LISTOPAD 1985, OKOLICE WORONEŻA, ZSRS
Borys
Pruli z Moskwy drogą federalną Don już trzy godziny, z licznika nie schodziło sto pięćdziesiąt, a do Woroneża wciąż był kawał drogi. "Prędzej!", "Gazu!", "No szybciej, szybciej!" - powarkiwali na kierującego ich czarnym bmw 725 Pietię. Dwudziestoletni, żylasty chłopak o nienaturalnie mięsistych ustach trąbił na ciężarówki, które posłusznie ustępowały im drogi, oślepiał długimi światłami gamoni z naprzeciwka, którzy zbyt wolno uciekali przed nimi na pobocze, a mimo to wypasiony, sportowy mercedes SEC, którym popylał przed nimi ich szef - Porysowany - wciąż im umykał.
- On ma silnik pół litra i ponad dwieście koni pod machą! - tłumaczył się Pietia, kiedy wypłacali mu "plaskacza" w karczycho albo "blachę" w czoło, żeby go rozruszać. - Co ja mogę z naszymi stu konikami i czwórką ciężarowców na pokładzie?
Fakt. Byli upakowani w kabinie jak śledzie w beczce. Wasia, Lońka, Nikołaj. Borys, ściskany pomiędzy prawymi tylnymi drzwiami a barami Wasi i do tego jeszcze dociskany przez odsunięty maksymalnie przedni fotel, czuł się przy tych chłopach jak mikrus. A przecież ważył prawie sto kilo i miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Tamci wyglądali jednak przy nim jak ciężarówki obok osobowego. Wasia to były zapaśnik. Waga ciężka. Siedzący z przodu Lońka to bokser, który kilka lat temu święcił jakieś triumfy na olimpiadzie. Oczywiście nie chodził tam w wadze muszej. Najbardziej się jednak rozpychał trzeci na tylnej kanapie Nikołaj. Ten, cholera, był kiedyś ciężarowcem. Kiedy więc tego poranka spotkał się z chłopakami na podmoskiewskim Sołncewie, popatrzyli na niego z politowaniem.
- A ten nam po co? Żeby czaj parzyć? - zakpił sobie Lońka.
- Zaparzyć to ja ci mogę resztki mózgu we łbie - odwarknął, niepostrzeżenie unosząc prawą rękę w kierunku ściągacza dresowych spodni, za którym miał makarowa.
- Spokojnie - ukrócił żarciki Porysowany. I wszyscy zamilkli, bo szef miał u nich poważanie. Choć niższy o głowę od każdego ze swoich ludzi, budził strach w każdym, w kogo wbił swoje spojrzenie węża. Wiedzieli, że dla niego sięgnąć po broń to jak dla drugiego napluć i przydepnąć. Odsiedział swoje w łagrach od Murmańska po Kołymę i z każdego wychodził z honorami. Nie pękał, nie słuchał rozkazów, nikomu nie przebaczał. Pewnie dlatego starszyzna uznała go za wora w zakonie, czyli bandytę ponad prawem, którego szanowali nawet strażnicy i milicja.
- Borys to stary afganiec - przypomniał. - Przyda nam się w ekipie facet obeznany z bronią.
Ciężkie sylwetki, na których nawet największe workowate dresy rodzimej produkcji wydawały się opięte jak celofan na parówce, tylko wzruszyły barami. Skoro Porysowany mówi, że koleś się może przydać, to niech jedzie. Żeby się tylko za bardzo nie rozpychał.
Chwilę później ruszyli. Do przejechania prawie pięćset kilometrów. Porysowany wsiadł do swojego nowiutkiego coupé zawiniętego ledwie miesiąc temu w Hamburgu przez rezydujących w RFN polskich złodziei. Współpracujące z Sołncewską Bracią Polaczki specjalizowały się w kradzieżach limuzyn, ale całą logistykę - załadunek na radzieckie statki handlowe, blatowanie celników i transport do portu w Kaliningradzie organizowała ich sołncewska grupirowka1. Polakom odpalali więc grosze.
