Paka z domku na drzewie. Zagadka hotelu - Kasia Keller

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Nazywam się Pola Zgadula. Nazwisko jak nazwisko, każdy jakieś ma. Chociaż muszę przyznać, że przez moje miałam trochę nieprzyjemności. W szkole już od pierwszej klasy koledzy wołali za mną: "Zgaduj zgadula! Zgaduj zgadula!".
Na początku trochę mnie to denerwowało, ale już się przyzwyczaiłam i dziś zupełnie się tym nie przejmuję. Zwłaszcza że odkryłam pewną prawidłowość. Często mówi się, że nazwisko zobowiązuje. W moim przypadku właśnie tak było - Zgadula została detektywem. I to nie byle jakim, bo miastowej sławy. Ale zanim wam o tym opowiem, jeszcze kilka słów o mnie i moich wspólnikach.
Za parę dni, dokładnie 20 kwietnia, skończę dziesięć lat. Od urodzenia jestem jedną drugą całości. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale to szczera prawda. Drugą "jedną drugą" jest mój brat Antek. Już rozumiecie, co chcę powiedzieć? To bardzo proste. Antek i ja jesteśmy bliźniakami. Jednak zdziwi się ten, kto pomyślał, że podobnymi do siebie jak dwie krople wody. U nas jest dokładnie na odwrót. Jesteśmy kompletnie różni. Począwszy od koloru włosów - ja mam mysie, a Antek czarne jak smoła - a skończywszy na charakterze. Mama mówi, że jesteśmy jak dwa przeciwne bieguny. Cokolwiek to oznacza. Chociaż nie, trochę wiem, o co w tym chodzi. Antek jest spokojniejszą połową naszego duetu, ja nie potrafię zbyt długo usiedzieć w miejscu. On dużo czyta, jest mistrzem ortografii, pisze nawet wiersze i opowiadania, a ja uwielbiam matematykę. Fascynują mnie liczby i równania. Dlaczego tak bardzo się różnimy? Ponoć dlatego, że jesteśmy bliźniętami dwujajowymi. Myślę, że to bardzo dobrze. Gdybyśmy byli tacy sami, w domu wiałoby nudą. A tak zawsze coś się dzieje. To Antek coś wymyśli, to ja.
- Z wami to wiecznie coś, jak nie urok, to przemarsz wojsk - powtarza ze śmiechem nasza babcia.
A wie, co mówi. W końcu to właśnie ona zna nas najlepiej na świecie. Babcia opiekuje się nami, kiedy mama i tata są w pracy. A rodzice pracują dużo i o różnych porach dnia i nocy. Mama jest menadżerem w hotelu, a tata strażakiem. Żartują sobie, że tak naprawdę to robią właściwie to samo. Mama gasi pożary w pracy, czyli znajduje wyjście z trudnych sytuacji i pilnuje, by wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, a tata gasi prawdziwy ogień. Do tego zarówno mama, jak i tata, nawet gdy skończą swoją zmianę, i tak muszą trzymać rękę na pulsie. A dokładnie na telefonie. Jak to się mówi, muszą być dyspozycyjni. I są. Na szczęście mieszkają z nami dziadek i babcia. Dzięki temu ja i Antek nigdy nie wracamy po szkole do pustego domu jak wielu naszych kolegów.
Mieszkamy w dużym, dwupiętrowym domu z ogromniastym ogrodem. Uwielbiam nasz ogród. Zwłaszcza tę część, którą porastają drzewa. To właśnie tam znajduje się nasza baza - moja, Antka, Kuby i Asa. O Kubie i Asie opowiem wam za moment. Wcześniej musicie poznać historię naszej bazy.
Kiedyś wcale nie była bazą. Była całkiem zwyczajnym domkiem na drzewie. Chociaż nie. W sumie to nigdy nie był zwyczajny domek. Prawdę mówiąc, to najładniejszy domek na drzewie, jaki widziałam. Ma czerwony dach i okiennice i całkiem spory taras. Tata z dziadkiem wybudowali ten domek, gdy Antek i ja mieliśmy trzy albo cztery lata. Wtedy mogliśmy się w nim bawić tylko pod opieką dorosłych. Tata dostawiał do domku drabinę i pomagał nam wchodzić na górę, a na dół zjeżdżaliśmy po zjeżdżalni. Pod tarasem wisiały na sznurkach opony, na których się huśtaliśmy.
Dziś już nie potrzebujemy specjalnego pozwolenia. Domek na drzewie mamy na własność. Uroczyste przekazanie nastąpiło w nasze ósme urodziny. Ach, co się wtedy działo!
Dwa dni poprzedzające nasze święto spędziliśmy z bratem u cioci Ani, siostry mamy. Przeczuwaliśmy, że rodzice szykują dla nas niespodziankę. Jako że zawsze byłam bardziej ciekawska niż Antek, próbowałam wypytać ciocię, co też się kroi. Ale ona nie puściła pary z ust.
- Rodzice wyjechali na weekend - tłumaczyła niejasno, choć obie wiedziałyśmy, że to blef.
- Dokąd? - Wierciłam cioci dziurę w brzuchu.
- Hmm... Nie wiem dokładnie. Chyba... yyy... tak, chyba pojechali w góry.
- Jakie? - Nie dawałam się zbyć. Wyraźnie czułam, że ciocia zmyśla.
- Zdaje się, że w Bieszczady.
- Wątpię. Mama nie lubi Bieszczadów. Mówi, że tam jest za dużo niedźwiedzi i wilków.
- To może coś pomyliłam. Może... yyy... pojechali w Tatry?
- Ciociu, coś kręcisz.
- Nazywasz mnie kłamczuchą? Ja ci zaraz pokażę. - Ciocia złapała poduszkę i rzuciła nią we mnie, zaśmiewając się w głos.
- Wojna na poduszki! - Podchwycił Antek i cisnął kolejną poduchą.
Za moment salon wyglądał jak pobojowisko. A ja w ferworze walki na pierze odpuściłam cioci, choć byłam pewna, że rodzice wcale nie wyjechali. W każdym razie nie w góry. Gdyby rzeczywiście zaplanowali wyjazd, to my zostalibyśmy w domu pod opieką dziadków. Jak zwykle.
No i się nie pomyliłam. Ma się ten detektywistyczny nos...
Kiedy wróciliśmy do domu, czekała na nas wspaniała niespodzianka. W ogrodzie zebrała się cała rodzina. Wszędzie wisiały balony, lampki i kolorowe kokardy. Między drzewami stał stół, a na nim tort. Był doprawdy wyjątkowy - w kształcie domku. Zdziwiło mnie tylko, że nasz prawdziwy domek, ten na drzewie, osłonięto jakimś materiałem.
- Tato, dlaczego zasłoniłeś domek? - zagadnęłam zaciekawiona.
Ale tata tylko się uśmiechnął i odparł:
- Wszystko w swoim czasie, Poleńko. Najpierw tort.
Truskawkowo-waniliowy, z tarasem z mlecznej czekolady. Szybko zapomniałam o domku, bo tort smakował tak wspaniale, jak wyglądał. Był przepyszny! Mniam.
- Uwaga! Uwaga! - zawołał wreszcie tata i podszedł do płachty.
Jego mina zdradzała, że jest bardzo podekscytowany. I mnie się to udzieliło. Zerknęłam na Antka. On też wyglądał na zaintrygowanego.
- Tadaam! - wykrzyknął tata i pociągnął za materiał.
Płachta zafalowała jak żagiel, a potem opadła na trawę. Naszym oczom ukazał się... domek na drzewie.
- Ooooo! - Oczy Antka zrobiły się wielkie jak spodki. - Ale czad!
I powiem wam, to był czad. Domek niby ten sam, a całkiem, ale to całkiem inny.
Zjeżdżalnię zastąpił błyszczący ześlizg strażacki. Pod tarasem zamiast opon wisiały dwa hamaki, zielony i czerwony. Obok nich dyndała drabinka sznurkowa.Tata zamocował też drewnianą drabinę. Tym razem już na stałe.
- Od dziś - powiedział uroczyście - to wasza baza.
Poczułam się wspaniale. Antek również. Kiedy okazało się, że domek przeszedł również modernizację wewnątrz, to skakałam z radości.
Tata zainstalował nam światło, żebyśmy mogli spędzać w bazie wieczory, i wspólnie z dziadkiem wtaszczyli na górę wielką zamykaną skrzynię. Nie pytajcie mnie, jak to zrobili - ale myślę, że bez dźwigu się nie obeszło. Skrzynia służy nam za stół oraz schowek na przeróżne rzeczy. Mamy też siedziska i półki. I muszę wam powiedzieć, że choć dostaliśmy wtedy mnóstwo prezentów, to "stary nowy" domek był tym najlepszym.
Jakiś czas później, a dokładnie w dniu, w którym wspólnie z Kubą postanowiliśmy założyć agencję detektywistyczną, nasz domek zyskał kolejną drabinę. Długaśną, przystawioną do płotu oddzielającego dwa podwórka - nasze i sąsiednie.
Po sąsiedzku mieszka właśnie Kuba. Chodzi z nami do klasy i jest naszym najlepszym przyjacielem. Często używa się takiego powiedzonka, że dziecko wyssało coś z mlekiem matki. O Kubie nie można tego powiedzieć. On swojej mamy zupełnie nie pamięta. Znaczy, wie, jak wyglądała, ma jej zdjęcia, ale tylko tyle. Wychowuje go tata. I to po nim Kuba odziedziczył zdolności analityczne. Jego tata jest informatykiem i całe dnie szuka błędów i dziur w systemach. Kuba również jest mistrzem komputerów. Na informatyce nie ma sobie równych. A całkiem niedawno okazało się, że ma też w sobie zmysł śledczego. Może uda mu się w przyszłości połączyć te zdolności i zostanie słynnym detektywem od cyberprzestępczości? Kto wie... Na razie jesteśmy wspólnikami na tropie zagadek dotyczących mieszkańców naszego miasteczka.