w obieg, żeby wszy­scy mogli ją zoba­czyć - wyja­śnił Nash. - Tak działa Twit­ter.

- Wszy­scy? Jak wielu ludzi to wszy­scy?

Nash znowu coś wstu­kał.

- Post poja­wił się dwa­dzie­ścia minut temu. Dostał trzy tysiące dwie­ście dwa­na­ście polu­bień. Twe­eto­wano go dalej ponad pięć­set razy.

- Polu­bień? Twe­eto­wano dalej? Co to jest, kurwa? Mów po ludzku, Nash.

- To zna­czy, że sprawa nabrała roz­głosu. Świat już wie, że on nie żyje.

Zadzwo­nił tele­fon Nasha.

- Teraz to kapi­tan. Co mam mu powie­dzieć?

Por­ter uru­cho­mił sil­nik, wrzu­cił bieg i pomknął West North Street w stronę drogi 294.

- Powiedz, że podą­żamy za tro­pem.

- Jakim tro­pem?

- Tal­bo­tów.

Nash wyda­wał się sko­ło­wany.

- Ale to nie Tal­bo­to­wie. Obie kobiety są w domu.

- Nie cho­dzi o nie. Utniemy sobie poga­wędkę z Arthu­rem. Jestem gotów się zało­żyć, że żona i córka nie są jedy­nymi kobie­tami w jego życiu - oznaj­mił Por­ter.

Nash ski­nął głową i ode­brał tele­fon. Por­ter sły­szał przez malutki gło­śnik, że kapi­tan krzy­czy. Po mniej wię­cej minu­cie powta­rza­nia: "Tak jest, sir" Nash zasło­nił słu­chawkę.

- Chce z tobą roz­ma­wiać.

- Powiedz, że pro­wa­dzę. Nie jest bez­piecz­nie roz­ma­wiać w cza­sie jazdy. - Skrę­cił kie­row­nicę ostro w lewo, żeby wymi­nąć mini­vana jadą­cego wol­niej niż ich sto czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę.

- Tak jest, kapi­ta­nie. Włą­czam gło­śnik. Pro­szę pocze­kać...

Cienki, cichy głos kapi­tana ryk­nął dono­śnie po pod­łą­cze­niu iPhone'a do sys­temu gło­śni­ków Blu­eto­oth w samo­cho­dzie.

- ...zgło­ście się na komi­sa­ria­cie za dzie­sięć minut, żeby­śmy mogli zebrać zespół i zająć się sprawą. Dobi­jają się do mnie wszy­scy dzien­ni­ka­rze z tele­wi­zji i gazet.

- Kapi­ta­nie, mówi Por­ter. Zna pan ramy cza­sowe rów­nie dobrze jak my. Zamie­rzał wysłać ucho dzi­siaj rano. To zna­czy, że porwał ją dzień lub dwa dni temu. Dobra wia­do­mość jest taka, że ni­gdy ich nie zabija od razu, więc możemy mieć pew­ność, że ona na­dal żyje... gdzieś tam. Nie wiemy, ile ma czasu. Jeżeli pla­no­wał tylko wysko­czyć, żeby nadać prze­syłkę, praw­do­po­dob­nie nie zosta­wił jej jedze­nia ani wody. Prze­ciętna osoba prze­żyje bez wody trzy dni i trzy tygo­dnie bez poży­wie­nia. Zegar tyka, kapi­ta­nie. Uwa­żam, że w naj­lep­szym razie mamy trzy dni na zna­le­zie­nie jej. Może mniej.

- Dla­tego musi­cie tu wra­cać.

- Naj­pierw musimy wyja­śnić, kto to jest. Do tego czasu będziemy drep­tali w miej­scu. Chce pan ruszyć z tą sprawą? Pro­szę mi dać godzinę. Mam nadzieję, że uda mi się podać panu nazwi­sko, które będzie można prze­ka­zać pra­sie. Da im pan zdję­cie zagi­nio­nej dziew­czyny i wezmą się do roboty - powie­dział Por­ter.

Kapi­tan mil­czał przez chwilę.

- Godzina. I ani minuty dłu­żej.

- To nam wystar­czy.

- Trak­tuj­cie Tal­bota deli­kat­nie. Spo­tyka się z bur­mi­strzem - dodał kapi­tan.

- Będziemy dzia­łać w ręka­wicz­kach, zro­zu­mia­łem.

- Oddzwoń­cie po roz­mo­wie z nim. - Kapi­tan się roz­łą­czył.

Por­ter wyje­chał na drogę 294. Nash wpro­wa­dził Whe­aton do GPS-u.

- Czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów.

Samo­chód przy­spie­szył, gdy Por­ter przy­ci­snął jesz­cze moc­niej pedał gazu. Nash włą­czył radio.

- Mimo że poli­cja Chi­cago nie wydała jesz­cze oświad­cze­nia, podej­rzewa się, że pie­szy, który zgi­nął rano pod kołami auto­busu miej­skiego w pobliżu Hyde Parku, był tak zwa­nym Zabójcą Czwar­tej Małpy. Paczuszka sfo­to­gra­fo­wana na miej­scu wypadku przy­po­mina te, które zabójca wysy­łał w prze­szło­ści. Mia­nem Zabójcy Czwar­tej Małpy ochrzcił go nie­gdyś Samuel Por­ter, śled­czy z chi­ca­gow­skiej poli­cji, jeden z pierw­szych, któ­rzy dostrze­gli cha­rak­te­ry­styczny sche­mat dzia­ła­nia prze­stępcy.

- To nie­prawda! Nie wymy­śli­łem tego...

- Cii! - prze­rwał mu Nash.

- Wize­ru­nek czte­rech małp wywo­dzi się ze świą­tyni Tosho-gu w Nikko w Japo­nii, gdzie rzeźby przed­sta­wia­jące małpki umiesz­czono nad wej­ściem. Pierw­sza zasła­nia uszy, druga oczy, trze­cia usta. Sta­nowi to ilu­stra­cję przy­sło­wia: "Nie sły­sza­łem nic złego, nie widzia­łem nic złego, nie mówię nic złego". Czwarta małpa to ale­go­ria "Nie czy­nię nic złego". Sche­mat dzia­ła­nia zabójcy pozo­staje nie­zmienny od czasu jego pierw­szej ofiary, Calli Tre­mell, która zgi­nęła pięć i pół roku temu. Dwa dni po porwa­niu rodzina Tre­mellów otrzy­mała pocztą ucho. Dwa dni póź­niej, oczy. Po kolej­nych dwóch dniach poja­wił się język. Ciało zna­le­ziono w Bed­ford Park dwa dni po dacie stem­pla pocz­to­wego na ostat­niej prze­syłce. Ofiara ści­skała w dłoni liścik, na któ­rym napi­sano po pro­stu: "Nie czy­nię nic złego". Póź­niej odkryto, że Michael Tre­mell, ojciec zabi­tej, był zaan­ga­żo­wany w nie­le­galny hazard i prze­le­wał miliony dola­rów na zagra­niczne rachunki...

Nash wyłą­czył radio.

- Zawsze porywa dziecko lub rodzeń­stwo, żeby uka­rać ojca za jakie­goś rodzaju prze­stęp­stwo. Dla­czego nie tym razem? Dla­czego nie Car­ne­gie?

- Nie wiem.

- Ktoś powi­nien spraw­dzić finanse Tal­bota - pod­su­nął Nash.

- Dobry pomysł. Kogo mamy?

- Matta Hosmana?

Por­ter ski­nął głową.

- Zadzwoń do niego. - Się­gnął do kie­szeni na piersi, wycią­gnął z niej pamięt­nik i rzu­cił go Nashowi na kolana. - A potem czy­taj to na głos.

8

Pamięt­nik

Matka i ojciec byli dość mocno zżyci z sąsia­dami, Simo­nem i Lisą Car­te­rami. Byłem zale­d­wie jede­na­sto­let­nim chłop­cem owego lata, kiedy poja­wili się w naszej cudow­nej dziel­nicy, i wszy­scy oni wyda­wali mi się sta­rzy, gdy patrzy­łem na nich ze swo­jej ogra­ni­czo­nej per­spek­tywy. Teraz jed­nak dociera do mnie, że matka i ojciec mieli po jakieś trzy­dzie­ści pięć lat, i nie sądzę, żeby Car­te­ro­wie byli wię­cej niż o rok lub dwa lata młodsi. Naj­wy­żej trzy. Może cztery, ale wąt­pię, żeby róż­nica wyno­siła ponad pięć lat. Prze­pro­wa­dzili się do sąsied­niego domu, jedy­nego oprócz naszego sto­ją­cego przy końcu tej spo­koj­nej uliczki.

Czy wspo­mi­na­łem, jak nie­sa­mo­wi­cie piękna była moja matka?

Jakie to nie­grzeczne z mojej strony, że pomi­ną­łem taki szcze­gół. Papla­łem tu o tak nie­istot­nych spra­wach, a nie odma­lo­wa­łem obrazu wła­ści­wie ilu­stru­ją­cego nar­ra­cję, którą zgo­dzi­łeś się łaska­wie śle­dzić.

Gdy­byś mógł się­gnąć do tego tomu i mnie spo­licz­ko­wać, zachę­cił­bym Cię do tego. Cza­sami płynę i wtedy trzeba mną mocno potrzą­snąć, żebym wró­cił na wła­ściwe tory. O czym to ja...?

Matka.

Matka była piękna.

Włosy miała jedwa­bi­ste. W kolo­rze blond, puszy­ste i lśniące pozba­wio­nym prze­sady zdro­wym poły­skiem. Się­gały jej do połowy szczu­płych ple­ców ele­ganc­kimi falami. Och, i jej oczy! To był naj­ja­skraw­szy odcień zie­leni, szma­ragdy osa­dzone w per­fek­cyj­nie por­ce­la­no­wej skó­rze.

Nie wsty­dzę się przy­znać, że jej syl­wetka przy­cią­gała wzrok. Bie­gała codzien­nie, więc ośmielę się zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że nie miała na sobie ani grama tłusz­czu. Mogła ważyć co naj­wy­żej pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów i się­gała ojcu do ramie­nia, czyli miała z metr sześć­dzie­siąt wzro­stu.

Uwiel­biała sukienki pla­żowe.

Nosiła je w naj­go­ręt­sze dni i w środku zimy. Nie zwa­żała na chłód. Pamię­tam pewną zimę, w cza­sie któ­rej zaspy się­gały para­pe­tów. Zasta­łem matkę nucącą wesoło w kuchni w krót­kiej bia­łej sukience w kwiaty tań­czą­cej wokół jej syl­wetki. Pani Car­ter sie­działa przy stole w kuchni z paru­ją­cym kub­kiem szczę­ścia w dło­niach, a matka tłu­ma­czyła jej, że nosi takie sukienki, bo dzięki nim czuje się wolna. Lubiła krót­kie, bo uwa­żała, że nogi sta­no­wią jej naj­więk­szy atut. Opo­wia­dała też, jak bar­dzo ojciec uwiel­biał jej sukienki. Jak się nimi bawił. Jak lubił czuć ich mate­riał na bar­kach lub zawi­nięty wokół...

Matka mnie spo­strze­gła, a ja wysze­dłem.

9

Por­ter

Dzień pierw­szy, 8.49

Por­ter nie znał się na gol­fie. Nie prze­ma­wiała do niego idea ude­rza­nia w białą piłeczkę, a następ­nie uga­nia­nia się za nią godzi­nami. Rozu­miał, że może to sta­no­wić wyzwa­nie, nie­mniej nie uwa­żał, żeby to był sport. Siat­kówka to sport. Piłka nożna też. Ale coś, co można upra­wiać w wieku osiem­dzie­się­ciu lat, kiedy tasz­czy się na ple­cach butlę z tle­nem i nosi paste­lowe spodnie, ni­gdy nie będzie spor­tem.

Restau­ra­cja przy polu była jed­nak dobra. Zabrał Heather do Chi­cago Golf Club dwa lata temu z oka­zji rocz­nicy ślubu i zamó­wił naj­droż­szy stek, jaki kie­dy­kol­wiek jadł. Heather zamó­wiła homara, o któ­rym roz­pra­wiała potem tygo­dniami. Pen­sja poli­cjanta nie dawała wielu moż­li­wo­ści, ale warto było wydać pie­nią­dze na wszystko, co uszczę­śli­wiało jego żonę.

Zatrzy­mał się przed dużym budyn­kiem klubu i podał klu­czyki par­kin­go­wemu.

- Pro­szę zapar­ko­wać bli­sko. Będziemy tu krótko.

Wyprze­dzili nie­po­godę. Niebo prze­sła­niała lekka mgiełka, ale ciemne burzowe chmury zatrzy­mały się nad mia­stem.

Hol był prze­stronny i dobrze wypo­sa­żony. Kilku człon­ków zebrało się przy kominku w odle­głym kącie, skąd roz­cią­gał się widok na luk­su­sowe pole zaczy­na­jące się tuż za prze­szklo­nymi oknami bal­ko­no­wymi. Ich głosy odbi­jały się echem od mar­mu­ro­wej pod­łogi i maho­nio­wej boaze­rii.

Nash gwizd­nął cicho.

- Jeśli będziesz robił z sie­bie żebraka, każę ci cze­kać w samo­cho­dzie.

- W miarę upływu tego dnia żałuję coraz bar­dziej, że nie wło­ży­łem lep­szego gar­ni­turu - przy­znał Nash. - Nie obra­camy się w takim świe­cie, Sam.

- Grasz?

- Kiedy po raz ostatni trzy­ma­łem kij gol­fowy, ćwi­czy­łem pod­sta­wowe ude­rze­nie. To jest klub gol­fowy dla dużych chłop­ców. Mnie bra­kuje cier­pli­wo­ści - odparł Nash.

W pobliżu środka holu sie­działa za biur­kiem młoda kobieta. Kiedy do niej pode­szli, pod­nio­sła wzrok znad lap­topa i się uśmiech­nęła.

- Dzień dobry, pano­wie. Witamy w Chi­cago Golf Club. W czym mogę pomóc?

Posłała im lśniący biały uśmiech, ale Por­ter dostrzegł, że ich oce­nia. Nie zapy­tała, czy mają rezer­wa­cję, i wąt­pił, żeby było to skut­kiem prze­ocze­nia. Wycią­gnął odznakę i poka­zał ją recep­cjo­ni­stce.

- Szu­kamy Arthura Tal­bota. Jego żona powie­działa, że tu dzi­siaj gra.

Uśmiech kobiety zbladł, kiedy strze­liła oczami w stronę odznaki Por­tera, a potem Nasha. Pod­nio­sła słu­chawkę tele­fonu, wybrała numer wewnętrzny, powie­działa coś cicho i się roz­łą­czyła.

- Pro­szę usiąść. Za chwilę ktoś do panów przyj­dzie. - Wska­zała kanapę w odle­głym kącie.

- Pocze­kamy tutaj, dzię­ku­jemy - odparł Por­ter.

Kolejny uśmiech. Recep­cjo­nistka wró­ciła do kom­pu­tera. Szczu­płe zadbane palce ska­kały po kla­wia­tu­rze.

Por­ter zer­k­nął na zega­rek. Zbli­żała się dzie­wiąta.

Drzwiami po ich lewej stro­nie wszedł do holu męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce. Miał schlud­nie zacze­sane do tyłu siwie­jące włosy i per­fek­cyj­nie wypra­so­wany gra­na­towy gar­ni­tur. Zbli­ża­jąc się do nich, wycią­gnął rękę w stronę Por­tera.

- Sły­sza­łem, że przy­szli pano­wie spo­tkać się z panem Tal­bo­tem? - Miał słaby uścisk dłoni. Ojciec Por­tera nazy­wał to ści­ska­niem zde­chłej ryby. - Douglas Pre­scott, star­szy mene­dżer.

Por­ter mignął odznaką.

- Śled­czy Por­ter, a to jest śled­czy Nash z chi­ca­gow­skiej poli­cji. Sprawa jest nad­zwy­czaj pilna. Wie pan, gdzie znaj­dziemy pana Tal­bota?

Blon­dynka im się przy­glą­dała. Kiedy Pre­scott zer­k­nął w jej stronę, wró­ciła do lap­topa. Męż­czy­zna wró­cił wzro­kiem do Por­tera.

- Sądzę, że grupa pana Tal­bota roz­po­częła grę o siód­mej trzy­dzie­ści, więc prze­bywa na polu. Mogą pano­wie na niego tutaj pocze­kać. W jadalni znajdą pano­wie wyborne śnia­da­nie. Jeżeli lubią pano­wie cygara, ofe­ru­jemy naj­lep­szy wybór.

- Sprawa nie może cze­kać.

Pre­scott ścią­gnął brwi.

- Nie prze­szka­dzamy naszym gościom w cza­sie gry, pano­wie.

- Nie prze­szka­dzamy? - powtó­rzył Nash.

- Nie prze­szka­dzamy - upie­rał się Pre­scott.

Por­ter wywró­cił oczami. Dla­czego wszy­scy zda­wali się wycho­dzić z sie­bie, żeby utrud­niać mu dzia­ła­nie?

- Panie Pre­scott, bra­kuje nam czasu i cier­pli­wo­ści na coś takiego. Według mnie ma pan dwie opcje. Może nas pan zapro­wa­dzić do pana Tal­bota, albo mój part­ner aresz­tuje pana pod zarzu­tem utrud­nia­nia śledz­twa, przy­kuje pana do biurka kaj­dan­kami i zacznie wołać pana Tal­bota tak długo, aż ten do nas podej­dzie. Widzia­łem go już w akcji. Facet jest gło­śny. Wybór należy do pana, ale naprawdę uwa­żam, że pierw­sza opcja w mniej­szym stop­niu zakłóci dzia­ła­nie tej pla­cówki.

Recep­cjo­nistka stłu­miła chi­chot.

Pre­scott posłał jej wście­kłe spoj­rze­nie, pod­szedł do nich i ści­szył głos.

- Pan Tal­bot jest waż­nym spon­so­rem i oso­bi­stym przy­ja­cie­lem pań­skiego szefa, bur­mi­strza. Grali tu razem przed zale­d­wie dwoma tygo­dniami. Nie sądzę, by któ­ryś z nich był zado­wo­lony na wieść, że dwóch funk­cjo­na­riu­szy chciało spla­mić honor poli­cji chi­ca­gow­skiej, gro­żąc cywi­lowi w związku z tym, że pró­bo­wał wyko­ny­wać swoją pracę. Gdy­bym zadzwo­nił do niego teraz i powie­dział, że zamier­za­cie tu urzą­dzić scenę, nie­wąt­pli­wie ode­słałby was do swo­jego praw­nika, zanim wziąłby pod uwagę chęć poświę­ce­nia czasu na roz­mowę z wami.

Nash odpiął kaj­danki od paska.

- Aresz­tuję tego bubka, Sam. Chcę zoba­czyć, jak będzie sobie radził w pace w oto­cze­niu koka­ini­stów i piju­sów. Jestem pewien, że panna - zer­k­nął na pla­kietkę blon­dynki - Piper pomoże nam z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

Pre­scott poczer­wie­niał.

- Niech pan weź­mie głę­boki wdech i dobrze się zasta­nowi, zanim pan powie coś wię­cej, panie Pre­scott - ostrzegł go Por­ter.

Pre­scott wywró­cił oczami, po czym ode­zwał się do panny Piper:

- Gdzie znaj­duje się w tej chwili grupa pana Tal­bota?

Stuk­nęła różo­wym akry­lo­wym paznok­ciem w moni­tor.

- Pod­je­chali wła­śnie do szó­stego dołka.

- Macie kamery? - zain­te­re­so­wał się Nash.

Kobieta pokrę­ciła głową.

- Nasze meleksy są wypo­sa­żone w urzą­dze­nia śle­dzące GPS. Dzięki temu zapo­bie­gamy powsta­wa­niu zato­rów i zapew­niamy wszyst­kim płynną grę.

- Jeżeli ktoś gra powoli, zgar­nia­cie go z pola i kie­ru­je­cie do szkółki?

- Nie podej­mu­jemy tak dra­stycz­nych dzia­łań. Możemy wysłać tam zawo­dowca, który udzieli kilku rad. I pomoże przejść dalej - wyja­śniła recep­cjo­nistka.

- Może nas tam pani zawieźć?

Kobieta zer­k­nęła na Pre­scotta. Męż­czy­zna pod­niósł ręce w geście pod­da­nia się.

- Pro­szę jechać.

Panna Piper zabrała torebkę spod biurka i wska­zała w stronę kory­ta­rza w zachod­niej czę­ści budynku.

- Tędy pro­szę.

Po chwili sie­dzieli w melek­sie jadą­cym po bru­ko­wa­nej ścieżce. Panna Piper pro­wa­dziła, Por­ter sie­dział obok niej, a Nash na małej ławce z tyłu. Prze­klął, kiedy naje­chali na wybój, przez co aż pod­sko­czył.

Por­ter wsu­nął dło­nie do kie­szeni. Na otwar­tej prze­strzeni było zimno.

- Prze­pra­szam za swo­jego szefa. Potrafi być... - Zamil­kła, szu­ka­jąc odpo­wied­niego słowa. - Bywa cza­sami gbu­ro­waty.

- A co to zna­czy? - zapy­tał Nash.

- Nie chciał­byś zapro­sić kogoś takiego na swój wie­czór kawa­ler­ski - odparł Por­ter.

Nash par­sk­nął śmie­chem.

- Raczej nie stanę nie­ba­wem przed ołta­rzem. Chyba że panna Piper ma przy­ja­ciółkę, która szuka pra­cow­nika służby cywil­nej zara­bia­ją­cego kiep­skie pie­nią­dze w zamian za regu­larne nara­ża­nie życia. Pra­cuję do późna i zaglą­dam do kie­liszka czę­ściej, niż chciał­bym się przy­znać przed kimś nowo pozna­nym.

Por­ter popa­trzył na pannę Piper.

- Pro­szę się nim nie przej­mo­wać. Nie ma pani praw­nego obo­wiązku uma­wiać poli­cjan­tów z atrak­cyj­nymi przy­ja­ciół­kami.

Kobieta zer­k­nęła we wsteczne lusterko.

- Nie­zła z pana par­tia. Skon­tak­tuję się z kole­żan­kami ze stu­diów zaraz po powro­cie do biurka.

- Będzie mi bar­dzo miło - odpo­wie­dział Nash.

Por­ter podzi­wiał kra­jo­braz. Na krót­kiej i soczy­stej tra­wie nie było widać choćby jed­nego chwa­stu czy nie­po­kor­nego ździe­bełka. Po oby­dwu stro­nach ścieżki znaj­do­wały się małe stawy. Ogromne dęby rosły przy skraju torów, a ich gałę­zie chro­niły gra­czy przed słoń­cem i wia­trem.

- Tam są. - Panna Piper wska­zała ruchem głowy na grupkę czte­rech męż­czyzn sto­ją­cych wokół cze­goś, co przy­po­mi­nało wysoką chudą fon­tannę.

- Co to jest? - zapy­tał Nash.

- Co takiego? - Panna Piper się uśmiech­nęła.

- To jest, pano­wie, urzą­dze­nie do mycia piłek1.

Nash poma­so­wał skro­nie i zamknął oczy.

- Przy­szło mi do głowy tyle dow­ci­pów, że aż mnie roz­bo­lała.

Panna Piper zapar­ko­wała za melek­sem Tal­bota i zacią­gnęła hamu­lec.

- Mam na panów pocze­kać?

Por­ter uśmiech­nął się do niej.

- Byłoby miło. Dzię­ku­jemy.

Nash zesko­czył ze swo­jego miej­sca.

- W dro­dze powrot­nej to ja sia­dam obok kie­rowcy. Ławka z tyłu jest twoja.

Por­ter pod­szedł do czte­rech męż­czyzn szy­ku­ją­cych się do wybi­ja­nia piłki i poka­zał odznakę.

- Witam panów. Śled­czy Sam Por­ter z chi­ca­gow­skiej poli­cji. To jest mój part­ner, śled­czy Nash. Prze­pra­szam, że zakłó­cam panom grę, ale mamy sytu­ację nie­cier­piącą zwłoki. Który z panów to Arthur Tal­bot?

Wysoki męż­czy­zna tro­chę po pięć­dzie­siątce z krótko ostrzy­żo­nymi przy­pró­szo­nymi siwi­zną wło­sami prze­krzy­wił lekko głowę i posłał im uśmiech zwany przez Nasha uśmie­chem poli­tyka.

- To ja - powie­dział.

Por­ter ści­szył głos.

- Czy mogli­by­śmy przez chwilę poroz­ma­wiać na osob­no­ści?

Tal­bot miał na sobie brą­zową wia­trówkę wło­żoną na białą koszulkę polo, brą­zowy pasek i beżowe spodnie. Pokrę­cił głową.

- Nie ma takiej potrzeby. To są moi part­ne­rzy biz­ne­sowi. Nie mam przed nimi tajem­nic.

Star­szy męż­czy­zna po jego lewej stro­nie pod­su­nął na nosie oku­lary w dru­cia­nej opra­wie i przy­gła­dził coś, co wyglą­dało na zacze­skę zmierz­wioną przez lekki wiatr. Nie spusz­czał z Por­tera zalęk­nio­nego spoj­rze­nia.

- Możemy kon­ty­nu­ować grę, Arthu­rze. Dogo­nisz nas w dowol­nym momen­cie.

Tal­bot pod­niósł rękę, żeby go uci­szyć.

- W czym mogę panu pomóc, detek­ty­wie?

- Wygląda pan bar­dzo zna­jomo - zwró­cił się Nash do męż­czy­zny sto­ją­cego po pra­wej stro­nie Tal­bota.

Por­ter też odniósł takie wra­że­nie, ale nie mógł sko­ja­rzyć czło­wieka. Około metra osiem­dzie­się­ciu wzro­stu. Gęste ciemne włosy. Wyspor­to­wany. Po czter­dzie­stce.

- Louis Fisch­man. Pozna­li­śmy się kilka lat temu. Pro­wa­dzi­li­ście sprawę Elle Bor­ton. Pra­co­wa­łem wów­czas w biu­rze pro­ku­ra­tora okrę­go­wego. Prze­sze­dłem do sek­tora pry­wat­nego.

Tal­bot ścią­gnął brwi.

- Elle Bor­ton? Dla­czego koja­rzę to nazwi­sko?

- Była jedną z ofiar Zabójcy Małpy, prawda? - Trzeci męż­czy­zna dołą­czył do roz­mowy. Maj­stro­wał coś przy urzą­dze­niu do mycia piłek.

Por­ter przy­tak­nął.

- Drugą.

- No tak.

- Popie­przony drań - burk­nął męż­czy­zna w oku­la­rach. - Macie jakieś poszlaki?

- Nie­wy­klu­czone, że miej­ski auto­bus zała­twił go dzi­siaj rano - poin­for­mo­wał Nash.

- Miej­ski auto­bus? Wydał go kie­rowca? - zapy­tał Fisch­man.

Por­ter pokrę­cił głową i wyja­śnił sytu­ację.

- I wie­rzy­cie, że to był Zabójca Małpy?

- Na to wygląda.

Arthur Tal­bot ścią­gnął brwi.

- Dla­czego pano­wie do mnie przy­szli?

Por­ter wziął głę­boki wdech. Nie­na­wi­dził tej czę­ści swo­jej pracy.

- Męż­czy­zna, który zgi­nął, naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rzał do skrzynki pocz­to­wej sto­ją­cej po dru­giej stro­nie ulicy.

- Och?

- Na paczce wid­niał adres domowy pana Tal­bota.

Twarz Tal­bota pobla­dła. Jak więk­szość miesz­kań­ców Chi­cago, znał spo­sób dzia­ła­nia mor­dercy.

Fisch­man poło­żył dłoń na jego ramie­niu.

- Co się znaj­do­wało w prze­syłce, detek­ty­wie?

- Ucho.

- Och nie. Car­ne­gie...

- To nie była Car­ne­gie, panie Tal­bot, ani Patri­cia. Obie są bez­pieczne. Zanim tu przy­je­cha­li­śmy, byli­śmy w pań­skim domu. To pań­ska żona powie­działa nam, gdzie pana znaj­dziemy - wyrzu­cił z sie­bie jak naj­szyb­ciej Por­ter, a potem ści­szył głos, pró­bu­jąc tym samym uspo­koić męż­czy­znę. - Potrze­bu­jemy pań­skiej pomocy, panie Tal­bot. Musi nam pan pomóc usta­lić, kogo porwał.

- Muszę usiąść - powie­dział Tal­bot. - Zaraz zwy­mio­tuję.

Fisch­man zer­k­nął na Por­tera, a potem moc­niej zaci­snął dłoń na ramie­niu Tal­bota.

- Arty, zapro­wa­dzę cię do meleksa.

Odsu­nął się od sto­jaka z piłką, pod­pro­wa­dził męż­czy­znę do meleksa i posa­dził na sie­dze­niu.

Por­ter poka­zał Nashowi, żeby został na miej­scu, a sam poszedł za męż­czy­znami. Usiadł obok Tal­bota, żeby móc z nim roz­ma­wiać po cichu.

- Wie pan, jak on działa, prawda? Zna pan sche­mat?

Tal­bot przy­tak­nął.

- Nie czy­nię nic złego - szep­nął.

- Zga­dza się. Znaj­duje osobę, która zro­biła coś złego, coś, co on uważa za zły czyn, i odbiera jej kogoś bli­skiego. Kogoś, na kim tej oso­bie zależy.

- Ja nie, ja nie... - jąkał się Tal­bot.

Fisch­man wszedł w tryb praw­nika.

- Arty, chyba nie powi­nie­neś mówić nic wię­cej, zanim nie poroz­ma­wiamy.

Tal­bot oddy­chał ciężko.

- Mój adres? Jeste­ście pewni?

- Dear­born Par­kway pięt­na­ście czter­dzie­ści sie­dem - powie­dział Por­ter. - Tak, jeste­śmy pewni.

- Arty... - burk­nął pod nosem Fisch­man.

- Musimy się dowie­dzieć, kto to jest. Kogo porwał. - Por­ter zawa­hał się przez moment, zanim dodał. - Czy ma pan kochankę, panie Tal­bot? - Przy­su­nął się bli­żej. - Jeśli ma pan inną kobietę, może nam pan powie­dzieć. Zacho­wamy dys­kre­cję. Ma pan moje słowo. Chcemy się tylko dowie­dzieć, kogo porwał.

- To nie tak - wymam­ro­tał Tal­bot.

Por­ter poło­żył dłoń na jego ramie­niu.

- Wie pan, kogo dopadł?

Tal­bot strą­cił jego rękę i wstał. Się­gnął do kie­szeni i wycią­gnął tele­fon komór­kowy, prze­szedł na drugą stronę ścieżki i ener­gicz­nie wystu­kał numer.

- Odbierz, pro­szę. Pro­szę...

Por­ter wstał i powoli do niego pod­szedł.

- Do kogo pan dzwoni, panie Tal­bot?

Arthur Tal­bot zaklął i się roz­łą­czył.

Fisch­man pod­szedł do niego.

- Jeśli im powiesz, nie będziesz mógł tego cof­nąć. Rozu­miesz? Gdy to ujaw­nisz, prasa coś zwie­trzy. Twoja żona. Udzia­łowcy. Masz zobo­wią­za­nia. To cię prze­ra­sta. Musisz to prze­my­śleć. Może poroz­ma­wiaj z któ­rymś z pozo­sta­łych praw­ni­ków, jeżeli nie chcesz poru­szać tego tematu ze mną.

Tal­bot posłał mu wście­kłe spoj­rze­nie.

- Nie będę cze­kał na ana­lizę papie­rów war­to­ścio­wych, pod­czas gdy jakiś psy­chol...

- Arty! - prze­rwał mu Fisch­man. - Przy­naj­mniej potwierdźmy to naj­pierw oso­bi­ście. Upew­nijmy się.

- To mi wygląda na pro­stą drogę do śmierci tej osoby - zauwa­żył Por­ter.

Arthur Tal­bot mach­nął do niego sfru­stro­wany i wybrał ponow­nie numer w swoim tele­fo­nie. Jego twarz wyra­żała coraz sil­niej­szy lęk. Gdy się roz­łą­czył, ude­rzył w wyświe­tlacz tak mocno, że Por­ter się zasta­na­wiał, czy go nie roz­bił.

Dał znak Nashowi, żeby pod­szedł.

- Ma pan drugą córkę, panie Tal­bot. Czy tak? Ze związku poza­mał­żeń­skiego?

Kiedy Por­ter wypo­wie­dział te słowa, Tal­bot odwró­cił wzrok. Fisch­man jakby oklapł i wydał z sie­bie dłu­gie wes­tchnie­nie.

Tal­bot zer­k­nął na Por­tera, potem na Fisch­mana i znowu na Por­tera. Prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Patri­cia i Car­ne­gie nic o niej nie wie­dzą.

Por­ter pod­szedł do niego bli­żej.

- Czy ona mieszka w Chi­cago?

Tal­bot trząsł się ze zde­ner­wo­wa­nia. Znowu ski­nął głową.

- Flair Tower. Ma tam apar­ta­ment. Numer dwa tysiące sie­dem­set cztery. Mieszka z opie­kunką. Zadzwo­nię i uprze­dzę, że przy­je­dzie­cie, żeby­ście mogli wejść.

- Gdzie jej matka?

- Nie żyje. Od dwu­na­stu lat. Boże, ona ma tylko pięt­na­ście lat.

Nash odwró­cił się do nich ple­cami i zadzwo­nił do dys­po­zy­torni. Ktoś może doje­chać do Flair Tower w ciągu kilku minut.

Por­ter poszedł za Tal­bo­tem do meleksa i usiadł obok niego.

- Kto się nią opie­kuje?

- Miała raka. Jej matka. Obie­ca­łem jej, że zaopie­kuję się naszą córką po jej śmierci. Guz rósł tak szybko. To trwało tylko mie­siąc. - Ude­rzył się w bok głowy. - Znaj­do­wał się tutaj. Nie było mowy o ope­ra­cji. Zapła­cił­bym każde pie­nią­dze. Pró­bo­wa­łem. Ale nie mogli ope­ro­wać. Kocha­łem ją naj­bar­dziej na świe­cie. Musia­łem jed­nak poślu­bić Patri­cię, mia­łem... zobo­wią­za­nia. Ist­niały powody, na które nie mia­łem wpływu. Chcia­łem jed­nak poślu­bić Catrinę. Cza­sami życie wcho­dzi nam w drogę, wie pan? Nie­kiedy trzeba zro­bić coś dla więk­szego dobra.

Por­ter nie wie­dział. Zupeł­nie tego nie rozu­miał. Czy to był pięt­na­sty wiek? Mał­żeń­stwa z przy­musu od dawna nale­żały do prze­szło­ści. Temu gościowi bra­ko­wało krę­go­słupa. Jed­nak na głos powie­dział:

- Nie do nas należy oce­nia­nie pana, panie Tal­bot. Jak się nazywa?

- Emory - powie­dział Tal­bot. - Emory Con­nors.

- Ma pan jej zdję­cie?

Tal­bot się zawa­hał, po czym pokrę­cił głową.

- Nie przy sobie. Nie mogłem ryzy­ko­wać, że Patri­cia je znaj­dzie.

10

Por­ter

Dzień pierw­szy, 9.23

- Car­ne­gie i Emory? Na Gwiazdkę spre­zen­tuję tej rodzi­nie księgę imion dla dzieci - rzu­cił Nash. - Jakim cudem komuś udało się ukryć przed obecną żoną córkę i dziew­czynę w jed­nym z naj­droż­szych apar­ta­men­tow­ców w mie­ście?

Por­ter rzu­cił mu klu­czyki i obszedł swój samo­chód, żeby usiąść po stro­nie pasa­żera.

- Ty pro­wadź. Muszę czy­tać dalej ten pamięt­nik. Może znajdę tu coś pomoc­nego.

- Leniwy drań, po pro­stu lubisz być wożony. Wożąc panią Por­ter...

- Wal się.

- Zapa­lam jabłuszko; musimy się dobrze bawić. - Nash wci­snął przy­cisk na desce roz­dziel­czej.

Por­ter nie sły­szał tego powie­dzonka od cza­sów, gdy skoń­czył szkołę. Kie­dyś mia­nem jabłuszka nazy­wano magne­tyczne koguty sta­wiane na dachach samo­cho­dów taj­nia­ków. We współ­cze­snym świe­cie już ich nie było; zastą­piły je listwy żaró­we­czek LED umiesz­czone wzdłuż kra­wę­dzi okna w taki spo­sób, że nie było ich widać od środka.

Nash wrzu­cił trójkę, nie zdej­mu­jąc nogi z gazu i usta­wił się w stronę bramy wyjaz­do­wej. Auto szarp­nęło, a gumy pisnęły z zachwy­tem, gdy poczuły w sobie moc.

- Powie­dzia­łem, że możesz pro­wa­dzić, ale nie suge­ro­wa­łem, że masz się bawić w Grand Theft Auto moim wozem. - Por­ter ścią­gnął brwi.

- Jeż­dżę for­dem fie­stą z tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego ósmego roku. Masz poję­cie, jak to jest? Znasz to upo­ko­rze­nie, które muszę zno­sić za każ­dym razem, kiedy gra­molę się do środka, zamy­kam za sobą skrzy­piące drzwi i odpa­lam potwora z czte­ro­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem? Brzmi jak elek­tryczna tem­pe­rówka. Jestem męż­czy­zną, potrze­buję cze­goś takiego od czasu do czasu. Popraw mi humor.

Por­ter zbył go mach­nię­ciem ręki.

- Powie­dzie­li­śmy kapi­ta­nowi, że zadzwo­nimy do niego po roz­mo­wie z Tal­bo­tem.

Nash skrę­cił gwał­tow­nie kie­row­nicę w lewo i minął mini­vana jadą­cego grzecz­nie z mak­sy­malną dopusz­czalną pręd­ko­ścią. Pod­je­chali tak bli­sko, że Por­ter widział Angry Birds na wyświe­tla­czu iPada małej dziew­czynki sie­dzą­cej na tyl­nym sie­dze­niu. Mała pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się na widok miga­ją­cych świa­teł, po czym wró­ciła do gry.

- Wysła­łem mu wia­do­mość z Whe­aton. Wie, że jedziemy do Flair Tower - poin­for­mo­wał Nash.

Por­ter pomy­ślał o dziew­czynce bawią­cej się iPa­dem.

- Jak można we współ­cze­snym świe­cie przez pięt­na­ście lat ukry­wać córkę? To nie może być łatwe, prawda? Pomi­ja­jąc już kwe­stię aktu uro­dze­nia, jak nie pozwo­lić, by tajem­nica wypły­nęła do Inter­netu? Wszyst­kie te sieci spo­łecz­no­ściowe. Prasa. O Tal­bo­cie cią­gle się mówi w wia­do­mo­ściach, zwłasz­cza od czasu, gdy roz­po­czął nowy pro­jekt w dziel­nicy por­to­wej. Kamery cią­gle go śle­dzą i cze­kają, aż coś spar­toli. Prze­cież ktoś by strze­lił jakieś zdję­cie albo co.

- Pie­nią­dze pozwa­lają sporo ukryć - zauwa­żył Nash i z piskiem opon skrę­cił w lewo, by wyje­chać na auto­stradę.

Por­ter wes­tchnął i wró­cił do pamięt­nika.

11

Pamięt­nik

Lata w naszej malut­kiej czę­ści ziemi potra­fiły być upalne. W czerwcu spę­dza­łem więk­szość czasu na dwo­rze. Za naszym domem znaj­do­wał się las, a w jego głębi małe jezioro. Zimą zama­rzało, ale latem woda była kry­sta­licz­nie błę­kitna i przy­jem­nie chło­dziła.

Lubi­łem cho­dzić nad jezioro.

Mówi­łem Matce, że cho­dzę na ryby, ale prawdę powie­dziaw­szy, nie pocią­gało mnie węd­kar­stwo. Pomysł nadzie­wa­nia robaka na haczyk i wrzu­ca­nia go do wody tylko po to, żeby cze­kać, aż coś do niego pod­pły­nie i skub­nie wijące się stwo­rze­nie, nie prze­ma­wiał do mnie. Czy ryby jedzą w natu­rze robaki? Wąt­pi­łem w to. Jesz­cze nie widzia­łem, żeby robak z wła­snej woli wcho­dził do jeziora. Z tego, co wie­dzia­łem, ryby jadły mniej­sze ryby, a nie robaki. Może gdyby ktoś łowił ryby z wyko­rzy­sta­niem mniej­szych ryb, osią­gałby lep­sze efekty? Ni­gdy jed­nak nie mia­łem dość cier­pli­wo­ści, by anga­żo­wać się w takie głu­poty.

Lubi­łem jezioro.

Podob­nie jak pani Car­ter.

Pamię­tam, kiedy zoba­czy­łem ją po raz pierw­szy.

To było 20 czerwca. Szkoła skoń­czyła się cudow­nych sie­dem dni wcze­śniej, słońce stało wysoko na nie­bie i uśmie­chało się do naszego małego skrawka ziemi z jaskrawą żółtą miło­ścią. Sze­dłem nad jezioro z wędką w dłoni i gwiz­da­łem jakąś ele­gancką melo­dię. Zawsze byłem weso­łym dziec­kiem. Uda­nym.

Usia­dłem pod swoim ulu­bio­nym drze­wem, wiel­kim dębem o roz­mia­rach świad­czą­cych, że był stary. Wyobra­ża­łem sobie, że gdy­bym prze­ciął go wpół i poli­czył słoje, byłoby ich wiele, może sto albo wię­cej. Lata przy­cho­dziły i mijały, pod­czas gdy dąb tam stał i przy­glą­dał się resz­cie lasu. To było wyborne drzewo.

Wraz z upły­wem lata wysie­dzia­łem miej­sce pod tym dębem. Zawsze kła­dłem wędkę na lewo od sie­bie, a torbę z lun­chem (skła­da­ją­cym się z kanapki z masłem orze­cho­wym i dże­mem wino­gro­no­wym, rzecz jasna) po pra­wej. Potem wycią­ga­łem naj­now­szą lek­turę z kie­szeni i zatra­ca­łem się wśród stron książki.

Tego dnia testo­wa­łem pewną teo­rię. Mie­siąc wcze­śniej na zaję­ciach fizyki dowie­dzie­li­śmy się, że Zie­mia ma 4,5 miliarda lat. Wcze­śniej dowie­dzie­li­śmy się, że rasa ludzka ma zale­d­wie 200 tysięcy lat. Gdy pozna­łem te fakty, z tyłu głowy zaświ­tała mi pewna myśl. Z tego to powodu wyją­łem tę kon­kretną książkę z biblio­teczki - książkę o ska­mie­li­nach.

Oka­zuje się, że obiekty, które utkwią w skale, ule­gają ska­mie­nie­niu i trwają tak... ile? Nie wiem, ale bar­dzo długo. W przy­padku dino­zau­rów są to miliony lat. A więk­szość zwie­rząt nawet nie zostaje ska­mie­li­nami. Jak­kol­wiek by było, zwie­rzę musi naj­pierw zostać uwię­zione w skale, żeby mogło ska­mie­nieć. Jeżeli czyn­niki atmos­fe­ryczne znisz­czą je wcze­śniej, wszelki ślad po nim zagi­nie bez­pow­rot­nie.

Mie­siąc wcze­śniej zabi­łem kota i zosta­wi­łem jego sztywne ciało na brzegu jeziora. Chcia­łem zoba­czyć, co się z nim sta­nie.

Spo­koj­nie. To nie był czyjś pupil, tylko bez­domny kot. Mały prę­go­wany kot, który miesz­kał w lesie. Przy­naj­mniej tam go zna­la­złem. Jeżeli zwie­rzak do kogoś nale­żał, nie miał żad­nego meda­lionu. Jeżeli ktoś pozwo­lił, żeby jego pupil szwen­dał się po oko­licy bez meda­lionu, wszelką winę za jego śmierć pono­szą bez­tro­scy wła­ści­ciele.

Kot nie wyglą­dał naj­le­piej. Już od pew­nego czasu.

Przez pierw­szych kilka dni jego szczątki cuch­nęły dość paskud­nie, ale to szybko minęło. Naj­pierw poja­wiły się muchy, potem czer­wie. Być może na początku skub­nęło go też coś więk­szego. Po mie­siącu zostały z niego tylko kości. Wiatr i deszcz z pew­no­ścią pora­dzą sobie także z nimi. I kot znik­nie bez śladu.

Wyobra­żam sobie, że czło­wiek znik­nie rów­nie szybko.

W pierw­szej chwili prze­stra­szy­łem się tego dźwięku. Choć od dawna przy­cho­dzi­łem nad jezioro, ni­gdy nie widzia­łem nad nim innego czło­wieka. Jed­nakże nic nie trwa wiecz­nie i oto ktoś stał nie­całe trzy­dzie­ści metrów ode mnie na skraju jeziora i patrzył na wodę.

Usia­dłem z boku drzewa, tak żeby nie było mnie widać.

Mimo że nie mogłem zoba­czyć jej twa­rzy, od razu pozna­łem włosy, dłu­gie cze­ko­la­dowe loki opa­da­jące na plecy.

Zer­k­nęła w moją stronę, więc się scho­wa­łem. Odwró­ciła się w prawo i obser­wo­wała oto­cze­nie. Wresz­cie, zado­wo­lona z tego, że jest sama, się­gnęła do dużej torby, wycią­gnęła z niej ręcz­nik i roz­ło­żyła go na brzegu.

