GRUDZIEŃ 2014, DONIECKA REPUBLIKA LUDOWA
Wiera
Zimno powoli przesączało się do jej ciała z zamrożonej ziemi. Ani wojskowa pałatka, na której leżała, ani chemiczne ogrzewacze na brzuchu, klatce piersiowej i stopach nie mogły go powstrzymać. Była jednak do tego przyzwyczajona. Bo to pierwszy raz leżała zimą w zasadzce? Zresztą tu, w okręgu donieckim, zimy były jeszcze jako takie. Naprawdę uświerknąć to można było na Kaukazie. Uch, tam nie raz przemarzła tak, że po zmroku pozbierać się z ziemi nie mogła!
Więc wychładzała się na pozycji, którą starannie wybrała jeszcze wczoraj. Leciutkie, niemal niewidoczne z daleka zagłębienie w równej powierzchni przyprószonej śniegiem łąki. Doczołgała się tutaj w białym stroju maskującym jeszcze przed wschodem słońca, trzy godziny temu, wsparła swój okręcony barwionym na biało workiem jutowym karabin wyborowy SWD na dwunożnym statywie, przyłożyła kolbę do barku i zamarła bez ruchu. Musi tak wytrwać do zmroku. Bez jedzenia i picia, bez jednego choćby poruszenia. Jak się zachce siku, trudno, trzeba lać w pampersa. Nie wolno jej zdradzić swojej pozycji. Bo po pierwsze, była myśliwym. Przyszła tu na polowanie. Po drugie natomiast, znajdowała się dokładnie na środku "ziemi niczyjej" pomiędzy pozycjami swoich a tych faszystów z pułku "Azow". A oni też mieli lornetki. Była więc zarazem łowną zwierzyną...
Właśnie dlatego starała się wtopić w ziemię. Oddychać płytko, by ramiona nie unosiły się miarowo, zwracając uwagę tamtych, a także w dosłownym sensie nie puszczać pary z ust (w tym celu wciąż ssała śnieg) ani nie płoszyć spacerujących po polu ptaków. Dla większości ludzi spędzenie ośmiu godzin, leżąc na brzuchu, w grudniu, pod ostrzałem, byłoby torturą nie do zniesienia. Wiera jednak patrzyła na to inaczej - czekała na moment nagrody, kiedy wreszcie zlokalizuje cel. Tę krótką, ale intensywną jak orgazm chwilę poczucia władzy, kiedy widziana w optycznym celowniku postać wyrzuca nagle ręce, a potem osuwa się na ziemię. Moment ekstazy, która wyrwie ją na krótki czas z nieustannego odrętwienia, w którym żyła od... Sama nie mogła już policzyć od kiedy. Chyba ostatni raz czuła, że żyje, kiedy widziała ojca. Wiele, wiele lat temu. No więc czekała teraz na strzał. Czy nastąpi to dziś? Gwarancji nie ma. Jeśli zajdzie taka potrzeba, wróci tu jutro i pojutrze. Aż w końcu dopadnie swój cel. Wiera umiała być cierpliwa.
* * *
Na ten odcinek frontu w pobliżu Awdijiwki przyjechała trzy dni temu. Chłopcy ze 106. Dywizji Powietrznodesantowej udający donieckich separatystów stracili tu przez ostatnie dwa tygodnie kilkunastu ludzi. Przede wszystkim podoficerów i oficerów. Pierwszy dostał, kiedy wychylił się, żeby spojrzeć przez lornetkę na okopy wroga. Kula weszła jednym z okularów, przeszła przez głowę i kręgosłup, wyszła lewą łopatką, wyrywając wielki kawał mięsa. Drugi poszedł się odlać. Dostał między łopatki. Trzeci, o zmierzchu, poprosił kumpla o ogień. Ten potarł zapałkę, przypalił sobie, a potem podał ogieniek dalej. Facet nawet się nie zaciągnął. Oberwał w miejsce nazywane przez strzelców wyborowych "trójkątem sposobności", czyli w obszar pomiędzy linią łączącą oczy a punktem u dołu nosa. Masakra. Krótko mówiąc, Ukraińcy mieli snajpera. I to dobrego. W tym miejscu okopy przeciwnych stron oddzielone były od siebie ośmiusetmetrowym pasem ziemi niczyjej. Osiemset metrów! A tamten trafiał w czubek nosa!
No więc dowódca "stoszóstki" zadzwonił do sztabu w Doniecku. "Mamy tu chorobę, przyślijcie lekarstwo". To posłali im Wierkę.