- Więc jesteś afgańcem, a? - rzucił Pietia, nie odrywając wzroku od przedniej szyby, za którą wciąż uciekały przed nimi na pobocze pordzewiałe, połatane w różnych kolorach blach łady, moskwicze, a nawet zaporożce. Żadnemu z tamtych kierowców nie przyszłoby do głowy, żeby nie ustąpić im z drogi. Jadące pod prąd z szaloną prędkością czarne bmw mogło należeć tylko do mafii. Lepiej więc wylądować samochodem w rowie niż samemu z kulką w głowie.
Borys nie odpowiedział.
- Ja też jestem afganiec - chełpliwie poinformował Pietia, a na jego wydatnych ustach zaperliły się pęcherzyki śliny. - Byłem w zwiadzie 108. Dywizji. Oj, rżnęło się czarnych, rżnęło!
Nikt nie podjął tematu.
- Wy, desantowcy też chyba wielu narąbaliście, co?
Cisza.
- Kiedyś walczyliśmy w okrążeniu. Nocą. Wkoło same góry i faceci w dżalabijach, a my tratata! tratata! Padali jak muchy. I tylko nasze pociski smugowe latały po skałach jak stado wściekłych świetlików.
- Ty, ee... Pietia, tak? - w końcu przemówił Borys.
- Tak jest. Kapral Pietia Bołczakow!
- A nie pomyliłeś formacji? Na pewno byłeś w zwiadzie, a nie w kwatermistrzostwie? Bo pierwsze słyszę, żeby razwiedka strzelała w nocy świetlnymi pociskami. Mudżahedini od razu by ich namierzyli.
Towarzystwo zarechotało, co zabrzmiało, jakby kolumna ciężarówek Ural włączała na mrozie silniki. Pietia zamilkł, jeszcze mocniej dociskając gaz. Mercedes Porysowanego wciąż gnał gdzieś daleko w przodzie.
- Zamiast ludzi obrażać, powiedz lepiej, za co siedziałeś - znowu odezwał się kierowca.
Słysząc te słowa, wszyscy nabrali powietrza. Niestosowność tego pytania świadczyła, że Pietia albo jest debilem, albo zupełnym nowicjuszem, który nigdy nie został zawinięty przez milicję choćby na "dołek". Przecież wiadomo - słabszy nigdy nie pyta mocniejszego o wyrok. Słabszy w ogóle nie ma prawa zadawać pytań.
Borys patrzył przez okno na płaski i pusty krajobraz. Step, step, step. Po horyzont. Kiedy opuszczali Moskwę, mijali lasy, miasteczka, kołchozy. Teraz tylko z rzadka pojawiały się jakieś na wpół zrujnowane zabudowania, ze stojącymi obok zajeżdżonymi ciężarówkami z demobilu.
Za co siedział? Za tę kurwę, swoją matkę. Natalia Hryniewicz. To ona odebrała mu godność i poczucie braterstwa, jakie dała mu Armia Czerwona. Kiedy wtedy, w Bagram, wyszło na jaw jego pochodzenie, od razu wywalili go z desantu. Dostał przydział do zwykłej piechoty. A więc najbardziej pogardzanego rodzaju wojsk w całej armii. I to w okręgu nad chińską granicą, gdzie nawet psy dupami szczekają, a żołnierzami są Tadżycy, Uzbecy, Kałmucy, Czeczeni, Nieńcy i Buriaci, którzy nawet rosyjskiej mowy nie znają.
Takiego upokorzenia nie był w stanie udźwignąć. Zwolnił się do cywila wściekły, zły, pełen nienawiści. Najpierw pił przez tydzień w Duszanbe, niedaleko afgańskiej granicy, a kiedy w pijanym widzie rozbił butelkę na głowie któregoś z miejscowych watażków, jakaś litościwa dusza wstawiła go - pijanego jak bela - w pociąg do Wołgogradu. Tam z kolei ledwo wyszedł na peron, a już okazało się, że ma kumpli. Takich samych jak on osieroconych afgańców. Ani się więc obejrzał, jak napadał na ciężarówki, wymuszał haracze i wywoził do lasu niewypłacalnych dłużników. Żył jak zwierzę. Z dnia na dzień. Od jednej flaszki do drugiej. I od jednego pociągnięcia cyngla do kolejnego. Nie bał się niczego, niczego nie cenił. Było mu wszystko jedno. Kazali zabijać - zabijał. Mówili: połam mu ręce. Łamał. Aż w końcu zgarnęła go milicja. Za jakąś duperelę, nie pamiętał nawet dokładnie. Był przecież pijany.