Po tym, jak jesz­cze raz rozej­rzała się we wszyst­kie strony, się­gnęła ręką do tyłu i roz­wią­zała sukienkę na karku. Zsu­nęła się z jej ciała i biały kwie­ci­sty mate­riał zebrał się wokół jej stóp.

Roz­dzia­wi­łem usta.

Nie miała na sobie nic wię­cej.

Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem nagiej kobiety.

Zamknęła oczy, zwró­ciła twarz w stronę słońca i się uśmiech­nęła.

Miała takie dłu­gie nogi.

I te piersi!

O rety. Poczu­łem, że się rumie­nię. I dzieje się tak po dziś dzień.

Zoba­czy­łem małą kępkę wło­sów w tym miej­scu, w tym szcze­gól­nym miej­scu.

Pani Car­ter zbli­żyła się do wody i weszła do niej, począt­kowo z waha­niem. Nie­wąt­pli­wie była zimna.

Szła coraz dalej, powoli zni­ka­jąc wraz z rosnącą głę­bo­ko­ścią.

Kiedy woda się­gała jej nad kolana, pochy­liła się, nabrała wody w dło­nie i ochla­pała sobie klatkę pier­siową. Chwilę póź­niej zanu­rzyła się i popły­nęła w stronę środka jeziora.

Obser­wo­wa­łem ją z bez­piecz­nej kry­jówki za drze­wem.

Noc przy­szła i ode­szła; oka­zała się raczej nie­spo­kojna.

Wraz z latem przy­szły upały i gdy wio­sna minęła, w moim pokoju zro­biło się gorąco.

Lecz to nie z powodu upału nie mogłem spać. Myśla­łem o pani Car­ter. Ośmielę się stwier­dzić, że były to mocno nie­czy­ste myśli i bar­dzo dla mnie nowe. Gdy zamy­ka­łem oczy, widzia­łem ją sto­jącą nad jezio­rem, a jej mokre ciało poły­ski­wało w jaskra­wym świe­tle. Jej dłu­gie nogi... takie dłu­gie i deli­katne. Po raz pierw­szy krew napły­nęła gwał­tow­nie w pewne miej­sce i poczu­łem...

Powiedzmy tylko, że byłem mło­dym zadu­rzo­nym chło­pa­kiem.

Następ­nego dnia obu­dził mnie jej głos.

W pierw­szej chwili sądzi­łem, że to kolejny sen, i przy­wi­ta­łem go z rado­ścią. Chcia­łem, żeby raz po raz zdej­mo­wała sukienkę i wcho­dziła do jeziora w teatrze mojego umy­słu. Jej głos prze­szedł w szept, po któ­rym usły­sza­łem chi­chot matki. Otwo­rzy­łem gwał­tow­nie oczy.

- To było per­wer­syjne. Jesz­cze ni­gdy mnie nie zwią­zał.

- Ni­gdy? - zapy­tała matka.

Pani Car­ter się zaśmiała.

- Czy wydaję się przez to świę­tosz­ko­wata?

- Raczej nie­do­świad­czona. Z cza­sem zdzi­wisz się, co może wymy­ślić twój mąż, żeby się pod­nie­cić.

- Naprawdę?

- O tak. W zeszłym tygo­dniu... - Matka mówiła dalej szep­tem.

Usia­dłem na łóżku. Głosy led­wie do mnie docie­rały z jakiejś innej czę­ści domu.

Ubra­łem się pospiesz­nie i przy­ci­sną­łem ucho do drzwi, ale na­dal nie sły­sza­łem słów.

Deli­kat­nie naci­sną­łem na klamkę i otwo­rzy­łem drzwi. Ruszy­łem kory­ta­rzem, a dzięki skar­pet­kom sta­wia­łem bez­dź­więczne kroki.

Kory­tarz pro­wa­dził do salonu, z któ­rego można było wejść do kuchni. Poczu­łem, że coś się pie­cze: wyra­zi­sty aro­mat jabłek i cia­sta. Może szar­lotka? Uwiel­biam dobrą szar­lotkę.

Matka i pani Car­ter rów­no­cze­śnie wybuch­nęły śmie­chem.

Przy­kuc­ną­łem pod ścianą przy końcu kory­ta­rza. Na­dal kiep­sko sły­sza­łem, ale nie ośmie­li­łem się wejść do salonu. Musia­łem się zado­wo­lić tą pozy­cją.

- Mój Simon aż tak bar­dzo nie eks­pe­ry­men­tuje - powie­działa pani Car­ter. - Oba­wiam się, że jego worek ze sztucz­kami jest raczej lekki. To raczej mała torba, nie worek. Albo jeden z tych papie­ro­wych worecz­ków na lunch.

Drzwi lodówki otwo­rzyły się, pobrzę­ku­jąc butel­kami.

- Z moim mężem jest ina­czej - odparła matka. - Cza­sami muszę grać, żeby odcią­gnąć jego myśli od sypialni. Albo pralni. Albo kuchen­nego stołu.

- Nie! - krzyk­nęła ze śmie­chem pani Car­ter.

- Ależ tak - cią­gnęła matka. - Ten czło­wiek jest jak zwie­rzę w rui. Cza­sami nie spo­sób go powstrzy­mać.

- Prze­cież macie dziecko.

- Och, ten chło­pak cią­gle jest czymś zajęty. A gdy nic nie robi, chra­pie w łóżku jak niedź­wiedź w cza­sie snu zimo­wego. Zie­mia mogłaby się pod nim roz­stą­pić, a on by prze­spał masa­krę.

Bez­dź­więcz­nie wyj­rza­łem zza rogu i natych­miast się cof­ną­łem, żeby mnie nie zoba­czyły.

Matka mie­szała coś na bla­cie. Pani Car­ter sie­działa na kuchen­nym stole z kub­kiem kawy w dłoni.

- Może powin­ni­ście cze­goś spró­bo­wać, żeby pod­nieść tem­pe­ra­turę - pod­su­nęła matka. - Pozy­cja na misjo­na­rza jest dla misjo­na­rzy. Zawsze to powta­rzam. Się­gnij­cie po jakąś zabawkę albo weź­cie do sypialni jedze­nie. Wszy­scy męż­czyźni uwiel­biają bitą śmie­tanę.

Ja nie mogłem brać jedze­nia do swo­jego pokoju. Od czasu kiedy matka zna­la­zła nie­do­je­dzone pudełko cia­ste­czek pod łóż­kiem.

Pani Car­ter znowu zachi­cho­tała.

- Nie mogła­bym.

- Powin­naś.

- A co, jeśli mu się to nie spodoba albo pomy­śli, że jestem zbo­czona? Nie spalę się ze wstydu?

- Spodoba mu się. Zawsze im się podoba.

- Tak myślisz?

- Ja to wiem.

Kobiety zamil­kły na chwilę. Ciszę prze­rwała pani Car­ter:

- Czy twój mąż kie­dy­kol­wiek, no wiesz, nie mógł... No wiesz...

- Mój mąż? - Matka aż pisnęła z roz­ba­wie­nia. - Mój Boże, nie. Jego maszy­ne­ria jest w naj­lep­szym porządku.

- Nawet po alko­holu?

- Zwłasz­cza wtedy.

Jedno z naszych drew­nia­nych krze­seł zazgrzy­tało o pod­łogę.

Wyj­rza­łem na sekundę zza rogu. Matka sie­działa obok pani Car­ter i trzy­mała dłoń na jej ramie­niu.

- Czę­sto się to zda­rza?

- Tylko kiedy pije.

- A czę­sto pije?

Pani Car­ter mil­czała, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów.

- Nie co wie­czór.

Matka ści­snęła jej ramię.

- No cóż, męż­czyźni to męż­czyźni. Musi jesz­cze doro­snąć.

- Tak myślisz?

- Jasne. Gdy wkra­czamy w doro­słe życie, na bar­kach męż­czy­zny ląduje spory cię­żar. Na bar­kach was obojga, ale na jego zwłasz­cza. Kupił wam ten uro­czy dom. Domy­ślam się, że roz­ma­wia­li­ście o dzie­ciach?

Pani Car­ter przy­tak­nęła.

- To wszystko jest jak wiel­kie cię­żary, które lądują na jego ramio­nach. Kolejne kilo­gramy nakła­dają się, aż led­wie cho­dzi, led­wie stoi. Pije, żeby sobie z tym pora­dzić, to wszystko. Nie dostrze­gam niczego złego w odro­bi­nie trunku, żeby ukoić nerwy. Nie dener­wuj się. Gdy sytu­acja się poprawi i nacisk zma­leje, będzie lepiej. Pocze­kaj, a zoba­czysz.

- To nie jest moja wina? - zapy­tała pani Car­ter nie­mal dzie­cin­nym gło­sem.

- Kogoś tak ślicz­nego? Oczy­wi­ście, że nie - stwier­dziła matka.

- Uwa­żasz, że jestem ładna?

Matka prych­nęła.

- Nie mogę uwie­rzyć, że o to pytasz. Jesteś cudowna. Jesteś jedną z naj­pięk­niej­szych kobiet, jakie widzia­łam.

- Jakie to uro­cze, że tak mówisz.

- Taka jest prawda. Każdy męż­czy­zna byłby szczę­śliwy, będąc z tobą - zapew­niła ją matka.

Kobiety znowu zamil­kły, a ja zaj­rza­łem do nich raz jesz­cze, wychy­la­jąc się zza rogu cichutko jak mysz.

Matka i pani Car­ter cało­wały się.

12

Emory

Dzień pierw­szy, 9.29

Ciem­ność.

Wiro­wała wokół niej jak prąd w naj­głęb­szym morzu. Zimna i mil­cząca, wiła się po jej ciele jak dotyk nie­zna­jo­mego.

- Em - szep­nęła jej matka. - Musisz wstać. Spóź­nisz się do szkoły.

- Nie - jęk­nęła. - Jesz­cze kilka minut...

- Wsta­waj, dziecko. Nie będę tego powta­rzać.

- Bar­dzo mnie boli głowa. Mogę zostać w domu? - Głos miała cichy i odle­gły, prze­sy­cony jesz­cze snem.

- Nie będę wymy­ślała kolej­nego wytłu­ma­cze­nia dla dyrek­tora. Dla­czego codzien­nie musimy przez to prze­cho­dzić?

Coś było nie tak. Matka zmarła dawno temu, kiedy Emory miała trzy lata. Nie towa­rzy­szyła jej pierw­szego dnia w szkole. Ni­gdy nie wypra­wiała jej do szkoły. Przez więk­szą część życia Emory uczyła się w domu.

- Mama? - zapy­tała łagod­nie.

Cisza.

Tak bar­dzo bolała ją głowa.

Pró­bo­wała otwo­rzyć powieki, ale ją poko­nały.

Głowa ją bolała, pul­so­wała. Sły­szała bicie wła­snego serca, rytm szybki i silny.

- Mamo, jesteś tu?

Zer­k­nęła przez ciem­ność w lewo w poszu­ki­wa­niu czer­wo­nych cyfr na wyświe­tla­czu budzika. Budzika nie było; pokój spo­wi­jał mrok.

Świa­tła mia­sta zazwy­czaj oświe­tlały sufit, ale i on był ciemny.

Nic nie widziała.

"To nie jest twój pokój".

Ta myśl prze­mknęła jej przez głowę wypo­wie­dziana przez obcy głos.

"Gdzie?"

Emory Con­nors spró­bo­wała usiąść, ale z lewej strony głowy poczuła potworny pul­su­jący ból, przez który musiała się z powro­tem poło­żyć. Przy­su­nęła dłoń do ucha i natknęła się na gruby ban­daż. I wil­goć.

"Krew?"

Przy­po­mniała sobie o zastrzyku.

Zro­bił jej zastrzyk.

"Kto to był?"

Emory nie wie­działa. Nie mogła sobie przy­po­mnieć. Ale pamię­tała zastrzyk. Oplótł ją ramie­niem od tyłu i wbił igłę w szyję. Zimny płyn roz­szedł się pod skórą.

Pró­bo­wała się odwró­cić.

Chciała mu zro­bić krzywdę. Tak ją nauczono w cza­sie tych wszyst­kich zajęć samo­obrony, do któ­rych nakła­niał ją ojciec. "Ukarz go i oka­lecz. Wal­nij go w jaja, kocha­nie. Bar­dzo dobrze".

Chciała się odwró­cić i wyko­nać dobrze wymie­rzone kop­nię­cie oraz cios w nos albo tcha­wicę, a może oczy. Chciała go skrzyw­dzić, zanim on zdą­żyłby skrzyw­dzić ją, chciała...

Nie odwró­ciła się.

Zamiast tego spły­nęła na nią ciem­ność i pochło­nął ją sen.

"Zgwałci mnie i zabije", pomy­ślała, gdy tra­ciła przy­tom­ność. "Pomóż mi, mamu­siu", dodała w myślach, kiedy oto­czyła ją czerń.

Jej matki nie było. Nie żyła. A teraz ona do niej dołą­czy.

Ale jej nie zabił. "Czy zabił?"

Nie. Umarli nie czują bólu, a ją bolało ucho.

Zmu­siła się do tego, żeby usiąść.

Krew odpły­nęła jej z głowy i znowu pra­wie zemdlała. Przez chwilę pokój wiro­wał jej przed oczami.

Co on jej zaapli­ko­wał?

Sły­szała, że na impre­zach i w klu­bach poda­wano dziew­czy­nom nar­ko­tyki, po któ­rych budziły się w dziw­nych miej­scach, ubrane byle jak i nie pamię­ta­jąc, co się wyda­rzyło. Tylko że nie była na impre­zie. Bie­gała w parku. A jemu zgi­nął pies. Wyda­wał się taki smutny, kiedy tak stał ze smy­czą w rękach i wołał psa po imie­niu.

"Bella? Stella? Jak się ta suka wabiła?"

Nie mogła sobie przy­po­mnieć. W gło­wie miała zamęt, jej myśli kryły się za duszą­cym je smo­giem.

- W którą stronę pobie­gła? - zapy­tała go.

Ścią­gnął brwi, bli­ski łez.

- Zoba­czyła wie­wiórkę i pobie­gła za nią tam. - Wska­zał na wschód. - Ni­gdy wcze­śniej mi nie ucie­kła. Nie rozu­miem tego.

Emory odwró­ciła się, podą­ża­jąc za jego wzro­kiem.

Poczuła rękę na szyi.

Zastrzyk.

- Prze­śpisz się, piękna - szep­nął jej do ucha.

Nie było żad­nego psa. Jak mogła być aż tak głu­pia?

Było jej zimno.

Coś blo­ko­wało jej prawy nad­gar­stek. Szarp­nęła ręką i usły­szała ude­rze­nie metalu o metal. Lewą ręką wyma­cała gładką stal na nad­garstku, cienki łań­cu­szek.

Kaj­danki.

Przy­mo­co­wane do tego cze­goś, na czym leżała.

Prawą rękę miała przy­piętą do cze­goś, lewa była wolna.

Wzięła głę­boki wdech. Powie­trze było stę­chłe, wil­gotne.

"Nie pani­kuj, Em. Nie pozwól, żeby ogar­nęła cię panika".

Wzrok usi­ło­wał przy­zwy­czaić się do mroku, ale pano­wała tu wręcz abso­lutna ciem­ność. Musnęła pal­cami powierzch­nię łóżka.

"Nie, to nie łóżko. To coś innego".

Stal.

"Nosze na kół­kach".

Emory nie miała poję­cia, skąd to wie­działa, ale wie­działa.

O Boże, gdzie się znaj­do­wała?

Zadrżała, bo po raz pierw­szy dotarło do niej, że była naga.

Wahała się przez moment, po czym się­gnęła w dół i dotknęła się mię­dzy nogami. Nie była obo­lała.

Gdyby ją zgwał­cił, zorien­to­wa­łaby się, prawda?

Nie miała pew­no­ści.

Upra­wiała seks tylko raz i bolało ją. Cho­ciaż nie, to nie był ból, tylko dys­kom­fort i tylko na początku. Jej chło­pak Tyler dał jej słowo, że będzie deli­katny, i był. Szybko doszedł, bo to był też jego pierw­szy raz. Działo się to zale­d­wie kilka tygo­dni temu. Ojciec puścił ją na bal z oka­zji pierw­szego meczu szkol­nej dru­żyny z What­ney Vale High. Tyler wyna­jął pokój i nawet zdo­łał sko­ło­wać skądś butelkę szam­pana.

Boże, jej głowa.

Pod­nio­sła rękę i lękli­wie dotknęła ban­daża. Miała dokład­nie zaban­da­żo­wane ucho. Opa­tru­nek przy­kle­jono jakąś taśmą. Deli­kat­nie odwi­nęła ban­daż.

- Kurwa!

Zimne powie­trze sma­gnęło ją jak ostrze noża.

Mimo to cią­gnęła za ban­daż, aż wresz­cie udało się jej wsu­nąć pod spód dłoń.

Do oczu napły­nęły jej łzy, gdy muskała pal­cami to, co zostało z jej ucha - w naj­lep­szym razie poszar­pana rana, zaszyta i tkliwa.

- Nie... Nie... Nie! - krzyk­nęła.

Jej głos odbił się echem od ścian, drwiąc z niej.

13

Por­ter

Dzień pierw­szy, 10.04

Nash zapar­ko­wał char­gera przed Flair Tower na miej­scu dla nie­peł­no­spraw­nych i wyłą­czył sil­nik.

- Naprawdę zamie­rzasz go tutaj zosta­wić? - Por­ter ścią­gnął brwi.

Nash wzru­szył ramio­nami.

- Prze­cież jeste­śmy gli­nia­rzami. Możemy tak robić.

- Kiedy to wszystko się skoń­czy, przy­po­mnij mi, żebym popro­sił o nowego part­nera.

- Świetny plan. Może wtedy obar­czą mnie jakąś sek­sowną laską pro­sto po aka­de­mii. - Nash wyszcze­rzył się w uśmie­chu.

- Może mógł­byś zgło­sić zapo­trze­bo­wa­nie na taką, co lubi tatuś­ków.

- Nie pamię­tam takiego pyta­nia na for­mu­la­rzu, ale nie­wy­klu­czone, że coś prze­oczy­łem.

Odźwierny otwo­rzył przed nimi duże prze­szklone drzwi. Minęli go i pode­szli do recep­cji. Por­ter bły­snął odznaką.

- Apar­ta­ment dwa­dzie­ścia sie­dem?

Młoda kobieta z krótko ostrzy­żo­nymi brą­zo­wymi wło­sami i nie­bie­skimi oczami uśmiech­nęła się do niego.

- Pań­scy kole­dzy przy­je­chali jakieś dwa­dzie­ścia pięć minut temu. Pro­szę wsiąść do windy numer sześć i poje­chać na dwu­dzie­ste siódme pię­tro. Apar­ta­ment znaj­duje się na prawo od wyj­ścia z windy. - Podała mu kartę magne­tyczną. - Będzie to panu potrzebne.

Wsie­dli do windy numer sześć. Drzwi zamknęły się za nimi z krót­kim podmu­chem powie­trza. Por­ter wci­snął guzik przy nume­rze dwa­dzie­ścia sie­dem, ale nic się nie wyda­rzyło.

- Musisz prze­cią­gnąć kartę przez to coś - poin­stru­ował go Nash.

- To coś? Jak ty zosta­łeś detek­ty­wem, do cho­lery?

- Wybacz, że nie zaj­rza­łem dzi­siaj rano do słow­nika - odburk­nął Nash. - Cho­dziło mi o czyt­nik kart. Przy­po­mina ten z ter­mi­nali płat­ni­czych.

- Kumam, Ein­ste­inie.

Por­ter prze­cią­gnął pla­sti­kową kartę przez czyt­nik i ponow­nie wci­snął guzik. Tym razem panel się roz­świe­tlił na nie­bie­sko i ruszyli w górę.

Drzwi windy otwo­rzyły się, uka­zu­jąc kory­tarz bie­gnący w dwie strony. Przez duże zabez­pie­czone balu­stradą otwory w murze było widać ogromne atrium pię­tro niżej. Drzwi znaj­du­jące się przy końcu kory­tarza po pra­wej stro­nie były otwarte i stał w nich umun­du­ro­wany poli­cjant na straży.

Por­ter i Nash pode­szli do niego, poka­zali odznaki i weszli do środka.

Widok zapie­rał dech w pier­siach.

Apar­ta­ment zaj­mo­wał całą pół­nocno-wschod­nią część budynku. Zewnętrzne ściany skła­dały się z okien się­ga­ją­cych od pod­łogi do sufitu, za któ­rymi znaj­do­wał się bal­kon. Mogli podzi­wiać mia­sto i jezioro Michi­gan w oddali.

- Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat - ode­zwał się Por­ter - mój pokój tak nie wyglą­dał.

- W tym salo­nie zmie­ści­łoby się całe moje miesz­ka­nie - stwier­dził Nash. - Może powi­nie­nem zre­zy­gno­wać z odznaki i zostać poten­ta­tem na rynku nie­ru­cho­mo­ści.

- Chyba nie dałoby się tak po pro­stu prze­sko­czyć na taki poziom - zauwa­żył Por­ter. - Wcze­śniej musiał­byś zro­bić jakiś kurs inter­ne­towy.

Nash wycią­gnął z kie­szeni dwie pary latek­so­wych ręka­wi­czek. Jedną podał Por­te­rowi, a drugą wło­żył na dło­nie.

W środku pra­co­wało już kilku tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych. Zauwa­żył ich Paul Wat­son sto­jący przy znaj­du­ją­cej się w głębi pokoju biblio­teczce, która się­gała od pod­łogi do sufitu, i ruszył w ich stronę.

- Jeżeli doszło do sza­mo­ta­niny, nie ma żad­nych śla­dów. To naj­czy­ściej­sze miesz­ka­nie, jakie w życiu widzia­łem. Lodówka jest pełna. W śmiet­niku zna­la­złem para­gon sprzed dwóch dni. Spraw­dzamy wykaz odby­tych roz­mów tele­fo­nicz­nych, ale tam też raczej nic nie znaj­dziemy. Przej­rza­łem dzie­sięć ostat­nich połą­czeń przy­cho­dzą­cych. Wszyst­kie były od jej ojca.

- Ma tele­fon sta­cjo­narny? Serio?

Wat­son wzru­szył ramio­nami.

- Może sta­no­wił wypo­sa­że­nie apar­ta­mentu.

- Pew­nie tatuś go zało­żył. Jak masz tele­fon sta­cjo­narny, nie możesz się zasła­niać gadką, że nie było zasięgu - zauwa­żył Nash.

- A połą­cze­nia wycho­dzące? - zain­te­re­so­wał się Por­ter.

- Trzy numery. Wła­śnie je spraw­dzamy - odparł Wat­son.

Por­ter zaczął się prze­cha­dzać po miesz­ka­niu. Jego buty pisz­czały na drew­nia­nej pod­ło­dze.

W kuchni znaj­do­wały się szafki z wiśnio­wego drewna z bla­tami z ciem­nego gra­nitu. Wszyst­kie urzą­dze­nia były ze stali nie­rdzew­nej - kuchenka firmy Viking i lodówka Sub-Zero. W salo­nie stała duża, beżowa, skó­rzana kanapa. Wyda­wała się tak wygodna, że Por­ter zmę­czył się od samego zer­ka­nia na pękate podu­chy. Tele­wi­zor miał co naj­mniej osiem­dzie­siąt cali.

- To 4K - poin­for­mo­wał go Wat­son.

- Cztery ka?

- Ma cztery razy wię­cej pik­seli od stan­dar­do­wego tele­wi­zora HD.

Por­ter tylko ski­nął głową. Na­dal miał dzie­więt­na­sto­ca­lowy kine­sko­powy tele­wi­zor. Nie godził się na zastą­pie­nie przed­po­to­po­wego modelu pła­skim ekra­nem, skoro cho­ler­stwo na­dal dzia­łało i nie chciało się zepsuć.

Zoba­czył pokój z dużym dębo­wym biur­kiem. Tech­nik kopio­wał pliki z iMaca z dwu­dzie­sto­sied­mio­ca­lo­wym ekra­nem.

- Coś sen­sow­nego? - zapy­tał.

Tech­nik pokrę­cił głową.

- Nic się nie wyróż­nia. Zana­li­zu­jemy jej pliki i aktyw­ność w sie­ciach spo­łecz­no­ścio­wych już na komi­sa­ria­cie.

Por­ter prze­szedł do sypialni. Łóżko było schlud­nie poście­lone. Na ścia­nach nie wisiały żadne pla­katy, tylko kilka obra­zów.

- Coś mi tu nie pasuje.

Nash wycią­gnął kilka szu­flad. W każ­dej leżały per­fek­cyj­nie poskła­dane ubra­nia.

- Ta. To mi wygląda na mode­lowy dom, pra­wie zain­sce­ni­zo­wany. Jeżeli mieszka tu pięt­na­sto­latka, to jest to naj­po­rząd­niej­sza dziew­czyna, jaką w życiu spo­tka­łem - zgo­dził się z nim Nash.

Na szafce noc­nej stało jedno tylko zdję­cie w ram­kach przed­sta­wia­jące kobietę przed trzy­dziestką.

- Jej matka? - rzu­cił pyta­nie nie­za­adre­so­wane do kogoś kon­kret­nego.

- Tak myślę - odparł Wat­son.

- Tal­bot powie­dział, że zmarła na raka, kiedy Emory miała zale­d­wie trzy lata - powie­dział Por­ter, przy­glą­da­jąc się zdję­ciu. - Na raka mózgu.

- Mogę to spraw­dzić, jeśli pan chce - zapro­po­no­wał gor­li­wie Wat­son.

Por­ter ski­nął głową i odsta­wił foto­gra­fię na miej­sce.

- Przy­da­łoby się.

- Narzuta nacią­gnięta jak struna - zauwa­żył Nash. - Według mnie łóżka nie poście­lił dzie­ciak.

- Na­dal nie mogę uwie­rzyć, że mieszka tu nasto­latka.

Łazienka przy głów­nej sypialni była impo­nu­jąca, urzą­dzona w gra­ni­cie i por­ce­la­nie. Dwie umy­walki. Można by tu zro­bić imprezę. Por­ter nali­czył ni mniej, ni wię­cej, tylko sześć słu­cha­wek prysz­ni­co­wych i wbu­do­wane w ścianę dodat­kowe natry­ski.

Pod­szedł do umy­walki i dotknął główki szczo­teczki do zębów.

- Na­dal wil­gotna - stwier­dził.

- Popro­szę, żeby ktoś ją zabez­pie­czył - powie­dział Wat­son. - W razie gdy­by­śmy potrze­bo­wali DNA. Pro­szę mi też podać szczotkę do wło­sów.

Do sypialni przy­le­gał pokój dzienny. Ściany były zasta­wione rega­łami, na któ­rych roiło się od ksią­żek; było ich kil­ka­set. Por­ter zoba­czył dzieła Karola Dic­kensa i J. K. Row­ling. Na dużym mięk­kim fotelu z pod­nóż­kiem na środku pokoju leżała roz­ło­żona powieść Thada McA­li­stera.

- Może ona naprawdę tu mieszka - stwier­dził Por­ter i pod­niósł książkę. - Wydano to kilka tygo­dni temu.

- A skąd wiesz? - zain­te­re­so­wał się Nash.

- Heather też to kupiła. Jest wielką fanką tego gościa.

- Aha.

- Spójrz­cie - ode­zwał się Wat­son. Trzy­mał w dłoni pod­ręcz­nik do angiel­skiego. - Na biurku widzia­łem pod­ręcz­nik do mate­ma­tyki. Ten kon­kretny, Wor­thing­ton Stu­dies, jest popu­larny w edu­ka­cji domo­wej. Czy pan Tal­bot mówił, do któ­rej szkoły ona cho­dzi?

Por­ter i Nash popa­trzyli po sobie.

- Nie zapy­ta­li­śmy o to.

Wat­son kart­ko­wał książkę.

- Jeżeli cho­dzi do jakiejś szkoły, możemy wytro­pić jej przy­ja­ciół. - Zaczer­wie­nił się. - Prze­pra­szam, sir. Może pan wytro­pić jej przy­ja­ciół. Jeśli uzna pan, że to będzie przy­datne.

Tal­bot dał Por­te­rowi wizy­tówkę ze swoim nume­rem komór­ko­wym. Por­ter pokle­pał się po kie­szeni, żeby spraw­dzić, czy na­dal ją tam ma.

- Skon­tak­tuję się z ojcem, gdy tutaj skoń­czymy.

Wyszli z sypialni do przed­po­koju.

- Ile tu jest sypialni?

- Trzy - odpo­wie­dział Wat­son. - Pro­szę obej­rzeć tę. - Wska­zał na pokój na prawo od nich.

Por­ter wszedł do środka. Na ogrom­nym łóżku stał kosz z pra­niem. Nad wez­gło­wiem wisiał duży kato­licki krzyż. Na toa­letce stały opra­wione w ramki zdję­cia, w dwóch rzę­dach.

Nash pod­niósł jedno z nich.

- To ona? Emory?

- Pew­nie tak.

Foto­gra­fie przed­sta­wiały tę samą osobę od wcze­snego dzie­ciń­stwa aż do czasu, gdy wyro­sła na piękną dziew­czynę z dłu­gimi, pofa­lo­wa­nymi ciem­nymi wło­sami, sto­jącą w gra­na­to­wej sukni obok chło­paka w wieku około szes­na­stu lat. W rogu znaj­do­wał się spo­rzą­dzony drobną czcionką napis: impreza z oka­zji pierw­szego meczu dru­żyny what­ney vale high, 2014.

- Cho­dzi do tego liceum? - zain­te­re­so­wał się Por­ter.

- Dowiem się. - Wat­son wska­zał na mło­dego czło­wieka sto­ją­cego obok dziew­czyny. - Myśli­cie, że to jej chło­pak?

- Moż­liwe.

- Mogę spoj­rzeć? - zapy­tał Wat­son.

Por­ter podał mu zdję­cie.

Wat­son obró­cił je, odgiął małe wąsy i wyjął spód ramki. Ostroż­nie wycią­gnął zdję­cie.

- Em i Ty. - Poka­zał im tył foto­gra­fii. Imiona wypi­sano małymi dru­ko­wa­nymi lite­rami przy dol­nej kra­wę­dzi.

- To ele­men­tarne, drogi Wat­so­nie - powie­dział Por­ter.

- What­ney Vale to liceum.

Nash zachi­cho­tał.

- Podoba mi się ten gość. Możemy go zatrzy­mać?

- Kapi­tan mnie zabije, jeśli spro­wa­dzę do domu kolejną przy­błędę - oznaj­mił Por­ter.

- Nie żar­tuję, Sam. Przy­da­dzą nam się ludzie. Mamy dwa, może trzy dni, żeby zna­leźć tę dziew­czynę. A on ma łeb na karku - stwier­dził Nash. - Jeżeli nie skom­ple­tu­jesz zespołu, zrobi to kapi­tan. Lepiej, żebyś to był ty, bo w prze­ciw­nym razie dosta­niemy kogoś takiego jak Mur­ray. - Ski­nął głową w stronę sto­ją­cego w przed­po­koju detek­tywa, który gapił się na czu­bek swo­jego cien­ko­pisu. - Myślę, że mogli­by­śmy ścią­gnąć chło­paka w cha­rak­te­rze łącz­nika z zespo­łem kry­mi­na­li­stycz­nym.

Por­ter pomy­ślał chwilę, po czym odwró­cił się do Wat­sona.

- Był­byś zain­te­re­so­wany pracą przy tej spra­wie?

- Jestem pry­wat­nym kon­trak­to­rem pra­cu­ją­cym dla zespołu kry­mi­na­li­stycz­nego. Nie wiem, czy mogę pra­co­wać dla poli­cji.

- Pod warun­kiem że nie będziesz do nikogo strze­lał - poin­for­mo­wał go Nash.

- Nie noszę broni - odparł chło­pak. - Ni­gdy nie czu­łem potrzeby zda­nia egza­minu. Jestem typem mola książ­ko­wego.

- Poli­cja Chi­cago ma pod­pi­saną umowę z biu­rem kry­mi­na­li­stycz­nym. Ofi­cjal­nie będziesz wypo­ży­czo­nym kon­sul­tan­tem - wyja­śnił Por­ter. - Możesz to usta­lić ze swoim prze­ło­żo­nym?

Wat­son odsta­wił zdję­cie na toa­letkę i wycią­gnął tele­fon komór­kowy.

- Daj­cie mi chwilę. Zadzwo­nię do niego. - Prze­szedł w głąb pokoju i wybrał numer.

- Bystry dzie­ciak - stwier­dził Nash.

- Przyda nam się świeże spoj­rze­nie - zgo­dził się z nim Por­ter. - Bóg mi świad­kiem, że nie jesteś zbyt pomocny.

- Też się pier­dol, stary. - Nash wło­żył zdję­cie do woreczka na dowody. - Zabiorę to do pokoju narad.

Por­ter prze­cze­sał włosy pal­cami i rozej­rzał się po pokoju.

- Wiesz, czego jesz­cze nie widzia­łem?

- Czego?

- Ani jed­nego zdję­cia ojca - odparł. - Nie ma tu ani jed­nej cho­ler­nej rze­czy, która by suge­ro­wała, że są spo­krew­nieni. Idę o zakład, że gdy­by­śmy spraw­dzili księgi, nie zna­leź­li­by­śmy nic, co pozwo­li­łoby go sko­ja­rzyć z tym miej­scem. Wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia jest pew­nie firma nale­żąca do firmy nale­żą­cej do jakiejś będą­cej przy­krywką firmy na wyspie tak odle­głej, że na jej plaży pocho­wano zapewne kości Gil­li­gana.

Nash wzru­szył ramio­nami.

- Dziwi cię to? Prze­cież ma rodzinę, żonę. To jest gość, który pew­nie myśli o karie­rze poli­tycz­nej. Dziecko z nie­pra­wego łoża raczej nie pomaga w kam­pa­nii, chyba że cho­dzi o dziecko prze­ciw­nika. To samo doty­czy kocha­nek. Spójrzmy praw­dzie w oczy. Cho­ciaż mówił, że zale­żało mu na tej kobie­cie, była dla niego tylko kochanką. W prze­ciw­nym razie odszedłby od żony i poślu­bił ją, zamiast ukry­wać ją w tym apar­ta­men­towcu. Z dziec­kiem czy bez.

Wat­son pod­szedł do nich, cho­wa­jąc komórkę do kie­szeni.

- Powie­dział, że jeśli nie zanie­dbam swo­ich dotych­cza­so­wych obo­wiąz­ków, nie ma nic prze­ciwko temu.

- Będzie z tym jakiś pro­blem?

Chło­pak pokrę­cił głową.

- Dam radę. Szcze­rze mówiąc, przyda mi się zmiana tempa. Miło będzie wyrwać się na tro­chę z labo­ra­to­rium.

- W porządku. W takim razie witaj w zespole bada­ją­cym sprawę Zabójcy Czwar­tej Małpy. Zaj­miemy się papie­rami na komi­sa­ria­cie.

- To nie było zbyt cere­mo­nialne, Sam. Będziesz musiał nad tym popra­co­wać - zauwa­żył Nash.

Wat­son wska­zał na zdję­cie.

- Mam spró­bo­wać zna­leźć tego Tya?

- Tak - odparł Por­ter. - Zobacz, do czego się doko­piesz.

Wsu­nął foto­gra­fię do woreczka.

Nash otwo­rzył górną lewą szu­fladę komody. Dam­ska bie­li­zna. Roz­cią­gnął majtki na dło­niach i gwizd­nął.

- Spore.

- Myślę, że to jest pokój jakiejś niańki lub poko­jówki - stwier­dził Por­ter. - Emory ma zale­d­wie pięt­na­ście lat. Na pewno nie mieszka tu sama.

- To gdzie ona teraz jest? Dla­czego nie zgło­siła zagi­nię­cia dziew­czyny? - zapy­tał Nash. - Minął co naj­mniej dzień. Może wię­cej.

- Niczego nie zgło­siła na poli­cji. Może jed­nak zadzwo­niła do kogoś innego - pod­su­nął Por­ter.

- To zna­czy do Tal­bota? - Nash pokrę­cił głową. - Nie sądzę. Wyda­wał się szcze­rze zasko­czony i zde­ner­wo­wany, kiedy mu powie­dzia­łeś.

- Jeżeli pra­cuje nie­le­gal­nie, nie zwró­ci­łaby się do poli­cji - zauwa­żył Wat­son. - Raczej skon­tak­to­wa­łaby się z nim.

- Albo z kimś, kto dla niego pra­cuje.

- Jeżeli tak jest, dla­czego Tal­bot miałby uda­wać, że nic nie wie? Nie chciałby jej odna­leźć?

Por­ter wzru­szył ramio­nami.

- Jego praw­nik dość sta­now­czo obsta­wał przy tym, żeby utrzy­mać wszystko w tajem­nicy. Może takie jest wła­śnie sta­no­wi­sko Tal­bota? Przez pięt­na­ście lat ukry­wali tę dziew­czynę. Dla­czego mie­liby to teraz zmie­nić? Tal­bot dys­po­nuje odpo­wied­nimi środ­kami. Pew­nie szu­kają jej już jego ludzie. Po co mu my?

- Dla­czego zatem nam o niej powie­dział? Jeżeli jego głów­nym celem było ukry­wa­nie jej przed świa­tem, nie napro­wa­dziłby nas na inny trop?

Por­ter pod­szedł do kosza z pra­niem i dotknął ręcz­nika leżą­cego w środku.

- Jesz­cze cie­pły.

Nash powoli poki­wał głową.

- Ktoś do niej zadzwo­nił i powie­dział jej, że tu jedziemy...

- Tak myślę. Praw­do­po­dob­nie zmyła się zaraz po tele­fo­nie.

- To nie suge­ruje wiel­kiej kon­spi­ra­cji. Może pra­co­wać nie­le­gal­nie, jak suge­ro­wał dok­tor Wat­son, i Tal­bot nie chciał, żeby ją depor­to­wano - powie­dział Nash.

- Nie jestem...

Nash zbył chło­paka mach­nię­ciem ręki.

- Pew­nie jest jesz­cze bli­sko. Powin­ni­śmy wyzna­czyć kogoś, żeby obser­wo­wał to miej­sce.

Zadzwo­nił tele­fon Nasha. Męż­czy­zna zer­k­nął na wyświe­tlacz.

- To Eisley. - Ode­brał. - Mówi Nash.

Por­ter sko­rzy­stał z oka­zji, żeby zadzwo­nić do żony. Kiedy usły­szał pocztę gło­sową, roz­łą­czył się, nie zosta­wiw­szy wia­do­mo­ści.

Nash zakoń­czył roz­mowę i wsu­nął tele­fon do przed­niej kie­szeni spodni.

- Prosi, żeby­śmy przy­je­chali do kost­nicy.

- Co zna­lazł?

- Powie­dział, że musimy to zoba­czyć na wła­sne oczy.

14

Pamięt­nik

- Chciał­byś wię­cej miodu do owsianki, kocha­nie?

Matka robiła wyborną owsiankę. Nie korzy­stała ze skle­po­wej mie­szanki. Kupo­wała surowe płatki i goto­wała je, aż robiły się cza­ro­dziej­sko pyszne. Poda­wała je z tostem i sokiem w kąciku śnia­da­nio­wym w naszej kuchni.

- Tak, matko - odpo­wie­dzia­łem. - Dostanę też wię­cej soku?

Było krótko po ósmej w sło­neczny letni czwart­kowy pora­nek.

Usły­sza­łem ciche puka­nie w siatkę prze­ciw owa­dom w drzwiach. Spoj­rze­li­śmy oboje w tamtą stronę i zoba­czy­li­śmy panią Car­ter sto­jącą na weran­dzie.

Matka się uśmiech­nęła.

- Cześć. Wejdź.

Pani Car­ter też się uśmiech­nęła i otwo­rzyła drzwi. Dzięki jaskra­wemu świa­tłu zoba­czy­łem zarys jej nóg pod sukienką, kiedy prze­kro­czyła próg. Ści­snęła mnie za ramię i uśmiech­nęła się do mnie, po czym pode­szła do matki i poca­ło­wała ją lekko w poli­czek.

Muszę przy­znać, że w porów­na­niu z poprzed­nim dniem był to raczej nijaki poca­łu­nek, ale udało mi się dostrzec spoj­rze­nie, które wymie­niły.

Matka pogła­dziła panią Car­ter po wło­sach.

- Twoje włosy wyglą­dają dzi­siaj prze­pięk­nie. Mogła­bym zabić dla takich wło­sów. Piję kawę po irlandzku. Masz ochotę?

- Co to jest kawa po irlandzku?

- Ojej, ty naprawdę nie wiesz nic o świe­cie, co? To jest kawa z dodat­kiem whi­sky Jame­son. Dosko­nale pobu­dza w upalny letni pora­nek - poin­for­mo­wała ją matka.

- Whi­sky o poranku? Sza­tań­ski pomysł! Popro­szę.

Matka nalała paru­jącą kawę do fili­żanki, następ­nie wyjęła zie­loną butelkę z żółtą ety­kietą z szafki, do któ­rej nie mogłem zaglą­dać. Odkrę­ciła nakrętkę i uzu­peł­niła fili­żankę przed poda­niem jej pani Car­ter. Zwró­ci­łem uwagę na to, że przy­trzy­mały się za ręce dłu­żej, niż było to konieczne.

Pani Car­ter pocią­gnęła łyk i się uśmiech­nęła.

- Zabój­cza. Na pewno działa cuda zimą.

Matka spoj­rzała na kobietę i prze­krzy­wiła głowę.

- Czy to nie ta sama sukienka co wczo­raj?

Pani Car­ter się zaru­mie­niła.

- Oba­wiam się, że tak. Muszę koniecz­nie zro­bić dzi­siaj pra­nie.

- Nie mogę pozwo­lić, żebyś cho­dziła we wczo­raj­szym ubra­niu. Chodź ze mną. - Wstała i ruszyła w stronę sypialni, zabie­ra­jąc ze sobą butelkę. - Mam kilka sukie­nek, któ­rych już nie noszę. Myślę, że będą paso­wały na cie­bie jak ulał.

Pani Car­ter uśmiech­nęła się do mnie i pospie­szyła za matką, z kawą po irlandzku w dłoni. Patrzy­łem, jak zni­kają w przed­po­koju. Matka zamknęła za nimi drzwi.

Przez krótką chwilę myśla­łem, że zostanę przy stole i dokoń­czę śnia­da­nie. Bądź co bądź to naj­waż­niej­szy posi­łek dnia. Dora­sta­łem i rozu­mia­łem, jak ważne jest wła­ściwe odży­wia­nie. Jed­nak tego nie zro­bi­łem. Prze­bie­głem na palusz­kach przed­po­kój i przy­ci­sną­łem ucho do drzwi.

Po dru­giej stro­nie pano­wała cisza.

Wysze­dłem z domu i okrą­ży­łem go.

Okno pokoju matki znaj­do­wało się po wschod­niej stro­nie, nad dużym krze­wem róż rosną­cym w cie­niu topoli. Dba­jąc o to, żeby nie było mnie widać od ulicy, sta­ną­łem przy drze­wie i odwró­ci­łem się w stronę okna. Nie­stety, byłem dość niski i chu­dziutki, więc widzia­łem z tej per­spek­tywy wyłącz­nie sufit w pokoju.

Szybko pobie­głem na tył domu i wró­ci­łem z pla­sti­ko­wym wia­drem. Usta­wi­łem je do góry dnem przy drze­wie, sta­ną­łem na nim i znowu spoj­rza­łem w stronę okna.

Pani Car­ter była zwró­cona do mnie ple­cami i przy­glą­dała się, jak matka szpera w sza­fie z żar­li­wo­ścią psa wyko­pu­ją­cego w ziemi dziurę na uko­chaną kość. Wyło­niła się z szafy z trzema sukien­kami. Padły jakieś słowa, ale nie mogłem ich usły­szeć, bo okno było zamknięte. Matka ni­gdy nie otwie­rała okna, nawet w naj­go­ręt­sze dni.

Pani Car­ter się­gnęła za sie­bie i roz­wią­zała kokardę mocu­jącą jej sukienkę. Oddech uwiązł mi w gar­dle, gdy cienki mate­riał opadł na pod­łogę. Kobieta miała na sobie tylko cien­kie, białe baweł­niane majtki. Matka podała jej jedną z sukie­nek i przyj­rzała się przy­ja­ciółce. Się­gnęła po zie­loną butelkę z żółtą ety­kietą i napiła się pro­sto z gwinta. Zadrżała, uśmiech­nęła się i podała butelkę pani Car­ter, która zawa­hała się na krótką chwilę, ale też przy­su­nęła butelkę do ust i pocią­gnęła łyk.

Wie­dzia­łem, czym jest alko­hol, ale nie pamię­ta­łem, bym kie­dy­kol­wiek widział pijącą matkę. Ojciec czę­sto nale­wał sobie drinka po dłu­gim dniu pracy, ale matka ni­gdy. To było coś nowego. Innego.

Sąsiadka oddała butelkę matce, która znowu się napiła i prze­ka­zała butelkę z powro­tem. Kobiety śmiały się bez­gło­śnie za szybą.

Matka pod­nio­sła kolejną sukienkę, a pani Car­ter potak­nęła z entu­zja­zmem. Roze­brała się i pode­szła do dużego lustra, przy­kła­da­jąc sukienkę do sie­bie.

Serce zaczęło mi bić żwa­wiej.

Matka sta­nęła za nią i odgar­nęła jej włosy na bok, odsła­nia­jąc krzy­wi­znę szyi. Gapi­łem się, jak matka całuje deli­kat­nie miej­sce styku szyi z ramie­niem. Pani Car­ter zamknęła oczy i deli­kat­nie odchy­liła się do tyłu, napie­ra­jąc na matkę. Upu­ściła sukienkę na pod­łogę. Obser­wo­wa­łem w lustrze, jak dłoń matki wędruje w górę brzu­cha kobiety i znaj­duje jej prawą pierś.