- A eto czto? Diewoczka?5 - Jakiś sierżancina powitał ją pogardliwym wydęciem warg. - Na co ty do nas przyjechała? Druta chłopakom ciągać?
Nie zareagowała ani na jego słowa, ani na rechot zgromadzonych wokół "starszyny" żołnierzyków. Do tego też była przyzwyczajona. Wszędzie to samo. Tak było w Czeczenii, w Osetii Południowej, na Krymie. I tak jest tutaj. Zawsze, kiedy Wierka pojawia się w nowym oddziale - zielonooka, rudowłosa, wysoka i szczupła jak trzcina, z talią, której nie są w stanie przesłonić nawet workowate wojskowe kurtki - żołnierzyki zaraz zaczynają prężyć muskuły, ślinić się i świntuszyć. Raz i drugi, a nawet trzeci i czwarty jakiś pijany wiarus startował do niej z łapami. A kiedyś, blisko dagestańskiej granicy, gdzie udało się wziąć w okrążenie sporą grupę rebeliantów, chłopcy nawet się na nią zmówili i próbowali ją dopaść, gdy szła się umyć nad rzekę. Na takie okazje była jednak przygotowana. Długi i ostry jak brzytwa myśliwski nóż u pasa wyskakiwał z pochwy z cichym szelestem, a potem ciął, zadając dość powierzchowne, ale długie i bolesne rany. Umiała pracować nim krótkimi, ale dynamicznymi ruchami samego nadgarstka. Szast, cięcie od lewego ucha, jakby wierzchem dłoni wycierała sobie usta, i już jeden młodziak wyje, chwytając się za twarz. Ciach, od prawego na wprost i spada palec u dłoni, która przed chwilą zaciskała się na jej bluzie. Szuu, młynek na krzyż od dołu, w pachwinę, i kolejny fajtłapa chwyta się za skrócone o jeden centymetr przyrodzenie.
Tych krótkich, piorunujących cięć nauczył ją dziadek, Chamzat Bażejew, zanim zabiła go bomba zrzucona przez samolot szturmowy Su-24M z rosyjskich sił powietrznych generała Dejnikina. To właśnie po Chamzacie odziedziczyła ten stuletni nóż z rękojeścią z rogu górskiej kozicy.
No więc trzy dni temu wysiadła z pochlapanej zieloną farbą mazdy l-2000, którą ją tutaj podrzucili ze sztabu. Powitał ją sierżant wojsk powietrznodesantowych Rosji udający, jak wszyscy wokół, miejscowego separatystę. Obrzuciła wzrokiem otaczających go młodziaków w pasiastych koszulkach sił specjalnych pod zimowymi kurtkami, ściśniętymi kewlarowymi kamizelkami przeciwodłamkowymi, i cichym głosem powiedziała:
- Ty starszyna, chyba śmierci szukasz. Macie po drugiej stronie snajpera, a ty dystynkcje na pagonach nosisz. I jeszcze pozwalasz sobie salutować tym chłopcom. Z daleka widać, żeś podoficer. Łakomy kąsek mięska dla faszystowskiego strzelca...
Wystarczyło. Facet pobladł, kopniakami rozgonił szeregowców, a potem jak niepyszny poprowadził ją do ziemianki dowódcy odcinka. Tutejszy lejtnant był na szczęście dość łebskim facetem. Niewysoki, krępy, piwnooki. Miał białe zęby, niezepsute jeszcze przez machorkę, rzadki rudawy zarost na rumianych policzkach. W jej wieku albo i nieco młodszy. Wiera zmierzyła go uważnym spojrzeniem, a ten spuścił wzrok. "No cóż, pożywiom, uwidim6. Może co z tego będzie" - pomyślała. "Po robocie".
Stary Chamzat, który nauczył ją polować, powtarzał zawsze, że myśliwy musi dobrze poznać swoją zwierzynę. Jej zwyczaje, ścieżki, pastwiska i wodopoje. Kiedy zaczęła strzelać do ludzi, najpierw uznała, że ta wiedza dotycząca polowań już się jej na nic nie przyda. Bo jak snajper ma poznać ofiarę? Bierze na cel gościa i już. Szybko jednak pojęła, że nie miała racji. Owszem, gdy walisz do kogo popadnie, to tak. Czekasz w ukryciu, aż jakaś oferma wejdzie ci w krzyż celownika. Gdy jednak masz do wyeliminowania konkretną osobę - tak jak pod Awdijiwką - to nie ma rady, musisz czegoś się o niej dowiedzieć.