Na rozprawie powiedzieli, że zrobił z kogoś kalekę. Złamał kręgosłup, skazał na inwalidzki wózek. Dwa lata kolonii karnej o zaostrzonym rygorze skwitował wtedy wzruszeniem ramion.
Odsiadka jednak dobrze mu zrobiła. Po pierwsze, otrzeźwiał. Po drugie, zdobył szacunek starych worów. Dzięki recydywistom zrozumiał, że bycie wściekłym i złym wcale nie musi oznaczać samotności. Więcej! Dotarło do niego, że robiąc to, co umie - bijąc, łamiąc, zabijając - może należeć do silnej i budzącej respekt struktury. Znów mógł być dumny. I znowu miał braci. A także... ktoś mu wydawał rozkazy. Życie się wyprostowało, nabrało starego rytmu. Znowu służył. Robił to, czego go nauczono. Prawie jak w armii. Prawie. Bo jednak w głębi serca czuł do siebie jakąś pogardę. I za to też nienawidził tej nieczułej, oszukańczej kurwy, która go urodziła!
Wyszedł z łagru, mając już gangsterski przydział. Zainteresowało się nim Bractwo z Sołncewa. Najsilniejsza grupa bandycka w Moskwie i pewnie w całym kraju. Przyjechał więc na Dworzec Białoruski u wylotu ulicy Gorkiego z biletem w jedną stronę. A pod wokzałem2 już na niego czekała - ignorując wszelkie zakazy parkowania, zatrzymywania się i czego tam jeszcze - czarna beemka siódemka z Pietią za kierownicą.
To było latem. A teraz jest jesień. Co robił przez minione pół roku? Jasne jak słońce - bił, tłamsił, mordował. Ale nie tak jak przed odsiadką. Obecnie w jego życiu nie było już miejsca na bezmyślną prowizorkę ani improwizację. Mówili mu - jedź tu i tu, wsadź tego i tego do bagażnika. Wywieź do lasu, postrasz, przyłóż parę razy pałą. Ale bez większych obrażeń, facet ma wyjść z tego na własnych nogach. A potem powiedz mu, że od przyszłego tygodnia ma nam płacić tyle i tyle, co miesiąc.
Proste, jasne, bez niedomówień. Wykonywał rozkazy, zarabiał garściami kapustę, jeździł audi 80, które na moskiewskich ulicach budziło respekt. Mieszkał w jakimś bloku w pobliżu jednej z miejskich obwodnic - Sadowego Kolca. Był jednym z wielu żołnierzy Sołncewskiej Braci. Tyle że dwukrotnie od większości z nich starszym. Przekroczył już czterdziestkę! Nie miał więc zbyt wielu kumpli. Rzadko brał udział w szalonych rajdach po mieście, w czasie których polewało się dziewuchy szampanem, piło wódkę z kryształowych kieliszków, jadło kawior łyżkami, a potem pieprzyło "towary" na tylnych kanapach merców, beemek, audików i volkswagenów pozostających często wciąż jeszcze na niemieckich blachach. Trzymał się trochę na uboczu. Nie szastał forsą, nie chlał na umór, nie zmieniał dziewczyn co wieczór. Nie licząc drobnych romansów, miał przykukaną jedną. Irinę. Całkiem fajną. Niedużą, piersiastą, z fajnym tyłkiem. A najważniejsze, że małomówną - pół Rosjankę, pół Czeczenkę, która tak jak i on, od niedawna i nielegalnie mieszkała w Moskwie. Zamiast więc brać życie garściami, Borys czekał, co wydarzy się dalej. Przyglądał się tej małej armii, do której należał. I wreszcie spotkała go nagroda. Pierwsze poważne zadanie.
- Łatwizna. - Porysowany określił je tego ranka jednym tylko słowem. - Jedziemy pod Woroneż odebrać od Dagestańczyków kilka worków haszyszu. Mała transakcja, bo to tylko nawiązanie handlowych kontaktów. Kupujemy od nich po raz pierwszy, mają dobrą cenę, ale trzeba będzie sprawdzić towar. Podjeżdżamy więc, ważymy worki, pakujemy je do mojego bagażnika, płacimy i wracamy do domciu.
- Nie za dużo nas na taką prostą robotę? - zdziwił się Lońka.
- Mówiłem, z tamtą grupą robimy handel po raz pierwszy - w głosie Porysowanego zabrzmiała irytacja. Szef nie lubił dociekliwych pytań. - Trzeba się trochę pokazać. A poza tym... to czarni. Z Kaukazu. Nie nadążysz, co takim dzikusom może wpaść do głowy.
Z zamyślenia wyrwała go zmiana w pracy silnika. Pietia nie piłował go już na najwyższych obrotach. Zwolnił, wrócił na prawy pas, zredukował. Borys wyciągnął szyję i ponad potężnym karczychem Lońki, dojrzał mercedesa Porysowanego skręcającego w jakąś polną drogę. Prowadziła polem zgniłej, przez nikogo niezebranej kapusty do piętrzącego się w odległości dwóch-trzech kilometrów wysokiego, betonowego elewatora zbożowego.
- No to dojechali nareszcie - przeciągle ziewnął Wasia.
- Nareszcie przyjdzie rozprostować gnaty - dorzucił sennym głosem Lońka.
Borys mocniej ujął spoczywający na jego kolanach krótki szturmowy karabinek AKS-74U. Ulubiona broń desantowców i specnazu. "Zabawka dla pedałów" - jak krótko określił go kilka godzin temu, jeszcze w Moskwie, Lońka. A Wasia zaraz zaczął kręcić nosem, że Borys zabiera broń do kabiny.
- I tak ciasno, a ty dodatkowo "komina" nam tu dopychasz - burczał. - I jeszcze te magazynki, coś je po kieszeniach poupychał... Tylko w schaba mnie uwierają.
Nic na to nie odpowiedział. Bo i co tu gadać? Wasia, Lońka i Nikołaj, nie mówiąc o Pietce - na kilometr śmierdzieli cywilbandą. Nie mieli pojęcia o walce, umieli tylko łamać gnaty i robić wrażenie. Ich kałachy były stare i pordzewiałe, nieczyszczone od lat. Cud, gdyby zadziałały w potrzebie! Tamci nie zabrali do nich nawet zapasowych magazynków! Mógł się zresztą założyć, że nawet ta amunicja, którą mieli, była stara i zawilgocona. Ale już szczytem głupoty było, że wrzucili broń do bagażnika. Gdyby pojawiły się kłopoty, minęłyby wieki, zanim zdążyliby wygramolić swoje wypasione sterydami cielska z wozu i sięgnąć po broń. Nic jednak nie powiedział. Stał w milczeniu, patrząc na tych ignorantów. Aż w pewnym momencie wyczuł, że ktoś przygląda się i jemu. Odwrócił głowę i natrafił na skupiony, badawczy wzrok Porysowanego. Spojrzenie szefa ześlizgnęło się zaraz z twarzy Borysa na spoczywający w jego dłoni AKS. Broń była naoliwiona, wyczyszczona na błysk. Do magazynka tkwiącego w zamku przyklejony został taśmą drugi taki sam - tak aby w razie czego tylko odwrócić ten zestaw do góry nogami, wsadzić w korpus karabinka i od razu strzelać następną trzydziestką naboi. Porysowany znów spojrzał mu w oczy, a potem nieznacznie skinął głową. Tak, przynajmniej szef wyglądał tutaj na łebskiego faceta.
Tymczasem ich auto skręciło w dziurawą jak radziecki budżet i pooraną koleinami drogę. Mercedes Porysowanego zatrzymał się i usłużnie puścił ich przodem.
"Jak rasowy dowódca" - pochwalił go w myśli Borys. "Tylko idiota idzie do ataku przed żołnierzami".
Przez następne minuty telepali się przez zeschłe błoto, a amortyzatory beemki jęczały od zbyt wielkiego obciążenia. Lońka rzucił jakimś żartem, że dziury to on lubi tylko w babskich piczkach, Wasia mu odpowiedział, że i tyłeczki takich chłoptasiów jak Pietia są nie do pogardzenia, Nikołaj rubasznie rechotał. Borys milczał. Przeszukiwał wzrokiem każdy szczegół. Okolica wyglądała na opuszczoną.
W końcu objechali bokiem elewator - rząd górujących nad okolicą betonowych wież trzydziestometrowej wysokości - i skręcili na wielki plac. Po prawej brązowy od rdzy trup przedpotopowego, gąsienicowego jeszcze ciągnika, czterdzieści metrów za nim piramida starych blaszanych beczek. Po lewej stara jak świat ciężarówka ZiŁ bez kół stojąca do nich tyłem, za nią magazyn. Zaraz, zaraz. Ciężarówka miała nową plandekę! Czy to nie dziwne, że unieruchomiony od lat wóz ma pakę zakrytą brezentem, w którym nie zrobiła się nawet jedna dziura? Borys dokładniej zlustrował okolicę i natychmiast zobaczył więcej szczegółów. W szoferce traktora ktoś siedział. Zza beczek wystawała czyjaś noga. Zza brezentu ziła wysuwały się lufy karabinów.
- Zasadzka! - ryknął, szarpiąc klamkę drzwi i wypadając z wciąż jadącego dość szybko auta. Skoczył tak, jak go uczono w desancie. Tyłem do kierunku jazdy, plecami w próżnię - tak aby jak najszybciej wytracić prędkość. Dzięki temu nawet się nie przewrócił. Tylko zatoczył, a potem przeładował i wycelował w faceta z koparki.
Nie zdążył jeszcze wystrzelić, a już powietrze przeorały długie serie. Walili z ciężarówki, zza beczek i z kabiny ciągnika. Uszy rozdarł natychmiast jazgot kilkunastu luf, a karoseria beemki zamieniła się w durszlak.
Borys nie przyglądał się temu. Wycelował i krótką serią zmiótł strzelca w traktorze. Potem puścił się biegiem, omijając maszynę od tyłu - tak, aby jej korpus skrył go przed potencjalnym ostrzałem. Niepotrzebnie się martwił. Napastnicy wciąż w uniesieniu zamieniali ich auto w stos pokrwawionych, dymiących blach. Kiedy więc ominął ciągnik i wciąż nie zwalniając tempa, pobiegł od tyłu do piramidy beczek, zastał tamtych akurat w momencie wymiany magazynków. Spostrzegli go, kiedy był już kilkanaście metrów od nich. Powiększone strachem oczy. Wąsko zaciśnięte usta. Dygoczące dłonie usiłujące szybciej wepchnąć magazynki w korpusy kałasznikowów. Za późno. Puścił w nich długą serię. Na tak małym dystansie kule jego AKS miały straszną energię. Zostawił za sobą same trupy.
Biegł dalej, jednym ruchem przekładając swój magazynek. Szerokim łukiem okrążył plac, zbliżając się do ciężarówki z przeciwnego kierunku do tego, z którego nadjechało ich bmw. Tamci połapali się już, że coś tu nie gra. Że nie wszystkich udało im się dopaść i ktoś robi im na tyłach koło pióra. Jeszcze jednak go nie dostrzegli. Unosili poły plandeki, wypatrywali za traktorem i beczkami, wołali coś do kamratów. Borys tymczasem był trzydzieści, dwadzieścia pięć, dwadzieścia metrów od ziła. Wystarczy. Nie celując specjalnie, wywalił wszystkie trzydzieści pocisków w brezent. W środku się zakotłowało, wzbił się skowyt, jęk, chaotyczne wystrzały. A on, stojąc w rozkroku, odrzucił podwójny magazynek, załadował następny i posłał im kolejną długą serię. Wrzaski ze środka ucichły. A więc znów zmiana magazynka i ostrożnie, na palcach, podszedł do dziurawej jak sito burty ciężarówki. Końcówką lufy uniósł dymiącą jeszcze plandekę i zajrzał do wewnątrz. Sześć ciał. Wykręconych w agonii, skrwawionych, zmasakrowanych. Trzy się jeszcze ruszały, przestawił więc na pojedynczy ogień i bach! bach! bach! - zakończył sprawę.