Matka miała otwarte oczy. Wiem to, bo je widzia­łem. Widzia­łem, jak patrzą w lustrze w moją stronę, gdy jej ręce zsu­nęły się po ciele pani Car­ter i znik­nęły pod jej majt­kami.

15

Por­ter

Dzień pierw­szy, 10.31

Biuro koro­nera hrab­stwa Cook znaj­do­wało się przy West Har­ri­son Street w cen­trum Chi­cago. Por­ter i Nash w dobrym cza­sie doje­chali tam z Flair Tower i zapar­ko­wali na jed­nym z miejsc zare­zer­wo­wa­nych dla samo­cho­dów poli­cji. Eisley pole­cił im przyjść do kost­nicy.

Por­ter ni­gdy nie prze­pa­dał za kost­nicą. Pach­niało tam for­mal­de­hy­dem i wybie­la­czem peł­nią­cymi funk­cję tam­tej­szego odświe­ża­cza powie­trza, ale nie dało się ukryć faktu, że w kost­nicy uno­siła się woń stóp, zepsu­tego sera i tanich per­fum. Za każ­dym razem, kiedy prze­stę­po­wał próg tego miej­sca, przy­po­mi­nała mu się ta nie­szczę­sna świ­nia, którą pan Scar­letto kazał mu pokroić w liceum. Chciał stam­tąd wyjść tak szybko, jak tylko było to moż­liwe. Ściany poma­lo­wano na wesoły nie­bie­ski kolor, co nie­stety nie poma­gało zapo­mnieć, że wokół leżeli mar­twi ludzie. Wszy­scy pra­cow­nicy zda­wali się mieć taki sam non­sza­lancki wyraz twa­rzy, przez co Por­ter zasta­na­wiał się, co by zna­lazł w ich domo­wych lodów­kach, gdyby do nich zaj­rzał. Nash dla odmiany spra­wiał wra­że­nie, że go to nie wzru­sza. Zatrzy­mał się w poło­wie kory­ta­rza i wpa­try­wał w auto­mat ze sło­dy­czami.

- Jakim cudem skoń­czyły się im snic­kersy? Kto dba o to ustroj­stwo? - bur­czał, nie zwra­ca­jąc się do żad­nej kon­kret­nej osoby. - Hej, Sam, poży­czysz mi ćwierć dolara?

Por­ter go zigno­ro­wał i prze­ci­snął się przez podwójne waha­dłowe drzwi ze stali nie­rdzew­nej naprze­ciwko zie­lo­nej skó­rza­nej kanapy, która nowa była chyba w cza­sach Johna Ken­nedy'ego.

- Daj spo­kój. Jestem głodny! - krzyk­nął za nim Nash.

Tom Eisley sie­dział przy meta­lo­wym biurku w dale­kim kącie pomiesz­cze­nia i gorącz­kowo stu­kał w kla­wia­turę. Pod­niósł wzrok i ścią­gnął brwi.

- Szli­ście tutaj, czy jak?

Por­ter chciał mu powie­dzieć, że jechali, i to dość szybko, z zapa­lo­nym kogu­tem, ale się roz­my­ślił.

- Byli­śmy we Flair Tower. W miesz­ka­niu ofiary.

Więk­szość ludzi zapy­ta­łaby, co tam zna­leźli, ale nie Eisley; on zaczy­nał inte­re­so­wać się ludźmi, gdy zatrzy­my­wał się ich puls.

Nash wszedł przez waha­dłowe drzwi z resztą kit­kata w dłoni.

- Lepiej ci? - zapy­tał go Por­ter.

- Odpuść sobie. Jadę na opa­rach.

Eisley wstał od biurka.

- Włóż­cie ręka­wiczki. Obaj. I chodź­cie ze mną.

Minęli biurko i poko­nali kolejne waha­dłowe drzwi pro­wa­dzące do dużego pokoju badań. Tem­pe­ra­tura spa­dła chyba o dwa­dzie­ścia stopni i była na tyle niska, że Por­ter widział swój oddech. Na rękach miał gęsią skórkę.

Duży okrą­gły reflek­tor z uchwy­tami po dwóch stro­nach oświe­tlał stół pośrodku pokoju. Na stole leżało nagie ciało męż­czy­zny. Twarz była przy­kryta bia­łym mate­ria­łem. Klatka pier­siowa została otwarta cię­ciem w kształ­cie litery Y zaczy­na­ją­cym się przy pępku i roz­cho­dzą­cym się na wyso­ko­ści mię­śni pier­sio­wych.

Powi­nien przyjść tu z gumą. Guma pomaga znieść ten zapach.

- To nasz chło­pak? - zapy­tał Nash.

- Tak - potwier­dził Eisley.

Z ciała zmyto brud, ale nie udało się usu­nąć otarć, które pokry­wały skórę pla­mami. Por­ter przyj­rzał się uważ­niej.

- Nie widzia­łem tego dzi­siaj rano.

Eisley wska­zał na duże fio­le­towo-czarne siniaki na pra­wej ręce i nodze.

- Auto­bus ude­rzył w niego tutaj. Widzi­cie linie? Odci­snęła je kratka chłod­nicy. Na pod­sta­wie pomia­rów doko­na­nych na miej­scu wypadku wiemy, że ude­rze­nie odrzu­ciło go na ponad sześć metrów. Potem prze­je­chał po chod­niku jakieś trzy i pół metra. Zna­la­złem roz­le­głe obra­że­nia wewnętrzne. Pękła mu ponad połowa żeber. Cztery prze­biły prawe płuco, dwa lewe. Pękła śle­dziona. Podob­nie jak jedna nerka. Przy­czyną śmierci wydaje się uszko­dze­nie głowy, acz­kol­wiek każde z tych obra­żeń mogłoby być śmier­telne. Zmarł nie­mal natych­miast. Nic nie dałoby się zro­bić.

- I to są te ważne wie­ści? - żach­nął się Nash. - Myśla­łem, że coś zna­la­złeś.

Eisley ścią­gnął brwi.

- Mam coś.

- Nie prze­pa­dam za budo­wa­niem napię­cia, Tom. Co zna­la­złeś? - pona­glił go Por­ter.

Eisley pod­szedł do sto­lika ze stali nie­rdzew­nej i wska­zał na coś, co wyglą­dało jak brą­zowa torebka zapi­nana na strunę wypeł­niona...

- To jego żołą­dek? - zapy­tał Nash.

Eisley przy­tak­nął.

- Widzi­cie coś dziw­nego?

- Ta. Już nie znaj­duje się w nim - odparł Por­ter.

- Coś jesz­cze?

- Nie mamy na to czasu, dok­torku.

Eisley wes­tchnął.

- Widzi­cie te plamy? Tutaj i tu?

Por­ter pochy­lił się lekko.

- Co to jest?

- Rak żołądka - poin­for­mo­wał go Eisley.

- Umie­rał? Wie­dział o tym?

- Cho­roba była w zaawan­so­wa­nym sta­dium. Nie da się jej leczyć, gdy jest na tym eta­pie. Na pewno czuł wielki ból. I wie­dział dla­czego. Zna­la­złem kilka cie­ka­wo­stek w wyni­kach bada­nia tok­sy­ko­lo­gicz­nego. Przyj­mo­wał wysoką dawkę oktre­otydu, który pomaga pano­wać nad nud­no­ściami i bie­gunką. Było też spore stę­że­nie tra­stu­zu­mabu. To cie­kawa sub­stan­cja. Począt­kowo wyko­rzy­sty­wano ją do lecze­nia raka piersi, ale potem odkryto, że pomaga też w innych typach nowo­two­rów.

- Myślisz, że można go wytro­pić na pod­sta­wie zaży­wa­nych leków?

Eisley przy­tak­nął powoli.

- Praw­do­po­dob­nie. Tra­stu­zu­mab podaje się dożyl­nie przez godzinę, nie mniej niż raz w tygo­dniu, być może nawet czę­ściej na tym eta­pie. Nie sły­sza­łem, żeby kto­kol­wiek ofe­ro­wał ten kon­kretny lek w pry­wat­nej pla­cówce, co zna­czy, że odwie­dzał szpi­tal lub eks­klu­zywny ośro­dek lecze­nia nowo­two­rów. Mamy do wyboru zale­d­wie kilka ośrod­ków w mie­ście. Lek może zabu­rzać pracę serca, więc pacjenci są uważ­nie moni­to­ro­wani.

Nash odwró­cił się do Por­tera.

- Skoro umie­rał, myślisz, że celowo wszedł pod ten auto­bus?

- Wąt­pię. Po co miałby pory­wać kolejną dziew­czynę? Chciał chyba dopro­wa­dzić sprawę do końca. - Por­ter popa­trzył na Eisleya. - Jak myślisz, ile czasu mu dawano?

Eisley wzru­szył ramio­nami.

- Trudno powie­dzieć. Nie­wiele. Może kilka tygo­dni? Mie­siąc poza szpi­ta­lem.

- Przyj­mo­wał coś prze­ciw­bó­lo­wego? - zapy­tał Por­ter.

- Zna­la­złem w żołądku czę­ściowo stra­wioną tabletkę oksy­ko­donu. Badamy włosy pod kątem obec­no­ści wcze­śniej przyj­mo­wa­nych leków, sub­stan­cji, które już wyda­lił z orga­ni­zmu. Podej­rze­wam, że znaj­dziemy mor­finę - poin­for­mo­wał Eisley.

Por­ter zer­k­nął na ciemne włosy męż­czy­zny. Włosy pozwa­lają dowie­dzieć się cze­goś o zaży­wa­nych lekach i die­cie. #4MK strzygł się krótko; jego włosy miały co naj­wy­żej dwa i pół cen­ty­me­tra dłu­go­ści. Włosy prze­cięt­nego czło­wieka rosną około cen­ty­me­tra na mie­siąc, co zna­czyło, że będą mogli poznać jego histo­rię z ponad dwóch mie­sięcy. Bada­nie włosa pod kątem zawar­to­ści sub­stan­cji nar­ko­tycz­nych jest pięć razy dokład­niej­sze od bada­nia próbki moczu. Por­ter przez lata był świad­kiem tego, jak podej­rzani sta­rali się pozbyć nar­ko­ty­ków z orga­ni­zmu z uży­ciem wszyst­kiego, od soku z żura­winy po picie wła­snego moczu. Z wło­sów nie dało się jed­nak niczego pozbyć. To dla­tego wielu nar­ko­ma­nów mają­cych nad­zór kura­tora goliło głowy.

- Ma włosy - powie­dział cicho Por­ter.

Eisley marsz­czył przez chwilę brwi i nagle dotarło do niego, do czego zmie­rza Por­ter.

- Nie zna­la­złem śla­dów che­mio­te­ra­pii, ani jed­nego cyklu. Moż­liwe, że wykryto raka zbyt późno, żeby korzy­stać z tra­dy­cyj­nej tera­pii. - Eisley pod­szedł do dru­giego stołu, na któ­rym znaj­do­wały się równo uło­żone przed­mioty oso­bi­ste męż­czy­zny. - Ten mały pojem­nik - wska­zał na srebrne pude­łeczko - zawiera lora­ze­pam.

- Pomaga radzić sobie z lękiem, prawda?

Nash krzywo się uśmiech­nął.

- Bycie seryj­nym zabójcą to dziwne hobby, jeśli ktoś ma lęki.

- W przy­padku pacjen­tów z rakiem żołądka leka­rze prze­pi­sują go cza­sami, żeby pano­wać nad wydzie­la­niem kwasu. Lęk pro­wa­dzi do zwięk­szo­nego wydzie­la­nia, a lora­ze­pam je ogra­ni­cza - poin­for­mo­wał Eisley. - Praw­do­po­dob­nie był spo­koj­niej­szy od każ­dego z nas.

Por­ter zer­k­nął na zega­rek kie­szon­kowy, ozna­ko­wany i zamknięty szczel­nie w folio­wym woreczku. Wierzch koperty był mister­nie gra­we­ro­wany, na spo­dzie było widać odci­ski pal­ców.

- Udało się wam zdjąć odci­ski?

Eisley przy­tak­nął.

- Miał kilka otarć na dło­niach, ale czubki pal­ców były nie­tknięte. Wzią­łem odci­ski ze wszyst­kich pal­ców i ode­sła­łem do labo­ra­to­rium. Jesz­cze się nie ode­zwali.

Wzrok Por­tera spo­czął na butach. Eisley spoj­rzał w tę samą stronę.

- Och, pra­wie o tym zapo­mnia­łem. Spójrz­cie tylko. Bar­dzo mnie to dziwi. - Wziął but, pod­szedł do ciała i przy­ło­żył pode­szwę do stopy męż­czy­zny. - Są o pra­wie dwa roz­miary za duże. Wypchał czubki papie­rem.

- Kto nosi buty o dwa roz­miary za duże? - zdzi­wił się Nash. - Nie mówi­łeś przy­pad­kiem, że kosz­tują pół­tora tysiąca?

- Może nie należą do niego - zasta­na­wiał się Por­ter. - Trzeba by spraw­dzić odci­ski pal­ców.

Nash zer­k­nął na Eisleya i rozej­rzał się po pokoju.

- Czy masz...? Nie­ważne. Już wiem. - Pod­biegł do szafki i wró­cił z zesta­wem do zdej­mo­wa­nia odci­sków pal­ców. Ze znaw­stwem pokrył buty prosz­kiem. - Bingo.

- Prze­ślij je do labo­ra­to­rium. Daj im wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że sprawa jest pilna - pole­cił Por­ter.

- Tak jest.

Por­ter wró­cił do Eisleya.

- Coś jesz­cze?

Eisley ścią­gnął brwi.

- Słu­cham? Bada­nia tok­sy­ko­lo­giczne nie są wystar­cza­ją­cym dowo­dem?

- To nie jest...

- Jest jesz­cze coś.

Zapro­wa­dził Por­tera do dru­giego boku ofiary i ujął jej prawą rękę. Por­ter sta­rał się nie patrzeć na dziurę w klatce pier­sio­wej.

- Zna­la­złem mały tatuaż - poin­for­mo­wał go Eisley. Wska­zał na czarną plamkę po wewnętrz­nej stro­nie nad­garstka. - To chyba cyfra osiem.

Por­ter się pochy­lił.

- Albo sym­bol nie­skoń­czo­no­ści. - Wycią­gnął tele­fon i zro­bił zdję­cie.

- Jest świeży. Widzisz zaczer­wie­nie­nie? Zro­bił go nie­cały tydzień temu.

Por­ter usi­ło­wał to wszystko zro­zu­mieć.

- To może mieć zwią­zek z reli­gią. Umie­rał.

- Roz­gry­zie­nie tego zosta­wię wam, detek­ty­wom - odparł Eisley.

Por­ter uniósł kra­wędź mate­riału zakry­wa­ją­cego głowę. Ode­rwał się z dźwię­kiem podob­nym do dźwięku odry­wa­nego rzepa.

- Posta­ram się zre­kon­stru­ować twarz.

- Tak? Myślisz, że ci się uda? - zain­te­re­so­wał się Por­ter.

- Nie mnie - wyznał Eisley. - Znam kogoś, kto pra­cuje w Muzeum Nauki i Prze­my­słu. Spe­cja­li­zuje się w czymś takim, w sta­rych szcząt­kach i tak dalej. Od sze­ściu lat zaj­muje się szcząt­kami człon­ków ple­mie­nia Illi­ni­wek odkry­tymi w pobliżu hrab­stwa McHenry. Zazwy­czaj pra­cuje z czasz­kami i frag­men­tami kości, a nie z tak... świe­żym mate­ria­łem. Ale myślę, że sobie pora­dzi. Zadzwo­nię do niej.

- Do niej? - wypa­lił Nash. - Zna­la­złeś sobie przy­ja­ciółkę? - Skoń­czył zaj­mo­wać się butami i spa­ko­wał zestaw do zdej­mo­wa­nia odci­sków pal­ców. - Mam sześć frag­men­tów i trzy pełne kciuki. To zna­czy, trzy pełne odci­ski kciuka. Nie mówię, że nasz podej­rzany miał trzy kciuki, choć to by znacz­nie uła­twiło iden­ty­fi­ka­cję. Zaniosę to do labo­ra­to­rium. Chcesz zwo­łać zebra­nie w pokoju narad? Za godzinę? Zaj­rzę też do kapi­tana.

Por­ter pomy­ślał o pamięt­niku, który miał w kie­szeni. Godzina bar­dzo mu się przyda.

16

Pamięt­nik

Matka mnie zoba­czyła, ale nie ucie­kłem. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem. Wie­dzia­łem, że to była pry­watna chwila, coś nie­prze­zna­czo­nego dla moich oczu, ale mimo to patrzy­łem dalej. Chyba nie potra­fił­bym się ode­rwać, nawet gdy­bym chciał. Sta­łem przy drze­wie tak długo, aż matka i pani Car­ter znik­nęły z widoku. A kon­kret­niej, osu­nęły się, albo na łóżko, albo na pod­łogę. Tego nie byłem pewien.

Wia­dro pode mną się zachwiało. Ja się zachwia­łem. Mia­łem nogi jak z gala­rety. Serce mi waliło jak opę­tane. Powiem tylko, że było to co naj­mniej pory­wa­jące!

To zaję­cie tak mnie pochło­nęło, że nie sły­sza­łem, jak samo­chód pana Car­tera minął nasz dom. Dopiero zgrzyt żwiru na sąsied­nim pod­jeź­dzie zwró­cił moją uwagę. Pew­nie pani Car­ter rów­nież usły­szała auto. Wysta­wiła głowę nad para­pet jak świ­stak ostat­niego dnia zimy nad zie­mię; piersi jej pod­ska­ki­wały, usta roz­warły się w okrzyku. Zauwa­żyła mnie w tym samym momen­cie, co ja ją. Nie mogłem nic zro­bić. Zamar­łem w bez­ru­chu i gapi­łem się na nią. Odwró­ciła się, krzyk­nęła coś. W oknie poja­wiła się matka. Nie patrzyła na mnie.

Obie znik­nęły z pola widze­nia.

Trza­snęły drzwi samo­chodu pana Car­tera. Ni­gdy nie przy­jeż­dżał do domu o tej godzi­nie. Zwy­kle wra­cał z pracy po sie­dem­na­stej, mniej wię­cej o tej samej porze co ojciec. Widział, że stoję przy drze­wie, na wia­drze, i przyj­rzał mi się zdzi­wiony. Poma­cha­łem mu. Nie odmach­nął. Dopadł do drzwi wej­ścio­wych swo­jego domu i znik­nął w środku.

Chwilę póź­niej pani Car­ter wyszła ener­gicz­nym kro­kiem z naszego domu i prze­szła przez traw­nik. Po dro­dze wygła­dziła sukienkę rękami. Zer­k­nęła na mnie prze­lot­nie. Pozdro­wi­łem ją, ale nie odpo­wie­działa. Ostroż­nie weszła do domu i cichutko zamknęła za sobą drzwi.

Zesko­czy­łem z wia­dra i posze­dłem za nią.

Nie nazwał­bym sie­bie wścib­skim dziec­kiem. Byłem po pro­stu cie­kaw­ski, to wszystko. Dla­tego bez namy­słu prze­cią­łem traw­nik Car­te­rów. Byłem w poło­wie pod­jazdu, kiedy usły­sza­łem dźwięk towa­rzy­szący ude­rze­niu.

Ten dźwięk roz­po­znał­bym wszę­dzie. Ojciec głę­boko wie­rzył w dys­cy­plinę i dawał mi w tyłek nie raz. Bez wda­wa­nia się w szcze­góły przy­znaję, że zasłu­ży­łem na klapsa w każ­dym przy­padku, i nie żywię do niego urazy z tego powodu. W każ­dym razie dobrze zna­łem ten dźwięk i z racji doświad­cze­nia rozpozna­łem też krótki krzyk, który wyry­wał się z czło­wieka wsku­tek tego bólu.

Kiedy pani Car­ter krzyk­nęła zaraz po odgło­sie klep­nię­cia, dotarło do mnie, że pan Car­ter ją ude­rzył. Usły­sza­łem kolejne klep­nię­cie i kolejny ostry krzyk.

Dotar­łem do samo­chodu pana Car­tera. Sil­nik na­dal pra­co­wał mia­rowo. Cie­płe powie­trze drgało nad dachem, a z rury wyde­cho­wej wydo­sta­wały się spa­liny.

Pan Car­ter wypadł z domu, gdy sta­łem obok jego auta.

- Co ty tu, kurwa, robisz? - ryk­nął, po czym minął mnie i ruszył przez traw­nik w stronę naszego domu.

Pani Car­ter poja­wiła się w drzwiach, ale zatrzy­mała się w progu. Przy­kła­dała mokry ręcz­nik do policzka. Prawe oko miała zapuch­nięte, różowe, załza­wione. Kiedy mnie zauwa­żyła, usta jej zadrżały.

- Nie pozwól, żeby skrzyw­dził twoją matkę - szep­nęła.

Pan Car­ter doszedł do drzwi kuchen­nych i walił pię­ścią w futrynę. Zdzi­wiło mnie, że były zamknięte. Pra­wie każ­dego let­niego dnia drzwi były otwarte od rana aż do póź­nego wie­czora. Tylko drzwi z siatką były zamknięte, żeby nie wpu­ścić do domu róż­nych stwo­rzeń matki natury. Matka pew­nie...

Dostrze­głem ją w okienku przy drzwiach. Patrzyła gniew­nie na pana Car­tera sto­ją­cego na weran­dzie.

- Otwie­raj drzwi, pie­przona cipo! - krzyk­nął. - Otwie­raj te cho­lerne drzwi!

Matka obser­wo­wała go, ale ani drgnęła.

Ruszy­łem bie­giem w stronę domu, ale matka pod­nio­sła rękę, każąc mi zostać na miej­scu. Zatrzy­ma­łem się, nie­pewny, co powi­nie­nem zro­bić. Z per­spek­tywy czasu wiem, że byłem naiwny, sądząc, że mogłem zro­bić cokol­wiek. Pan Car­ter był postaw­nym męż­czy­zną, może nawet więk­szym od ojca. Gdy­bym pró­bo­wał mu prze­szko­dzić, odtrą­ciłby mnie niczym iry­tu­jącą muchę bzy­czącą mu przy gło­wie.

- Myślisz, że możesz się zaba­wiać z moją żoną? - Walił w drzwi. - Wie­dzia­łem, kurwa! Wie­dzia­łem, ty nie­na­sy­cona cipo! Wie­dzia­łem, że coś się święci. Cią­gle u cie­bie sie­działa. Śmier­działa tobą. Czu­łem na niej twój smak, wiesz? Wierz mi. Cuch­niesz paskud­nie. Jesteś mi coś winna. Jak Kuba Bogu. A może jak Kuba piź­dzie? Zro­zu­miesz mnie, jeśli ujmę to tak dosłow­nie? Musisz ponieść kon­se­kwen­cje, ty zdziro. Zapła­cisz za to. Nic na tym świe­cie nie jest za darmo!

Matka znik­nęła z okna.

Pani Car­ter zaczęła za mną szlo­chać.

Pan Car­ter odwró­cił się i pogro­ził jej wście­kle pal­cem.

- Zamknij się! - Twarz miał czer­woną. Pot lśnił mu na skro­niach. - Nie myśl, że z tobą skoń­czy­łem. Jak zała­twię sprawę z nią, poga­damy sobie długo i dobit­nie. Wierz mi. Kiedy wezmę, co mi się należy, od tej ulicz­nicy, przyj­dzie kolej na cie­bie. Myślisz, że to bolało? Pocze­kaj, aż wrócę do domu na deser!

I wtedy otwo­rzyły się tylne drzwi. Matka wyszła na zewnątrz i zapro­siła go do środka.

Pan Car­ter stał przez chwilę i patrzył gniew­nie na matkę. Twarz miał czer­woną jak znak stopu, brwi ścią­gnięte i mokre od potu. Dło­nie zaci­snął w pię­ści. W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że ją ude­rzy, ale nie zro­bił tego.

Matka zer­k­nęła mu przez ramię i przez chwilę nie spusz­czała ze mnie wzroku. Potem ode­zwała się do niego:

- Nie zapro­po­nuję tego drugi raz. Albo teraz, albo ni­gdy. - Nawi­nęła blond włosy na palec i prze­su­nęła nim wzdłuż szyi, a na jej ustach igrał uśmiech.

- Żar­tu­jesz?

Matka weszła do kuchni i ski­nęła.

- Wejdź.

Patrzył, jak matka znika wewnątrz domu. Odwró­cił się do żony.

- Potrak­tuj to jako część pierw­szą lek­cji. Kiedy tu skoń­czę, wrócę do domu i dam ci drugą część. - Par­sk­nął, jakby opo­wie­dział naj­lep­szy dow­cip pod słoń­cem, wszedł do nas i zatrza­snął za sobą drzwi.

Pani Car­ter łkała.

Byłem tylko chłop­cem i nie mia­łem poję­cia, jak pocie­szyć pła­czącą kobietę. Nawet nie czu­łem takiej potrzeby. Zamiast tego obie­głem dom, sta­ną­łem pod oknem matki i wsko­czy­łem na wia­dro. Pokój był pusty.

Gdzieś z wnę­trza domu dobiegł mnie potworny krzyk. Nie wydała go matka.

17

Emory

Dzień pierw­szy, 9.31

Emory chciało się wymio­to­wać.

Treść żołądka pode­szła jej do gar­dła, gęsta i obrzy­dliwa. Prze­łknęła ją, wzdry­ga­jąc się, gdy poczuła ohydny posmak.

Wzięła głę­boki wdech, który się rwał z powodu szlo­chu.

Odciął jej ucho! Co jest, kurwa? Dla­czego...

Odpo­wiedź przy­szła do niej natych­miast. Znowu wcią­gnęła powie­trze tak gwał­tow­nie i szybko, że gwizd­nęła, zanim wydo­stał się z niej szloch. Łzy popły­nęły jej z oczu na kolana. Pró­bo­wała je zetrzeć z policz­ków, ale poja­wiały się nowe, słone i gorące.

Czkała pomię­dzy ury­wa­nymi odde­chami.

Jej cia­łem wstrzą­sał gwał­towny dreszcz. Z nosa pocie­kły gile, które zmie­szały się ze łzami. Kiedy myślała, że już ma to za sobą, mie­sza­nina stra­chu, bólu i wście­kło­ści na nowo ogar­niała jej umysł i sytu­acja się powta­rzała, a każdy kolejny atak był tylko tro­chę słab­szy od poprzed­niego.

Gdy napady wresz­cie ustały, kiedy mogła wcią­gnąć powie­trze w płuca i je tam utrzy­mać, stwier­dziła, że sie­dzi w zupeł­nej ciszy. Umysł miała nie­przy­jem­nie pusty i spo­kojny, ciało obo­lałe, twarz zapuch­niętą i czer­woną. Musnęła pal­cami kaj­danki, szu­ka­jąc jakie­goś przy­ci­sku. Miała nadzieję, że to nie są praw­dziwe kaj­danki, tylko takie, które kupuje się w sex-sho­pie lub skle­pie z zabaw­kami. Jej przy­ja­ciółka Lau­rie opo­wia­dała jej o nich i o tym, jak chciał je wyko­rzy­stać jej chło­pak, a ona mu kate­go­rycz­nie odmó­wiła.

Nie było żad­nego przy­ci­sku, a bran­so­letka cia­sno opi­nała nad­gar­stek. Nie zdej­mie ich bez klu­czyka. Mogłaby pró­bo­wać otwo­rzyć je wytry­chem, ale musia­łaby zna­leźć coś, co mogłoby posłu­żyć za wytrych, a to ozna­czało koniecz­ność szu­ka­nia.

Kogo ona okła­my­wała? Nie miała poję­cia, jak otwo­rzyć zamek wytry­chem.

Kaj­danki miały wyjąt­kowo długi łań­cu­szek, co naj­mniej pół­me­trowy, jak na fil­mach o więź­niach, w któ­rych prze­stępca ma skute ręce i nogi i jest zmu­szony iść ciem­nym kory­ta­rzem. Dawały pewną swo­bodę ruchu, ale nie za dużą.

Wie­działa o Zabójcy Czwar­tej Małpy. Wszy­scy w Chi­cago o nim sły­szeli, a pew­nie i cały świat. Nie tylko o tym, że był seryj­nym zabójcą, ale i o tym, jak tor­tu­ro­wał ofiary przed zabi­ciem ich, jak wysy­łał rodzi­nom czę­ści ich ciał. Naj­pierw ucho, potem...

Wolna ręka Emory powę­dro­wała do oczu. W pomiesz­cze­niu było ciemno, ale na­dal widziała słabe kon­tury. Nie tknął jej oczu.

"Jesz­cze nie. Może znaj­dzie na to czas, gdy wróci".

Serce waliło jej w piersi.

"Ile masz czasu, zanim..."

Nie mogła o tym myśleć. Po pro­stu nie mogła.

Sama myśl, że ktoś mógłby wyłu­pić jej oczy, wyjąć je, kiedy żyła.

"Język też, moja droga. Nie zapo­mi­naj o języku. Usuwa go jako trzeci i wysyła ten mały kawa­łe­czek ciała mamusi i tatu­siowi. Tuż przed tym, jak..."

Głos w jej gło­wie wyda­wał się dziw­nie zna­jomy.

"Nie pamię­tasz mnie, kocha­nie?"

Zro­zu­miała to, tak po pro­stu, i aż zago­to­wała się ze zło­ści.

- Nie jesteś moją matką - powie­działa gniew­nie. - Moja matka nie żyje.

Chry­ste. Wario­wała. Roz­ma­wiała ze sobą. To przez ten zastrzyk? Co on jej dał? Jakiś halu­cy­no­gen? Może to wszystko było tylko okrop­nym snem, kiep­skim odlo­tem. Może...

"Może zasta­no­wisz się nad tym póź­niej, moja droga. Kiedy będziesz miała wię­cej czasu? Na razie powin­naś się sku­pić na zna­le­zie­niu wyj­ścia. Zanim on wróci. Zgo­dzisz się ze mną?"

Emory przy­ła­pała się na tym, że przy­tak­nęła.

"Chcę tylko tego, co dla cie­bie naj­lep­sze".

- Prze­stań.

"Gdy będziesz bez­pieczna. Do tego czasu... To jest trudna sytu­acja, Em. Nie mogę napi­sać ci uspra­wie­dli­wie­nia i wyba­wić cię z opre­sji. Nie będzie tak łatwo jak z dyrek­to­rem".

- Cicho!

Cisza.

Sły­szała wyłącz­nie wła­sny oddech i szum krwi w uchu, cie­płej i pul­su­ją­cej.

"W miej­scu, w któ­rym kie­dyś mia­łaś ucho, kocha­nie".

- Pro­szę, prze­stań. Zamilk­nij...

"Lepiej, żebyś się z tym pogo­dziła. Zaak­cep­tuj to i idź dalej".

Emory spu­ściła nogi z pro­wi­zo­rycz­nego łóżka. Koła pisnęły, kiedy nosze prze­su­nęły się kilka cen­ty­me­trów, zanim otarły się o ścianę i zatrzy­mały. Gdy dotknęła sto­pami zim­nego betonu, pra­wie je cof­nęła. Bała się tego, co może się znaj­do­wać na pod­ło­dze, ale trwa­nie w bez­ru­chu i cze­ka­nie na powrót oprawcy nie wcho­dziło w grę. Musiała zna­leźć wyj­ście.

Oczy wal­czyły z ciem­no­ścią, pró­bo­wały się dosto­so­wać do choćby naj­mniej­szej ilo­ści świa­tła, ale było go za mało. Usta­wiła dłoń przed twa­rzą i led­wie ją widziała, kiedy prak­tycz­nie dotknęła nią czubka nosa.

Zmu­siła się do wsta­nia i zigno­ro­wała fakt, że krę­ciło jej się w gło­wie i czuła ból w miej­scu ucha. Wcią­gnęła gwał­tow­nie powie­trze i przy­trzy­mała się noszy dla zła­pa­nia rów­no­wagi, tuż pod miej­scem, do któ­rego przy­cze­piono kaj­danki. Stała do czasu, aż nud­no­ści ustały.

Było tak ciemno. Za ciemno.

"Co będzie, jeśli upad­niesz, kochana? Jeśli spró­bu­jesz iść, potkniesz się o coś i upad­niesz? Jesteś pewna, że to roz­tropne? Może byś usia­dła i to prze­my­ślała. To jak będzie?"

Emory zigno­ro­wała głos i nie­pew­nie wycią­gnęła lewą rękę w mrok, poru­sza­jąc pal­cami. Gdy niczego nie zna­la­zła, postą­piła krok w stronę wez­gło­wia noszy i ściany, o którą się oparły. Prawą ręką opie­rała się o nosze, lewą wycią­gała przed sie­bie. Jeden krok, drugi, a potem...

Palce napo­tkały ścianę i Emory pra­wie od niej odsko­czyła. Szorstka powierzch­nia była zimna i ośli­zgła. Ostroż­nie prze­su­nęła dło­nią po ścia­nie, zna­la­zła rowek i powio­dła wzdłuż niego czub­kiem palca. Biegł poziomo do miej­sca, w któ­rym wyczuła kolejny rowek, tym razem pio­nowy. Cią­gnął się przez jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów w dół. Pro­sto­kąty.

Pustaki.

"Wiesz, tam gdzie jest jedna ściana, naj­czę­ściej jest też druga. Cza­sami zda­rzają się drzwi lub okno. Może warto by było przejść się wzdłuż ściany? Spró­bo­wać okre­ślić, w jakich się zna­la­złaś opa­łach? Jesteś przy­kuta do tych prze­klę­tych noszy, z któ­rymi dość kiep­sko się cho­dzi".

Emory cią­gnęła za nosze tak długo, aż drgnęły i prze­su­nęły się kawa­łe­czek na pisz­czą­cych kół­kach. Ści­snęła barierkę. Sam fakt, że trzy­mała meta­lową ramę, cokol­wiek, dawał jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wie­działa, że to głu­pie, ale...

"Masz się na czym oprzeć. Tak się mówi?"

- Pier­dol się - burk­nęła.

Lewą ręką doty­kała ściany, a prawą cią­gnęła nosze i tak prze­su­wała się po kawa­łeczku, powłó­cząc nogami. Liczyła kroki, pró­bu­jąc zoba­czyć to miej­sce oczami wyobraźni. Po dwu­na­stu kro­kach natknęła się na pierw­szy kąt. Osza­co­wała, że pierw­sza ściana miała około trzech metrów dłu­go­ści.

Szła wzdłuż dru­giej ściany. Kolejne pustaki. Wodziła dło­nią po ścia­nie w poszu­ki­wa­niu włącz­nika świa­tła, drzwi, cze­go­kol­wiek, ale niczego nie znaj­do­wała. Tylko kolejne pustaki.

Emory zatrzy­mała się na chwilę i unio­sła głowę. Nie mogła prze­stać się zasta­na­wiać nad tym, jak wyso­kie było to pomiesz­cze­nie. Czy miało sufit?

"Oczy­wi­ście, że ma sufit, kochana. Seryjni zabójcy są mądrzy. Nie ty pierw­sza uczest­ni­czysz w tym rodeo. Ile dziew­czyn już zabił? Pięć? Sześć. Praw­do­po­dob­nie dopro­wa­dził rutynę do per­fek­cji. Jestem pewna, że to pomiesz­cze­nie jest super­sz­czelne. Ale powin­naś badać je dalej. Podoba mi się to. Twoje zacho­wa­nie jest cie­kaw­sze od sie­dze­nia i cze­ka­nia na jego powrót. Tak robią głupcy. Ty masz cel. Wyka­zu­jesz się ini­cja­tywą".

Szła dalej. Nosze znowu spra­wiły jej kło­pot, gdy doszła do rogu, więc pocią­gnęła gniew­nie ramę.

"Hej. Wła­śnie coś mi przy­szło do głowy. A jeśli on cię obser­wuje? Jeśli ma kamery?"

- Jest za ciemno.

"Kamery na pod­czer­wień widzą w ciem­no­ściach jak za dnia. Pew­nie sie­dzi gdzieś z nogami na biurku i ogląda Emory TV z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Naga dziew­czyna w pudle. Naga dziew­czyna pró­bu­jąca wydo­stać się z pudła. Poprzed­nia potrze­bo­wała trzy­dzie­stu minut, żeby dotrzeć tak daleko. Ta jest naprawdę szybka. Dotarła tu po dwu­dzie­stu minu­tach. Eks­cy­tu­jące. Co za roz­rywka".

Emory zatrzy­mała się i popa­trzyła w mrok.

- Jesteś tam? Obser­wu­jesz mnie?

Cisza.

- Halo?

"Może jest nie­śmiały?"

- Zamknij się.

"Idę o zakład, że spu­ścił por­tki do kolan, wycią­gnął kutasa i zawie­sił na drzwiach pla­kietkę, żeby mu nie prze­szka­dzać. Wła­śnie trwa Emory TV po zmroku i impreza dopiero się zaczyna. To jest dobre. Widzie­li­ście, jak wysoko pod­sko­czyła?"

- Teraz wiem na pewno, że nie jesteś moją matką. Ni­gdy by cze­goś takiego nie powie­działa - stwier­dziła Emory.

"Myślę, że cię obser­wuje. No bo po co by cię roze­brał? Faceci to zbo­czeńcy, moja droga. Wszy­scy. Im wcze­śniej to zro­zu­miesz, tym lepiej".

Emory obró­ciła się powoli, wpa­tru­jąc się w ciem­ność. Prze­chy­liła głowę.

- Nie ma tu żad­nej kamery. Zoba­czy­ła­bym czer­wone świa­tełko.

"Jasne. Bo wszyst­kie kamery mają czer­wone świa­tełka. Takie miga­jące świa­tełka, które widać na kilo­metr. Gdy­bym była pro­du­cen­tem kamer, ni­gdy bym nie pomy­ślała o stwo­rze­niu takiej bez czer­wonego świa­tełka. Na pewno jest komi­sja dba­jąca o to, żeby każda..."

- Zamkniesz się wresz­cie, do cho­lery? - krzyk­nęła Emory.

A potem się spło­niła. Kłó­ciła się sama ze sobą.

"Twier­dzę tylko, że nie wszyst­kie kamery mają czer­wone świa­tełka. I tyle. Nie musisz się tak pie­klić".

Emory wydała pełne fru­stra­cji wes­tchnie­nie i dotknęła ściany. Wyobra­żała sobie, że pomiesz­cze­nie ma kwa­dra­towy prze­krój. Spraw­dziła dwie ściany i nie zna­la­zła drzwi. Zostały jej jesz­cze dwie.

Zaczęła iść wzdłuż trze­ciej ściany, cią­gnąc za sobą nosze i muska­jąc pal­cami znany już wzór pusta­ków, na któ­rych ryso­wała ścieżkę wśród gęstego kurzu. Żad­nych drzwi.

Jesz­cze jedna ściana.

Pocią­gnęła za nosze, bar­dziej zła niż prze­stra­szona, i liczyła kroki. Kiedy doszła do dwu­na­stego i jej palce dotarły do rogu, zatrzy­mała się. Gdzie były drzwi? Prze­ga­piła je? Cztery rogi, cztery skręty w lewo. Wie­działa, że zro­biła pełne okrą­że­nie. Bo prze­cież zro­biła pełne okrą­że­nie, prawda?

Czy to moż­liwe, że w pomiesz­cze­niu nie było drzwi?

"Wygląda mi to na kiep­ski pro­jekt. Kto buduje pokój bez drzwi? Na pewno prze­ga­pi­łaś otwór".

- Niczego nie prze­ga­pi­łam. Tu nie ma drzwi.

"No to jak on tu wszedł?"

Wysoko nad głową usły­szała pstryk­nię­cie. Muzyka ude­rzyła w nią tak głę­boko, że poczuła się, jakby ktoś wbi­jał jej noże w uszy. Przy­ci­snęła dło­nie do uszu i prze­szył ją ostry ból, kiedy lewa dłoń naci­snęła na deli­katną tkankę w miej­scu, w któ­rym było kie­dyś ucho. Kaj­danki werż­nęły się w nad­gar­stek dru­giej ręki. Dziew­czyna pochy­liła się do przodu i krzyk­nęła z bólu. Nie mogła zablo­ko­wać muzyki. Sły­szała już tę pio­senkę. Mick Jag­ger zawo­dził o dia­ble.

18

Por­ter

Dzień pierw­szy, 11.30

Cho­ciaż minęły zale­d­wie dwa tygo­dnie od czasu, kiedy Por­ter wszedł po raz ostatni do pokoju pięt­na­ście dwa­dzie­ścia trzy w głębi piw­nic kwa­tery głów­nej chi­ca­gow­skiej poli­cji przy Michi­gan Ave­nue, miej­sce wyda­wało się uśpione, pozba­wione życia.

Drze­miące.

Ocze­ku­jące.

Naci­snął na włącz­nik świa­tła i wsłu­chi­wał się, jak żarówki flu­ore­scen­cyjne budzą się do życia, ładu­jąc zatę­chłe powie­trze. Pod­szedł do biurka i przej­rzał prze­różne doku­menty i teczki wala­jące się na bla­cie. Wszystko wyglą­dało tak jak w chwili, gdy stąd wyszedł.

Żona przy­glą­dała mu się ze srebr­nej ramki. Nie potra­fił powstrzy­mać uśmie­chu na jej widok.

Sie­dząc na skraju biurka, wycią­gnął tele­fon i wybrał jej numer komór­kowy. Trzy sygnały, a potem znany już tekst z poczty gło­so­wej:

- Dodzwo­ni­łeś się do Heather Por­ter. Skoro sły­szysz skrzynkę gło­sową, praw­do­po­dob­nie spraw­dzi­łam, kto dzwoni, i uzna­łam, że ponad wszelką wąt­pli­wość nie chcę z tobą roz­ma­wiać. Jeżeli chcesz zło­żyć mi dar w postaci cia­sta cze­ko­la­do­wego lub jakiejś innej pysz­no­ści, przy­ślij mi wia­do­mość ze szcze­gó­łami, a ja prze­my­ślę twoją pozy­cję na dra­bi­nie towa­rzy­skiej i pew­nie...

Por­ter się roz­łą­czył i prze­kart­ko­wał segre­ga­tor opa­trzony ety­kietą Zabójca Czwar­tej Małpy. Wszystko, co o nim wie­dzieli, mie­ściło się w tym jed­nym segre­ga­torze, przy­naj­mniej do dzi­siaj.

Uga­niał się za Zabójcą Czwar­tej Małpy od pię­ciu lat. Sie­dem zabi­tych dziew­cząt.

"Dwa­dzie­ścia jeden pude­łek. Nie zapo­mi­naj o pudeł­kach".

Ni­gdy o nich nie zapo­mni. Nawie­dzały go za każ­dym razem, kiedy zamknął oczy.

Pomiesz­cze­nie nie było bar­dzo duże, miało z dzie­więć na sie­dem i pół metra powierzchni. Oprócz biurka Por­tera stało tam jesz­cze pięć meta­lo­wych, star­szych od więk­szo­ści pra­cow­ni­ków poli­cji chi­ca­gow­skiej biu­rek roz­miesz­czo­nych zupeł­nie przy­pad­kowo. W kącie w głębi stał stary drew­niany stół kon­fe­ren­cyjny, który Por­ter zna­lazł w maga­zy­nie przy końcu kory­ta­rza. Powierzch­nię miał podra­paną i wyszczer­bioną; matowy klo­nowy for­nir pokry­wały krążki zosta­wione przez setki szkla­nek, kub­ków i puszek, które sta­wiano na nim przez lata. Była też wielka brą­zowa plama, która według Nasha wyglą­dała jak Jezus (a według Por­tera była po pro­stu plamą z kawy). Dawno już zarzu­cili próby usu­nię­cia prze­bar­wień.

Za sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym stały trzy białe tablice. Na dwóch znaj­do­wały się zdję­cia ofiar #4MK i różne miej­sca zbrodni; trze­cia była pusta. Zespół wyko­rzy­sty­wał ją głów­nie w cza­sie burzy mózgów.

Nash wszedł do pokoju i podał mu kubek kawy.

- Wat­son zaj­rzał do Star­bucksa. Powie­dzia­łem, żeby tu przy­szedł, gdy już się zamel­duje porucz­ni­kowi na górze. Reszta też jest w dro­dze. Co ci cho­dzi po gło­wie? Czuję zapach dymu.

- Pięć lat, Nash. Już zaczą­łem myśleć, że to się ni­gdy nie skoń­czy.

- Mamy jesz­cze co naj­mniej jedną zagadkę do roz­wią­za­nia. Musimy zna­leźć tę dziew­czynę.

Por­ter przy­tak­nął.

- Tak, wiem. I znaj­dziemy ją. Spro­wa­dzimy do domu.

To samo powie­dział o Jodi Blu­ming­ton sześć mie­sięcy wcze­śniej i nie zna­leźli jej na czas. Nie da rady sta­nąć przed kolejną rodziną, nie znowu. Już ni­gdy.

- Tu jeste­ście! - zagrzmiała Clair Nor­ton od progu.

Por­ter i Nash odwró­cili się od tablic.

- Bez cie­bie, Sammy, to miej­sce przy­po­mi­nało kost­nicę. Daj­cie tro­chę cukru! - Prze­szła przez pokój i objęła Por­tera. - Jeśli ci cze­goś potrzeba, zadzwoń, dobrze? Masz mi to obie­cać - szep­nęła mu do ucha. - Jestem do two­jej dys­po­zy­cji codzien­nie przez całą dobę.