Zaczęła więc od pytań. Kogo dotychczas wyeliminował ukraiński snajper, w jakich okolicznościach, gdzie, w które miejsca na ciałach ofiar trafiała zazwyczaj kula. Potem kazała się zawieźć w miejsca, gdzie padały trupy. I szybko odkryła, że tamten jest zbyt pewny siebie. Bo myśli, że strzał z bardzo daleka zapewnia mu bezpieczeństwo. Rzadko zmieniał swoje pozycje, zawsze wybierał miejsca na płaskim, odkrytym terenie. Najczęściej, choć nie ostatnio, strzelał z zabudowań opuszczonej i na wpół zrujnowanej wioski po ukraińskiej stronie frontu. Pewnie było mu wygodnie zasiąść sobie pod dachem na jakimś starym materacu, oprzeć karabin o stół i spokojnie czekać.
A właśnie, karabin.
- Pokażcie mi jakiegoś trupa - rozkazała lejtnantowi.
- Trupa? - zdziwił się.
- Najlepiej któregoś z ostatnich, nie przepadam za wonią zepsutego mięsa - sprecyzowała.
- A, chodzi o ofiarę snajpera. Tak, tak.
Na szczęście "najświeższy" zabity przez Ukraińca zaledwie rano kapral nie został jeszcze pochowany. Obejrzała ciało dokładnie. Dostał w bark. Kula przeszła przez staw, przebiła prawe płuco, rykoszetowała od kręgosłupa, skręcając w stronę wątroby i wyszła tuż nad biodrem. W ranie wylotowej Wiera zauważyła zmielone tkanki mięśni i drobne odłamki kości. Pocisk musiał mieć wysoką energię. Trafił w ciało z naddźwiękową prędkością, a siła kawitacji wytworzyła za nim próżnię zasysającą płyny ustrojowe, fragmenty ubrania, tkanki i kości. Rana wylotowa miała średnicę jej pięści.
- Facet ma karabin SW-98, kaliber 7,62 milimetra o optymalnym zasięgu ośmiuset metrów. Strzela pociskami snajperskimi 7N1, z ołowianym rdzeniem. Ma celownik optyczny o siedmiokrotnym powiększeniu. Nic dziwnego, że kosi was jak łan pszenicy.
Lejtnant popatrzył na nią z niepokojem w swoich miodowych oczach.
- Nowoczesna broń - przyznał. - Jak chcecie dać mu radę z tym czymś?
Ruchem swego ryżawego podbródka wskazał na przewieszony przez jej ramię karabin SWD. Broń przestarzałą, zbyt głośną i na dystansach powyżej pół kilometra zupełnie niecelną. A do tego wyposażoną w pradawny celownik PSO-1 o czterokrotnym zaledwie powiększeniu.
- Sięgniecie go stąd? - Głos oficerka zamarł w mroźnym, zimowym powietrzu.
- Nie - odparła, po raz pierwszy od przyjazdu szeroko się uśmiechając.
- To jak? Dzwonimy do sztabu, żeby przysłali nam jakiegoś mużyka?
Uśmiech zniknął z jej twarzy, jak zdmuchnięty powiewem grudniowego wiatru.
- Niepotrzebny nam żaden mężczyzna - odpowiedziała lodowatym tonem.
- Ale mówiliście...
- Powiedziałam tylko, że z linii waszych okopów go nie dostanę. Będę więc musiała troszeczkę podejść.
- Na ziemię niczyją? - Z wrażenia lejtnant aż sięgnął po papierosa. - Ale to płaska patelnia, za dnia będziecie widoczni jak pluszowy miś na strzelnicy. No i jeszcze po drodze druty kolczaste, miny, ichniejsi zwiadowcy...
- Na drut wystarczą cążki. Miny przeciwpiechotne da się wymacać nawet gwoździem. A na ukraińską razwiedkę7 mam to...
Szuu, w jej dłoni pojawił się Chamzatowski nóż, nadgarstek wykonał podkręcony ruch i żarząca się końcówka lejtnantowskiego cygareta spadła w śnieg u jego stóp.
* * *
A więc leżała teraz na płaskim polu, mniej więcej pośrodku między liniami okopów. Obserwowała zabudowania przed sobą, a gdy coś - krzywy kurnik, stos starych opon od traktora albo przerdzewiała beczka do rozwożenia nawozu - wydało jej się podejrzane, przykładała lunetę do oka i szukała obcego snajpera. Lepiej byłoby zauważyć, zanim on spostrzeże ją...