Uff. Najgorsze za nim. Najgorsze? A co z magazynem? Ci dranie mają tam pewnie odwody. A efekt zaskoczenia już minął. Na placu boju pozostał sam i, jeśli chciał przeżyć, musiał wejść do nich do środka, żeby wytłuc gadziny. Skryty za ciężarówką zastanawiał się właśnie, jak tego dokonać, kiedy zmurszałe skrzydła magazynowych drzwi odskoczyły na boki, rozpadły się na pojedyncze deski i kreśląc w powietrzu malownicze fikołki pospadały na ziemię.
Z trzewi budynku na plac wypadło auto. Fiu, fiu! Nie byle jakie! Ciężki, terenowy mercedes klasa G. Rycząc motorem, przeciął plac i od razu skręcił do drogi wiodącej ku szosie.
Borys natychmiast wpakował w niego całą serię, ale wóz oddalał się tak szybko, że błyskawicznie wyszedł z zasięgu jego krótkiego karabinka. Na mocnej karoserii "niemca" kule tylko zagrzechotały i odbiły się w niebo rykoszetami.
- Uszedł, gad - zaklął.
Ale... No tak, w całym tym zamieszaniu kompletnie zapomniał o aucie Porysowanego. Jego coupé stało na drodze, utrudniając tamtemu wyjazd. To jednak żadna przeszkoda dla mocarnego terenowca! Merc skręcił, żeby ominąć przeszkodę, z bocznego okienka wysunęła się lufa kałacha... I wtedy coś od strony Porysowanego zasyczało, błysnęło, sypnęło iskrami i ognisty promień uderzył w burtę terenowca. Wóz jakby spuchł, jakby wypełnił się białym światłem, a potem w grzmocie odbijającym się echem od betonowych ścian elewatora rozleciał na dymiące ochłapy.
- A to spryciarz na cztery kopyta kuty! - szeroko uśmiechnął się Borys. - Miał ze sobą granatnik przeciwpancerny!
Wracali do Moskwy wciąż nabuzowani adrenaliną i testosteronem. Nie było już szefa i jego żołnierza, ale dwóch równorzędnych wojowników. Na placu i w szczątkach terenowca naliczyli piętnaście trupów. Piętnaście! A przecież pokonali ich tylko we dwóch.
- Teraz już pieprzone Papuasy wiedzą, że jak wkurzysz Rosjanina, to zobaczysz Tatara - roześmiał się Porysowany. - Rany, aleśmy im dali w pizdu!
- Cud-strzelanka! - zgodził się Borys, w tej euforii zapominając nawet, że z tym Rosjaninem to w jego przypadku nie ten tego.
- Strzelanka? To nie strzelanka, to rozpierducha!
- Dostali za swoje. Po co cwaniakowali?
I tak przekrzykiwali się, jadąc i wciąż poklepując po plecach. Bo bez dwóch zdań, akcja zakończyła się sukcesem. Dagestańczycy dwa razy pomyślą, zanim znów zechcą obrabować Braci z Sołncewa. I choć Porysowany i Borys nie znaleźli u nich haszyszu, to za magazynem natrafili na kilka niepotrzebnych już tamtym luksusowych samochodów, zdobyli mnóstwo broni (ta akurat była w Związku Radzieckim tania jak ukraiński barszcz, ale zawsze), a przede wszystkim wysłali w świat mocny przekaz: Lepiej z nami nie zadzierać!
Stracili wprawdzie czterech ludzi, ale, Bożeż ty mój!, cóż to właściwie za strata?! Przecież w pięknej, długiej i szerokiej stranie3, jaką jest Kraj Rad, w takich tucznikach można przebierać jak w ulęgałkach!
- Byłeś jak Rambo - zarechotał Porysowany. - Zasłużyłeś, żeby osobiście wręczyć woreczek z uszami tamtych, co żeśmy je poobcinali, Wujkowi Siemce.
- Temu Siemce? Naprawdę?
- A temu, temu - wesoło zagruchał szef. - Siemion Siemionowicz Anafiejew, bohater wojny ojczyźnianej, odznaczony za szturm Berlina i krzewienie w bratniej Polszy władzy ludowej. A po wojnie jeden z czterech Braci rządzących naszym pięknym Sołncewem!
Zapadła chwila ciszy zakłócana tylko basowym mruczeniem silnika.
- Dziękuję, Porysowany.
- Mam na imię Andriej.
- Borys.
- Więc słuchaj, Borys. Ty mi nie dziękuj. Zasłużyłeś sobie. I powiem ci więcej. Przed tobą i przede mną świetlana kariera. Bo świat się zmienia. Teraz, wraz z tą całą zasraną pierestrojką Gorbaczowa, właśnie nadchodzi czas dla takich wilków jak my.
* * *
Wujek Siema mieszkał w swoim starym, pozbawionym wielkich wygód mieszkaniu na podmoskiewskim Sołncewie. W dzielnicy pomiędzy lotniskiem Wnukowo a Portem Południowym, przy głównej trasie na zachód, czyli na Ukrainę.
Oficjalnie urzędował jednak w świeżo załatwionej mu przez chłopców z KGB daczy w ekskluzywnym Srebrnym Borze. Dlaczego państwowy aparat bezpieczeństwa fundował worowi willę? O to nikt nie pytał. Ważne, że w domu Wujka Siemy odbywały się takie balety, o których długo rozmawiano w elicie miejskiego półświatka. Tancerki z Teatru Bolszoj, kawior z dorzecza Wołgi, mięso z łosiów upolowanych w tajdze. Strumienie wódki, fontanny szampanskoje, a wśród gości - aktorzy, pułkownicy, aparatczycy średniego szczebla. No i oczywiście mafia.
Kiedy dotarli tam późnym wieczorem, dom tętnił życiem. Chłopcy przy bramie byli już uprzedzeni o ich przyjeździe - Porysowany zadzwonił do Anafiejewa z automatu przy mijanej po drodze poczcie i zdał relację z wydarzeń pod Woroneżem.
Wujek Siema był niewysokim, ale trzymającym się prosto starszym człowiekiem o przenikliwym wzroku i równo przyciętych, wciąż gęstych wąsach. Borys wyprężył się przed nim na baczność, a on dobrodusznie odparł: "Spocznij".
Potem przez dłuższą chwilę lustrował gieroja, którego Porysowany nie mógł się przez telefon nachwalić. Aż w końcu spytał:
- Żołnierz?
- Tak jest! Sto trzecia gwardyjska!
- Stopień?
- Starszy sierżant.
Anafiejew z aprobatą pokiwał głową. A potem, zanim odwrócił się i odszedł, zdążył jeszcze powiedzieć:
- Potrzeba nam takich jak ty. Idź teraz się upić. Od jutra twoje życie zmieni się nie do poznania.
* * *
Rozkaz to rozkaz. Borys schlał się jak świnia. Mgliście pamiętał, że tańczył, a potem obejmowały go jakieś nagie kobiece ramiona. Następnie znów pił, robił prysiudy, a przed oczami majtały mu czyjeś gołe cycki, do których krzyczał gromko urrrra! Aż w końcu padł, a jego bezwładne ciało zapakowano do samochodu. I wywieziono pod adres, który z trudem wydukał kierowcy. Kompletnie nie pamiętał, że podał nie swoją ulicę, lecz tę, przy której mieszkała Irina.
Obudził się w pokoju, który dzieliła z koleżanką ze studiów na Moskiewskim Uniwersytecie Łomonosowa. Imienia ani twarzy koleżanki nie pamiętał - dziewczyna miała dość zdrowego rozsądku, by znikać zawsze, kiedy się tu pojawiał.
- Zabalował mój książę, oj, zabalował - uśmiechnęła się Irina, dając mu sok z ogórków.
Wypił duszkiem cały słoik, beknął, otarł wąsy, następnie przyciągnął ją do siebie i pocałował.
- Fu! Śmierdzisz wódką i obcymi babami! - odepchnęła go, udając, że się za to gniewa. - A ja cię wczoraj przez cały dzień szukałam. Nowinę mam.
- Nowinę? - powtórzył bez zainteresowania, bo bardziej go zaciekawił wypchany jej piersiami sweterek.
"Do licha" - pomyślał. "Walka to rzeczywiście najlepszy afrodyzjak. Piłem i dupczyłem przez całą noc, a teraz... znów bym pociupciał. I znów się napił".
Pogładził ją po okrągłym policzku, wplótł palce w czarne i grube jak druty włosy, a potem zacisnął dłoń w kułak i mocno ją do siebie przyciągnął.
- Nie nowin, a ciebie mi się chce - jego słowa paliły ją żarem.
Mimo to zachichotała, wywinęła się jakoś, odsunęła.
- Naprawdę nie jesteś ciekawy? Może się ucieszysz?
Popatrzył na nią surowo, lekko już podrażniony tymi gierkami.
- No to mów!
Wtedy Irina sama się do niego przytuliła. Wyminęła jednak jego głodne usta i przycisnęła bok twarzy do szerokiej klaty. Jej włosy pachniały owocami pomarańczy, a skóra była biała jak śnieg na stokach Kaukazu. Przez palący dreszcz pożądania przypomniał sobie, że kiedyś mu mówiła, że pochodzi z wioski nad rzeką, która wypływa z samego serca gór. Z doliny, która wiosną rozkwita jak rajski ogród, a zimą spowija się w głębokim na półtora metra puchu. Ale co go to właściwie obchodziło? Chciał jej ciała, nie opowiastek. Nie potrzebował poznawać historii jej rodziny, pochodzenia, słuchać o marzeniach. Była jego kobietą do pieprzenia. Ulubioną, owszem, ale nic ponadto. Wiedział, że gdy wreszcie po jakimś czasie Irina mu się znudzi, wymieni ją na inną bez chwili wahania.
- No wystękaj to wreszcie i wyskakuj z tego swetra!
Wtuliła się w niego jeszcze mocniej, bardziej kurczowo zacisnęła na nim paluszki.
- Będę... Będziemy mieli dziecko.
Jakby piorun w niego strzelił.
- Co? Co ty mówisz, do diabła?
Odskoczyła jak oparzona. Nie spodziewała się takiej reakcji. Borys tymczasem piętrzył się nad nią jak góra. Zły, wściekły, wybałuszający oczy.
- Ty dziwko! - darł się. - Coś ty sobie w tym ptasim móżdżku ubzdurała? Że wrobisz mnie w bachora? Mnie? Mnie?! Ty w ogóle wiesz, kim ja jestem, szmato?
Skuliła się, podciągnęła kolana pod brodę. Próbowała zniknąć, stać się niewidzialna. Było jednak za późno. Borys, któremu nie wystarczyły te wszystkie straszne słowa, którymi ją zasypywał - schylił się, szarpnął za włosy, uniósł, by zaraz zdzielić ją na odlew w twarz. Upadła, krwawiąc z nosa i uszu. Wtedy ją kopnął. Raz, drugi, trzeci. W głowę, w piersi, w brzuch. Zabrakło jej tchu, ciało przeszył ból, w uszach zaświergotały rozpaczliwe dzwonki. I znów cios, i jeszcze raz.
- Wykopię z ciebie tego bękarta, suko.
Traciła już przytomność, kiedy grad ciosów nagle ustał. Z najwyższym trudem uniosła oczy. Borys stał nad nią oniemiały, z zaskoczoną miną.
- Bękart - powtórzył własne słowo, smakując je tak, jak się smakuje dawno już zapomnianą potrawę z dzieciństwa. - Bękart. Przecież... Przecież to ja. Ja jestem bękart.
Osunął się na kolana, skrył twarz w dłoniach, jego plecami zatrząsł szloch. A ona podczołgała się do niego, dotknęła pokrwawioną ręką głowy, pogłaskała. Nie reagował. Wciąż płakał. Mimo więc, że całe ciało pulsowało jej bólem, przytuliła się do niego. Mocno. Z całą siłą płynącą z jej zakochanego, przywiązanego do tego jasnowłosego boga jak pies do swego pana serca.
1 - Grupa, gang (ros.).
2 - Dworzec (ros.).
3 - Kraina, kraj (ros.).