Por­ter dener­wo­wał się w obli­czu wszel­kich oznak czu­ło­ści. Pokle­pał kobietę po ple­cach i odsu­nął od sie­bie. Pomy­ślał, że zacho­wuje się pew­nie rów­nie nie­zręcz­nie jak ksiądz odwza­jem­nia­jący uścisk mini­stranta na oczach zgro­ma­dze­nia wier­nych.

- Doce­niam to, Clair. Dzięki, że spra­wo­wa­łaś nad wszyst­kim pie­czę.

Clair Nor­ton peł­niła służbę od bli­sko pięt­na­stu lat. Została naj­młod­szą czar­no­skórą panią detek­tyw w chi­ca­gow­skiej poli­cji po zale­d­wie trzech latach patro­lo­wa­nia ulic, gdy pomo­gła roz­pra­co­wać jedną z naj­więk­szych grup nar­ko­ty­ko­wych w histo­rii mia­sta - żadna osoba z tej grupy nie miała ukoń­czo­nych osiem­na­stu lat. Było to w sumie dwu­dzie­stu czte­rech uczniów, głów­nie z Cooley High, acz­kol­wiek dzia­łal­ność prze­stęp­czą pro­wa­dzono na tere­nie sze­ściu liceów. Wszystko odby­wało się w szko­łach, co utrud­niało sprawę i wyma­gało, żeby wyglą­da­jąca mło­dziutko Clair wystę­po­wała w roli uczen­nicy.

Wsku­tek tam­tych wyda­rzeń nadano jej przy­do­mek Jump Street, od sta­rego pro­gramu nada­wa­nego przez Fox TV, ale nikt z zespołu nie ośmie­lił się zwra­cać tak do niej wprost.

Clair pokrę­ciła głową.

- Powi­nie­neś mi podzię­ko­wać za to, że niań­czy­łam two­jego part­nera. Jest głupi jak but. Idę o zakład, że gdyby zamknąć go w pokoju, po godzi­nie zna­la­złoby się go mar­twego na pod­ło­dze z języ­kiem przy­tknię­tym do gniazdka elek­trycz­nego.

- Ja tu stoję - zauwa­żył Nash. - Sły­szę cię.

- Wiem. - Odwró­ciła się i wyjęła mu kubek z kawą z ręki. - Dzię­kuję, laleczko.

Edwin Klo­zow­ski, dla więk­szo­ści "Kloz", wszedł do pokoju za nią. Trzy­mał pęka­jącą w szwach aktówkę w jed­nej ręce i koń­cówkę cze­ko­la­do­wej babeczki w dru­giej.

- Wresz­cie zbie­ramy dru­żynę? Naj­wyż­sza pora. Gdy­bym miał choć minutę dłu­żej ślę­czeć nad twar­dym dys­kiem kolej­nego kochanka porno, który oka­zał się dra­niem, zasta­no­wił­bym się, czy nie wró­cić do pro­jek­to­wa­nia gier wideo. Jak się masz, Sammy? - Klep­nął Por­tera w ramię.

- Cześć, Kloz.

- Miło znowu cię widzieć. - Rzu­cił aktówkę na jedno z pustych biu­rek i wpa­ko­wał resztę babeczki do ust.

Por­ter wypa­trzył Wat­sona sto­ją­cego w drzwiach i dał mu znak, żeby wszedł do środka.

- Kloz, Clair, to jest Paul Wat­son. Wypo­ży­czy­li­śmy go od kry­mi­na­li­stycz­nych. Będzie nam poma­gał. Czy ktoś widział Hosmana?

Clair przy­tak­nęła.

- Roz­ma­wia­łam z nim jakieś dwa­dzie­ścia minut temu. Przy­gląda się finan­som Tal­bota, ale nie zna­lazł jesz­cze niczego. Powie­dział, że się z tobą skon­tak­tuje, jak tylko do cze­goś się doko­pie.

Por­ter kiw­nął głową.

- W porządku. W takim razie zaczy­najmy.

Prze­szli przez pokój i usie­dli przy stole kon­fe­ren­cyj­nym. Ofiary Zabójcy Czwar­tej Małpy patrzyły na nich z tablic.

- Nash, gdzie jest zdję­cie Emory?

Nash wycią­gnął foto­gra­fię z kie­szeni i podał ją Por­te­rowi, który przy­cze­pił ją taśmą w pra­wym gór­nym rogu tablicy.

- Omó­wię temat od początku. Więk­szość z was to wszystko wie, ale Wat­son tego wcze­śniej nie sły­szał i może dostrzeże coś świe­żym okiem. - Wska­zał na zdję­cie w gór­nym lewym rogu. - Calli Tre­mell. Dwa­dzie­ścia lat, zabita pięt­na­stego marca dwa tysiące dzie­wią­tego roku. Pierw­sza ofiara...

- O któ­rej wiemy - wtrą­ciła Clair.

- Pierw­sza ofiara w sche­ma­cie #4MK, ale dowody suge­rują, że jest raczej wyro­biony i naj­praw­do­po­dob­niej zabi­jał już wcze­śniej - powie­dział Klo­zow­ski. - Nikt nie zabija tak jak on od początku. Oni zbie­rają doświad­cze­nia i z cza­sem two­rzą metody i tech­niki.

- Rodzi­cie zgło­sili jej zagi­nię­cie we wto­rek, a ucho otrzy­mali pocztą w czwar­tek. Oczy dotarły do nich w sobotę, a język we wto­rek. Wszystko było zapa­ko­wane w małe białe pude­łeczka prze­wią­zane czar­nymi sznur­kami. Adresy wypi­sano ręcz­nie. Nie było odci­sków pal­ców. Zawsze był ostrożny.

- Co suge­ruje, że tak naprawdę nie była pierw­szą ofiarą - powtó­rzył Klo­zow­ski.

- Trzy dni po przyj­ściu ostat­niej prze­syłki bie­gacz zna­lazł jej ciało w Almond Park. Sie­działa na ławce z przy­kle­joną do dłoni kar­teczką z napi­sem: "Nie czy­nię nic złego". Roz­gryź­li­śmy sche­mat jego dzia­ła­nia, kiedy przy­szły oczy, ale kar­teczka potwier­dziła naszą teo­rię.

Wat­son pod­niósł rękę.

Nash wywró­cił oczami.

- To nie jest trze­cia klasa, dok­torku. Możesz się odzy­wać, kiedy chcesz.

- Dok­torku? - powtó­rzył za nim Klo­zowki. - A, rozu­miem.

- Czy nie czy­ta­łem gdzieś, że wła­śnie tak wybie­rał swoje ofiary? "Nie czy­nię nic złego"? - zapy­tał Wat­son.

Por­ter przy­tak­nął.

- Zorien­to­wa­li­śmy się, że tak jest, przy dru­giej ofie­rze, Elle Bor­ton. Począt­kowo sądzi­li­śmy, że to ofiary zro­biły coś, co #4MK uwa­żał za złe, i dla­tego je wybie­rał, ale przy­pa­dek Elle pozwo­lił nam dostrzec, że nie sku­piał się na ofia­rach, tylko na ich rodzi­nach. Elle Bor­ton zagi­nęła dru­giego kwiet­nia dwa tysiące dzie­sią­tego roku, bli­sko rok po pierw­szej ofie­rze. Miała dwa­dzie­ścia trzy lata. Dosta­li­śmy tę sprawę, gdy jej rodzice otrzy­mali pocztą ucho dwa dni póź­niej. Kiedy po ponad tygo­dniu zna­le­ziono jej ciało, trzy­mała w dłoni zwrot podatku za dwa tysiące ósmy rok wysta­wiony na nazwi­sko jej babki. Tro­chę poszpe­ra­li­śmy i odkry­li­śmy, że babka zmarła w dwa tysiące pią­tym roku. Ojciec dziew­czyny przez trzy lata fał­szo­wał doku­menty. W tym momen­cie ścią­gnę­li­śmy Matta Hosmana z wydziału prze­stępstw gospo­dar­czych, a on odkrył, że afera się­gała znacz­nie głę­biej. Ojciec Elle wyłu­dzał zwroty podat­ków, posłu­gu­jąc się danymi ponad tuzina osób, z któ­rych wszyst­kie nie żyły. Byli to miesz­kańcy zarzą­dza­nego przez niego domu opieki.

- Skąd #4MK mógł to wie­dzieć? - zain­te­re­so­wał się Wat­son.

Por­ter wzru­szył ramio­nami.

- Nie mamy pew­no­ści. Ale nowe dowody skło­niły nas do przyj­rze­nia się rodzi­nie Calli Tre­mell.

- Pierw­szej ofiary.

- Oka­zało się, że jej matka prała pie­nią­dze wde­frau­do­wane z banku, w któ­rym pra­co­wała. Uzbie­rało się tego trzy miliony dola­rów w ciągu dzie­się­ciu lat - poin­for­mo­wał Por­ter.

Wat­son ścią­gnął brwi.

- No ale skąd #4MK mógł wie­dzieć, co ona robiła? Może to jest trop. Wystar­czy odkryć, kto ma dostęp do tej infor­ma­cji, i znaj­dziemy toż­sa­mość #4MK.

Klo­zow­ski prych­nął.

- Ta, bo to jest takie pro­ste. - Wstał i pod­szedł do tablic. - Melissa Lumax, ofiara numer trzy. Jej ojciec sprze­da­wał por­no­gra­fię dzie­cięcą. Ojciec Susan Devoro pod­kła­dał sztuczne bry­lanty w miej­sce praw­dzi­wych w swoim zakła­dzie jubi­ler­skim. Sio­stra Bar­bary McIn­ley potrą­ciła ze skut­kiem śmier­tel­nym pie­szego na chod­niku sześć lat przed zagi­nię­ciem Bar­bary. Nikt nie sko­ja­rzył jej sio­stry z tam­tym prze­stęp­stwem. Zro­bił to dopiero #4MK. Brat Alli­son Cram­mer pro­wa­dził firmę wyzy­sku­jącą nie­le­gal­nych pra­cow­ni­ków na Flo­ry­dzie. Wresz­cie Jodi Blu­ming­ton, jego naj­śwież­sza ofiara...

- Poprze­dza­jąca Emory Con­nors - wtrą­cił Nash.

- Prze­pra­szam, ofiara przed panną Con­nors. Jej ojciec spro­wa­dzał koka­inę dla kar­telu Car­lito. - Popu­kał pal­cem w każde zdję­cie. - Wszyst­kie te dziew­czyny są spo­krew­nione z kimś, kto zro­bił coś złego, ale nic nie łączy tych prze­stępstw. Są zróż­ni­co­wane, nie ma wspól­nego wątku.

- Jest jak jakiś samo­zwań­czy stróż prawa - mruk­nął Wat­son.

- Ta. Tylko że ma lep­sze infor­ma­cje od poli­cji. Nie wykry­li­śmy żad­nego z tych prze­stępstw. Odkry­li­śmy je dopiero, gdy zaj­mo­wa­li­śmy się zabój­stwami - poin­for­mo­wał go Por­ter. - Gdyby nie #4MK, ci ludzie na­dal byliby na wol­no­ści.

Wat­son wstał i pod­szedł do tablicy. Przy­glą­dał się foto­gra­fiom, mru­żąc oczy.

- Co jest, dok­torku? - zapy­tał Kloz, po czym wybuch­nął śmie­chem.

Wszy­scy popa­trzyli na niego.

Kloz ścią­gnął brwi.

- To jest zabawne, gdy mówi tak Nash, ale nie infor­ma­tyk, tak? Już wiem, jak się sprawy mają w tej piw­nicy.

Wat­son popu­kał w tablicę.

- Eska­luje. Popa­trz­cie na daty.

- Eska­lo­wał - popra­wił go Nash. - Czasy zabi­ja­nia ma już za sobą.

- Słusz­nie, eska­lo­wał. Po jed­nej rocz­nie aż do pią­tej ofiary, Bar­bary McIn­ley. Potem zabi­jał co sześć lub sie­dem mie­sięcy. I jest jesz­cze to. - Wska­zał na zdję­cie Bar­bary McIn­ley. - Tylko ona jest blon­dynką. Wszyst­kie pozo­stałe to bru­netki. Czy to ma jakieś zna­cze­nie?

Por­ter prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Nie sądzę. On naprawdę karał rodziny za popeł­nione prze­stęp­stwa. Według mnie ni­gdy nie cho­dziło o ofiary.

- Wszyst­kie dziew­czyny wyglą­dają podob­nie. Ładne, mają dłu­gie brą­zowe włosy, są w zbli­żo­nym wieku. Jak na kogoś, kto nie ma swo­jego typu, zdaje się mieć typ. Wszyst­kie, z wyjąt­kiem Bar­bary, jedy­nej blon­dynki. Ona jest ano­ma­lią. - Wat­son zamilkł na chwilę, po czym zapy­tał: - Czy któ­ra­kol­wiek z nich została wyko­rzy­stana sek­su­al­nie?

Clair pokrę­ciła głową.

- Żadna.

- Czy któ­raś miała brata?

- Melissa Lumax, Susan Devoro i Calli Tre­mell miały po jed­nym bra­cie. Alli­son Cram­mer miała dwóch - odparła Clair. - Roz­ma­wia­łam z nimi w cza­sie prze­słu­chi­wa­nia rodzin.

Wat­son przy­tak­nął; try­biki w jego mózgu pra­co­wały pełną parą.

- Jeżeli przyj­miemy, że w poło­wie z tych rodzin byli syno­wie, a on wybie­rał ofiary losowo, powin­ni­śmy mieć jedną lub dwie ofiary płci męskiej. Nie mamy, więc z jakie­goś powodu wolał córki od synów... Tylko nie wiemy dla­czego.

Por­ter odchrząk­nął.

- Nie wydaje mi się, żeby to miało jesz­cze zna­cze­nie. Nie musimy się mar­twić o jego przy­szłe ofiary. Jak wspo­mniał Nash, zabi­ja­nie ma już za sobą. Musimy się sku­pić na naj­now­szym przy­padku.

Wat­son wró­cił na miej­sce.

- Prze­pra­szam. Cza­sami mój umysł wędruje róż­nymi ścież­kami i się dekon­cen­truję.

- Nie prze­pra­szaj. Wła­śnie dla­tego cię zapro­si­łem. Ofe­ru­jesz nam świeże spoj­rze­nie na stare dowody i infor­ma­cje.

- Rze­czy­wi­ście - przy­znał Wat­son.

Por­ter wziął nie­bie­ski pisak i u góry trze­ciej tablicy napi­sał wiel­kimi lite­rami: EMORY CON­NORS.

- No dobra, co wiemy o naszej ofie­rze?

- Według recep­cjo­nistki z jej budynku wczo­raj krótko po osiem­na­stej wyszła pobie­gać - powie­działa Clair. - Podobno było to normą w jej przy­padku. Dziew­czyna bie­gała nie­mal codzien­nie, zazwy­czaj wie­czo­rami. Nikt nie widział, żeby wró­ciła.

- Czy ktoś wie, gdzie lubiła bie­gać? - zapy­tał Nash.

Clair pokrę­ciła głową.

- Widzieli tylko, jak wycho­dziła i wra­cała.

- Być może uda mi się odpo­wie­dzieć na to pyta­nie - ode­zwał się Kloz. Stu­kał w swo­jego mac­bo­oka air. - Miała Fit­bit Surge.

- Co takiego?

- To zega­rek moni­to­ru­jący czę­sto­tli­wość akcji serca, spa­la­nie kalo­rii, poko­nany dystans. Ma też wbu­do­wany GPS. Zna­la­złem na jej kom­pu­te­rze pro­gram, który zapi­sy­wał wszyst­kie dane. Wła­śnie prze­glą­dam te infor­ma­cje.

- Jest szansa na to, że GPS jest na­dal aktywny?

Kloz pokrę­cił głową.

- To nie działa w ten spo­sób. Zega­rek zapi­suje dane, gdy masz go na sobie, a potem prze­syła je do chmury za pośred­nic­twem apli­ka­cji na tele­fon lub opro­gra­mo­wa­nia na kom­pu­te­rze. Ona sko­ja­rzyła go z tele­fonem. Też nie działa. Ale chyba wiem, dokąd się udała. - Obró­cił ekran tak, żeby inni mogli go widzieć. Wid­niała na nim mapa. Zazna­czono na niej wykrop­ko­waną nie­bie­ską linię zaczy­na­jącą się przy Flair Tower i bie­gnącą wzdłuż West Erie Street w kie­runku rzeki. Tam linia okrą­żała dużą zie­loną prze­strzeń. - Zna­la­złem pra­wie taką samą trasę codzien­nie. - Kloz popu­kał w ekran. - To jest A. Mont­go­mery Ward Park.

Por­ter się pochy­lił. Miał coraz gor­szy wzrok.

- Clair, zechcesz to spraw­dzić, kiedy tu skoń­czymy?

- Tak jest, sze­fie.

Por­ter wró­cił do Kloza.

- Zna­la­złeś na jej kom­pu­te­rze coś wię­cej?

Kloz obró­cił maca z powro­tem do sie­bie i stu­kał w kla­wia­turę.

- Dali­ście mi moż­li­wość zgod­nego z pra­wem szpe­ra­nia na dysku twar­dym sek­sow­nej nasto­latki. Nie muszę chyba mówić, że byłem skru­pu­latny.

Cla­ire zmarsz­czyła nos.

- Cho­lerny świr.

Kloz posłał jej uśmie­szek.

- Jestem dumny ze swo­jej świ­ro­wa­to­ści, moja droga. Pew­nego dnia mi podzię­ku­je­cie. - Przez chwilę patrzył na ekran. - Chło­pak Emory to Tyler Mathers. Jest junio­rem w What­ney Vale High. I - wszyst­kie tele­fony w pokoju zadzwo­niły rów­no­cze­śnie - wysła­łem wam jego naj­now­sze zdję­cie, numer tele­fonu oraz adres domowy - poin­for­mo­wał ich Kloz. - Są ze sobą od około mie­siąca. Ona myśli, że na wyłącz­ność.

- A tak nie jest? - zapy­tał Por­ter.

Kloz uśmiech­nął się chy­trze.

- Być może zer­k­ną­łem na jego pry­watne wia­do­mo­ści na Face­bo­oku. Nasz chło­pak nie­źle sobie pogrywa.

Zebrani przyj­rzeli mu się.

- Daj­cie spo­kój! Jeżeli ktoś usta­wia jako hasło imię żony lub dziew­czyny, sam się prosi, żeby wła­mać się na jego konto.

Por­ter zapi­sał w pamięci, że powi­nien zmie­nić hasło do poczty elek­tro­nicz­nej.

- Następ­nym razem pocze­kaj na nakaz. Nie potrze­bu­jemy, żebyś schrza­nił sprawę.

Kloz zasa­lu­to­wał.

- Tak jest, kapi­ta­nie.

Por­ter napi­sał na tablicy TYLER MATHERS i popro­wa­dził strzałkę w stronę chło­paka na zdję­ciu z Emory.

- Odwie­dzimy z Nashem Tylera dzi­siaj po połu­dniu. Zna­la­złeś coś jesz­cze na jej pece­cie?

- Emory ma maca i to bar­dzo dobrego. Pro­szę, nie obra­żaj tak dosko­na­łego dzieła mia­nem peceta. Stać cię na wię­cej - obru­szył się Kloz.

- Pro­szę o wyba­cze­nie. Zna­la­złeś coś jesz­cze na jej macu?

Kloz pokrę­cił głową.

- Nic, sir.

- A te trzy numery wycho­dzące z tele­fonu sta­cjo­nar­nego?

Kloz uniósł rękę i wypro­sto­wał trzy palce.

- Piz­ze­ria, bar z chińsz­czy­zną i wło­skie jedze­nie na wynos. Ta dziew­czyna wie, co jeść.

Clair odchrząk­nęła.

- Na liście sta­łych gości wid­nieje T. Mathers. Inną osobą znaj­du­jącą się na liście jest A. Tal­bot.

Por­ter napi­sał ARTHUR TAL­BOT na tablicy, a tuż pod nazwi­skiem dopi­sał FINANSE?

- Jestem naprawdę cie­kaw, co Hosman znaj­dzie na tego faceta. #4MK porwał tę dziew­czynę z jakie­goś powodu. Jestem gotów się zało­żyć, że gość jest nie­uczciwy.

- Dla­czego go tu nie spro­wa­dzimy? - zapy­tała Clair.

- Jeśli to zro­bimy, przyj­dzie z praw­ni­kiem i niczego się od niego nie dowiemy. Jeżeli będziemy musieli znowu z nim poroz­ma­wiać, lepiej będzie zor­ga­ni­zo­wać nie­for­malne spo­tka­nie i dopaść go nie­spo­dzie­wa­nie gdzieś, gdzie czuje się swo­bod­nie. Z dużym praw­do­po­do­bień­stwem nam się wymknie - poin­for­mo­wał ją Por­ter. - Jest ważną szy­chą w mie­ście, kum­pluje się z bur­mi­strzem i kto wie, z kim jesz­cze. Jeżeli spro­wa­dzimy go tu za wcze­śnie, nie­ko­niecz­nie coś nam to da, a jeśli będziemy chcieli ścią­gnąć go ponow­nie, może zadzwo­nić do któ­re­goś z kum­pli, żeby nam prze­szko­dzili. Lepiej będzie pocze­kać do czasu, aż znaj­dziemy jakieś kon­krety.

- A to cie­kawe - powie­dział Kloz. Wpa­try­wał się znowu w mac­bo­oka. - Te sprytne windy w budynku zapi­sują wszyst­kie uży­cia kart.

Por­ter jęk­nął.

- Dzia­łasz w ramach tego samego nakazu, który pozwo­lił ci się wła­mać na konto chło­paka? Bo jeśli tak...

Kloz uniósł obie ręce.

- Daj spo­kój, czy ja wyglą­dam na recy­dy­wi­stę?

- Ow­szem - burk­nęła pod nosem Clair.

- Też się pieprz, panno Nor­ton.

Uśmiech­nęła się i poka­zała mu język.

- Mene­dżer budynku był uprzejmy dać nam hasło dostępu - poin­for­mo­wał Kloz.

- I co widzisz? - zapy­tał Por­ter.

Męż­czy­zna zasznu­ro­wał wargi i zmru­żył oczy, gdy prze­glą­dał plik.

- Emory zje­chała wczo­raj o osiem­na­stej trzy. Nie wró­ciła. Potem cisza aż do dwu­dzie­stej pierw­szej dwa­dzie­ścia trzy. Wtedy to N. Bur­row wje­chała na górę. Zje­chała dzi­siaj o dzie­wią­tej sześć.

- Tylko kilka minut przed przy­jaz­dem poli­cji - zauwa­żyła Clair.

- Mogę się zało­żyć, że to nasza zagi­niona gospo­sia - stwier­dził Por­ter. - Możesz to spraw­dzić w recep­cji we Flair Tower? Zapy­taj, czy mogą podać imię i nazwi­sko.

- Da się zro­bić - odparł Kloz i zano­to­wał to.

Por­ter wcią­gnął powie­trze.

- Docho­dzimy do głów­nej postaci, naszej ofiary poran­nego wypadku. - Opo­wie­dział gru­pie o tym, czego się dowie­dzieli od Eisleya.

- Cho­lera, to on umie­rał? - zapy­tał Kloz.

- Został mu nie­cały mie­siąc.

- Myśli­cie, że wszedł pod auto­bus celowo?

- Chyba powin­ni­śmy brać taką ewen­tu­al­ność pod uwagę - odparł Por­ter.

Napi­sał na tablicy #4MK oraz listę:

Kwit z pralni

Dro­gie buty - o dwa roz­miary za duże

Tani gar­ni­tur

Fedora

75 cen­tów drob­nymi (dwie ćwierć­do­la­rówki, dwie dziesięciocen­tówki i jedna piątka)

Zega­rek kie­szon­kowy

Umie­rał na raka

- Nie do wiary, że skur­wiel umie­rał - burk­nął Kloz, zdej­mu­jąc z ręki jakiś papro­szek.

Por­ter postu­kał w tablicę.

- Co nam mówią przed­mioty oso­bi­ste?

- Kwit z pralni możemy wywa­lić - powie­działa Clair. - Oprócz numeru nie ma tam żad­nych danych pozwa­la­ją­cych na iden­ty­fi­ka­cję. Nie ma nawet nazwy ani adresu pralni. To jest kwit wyrwany z bloczka, który można zamó­wić w set­kach skle­pów inter­ne­to­wych. Korzy­sta z nich połowa pralni w mie­ście.

- Kloz, zaj­miesz się tym. Stwórz listę wszyst­kich pralni w pro­mie­niu ośmiu kilo­me­trów od miej­sca wypadku i skon­tak­tuj się z nimi. Dowiedz się, czy korzy­stają z takich kwi­tów. Jeśli tak, zapy­taj, czy numer 54 873 czeka na odbiór. #4MK nie odbie­rze ubra­nia. Nawet jeśli znaj­dziesz wię­cej niż jedno takie miej­sce, będziemy mogli zawę­zić listę, gdy ludzie odbiorą pozo­stałe ubra­nia. Jeśli niczego nie znaj­dziesz, poszerz zakres poszu­ki­wań. Ale szedł, więc sądzę, że ta pral­nia znaj­duje się gdzieś bli­sko.

Kloz mach­nął do niego.

- Przyj­muję wyzwa­nie.

Nash przyj­rzał się tablicy.

- Co robimy z gar­ni­tu­rem i butami?

- Kloz może spraw­dzić sklepy obuw­ni­cze, gdy będzie bie­gał po pral­niach - pod­su­nęła Clair.

Kloz wypro­sto­wał środ­kowy palec i poka­zał jej język.

Por­ter przez chwilę przy­glą­dał się tablicy.

- Wolał­bym, żeby Kloz sku­pił się na pral­niach. Ten źle dobrany roz­miar też mnie inte­re­suje, ale na razie to jest tylko szum. Zacho­wamy tę infor­ma­cję na tablicy, na wypa­dek gdyby póź­niej oka­zała się istotna.

- Monety też nam nie­wiele powie­dzą - zauwa­żył Nash. - Praw­do­po­dob­nie każdy z nas ma w kie­szeni jakieś drobne.

Por­ter zasta­no­wił się, czy nie zetrzeć tych sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu cen­tów, ale się roz­my­ślił.

- Zosta­wimy to. Wiemy coś o zegarku? - zwró­cił się do Wat­sona.

- Pójdę do sklepu wuja, kiedy tu skoń­czymy - odparł chło­pak.

Por­ter wró­cił do tablicy.

- Myślę, że wytro­pimy go po tym - powie­dział, pod­kre­śliw­szy UMIE­RAŁ NA RAKA. - Eisley zna­lazł u niego oktre­otyd, tra­stu­zu­mab, oksy­ko­don i lora­ze­pam. Tra­stu­zu­mab może poda­wać tylko kilka ośrod­ków w mie­ście. Musimy skon­tak­to­wać się z każ­dym z nich, opi­sać #4MK i wytro­pić pacjen­tów, któ­rzy znik­nęli.

- Zajmę się tym - zapro­po­no­wała Clair. - Jak wielu może być cho­rych na raka żołądka noszą­cych fedorę, tanie gar­ni­tury i dro­gie buty? Jego ubra­nie bar­dzo nam się przyda. Na pewno zwra­cał na sie­bie uwagę, gdy wcho­dził do ośrodka tak ubrany.

- Słuszna uwaga - zgo­dził się z nią Por­ter. - Eisley zna­lazł też mały tatuaż po wewnętrz­nej stro­nie pra­wego nad­garstka. - Otwo­rzył zdję­cie w swoim tele­fo­nie i puścił go w obieg. - Jest świeży. Według Eisleya naj­praw­do­po­dob­niej zro­biono go w ciągu minio­nego tygo­dnia.

Kloz przyj­rzał się zdję­ciu uważ­nie.

- Czy to jest sym­bol nie­skoń­czo­no­ści? Co za iro­nia w przy­padku faceta, który zbliża się wła­śnie do końca.

- Ewi­dent­nie miało to dla niego zna­cze­nie - zauwa­żyła Clair i pochy­liła się nad jego ramie­niem, żeby lepiej widzieć. - Jeżeli ktoś zamie­rza na trwałe ozna­ko­wać swoje ciało, naj­pierw dobrze to sobie prze­my­śli.

Kloz uśmiech­nął się sze­roko.

- Wiesz to z doświad­cze­nia? Czy jest coś, co chcia­ła­byś poka­zać gru­pie?

Puściła do niego oko.

- Pobożne życze­nia, geeku.

Por­ter się­gnął do kie­szeni, wyjął pamięt­nik i rzu­cił na stół.

- No i jest jesz­cze to.

Wszy­scy zamil­kli na chwilę i wpa­try­wali się w notat­nik.

- Cho­lera, myśla­łem, że Nash to wymy­ślił - powie­dział Kloz. - Popier­do­le­niec naprawdę miał przy sobie pamięt­nik? Wpro­wa­dzi­li­ście go do dowo­dów? Nie ma o nim słowa w wyka­zie dowo­dów rze­czo­wych.

Por­ter pokrę­cił głową.

- Nie chcę, żeby prasa się o tym dowie­działa. Jesz­cze nie.

Kloz gwizd­nął.

- Mani­fest #4MK? To jest warte for­tunę.

- To nie jest mani­fest. Raczej auto­bio­gra­fia się­ga­jąca cza­sów dzie­ciń­stwa.

Kloz roz­parł się wygod­nie na krze­śle.

- Coś w rodzaju: "Dzi­siaj Becky Smith przy­szła do szkoły w czer­wo­nej sukience, która mi się podoba. Ucie­szy­łem się. Posta­no­wi­łem pójść za nią do domu i zapy­tać ją, czy będzie ze mną cho­dziła. Kiedy mi odmó­wiła, wypa­tro­szy­łem ją w jej salo­nie. Jutro na sto­łówce będą dawali pizzę. Lubię pizzę. Ale nie tak bar­dzo, jak ham­bur­gery. Ham­bur­gery z serem są...".

Clair cisnęła w niego dłu­go­pi­sem.

- Auć!

Nash wska­zał na pamięt­nik.

- No dobra, zapy­tam o sprawę oczy­wi­stą. Zaj­rza­łeś na koniec? Co się znaj­duje na ostat­niej stro­nie?

Por­ter pochy­lił się do przodu i pchnął pamięt­nik. Zeszyt prze­su­nął się po bla­cie i zatrzy­mał przed jego part­ne­rem.

- Pro­szę, sam zaj­rzyj.

Nash zmru­żył oczy, gdy się­gał po pamięt­nik. W pomiesz­cze­niu zapa­no­wała cisza. Męż­czy­zna otwo­rzył notat­nik na ostat­niej stro­nie i prze­czy­tał na głos:

- "Mój Drogi, czy matka ni­gdy ci nie mówiła, że zaglą­da­nie na ostat­nią stronę, zanim masz do tego prawo, jest śmier­tel­nym grze­chem? Pisa­rze na całej pla­ne­cie prze­wra­cają się w gro­bach, wywra­cają oczami z obu­rze­nia albo wręcz zło­rze­czą Tobie i Tobie podob­nym. Chciał­bym powie­dzieć, że jestem Tobą szcze­rze roz­cza­ro­wany, ale skła­mał­bym. Gdy­bym zna­lazł się na Two­jej kom­for­to­wej pozy­cji, nie­wąt­pli­wie zro­bił­bym to samo. Ale odpo­wie­dzi, któ­rych szu­kasz, nie znaj­dują się na końcu tego pamięt­nika. Pro­po­nuję, żebyś zapa­rzył sobie porządny kubek kawy, posa­dził cztery litery na swoim ulu­bio­nym fotelu i wró­cił do początku. Prze­cież to od niego powi­nie­neś zacząć, nie sądzisz? Jak mógł­byś zro­zu­mieć zakoń­cze­nie histo­rii, nie zna­jąc jej początku? Jeśli chcesz mnie poznać, musisz poznać powody, które mną kie­ro­wały. A mam swoje powody. Musisz się tylko zorien­to­wać, gdzie zaj­rzeć. Nauczyć się czy­tać mię­dzy głu­pimi wier­szami. To tylko połowa zabawy, czyż nie? Nauczyć się, jak grać. Powo­dze­nia, przy­ja­cielu. Trzy­mam za Cie­bie kciuki. Naprawdę. To jest świetna zabawa, nie sądzisz?" - Nash prze­kart­ko­wał jesz­cze kilka stron, po czym rzu­cił pamięt­nik na stół.

- Pojeb.

Por­ter wzru­szył ramio­nami.

- Prze­cież mówi­łem. - Pod­niósł notat­nik. - Czy­tam to cho­ler­stwo i na­dal nie wiem, co o tym sądzić. To jest auto­bio­gra­ficzny zapis życia #4MK, ale na razie nie natkną­łem się na nic, co pomo­głoby nam zna­leźć Emory. Są tu tylko wynu­rze­nia bar­dzo zabu­rzo­nego czło­wieka.

- Skur­wiel nie żyje, a na­dal nas nęka.

- Może powi­nie­neś zro­bić kopie. Jeśli wszy­scy będziemy czy­tali, szyb­ciej przez to prze­brniemy - pod­su­nęła Clair.

Por­ter pokrę­cił głową.

- Nie mamy czasu prze­kształ­cać tego w klub książki. Chciał­bym, żeby każdy sku­pił się na swoim zada­niu. Nie powie­rzę tego nikomu spoza tego pokoju, więc wypada na mnie. Szybko czy­tam. Jeśli coś znajdę, dam wam znać.

- Co z nagra­niem z miej­sca wypadku? - zapy­tał Wat­son. - Czy ktoś już je widział?

- Zło­ży­łem zamó­wie­nie, ale jesz­cze go nie dosta­łem - poin­for­mo­wał Kloz. - Popę­dzę ich.

- Nagra­nie da nam przy­naj­mniej odpo­wiedź, czy rzu­cił się celowo pod ten auto­bus, czy też to naprawdę był wypa­dek - stwier­dził Por­ter. - Jeśli się nam poszczę­ści, zoba­czymy wyraźne uję­cie jego twa­rzy.

Nash wzru­szył ramio­nami.

- Obsta­wiam samo­bój­stwo. Po co miałby przy sobie pamięt­nik? Wie­dział, że ktoś go nie­ba­wem prze­czyta. W prze­ciw­nym razie nie napi­sałby ostat­niej strony. Wolał skoń­czyć ze sobą na wła­snych warun­kach, niż pozwo­lić, żeby zro­bił to rak. Jestem gotów się zało­żyć, że ten pamięt­nik jest jego ostat­nim spo­so­bem na wydy­ma­nie nas.

- Jeżeli pla­no­wał się zabić, dla­czego zro­bił to przed wysła­niem ucha? - zapy­tał Wat­son. - Czy nie mia­łoby sensu wykoń­czyć naj­pierw ostat­nią ofiarę?

- Seryjni zabójcy nie są naj­bar­dziej racjo­nal­nymi przed­sta­wi­cie­lami naszego gatunku - poin­for­mo­wał go Nash. - Być może trzy­mał ucho, bo wie­dział, że pomoże nam go ziden­ty­fi­ko­wać. - Popa­trzył na Por­tera. - Nie zapo­mnij powie­dzieć im o dziew­czy­nie Eisleya.

Por­ter ski­nął głową.

- Pra­wie zapo­mnia­łem. Eisley ma przy­ja­ciółkę z muzeum, która być może zdoła zre­kon­stru­ować jego twarz na pod­sta­wie czaszki. Przy­ja­ciółkę. Jeśli to wypali, możemy otrzy­mać przy­datne zdję­cie.

- Eisley ma dziew­czynę? Kto cho­dzi z face­tem pra­cu­ją­cym w kost­nicy? - zasta­na­wiał się na głos Kloz.

- Zdaje się, że się zgło­siła na ochot­nika. Nie będę odtrą­cał pomocy - powie­dział Por­ter.

Wat­son znowu przy­glą­dał się zdję­ciu tatu­ażu.

- Wie­cie co, to może być jego spu­ści­zna.

- Co przez to rozu­miesz?

Odło­żył tele­fon.

- Umie­rał, więc napi­sał pamięt­nik, porwał ostat­nią ofiarę i rzu­cił się pod auto­bus, bo wie­dział, że go ziden­ty­fi­ku­jemy jako #4MK z powodu ucha w pudełku. Wyta­tu­owany znak nie­skoń­czo­no­ści może ozna­czać wła­śnie to: zapla­no­wał sobie żyć wiecz­nie.

- Efek­towne zakoń­cze­nie życia seryj­nego zabójcy - rzu­cił cicho Por­ter.

- Ci naprawdę sprytni, któ­rym udaje się tak długo wymy­kać poli­cji, w końcu chcą, żeby ludzie ich poznali. Pra­gną uzna­nia dla swo­ich doko­nań. Gdy­byś był #4MK, chciał­byś umrzeć ze świa­do­mo­ścią, że świat nie wie, kim byłeś? - Wat­son pokrę­cił głową. - Jasne, że nie. I jeśli nie dawa­łeś się zła­pać tak długo, chciał­byś wykrzy­czeć swoje imię z dachu. Nic mu nie możemy zro­bić, a on zapi­sze się na kar­tach histo­rii.

Por­ter wie­dział, że dzie­ciak się nie mylił.

- Co to ozna­cza dla Emory?

W pokoju zapa­dła cisza. Nikt nie znał odpo­wie­dzi.

----------

Tablica z listą dowo­dów

Ofiary

1. Calli Tre­mell, 20 l., 15 marca 2009 r.

2. Elle Bor­ton, 23 l., 2 kwiet­nia 2010 r.

3. Missy Lumax, 18 l., 24 czerwca 2011 r.

4. Susan Devoro, 26 l., 3 maja 2012 r.

5. Bar­bara McIn­ley, 17 l., 18 kwiet­nia 2013 r. (jedyna blon­dynka)

6. Alli­son Cram­mer, 19 l., 9 listo­pada 2013 r.

7. Jodi Blu­ming­ton, 22 l., 13 maja 2014 r.

Emory Con­nors, 15 l., 3 listo­pada 2014 r.

Wyszła bie­gać wczo­raj o 18.03

TYLER MATHERS

Chło­pak Emory

ARTHUR TAL­BOT

Finanse?

N. BUR­ROW

Gospo­sia? Opie­kunka?

PRZED­MIOTY ZNA­LE­ZIONE PRZY #4MK

Dro­gie buty - John Lobb / 1500 $ za parę - roz­miar 11 (roz­miar stopy PODEJ­RZA­NEGO to 9)

Tani gar­ni­tur

Fedora

75 cen­tów drob­nymi (dwie ćwierć­do­la­rówki, dwie dzie­siątki i jedna piątka)

Zega­rek kie­szon­kowy

Kwit z pralni (nr 54 873) - Kloz znaj­dzie pral­nie, które wysta­wiły kwity z tym nume­rem

Rak żołądka - leki: oktre­otyd, tra­stu­zu­mab, oksy­ko­don, lora­ze­pam

Tatuaż po wewnętrz­nej stro­nie pra­wego nad­garstka, świeży - cyfra osiem, znak nie­skoń­czo­no­ści?

Bra­ku­jące infor­ma­cje:

- Czy Emory cho­dziła do szkoły? Jeśli tak, do któ­rej?

- Zwią­zek Emory i Tylera

- Rekon­struk­cja twa­rzy

Zada­nia

- Clair: A. Mont­go­mery Ward Park, spraw­dzić ośrodki lecze­nia nowo­two­rów

- Nash i Por­ter spo­tkają się z Tyle­rem

- Kloz: zwe­ry­fi­ko­wać kwit z pralni, zdo­być zdję­cia z kamery prze­my­sło­wej - czy widać twarz?

- Wat­son: odwie­dzić wuja w spra­wie zegarka, dowie­dzieć się cze­goś o matce Emory

----------

19

Pamięt­nik

Ojciec wró­cił z pracy o 17.43. Jego czarne porsche skra­dało się pod­jaz­dem jak dziki kot polu­jący wie­czo­rem na ofiarę; sil­nik mru­czał z eks­cy­ta­cji. Ojciec wysko­czył zza kie­row­nicy i rzu­cił aktówkę na dach.

- Co pora­biasz, mistrzu?

Dach musiał być w pew­nym momen­cie opusz­czony, bo ojciec miał zmierz­wione włosy. A jego zadbana fry­zura ni­gdy nie była w nie­ła­dzie. Prze­cze­sał wło­sami gęstą czu­prynę i znowu wyglą­dał, jak należy.

Zer­k­ną­łem ner­wowo w stronę naszego domu. Minęły godziny, a pan Car­ter z niego nie wyszedł. Pani Car­ter też znik­nęła, ale z tego aku­rat się cie­szy­łem. Kiedy kobieta buczy na weran­dzie, prze­staje być damą, nawet jeśli jest tak śliczna jak pani Car­ter.

- Jestem głodny - oznaj­mił ojciec. - A ty? Matka na pewno przy­go­to­wała dla nas ucztę. Co byś powie­dział na to, żeby­śmy weszli i coś zje­dli? Co ty na to?

Zmierz­wił mi włosy swoją masywną dło­nią. Pró­bo­wa­łem go odtrą­cić, ale znowu to zro­bił, tym razem z chi­cho­tem.

- Chodź, mistrzu.

Jedną ręką trzy­mał aktówkę, a drugą chwy­cił mnie za bark i popro­wa­dził w stronę domu.

Ści­snęło mnie w żołądku i pomy­śla­łem, że zaraz zwy­mio­tuję, ale to uczu­cie prze­mi­nęło. Pró­bo­wa­łem iść powoli, żeby jego spo­wol­nić, jed­nak mój wysi­łek na nic się nie zdał. Ojciec mnie cią­gnął.

Weszli­śmy tyl­nymi scho­dami, prze­ci­snę­li­śmy się przez drzwi i zna­leź­li­śmy się w kuchni. Poczu­łem czy­jeś spoj­rze­nie na ple­cach. Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem panią Car­ter sto­jącą w oknie. Obser­wo­wała nas. Przy­kła­dała coś do twa­rzy. Chyba wore­czek z zamro­żo­nym grosz­kiem.

Matka stała przy zle­wie i wycie­rała naczy­nia. Gdy weszli­śmy, uśmiech­nęła się cie­pło i cmok­nęła ojca w poli­czek.

- Jak ci minął dzień, kocha­nie?

Ojciec odwza­jem­nił poca­łu­nek i posta­wił aktówkę na bla­cie.

- Jak zawsze... Coś tu pach­nie wybor­nie. Co to? - Zacią­gnął się głę­boko i pod­szedł do dużego garnka sto­ją­cego na kuchence.

Matka go objęła.

- Zro­bi­łam gulasz wołowy. Twój ulu­biony! Cóż by to mogło być innego?

Roz­glą­da­łem się jak osza­lały. Naj­pierw po kuchni, potem w salo­nie i w przed­po­koju. Drzwi do oby­dwu poko­jów i łazienki były otwarte. Ni­gdzie nie było śladu po panu Car­te­rze. A wie­dzia­łem, że nie wyszedł. Byłem tego pewien. Musiałby mnie minąć. Musiałby...

- Zapach jest obłędny - zachwy­cał się ojciec. - Może byś nakrył do stołu, mistrzu? Naleję sobie cze­goś dobrego do szkla­neczki z lodem.

Matka uśmiech­nęła się do mnie.

- Głę­bo­kie i płyt­kie tale­rze, kocha­nie. Może te ładne czer­wone?

Domy­ślam się, że oczy mia­łem wiel­kie jak spodki, ale matka zda­wała się tego nie zauwa­żać. Zaczęła pogwiz­dy­wać, wło­żyła ręka­wice i prze­nio­sła gar­nek z gula­szem na stół.

Przez chwilę sta­łem bez ruchu i przy­glą­da­łem się jej, a potem pod­sze­dłem do szu­flady ze sre­brami i wycią­gną­łem trzy łyżki. Mimo że w ciągu roku bar­dzo uro­słem, na­dal nie się­ga­łem do szafki z tale­rzami. Dla­tego trzy­ma­li­śmy w kuchni sto­pień. Wspią­łem się na niego, wycią­gną­łem trzy tale­rze i dalej nakry­wa­łem do stołu.

Ojciec wró­cił ze swoim drin­kiem i zajął miej­sce. Wsu­nął ser­wetkę za koł­nierz koszuli.

- Co dzi­siaj pora­bia­łeś? - zapy­tał mnie.

Pana Car­tera nie było w kuchni, sypial­niach ani salo­nie. Ojciec by go zoba­czył. I nie wyszedł. Wie­dzia­łem, że nie wyszedł.

- Tak sobie cho­dzi­łem. Nic spe­cjal­nego - odpo­wie­dzia­łem.

Matka posta­wiła na stole chleb i usia­dła. Nabrała łyżkę gula­szu i napeł­niła mi talerz po brzegi.

- Każdy może wziąć dużą dokładkę.

Pro­mie­niała.

Gapi­łem się na gulasz.

Ojciec uśmiech­nął się do matki.

- A co u cie­bie? Jak tobie minął dzień?

Matka nało­żyła mu por­cję rów­nie dużą jak mnie.

- Nie­wiele się tu działo. Nie ma o czym mówić.

Gapi­łem się na gulasz.

Pana Car­tera ni­gdzie nie było.

Chyba by... Nie mogłaby... Prawda?

Kiedy się­gną­łem po łyżkę, żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła. Poczu­łem, że pusz­czę pawia nad pawiami. Sta­ra­łem się nie wdy­chać woło­wego aro­matu uno­szą­cego się znad tale­rza, woni przy­praw. Gulasz pach­niał naprawdę wybor­nie i kiedy o tym pomy­śla­łem, paw prze­su­nął się jesz­cze bli­żej wyj­ścia.

Patrzy­łem, jak ojciec nabiera pełną łyżkę i wsuwa ją sobie do ust, a potem prze­żuwa jedze­nie z zachwy­tem. Matka przy­glą­dała się nam obu i rów­nież zja­dła łyżkę gula­szu, ale z mniej­szym zapa­łem od ojca. Obser­wo­wa­łem, jak się uśmie­cha i ociera kąciki ust ser­wetką.

- Sma­kuje wam? - zapy­tała. - Wypró­bo­wa­łam nowy prze­pis.

Byłem prze­ra­żony.

Ojciec wesoło poki­wał głową.

- To chyba naj­lep­szy gulasz, jaki zro­bi­łaś. Jesteś kuli­narną cza­ro­dziejką, moja droga.

- Mogę odejść od stołu? - zapy­ta­łem. Żołą­dek wywra­cał mi się na drugą stronę.

Matka i ojciec popa­trzyli na mnie, żując bied­nego pana...

Z piw­nicy dotarł do nas gło­śny jęk.

Ojciec i ja popa­trzy­li­śmy tam, skąd dobie­gał dźwięk. Matka nie. Jadła dalej, nie odry­wa­jąc wzroku od tale­rza.

- Co to...

Znowu to usły­sze­li­śmy. Nie było tym razem wąt­pli­wo­ści - na dole jęczał męż­czy­zna.

Ojciec wstał.

- Ktoś jęczy w piw­nicy.

- Powi­nie­neś dokoń­czyć obiad, kocha­nie - powie­działa matka.

Ojciec pod­szedł powoli do drzwi wio­dą­cych na dół.

- Co się dzieje? Kto to jest?

- Gulasz ci wysty­gnie. Nikt nie lubi zim­nego gula­szu.

Wsta­łem i sta­ną­łem za ojcem, kiedy się­gnął do klamki i naci­snął na stary mosiądz.

Nie lubi­łem cho­dzić do piw­nicy. Schody były strome i skrzy­piały przy naj­lżej­szym naci­sku. Ściany były wil­gotne i brudne. Na sufi­cie cza­iło się wię­cej pają­ków niż w całym lesie za domem. Było tam tylko jedno źró­dło świa­tła: goła żarówka wisząca pośrodku sufitu. Zawsze się bałem, że zga­śnie, kiedy jestem na dole. A gdyby tak się stało, nie byłoby moż­li­wo­ści ucieczki. Utknął­bym tam na zawsze, a pająki opusz­cza­łyby się na mnie jeden po dru­gim.

W piw­nicy miesz­kały pająki.

Ojciec otwo­rzył drzwi i prze­krę­cił włącz­nik świa­tła. Żarówka zaja­śniała żół­ta­wym bla­skiem na dole dłu­gich scho­dów.

Kolejny jęk. Tym razem gło­śniej­szy, bar­dziej naglący.

- Zostań tu, mistrzu.

Obją­łem go i pokrę­ci­łem głową.

- Nie schodź tam, ojcze.

Ode­rwał mnie od sie­bie.

- Zostań tu z matką.

Matka na­dal sie­działa przy stole i nuciła po cichu jakąś melo­dię. To była chyba pio­senka Rit­chiego Valensa.

Ojciec patrzył w dół scho­dów. Był w ich poło­wie, kiedy posta­no­wi­łem pójść za nim.

20

Clair

Dzień pierw­szy, 13.17

Clair stała przy dużej sta­lo­wej rzeź­bie w A. Mont­go­mery Ward Park. Pla­kietka gło­siła, że był to KRĄG PAMIĄT­KOWY. Widziała go już kilka razy z daleka, gdy jechała ulicą Erie, ale teraz, gdy stała bli­sko, musiała przy­znać, że nie ma poję­cia, co ta sterta metalu miała repre­zen­to­wać. Według niej przy­po­mi­nało to kupę Godzilli, którą potwór zro­bił na środku nie­ska­zi­tel­nego parku po tym, jak pożarł zawar­tość maga­zynu sklepu ze sta­lo­wymi urzą­dze­niami kuchen­nymi.

Clair osło­niła oczy przed słoń­cem i przy­glą­dała się oto­cze­niu.

Park nie był duży, ale Clair rozu­miała, że mógł się podo­bać, zwłasz­cza bie­ga­czom takim jak Emory. Ścieżka wio­dła wzdłuż obrzeży parku, po zachod­niej stro­nie wzdłuż rzeki. Zauwa­żyła plac zabaw po lewej stro­nie i duży ogro­dzony teren po pra­wej. Wewnątrz co naj­mniej dzie­sięć psów bie­gało z wła­ści­cie­lami i ganiało za pił­kami, dys­kami fris­bee i od czasu do czasu za małym dziec­kiem.

Nali­czyła dwa­na­ście osób z psami. W dru­gim końcu parku sze­ścioro doro­słych stało wokół placu zabaw i pil­no­wało dzieci z róż­nym nasi­le­niem. Clair rzu­ciła w wyobraźni monetą, uznała, że wypadł orzeł, i ruszyła w stronę huś­ta­wek.

Kiedy się do nich zbli­żała, matki i dwóch ojców patrzyło na nią czuj­nie.

- Dzień dobry! - powie­działa swoim naj­bar­dziej roz­bra­ja­ją­cym tonem.

Nie dość roz­bra­ja­ją­cym, jak się oka­zało - męż­czyźni zmu­sili się do uśmie­chu, patrząc ner­wowo na resztę grupy. Trzy matki chwy­ciły dzieci za ręce. Jedna nawet usta­wiła córkę za sobą. Trzeba było mieć dziecko, żeby zostać przy­ję­tym przez tę grupę - dziwni doro­śli wałę­sa­jący się samot­nie po parku nie byli tu mile widziani. Clair zaczęła się wahać co do swo­jej decy­zji. Ci ludzie wyglą­dali tak, jakby mogli gryźć znacz­nie dotkli­wiej od psów znaj­du­ją­cych się po dru­giej stro­nie parku. Poka­zała swój iden­ty­fi­ka­tor.

- Detek­tyw Nor­ton z poli­cji Chi­cago. Pro­szę pań­stwa o współ­pracę.

Za jej ple­cami zatrzy­mały się z piskiem opon trzy radio­wozy i fur­go­netka tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych, wszyst­kie z włą­czo­nymi kogu­tami, ale bez syren. Z radio­wo­zów wysiadł z tuzin funk­cjo­na­riu­szy. Otwo­rzyły się drzwi fur­go­netki i do grupy dołą­czyło trzech tech­ni­ków.

Kobieta w czar­nych spodniach i sza­rym swe­trze zdjęła córkę z huś­tawki i pode­szła do Clair.

- Co się dzieje?

Clair wie­działa, że jeśli wspo­mni o #4MK, ci ludzie zgarną swoje dzieci i znikną na ruchli­wych uli­cach, zanim zdoła zadać im choćby jedno pyta­nie. "Jeśli będę mówić ogól­ni­kowo, nie skła­mię", pomy­ślała sobie. "Mogę mówić ogól­ni­kowo".

- Według nas wczo­raj zagi­nęła w tym parku dziew­czyna. Jeśli poświęcą nam pań­stwo kilka minut, chcie­li­by­śmy zadać parę pytań.

Minęła sekunda, po któ­rej wszy­scy zaczęli mówić rów­no­cze­śnie - naj­pierw mię­dzy sobą, a potem do niej. Nie potra­fiła wyod­ręb­nić ani jed­nego słowa. Trójka dzieci zaczęła pła­kać bez powodu, chyba tylko po to, żeby prze­krzy­czeć doro­słych. Clair unio­sła ręce nad głowę.

- Pro­szę wszyst­kich o ciszę!

Czwarty dzie­ciak zaczął wrzesz­czeć. W dru­gim końcu parku szczek­nął pies, potem drugi i kolejne dwa. Przy­łą­czyły się do jazgotu, od któ­rego pękały bębenki w uszach.

- Dość tego! - wrza­snęła Clair tonem zare­zer­wo­wa­nym dla chło­pa­ków tuż przed tym, jak z nimi zry­wała i kazała im iść wła­sną drogą.

Doro­śli zamil­kli. Dzieci szybko poszły ich śla­dem. Wszyst­kie z wyjąt­kiem pulch­nego chłop­czyka sto­ją­cego obok pozio­mej huś­tawki. Na­dal zano­sił się pła­czem, buzię miał czer­woną i uma­zaną gilami i łzami.

Kobieta w sza­rym swe­trze wzięła córkę na ręce i zaczęła ją deli­kat­nie pod­rzu­cać.

- Ktoś zabrał ją stąd? Robimy, co możemy, żeby pil­no­wać dzieci. To jest miła oko­lica, ale teraz już ni­gdy nie wia­domo, z kim ma się do czy­nie­nia. Wokół cho­dzi tylu świ­rów. - Zamil­kła na chwilę i nagle otwo­rzyła sze­roko usta. - O Boże, czy ktoś porwał córeczkę Ander­so­nów? Nie widzia­łam Julie i jej matki przez cały dzień. To takie uro­cze dziecko. Mam nadzieję, że nic...

Clair pod­nio­sła rękę.

- To nie jest dziecko.

Tłu­mek wydał ści­szony pomruk ulgi. Szary Swe­ter posłała resz­cie spoj­rze­nie mówiące "zajmę się tym" i zwró­ciła się do Clair:

- Zatem kto?

Naj­wy­raź­niej była tu kró­lową matką, bo grupa się jej słu­chała. Nawet płacz dzieci cichł.

Clair wyświe­tliła w tele­fo­nie zdję­cie, które dostała od Kloza, i pod­su­nęła kobie­cie pod nos.

- Nazywa się Emory Con­nors. Ma pięt­na­ście lat. Według nas przy­szła do parku pobie­gać wczo­raj około osiem­na­stej i została tu porwana. Roz­po­znaje ją pani?

Kobieta wycią­gnęła rękę.

- Mogę?

Clair przy­tak­nęła i podała jej tele­fon.

Szary Swe­ter przy­glą­dała się wyświe­tla­czowi ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Zmru­żyła oczy i odwró­ciła się w stronę grupki.

- Mar­tin?

Dwaj męż­czyźni stali z tyłu tłumku. Ten po pra­wej stro­nie, ubrany w beżowe spodnie i błę­kitną koszulę, popra­wił grube oku­lary na nosie i pod­szedł do nich. Kobieta pod­su­nęła mu tele­fon.

- To ona, prawda?

Prze­krzy­wił głowę.

- Boże, mówi­łem wam, że coś jest nie tak. Trzeba było zadzwo­nić na poli­cję.

Clair ode­brała swój tele­fon i przy­pięła go do paska, następ­nie wycią­gnęła mały notat­nik i dłu­go­pis z tyl­nej kie­szeni.

- Mar­tin? Jak brzmi pań­skie nazwi­sko?

- Ort­ner. Mar­tin R. Ort­ner. - Zaczął lite­ro­wać nazwi­sko, ale zbyła go mach­nię­ciem ręki.

- A pani? - zapy­tała, patrząc znowu na kobietę.

- Tina Dela­ine. Więk­szość z nas przy­cho­dzi tu kilka razy w tygo­dniu. Ale o tej porze roku sta­ram się przy­cho­dzić codzien­nie. Gdy jest jesz­cze cie­pło. Lepiej, żeby dzie­ciaki spa­lały ener­gię tutaj, a nie w domu.

Clair poli­czyła dzie­ciaki. Te, które nie trzy­mały się kur­czowo rodzi­ców, bawiły się przy wiszą­cych huś­taw­kach. Wszyst­kie z wyjąt­kiem chłopca przy pozio­mej huś­tawce, który zajął się wycie­ra­niem nosa w swe­te­rek. Gdzie byli jego rodzice? Wró­ciła do Tiny Dela­ine.

- Co pań­stwo widzieli?

Tina znowu grała pierw­sze skrzypce.

- Biega tutaj pra­wie codzien­nie. Wczo­raj, kiedy dobie­gła do tam­tego rogu, stra­ci­łam ją z oczu za drze­wami. Zwy­kle po kilku sekun­dach poja­wia się po dru­giej stro­nie, ale nie tym razem. Powie­dzia­łam o tym Mar­ti­nowi i posta­no­wi­li­śmy to spraw­dzić. Poko­na­li­śmy połowę dystansu, a wtedy spo­mię­dzy drzew wyszedł ten męż­czy­zna. Niósł ją na rękach. Powie­dział, że widział, jak skrę­ciła kostkę i upa­dła. Ude­rzyła głową o zie­mię. Powie­dział, że ją zna i że zabie­rze ją do szpi­tala, bo tak będzie szyb­ciej, niż wzy­wać karetkę. Zanim któ­reś z nas zdą­żyło zare­ago­wać, szybko się odda­lił, posa­dził ją na miej­scu pasa­żera w swoim samo­cho­dzie i odje­chał.

- I nie zadzwo­nili pań­stwo na poli­cję? - zapy­tała Clair. Ścią­gnęła brwi.

- Powie­dział, że ją zna - odparł Mar­tin cichym gło­sem.

- Jaki samo­chód pro­wa­dził?

Tina zaci­snęła usta.

- Białą toyotę.

Mar­tin pokrę­cił głową.

- Jego auto nie było białe. Było beżowe.

- Ależ nie. Miał białą toyotę. Jestem tego pewna.

- Samo­chód na pewno nie był biały. Beżowy albo srebrny. I to nie była toyota. Według mnie to był ford. Focus albo fie­sta.

- Gdzie go zapar­ko­wał?

Mar­tin wska­zał w stronę krót­kiego rzędu miejsc par­kin­go­wych przy końcu ulicy Erie.

- Tam. Pod latar­nią.

Clair rzu­ciła tam okiem; nie zoba­czyła żad­nych kamer.

- W porządku. Pro­szę, żeby pań­stwo tu przez chwilę zostali. Przy­ślę kilku funk­cjo­na­riu­szy, żeby spi­sali pań­stwa oświad­cze­nia.

- Czy będziemy uczest­ni­czyli w spo­tka­niu z rysow­ni­kiem? - zapy­tała Tina. - Zawsze o tym marzy­łam!

- Zor­ga­ni­zu­je­cie kon­fron­ta­cję? - wypa­lił Mar­tin.

- Pro­szę tu zacze­kać - powtó­rzyła Clair. Odwró­ciła się i ruszyła w stronę grupy poli­cjan­tów.

Porucz­nik Bel­kin ją roz­po­znał i poma­chał do niej.

- Moi ludzie cho­dzą po Erie i Kings­bury. A co się dzieje tutaj?

Clair wska­zała ruchem głowy bry­gadę matek.

- Tych dwoje sto­ją­cych z przodu twier­dzi, że widzieli ją, jak bie­gała regu­lar­nie w parku. Wczo­raj wbie­gła za te drzewa i znik­nęła za nimi na zbyt długo. Wyniósł ją stam­tąd jakiś facet. Moż­liwe, że była nie­przy­tomna. Powie­dział im, że upa­dła i ude­rzyła się w głowę. Rze­komo chciał ją zawieźć do szpi­tala. Twier­dził, że ją zna.

Bel­kin ścią­gnął czapkę i prze­cze­sał pal­cami rzed­nące blond włosy.

- Chry­ste, więc porwał ją tak po pro­stu? Przyj­rzeli mu się?

- Widzieli, jak ją wsa­dzał do bia­łej, beżo­wej albo srebr­nej toyoty. Lub forda. Skoro nie mogą sobie przy­po­mnieć samo­chodu, życzę szczę­ścia przy spo­rzą­dza­niu opisu wyglądu. Roz­ma­wia­łam tylko z tą dwójką z przodu. Musimy też poroz­ma­wiać z ludźmi z wybiegu dla psów. Skie­ruj­cie tam kogoś, żeby nikt nie pró­bo­wał się wymknąć.

Porucz­nik wezwał dwóch poli­cjan­tów sto­ją­cych przed fur­go­netką i wydał im pole­ce­nie.

Clair podzię­ko­wała mu ski­nie­niem głowy i odwró­ciła się, żeby zadzwo­nić do Por­tera i zło­żyć mu mel­du­nek. Nie miała mu wiele do powie­dze­nia, ale jed­nak.

21

Pamięt­nik

Ojciec był już pra­wie na dole, kiedy zdo­by­łem się na odwagę, by za nim pójść. Ścią­gnął brwi. Jego oczy kazały mi wra­cać do kuchni, ale potem wywró­cił nimi, gdy dotarło do niego, że tego nie zro­bię.

Kiedy ojciec dotarł do dołu scho­dów, usły­sze­li­śmy kolejny jęk - jesz­cze bar­dziej natar­czywy od wcze­śniej­szych. Ojciec zamarł w bez­ru­chu i przy­glą­dał się cze­muś w odle­głym kącie piw­nicy.

- O rety. Matko, coś ty zro­biła?

Matka na górze już śpie­wała, nie nuciła i pobrzę­ki­wała naczy­niami. Czy nakła­dała sobie dokładkę gula­szu? Nie odpo­wie­działa ojcu, cho­ciaż jestem pewien, że sły­szała go rów­nie wyraź­nie jak ja.

Zsze­dłem na sam dół i powio­dłem spoj­rze­niem za wzro­kiem ojca. Zoba­czy­łem męż­czy­znę sku­lo­nego w kącie. Był przy­kuty kaj­dan­kami do gru­bej rury dopro­wa­dza­ją­cej wodę. Z kąci­ków ust wysta­wała mu szmata przy­mo­co­wana dwoma dłu­gimi kawał­kami sza­rej taśmy przy­kle­jo­nej dookoła głowy.

"Kiedy ją zerwą, to razem z wło­sami", pomy­śla­łem. "Włosy mu wyjdą z cebul­kami".

Oczy pana Car­tera patrzyły bła­gal­nie. Koszulę miał roze­rwaną, guziki z pew­no­ścią zagi­nęły gdzieś pośród kłę­bów kurzu i brudu na pod­ło­dze. Klatkę pier­siową miał pozna­czoną dłu­gimi nacię­ciami; nie­które zaczy­nały się na wyso­ko­ści barku i cią­gnęły aż do pępka. Jedno wyda­wało się się­gać znacz­nie niżej i sta­ra­łem się o nim nie myśleć. Bo na samą myśl czu­łem ból.

Porwana koszula i spodnie były ciemne od krwi. Zbie­rała się pod nim w gęstej kałuży, a w powie­trzu uno­siła się słodka woń mie­dzi. Oboje oczu miał pod­bite, z pra­wie czar­nymi siń­cami, i nie­wąt­pli­wie zła­many nos.

Ojciec patrzył na niego.

- Nie trak­tu­jemy tak sąsia­dów. Wydaje się, że zna­lazł się w tara­pa­tach.

Pró­bo­wa­łem odpo­wie­dzieć, ale z mojego zaschnię­tego gar­dła wydo­był się tylko słaby pomruk.

Pan Car­ter gapił się na nas obu i jęczał słabo zza kne­bla. Łzy zmo­czyły mu policzki i koł­nie­rzyk koszuli.

Matka zeszła gło­śno po scho­dach i spoj­rzała na pana Car­tera z pogardą i kry­ty­cy­zmem, które pod­nio­sły tem­pe­ra­turę w pomiesz­cze­niu.

- Ten, ten... męż­czy­zna, a uży­wam tego okre­śle­nia jak naj­bar­dziej nie­zo­bo­wią­zu­jąco, pobił dzi­siaj swoją piękną żonę, a potem uznał za sto­sowne przyjść tutaj i wyma­chi­wać swoją męsko­ścią, mówiąc mi rów­no­cze­śnie, że da mi to, czego jego zda­niem się spo­dzie­wa­łam. Cóż, raczej niczego się nie spo­dzie­wa­łam i nie zamie­rza­łam pod­dać się trak­to­wa­niu, jakie zapo­dał bied­nej Lisie. Bóg jej świad­kiem, że ni­gdy by nikogo nie skrzyw­dziła, nawet tej żało­snej kre­atury.

Ojciec prze­my­ślał jej słowa.

- A więc pobi­łaś go i przy­ku­łaś do rury w naszej piw­nicy?

- Nie pobi­łam go. Zepchnę­łam go ze scho­dów, przy­ku­łam kaj­dan­kami do rury, a potem zabra­łam się do pracy i usi­ło­wa­łam wygo­nić z niego dia­bła. To była ciężka praca i myślę, że pomimo poświę­ce­nia mu trzech godzin, tylko lekko go musnę­łam. Nabra­łam jed­nak takiego ape­tytu, że zamie­rzam kon­ty­nu­ować po tym, jak zjemy obiad, obiad, który sty­gnie, kiedy tu roz­ma­wiamy.

Ojciec powoli ski­nął głową. Potem pod­szedł do pana Car­tera i przy­kląkł przy nim.

- Czy to prawda, Simo­nie? Pobi­łeś swoją żonę? I przy­sze­dłeś tutaj, do mojego domu, by gro­zić kobie­cie, którą kocham? Matce tego pięk­nego chłopca? Czy zro­bi­łeś te rze­czy, Simo­nie?

Pan Car­ter gwał­tow­nie pokrę­cił głową, a jego oczy prze­ska­ki­wały z ojca na matkę i z powro­tem.

Matka wycią­gnęła długi nóż zza ple­ców i rzu­ciła się na tego męż­czy­znę.

- Kłamca! - krzyk­nęła.

Wbiła nóż w jego tłu­sty brzuch, a on krzyk­nął zza kne­bla. Jego twarz naj­pierw poczer­wie­niała, a potem zbla­dła, gdy matka wycią­gnęła nóż.

O dziwo, z rany popły­nęło nie­dużo krwi. A mnie zafa­scy­no­wał widok żół­tego tłusz­czu pod bladą skórą i kry­ją­cych się głę­biej ciem­nych mię­śni. Rana otwie­rała się i zamy­kała przy każ­dym odde­chu, jakby sama łapała powie­trze. Postą­pi­łem krok do przodu, żeby mieć lep­szy widok.

Matka znowu pod­nio­sła nóż.

Jeśli ojciec chciałby ją powstrzy­mać, z pew­no­ścią by mu się to udało. Jed­nak tego nie zro­bił. Przy­glą­dał się wszyst­kiemu spo­koj­nie z miej­sca, w któ­rym klę­czał przy panu Car­te­rze.

Matka wbiła nóż w udo męż­czy­zny z taką siłą, że prze­bił nogę i ude­rzył o beto­nową pod­łogę. Męż­czy­zna wydał z sie­bie kolejny krzyk i znowu zapła­kał. Wydało mi się to nawet zabawne. Doro­śli męż­czyźni nie powinni pła­kać. Ojciec tak powie­dział.

Matka obró­ciła nóż pra­wie o trzy­sta sześć­dzie­siąt stopni i wycią­gnęła ostrze. Tym razem poja­wiła się krew. Mnó­stwo krwi. Świeża kałuża zaczęła się two­rzyć pod dygo­czącą nogą.

Nie potra­fi­łem powstrzy­mać uśmie­chu. Nie lubi­łem pana Car­tera. Ani tro­chę. A po tym, co zro­bił pani Car­ter? Miło było patrzeć, jak dosta­wał to, na co zasłu­gi­wał. Kobiety należy sza­no­wać i podzi­wiać, zawsze. Dostał nauczkę.

22

Por­ter

Dzień pierw­szy, 13.38

Liceum What­ney Vale znaj­do­wało się w trzy­pię­tro­wym budynku ze szkła i stali sto­ją­cym na pół­noc od Uni­wer­sy­tetu Illi­nois w Chi­cago. Zazwy­czaj pla­su­jąca się w pierw­szej piątce liceów stanu Illi­nois szkoła była naj­bar­dziej wziętą w mie­ście. Szkolny ochro­niarz prze­pro­wa­dził Por­tera i Nasha kory­ta­rzami do biura i popro­sił, żeby tu pocze­kali, a sam poszedł szu­kać dyrek­tora. Nie minęła minuta, kiedy do pokoju wszedł niski łysy męż­czy­zna. Maj­stro­wał coś przy iPa­dzie.

- Dzień dobry, pano­wie. Dyrek­tor Kolby. W czym mogę panom pomóc?

Por­ter uści­snął dłoń męż­czy­zny i poka­zał odznakę.

- Musimy poroz­ma­wiać z jed­nym z pań­skich uczniów, Tyle­rem Mather­sem. Czy jest teraz na zaję­ciach?

Kolby zer­k­nął ner­wowo w stronę dwóch kobiet sto­ją­cych w recep­cji. Przy­glą­dały się im uważ­nie. Trzy zacie­ka­wione stu­dentki sie­działy na krze­słach usta­wio­nych pod ścianą.

- Może wej­dziemy do mojego gabi­netu? - Uśmiech­nął się i wska­zał w stronę małego pomiesz­cze­nia po lewej stro­nie. Kiedy zna­leźli się w środku i usiadł za biur­kiem, zapy­tał: - Czy Tyler wpa­ko­wał się w jakieś tara­paty?

Por­ter i Nash usie­dli na dwóch krze­słach sto­ją­cych naprze­ciwko dyrek­tora. Były małe i niskie, nie­wy­godne. Por­ter natych­miast poczuł się tak, jakby sam zna­lazł się w opa­łach i cof­nął do cza­sów mło­do­ści. Spo­ciły mu się dło­nie. Mimo że dyrek­tor Kolby był o co naj­mniej dzie­sięć cen­ty­me­trów niż­szy od niego, patrzył na niego z góry ze swo­jego skó­rza­nego fotela. Spoj­rze­nie miał tak auto­ry­ta­tywne, że Por­ter poczuł się, jakby miał za chwilę zostać zawie­szony. Zigno­ro­wał to wra­że­nie i pochy­lił się do przodu.

- By­naj­mniej. Musimy z nim poroz­ma­wiać o jego dziew­czy­nie.

Kolby ścią­gnął brwi.

- O dziew­czy­nie? Nie wie­dzia­łem, że ma jakąś.

Nash otwo­rzył zdję­cie w swo­jej komórce i pod­su­nął dyrek­to­rowi na biurku.

- Nazywa się Emory Con­nors. Czy uczy się tutaj?

Kolby wziął tele­fon do ręki i przy­glą­dał się przez chwilę foto­gra­fii, następ­nie wystu­kał imię na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera i prze­czy­tał rezul­tat.

- Nie jest naszą uczen­nicą. - Oddał tele­fon Nashowi i wci­snął guzik na biurku. - Panna Cald­well? Może pani zna­leźć Tylera Mathersa i popro­sić, żeby przy­szedł do mojego gabi­netu?

- Tak jest, sir - powie­dział docho­dzący zni­kąd głos.

Por­ter zer­k­nął na Nasha. Jego part­ner ni­gdy nie był taki spo­kojny. Ręce miał zło­żone grzecz­nie na kola­nach i nie nawią­zy­wał kon­taktu wzro­ko­wego z dyrek­to­rem. Por­ter mógł się tylko domy­ślać, jakie pro­blemy Nash stwa­rzał w cza­sach, gdy był uczniem; pew­nie czę­sto się musiał mel­do­wać w gabi­ne­cie dyrek­tora. Kolby też to dostrzegł, ale zamiast coś powie­dzieć, tylko się uśmiech­nął z wyż­szo­ścią i kli­kał coś na iPa­dzie.

- Zdaje się, że jest na lek­cji mate­ma­tyki na trze­cim pię­trze. Powi­nien tu być za kilka minut. Napiją się pano­wie cze­goś?

Por­ter pokrę­cił głową.

- Nie, pro­szę pana - odpo­wie­dział Nash. - Bar­dzo dzię­kuję.

Pięć minut póź­niej roz­le­gło się puka­nie do drzwi i do gabi­netu wszedł mniej wię­cej szes­na­sto­letni chło­pak. Zmie­rzył wzro­kiem detek­ty­wów, nastę­pie ukło­nił się lekko dyrek­to­rowi.

- Wzy­wał mnie pan?

Kolby wstał.

- Wejdź, Tyle­rze. Zamknij za sobą drzwi. Ci pano­wie są z poli­cji. Chcie­liby z tobą przez chwilę poroz­ma­wiać.

Chło­pak otwo­rzył sze­roko oczy. Nie­wąt­pli­wie szu­kał w myślach, pośród wszyst­kiego, co ostat­nio nawy­wi­jał, cze­goś, co mogłoby zain­te­re­so­wać poli­cję.

Por­ter posłał mu uspo­ka­ja­jący uśmiech.

- Spo­koj­nie, synu. Nic nie zro­bi­łeś. Musimy z tobą poroz­ma­wiać o Emory.

Wyda­wał się zdzi­wiony.

- O Em? Nic jej się nie stało?

Por­ter spoj­rzał na Kolby'ego.

- Byłby pan tak miły i dał nam kilka minut na roz­mowę z panem Mather­sem?

Kolby pokrę­cił prze­cząco głową.

- Przy­kro mi, ale jest nie­letni. Oba­wiam się, że pod nie­obec­ność rodzi­ców będę musiał zostać w gabi­ne­cie.

- Słusz­nie - zauwa­żył Por­ter.

Wstał z niskiego krze­sła i usiadł na kra­wę­dzi biurka, blo­ku­jąc Kolby'emu widok na ucznia. Nash zro­bił to samo. Kolby chrząk­nął za ich ple­cami, ale nic nie powie­dział.

- Kiedy widzia­łeś Emory po raz ostatni?

Chło­pak prze­stą­pił z nogi na nogę.

- Chyba w sobotę. Poszli­śmy do kina, a potem na obiad w cen­trum. Nic jej nie jest? Zaczy­nam się dener­wo­wać.

Por­ter zer­k­nął na Nasha.

- Sądzimy, że została porwana.

Chło­pak zbladł.

- Kto by... Dla­czego?

- Naj­praw­do­po­dob­niej stało się to wczo­raj w A. Mont­go­mery Ward Park, kiedy bie­gała. To jest około pół­tora kilo­me­tra...

Tyler ski­nął głową.

- Wiem, gdzie to jest. Cią­gle tam biega. Boże, powta­rza­łem jej, żeby nie bie­gała sama, ale ni­gdy mnie nie słu­cha. - Do oczu napły­nęły mu łzy. Otarł je ręka­wem. - Jest taką śliczną dziew­czyną i nosi te obci­słe stroje do bie­ga­nia. Cią­gle jej mówię, że to nie jest bez­pieczne. W tym mie­ście roi się od świ­rów. Boże. Cią­gle wysy­ła­łem do niej SMS-y i nie odpi­sy­wała. To do niej nie­po­dobne. Naj­czę­ściej odzywa się po minu­cie lub dwóch. A mil­czy od wczo­raj. Pla­no­wa­łem iść do niej zaraz po skoń­cze­niu lek­cji.

- Gdzie ona się uczy?

- Ni­gdzie. To zna­czy w domu. Nie cho­dzi do szkoły. Ma pry­wat­nych nauczy­cieli.

- I wła­śnie ktoś taki z nią mieszka? Nauczy­cielka?

Tyler przy­tak­nął.

- Pani Bur­row.

- Jak ma na imię?

- Przy­kro mi, ale nie wiem. Kiedy tam cho­dzę, sie­dzi naj­czę­ściej w swoim pokoju. Pra­wie z nią nie roz­ma­wiam.

- Masz pomysł, gdzie mogli­by­śmy ją zna­leźć?

Tyler znowu pokrę­cił głową.

- Myśli­cie, że nic się jej nie stało? To zna­czy, Emory. Nie mogę uwie­rzyć, że ktoś to zro­bił.

Kolby się poru­szył. Por­ter pra­wie zapo­mniał o jego obec­no­ści.

- Czy mogę w jakiś spo­sób pomóc? - zapy­tał Tyler.

Por­ter wycią­gnął wizy­tówkę z tyl­nej kie­szeni i podał chło­pa­kowi.

- Zadzwoń, jeśli cze­goś się dowiesz.

- Pró­bo­wa­li­ście namie­rzyć jej tele­fon? Chyba może­cie to zro­bić?

- Jej tele­fon znik­nął z sieci wczo­raj - poin­for­mo­wał go Nash. - Naj­praw­do­po­dob­niej został wyłą­czony.

- Oby­dwa?

23

Pamięt­nik

Świeżo po prysz­nicu, z mokrymi wło­sami i pach­nący zasypką dla nie­mow­ląt, prze­sze­dłem ze swo­jego pokoju do kuchni. Mocno zgłod­nia­łem, a gulasz wołowy pach­niał po pro­stu wspa­niale. Usia­dłem na swoim krze­śle przy stole i zgar­nia­łem kolejne por­cje do ust, przy­po­mi­na­jąc sobie, że powi­nie­nem gryźć. Pio­senka Rit­chiego Valensa, którą matka wcze­śniej śpie­wała, na dobre zako­rze­niła się w mojej gło­wie i zauwa­ży­łem, że nucę przy jedze­niu. Zawsze mia­łem dosko­nałe wyczu­cie rytmu, nawet w tak mło­dym wieku.

Matka i ojciec na­dal byli w piw­nicy. Ich śmiech docie­rał na górę scho­dów i odbi­jał się echem od drzwi. Świet­nie się bawili. Stra­ci­łem zain­te­re­so­wa­nie, kiedy pan Car­ter odle­ciał po raz trzeci i ostatni. Zdaje się, że jego serce nie wytrzy­mało. Stra­cił mnó­stwo krwi, to pewne, ale nie tyle, żeby go to zabiło. Ludz­kie ciało może stra­cić do czter­dzie­stu pro­cent, zanim umrze. Ktoś roz­mia­rów pana Car­tera nosi w sobie ze cztery i pół do pię­ciu litrów. Wąt­pię, żeby stra­cił w sumie wię­cej niż pół­tora litra. Trudno to cza­sem stwier­dzić, ale kiedy krew się zbiera na beto­nie, jak w tym wypadku, łatwo to okre­ślić.

Nie, to nie utrata krwi go zała­twiła. To był strach.

Patrzy­łem ze scho­dów, jak ojciec wyjął oczy pana Car­tera. Nie sądzę, żeby ten się zorien­to­wał w pierw­szej chwili, co się stało, lecz gdy ojciec wło­żył je w dłoń pana Car­tera, żeby je przy­trzy­mał, pan Car­ter ści­snął je za mocno. Ojca to roz­ba­wiło. A matka dalej go cięła. Na początku robiła nie­wiel­kie nacię­cia i tylko kilka głę­bo­kich. Dro­czyła się z nim. Naci­nała skórę na ramie­niu na dłu­go­ści dwóch cen­ty­me­trów, żeby zwró­cić na to jego uwagę, a potem wbi­jała nóż głę­boko w udo i obra­cała (uwiel­biała to). Nie miał oczu, więc nie wie­dział, gdzie i kiedy poczuje kolejny cios. Domy­ślam się, że taka nie­pew­ność wpra­wiała stare serce w nie­złe tempo. Kiedy pan Car­ter zaczął wpa­dać w szok, ojciec posłał mnie na górę, żebym przy­niósł sole trzeź­wiące. Nikt z nas nie chciał, żeby stra­cił przy­tom­ność, gdy mie­li­śmy tak dosko­nały ubaw. No bo co by to była za zabawa? Po jakimś cza­sie nie­wiele już mogli­śmy zro­bić, żeby nie odle­ciał. Szok psuje imprezę.

W końcu wziął głę­boki wdech. Jego ciało drgnęło, zesztyw­niało i opa­dło bez­wład­nie na beton. Chyba znowu naro­bił pod sie­bie, ale wokół pano­wał taki roz­gar­diasz, że trudno to było stwier­dzić na pewno. Matka to wszystko zaczęła, więc wie­dzia­łem, że ojciec każe jej póź­niej posprzą­tać. Taka była zasada. Ojciec uwiel­biał swoje zasady.

Kolejna salwa śmie­chu dobie­ga­jąca z dołu. Co oni tam jesz­cze wypra­wiali?

Się­ga­łem po kolejną dokładkę gula­szu, gdy usły­sza­łem puka­nie w ramę siatki w drzwiach od kuchni. Po dru­giej stro­nie stała pani Car­ter. Oboje jej oczu miało okropny fio­le­towy odcień. Na lewym policzku wid­niał duży siniak. Trzy­mała się za lewy nad­gar­stek.

- Czy mój mąż tu jest? - zapy­tała cicho.

Się­gną­łem po ser­wetkę i otar­łem kąciki ust. Naprawdę nie mia­łem powodu, bo ni­gdy nie jadłem nie­chluj­nie, ale potrze­bo­wa­łem chwili do namy­słu.

- Nie wró­cił do domu. Minęło wiele godzin.

Głos miała niski, zachryp­nięty. Prze­pła­kała sporo czasu. Zasta­na­wia­łem się, dla­czego chciała jego powrotu. Wywi­nął jej nie­zły numer. Naprawdę chciała, żeby wró­cił do niej tanecz­nym kro­kiem, jakby się nic nie stało?

Wsta­łem od stołu i pod­sze­dłem do drzwi. Widzia­łem zamek - nie był prze­krę­cony. Nie zamie­rza­łem zapra­szać jej do środka, ale to nie zna­czyło, że nie mogła wejść do środka. Nie była obcą osobą. Zazwy­czaj stu­kała kilka razy we fra­mugę i wcho­dziła. Czemu nie? Tym razem jed­nak tego nie zro­biła. Stała na weran­dzie i się chwiała. Przy­glą­dała mi się pod­bi­tymi oczami, które przy­po­mi­nały szparki i naj­chęt­niej by się zamknęły.

- Zapy­tam matkę. Da mi pani chwilę? - zwró­ci­łem się do niej swoim doro­słym rze­czo­wym tonem, który suge­ro­wał cał­ko­witą swo­bodę i pew­ność sie­bie i mówił: "Może mi pani zaufać. Pomogę pani jak naj­peł­niej".

Ski­nęła głową. Musiało ją to zabo­leć, bo twarz się jej lekko skrzy­wiła przy tym ruchu.

Posła­łem jej uśmiech i zsze­dłem po scho­dach do piw­nicy.

24

Por­ter

Dzień pierw­szy, 15.03

Zna­leźli Kloza pochy­lo­nego nad biur­kiem w kącie w głębi pokoju infor­ma­ty­ków. Na biurku pano­wał bała­gan skła­da­jący się z pod­ręcz­ni­ków obsługi, luź­nych kar­tek, opa­ko­wań po fast foodach i spo­rej kolek­cji zaba­wek zwią­za­nych z Bat­ma­nem. Nash wycią­gnął rękę w stronę bat­mo­bilu, ale obe­rwał linijką, zanim zdą­żył go pod­nieść.

- Kiedy przy­cho­dzę do two­jego domu, nie bawię się two­imi lal­kami Bar­bie. Nie doty­kaj moich rze­czy - burk­nął Kloz.

- Co zna­la­złeś? - zapy­tał go Por­ter.

- Drugi numer mil­czy, ale spójrz­cie na to. - Wska­zał na środ­kowy ekran z pię­ciu sto­ją­cych na biurku.

Auto­bus miej­ski trwał w bez­ru­chu w pra­wym gór­nym rogu. Po lewej stro­nie w rogu stała grupka ludzi ocze­ku­ją­cych na moż­li­wość przej­ścia przez jezd­nię.

Por­ter się pochy­lił.

- Widzi­cie go? - Kloz wska­zał na miej­sce mię­dzy postaw­nym męż­czy­zną w ciem­nym gar­ni­tu­rze a kobietą pcha­jącą wózek. - Widzi­cie to? To jest góra jego fedory.

Nash zmru­żył oczy.

- Nie widzę wyraź­nie.

- Prze­winę do przodu. - Kloz naci­snął kilka przy­ci­sków i film prze­wi­nął się do przodu. Kobieta pochy­liła się i szep­nęła coś do dziecka w wózku. Sto­jący za nią męż­czy­zna był widoczny przez uła­mek sekundy. Fedorę miał opusz­czoną pod lek­kim kątem, tak że zasła­niała jego twarz przed kamerą, ale to był zde­cy­do­wa­nie on.

- Możesz dać zbli­że­nie? - popro­sił Por­ter.

Kloz prze­krę­cił pokrę­tło obok myszki i obraz się powięk­szył.

- Jeżeli zbliżę za bar­dzo, robi się pik­se­loza. Ale to i tak bez zna­cze­nia, bo prze­szka­dza nam kape­lusz. Spójrz­cie.

Wci­snął przy­cisk "Play". Scena roz­gry­wała się w zwol­nio­nym tem­pie. Por­ter patrzył, jak auto­bus wle­cze się po ekra­nie z ułam­kiem zwy­kłej pręd­ko­ści pojazdu i zbliża się do skrzy­żo­wa­nia. Świa­tło w gór­nym pra­wym rogu ekranu świe­ciło na zie­lono.

- Kie­rowca nie kła­mał. Świa­tło było zie­lone, gdy wjeż­dżał na skrzy­żo­wa­nie.

Kloz popu­kał w ekran dłu­go­pi­sem.

- Miej­cie tego gościa na oku.

Kiedy auto­bus się zbli­żył, męż­czy­zna w fedo­rze wystą­pił przed ludzi. Twarz zasła­niał mu kape­lusz, kiedy zer­k­nął na ulicę, a potem spoj­rzał na chod­nik. Jed­nym szyb­kim ruchem odbił się od kra­węż­nika i rzu­cił na ulicę. Jego stopy nie dotknęły już ziemi - bark zetknął się z kratką chłod­nicy auto­busu, a siła zde­rze­nia odrzu­ciła męż­czy­znę. Wszystko działo się bar­dzo szybko, nawet w zwol­nio­nym tem­pie. Jego ciało zda­wało się sta­piać z czo­łem auto­busu. A potem ode­rwało się od niego i poszy­bo­wało w powie­trzu, zni­ka­jąc z ekranu.

- Cho­lera - mruk­nął Nash.

Auto­bus poje­chał dalej, zosta­wiw­szy za sobą ludzi patrzą­cych z nie­do­wie­rza­niem na roz­gry­wa­jącą się scenę.

- Mun­du­rowi roz­ma­wiali ze wszyst­kimi tymi ludźmi i nikt gościa nie pamięta - poin­for­mo­wał ich Kloz. - Więk­szość sie­działa z nosami w komór­kach i dzia­łała na auto­pi­lo­cie. Nikt nie potra­fił go opi­sać. A można by pomy­śleć, że facet w fedo­rze czymś się wyróż­nia.

- Ewi­dent­nie sko­czył przed maskę. To pewne - stwier­dził Nash. - Nie pla­no­wał dotrzeć do skrzynki na listy. Samo­bój­stwo pod kołami pojazdu maso­wego trans­portu.

- Oglą­da­łem ten mate­riał ze sto razy, z różną pręd­ko­ścią i w powięk­sze­niach. Nie ma wyraź­nego uję­cia jego twa­rzy - powie­dział Kloz. - Moim zda­niem grał przed kamerą. Nie­ty­powy strój spra­wia, że się wyróż­nia, ale usta­wił kape­lusz pod takim kątem, żeby nie dało się zoba­czyć twa­rzy. Wie­dział dokład­nie, co robi, i według mnie chciał, żeby­śmy go widzieli, ale nie jego twarz. Stąd ten strój.

- #4MK wie­dział, że umiera, lecz zamiast pozwo­lić natu­rze robić swoje, porwał ostat­nią ofiarę, wło­żył naj­lep­szy gar­ni­tur i urzą­dził przed­sta­wie­nie, żeby sobie zagwa­ran­to­wać, że zosta­nie zapa­mię­tany? - zasta­na­wiał się na głos Por­ter. - Ocze­ki­wał, że znaj­dziemy ucho i sko­ja­rzymy fakty. Zosta­wił pamięt­nik, bo przed­sta­wia w nim swoją histo­rię z wła­snej per­spek­tywy, opo­wiada o swoim pocho­dze­niu. Zale­żało mu na tym, żeby nie było prze­kła­mań w pod­ręcz­ni­kach histo­rii. Zawsze był dro­bia­zgowy. Dla­czego miałby zosta­wiać coś tak waż­nego dzien­ni­ka­rzom i sza­leń­com z Inter­netu? Nic nie jest tu tak przy­pad­kowe, jak się wyda­wało z początku. Według mnie pozo­stałe przed­mioty, które przy nim zna­leź­li­śmy, zega­rek, kwit z pralni, może nawet te drobne, mają jakieś zna­cze­nie.

Nash ścią­gnął brwi.

- Chyba prze­sa­dzasz, Sam.

- Tani gar­ni­tur, Fedora, buty w złym roz­mia­rze... Niczego nie pozo­sta­wił przy­pad­kowi. Na­dal się nami bawi, upra­wia jakąś grę, opo­wiada histo­rię. I wszystko do sie­bie pasuje. Jakimś cudem ma zna­cze­nie.

- Albo mógł mieć te rze­czy przy sobie zupeł­nie przy­pad­kowo, gdy poca­ło­wał się z auto­bu­sem.

Por­ter wes­tchnął.

- Chcę tylko powie­dzieć, że nie wszystko jest spi­skiem - dodał Nash.

- Ten facet dzia­łał od lat, nie zosta­wia­jąc naj­mniej­szej poszlaki. A teraz to wszystko? To coś zna­czy.

Zadzwo­nił tele­fon Por­tera. Detek­tyw wycią­gnął go z kie­szeni i ode­brał. Przy­ta­ki­wał, kiedy dzwo­niący do niego mówił. Gdy się roz­łą­czył, zabrał swoje klu­czyki z biurka Kloza.

- To był Mur­ray. Dzwo­nił z Flair Tower. Dopa­dli Bur­row, kiedy jechała na górę windą gospo­dar­czą.

25

Pamięt­nik

Zna­la­złem matkę i ojca tarza­ją­cych się po skrwa­wio­nej pod­ło­dze w swo­ich obję­ciach. Darli się przy tym jak dzie­ciaki w szczy­to­wym momen­cie waka­cji. Przy­ło­ży­łem palec do ust i uci­szy­łem ich.

- Co jest, mistrzu? - zapy­tał ojciec, który zatrzy­mał się na dość długą chwilę, by odgar­nąć nie­sforny kosmyk dłu­gich wło­sów matki z jej twa­rzy, z widoczną na niej szkar­łatną smugą, być może z odro­biną tłusz­czu. Trudno było powie­dzieć, bo matka była cała brudna.

- Pani Car­ter jest na górze. Weszła tyl­nymi drzwiami - powie­dzia­łem cicho. - Szuka pana Car­tera. Widziała, jak wcho­dził tu wcze­śniej. Jak wcho­dził do domu z matką. Obser­wo­wa­łem ją z podwórka.

Trudno było odgad­nąć myśli ojca. Zawsze było to trudne. Odwró­cił się do matki.

- To prawda? Widziała?

Matka wzru­szyła ramio­nami.

- Przy­pusz­czam, że to moż­liwe. Zacho­wy­wał się zupeł­nie nie­prze­wi­dy­wal­nie, wręcz bru­tal­nie. Po pro­stu się bro­ni­łam. Lisa zro­zu­mie. Jest bar­dzo wyro­zu­miałą kobietą.

Ojciec szybko omiótł wzro­kiem piw­nicę i oce­nił scenę. Pan Car­ter spły­wał krwią, na­dal był przy­kuty do rury, a jego ciało pre­zen­to­wało się znacz­nie gorzej niż wtedy, gdy się znu­dzi­łem i posze­dłem na górę. Po jego śmierci kon­ty­nu­owali cię­cie go. To, co z niego zostało, nie przy­po­mi­nało czło­wieka, tylko górę mięsa, zabawkę porzu­coną przez dra­pież­nika.

- Jest na górze - powtó­rzy­łem. - Teraz.

Matka wes­tchnęła.

- Nie nada­jemy się do przyj­mo­wa­nia gości.

Ojciec zachi­cho­tał na te słowa.

- Może powin­ni­śmy popro­sić, żeby zaj­rzała do nas póź­niej?

- Wydaje mi się, że drzwi nie były zamknięte. Może tu wejść - zauwa­ży­łem. - Może już być w środku.

Ojciec wyplą­tał się z matki i wstał.

- To by było nie­wska­zane.

Musia­łem się z nim zgo­dzić.

- Myślisz, że potra­fił­byś ją odpra­wić? - zapy­tał ojciec.

- Nie... nie wiem - wyją­ka­łem.

- Jesteś już dużym chłop­cem, mistrzu, prak­tycz­nie panem domu. Jesteś od niej mądrzej­szy, nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Zasta­nów się i znajdź jakiś spo­sób.

Nie mogła zoba­czyć matki i ojca. Nie w takim sta­nie. A oni nie zdo­łają się prze­mknąć tak, żeby ich nie zauwa­żyła. Drzwi od kuchni znaj­do­wały się dokład­nie naprze­ciwko wej­ścia do piw­nicy.

Po czę­ści mia­łem nadzieję, że weszła, że stała już na scho­dach i nas słu­chała. Pomy­śla­łem o niej nad jezio­rem; i o tym, jak by to było, gdyby została przy­kuta łań­cu­chami w piw­nicy.

- Jak sądzisz, mistrzu? Pora­dzisz sobie z nią?

Przy­tak­ną­łem.

- Tak.

26

Emory

Dzień pierw­szy, 15.34

Emory sku­liła się w rogu pod noszami; jedną dłoń przy­ci­skała do ucha, drugą do ściany. Jed­nakże nie mogła zablo­ko­wać tej muzyki. Była zbyt gło­śna. Jesz­cze ni­gdy nie sły­szała tak gło­śnego sprzętu. Była wio­sną na kon­cer­cie Ima­gine Dra­gons w All­state Arena z Kir­stie Donald­son i stały nie­cały metr od sceny naprze­ciwko naj­więk­szych gło­śni­ków, jakie widziała. Były tak potężne, że dźwięk odrzu­cał im włosy na plecy, dzięki czemu zro­biły sobie fan­ta­styczne sel­fie.

Ten dźwięk był jed­nak gło­śniej­szy. Nie tylko gło­śniej­szy; muzyka odbi­jała się od ścian. Roz­brzmie­wała echem. Rytm wpra­wiał w drże­nie jej kości.

Gdy zaczęła grać - zdaje się, że wiele godzin temu - Emory krzyk­nęła co sił w płu­cach, ale muzyka ją zagłu­szyła. Jej głos gubił się za Pink Floy­dami, Janis Joplin i kil­koma innymi zespo­łami, które roz­po­zna­wała, ale któ­rych nie potra­fiła nazwać. Mimo to krzy­czała dalej, wyrzu­cała z sie­bie wście­kłość, nie­na­wiść i strach gotu­jące się w niej i potrze­bu­jące ujścia. Krzy­czała tak długo, aż roz­bo­lało ją gar­dło i poczuła pew­ność, że stra­ciła głos, bez względu na to, czy go sły­szała, czy nie. Krzy­czała tak długo, aż jej język zamie­nił się w papier ścierny i migrena napie­rała jej na tył oczu.

Pró­bo­wała scho­wać głowę mię­dzy kolana i to na chwilę pomo­gło, ale teraz bolało ją prawe ramię z powodu nie­wy­god­nego uło­że­nia. Sfru­stro­wana szarp­nęła kaj­danki, lecz tylko wbiły się moc­niej w nad­gar­stek. Miała ochotę się roz­pła­kać, tylko że wypła­kała już wszyst­kie łzy kilka godzin wcze­śniej.

Było jej zimno.

Nagie ciało sty­kało się z każ­dej strony z wil­got­nymi i zim­nymi powierzch­niami.

- Mamo? - Mimo że wypo­wie­działa to słowo na głos, nie sły­szała go. Znik­nęło zagłu­szone pio­senką zespołu The Who będącą moty­wem prze­wod­nim serialu CSI: Kry­mi­nalne zagadki Las Vegas. A może to był zespół The What... - Jesteś tu na­dal, mamo?

Wycią­gnęła głowę spo­mię­dzy kolan i spoj­rzała do góry. Muzyka dobie­gała gdzieś z góry. Po upły­wie wielu godzin wzrok Emory przy­zwy­czaił się tro­chę do ciem­no­ści. Mimo że była nie­mal abso­lutna, dało się dostrzec nie­wy­raźne kształty. Emory widziała nogi noszy, przy­naj­mniej te znaj­du­jące się naj­bli­żej niej. Widziała rękę przy­kutą do barierki, a nawet kawa­łek samej barierki. Spró­bo­wała prze­su­nąć kaj­danki z jed­nego końca na drugi, bo miała nadzieję, że się zsuną, ale zamiast tego minęły tylko naroż­nik i ude­rzyły o kolejną rurkę, krzy­żu­jącą się z poprzed­nią, i utknęły w miej­scu. A potem...

Coś prze­bie­gło jej po nodze. Emory krzyk­nęła i pod­cią­gnęła nogi pod sie­bie.

Co to było? Kara­luch?

Nie. To było zbyt duże. Może mysz albo...

Oby to nie był szczur. Nie­na­wi­dziła szczu­rów. Widy­wała je cza­sami, jak wysta­wiały łebki ze stu­dzie­nek kana­li­za­cyj­nych. Miały oczy jak paciorki i ostre żółte zęby, któ­rymi szczę­kały z głodu, gdy bie­gły ciem­nymi ulicz­kami do kon­te­ne­rów ze śmie­ciami, żeby poszu­kać cze­goś do jedze­nia. Jedzą wszystko. Sły­szała, że cza­sami ata­kują bez­dom­nych całymi sta­dami, tylko że w ich przy­padku nie mówi się chyba o sta­dach. Znała wła­ściwe słowo. Pytano o nie w teście z przy­rody, który zda­wała kilka lat temu. Gro­mada. Wła­śnie! Grupę szczu­rów nazywa się gro­madą. Okre­śle­nie to wyda­wało się jej głu­pie i na­dal tak o nim myślała, ale znała je. I jedyną rze­czą gor­szą od jed­nego szczura było wię­cej szczu­rów. Gro­mada.

- Mamo?

Coś otarło się o jej udo. Pod­sko­czyła, aż ude­rzyła głową o nosze. Pro­szę, tylko nie szczury. Praw­do­po­dob­nie bar­dzo dobrze widzą w ciem­no­ści. Wyobra­ziła sobie wło­chate stwo­rze­nie sto­jące w rogu i przy­glą­da­jące się jej, z pyskiem ocie­ka­ją­cym śliną, w któ­rej roi się od cho­rób.

"Nie chcę być fata­listką, ale muszę o coś zapy­tać. Co jada szczur tkwiący w beto­no­wym bun­krze razem z nagą dziew­czyną?"

Emory jęk­nęła i nawet sły­szała się przez sekundę. Potem zaczęła się solówka gita­rowa, która wypa­liła doszczęt­nie jakie­kol­wiek inne dźwięki. Dziew­czyna wdra­pała się na nosze.

"Wiem, że szczury nie są wybredne. Cie­szą się z każ­dego poży­wie­nia, jakie się im pod­su­nie. Myślę sobie, że ładna młoda dziew­czyna sta­no­wi­łaby łakomy kąsek, nie sądzisz? Można by cię nazwać woło­winą z Kobe w porów­na­niu z zasu­szo­nym bez­dom­nym".

Emory wpa­try­wała się w ciem­ność wokół sie­bie. Czuła, że zwie­rzę ją obser­wuje, ale nie widziała go.

"Cie­kawe, czy potra­fią się wspi­nać".

Nosze pisnęły, kiedy prze­su­nęła się na pupie na ich śro­dek.

"Idę o zakład, że jeśli jest ich kilka, mogą usta­wić się w pira­midę i się­gnąć na górę. To pomy­słowe stwo­rze­nia. Sły­sza­łam, że cza­sami gryzą ofiarę w poli­czek, żeby otwo­rzyła oczy, bo wtedy mogą wycią­gnąć gałkę oczną z oczo­dołu. Zarzu­cają przy­nętę i biorą, co chcą. Są sprytne".

- To nie jest szczur - powie­działa Emory do sie­bie. - No bo jak by się tu dostał?

"No wła­śnie. Tylko że on jakoś cię tutaj umie­ścił. Może wrzu­cił tu też jed­nego, dwa lub trzy szczury? Prze­cież ten czło­wiek odcina ludziom czę­ści ciała i wysyła ich rodzi­nom. Facet ma raczej wąt­pliwe upodo­ba­nia w kwe­stii roz­rywki. Może nie grać w otwarte karty".

Serce Emory waliło. Czuła ryt­miczne łup, łup, łup w miej­scu odcię­tego ucha.

Kiedy szczur prze­biegł obok niej tym razem, widziała go na pewno, cho­ciaż tylko przez chwilę. Potem pulchny gry­zoń znik­nął w mroku.

27

Pamięt­nik

Wcho­dzi­łem po scho­dach w śli­ma­czym tem­pie, a mózg aż mi paro­wał, gdy usi­ło­wa­łem wymy­ślić prze­ko­nu­jącą histo­rię. Jak mam ją powstrzy­mać przed wej­ściem do domu albo, co gor­sza, zej­ściem do piw­nicy?

Zasta­łem ją sie­dzącą przy kuchen­nym stole. Znowu pła­kała. Otarła oczy mokrą ser­wetką i sku­bała kromkę chleba.

Kiedy dotar­łem na górę, zamkną­łem za sobą drzwi. Fra­muga puchła w let­nie mie­siące i musia­łem mocno pocią­gnąć za klamkę, żeby zamknąć je, jak należy.

Prze­sze­dłem przez kuch­nię i usia­dłem przy stole. Nie odry­wa­łem wzroku od zim­nego gula­szu.

- Mamy pro­blem z boj­le­rem. Matka jest na dole i pomaga ojcu go napra­wić.

Mówi­łem łagod­nym gło­sem, tak cicho, że sam led­wie się sły­sza­łem. To nie było naj­bar­dziej pomy­słowe kłam­stwo, ale musiało wystar­czyć. Spoj­rza­łem na nią, na jej znę­kaną twarz.

Pani Car­ter odwza­jem­niła spoj­rze­nie. Siniaki ściem­niały jesz­cze bar­dziej w ciągu minio­nych kilku minut, opu­chli­zna nasi­liła się. Jak męż­czy­zna mógł zro­bić coś takiego kobie­cie, którą kochał? Noga pod­ska­ki­wała jej pod sto­łem. Gdy się ode­zwała, głos miała słaby i nie­obecny.

- On nie żyje, prawda?

To było raczej stwier­dze­nie niż pyta­nie, wypo­wie­dziane bez­na­mięt­nie, bez cie­nia emo­cji.

- Rodzice napra­wiają boj­ler. Trudno napra­wić tę starą bestię.

Pokrę­ciła głową i wes­tchnęła.

- Możesz mi powie­dzieć prawdę.

Ojciec kazał mi się nią zająć. Chciał, żebym roz­wią­zał ten pro­blem. Czy jeśli jej powiem, ją rów­nież zabiją? Czy jeśli będzie musiała umrzeć, to przeze mnie?

Musiała jed­nak się dowie­dzieć. Miała do tego prawo. Co by zro­biła, gdy­bym jej nie powie­dział? Poszłaby do domu i zadzwo­niła na poli­cję? Powie­dzia­łaby im, że pan Car­ter do nas przy­szedł i nie wró­cił do domu? Musia­łem jej powie­dzieć.

- Pró­bo­wał zro­bić krzywdę matce. Bro­niła się. Nikt nie będzie jej obwi­niał.

Znowu wes­tchnęła. Zaci­snęła dłoń na pomię­tej ser­wetce.

- Przy­pusz­czam, że nie.

- Zapro­wa­dzę panią do domu - zapro­po­no­wa­łem.

Pani Car­ter otarła nos wierz­chem dłoni.

- A co z... Co zro­bili z... O Boże, on naprawdę nie żyje?

Z jej oczu znowu popły­nęły łzy. Wiele lat póź­niej będzie to dla mnie zagwozdką. Kobiety zda­wały się mieć bez­kre­sne zasoby łez. Zale­wały się łzami z taką łatwo­ścią, pod wpły­wem naj­słab­szej emo­cji. Z męż­czy­znami tak nie było. Rzadko pła­kali, przy­naj­mniej z powodu emo­cji. W ich wypadku wyzwa­la­czem był ból; to on odkrę­cał kurek do końca. Kobiety dosko­nale radziły sobie z bólem, ale nie z emo­cjami. Męż­czyźni radzili sobie z emo­cjami, ale nie z bólem. Róż­nice były nie­kiedy sub­telne, nie­mniej ist­niały.

Ja ni­gdy nie pła­ka­łem. Wąt­pię, bym kie­dy­kol­wiek pła­kał.

Wsta­łem z krze­sła i poda­łem pani Car­ter rękę.

- Chodźmy. Zapro­wa­dzę panią do domu.

28

Por­ter

Dzień pierw­szy, 16.17

Funk­cjo­na­riusz Tho­mas Mur­ray spo­tkał się z Por­te­rem i Nashem przy drzwiach wej­ścio­wych do apar­ta­mentu Emory. W jed­nej ręce trzy­mał kubek z kawą, a w dru­giej kanapkę. W kąciku ust miał majo­nez; druga por­cja majo­nezu spły­wała powoli z przodu koszuli mun­du­ro­wej. Por­ter chciał mu powie­dzieć o sosie, który wyciekł, ale posta­no­wił tego nie robić. Zasta­na­wiał się, po jakim cza­sie majo­nez pokona drogę i spad­nie na pod­łogę. Nash też to widział i nie ode­zwał się ani sło­wem. Wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

- Widzę, że się roz­go­ści­łeś? - zagaił Por­ter, wcho­dząc do środka.

Mur­ray ugryzł kęs kanapki i otarł usta ręka­wem.

- To jest lep­sze od tkwie­nia przez osiem godzin w radio­wo­zie - burk­nął w cza­sie prze­żu­wa­nia. Ski­nął głową w stronę salonu. - Ta kanapa ma wbu­do­wane magiczne paluszki albo coś w tym stylu. Kiedy na niej sia­dasz, masuje cię. Tele­wi­zor też wie jakimś cudem, kiedy jesteś w pokoju. Wystar­czy, że wej­dziesz, a się włą­cza. To nie zna­czy, że ocią­gam się z robotą, a na pewno nie dłu­żej niż przez minutę lub dwie. A na dole mają restau­ra­cję i deli­ka­tesy. To tam kupi­łem kanapkę. Chyba naj­lep­sza, jaką w życiu jadłem. - Wziął kolejny kęs. Spo­mię­dzy pie­czywa wypadł kawa­łek szynki, który wylą­do­wał na bucie.

- Gdzie ona jest, Tom? - zapy­tał Por­ter, coraz bar­dziej znie­cier­pli­wiony.

Mur­ray mach­nął ręką w stronę przed­po­koju i pra­wie wylał kawę z kubka.

- Jest w swoim pokoju, drzwi po lewej stro­nie, nie po pra­wej. Ma na imię Nancy. Nancy Bur­row. Jest naprawdę wyga­dana.

Por­ter prze­pchnął się obok męż­czy­zny i ruszył w stronę pokoju. Nash rzu­cił po dro­dze:

- Też chcę coś takiego.

Mur­ray ścią­gnął brwi.

- Kanapkę i kawę?

- Kanapę - odparł Nash.

- Aha. Ja też. - Mur­ray wziął kolejny kęs kanapki i zaklął, kiedy majo­nez zakoń­czył swoją wędrówkę i wylą­do­wał na drew­nia­nej pod­ło­dze z wyraź­nym chlap­nię­ciem.

Drzwi pokoju były zamknięte. Por­ter zapu­kał deli­kat­nie.

- Panno Bur­row? Detek­tyw Sam Por­ter z poli­cji Chi­cago. Czy mogę wejść?

- Drzwi są otwarte, detek­ty­wie - odparł głos z dru­giej strony. Kobieta miała nie­znaczny austra­lij­ski akcent, przez co sko­ja­rzyła mu się z Nicole Kid­man.

Por­ter naci­snął na klamkę i otwo­rzył drzwi.

No dobra, z postawną Nicole Kid­man. Ważącą ze sto trzy­dzie­ści albo i wię­cej kilo­gra­mów.

Nancy Bur­row sie­działa przy biurku w kącie pokoju z książką na pulch­nych kola­nach. Ścią­gnęła brwi, kiedy Por­ter wszedł do pokoju.

- Ten nean­der­tal­czyk zamknął mnie w pokoju i plą­dro­wał kuch­nię, a Bóg wie, co jesz­cze. Pro­szę mi wie­rzyć, że zamie­rzam się poskar­żyć pań­skiemu prze­ło­żo­nemu, że już nie wspo­mnę o panu Tal­bo­cie. Nie będzie tole­ro­wał cze­goś takiego, to pewne. Ktoś nawet miał czel­ność szpe­rać w moich ubra­niach, przed­mio­tach oso­bi­stych. Co wam daje prawo robić takie rze­czy?

Por­ter posłał jej swój uśmiech pod tytu­łem "przy­cho­dzimy w poko­jo­wych zamia­rach".

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, panno Bur­row. Sta­ramy się z całych sił zna­leźć Emory. Pan Tal­bot dał nam pozwo­le­nie na wej­ście do miesz­ka­nia. Nikogo nie było, a my szu­ka­li­śmy cze­go­kol­wiek, co pomo­głoby nam zna­leźć jego córkę. Jeśli ktoś przej­rzał pani rze­czy oso­bi­ste, to z jak naj­lep­szymi inten­cjami.

Zmru­żyła oczy.

- Spo­dzie­wa­li­ście się zna­leźć jakąś wska­zówkę w szu­fla­dzie z moją bie­li­zną?

Por­ter nie potra­fił na to odpo­wie­dzieć. Zer­k­nął na Nasha, który tylko wzru­szył ramio­nami. Posta­no­wił zigno­ro­wać pyta­nie.

- Mogłaby nam pani powie­dzieć, dokąd poszła wcze­śniej?

- Byłam na zaku­pach.

- Miała przy sobie zakupy, gdy wró­ciła - potwier­dził Mur­ray sto­jący w progu. - Ale nie rozu­miem, jak ktoś może spę­dzić sie­dem godzin w super­mar­ke­cie.

Kobieta wes­tchnęła głę­boko.

- Skoro już muszą pano­wie wie­dzieć, dzi­siaj mam wolne. Byłam u fry­zjera i zaj­mo­wa­łam się paroma innymi spra­wami. Od kiedy to wyj­ście z domu jest prze­stęp­stwem?

Por­ter prze­niósł cię­żar ciała na drugą nogę.

- Kiedy widziała pani Emory po raz ostatni, pani Bur­row?

- Wyszła pobie­gać wczo­raj wie­czo­rem około osiem­na­stej. Naj­da­lej kwa­drans po - odparła. - Zano­siło się na deszcz, ale chciała wyjść mimo wszystko.

- Nie zmar­twiła się pani, że nie wró­ciła?

Bur­row pokrę­ciła głową.

- Pomy­śla­łam, że poszła do domu swo­jego chło­paka. Ostat­nio spę­dzali ze sobą sporo czasu.

- Kiedy się pani zorien­to­wała, że coś jest nie tak?

Kobieta popa­trzyła na książkę na kola­nach.

- Chyba się nie zorien­to­wa­łam. Jak już mówi­łam, cza­sami odwie­dzała swo­jego chło­paka.

- Ma pięt­na­ście lat - zauwa­żył Nash. - Ma wra­cać do domu o dwu­dzie­stej? Dwu­dzie­stej pierw­szej? Dwu­dzie­stej dru­giej? Mam córkę w jej wieku. Nie pozwo­lił­bym jej bie­gać po mie­ście po zmroku, zwłasz­cza z chło­pa­kiem.

- Nie jestem jej matką, detek­ty­wie.

Por­ter wska­zał na zdję­cia na toa­letce.

- Ode­grała pani ważną rolę w wycho­wa­niu jej. Naj­wy­raź­niej jest jej pani bli­ska.

Bur­row przyj­rzała się zdję­ciom, a potem popa­trzyła na poli­cjan­tów.

- Sta­ra­łam się zawsze jej słu­żyć i będę pierw­szą osobą, która przy­zna, że z bie­giem lat bar­dzo się zbli­ży­ły­śmy, ale jej ojciec wyraź­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, że jestem tylko jego pra­cow­ni­kiem, nikim wię­cej, i jeśli prze­kro­czę pewną gra­nicę, z łatwo­ścią zastąpi mnie kimś innym. Abs­tra­hu­jąc od uczuć, któ­rymi darzę Emory, lubię tę pracę i nie mam ochoty tra­cić zatrud­nie­nia.

- Na czym pole­gają pani obo­wiązki, pani Bur­row? - zapy­tał Nash.

- Przede wszyst­kim jestem nauczy­cielką Emory. Towa­rzy­szę jej od czasu śmierci jej matki. Nad­zo­ruję jej naukę, a także zaj­muję się domem.

- Jak pani Doubt­fire?

Ścią­gnęła brwi.

- Kto?

Por­ter pchnął Nasha.

- Nie­ważne. Emory nie cho­dzi do szkoły? - dopy­ty­wał Por­ter.

Kobieta znowu wes­tchnęła.

- Sys­tem edu­ka­cji w naszym kraju pozo­sta­wia wiele do życze­nia, detek­ty­wie. Pan Tal­bot pra­gnął, żeby Emory zdo­była jak naj­lep­sze wykształ­ce­nie. A taki poziom można osią­gnąć wyłącz­nie w naucza­niu indy­wi­du­al­nym. Skoń­czy­łam Oxford z wyróż­nie­niem. Mam dwa dok­to­raty, jeden z psy­cho­lo­gii, a drugi z lite­ra­tury. Spę­dzi­łam też trzy lata w Ośrodku Badań Rodziny w Cam­bridge. Stwo­rzy­łam warunki, w któ­rych inte­lekt Emory może roz­kwi­tać, zamiast być ogra­ni­czany przez nie­kom­pe­ten­cję nauczy­cieli i rówie­śni­ków z lokal­nej szkoły. W wieku sze­ściu lat czy­tała na pozio­mie dziecka z pią­tej klasy. Wie­dzą mate­ma­tyczną prze­ści­gnęła poziom liceum, gdy miała dwa­na­ście lat. Będzie gotowa pod­jąć stu­dia w przy­szłym roku, dwa lata wcze­śniej od prze­cięt­nego ucznia w naszym kraju.

Por­ter zwró­cił uwagę na to, że kobieta recy­to­wała te fakty, jakby czy­tała wła­sny życio­rys. Praw­do­po­dob­nie już nie­raz bro­niła edu­ka­cji domo­wej.

- Kto zaj­muje się jej wycho­wa­niem? Kto jej mówi, żeby nie piła? Kto oce­nia jej chło­pa­ków? Jak to moż­liwe, że ma chło­paka w wieku pięt­na­stu lat? - docie­kał Nash.

Pani Bur­row wywró­ciła oczami.

- Jeżeli wpoi się dziecku odpo­wied­nie zasady na wcze­snym eta­pie, takie dziecko oka­zuje się doj­rzal­sze od innych. I zasłu­guje na zaufa­nie.

- Czyli jeśli zachce się jej bie­gać po mie­ście w środku nocy, można na to przy­mknąć oko? - ryk­nął Nash.

- Nash, dość tego - powie­dział Por­ter.

- Prze­pra­szam, ale wydaje mi się, że gdyby ta dziew­czyna miała w życiu kogoś, kto odgrywa rolę rodzica, nie bie­ga­łaby tuż przed zmro­kiem. Dla­czego nikt nie pil­no­wał jej bar­dziej?

Bur­row ścią­gnęła brwi.

- Emory jest wyjąt­kową dziew­czyną. Jest inte­li­gentna i pomy­słowa. O wiele bar­dziej ode mnie, gdy byłam w jej wieku. Prze­ściga pod tym wzglę­dem więk­szość ludzi. Tak długo, jak nadąża z nauką, nie ma powodu, by ją dener­wo­wać.

Nash poczer­wie­niał.

- Dener­wo­wać? Kto tu jest sze­fem, do dia­ska?

Bur­row miała dość.

- Detek­ty­wie Nash, pra­cuję dla pana Tal­bota. Moje obo­wiązki mają zwią­zek z oce­nami tej dziew­czyny. Jeżeli pan Tal­bot życzyłby sobie, żebym grała w jej życiu rolę rodzica, robi­ła­bym to z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią, ale on tego nie chciał, kiedy mnie zatrud­niał, i na­dal nie chce. Jeśli ma pan pyta­nia lub coś pana nie­po­koi w wycho­wa­niu Emory i śro­do­wi­sku, w któ­rym się obraca, pro­po­no­wa­ła­bym wyra­zić swoje wąt­pli­wo­ści w roz­mo­wie z panem Tal­botem. Pro­szę nie ocze­ki­wać, że będę tu sie­działa i przyj­mo­wała cięgi w związku z oko­licz­no­ściami, na które nie mam wpływu. Roz­ma­wiam z panami dobro­wol­nie, a pan nie daje mi powo­dów, żebym chciała kon­ty­nu­ować.

Nash był gotów otwo­rzyć usta i wygło­sić ripo­stę, ale Por­ter ści­snął go za ramię.

- Może byś się prze­szedł i spu­ścił tro­chę pary? Zajmę się tym.

Nash posłał im sfru­stro­wane spoj­rze­nie i wypadł z pokoju.

- Prze­pra­szam, pani Bur­row. To było nie­pro­fe­sjo­nalne i nie­do­pusz­czalne zacho­wa­nie.

Potarła brodę.

- Rozu­miem jego wąt­pli­wo­ści, ale gdy nie zna się pana Tal­bota lub Emory...

Por­ter pod­niósł rękę.

- Nie musi się pani tłu­ma­czyć.

- Trosz­czę się o nią, naprawdę. Cier­pię na myśl, że może być w opa­łach.

- Kiedy się pani dowie­działa, że ją porwano? - zapy­tał Por­ter.

- Pan Tal­bot zadzwo­nił do mnie jakąś godzinę temu - odpo­wie­działa. - Był zde­ner­wo­wany, pra­wie w histe­rii. Powie­dział, że grał w golfa ze swoim praw­ni­kiem. Zna­la­zło go dwóch poli­cjan­tów i prze­ka­zało wia­do­mość. - Zamil­kła. - Mam wolny dzień, więc mia­łam wyłą­czony tele­fon. W prze­ciw­nym razie na pewno dowie­dzia­ła­bym się o wszyst­kim wcze­śniej. Od razu wró­ci­łam do domu. - Wzięła głę­boki wdech. - Gdy­bym się dowie­działa wcze­śniej...

Por­ter poło­żył dłoń na jej ramie­niu.

- Już dobrze, pani Bur­row. Jest już pani tutaj.

Przy­tak­nęła i zmu­siła się do uśmie­chu.

- Jak wyglą­dają jej rela­cje z ojcem?

Kobieta wes­tchnęła.

- Aż do dzi­siej­szego poranka jedyną emo­cją oka­zy­waną przez tego czło­wieka była złość. Zwy­kle zacho­wuje rezerwę i jest powścią­gliwy, zwłasz­cza w sto­sunku do Emory. Rzadko ją odwie­dza. Mam obo­wią­zek skła­dać mu co tydzień raport z postę­pów w jej nauce. W ten spo­sób ją kon­tro­luje, na odle­głość. Rozu­miem, że musi zacho­wy­wać dys­kre­cję, ale jest prze­cież jej ojcem. Można by się spo­dzie­wać, że chciałby być bar­dziej zaan­ga­żo­wany w jej życie.

- Ale chyba roz­ma­wiają przez tele­fon?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Ow­szem, ale te roz­mowy nie przy­po­mi­nają roz­mów ojca z córką. Dziew­czyna ma spon­sora, to wszystko, i świet­nie zdaje sobie z tego sprawę. Boi się go i chce go zado­wo­lić, ale nie ma w tym miło­ści. To dla­tego jego reak­cja tak bar­dzo mnie zszo­ko­wała. - Pochy­liła się i ści­szyła głos. - Gdyby zadał mi pan to pyta­nie tydzień temu, powie­dzia­ła­bym, że ten czło­wiek prę­dzej by się uśmiech­nął na wieść o jej porwa­niu, niż uro­nił łzę. Od lat ma na gło­wie córkę z nie­ślub­nego łoża i pie­nią­dze nie są roz­wią­za­niem tego pro­blemu. Zżera go to. Nie lubi nie mieć nad czymś kon­troli. Potrafi być bar­dzo, bar­dzo zimny.

- Myśli pani, że mógł być w to zaan­ga­żo­wany?

Zasta­na­wiała się przez chwilę, a potem usia­dła pro­sto.

- Nie. To jest drań bez serca, ale nie sądzę, żeby chciał skrzyw­dzić swoje dziecko. Ani kogoś innego, jeśli cho­dzi o ści­słość. Gdyby chciał ją usu­nąć ze swo­jego życia, zro­biłby to lata temu. Tej dziew­czy­nie niczego nie bra­kuje. Ojciec zapew­nia jej wszystko, co naj­lep­sze.

- W zamian za mil­cze­nie? - pod­su­nął Por­ter.

- W zamian za współ­pracę - odparła pani Bur­row. - Ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby pro­sił, aby trzy­mała ich zwią­zek w tajem­nicy. Po pro­stu się rozu­mieją.

Sto­jący w progu Mur­ray ugryzł chipsa ziem­nia­cza­nego. Por­ter zgro­mił go wzro­kiem. Poli­cjant uniósł ręce w geście pod­da­nia się i wyszedł z pokoju. Por­ter popa­trzył na panią Bur­row.

- Zaob­ser­wo­wała pani coś dziw­nego w dniach lub tygo­dniach poprze­dza­ją­cych wczo­raj­sze porwa­nie? Wspo­mi­nała o czymś? Ktoś ją śle­dził? Odbie­rała jakieś dziwne tele­fony? Działo się coś nie­ty­po­wego?

Bur­row pokrę­ciła głową.

- Nie przy­po­mi­nam sobie niczego takiego.

- A powie­dzia­łaby pani o tym?

- W prze­ci­wień­stwie do tego, co myśli pań­ski part­ner, Emory i ja były­śmy, to zna­czy jeste­śmy zżyte. Zwie­rzała mi się w innych kwe­stiach. Gdyby coś ją nie­po­ko­iło, raczej by o tym wspo­mniała.

- W innych kwe­stiach?

Kobieta poczer­wie­niała.

- To bab­skie sprawy, detek­ty­wie. Nie warto o tym mówić.

- Ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że męż­czy­zna, który ją porwał, mógł ją od pew­nego czasu obser­wo­wać. Czy w jej życiu poja­wił się ktoś nowy? Widziała pani nie­dawno w budynku kogoś, kogo pani nie znała? A może widziała pani kogoś tutaj, a potem gdzie indziej, na przy­kład w skle­pie?

- Myśli pan, że ją śle­dził?

Por­ter wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiemy tego. Mogę tylko powie­dzieć, że on jest bar­dzo ostrożny. Niczego nie pozo­sta­wia przy­pad­kowi. Nie sądzę, żeby porwa­nie jej z parku było efek­tem decy­zji pod­ję­tej pod wpły­wem chwili. Naj­praw­do­po­dob­niej obser­wo­wał ją, poznał jej rutynę, ana­li­zo­wał, gdzie i kiedy ją spo­tka. Panią też pew­nie śle­dził.

Spu­ściła wzrok na swoje dło­nie i pokrę­ciła głową.

- Nie przy­po­mi­nam sobie nikogo takiego. Ten budy­nek jest bar­dzo dobrze zabez­pie­czony. Myśli pan, że mógł się dostać do środka?

- W prze­szło­ści wcho­dził do znacz­nie lepiej strze­żo­nych budyn­ków. Jeśli miałby powód, żeby tu wejść, zna­la­złby na to spo­sób.

Pani Bur­row zaci­snęła usta.

- Książka.

Por­ter ścią­gnął brwi.

- Jaka książka?

Bur­row wstała, minęła go w drzwiach i pra­wie wbie­gła na Mur­raya w przed­po­koju. Kiedy Por­ter ruszył szybko za nią, nie mógł się nadzi­wić jej szyb­ko­ści. Była prze­cież dość postawną kobietą. Zna­lazł ją sto­jącą obok biurka. Trzy­mała w dłoni pod­ręcz­nik mate­ma­tyki, który widzieli już wcze­śniej.

- Zoba­czy­łam go trzy dni temu i zapy­ta­łam o niego Emory. Zre­ali­zo­wała pro­gram z mate­ma­tyki dwa lata temu. Zdzi­wiło mnie, że kupiła książkę poświę­coną temu przed­mio­towi, zwłasz­cza tak banalną. Jej wie­dza znacz­nie wykra­czała poza to, co ten pod­ręcz­nik ma do zaofe­ro­wa­nia. Powie­działa mi, że nie kupiła tej książki i nie wie, skąd się tu wzięła.

Por­ter przyj­rzał się książce nie­uf­nie.

- Pro­szę to odło­żyć, pani Bur­row.

29

Pamięt­nik

Drzwi z siatką z tyłu domu Car­te­rów były otwarte. Tar­gał nimi wiatr, który ude­rzał nimi o łusz­czącą się białą fra­mugę. Zła­pa­łem za klamkę i przy­trzy­ma­łem drzwi, żeby pani Car­ter mogła wejść do środka. Weszła do ciem­nej kuchni. Przez całą drogę nie ode­zwała się ani sło­wem. Oboje mil­cze­li­śmy. Gdyby nie pocią­gała nosem, nie wie­dział­bym, że szła za mną.

Zatrza­sną­łem drzwi i prze­krę­ci­łem zamek. Wiatr na zewnątrz zawył na znak pro­te­stu.

Pani Car­ter oparła się obu­rącz o blat i pochy­liła głowę, zwró­cona twa­rzą do zlewu. Oczy jej lśniły, zato­pione w zadu­mie. Wypa­trzy­łem butelkę bur­bona na stole obok szklanki z wize­run­kiem Sno­opy'ego i Wood­stocka, wybla­kłym po latach czę­stego mycia. Pod­sze­dłem do stołu i nala­łem do szklanki jakieś dwa cen­ty­me­try trunku. Na dwa palce, jak mawiał ojciec.

- Nie jesteś na to tro­chę za młody? - zapy­tała pani Car­ter. Odwró­ciła się i patrzyła na mnie.

Poda­łem jej szklankę.

- To dla pani.

- Och, nie mogła­bym.

- Chyba pani powinna.

Ojciec ni­gdy nie stro­nił od drinka po dłu­gim dniu w pracy. Wie­dzia­łem, że kok­tajl poma­gał mu się roz­luź­nić. Pani Car­ter potrze­bo­wała roz­luź­nie­nia ponad wszelką wąt­pli­wość.

Zawa­hała się, przy­glą­da­jąc się brą­zo­wemu trun­kowi, a potem przy­jęła szklankę i przy­su­nęła ją do zapuch­nię­tych ust. Połknęła bur­bona jed­nym hau­stem i odsta­wiła szklankę na blat zde­cy­do­wa­nym gestem. Zadrżała i lekko wes­tchnęła.

- O rety.

Nie potra­fi­łem powstrzy­mać uśmie­chu. Prze­ży­wa­li­śmy wspól­nie dość doro­słą chwilę. Jak para kum­pli, któ­rzy wychylą kilka szkla­ne­czek w kuchni. Też mia­łem ochotę spró­bo­wać, ale powie­dzia­łem sobie, że to zły moment. Musia­łem zacho­wać trzeź­wość umy­słu. Ten wie­czór się jesz­cze nie skoń­czył.

- Chce pani jesz­cze? - zapy­ta­łem.

Gdy przy­tak­nęła, nala­łem jej kolejną por­cję, tym razem o palec wię­cej.

Wypiła tru­nek jesz­cze szyb­ciej niż poprzed­nio, bez wzdry­gnię­cia się i z cie­niem uśmie­chu, następ­nie usia­dła przy stole.

- Simon był dobrym czło­wie­kiem, naj­czę­ściej. Nie chciał mnie tak naprawdę skrzyw­dzić. To było... przez tę pre­sję. Nie zasłu­gi­wał, żeby...

Usia­dłem obok niej.

W szkole potrze­bo­wa­łem godziny, aby zdo­być się na odwagę i zapy­tać dziew­czynę, czy mógł­bym poży­czyć od niej ołó­wek. Pani Car­ter miała jed­nak w sobie coś, przez co czu­łem się swo­bod­nie. Nie czu­łem typo­wego uci­sku w żołądku, ani gęsiej skórki na karku. Wycią­gną­łem rękę i dotkną­łem sinia­ków na jej policzku. Znacz­nie ściem­niały w ciągu minio­nych dwu­dzie­stu minut.

- Skrzyw­dziłby panią bar­dziej, może nawet zabił.

Pokrę­ciła głową.

- Nie mój Simon. On taki nie był.

- Ależ był. Niech pani spoj­rzy, co pani zro­bił.

- Zasłu­ży­łam na to.

Wizja pani Car­ter z matką sta­nęła mi przed oczami. Wie­działa, że je widzia­łem?

- Nie mogła pani zro­bić niczego, czym zasłu­ży­łaby sobie na takie cięgi. Męż­czy­zna nie powi­nien pod­no­sić ręki na kobietę. Nie, jeśli jest praw­dzi­wym męż­czy­zną.

Uśmiech­nęła się.

- Ojciec cię tego nauczył.

Przy­tak­ną­łem.

- Kobiety należy sza­no­wać, rado­wać się nimi. Są dla nas darem. - Powie­dział mi też, że są słabe i nie potra­fią się bro­nić przed fizyczną lub wer­balną prze­mocą, ale tę część pomi­ną­łem.

- Twój ojciec jest uro­czym czło­wie­kiem.

- Tak.

Pani Car­ter się­gnęła po bur­bona i napeł­niła sobie szklankę, po czym przy­su­nęła butelkę do mnie.

- Może chcesz spró­bo­wać? Czy piłeś już kie­dyś alko­hol?

Pokrę­ci­łem głową. Skła­ma­łem. Ojciec zro­bił mi mar­tini na uro­dziny. Matka nalała sobie kie­li­szek swo­jego ulu­bio­nego czer­wo­nego wina i wznie­śli­śmy toast. Więk­szą część drinka wyplu­łem na stół, a reszta tak mnie paliła w prze­łyku, że nie odwa­ży­łem się wypić trunku do końca. Matka się zaśmiała, a ojciec pokle­pał mnie po ple­cach.

- Zami­ło­wa­nia do tego nabiera się z cza­sem, mistrzu. Pew­nego dnia to poko­chasz. Oba­wiam się jed­nak, że to nie jest ten dzień! - I też się zaśmiał. - Może jesteś typem, który będzie wolał piwo - zażar­to­wał.

Pani Car­ter jesz­cze raz pchnęła butelkę.

- Śmiało, nie bój się. Nie ugry­zie cię. Chyba nie chcesz, żebym piła sama, co? Byłoby to nie­grzeczne. - Jej głos nie był już taki zachryp­nięty. Jesz­cze nie beł­ko­tała, ale nawet chło­pak z tak ogra­ni­czo­nym doświad­cze­niem jak ja potra­fił stwier­dzić, że nie­źle się już wsta­wiła.

"Załatw to jakoś, mistrzu".

Chwy­ci­łem butelkę i zdją­łem nakrętkę. Na ety­kie­cie wid­niał napis: Evan Wil­liams Ken­tucky Bour­bon. W świe­tle wiszą­cej nad sto­łem lampy tru­nek lśnił jak cukie­rek w pły­nie. Pod­nio­słem butelkę do ust i pocią­gną­łem mały łyk. Poczu­łem pie­cze­nie, ale nie tak silne jak w wypadku mar­tini. Może tym razem byłem na to przy­go­to­wany, albo naby­łem tole­ran­cji. Ten alko­hol nie był... zły. Może nie był moim ulu­bio­nym, ale nie nazwał­bym go złym. Tro­chę mnie roz­grzał; poczu­łem cie­pło w brzu­chu. Pocią­gną­łem kolejny łyk, nieco więk­szy od poprzed­niego.

Pani Car­ter się zaśmiała.

- Patrz­cie tylko! Zacho­wu­jesz się jak stary wyga. Gdy­bym dała ci cygaro i czapkę gaze­cia­rza, mógł­byś zagrać z chło­pa­kami w pokera.

Uśmiech­ną­łem się i pod­su­ną­łem jej butelkę.

- Chce pani jesz­cze?

- Dla­czego pla­nu­jesz mnie upić?

- Ależ skąd. Pomy­śla­łem tylko...

- Daj mi to - rzu­ciła, się­ga­jąc po butelkę.

Tym razem nie zawra­cała sobie głowy szklanką. Pocią­gnęła łyk pro­sto z butelki, jak ja. Kiedy odsta­wiała ją na stół, znowu się wzdry­gnęła.

- Kawa się nadawa, lecz gorzała lepiej działa - powie­dzia­łem.

Zaśmiała się.

- Gdzieś ty to sły­szał?

- Ojciec tak kie­dyś powie­dział. Ostro się wsta­wił tam­tego wie­czoru.

- Ten twój ojciec wydaje się bar­dzo inte­re­su­ją­cym czło­wie­kiem.

Zasta­na­wia­łem się, czy się jesz­cze nie napić. Po pierw­szym razie poczu­łem cie­pło, spo­kój. Miło jest być spo­koj­nym. Ski­ną­łem w stronę butelki i pani Car­ter mi ją pod­su­nęła. Na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech i wybuch­nęła śmie­chem.

- Co się stało? Co takiego zro­bi­łem?

Zbyła mnie mach­nię­ciem ręki i zaśmiała się jesz­cze gło­śniej. Czu­łem uśmiech na ustach i nie potra­fi­łem powstrzy­mać śmie­chu, mimo że nie rozu­mia­łem, co ją tak roz­ba­wiło.

- Pro­szę mi powie­dzieć! - popro­si­łem. - Musi mi pani powie­dzieć!

Pani Car­ter poło­żyła obie dło­nie na stole i prze­stała się śmiać. Zaci­snęła usta. A potem powie­działa:

- Pomy­śla­łam sobie, że jeśli poślę cię do domu pija­nego, twoi rodzice mogą chcieć mnie zabić.

Przy­glą­da­łem się jej przez chwilę, nie spusz­cza­jąc z niej oka. A potem zanie­śli­śmy się gar­dło­wym, pro­wa­dzą­cym do łez śmie­chem, przez który boli brzuch.

Się­gnęła po butelkę i pocią­gnęła łyk.

- To był ulu­biony alko­hol Simona. Bur­bon spra­wiał, że robił się zły. Na cie­bie tak nie działa, prawda?

Pokrę­ci­łem głową.

- Na mnie też nie. Więc dla­czego on był po nim taki zły? Dla­czego się wście­kał i krzyw­dził mnie za każ­dym razem, gdy doty­kał tej butelki? Dla­czego nie mogło być jak z nami teraz? Wesoło. O Boże, on naprawdę nie żyje. Mojego Simona naprawdę nie ma. Oni go naprawdę zabili, prawda?

Może ponowne się­gnię­cie po butelkę było jed­nak kiep­skim pomy­słem. Naprze­ciwko mnie sie­działy dwie panie Car­ter. Jeśli patrzy­łem na nie przy­mru­żo­nymi oczami, zle­wały się w jedną, ale potem znowu były dwie. Zasło­ni­łem jedno oko, potem dru­gie, potem znowu pierw­sze.

Pani Car­ter zamil­kła. Wtem ode­zwała się cicho:

- Wiem, że mnie wtedy widzia­łeś. Nad jezio­rem.

Poczu­łem przy­pływ adre­na­liny i dwie panie Car­ter stały się jedną. I tak trwały.

- Pani... pani wie?

Przy­tak­nęła powoli.

- Aha.

Twarz mi pło­nęła. Spu­ści­łem wzrok i patrzy­łem na stół, na bur­bona. Się­gną­łem po butelkę, ale zanim zdą­ży­łem ją chwy­cić, pani Car­ter wzięła mnie za rękę. Trzę­sła się.

- Chyba chcia­łam, żebyś mnie zoba­czył. Widzia­łam, jak cho­dzi­łeś tam z wędką. Wie­dzia­łam, że tam będziesz.

- Dla­czego...

- Cza­sami kobieta chce, żeby ktoś jej pra­gnął. To wszystko. - Pocią­gnęła kolejny łyk. - Myślisz, że jestem ładna?

Przy­tak­ną­łem. Była jedną z pięk­niej­szych kobiet, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem. No i była kobietą. Nie dziew­czynką ze szkoły, któ­rej dopiero zaczy­nały rosnąć piersi i która wyro­sła z zabawy w księż­niczkę, i która poda­wała liściki i kochała się w naj­po­pu­lar­niej­szym zespole pop. Była kobietą i roz­ma­wiała ze mną o tym. Owo uczu­cie na dole powró­ciło, ów przy­pływ krwi. Wie­dzia­łem, że nie widzi, co się dzieje pod sto­łem, ale mimo to byłem zaże­no­wany. Wyrwa­łem dłoń z jej ręki i przy­su­ną­łem butelkę do ust. Tym razem nic mnie nie pie­kło. Tru­nek oka­zał się prze­pyszny.

Poda­łem jej butelkę, a ona nie opo­no­wała. Wypiła pra­wie jedną czwartą, zanim pró­bo­wała odsta­wić ją na stół. Nie wce­lo­wała. Butelka spa­dła na pod­łogę i roz­biła się z hukiem. Szkło i bur­bon wylą­do­wały u naszych stóp.

- O rety... - rzu­ciła. - Ale naba­ła­ga­ni­łam.

- Nic się nie stało. Posprzą­tam to. - Wsta­łem i roz­glą­da­łem się za ścierką.

Pokój wokół mnie zawi­ro­wał. Przy­trzy­ma­łem się opar­cia krze­sła i powoli oddy­cha­łem głę­boko, aż kuch­nia sta­nęła w miej­scu. Pani Car­ter obser­wo­wała mnie ze swo­jego krze­sła z żół­tego winylu i metalu, a potem oparła głowę na stole na przed­ra­mio­nach.

Sta­łem w zupeł­nej ciszy. Nie rusza­łem się do chwili, gdy jej oddech zro­bił się ryt­micz­nie senny. A potem wysze­dłem w coraz zim­niej­szą noc.

Musia­łem iść po matkę i ojca. Potrze­bo­wa­łem pomocy, żeby ją zwią­zać.

30

Por­ter

Dzień pierw­szy, 16.49

- Jest stara. Już nie ma dodru­ków. - Wat­son czy­tał infor­ma­cje na małym wyświe­tla­czu swo­jego iPhone'a, gdy razem z Por­te­rem i Nashem wisiał nad książką leżącą na biurku Emory. - Mate­ma­tyka w cza­sach współ­cze­snych, Win­ston Gil­bert, Tho­mas Bro­thing­ton i Car­mel Thor­ton. Po raz pierw­szy wydana w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym trze­cim roku. Po raz ostatni w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym siód­mym.

Wat­son pochy­lił się nad czarną wali­zeczką leżącą z boku i wyjął z niej mały pędze­lek oraz pro­szek do zdej­mo­wa­nia odci­sków pal­ców. Zanu­rzył pędze­lek w proszku i zaczął muskać wło­siem wierzch pod­ręcz­nika, zakre­śla­jąc dło­nią koli­ste ruchy, żeby pokryć powierzch­nię równą war­stwą.

- Powo­dze­nia przy zwro­cie książki do biblio­teki - burk­nął Nash.

Wat­son go zigno­ro­wał. Się­gnął do wali­zeczki i wycią­gnął dużą latarkę, włą­czył ją i pochy­lił się nad książką.

- To jest stan­dar­dowe wypo­sa­że­nie? - zain­te­re­so­wał się Por­ter.

Wat­son pokrę­cił głową.

- Fenix sie­dem­set pięć­dzie­siąt. Diody LED o łącz­nej mocy dwóch tysięcy dzie­wię­ciu­set lume­nów. Mniej wię­cej dwu­krot­nie wyż­sza od mocy lata­rek, które dosta­jemy z zaopa­trze­nia. Ma też funk­cję pod­czer­wieni i tryb stro­bo­sko­powy.

Nash gwizd­nął.

- Zmyślna lata­reczka. Wygląda na to, że my, gli­nia­rze, pro­simy Świę­tego Miko­łaja o nową spluwę, a wy o latarki. To ma sens.

- Widzisz coś? - zapy­tał Por­ter.

Wat­son pochy­lił się jesz­cze bar­dziej.

- Tylko jeden kom­plet odci­sków, naj­praw­do­po­dob­niej Bur­row. Będę musiał wziąć od niej próbkę, żeby to potwier­dzić. Spójrz­cie na grzbiet. Ani jed­nego zagnie­ce­nia. Uwa­żam, że ni­gdy nie korzy­stano z tego pod­ręcz­nika. Jest w wyjąt­kowo dobrym sta­nie.

- Nie chcę być posą­dzony o spi­skową teo­rię dzie­jów, ale czy ktoś mógł przy nim maj­stro­wać? - zapy­tał Nash.

Por­ter ścią­gnął brwi.

- Maj­stro­wać?

- No tak. Umie­ścić w nim bombę albo go wydrą­żyć?

Wat­son zaczął uno­sić okładkę.

- Nie rób tego! - krzyk­nął Nash i cof­nął się pod ścianę.

Okładka upa­dła na biurko z mięk­kim łup­nię­ciem. Nash zaci­snął oczy.

Por­ter prze­czy­tał pierw­szą stronę.

- To tylko książka. Nie było bum.

- Pójdę po wodę - oznaj­mił Nash i ruszył przez przed­po­kój do kuchni.

Por­ter prze­kart­ko­wał pod­ręcz­nik. Wat­son miał rację - jak na książkę wydru­ko­waną w 1987 roku wyglą­dała na nową. Błysz­czące strony były jesz­cze poskle­jane. Na­dal ema­no­wała wonią nowej książki, przez co przy­po­mniały mu się zaję­cia angiel­skiego w trze­ciej kla­sie - tylko wtedy dostał nowy pod­ręcz­nik.

- Jeżeli przy­niósł ją tu #4MK, co to może, twoim zda­niem, ozna­czać?

Wat­son wes­tchnął.

- Nie wiem. Czy kie­dy­kol­wiek zosta­wił jakąś poszlakę?

- Ni­gdy.

- Ewi­dent­nie pró­buje coś prze­ka­zać. Bo po co zada­wałby sobie tyle trudu?

- Gdzie mógł ją zdo­być?

Wat­son prze­kart­ko­wał książkę.

- Mamy w mie­ście sporo anty­kwa­ria­tów, ale nie znam żad­nego sprze­da­ją­cego pod­ręcz­niki.

- Komu by zale­żało na sta­rym pod­ręcz­niku do matmy?

- Nauczy­cie­lowi mate­ma­tyki?

- Myślisz, że wyniósł ją ze szkoły?

Wat­son zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym pokrę­cił głową.

- Gdyby ta książka krą­żyła w sys­te­mie szkol­nym, nie byłaby w takim sta­nie. Pod­ręcz­niki nie leżą w kącie. Są uży­wane i nisz­czone.

- Co z dostawcą?

Wat­son przyj­rzał się pierw­szym stro­nom. Powiódł wzro­kiem po tek­ście na dru­giej stro­nie, puk­nął weń pal­cem i obró­cił książkę tak, żeby Por­ter mógł czy­tać.

- Wypro­du­ko­wano ją tutaj, w Chi­cago. Ten adres znaj­duje się nie­całe pięć kilo­me­trów stąd, w Ful­ton.

Por­ter ścią­gnął brwi.

- Zagią­łeś ten róg?

- Nie, sir.

Ktoś to zro­bił. Rożek strony był deli­kat­nie zagięty, pra­wie nie­do­strze­gal­nie, ale jed­nak. #4MK chciał, żeby to dostrze­gli.

Por­ter wycią­gnął tele­fon, wybrał numer Kloza i podał mu adres. Po chwili się roz­łą­czył.

- Znaj­duje się tam stary maga­zyn prze­zna­czony do roz­biórki. Ma ona nastą­pić poju­trze.

Por­ter i Nash zro­zu­mieli. Zabójca Czwar­tej Małpy zosta­wił ciało swo­jej trze­ciej ofiary, Missy Lumax, pod bre­zen­tem w środku porzu­co­nego maga­zynu. Tam­ten budy­nek rów­nież był prze­zna­czony do roz­biórki. I także znaj­do­wał się w dziel­nicy Ful­ton River.

31

Pamięt­nik

Nie pamię­tam, kiedy zasną­łem, ale musia­łem w pew­nym momen­cie odle­cieć, bo obu­dzi­łem się w łóżku w piża­mie, z bólem głowy, który roz­sa­dzał mi skro­nie. Poranne słońce wdzie­rało się przez żalu­zje i dzio­bało mi oczy tak zacie­kle, że bałem się, iż oślepnę.

Poprzed­niego wie­czoru ojciec zła­jał mnie za picie, a ja pró­bo­wa­łem mu wytłu­ma­czyć, dla­czego to zro­bi­łem, ale nie chciał słu­chać. A może słu­chał? Pamię­ta­łem wszystko jak przez mgłę.

Odrzu­ci­łem koc i spu­ści­łem stopy na pod­łogę.

Mimo że poru­sza­łem się jak naj­de­li­kat­niej, wstrząs roz­szedł się po moim ciele i dotarł pro­sto do obo­la­łej głowy. Pomy­śla­łem, że wrócę pod cie­płą pościel i prze­śpię kolejny rok, ale wie­dzia­łem, że jeśli nie­ba­wem nie wstanę, rodzice przyjdą mnie szu­kać. Jeżeli ktoś w naszym domu nie przy­cho­dził na śnia­da­nie do dzie­wią­tej, nie mógł liczyć na posi­łek i sta­wał przed lodówką z pustym tale­rzem i bur­czą­cym brzu­chem. Matka ją zamy­kała. Punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej zatrza­ski­wała drzwi lodówki i zamy­kała błysz­czącą nową kłódkę Stan­leya. Lodówka była zamknięta do pory lun­chu, a potem do kola­cji. Mogłem spo­koj­nie gło­do­wać do połu­dnia, ale coś mi pod­po­wia­dało, że wrzu­ce­nie cze­goś do brzu­cha pomoże mi osła­bić efekty popi­jawy i być może przy­go­tuje mnie do reszty dnia.

Wczo­raj­sze ubra­nie leżało na pod­ło­dze. Chcia­łem je wło­żyć, ale poczu­łem na koszulce zapach wymio­cin. Nie pamię­tam, żebym wymio­to­wał, ale nie mia­łem powodu podej­rze­wać, że to nie ja zabru­dzi­łem koszulkę. Dla­czego ktoś inny miałby wymio­to­wać w moim pokoju? Nie­do­rzeczny pomysł. Naj­praw­do­po­dob­niej zro­biło mi się nie­do­brze. Jakaś część bur­bona poczuła potrzebę wydo­sta­nia się na zewnątrz.

Zosta­wi­łem ubra­nie na pod­ło­dze, zapi­saw­szy sobie w pamięci, by je spa­lić przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji, i wycią­gną­łem z komody czy­stą koszulę oraz dżinsy. I zsze­dłem do kuchni.

- Jest mój chło­pak! - Ojciec się roz­pro­mie­nił za kopia­stym tale­rzem jaj i kieł­basy. - Sia­daj, synu. Tro­chę tłu­stego jedze­nia pomoże uspo­koić twój wku­rzony żołą­dek. Jesteś tro­chę za młody na kaca, to pewne, ale to wła­śnie kac cię nęka, jeżeli rze­czy­wi­ście wypi­łeś tyle alko­holu, ile się wczo­raj chwa­li­łeś.

Dotar­łem do swo­jego krze­sła i bar­dzo się sta­ra­łem zatrzy­mać zawar­tość roze­dr­ga­nego żołądka. Bur­bon był napit­kiem męż­czyzn i wypi­łem go co do kro­pli jak męż­czyzna. Nie zamie­rza­łem oka­zy­wać sła­bo­ści pod bystrym spoj­rze­niem ojca.

Ojciec wycią­gnął rękę i chwy­cił karafkę z sokiem poma­rań­czo­wym. Nalał mi szklankę. Następ­nie wycią­gnął spod ser­wetki kie­li­szek do wódki z fan­fa­rami, jak magik, który wyciąga kró­lika z czar­nego kape­lu­sza. - Przy­go­to­wa­łem to dla cie­bie. Naj­lep­sza wódka Ken­tucky i być może naj­szyb­szy spo­sób na pozby­cie się kaca w cywi­li­zo­wa­nym świe­cie. - Pod­su­nął mi kie­li­szek z uśmie­chem kota z Che­shire.

Gapi­łem się na kie­li­szek nie­wąt­pli­wie zaczer­wie­nio­nymi oczami i z bla­dymi policz­kami. Cze­ka­łem na jakąś puentę dow­cipu, ale bez skutku. Ojciec pod­su­nął kie­li­szek jesz­cze bli­żej.

- Wypij to, mistrzu. Daję słowo, że klin dobrze ci zrobi.

- Serio?

Przy­tak­nął.

Się­gną­łem po kie­li­szek i deli­kat­nie przy­su­ną­łem go do ust. Głowa mi pękała. Woń gorą­cego kar­melu i pra­żo­nej wani­lii łasko­tała mnie w nos.

- Szybko. Praw­dziwi męż­czyźni wypi­jają kie­li­szek jed­nym tchem, nie roniąc ani kro­pli.

Wzią­łem głę­boki wdech, prze­la­łem zawar­tość do ust i zmu­si­łem się, żeby ją połknąć. Skrzy­wi­łem się, kiedy poczu­łem pie­cze­nie roz­cho­dzące się aż do żołądka. Zdzi­wiło mnie, że czu­łem je na całej dro­dze. Ni­gdy wcze­śniej nie myśla­łem o tym, jaką drogę poko­nują jedze­nie i picie. Alko­hol był naprawdę dziwny.

- A teraz rąb­nij kie­lisz­kiem w stół - pole­cił wesoło ojciec.

Zro­bi­łem, co mi kazał, i wal­ną­łem kie­lisz­kiem o drewno tak mocno, że byłem pewien, iż szkło roz­pad­nie mi się w dłoni.

Ojciec kla­snął z rado­ści.

- Mój chło­pak!

Otar­łem usta ręka­wem i poczu­łem odór bur­bona w swoim odde­chu. Koja­rzył mi się z przy­pa­lo­nymi tostami i melasą.

Ojciec pod­niósł kie­li­szek i nalał kolejną por­cję. Wypił ją sam i rów­nie zde­cy­do­wa­nie odsta­wił kie­li­szek. Mruk­nął, wzdry­gnął się z gło­śnym wes­tchnie­niem i popa­trzył na mnie; nagle spo­waż­niał.

- Chcę, żebyś zapa­mię­tał tę chwilę jako pierw­szą, gdy piłeś alko­hol. Możesz to zro­bić, mistrzu? Gdy się zesta­rze­jesz i będziesz wspo­mi­nał swoje życie, chcę, żeby to ta chwila koja­rzyła ci się z posma­ko­wa­niem zaka­za­nego owocu, wspólne picie wódki z ojcem. To jest praw­dzi­wie donio­sły moment. Zapo­mnij poprzedni wie­czór. Zapo­mnij o piciu z naszą uro­czą sąsia­deczką. Zapo­mnij o powo­dzie, dla któ­rego piłeś. Gdy doro­śniesz, nie chcę, żebyś myślał o tym, jak się upi­łeś z panią Car­ter. Nie chcę, żebyś w ogóle o niej myślał. Pra­gnę, żebyś zapa­mię­tał to. Jak myślisz, mistrzu? Potra­fisz to zro­bić?

Prze­my­śla­łem jego słowa i przy­tak­ną­łem.

- Jasne, ojcze - zapew­ni­łem go z uśmie­chem. - Da się zro­bić.

- Dajesz słowo?

Sple­tli­śmy małe palce naszych dłoni i zło­ży­łem obiet­nicę.

- To dobrze, bo tak powinno ci się koja­rzyć picie po raz pierw­szy. Z towa­rzy­stwem ojca, a nie ulu­la­niem się z tą szur­niętą suką z sąsiedz­twa.

Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łem takich słów z jego ust. Z matki też nie. Ni­gdy nie prze­kli­nali. Acz­kol­wiek zna­łem to słowo; sły­sza­łem je już wie­lo­krot­nie w szkole i od innych doro­słych, ale ni­gdy od ojca. Nie koja­rzyło mi się z jego gło­sem.

- Prze­pra­szam, mistrzu. Pew­nie nie powi­nie­nem uży­wać takich okre­śleń w twoim towa­rzy­stwie. Nie powi­nie­neś nikogo tak nazy­wać, zwłasz­cza kobiety. Daję ci okropny przy­kład. Jak już czę­sto mówi­łem, kobie­tami należy się rado­wać i trzeba im oka­zy­wać naj­wyż­szy sza­cu­nek.

Rozej­rza­łem się po pokoju. Nie widzia­łem tego ranka matki.

- Jest na dole z naszym gościem - poin­for­mo­wał mnie ojciec.

Cza­sami odno­si­łem wra­że­nie, że czyta mi w myślach.

Zasta­na­wia­łem się, czy pani Car­ter jesz­cze żyła. Prawdę powie­dziaw­szy, wia­do­mość, że tak, zasko­czyła mnie. Cho­ciaż matka i ojciec nie byli wczo­raj w naj­lep­szej kon­dy­cji, zwy­kle zacho­wy­wali ostroż­ność w kwe­stii swo­ich wybry­ków. Dopro­wa­dzali sprawę do końca.

- Czy pani Car­ter spę­dzi z nami jakiś czas?

Ojciec się zasta­no­wił.

- Tak, mistrzu. Tak mi się wydaje. Widzisz, synu, nie możemy winić pani Car­ter za występki jej męża, ale pew­nie zro­biła coś, co go tak zde­ner­wo­wało. Gdyby się tak nie stało, nie przy­szedłby tutaj i nie gro­ził two­jej matce, a ona nie zna­la­złaby się w takiej kło­po­tli­wej sytu­acji. Nie musia­łaby robić mu krzywdy. Pan Car­ter sie­działby pew­nie na swo­jej weran­dzie, cie­sząc się let­nim wie­trzy­kiem w towa­rzy­stwie uro­czej żony, a matka nie spę­dza­łaby poranka na kola­nach, szo­ru­jąc zapa­sku­dzoną pod­łogę w piw­nicy. - Pokrę­cił głową i się zaśmiał. - Ale ten facet krwa­wił, co nie?

Musia­łem się z nim zgo­dzić. Uśmiech­ną­łem się.

Ojciec prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Pozo­staje pyta­nie, czym pani Car­ter tak bar­dzo zde­ner­wo­wała męża. Czy on coś zoba­czył? Widzia­łeś coś, mistrzu?

Wypo­wie­dział te słowa tak szybko, że mnie zasko­czył.

Oddech uwiązł mi w gar­dle i kiedy pró­bo­wa­łem coś powie­dzieć, nie uda­wało mi się to. Pokrę­ci­łem głową i w końcu wykrztu­si­łem:

- Raczej nie, ojcze.

Zmru­żył oczy.

- Raczej nie?

Nic na to nie odpo­wie­dzia­łem. Mia­łem wra­że­nie, że język mi spuchł i zablo­ko­wał słowa, które chciały się wydo­stać. Ojciec przy­glą­dał mi się uważ­nie. W jego spoj­rze­niu nie było zło­ści, ale pró­bo­wał roz­szy­fro­wać każde moje mru­gnię­cie i pocią­gnię­cie nosem. Nie odwró­ci­łem wzroku, bo wów­czas ode­brałby to jako zapo­wiedź kłam­stwa.

- Cho­dziło mi o to, że on raczej niczego nie widział, ojcze. Bo ja na pewno nie widzia­łem.

Prze­krzy­wił głowę i patrzył na mnie przez chwilę. Wresz­cie uśmiech­nął się i pokle­pał mnie po dłoni.

- Prawda i tak wyj­dzie nie­ba­wem na jaw. Zawsze tak jest. A wtedy co żywo zajmę się sprawą. Na razie jed­nak słonko świeci, powie­trze jest rześ­kie i nie zamie­rzam mar­no­wać takiego wspa­nia­łego let­niego dnia.

Się­gną­łem przez stół po tosta. Nie był już cie­pły, ale dobrze by było wrzu­cić coś do żołądka.

- Jak twoja głowa?

Dotarło do mnie, że ból pra­wie cał­ko­wi­cie się wyco­fał i czu­łem tylko tępe pul­so­wa­nie za lewym okiem. Nud­no­ści też minęły.

- Czuję się o wiele lepiej!

Ojciec zmierz­wił mi włosy.

- No pro­szę. Jedz. A kiedy skoń­czysz, chciał­bym, żebyś zaniósł talerz naszemu gościowi. Może też szklankę soku. Myślę, że mogła zgłod­nieć. Przejdę się do domu Car­te­rów i tro­chę roz­ru­szam. Spa­kuję jej torbę. Lepiej, żeby się wyda­wało, że wybrali się w drogę, gdyby ktoś chciał spraw­dzić, co u nich sły­chać.

- Może powi­nien tata prze­sta­wić ich samo­chód? - pod­su­ną­łem, sku­biąc tosta.

Znowu zmierz­wił mi włosy.

- Naprawdę wydo­ro­śla­łeś, co?

Uśmiech­ną­łem się sze­roko.

32

Emory

Dzień pierw­szy, 17.00

Muzyka uci­chła.

Tak po pro­stu.

W jed­nej chwili Sweet Home Ala­bama waliła ją w głowę z gwał­tow­no­ścią okien­nicy w cza­sie hura­ganu, a potem umil­kła.

Acz­kol­wiek w pomiesz­cze­niu nie pano­wała cisza. Miej­sce muzyki zajął gło­śny dzwo­nek i cho­ciaż Emory wie­działa, że ist­niał tylko w jej gło­wie, rów­nie dobrze mógłby ryczeć z naj­po­tęż­niej­szych gło­śni­ków. Dźwięk nie nasi­lał się ani nie słabł; był stały.

Dzwo­niło jej w uszach.

Pani Bur­row opo­wie­działa jej o zagro­że­niach gło­śnych dźwię­ków na trzy lata przed tym, jak pozwo­liła jej iść na pierw­szy kon­cert; to byli Jack's Man­ne­quin w Metro. Chciała ją nastra­szyć. Z per­spek­tywy czasu Emory widziała, że było to oczy­wi­ste. Pani Bur­row opo­wie­działa jej o tym, jak prze­dłu­ża­jąca się eks­po­zy­cja na gło­śną muzykę może pro­wa­dzić do trwa­łych pro­ble­mów, zwłasz­cza jeśli słu­cha się jej w zamknię­tym pomiesz­cze­niu. Mówiła coś o malut­kich wło­skach w uchu, które ule­gają uszko­dze­niu jak prze­tarty kabel, przez co mózg sły­szy nie­ist­nie­jące dźwięki. Naj­czę­ściej był to stan przej­ściowy.

Naj­czę­ściej.

Kiedy pani Bur­row dała jej zatyczki do uszu, chęt­nie je przy­jęła przed wyj­ściem z domu. Nie sko­rzy­stała z nich, rzecz jasna. Nie chciała, żeby jej przy­ja­ciele widzieli ją z tymi głu­pimi różo­wymi zatycz­kami w uszach. Zosta­wiła je w kie­szeni i w rezul­ta­cie przez resztę wie­czoru dzwo­niło jej w uszach jak teraz.

"Wtedy było zupeł­nie ina­czej. Nie pamię­tasz? Led­wie sły­sza­łaś to dzwo­nie­nie i trwało tylko przez chwilę. Kon­cert wcale nie był taki gło­śny i nie trwał długo. W prze­ci­wień­stwie do tego jazgotu, na który cię teraz nara­żono. Przez ile godzin ryczała ta muzyka? Pięć? Dzie­sięć? No i nie masz jed­nego ucha. To z pew­no­ścią nie pomaga".

- Zamknij się! - chciała krzyk­nąć Emory. Zamiast tego wydo­był się z niej stłu­miony beł­kot; jej wyschnięte usta pro­te­sto­wały przy każ­dej syla­bie.

"Twier­dzę tylko, że zatyczka do ucha mogłaby ci się przy­dać. Jedną stronę masz szczel­nie zaban­da­żo­waną. Jeśli ta okropna muzyka się powtó­rzy, powin­naś wci­snąć kawa­łek ban­daża do kanału słu­cho­wego. Lepiej się zabez­pie­czyć, niż potem żało­wać, prawda? Jeśli wyj­dziesz z tego żywa, będziesz jed­no­uchą Jane. Dobrze by było, żeby dru­gie ucho było w jak naj­lep­szej for­mie, nie sądzisz? Wiesz, co jest gor­sze od dziew­czyny z jed­nym uchem? Wiesz?"

- Bądź cicho, pro­szę.

"Wiesz, co jest gor­sze?"

Emory zamknęła oczy i miej­sce mroku zajął jesz­cze więk­szy mrok. Zaczęła śpie­wać It's My Party Jes­sie J.

"Gor­sze od dziew­czyny z jed­nym uchem jest dziew­czyna z jed­nym uchem i bez oczu. To może być kolejny przy­sta­nek w naszej wędrówce, moja kochana, bo jeśli muzyka uci­chła, to dla­tego, że ktoś ją wyłą­czył".

Oddech uwiązł Emory w gar­dle, a jej głowa odwra­cała się szybko z pra­wej strony w lewo i z powro­tem, gdy wpa­try­wała się w mur ciem­no­ści.

Oczy pró­bo­wały przy­sto­so­wać się do tej czerni, ale prze­gry­wały. Emory sie­działa sku­lona na noszach z kola­nami przy­cią­gnię­tymi do klatki pier­sio­wej i nie widziała nawet wła­snych stóp. Błysz­czące srebrne nosze były led­wie dostrze­gal­nym zary­sem. To jed­nak nie zna­czyło, że nic się nie ruszało. Mrok wiro­wał falami i pły­wał w powie­trzu tak gęsty, że pra­wie mogła go posma­ko­wać.

On mógł znaj­do­wać się w tym pomiesz­cze­niu, a ona by o tym nie wie­działa. Mógłby stać odda­lony o krok z nożem w ręku, gotów wbić go w jej oczy i wyłu­pić je jed­nym ruchem. Nie mia­łaby czasu na to, by zare­ago­wać lub wal­czyć z nim wcze­śniej niż w chwili, w któ­rej zacząłby pozba­wiać ją wzroku.

Emory śpie­wała dalej, ale zgu­biła rytm.

- Tań­czę sama, tań­czę - śpie­wała cicho. - Będę tań­czyć, aż powiem "stop". - Wycią­gnęła wolną rękę przed sie­bie i powoli prze­su­wała w tę i z powro­tem, maca­jąc ciem­ność. - Czy... czy jesteś tu?

Zoba­czyła go oczami wyobraźni. Wysoki i szczu­pły opie­rał się o ścianę z nożem w jed­nej ręce i łyżką w dru­giej. Jego palce zagięły się na trzonku noża, kiedy prze­cią­gnął ostrzem po kra­wę­dzi łyżki. Na oby­dwu wid­niały ślady zaschnię­tej krwi, pozo­sta­ło­ści po tych, które były przed nią. Wie­działa, że widział ją pomimo ciem­no­ści. Widział ją dosko­nale. Białe pudełko leżało u jego stóp, czarny sznu­rek spo­czy­wał obok. Palce wska­zu­jący i środ­kowy pra­wej dłoni usta­wił w literę V, wymie­rzył je w swoje oczy, a potem w jej stronę; uśmiech błą­kał się na jego ustach - spierzch­nię­tych i wysu­szo­nych. Prze­je­chał po nich języ­kiem, powoli i z pre­me­dy­ta­cją.

- Nie zostało nic war­tego oglą­da­nia - powie­dział do niej niskim gło­sem. - Twoje młode oczy zostały zbru­kane przez zło tego świata i trzeba je wyjąć. Tylko w ten spo­sób można odwró­cić pro­ces, oczy­ścić cię.

Emory się cof­nęła i przy­su­nęła bli­żej ściany.

- Nie jesteś praw­dziwy - rzu­ciła do sie­bie. - Jestem tu sama.

Pra­gnęła, żeby muzyka wró­ciła.

Jeżeli on tu był, jeżeli naprawdę stał w tym pomiesz­cze­niu z zamia­rem skrzyw­dze­nia jej, nie chciała sły­szeć, jak będzie się do niej zbli­żał. Tak by było lepiej.

Dzwo­nie­nie w uszach osła­bło i zmu­szała się do igno­ro­wa­nia dud­nie­nia serca w oka­le­czo­nym uchu; zmu­szała się do wsłu­chi­wa­nia się w odgłosy wokół sie­bie.

Czy usły­sza­łaby jego oddech?

- Jeżeli zamie­rzasz mnie skrzyw­dzić, zrób to wresz­cie, ty chory dra­niu! - krzyk­nęła. Tylko że to nie był krzyk. Gar­dło jej wyschło i wydo­był się z niej chra­pliwy pisk.

Usły­szała dźwięk.

Czy był tu wcze­śniej?

Rów­no­mierne kap, kap, kap, mniej wię­cej w sekun­do­wych odstę­pach.

Skąd dobie­gał?

Gdy się ock­nęła, obe­szła pomiesz­cze­nie. Obma­cała każdą ścianę. Była boso - gdyby był tu jakiś wyciek, sto­jąca woda, zna­la­złaby ją, czyż nie?

Gar­dło ją zabo­lało na myśl o wodzie.

"Być może sły­szysz kapa­nie wody, bo jesteś tak spra­gniona, kocha­nie. Umysł płata takie figle. Gdyby chciał ci dać wodę, zro­biłby to".

Emory zamknęła oczy i pró­bo­wała nasłu­chi­wać jesz­cze uważ­niej. Wie­działa, że to głu­pie. Prze­cież nic nie widziała, nie­mniej zamknię­cie oczu oka­zało się pomocne. Dźwięk stał się tro­chę gło­śniej­szy, wyraź­niej­szy.

Kap... kap... kap.

Prze­chy­liła głowę, nad­sta­wia­jąc zdrowe ucho, i lekko się obra­cała po każ­dym kap­nię­ciu, aż dźwięk stał się naj­gło­śniej­szy. Kiedy zaczął znowu słab­nąć, wró­ciła do poprzed­niej pozy­cji.

Dobie­gał z lewej strony.

Zsu­nęła się z noszy i sta­nęła na lodo­wa­tym beto­nie. Dostała gęsiej skórki na całym ciele i objęła się lewą ręką, pró­bu­jąc się jakoś ogrzać. Prawą pocią­gnęła nosze.

"Pamię­taj o szczu­rach, kocha­nie. Te malu­chy pew­nie gro­ma­dzą się wokół cie­bie. Wodę nie­wąt­pli­wie zna­la­zły już dawno. Teraz chęt­nie by coś zja­dły, naj­le­piej kawa­łek mło­dego mię­ska. Gdy­bym była szczu­rem, naj­praw­do­po­dob­niej urzą­dzi­ła­bym sobie bazę w pobliżu wody. I bro­ni­ła­bym jej. Bro­ni­ła­bym na śmierć i życie".

Emory zro­biła krok do przodu, potem kolejny, cią­gnąc za sobą nosze.

Nie chciała odda­lać się od ściany. Ściana dawała jej pokrze­pie­nie, jak duży koc, ale w końcu ode­rwała się od niej. Zosta­wiła ją za sobą i zro­biła kolejny krok, malutki, szu­ra­jąc nogami. Nie wie­działa, co ma przed sobą, więc nie mogła sobie pozwo­lić na wię­cej.

"Myślisz, że mógł tu roz­sy­pać potłu­czone szkło? Albo zardze­wiałe gwoź­dzie? A jeśli w pod­ło­dze jest dziura? Gdy­byś upa­dła i zła­mała nogę, była­byś w tara­pa­tach, znacz­nie gor­szych od swo­jej obec­nej sytu­acji, to pewne. A tak przy oka­zji, nie chcę być utra­pie­niem, ale uwa­żam, że warto o tym wspo­mnieć. Wpa­dłaś już na to, kto wyłą­czył muzykę? Bo jeśli on jest w pobliżu, to zdo­by­cie wody nie powinno być dla cie­bie kwe­stią prio­ry­te­tową".

- Jeśli pla­nuje zro­bić mi krzywdę, zrobi to - odparła Emory. - Nie zamie­rzam sie­dzieć w miej­scu i cze­kać, aż wykona ruch.

Szła z tru­dem dalej i tra­ciła z każ­dym kro­kiem czu­cie w pal­cach stóp.

Czy ten beton robił się coraz zim­niej­szy?

- Nie pozwoli mi umrzeć, przy­naj­mniej nie do czasu, gdy ze mną skoń­czy. W wia­do­mo­ściach mówiono, że utrzy­my­wał dziew­czyny przy życiu przez co naj­mniej tydzień, zanim je zabił. Spę­dzi­łam tu co naj­wy­żej dzień. Na­dal mnie potrze­buje.

"Pew­nie masz rację, ale może ci zro­bić tak wiele rze­czy, nie­przy­jem­nych rze­czy, które cię nie zabiją. Odciął ci już ucho. Wiesz, że kolejne będą oczy. Czy to będzie aż takie złe? Prze­cież nic teraz nie widzisz. Bar­dziej bym się mar­twiła utratą języka. Możesz cho­dzić na oślep w ciem­no­ści, ale stra­cić moż­li­wość mówie­nia? To by było okropne. Zawsze byłaś taka wyga­dana".

Emory nasłu­chi­wała. Była bli­sko. Zostało jej kilka kro­ków.

Po pal­cach prze­biegł jej szczur. Pisnęła i pra­wie się prze­wró­ciła na nosze.

Zmu­siła się, by głę­boko oddy­chać. Musiała zacho­wać spo­kój. Znowu prze­bie­gła jej po pal­cach para małych stóp. Kiedy tym razem krzyk­nęła, zro­biła to gło­śno; nie hamo­wała się, mimo że miała wyschnięte gar­dło. Poczuła się tak, jakby wymio­to­wała tłu­czo­nym szkłem, i chciała prze­stać, ale krzyk wydo­by­wał się z niej dalej - krzyk nad krzy­kami. Nie cho­dziło już tylko o szczura i o to, że została porwana i uwię­ziona w tym miej­scu, ale o ojca i ota­cza­ją­cych ją ludzi, o fru­stra­cję zwią­zaną z edu­ka­cją domową i ogra­ni­czoną liczbą przy­ja­ciół. O ból ucha, brak czu­cia w pal­cach stóp, bez­bron­ność wyni­ka­jącą z nago­ści w tym dziw­nym miej­scu. O spoj­rze­nie nie­zna­nych oczu. O męż­czy­znę, który ją porwał - męż­czy­znę, który mógł się znaj­do­wać wiele kilo­me­trów stąd lub zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów, nie­wi­dzialny w mroku. I o matkę, która umarła i zosta­wiła ją, by zno­siła te męki sama.

Gdy wresz­cie zamil­kła, gar­dło ją paliło, jakby połknęła płynny ołów i zdra­py­wała resztki zardze­wia­łym ostrzem, ale nie przej­mo­wała się tym. Krzyk oczy­ścił jej umysł. Potrze­bo­wała trzeź­wego myśle­nia.

Musiała się zasta­no­wić.

Dzwo­nie­nie w uszach uci­chło.

Emory zmu­siła zdrowe ucho do słu­cha­nia i igno­ro­wa­nia krwi szu­mią­cej w dru­gim uchu.

Kap.

Z lewej strony dobie­gał odgłos dra­pa­nia. Paznokci o beton. Małych paznokci. Kopią­cych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Por­ter

Dzień pierw­szy, 6.14

Znowu go było sły­chać, ten nie­ustę­pliwy sygnał.

"Prze­cież wyłą­czy­łem dźwięk. Dla­czego sły­szę powia­do­mie­nia o otrzy­ma­niu SMS-a? Dla­czego sły­szę cokol­wiek? Apple zszedł na psy po odej­ściu Steve'a Jobsa".

Sam Por­ter prze­to­czył się na prawy bok i na ślepo szu­kał tele­fonu na szafce noc­nej.

Budzik runął na pod­łogę z łup­nię­ciem typo­wym dla taniej elek­tro­niki z Chin.

- Ja pier­dolę.

Kiedy jego palce wyma­cały tele­fon, odłą­czył urzą­dze­nie od łado­warki i przy­su­nął je do twa­rzy. Mru­żąc oczy, wpa­try­wał się w mały, świe­cący jaskrawo wyświe­tlacz.

ZADZWOŃ - 911.

Wia­do­mość od Nasha.

Por­ter zer­k­nął na połowę łóżka nale­żącą do jego żony. Była pusta. Leżał tam tylko liścik:

Poszłam po mleko, zaraz wrócę.

Buziaczki,

Heather

Mruk­nął i znowu zer­k­nął na tele­fon.

Pięt­na­ście po szó­stej.

To by było na tyle, jeśli cho­dzi o spo­kojny pora­nek.

Por­ter usiadł i wybrał numer swo­jego part­nera. Nash ode­brał po dru­gim sygnale.

- Sam?

- Cześć, Nash.

Drugi męż­czy­zna mil­czał przez chwilę.

- Prze­pra­szam cię, Por­ter. Zasta­na­wia­łem się, czy się z tobą kon­tak­to­wać, czy nie. Wybie­ra­łem twój numer z tuzin razy i ani razu nie zde­cy­do­wa­łem się zadzwo­nić. Wresz­cie uzna­łem, że naj­le­piej będzie wysłać wia­do­mość. Dałem ci szansę, żebyś mógł mnie zigno­ro­wać.

- Nie ma sprawy, Nash. O co cho­dzi?

Znowu mil­cze­nie.

- Będziesz chciał to zoba­czyć na wła­sne oczy.

- Co takiego?

- Zda­rzył się wypa­dek.

Por­ter potarł skroń.

- Wypa­dek? Pra­cu­jemy w wydziale zabójstw. Dla­czego mie­li­by­śmy się zaj­mo­wać wypad­kiem?

- Zaufaj mi. Będziesz chciał to zoba­czyć - powtó­rzył Nash. W jego gło­sie pobrzmie­wał nie­po­kój.

Por­ter wes­tchnął.

- Gdzie?

- W pobliżu Hyde Parku, na wyso­ko­ści Pięć­dzie­sią­tej Pią­tej. Wysła­łem ci adres SMS-em.

Tele­fon zadzwo­nił mu pro­sto do ucha. Por­ter odsu­nął go gwał­tow­nie.

"Pie­przony iPhone".

Spoj­rzał na wyświe­tlacz, zapi­sał adres i wró­cił do roz­mowy.

- Mogę przy­je­chać za pół godziny. Pasuje wam?

- Ta - odparł Nash. - Na razie ni­gdzie się nie wybie­ramy.

Por­ter się roz­łą­czył i zsu­nął nogi z łóżka, wsłu­chu­jąc się w prze­różne strzy­ka­nia i skrzy­pie­nia wyda­wane na znak pro­te­stu przez pięć­dzie­się­cio­dwu­let­nie ciało.

Słońce zaczęło już wscho­dzić i przez opusz­czone rolety w oknie sypialni prze­są­czało się tro­chę świa­tła. Zabawne, jak ciche i ponure wyda­wało się to miesz­ka­nie, gdy nie było w nim Heather.

"Poszła po mleko".

Budzik leżący na pod­ło­dze z twar­dego drewna mru­gnął do niego pęk­nię­tym wyświe­tla­czem, na któ­rym cyfry nie przy­po­mi­nały już cyfr.

To będzie jeden z tych dni.

Ostat­nio czę­sto się one zda­rzały.

Dzie­sięć minut póź­niej Por­ter wyszedł z miesz­ka­nia ubrany w naj­lep­szy strój - wymięty gra­na­towy gar­ni­tur kupiony w Men's Wear­ho­use przed bli­sko dekadą - i poko­nał cztery kon­dy­gna­cje scho­dami, żeby zejść do cia­snego holu na par­te­rze. Zatrzy­mał się przy skrzyn­kach na listy, wycią­gnął tele­fon i wystu­kał numer żony.

- Dodzwo­ni­łeś się do Heather Por­ter. Skoro sły­szysz skrzynkę gło­sową, praw­do­po­dob­nie spraw­dzi­łam, kto dzwoni, i uzna­łam, że ponad wszelką wąt­pli­wość nie chcę z tobą roz­ma­wiać. Jeżeli chcesz zło­żyć mi dar w postaci cia­sta cze­ko­la­do­wego lub jakiejś innej pysz­no­ści, przy­ślij mi wia­do­mość ze szcze­gó­łami, a ja prze­my­ślę twoją pozy­cję na dra­bi­nie towa­rzy­skiej i pew­nie do cie­bie oddzwo­nię. Jeśli jesteś sprze­dawcą, który chce mnie namó­wić do zmiany ope­ra­tora, możesz się w tej chwili roz­łą­czyć. AT&T jest mi winne usługi przez co naj­mniej rok. Wszy­scy pozo­stali mogą zosta­wić wia­do­mość. Pamię­taj­cie, że mój kochany mąż jest gliną nie­ra­dzą­cym sobie ze zło­ścią i nosi wielką spluwę.

Por­ter się uśmiech­nął. Zawsze się uśmie­chał na dźwięk jej głosu.

- Cześć, Guziczku. To tylko ja. Dzwo­nił Nash. Coś się dzieje w pobliżu Hyde Parku. Mam się z nim tam spo­tkać. Zadzwo­nię do cie­bie póź­niej, kiedy już będę wie­dział, o któ­rej wrócę do domu. - Po chwili dodał: - Och, zdaje się, że coś się stało z naszym budzi­kiem.

Wsu­nął tele­fon do kie­szeni i prze­ci­snął się przez drzwi. Rześ­kie chi­ca­gow­skie powie­trze przy­po­mniało mu, że nie­ba­wem jesień ustąpi zimie.

2

Por­ter

Dzień pierw­szy, 6.45

Por­ter poje­chał Lake Park Ave­nue i miał dobry czas; dotarł na miej­sce za kwa­drans siódma. Wóz poli­cyjny blo­ko­wał Pięć­dzie­siątą Piątą Aleję w dziel­nicy Woodlawn. Por­ter dostrzegł świa­tła z odle­gło­ści kilku prze­cznic - co naj­mniej tuzin radio­wo­zów, karetka, dwa wozy stra­żac­kie. Dwu­dzie­stu funk­cjo­na­riu­szy, może wię­cej. I prasa.

Kiedy się zbli­żał do tego cha­osu swoim dodge'em char­ge­rem, zwol­nił i wysta­wił odznakę przez okno. Młody poli­cjant, w zasa­dzie jesz­cze dzie­ciak, prze­szedł pod żółtą taśmą poli­cyjną i pod­biegł do niego.

- Śled­czy Por­ter? Nash kazał mi na pana cze­kać. Pro­szę zapar­ko­wać gdzie­kol­wiek. Ogro­dzi­li­śmy cały kwar­tał.

Por­ter kiw­nął głową i zapar­ko­wał przy jed­nym z wozów stra­żac­kich, po czym wysiadł.

- Gdzie jest Nash?

Dzie­ciak podał mu kubek z kawą.

- Tam, bli­sko karetki.

Zoba­czył postawną syl­wetkę Nasha roz­ma­wia­ją­cego z Tomem Eisleyem z zakładu medy­cyny sądo­wej. Nash miał bli­sko metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i góro­wał nad znacz­nie niż­szym męż­czy­zną. Wyda­wało się, że wrzu­cił parę kilo­gra­mów w cza­sie tych kilku tygo­dni, kiedy Por­ter go nie widział; cha­rak­te­ry­styczne brzu­szy­sko wyle­wało się znad paska jego spodni.

Nash przy­wo­łał go ski­nie­niem ręki.

Eisley powi­tał Por­tera nie­znacz­nym kiw­nię­ciem głowy i pod­su­nął oku­lary na nosie.

- Jak się masz, Sam? - Trzy­mał pod­kładkę z klip­sem obcią­żoną co naj­mniej ryzą papieru. We współ­cze­snym świe­cie table­tów i smart­fo­nów zda­wał się zawsze mieć tę pod­kładkę pod ręką; jego palce ner­wowo prze­wra­cały strony.

- Domy­ślam się, że ma dość ludzi pyta­ją­cych go o to, jak się trzyma, jak mu leci i gene­ral­nie, jak się miewa - burk­nął Nash.

- W porządku. W porządku. - Por­ter zmu­sił się do uśmie­chu. - Dzię­kuję, że pytasz, Tom.

- Jeśli ci cze­goś trzeba, mów. - Eisley zer­k­nął na Nasha.