Czas mijał, lekki mrozek szczypał w policzki. Nic. Chaty na wprost stały puste, gapiąc się w dal oczodołami okien, z których wypadły okiennice. Odległość około czterystu metrów. Żywego ducha. Choć nie, czasem między zabudowaniami mignęła jej jakaś ludzka postać. Od razu składała się do strzału, ale w lunecie widziała tylko zwykłych żołnierzy. Brodacz z podgoloną głową, niedźwiedziowaty sierżancina, nawet jakiś domorosły ataman w karakułowej czapce. Ten ostatni to oficer. W innych okolicznościach byłby niezłym celem. Ale nie dziś. Tego dnia polowała na jeszcze grubszego zwierza. Tylko czy dobrze wytypowała miejsce polowania?
Około południa z nieprzyjacielskich pozycji zaleciał zapach zupy cebulowej. Przełknęła ślinę. Głód skręcał jej kiszki. W szare niebo wzbił się obłoczek pary uwolnionej spod pokrywy garnka, gdzieś między sztachetami szczerbatego płotu zamigotał blask ogniska. I ciągle żadnego celu.
Coraz bardziej sennym i zrezygnowanym wzrokiem wodziła po znanych już sobie na pamięć koślawych bryłach domów. Jeden ustawiony do niej frontem, z rozwaloną sławojką w przeciwległym narożniku podwórza, drugi nieco cofnięty, stojący bokiem, z dziurą w ścianie po uderzeniu pocisku wystrzelonego z granatnika RPG "Osa", trzeci z zarwanym dachem i śladami pożaru.
Zaraz, zaraz! Czując nagłe uderzenie adrenaliny, szybko cofnęła wzrok na budynek z przestrzelonym murem. Coś ją w nim zaniepokoiło. Ale co? Sygnał dotarł tylko do jej podświadomości, racjonalne oko nie zarejestrowało nic podejrzanego. Wpatrywała się więc w brunatne kontury, starając się wychwycić jakąkolwiek zmianę, ślad, nielogiczność.
Ach tak! Wreszcie to pojęła. Ptaki. Szare cielska wron. Jedna siedziała na słupku po płocie, druga skakała po ziemi i coś dziobała. Trzecia i czwarta czaiły się w pobliżu odganiane przez tę dziobiącą. A więc znalazły tam coś do żarcia. Co? Pewnie okruchy czyjegoś obiadu. Resztki konserwowej tuszonki, bułki ze słoniną lub kawałka chleba do wytarcia talerza po zupie. Nieważne co. Ważne, kto im to tam rzucił.
Zwykły żołnierz? Nie. Ci raczej siedzieliby z drugiej strony budynku. Tam, gdzie wyjście na podwórko. A więc prawdopodobnie ktoś, kto czaił się w półmroku wyrwanej w murze dziury. Ktoś, kto nie zszedł z posterunku nawet na czas posiłku. Kto to mógł być? Czujny obserwator? Wartownik samotnik? A może...
Powolutku, ruchem bardziej leniwym niż spacer ślimaka, przyłożyła oko do lunety. Skierowała ją w głąb wyrwy i czekała, aż siatkówka oka przywyknie do ciemności. Mijały minuty, a do jej mózgu stopniowo przesiąkały informacje ze środka chałupy. Przewrócone krzesło, wersalka, wybebeszona bieliźniarka, a przed nią stos wymiętolonych ciuchów. Stos ciuchów? Przyjrzała się dokładniej nieregularnej bryle i w końcu dostrzegła w niej proporcje człowieka. Omotanego szmatami, skulonego za krzesłem, na którym wspierała się długa lufa zakończona tłumikiem płomieni. Karabin SW-98.
- Mam cię, ptaszku - szepnęła, wtulając policzek w kolbę swojej broni.
Na siatce celowniczej swojej lunety ustaliła odległość - 410 metrów. Czterysta dziesięć. To prawie granica skutecznego ognia jej SWD. Delikatnie dotknęła bębna celownika i wyzerowała go na ten dystans. Potem spojrzała na łyse gałązki owocowych drzew obok chałupy. Nie ruszały się, a więc poprawka na wiatr niepotrzebna. Temperatura lufy i otaczającego powietrza też praktycznie ta sama, można odhaczyć kolejną zmienną mającą wpływ na trajektorię lotu pocisku. A sam celownik? Był stary, starszy od Wiery. A przecież wiadomo, że przy takim strzale każde jego nawet najdrobniejsze rozregulowanie oznacza pudło. I błyskawiczną ripostę tamtego. Głupie przesunięcie celownika względem osi o dwie setne centymetra to na tym dystansie przestrzelenie aż o jeden metr! Na to jednak teraz wpływu nie miała. Mogła tylko mieć nadzieję, że troskliwa opieka, jaką obdarzała niemal codziennie swój PSO-1, teraz się jej opłaci.