- Dzię­kuję. - Por­ter popa­trzył na Nasha. - A więc, wypa­dek?

Nash wska­zał na auto­bus miej­ski zapar­ko­wany przy kra­węż­niku w odle­gło­ści pięt­na­stu metrów od nich.

- Czło­wiek kon­tra maszyna. Chodź.

Por­ter poszedł za nim. Eisley szedł kilka kro­ków za nimi, z przy­go­to­waną pod­kładką.

Tech­nik kry­mi­na­li­styczny foto­gra­fo­wał przód auto­busu. Wgnie­cioną chłod­nicę. Pęk­nięty lakier dwa i pół cen­ty­me­tra nad pra­wym reflek­to­rem. Inny funk­cjo­na­riusz cią­gnął za coś przy­gnie­cio­nego przez przed­nią prawą oponę.

Gdy pode­szli bli­żej, Por­ter zauwa­żył czarny worek odgro­dzony od rosną­cego tłumu przez morze mun­du­ro­wych.

- Auto­bus jechał ze sporą pręd­ko­ścią. Kolejny przy­sta­nek znaj­duje się jakieś pół­tora kilo­me­tra stąd - poin­for­mo­wał ich Nash.

- Wcale nie pędzi­łem, do cho­lery! Sprawdź­cie GPS. Niech pan nie rzuca takich oskar­żeń!

Por­ter spoj­rzał w lewo i zoba­czył kie­rowcę auto­busu. Był to rosły męż­czy­zna ważący co naj­mniej sto pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów. Czarna kurtka opi­nała zwały ciała, które miały się pod nią pomie­ścić. Krę­cone siwe włosy były zmierz­wione z lewej strony i ster­czały do góry z pra­wej. Ner­wowe oczy strze­lały w ich kie­runku, prze­ska­ku­jąc od Por­tera do Nasha, a potem Eisleya, i z powro­tem.

- Ten popier­do­le­niec wysko­czył mi przed maskę. To nie był wypa­dek. Facet skoń­czył ze sobą.

- Nikt nie powie­dział, że zro­bił pan coś złego - uspo­koił go Nash.

Zadzwo­nił tele­fon Eisleya. Męż­czy­zna zer­k­nął na wyświe­tlacz, uniósł palec i odszedł kilka kro­ków, żeby ode­brać.

Kie­rowca cią­gnął swój wywód:

- Opo­wiada pan tutaj, że pędzi­łem. Mogę stra­cić pracę, eme­ry­turę... Myśli pan, że w swoim wieku mam ochotę szu­kać pracy? W tej gów­nia­nej sytu­acji eko­no­micz­nej?

Por­ter rzu­cił okiem na pla­kietkę z nazwi­skiem.

- Panie Nel­son, może by pan wziął głę­boki wdech i spró­bo­wał się uspo­koić?

Po czer­wo­nej twa­rzy męż­czy­zny spły­wał pot.

- Będę zamia­tał chod­niki, bo ten fiu­tek wybrał mój auto­bus. Mam za sobą trzy­dzie­ści jeden lat bez­wy­pad­ko­wej pracy, a teraz to!

Por­ter poło­żył dłoń na ramie­niu męż­czy­zny.

- Może mi pan opo­wie­dzieć, co się wyda­rzyło?

- Muszę trzy­mać gębę na kłódkę do czasu, aż przy­je­dzie ktoś ze związku.

- Nie mogę panu pomóc, jeśli pan ze mną nie poroz­ma­wia.

Kie­rowca ścią­gnął brwi.

- A co pan dla mnie zrobi?

- Na począ­tek mogę szep­nąć dobre słowo Manny'emu Polan­skiemu z Trans­itu. Jeżeli nie zro­bił pan nic złego i będzie z nami współ­pra­co­wał, nie ma powodu, żeby pana zawie­szać.

- Cho­lera. Myśli pan, że mogliby mnie za to zawie­sić? - Otarł pot z czoła. - Chry­ste, nie stać mnie na to.

- Raczej tego nie zro­bią, jeśli się dowie­dzą, że pan z nami współ­pra­co­wał i że pró­bo­wał pan pomóc. Być może nie będzie nawet potrzeby prze­słu­chi­wa­nia pana - uspo­ka­jał go Por­ter.

- Prze­słu­chi­wa­nia?

- Niech mi pan powie, co się stało. Będę mógł poga­dać z Man­nym i może zaosz­czę­dzę panu kło­potu.

- Zna pan Manny'ego?

- Przez pierw­sze dwa lata służby w mun­du­rze pra­co­wa­łem dla Trans­itu. Wysłu­cha mnie. Jeśli nam pan pomoże, wsta­wię się za panem, daję słowo.

Kie­rowca prze­my­ślał pro­po­zy­cję i wresz­cie zro­bił głę­boki wdech i ski­nął głową.

- Było tak, jak opo­wia­da­łem pana kole­dze. Zatrzy­ma­łem się na przy­stanku przy Ellis o cza­sie. Wsia­dły dwie osoby, wysia­dła jedna. Jecha­łem na wschód Pięć­dzie­siątą Piątą i wyje­cha­łem zza zakrętu. Świa­tło mia­łem zie­lone, więc nie było potrzeby zwal­niać, cho­ciaż wcale nie pędzi­łem. Niech pan spraw­dzi na GPS-ie.

- Na pewno pan nie pędził.

- Nie pędzi­łem, jecha­łem równo z innymi. Może prze­kro­czy­łem dopusz­czalną pręd­kość o kilka kilo­me­trów na godzinę, ale nie pędzi­łem - powtó­rzył.

Por­ter mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- Jechał pan na wschód Pięć­dzie­siątą Piątą...

Kie­rowca przy­tak­nął.

- Tak. Zoba­czy­łem kilka osób na rogu. Nie­wiele. Trzy, może cztery. Kiedy pod­je­cha­łem bli­żej, ten gość wysko­czył mi przed maskę. Bez ostrze­że­nia. W jed­nej sekun­dzie stał, a w następ­nej zna­lazł się na ulicy. Wci­sną­łem hamu­lec do dechy, ale to ustroj­stwo nie zatrzy­muje się w miej­scu. Wal­ną­łem go cen­tral­nie. Odrzu­ciło go na dobre dzie­sięć metrów.

- Jakiego koloru było świa­tło? - zapy­tał Por­ter.

- Zie­lone.

- A nie poma­rań­czowe?

Kie­rowca pokrę­cił głową.

- Nie, zie­lone. Wiem to, bo je obser­wo­wa­łem. Zro­biło się poma­rań­czowe po około dwu­dzie­stu sekun­dach. Zdą­ży­łem wysiąść, kiedy się zmie­niło. - Wska­zał na sygna­li­za­tor. - Sprawdź­cie nagra­nie z kamery.

Por­ter spoj­rzał do góry. W ciągu ostat­niej dekady kamery prze­my­słowe tra­fiły na pra­wie każde skrzy­żo­wa­nie w mie­ście. Przy­po­mni Nashowi, żeby popro­sił o nagra­nie, kiedy dotrą na komi­sa­riat. Naj­praw­do­po­dob­niej jego part­ner już zło­żył zamó­wie­nie.

- Gość nie prze­cho­dził przez jezd­nię. Wysko­czył na nią. Zoba­czy­cie to na fil­mie.

Por­ter podał mu wizy­tówkę.

- Może pan tu jesz­cze chwilę zostać, na wypa­dek gdy­bym miał dal­sze pyta­nia?

Facet wzru­szył ramio­nami.

- Pogada pan z Man­nym, tak?

Por­ter przy­tak­nął.

- Mogę na chwilę prze­pro­sić? - Odcią­gnął Nasha na bok i ści­szył głos. - Nie zabił go celowo. Nawet jeśli to było samo­bój­stwo, nic nam do tego. Dla­czego do mnie dzwo­ni­łeś?

Nash poło­żył dłoń na ramie­niu part­nera.

- Jesteś pewien, że sobie pora­dzisz? Jeśli potrze­bu­jesz wię­cej czasu, zro­zu­miem...

- Nic mi nie jest - odparł Por­ter. - Powiedz mi, co się dzieje.

- Jeśli potrze­bu­jesz poga­dać...

- Nash, do dia­ska! Nie jestem dziec­kiem. Prze­stań owi­jać w bawełnę.

- Dobra - ustą­pił w końcu. - Ale jeśli się okaże, że to dla cie­bie za wcze­śnie, obie­caj mi, że od razu powiesz "pas". Nikt nie będzie miał pre­ten­sji.

- Wydaje mi się, że praca dobrze mi zrobi. Już zaczęło mi odbi­jać od tego sie­dze­nia w miesz­ka­niu - wyznał.

- To jest coś wiel­kiego, Por­ter - powie­dział cicho Nash. - Zasłu­gu­jesz, żeby tu być.

- Chry­ste, Nash. Wydu­sisz to wresz­cie z sie­bie?

- Idę o zakład, że nasza ofiara zmie­rzała do skrzynki na listy. - Zer­k­nął w stronę nie­bie­skiej skrzynki pocz­to­wej sto­ją­cej przed cegla­nym budyn­kiem miesz­kal­nym.

- Skąd wiesz?

Na twa­rzy part­nera Por­tera poja­wił się uśmiech.

- Facet niósł małą białą paczuszkę prze­wią­zaną czar­nym sznur­kiem.

Por­ter otwo­rzył sze­roko oczy.

- Nieee.

- Aha.

3

Por­ter

Dzień pierw­szy, 6.53

Por­ter gapił się na ciało, kształt zasło­nięty czar­nym folio­wym cału­nem.

Bra­ko­wało mu słów.

Nash popro­sił pozo­sta­łych funk­cjo­na­riu­szy i tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych, żeby się wyco­fali i zosta­wili Por­tera samego, dali mu czas sam na sam z ofiarą. Prze­szli za żółtą taśmę poli­cyjną i roz­ma­wiali przy­ci­szo­nymi gło­sami, kiedy mu się przy­glą­dali. Por­ter ich nie widział. Dostrze­gał jedy­nie czarny worek ze zwło­kami i leżącą obok paczuszkę. Tech­nicy posta­wili przy niej zna­czek z nume­rem jeden i nie­wąt­pli­wie sfo­to­gra­fo­wali ją z tuzin razy pod każ­dym moż­li­wym kątem. Wie­dzieli jed­nak, że nie należy jej otwie­rać. Zosta­wili to jemu. Ile takich paczu­szek było dotych­czas?

Tuzin? Nie. Bli­żej dwóch tuzi­nów.

Zro­bił w myślach obli­cze­nia.

Sie­dem ofiar. Trzy pudełka na ofiarę.

Dwa­dzie­ścia jeden.

Dwa­dzie­ścia jeden pude­łek w ciągu bli­sko pię­ciu lat.

Bawił się nimi. Nie zosta­wiał śla­dów. Tylko te pudełka.

Duch.

Por­ter był świad­kiem tego, jak wielu poli­cjan­tów zaj­mo­wało się tą sprawą i odcho­dziło. Z każdą następną ofiarą zespół się roz­ra­stał. Kiedy prasa zwie­trzyła poja­wie­nie się pudełka, kłę­biła się wokół jak sępy. Mia­sto łączyło siły w soli­dar­nym polo­wa­niu. Potem docie­rało wresz­cie trze­cie pudełko, znaj­do­wano ciało, a on znowu zni­kał. Gubił się w cie­niu zapo­mnie­nia. Mijały mie­siące; prze­sta­wano o nim pisać. Zespół się kur­czył, bo ludzi kie­ro­wano do pil­niej­szych spraw.

Tylko Por­ter widział to wszystko od początku. Ode­brał pierw­szą prze­syłkę i natych­miast się zorien­to­wał, z czym ma do czy­nie­nia - to był począ­tek obłą­ka­nego planu seryj­nego zabójcy. Kiedy przy­szło dru­gie pudełko, potem trze­cie i wresz­cie zna­le­ziono ciało, inni też to dostrze­gli.

To był począ­tek cze­goś potwor­nego. Zapla­no­wa­nego.

Złego.

A on był przy tym od początku. Czyżby teraz był świad­kiem końca?

- Co jest w pudełku?

- Jesz­cze go nie otwo­rzy­li­śmy - odparł Nash. - Ale chyba wiesz.

Paczuszka była mała. Miała pięć na pięć cen­ty­me­trów i była wysoka na sie­dem i pół cen­ty­me­tra.

"Jak pozo­stałe".

Owi­nięta bia­łym papie­rem i obwią­zana czar­nym sznur­kiem. Adres wypi­sano sta­ran­nym cha­rak­te­rem pisma. Nie znajdą żad­nych odci­sków pal­ców. Ni­gdy nie znaj­do­wali. Znaczki były samo­przy­lepne - nie znajdą śliny.

Por­ter zer­k­nął na worek.

- Myślisz, że to naprawdę on? Masz nazwi­sko?

Nash pokrę­cił głową.

- Nie ma port­fela ani dowodu oso­bi­stego. Zosta­wił twarz na chod­niku i kratce chłod­nicy auto­busu. Wzię­li­śmy odci­ski pal­ców, ale nie możemy ich do nikogo dopa­so­wać. To nikt.

- Ależ to jest ktoś - zaopo­no­wał Por­ter. - Masz ręka­wiczki?

Nash wycią­gnął parę latek­so­wych ręka­wi­czek z kie­szeni i podał Por­te­rowi. Męż­czy­zna wcią­gnął je na dło­nie i wska­zał na pudełko.

- Mogę?

- Cze­ka­li­śmy na cie­bie - powie­dział Nash. - To twoja sprawa, Sam. Zawsze tak było.

Kiedy Por­ter przy­kuc­nął przy paczuszce i się­gnął w jej stronę, jeden z tech­ni­ków pod­szedł do niego pospiesz­nie, maj­stru­jąc coś przy małej kame­rze wideo.

- Prze­pra­szam, sir, ale mam roz­kaz to sfil­mo­wać.

- Nie ma sprawy, synu. Ale nie chcę tu nikogo wię­cej. Gotów?

Zapa­liło się czer­wone świa­tełko z przodu kamery i tech­nik ski­nął głową.

- Pro­szę zaczy­nać, sir.

Por­ter obró­cił paczuszkę tak, żeby móc prze­czy­tać adres. Ostroż­nie omi­jał krwi­sto­czer­wone plamki.

- Arthur Tal­bot, pięt­na­ście czter­dzie­ści sie­dem Dear­born Par­kway.

Nash gwizd­nął.

- Szy­kowna oko­lica. Stare majątki. Ale nazwi­sko nic mi nie mówi.

- Tal­bot jest ban­kow­cem zaj­mu­ją­cym się inwe­sty­cjami - poin­for­mo­wał tech­nik. - Sie­dzi też w nie­ru­cho­mo­ściach. Ostat­nio prze­kształ­cał maga­zyny w pobliżu jeziora w lofty. Odwa­lał swoją część roboty w rugo­wa­niu stam­tąd ubo­gich rodzin, by zastą­pić je ludźmi, któ­rych stać na wyso­kie czyn­sze i regu­larne kupo­wa­nie kawy w Star­buck­sie.

Por­ter wie­dział dokład­nie, kim był Arthur Tal­bot. Spoj­rzał na tech­nika.

- Jak się nazy­wasz, chłop­cze?

- Paul Wat­son, sir.

Por­ter nie mógł powstrzy­mać uśmie­chu.

- Pew­nego dnia będzie z pana dosko­nały detek­tyw, dok­to­rze Wat­so­nie.

- Nie jestem dok­to­rem, sir. Piszę pracę, ale mam jesz­cze przed sobą co naj­mniej dwa lata.

Por­ter zachi­cho­tał.

- Czy już nikt nie czyta ksią­żek?

- Sam, pudełko.

- Racja, pudełko.

Pocią­gnął za sznu­rek i przy­glą­dał się, jak węzeł się roz­wią­zuje. Biały papier skru­pu­lat­nie zagięto tak, by na końcu powstały ide­alne trój­kąty.

"Jak pre­zent. Zapa­ko­wał to jak pre­zent".

Łatwo było usu­nąć papier, by odsło­nić czarne pude­łeczko. Por­ter odło­żył papier i sznu­rek na bok, zer­k­nął na Nasha i Wat­sona, po czym powoli uniósł wieczko.

Ucho zostało dokład­nie obmyte z krwi i uło­żone na pod­kła­dzie z waty.

"Dokład­nie tak jak poprzed­nie".

4

Por­ter

Dzień pierw­szy, 7.05

- Muszę zoba­czyć ciało.

Nash zer­k­nął ner­wowo na rosnący tłum.

- Jesteś pewien, że chcesz to robić tutaj? Przy­pa­truje ci się sporo oczu.

- Roz­stawmy namiot.

Nash przy­wo­łał jed­nego z poli­cjan­tów.

Kwa­drans póź­niej, ku prze­ra­że­niu nad­jeż­dża­ją­cych kie­row­ców, na Pięć­dzie­sią­tej Pią­tej Alei sta­nął namiot o wymia­rach trzy i pół na trzy i pół metra, blo­ku­jąc jeden z dwóch pasów wio­dą­cych na wschód. Nash i Por­ter weszli za klapę. Za nimi wśli­znęli się do środka Eisley i Wat­son. Umun­du­ro­wany straż­nik zajął pozy­cję przy wej­ściu, na wypa­dek gdyby ktoś przedarł się przez bary­kadę i pró­bo­wał się dostać do namiotu.

Na żół­tych meta­lo­wych trój­no­gach stało sześć tysiąc­dwu­stu­wa­to­wych reflek­to­rów roz­lo­ko­wa­nych w pół­kolu nad cia­łem; zale­wały one cia­sną prze­strzeń ostrym świa­tłem.

Eisley pochy­lił się i odcią­gnął górną część worka.

Por­ter przy­klęk­nął.

- Ktoś go ruszał?

Eisley pokrę­cił głową.

- Sfo­to­gra­fo­wa­li­śmy go, a potem kaza­łem go jak naj­szyb­ciej zakryć. Leży tak, jak wylą­do­wał.

Męż­czy­zna leżał twa­rzą na asfal­cie. Obok głowy znaj­do­wała się nie­wielka kałuża krwi, która spły­wała strużką w kie­runku kra­wę­dzi namiotu. Ciemne, przy­pró­szone siwi­zną włosy były krótko ostrzy­żone.

Por­ter wło­żył drugą parę latek­so­wych ręka­wi­czek z pudełka sto­ją­cego po jego lewej stro­nie i deli­kat­nie uniósł głowę ofiary. Ode­rwała się od zim­nego asfaltu z dźwię­kiem przy­po­mi­na­ją­cym ten towa­rzy­szący odwi­ja­niu folio­wego opa­ko­wa­nia z owo­co­wych rulo­ni­ków. Poczuł ucisk w żołądku. Dotarło do niego, że nic nie jadł. Pew­nie dobrze się zło­żyło.

- Pomo­że­cie mi go obró­cić?

Eisley chwy­cił męż­czy­znę za ramię, a Nash sta­nął przy sto­pach.

- Na trzy. Raz, dwa...

Było jesz­cze za wcze­śnie na stę­że­nie pośmiertne. Ciało było luźne. Prawa noga była praw­do­po­dob­nie zła­mana w co naj­mniej trzech miej­scach; lewa ręka rów­nież, i może coś jesz­cze.

- O Boże, ohyda. - Nash nie odry­wał wzroku od twa­rzy męż­czy­zny.

A kon­kret­niej miej­sca, w któ­rym powinna znaj­do­wać się twarz. Policzki znik­nęły i tylko wisiała na nich ode­rwana czę­ściowo skóra. Żuchwa była odsło­nięta i wyła­mana - usta wyglą­dały tak, jakby ktoś chwy­cił szczęki i roz­warł je jak wnyki. Jedno oko było pęk­nięte i sączył się z niego szkli­sty płyn. Dru­gie patrzyło na nich nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, zie­lone w jaskra­wym świe­tle.

Por­ter się pochy­lił.

- Myśli­cie, że da się zre­kon­stru­ować twarz?

Eisley przy­tak­nął.

- Skie­ruję kogoś do tego, jak tylko dowie­ziemy go do mojego labo­ra­to­rium.

- Trudno cokol­wiek powie­dzieć, ale na pod­sta­wie budowy ciała i lek­kiej siwi­zny zary­zy­kuję stwier­dze­nie, że był przed pięć­dzie­siątką albo krótko po.

- Powi­nie­nem też móc podać wam dokład­niej­szy wiek - powie­dział Eisley. Badał oczy męż­czy­zny, świe­cąc w nie latarką. - Rogówka jest nie­tknięta.

Por­ter wie­dział, że ist­nieje moż­li­wość osza­co­wa­nia wieku na pod­sta­wie dato­wa­nia radio­wę­glo­wego związ­ków orga­nicz­nych w oku metodą Lyn­ne­rupa. Ta metoda pozwa­lała oce­nić wiek z dokład­no­ścią do roku lub dwóch.

Męż­czy­zna miał na sobie gra­na­towy gar­ni­tur w prążki. Lewy rękaw był roze­rwany; pęk­nięta kość ster­czała na zewnątrz w pobliżu łok­cia.

- Ktoś zna­lazł drugi but?

Bra­ko­wało pra­wego buta. Prawa skar­petka była mokra od krwi.

- Zna­lazł go któ­ryś z mun­du­ro­wych. Leży na stole. - Nash wska­zał w prawo. - Miał też fedorę.

- Fedorę? Wraca na nie moda?

- Tylko w fil­mach.

- Ma coś w kie­szeni - zauwa­żył Wat­son i wska­zał na kie­szeń na piersi po pra­wej stro­nie mary­narki. - Coś kan­cia­stego. Kolejne pudełko?

- Nie. Jest za cien­kie. - Por­ter ostroż­nie odpiął kie­szonkę i się­gnął do środka. Wyjął mały zeszyt, notat­nik w stylu tych, które ucznio­wie nosili w cza­sach sprzed table­tów i smart­fo­nów: jede­na­ście i pół na osiem cen­ty­me­trów, czarno-biała okładka, kartki w linie. Był pra­wie cał­ko­wi­cie zapeł­niony tak drob­nym i pre­cy­zyj­nym pismem, że w jed­nej linii mie­ściły się dwa wersy tek­stu. - To może być coś. Zdaje się, że to pamięt­nik. Brawo, dok­to­rze.

- Nie jestem...

Por­ter zbył chło­paka mach­nię­ciem ręki.

- Tak, tak. - Odwró­cił się do Nasha. - Nie mówi­łeś, że prze­szu­ka­li­ście kie­sze­nie?

- Spraw­dzi­li­śmy tylko te w spodniach w poszu­ki­wa­niu port­fela. Chcia­łem pocze­kać na cie­bie z oglę­dzi­nami ciała.

- No to sprawdźmy resztę.

Por­ter zaczął od pra­wej przed­niej kie­szeni spodni, na wypa­dek gdyby coś zostało prze­oczone, a potem zajął się pozo­sta­łymi. Gdy znaj­do­wał jakiś przed­miot, kładł go deli­kat­nie z boku. Nash nada­wał przed­miotom numery, a Wat­son je foto­gra­fo­wał.

- To wszystko. Nie jest tego dużo.

Por­ter obej­rzał zna­le­zi­ska:

Kwit z pralni

Zega­rek kie­szon­kowy

Sie­dem­dzie­siąt pięć cen­tów drob­nymi

Kwit niczym się nie wyróż­niał. Oprócz numeru 54 873 nie wid­niały na nim żadne infor­ma­cje; nie było nawet nazwy ani adresu pralni.

- Zbierz­cie odci­ski pal­ców - pole­cił Por­ter.

Nash ścią­gnął brwi.

- A po co? Mamy go. Nie udało się go ziden­ty­fi­ko­wać na pod­sta­wie odci­sków pal­ców.

- Zdaje się, że liczę na cud. Może ziden­ty­fi­ku­jemy kogoś, kto pomoże nam jego ziden­ty­fi­ko­wać. Co myślisz o zegarku?

Nash usta­wił zega­rek do świa­tła.

- Nie znam nikogo, kto by cho­dził z zegar­kiem kie­szon­ko­wym. Może ten gość jest star­szy, niż ci się wyda­wało.

- Fedora też by to suge­ro­wała.

- Chyba że lubił modę vin­tage - wtrą­cił Wat­son. - Znam wielu takich face­tów.

Nash wci­snął koronkę i wieko zegarka odsko­czyło.

- Hę.

- Co takiego?

- Zatrzy­mał się o trze­ciej czter­na­ście. Nie w momen­cie, w któ­rym gość obe­rwał.

- Może zde­rze­nie prze­su­nęło wska­zówki? - zasta­na­wiał się na głos Por­ter.

- Nie ma na nim nawet ryski. Żad­nego śladu uszko­dze­nia.

- Pew­nie stało się coś z mecha­ni­zmem. Albo nie był nakrę­cony. Mogę zer­k­nąć?

Nash podał zega­rek Por­te­rowi.

Por­ter pokrę­cił koronką.

- Ma luzy. Sprę­żyna się nie napina. Wspa­niały egzem­plarz. Chyba ręcz­nie robiony. Na pewno kolek­cjo­ner­ski.

- Mam wuja - oznaj­mił Wat­son.

- No to gra­tu­luję - odparł na to Por­ter.

- Pro­wa­dzi anty­kwa­riat w cen­trum. Na pewno będzie mógł nam o tym powie­dzieć coś wię­cej.

- Naprawdę chcesz się wyka­zać, co? W porządku, zaj­miesz się tema­tem zegarka. Kiedy już zakoń­czymy inwen­ta­ry­za­cję, zabierz go. Zoba­czymy, czego się dowiesz.

Wat­son przy­tak­nął, roz­pro­mie­niony.

- Czy ktoś dostrzega coś dziw­nego w jego ubra­niu?

Nash przyj­rzał się ponow­nie ciału, po czym pokrę­cił głową.

- Ładne buty - stwier­dził Eisley.

Por­ter się uśmiech­nął.

- Prawda? To John Lobb. Po pół­tora tysiąca dola­rów za parę. Gar­ni­tur jest tani, naj­praw­do­po­dob­niej ze sklepu wysył­ko­wego lub domu han­dlo­wego. Kosz­to­wał nie wię­cej niż kil­ka­set dola­rów.

- Do czego zmie­rzasz? - zapy­tał Nash. - Pra­co­wał w branży obuw­ni­czej?

- Nie jestem pewien. Nie chcę wycią­gać pochop­nych wnio­sków. Dziwi mnie tylko, że ktoś wydał tyle kasy na buty, nie wyda­jąc odpo­wied­nio dużo na gar­ni­tur.

- Chyba że był sprze­dawcą butów i miał spe­cjalne zniżki? To ma sens - pod­su­nął Wat­son.

- Cie­szę się, że się ze mną zga­dzasz. Głu­pie komen­ta­rze pogrze­bią twoją szansę na nagrodę.

- Prze­pra­szam.

- Nie szko­dzi, dok­torku. Tylko się cie­bie cze­piam. Mógł­bym się wyży­wać na Nashu, ale on przy­wykł do moich uwag. I psuje mi to ubaw. - Por­ter wska­zał na mały notat­nik. - Możesz mi to podać?

Wat­son podał mu notat­nik, a Por­ter otwo­rzył go na pierw­szej stro­nie. Zmru­żył oczy, gdy omia­tał tekst wzro­kiem.

Witaj, Przy­ja­cielu,

jestem zło­dzie­jem, zabójcą, pory­wa­czem. Zabi­ja­łem dla zabawy. I z koniecz­no­ści. A także z nie­na­wi­ści. Zabi­ja­łem po pro­stu po to, żeby zaspo­koić potrzebę, która nara­stała we mnie z bie­giem czasu. Potrzebę przy­po­mi­na­jącą głód, który da się zaspo­koić wyłącz­nie poprzez roz­lew krwi lub melo­dię, jaką można usły­szeć w udrę­czo­nym krzyku.

Infor­muję Cię o tym nie dla­tego, że chcę Cię prze­ra­zić lub zro­bić na Tobie wra­że­nie, ale po to, by przed­sta­wić fakty, wyło­żyć karty na stół.

Mój ilo­raz inte­li­gen­cji wynosi 156. Jestem geniu­szem.

Pewien mądry czło­wiek powie­dział kie­dyś: "Mie­rze­nie wła­snej inte­li­gen­cji, próba ety­kie­to­wa­nia jej, to prze­jaw igno­ran­cji". Nie pro­si­łem o pomiar IQ; narzu­cono mi ten test - wycią­gnij z tego to, co chcesz.

Nic z tego nie defi­niuje, kim jestem; mówi tylko o tym, czym jestem. Dla­tego posta­no­wi­łem się­gnąć po pióro - pra­gnę podzie­lić się tym, o czym napi­szę. Bez dzie­le­nia się wie­dzą nie byłoby postępu. Ty (jako przed­sta­wi­ciel spo­łe­czeń­stwa) nie wycią­gniesz nauki ze swo­ich licz­nych błę­dów. A musisz się jesz­cze tak dużo nauczyć.

Kim jestem?

Gdy­bym podał nazwi­sko, zepsuł­bym nam całą zabawę, nie sądzisz?

Naj­praw­do­po­dob­niej znasz mnie pod pseu­do­ni­mem Zabójcy Czwar­tej Małpy. I może na tym poprze­sta­niemy? Ci, któ­rzy lubią skróty, mogą mnie nazy­wać #4MK. Tak będzie naj­pro­ściej. Nie ma potrzeby nikogo wyklu­czać.

Świet­nie się zaba­wimy, Ty i ja.

- Ja pier­dolę - burk­nął Por­ter.

5

Pamięt­nik

Chciał­bym coś usta­lić na początku.

To nie jest wina moich rodzi­ców.

Dora­sta­łem w kocha­ją­cym domu, który przy­kułby pew­nie uwagę Nor­mana Roc­kwella.

Moja matka, niech Bóg czuwa nad jej duszą, zre­zy­gno­wała z obie­cu­ją­cej kariery w branży wydaw­ni­czej, żeby zostać ze mną w domu po uro­dze­niu mnie, i chyba ni­gdy nie chciała wró­cić. Codzien­nie rano sta­wiała na stole śnia­da­nie dla ojca i dla mnie, a kola­cję poda­wała punk­tu­al­nie o osiem­na­stej. Rado­wa­li­śmy się rodzin­nymi chwi­lami, które spę­dza­li­śmy jak naj­ra­do­śniej.

Matka opo­wia­dała o swo­ich wyczy­nach dnia, a ojciec i ja słu­cha­li­śmy jej uważ­nie. Miała iście aniel­ski głos, a ja po dziś dzień za nim tęsk­nię.

Ojciec był finan­si­stą. Jestem pewien, że darzono go sza­cun­kiem, cho­ciaż nie mówił w domu o pracy. Wie­rzył zde­cy­do­wa­nie, że wyda­rze­nia zwią­zane z miej­scem pracy należy tam wła­śnie pozo­sta­wić, a nie przy­no­sić je do domu i wyle­wać w tej ostoi jak jakieś pomyje dla świń. Pracę zosta­wiał w pracy, tam, gdzie nale­żało.

Nosił błysz­czącą czarną aktówkę, ale ni­gdy nie widzia­łem, żeby ją otwie­rał. Codzien­nie wie­czo­rem sta­wiał ją przy drzwiach wej­ścio­wych i stała tam do czasu, gdy wycho­dził do biura następ­nego dnia. Zgar­niał ją po dro­dze, po tym jak poca­ło­wał czule matkę i pokle­pał mnie po gło­wie.

"Opie­kuj się matką", mawiał. "To ty jesteś tu męż­czy­zną do czasu mojego powrotu. Jeśli do drzwi zapuka inka­sent, ode­ślij go do sąsia­dów. Zigno­ruj go. Nic nie zna­czy w porów­na­niu z waż­niej­szymi spra­wami. Lepiej, żebyś dowie­dział się o tym teraz, zamiast dener­wo­wać się takimi spra­wami, gdy zało­żysz już wła­sną rodzinę".

Z fedorą na gło­wie i aktówką w dłoni wycho­dził za drzwi z uśmie­chem, macha­jąc do nas. Pod­cho­dzi­łem do okna i patrzy­łem za nim, jak szedł chod­ni­kiem (ostroż­nie kro­cząc po lodzie w cza­sie mroź­nych zim) i wsia­dał do małego czar­nego kabrio­letu. To było dzieło sztuki o gar­dło­wym ryku, który roz­le­gał się po prze­krę­ce­niu klu­czyka i nara­stał, gdy auto wyjeż­dżało na drogę i sunęło wzdłuż chod­nika z głod­nym zachwy­tem.

Jakże ojciec uwiel­biał ten samo­chód.

Każ­dej nie­dzieli wycią­ga­li­śmy z garażu wiel­kie nie­bie­skie wia­dro oraz kilka szmat i szo­ro­wa­li­śmy go od dachu po koła. Ojciec godzi­nami pie­lę­gno­wał miękki dach i nakła­dał wosk na meta­lowe ele­menty nie raz, ale dwa razy. Mnie powie­rzał zada­nie czysz­cze­nia szprych, co trak­to­wa­łem bar­dzo poważ­nie. Kiedy koń­czy­li­śmy, auto lśniło, jakby dopiero co wyje­chało z salonu wysta­wo­wego. Ojciec skła­dał następ­nie dach i zabie­rał matkę i mnie na nie­dzielną prze­jażdżkę. Mimo że porsche było samo­cho­dem dwu­oso­bo­wym, mie­ści­łem się w prze­strzeni za sie­dze­niami, gdzie było mi przy­tul­nie, bo byłem drob­nym chłop­cem. Jecha­li­śmy do Dairy Fre­eze na lody i wodę sodową, a potem do parku na popo­łu­dniowy spa­cer pośród wiel­kich dębów i tra­wia­stych pól.

Bawi­łem się z innymi dzie­cia­kami, pod­czas gdy matka i ojciec obser­wo­wali mnie z zacie­nio­nego miej­sca pod sta­rym drze­wem; trzy­mali się za ręce, a ich oczy były pełne miło­ści. Żar­to­wali i śmiali się, a ja ich sły­sza­łem, kiedy bie­głem za piłką lub goni­łem fris­bee. "Patrz­cie! Patrz­cie!", woła­łem. A oni patrzyli. Tak, jak powinni rodzice. Z dumą. Byłem ich synem, ich rado­ścią. Cofa­łem się pamię­cią do tam­tych mło­do­cia­nych lat. Do nich pod drze­wem, takich uśmiech­nię­tych. Cofa­łem się pamię­cią i wyobra­ża­łem sobie ich szyje roz­pła­tane od ucha do ucha, krew try­ska­jącą z ran i two­rzącą pod nimi kałuże. I śmia­łem się, a serce mi trze­po­tało z eks­cy­ta­cji; tak bar­dzo się śmia­łem.

To było, rzecz jasna, wiele lat temu, ale z pew­no­ścią wtedy się to zaczęło.

6

Por­ter

Dzień pierw­szy, 7.31

Por­ter zapar­ko­wał char­gera przy kra­węż­niku przed Dear­born Par­kway 1547 i przy­glą­dał się dużej muro­wa­nej rezy­den­cji. Sie­dzący obok niego Nash skoń­czył roz­mowę tele­fo­niczną.

- To był kapi­tan. Chce nas widzieć.

- I zoba­czy.

- Był dość sta­now­czy.

- #4MK zamie­rzał wysłać prze­syłkę tutaj. Zegar tyka. Nie mamy czasu pędzić teraz do kwa­tery głów­nej - odparł Por­ter. - To nie zaj­mie nam dużo czasu. Ważne jest, żeby­śmy wyprze­dzali zda­rze­nia.

- #4MK? Naprawdę zamie­rzasz go tak nazy­wać?

- #4MK, Czło­wiek Małpa, Zabójca Czwar­tej Małpy. Nie obcho­dzi mnie, jak będziemy nazy­wali tego pojeba.

Nash wyglą­dał przez okno.

- Nie­złe domisz­cze? Mieszka tu jedna rodzina?

Por­ter przy­tak­nął.

- Arthur Tal­bot, jego żona, nasto­let­nia córka z pierw­szego mał­żeń­stwa, pew­nie jeden lub dwa roz­sz­cze­kane kun­dle i gospo­sia albo z pięć.

- Spraw­dzi­łem zgło­sze­nia o zagi­nię­ciach. Tal­bot nikogo nie zgła­szał - poin­for­mo­wał Nash. Wysie­dli z samo­chodu i zaczęli się wspi­nać po kamien­nych scho­dach. - Jak chcesz to roze­grać?

- Szybko - stwier­dził Por­ter, kiedy naci­snął dzwo­nek.

Nash ści­szył głos.

- Żona czy córka?

- Słu­cham?

- Ucho. Według cie­bie nale­żało do żony czy do córki?

Por­ter miał wła­śnie odpo­wie­dzieć, gdy drzwi się uchy­liły, zabez­pie­czone łań­cusz­kiem. Zim­nymi brą­zo­wymi oczami patrzyła na nich gniew­nie kobieta o laty­no­skiej uro­dzie, mająca co naj­wy­żej pół­tora metra wzro­stu.

- Jakoś pomóc?

- Zasta­li­śmy pana lub panią Tal­bot?

Zer­k­nęła na Por­tera, potem na Nasha. I znowu na Por­tera.

- Momento.

Zamknęła drzwi.

- Sta­wiam na córkę - ode­zwał się Nash.

Por­ter zer­k­nął na tele­fon.

- Ma na imię Car­ne­gie.

- Car­ne­gie? Żar­tu­jesz?

- Ni­gdy nie zro­zu­miem boga­tych ludzi.

Gdy drzwi znowu się otwo­rzyły, w progu sta­nęła blon­dynka krótko po czter­dzie­stce. Miała na sobie beżowy swe­ter i czarne spodnie. Włosy zebrała w kucyk. "Atrak­cyjna", pomy­ślał Por­ter.

- Pani Tal­bot?

Uśmiech­nęła się uprzej­mie.

- Tak. Czym mogę słu­żyć?

Laty­no­ska sta­nęła za nią i obser­wo­wała ich z dru­giego końca holu.

- Śled­czy Por­ter. A to jest śled­czy Nash. Poli­cja Chi­cago. Czy mogli­by­śmy poroz­ma­wiać?

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

- Co ona nawy­wi­jała?

- Słu­cham?

- Cho­lerna córka mojego męża. Chcia­ła­bym prze­żyć tydzień bez żad­nych dra­ma­tów zwią­za­nych z kra­dzieżą w skle­pie, prze­jażdżką kra­dzio­nym samo­cho­dem lub piciem w parku z jej rów­nie zdzi­ro­wa­tymi przy­ja­ciół­kami. Mogła­bym ser­wo­wać dar­mową kawę każ­demu poli­cjan­towi, który miałby ochotę tu wstą­pić, bo połowa z was zagląda do nas regu­lar­nie. - Cof­nęła się do środka; otwo­rzyła za sobą drzwi, za któ­rymi zoba­czyli skąpo ume­blo­wane wnę­trze. - Zapra­szam.

Por­ter i Nash weszli za nią. Skle­piony sufit był wysoki, a pośrodku wisiał żyran­dol z błysz­czą­cych krysz­ta­łów. Por­ter zwal­czył chęć zdję­cia butów przed wej­ściem na biały wypo­le­ro­wany mar­mur.

Pani Tal­bot ode­zwała się do gosposi:

- Mirando, bądź tak miła i przy­nieś nam her­batę oraz baj­gle. Chyba że pano­wie wole­liby pączki? - Ostat­nie słowa wypo­wie­działa z cie­niem uśmie­chu.

"Ach, to poczu­cie humoru boga­czy", pomy­ślał Por­ter.

- Pro­szę się nie kło­po­tać, pro­szę pani.

Zamożne białe kobiety nie zno­siły, kiedy zwra­cano się do nich...

- Pro­szę mi mówić Patri­cia.

Prze­szli za nią przez hol, dłu­gim kory­ta­rzem, do prze­stron­nej biblio­teki. Wypo­le­ro­wane drew­niane pod­łogi lśniły w poran­nym świe­tle, roz­ja­śniane dodat­kowo pla­mami pro­mieni sło­necz­nych odbi­ja­nych przez krysz­ta­łowy żyran­dol wiszący nad dużym muro­wa­nym komin­kiem. Kobieta wska­zała im kanapę usta­wioną pośrodku pokoju. Por­ter i Nash zajęli miej­sca. Gospo­dyni usia­dła w wyglą­da­ją­cym na wygodny, prze­sad­nie wypcha­nym fotelu naprze­ciwko nich i się­gnęła po fili­żankę z her­batą sto­jącą na sto­liku obok. Poranny egzem­plarz "Tri­bune" leżał nie­tknięty.

- W zeszłym tygo­dniu przedaw­ko­wała jakieś świń­stwo i musia­łam ją ode­brać z ostrego dyżuru w środku nocy. Jej tro­skliwi przy­ja­ciele odsta­wili ją tam, kiedy zemdlała w jakimś klu­bie. Zosta­wili ją na ławce przed szpi­ta­lem. Wyobra­ża­cie to sobie? Arty wyje­chał w inte­re­sach. Musia­łam ją tu prze­trans­por­to­wać przed jego powro­tem, bo nikt nie chce go wku­rzać. Lepiej, żeby maco­cha posprzą­tała i uda­wała, że nic się nie stało.

Do pokoju weszła gospo­sia z dużą srebrną tacą. Posta­wiła ją na stole przed nimi i nalała her­batę do dwóch fili­ża­nek; jedną podała Nashowi, drugą Por­te­rowi. Na tacy stały dwa tale­rzyki. Na jed­nym znaj­do­wał się odgrzany baj­giel, na dru­gim cze­ko­la­dowy pączek.

- Nie wal­czę ze ste­reo­ty­pami - rzu­cił Nash i się­gnął po pączka.

- Nie trzeba było - powie­dział Por­ter.

- Bzdura. Smacz­nego - odparła Patri­cia.

- Gdzie jest teraz pani mąż, pani Tal­bot? W domu?

- Wyszedł wcze­śnie rano, żeby zagrać w golfa w Whe­aton.

Nash pochy­lił się do przodu.

- To pra­wie godzina drogi stąd.

Por­ter się­gnął po fili­żankę, powoli pocią­gnął łyk her­baty i odsta­wił naczy­nie na tacę.

- A pani córka?

- Pasier­bica.

- Pasier­bica - popra­wił się.

Pani Tal­bot ścią­gnęła brwi.

- Może mi powie­cie, w jakie tara­paty tym razem się wpa­ko­wała? Będę mogła zde­cy­do­wać, czy pozwo­lić wam z nią poroz­ma­wiać, czy też należy dzwo­nić do naszych praw­ni­ków.

- Więc jest tutaj?

Kobieta na moment otwo­rzyła sze­roko oczy. Uzu­peł­niła swoją fili­żankę, się­gnęła po dwie kostki cukru i wrzu­ciła je do her­baty, zamie­szała ją i wypiła. Owi­nęła pal­cami cie­płe naczy­nie.

- W swoim pokoju. I spała tam przez całą noc. Widzia­łam ją kilka minut temu, jak szy­ko­wała się do szkoły.

Por­ter i Nash wymie­nili spoj­rze­nia.

- Możemy ją zoba­czyć?

- Co ona zro­biła?

- Badamy trop, pani Tal­bot. Jeżeli jest tutaj, nie mamy się czym mar­twić. I zaraz nas tu nie będzie. Jeśli jej nie ma... - Por­ter nie chciał nie­po­trzeb­nie nie­po­koić kobiety. - Jeśli jej nie ma, możemy mieć powód do obaw.

- Nie ma potrzeby jej kryć - wyja­śnił Nash. - Musimy mieć pew­ność, że jest bez­pieczna.

Patri­cia obró­ciła fili­żankę w dłoni.

- Mirando? Czy mogła­byś przy­pro­wa­dzić Car­ne­gie?

Gospo­sia otwo­rzyła usta, prze­my­ślała to, co chciała powie­dzieć, i uznała, że tego nie zrobi. Por­ter patrzył za nią, gdy wyszła z biblio­teki, prze­szła przez kory­tarz i weszła na schody wijące się po dru­giej stro­nie.

Nash szturch­nął go łok­ciem i się odwró­cił. Por­ter powiódł wzro­kiem za jego spoj­rze­niem i zoba­czył zdję­cie w ramce na półce nad komin­kiem. Wid­niała na nim młoda blon­dynka w stroju do jazdy kon­nej sto­jąca obok kasz­ta­no­wego konia. Wstał i pod­szedł do foto­gra­fii.

- To jest pani pasier­bica?

Pani Tal­bot przy­tak­nęła.

- Cztery lata temu. Mie­siąc przed zro­bie­niem tego zdję­cia skoń­czyła dwa­na­ście lat. Zajęła pierw­sze miej­sce.

Por­ter przy­glą­dał się jej wło­som. Zabójca Czwar­tej Małpy dotych­czas zamor­do­wał tylko jedną blon­dynkę; wszyst­kie pozo­stałe były bru­net­kami.

- Patri­cio, co się dzieje?

Odwró­cili się.

W drzwiach stała nasto­latka w koszulce z wize­run­kiem Mötley Crüe, bia­łym szla­froku i kap­ciach. Miała zmierz­wione blond włosy.

- Pro­szę, nie nazy­waj mnie Patri­cią - wark­nęła pani Tal­bot.

- Prze­pra­szam, mamo.

- Car­ne­gie, ci dżen­tel­meni są z poli­cji Chi­cago.

Twarz dziew­czyny pobla­dła.

- Dla­czego przy­je­chała do nas poli­cja, Patri­cio?

Por­ter i Nash gapili się na jej uszy. Dwoje uszu. Znaj­du­ją­cych się na wła­ści­wym miej­scu.