Uspokoiła oddech, wsłuchała się w zwalniający powoli rytm swego serca. Łagodnie, jakby muskała usta śpiącego kochanka, dotknęła spustu. Samą opuszką palca, bo zbyt mocne ściągnięcie języczka mogłoby o dziesiętne milimetra przechylić karabin. W sam środek krzyża na celowniku wzięła trójkąt sposobności tamtego. Widziała jego blisko osadzone oczy, lekko skrzywiony nos, leniwie poruszające się szczęki. Pewnie żuł skórkę chleba. Czując rozlewające się po żyłach rozkoszne ciepło, leciutko nacisnęła.
Bach. Trzask wystrzału poderwał w powietrze wrony, odbił się echem od chałup, przetoczył przez łąkę i zniknął w oddali. Blisko osadzone oczy, krzywy nos i pracujące szczęki zamieniły się w krwawy ochłap. Kawałek różowego mózgu wzbił się w powietrze i pacnął w ścianę pokrytą tapetą w kwiatki, a potem zostawiając za sobą czerwony ślad, osunął się na ziemię. Karabin spadł z krzesła, "stos ubrań" bezwładnie runął w przód.
Po nieprzyjacielskiej stronie wzmógł się ruch, zamieszanie, kurwamacie i krzyki. Potem padły w jej kierunku jakieś bezładne strzały z kałasznikowów i cięższego PK. Pociski waliły jednak daleko od niej. Tamci wciąż nie mieli pojęcia, gdzie szukać zabójcy swojego snajpera. Od tej żałosnej kanonady serce Wiery nawet nie przyspieszyło. Leżała spokojnie, bez ruchu, czując się bezpiecznie niczym we własnym łóżku. Przepełniało ją uczucie spełnienia i siły. Wiedziała, że obraz blisko osadzonych oczu dołączy do innych zapisanych w jej pamięci twarzy - starych i młodych, kobiecych i męskich, pięknych i brzydkich, brodatych, wąsatych lub gładko ogolonych - które łączyło jedno. Wiera była ostatnim człowiekiem, który patrzył na nie przed śmiercią. Ta kolekcja dawała jej poczucie niemal boskiej władzy nad ludzkim życiem. Tyle tylko, że z każdym kolejnym zabitym uczucie to coraz szybciej się z niej ulatniało. I wracała znajoma pustka. A nawet gorzej - przerażenie. Paniczny strach przed czymś nieznanym, przed mroczną tajemnicą, która kalała jej życie. Wiera, świadoma i pełnoprawna dysponentka własnego ciała, od czasu do czasu traciła nad nim kontrolę. Znikała sama przed sobą. Zdarzały się jej dziury w pamięci, nawet kilkumiesięczne - kiedy nikt, z Wierką na czele, nie wiedział, co się z nią działo, gdzie była i co robiła. Skrywał je kompletny mrok, który był dla niej niemal nie do zniesienia. Bo jeśli w swoim prawilnym, świadomym i oficjalnym życiu, które w szczegółach pamiętała, była zabójcą strzelającym z ukrycia... to kim musiała być w tym drugim, niedostępnym dla jej pamięci? Czy robiła rzeczy tak straszne, że dusza nie chciała ich pamiętać? Jaka bestia się wtedy budziła w jej ciele? Do jakich potwornych uczynków musiała być zdolna? Ta niewiedza, ten lęk przed samą sobą - z biegiem czasu stawał się dla Wierki nie do zniesienia.
Ale nie dziś. Dziś powrócił do niej spokój. Czysty strzał. Trafiony - zatopiony. Kiedy zapadnie zmrok, ostrożnie wycofa się na pozycje 106. Dywizji po własnych śladach, wypije szklankę wódki, zakąsi słoniną. A potem weźmie w obroty tego piwnookiego lejtnanta.
"Oj, lepiej, żeby się malczik8 tej nocy postarał" - zaśmiała się w myślach. "Zanim go dosiądę i ścisnę udami, uprzedzę, że jestem jak ogrodnik, który zeschłe i niepotrzebne pędy obcina. A potem położę przy pryczy nóż dziadka Chamzata".
5 - A to co? Dziewczyna? (ros.).
6 - Pożyjemy, zobaczymy (ros.).
7 - Zwiad wojskowy (ros.).
8 - Chłopiec (ros.).
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki