Rozdział 1
Lubicie zimę? Ja zdecydowanie wolę letnie
miesiące. Słońce, wygrzewanie się na plaży, bose spacery po ciepłym
piasku. Ale muszę przyznać, że i zima ma kilka niezaprzeczalnych atutów.
Oczywiście mniej niż lato, jednak nie sposób o nich nie wspomnieć. Na
przykład uwielbiam, gdy w świąteczne dni ziemię otula puchowa pierzynka
ze śniegu. To bardzo przyjemny widok. Wyobraźcie sobie - siedzicie w ciepłym domu przy gorącym kakao albo pysznym barszczu z uszkami, w kominku bucha ogień, na choince migoczą kolorowe lampki, a za oknem w blasku latarni wirują śniegowe płatki. Antek, mój bliźniak, pewnie
lepiej opisałby tę sytuację, bardziej plastycznie, bo on ma ogromny
talent pisarski. Ale chyba i mnie poszło całkiem przyzwoicie, prawda?
Jest jeszcze jeden powód, dlaczego lubię ten okres. W tym czasie w moim
mieście dzieje się prawdziwa magia. Nie taka z Harry'ego Pottera, do
której potrzebne są specjalne zaklęcia, czarodziejskie eliksiry czy
różdżki, tylko taka codzienna, międzyludzka. Trudno to wytłumaczyć.
Generalnie chodzi o to, że ludzie stają się milsi, życzliwsi, bardziej
pomocni. I uśmiechają się do siebie. Choć nie wszyscy. O tym właśnie
opowiem wam tym razem.
Wszystko zaczyna się 6 grudnia, dokładnie w mikołajki. Tego dnia na
placu przed ratuszem staje wielgachna choinka. Naprawdę ogromna. No,
właściwie to sama nie staje, tylko zostaje tam postawiona. Leśnicy
wybierają największe i najpiękniejsze drzewko w lesie, ścinają je i dostarczają na plac ratuszowy. Wtedy do akcji wkraczają strażacy, w tym
mój tata. Najpierw pomagają zamocować drzewko w specjalnym stojaku, tak
by się nie przewróciło i nie przygniotło jakiegoś nieszczęśliwca. A potem rozstawiają drabiny, by inni oddelegowani przez ratusz ludzie,
zwykle sprzątaczka pani Zosia i dozorca pan Edmund, mogli rozwiesić na
choince długie sznury lampek. Czasem pomagają im uczniowie ze starszych
klas. Nam, niestety, jeszcze się to nie przytrafiło, ale nie porzucam
nadziei. Chętnie wyrwałabym się z lekcji i zajęła przygotowaniem
dekoracji. Może w przyszłym roku?
Gdy wszystko jest gotowe, następuje wielkie otwarcie okresu
przedświątecznego. Wieczorem przy choince zjawia się niemal całe miasto.
I to jest moment, kiedy pękam z dumy, bo mój tata podczas imprezy ma
bojowe zadanie. Ściąga mundur strażacki - oczywiście nie przy ludziach,
robi to w remizie - i wkłada strój elfa, to znaczy zielony kubraczek i śmieszną spiczastą czapkę. Przy swoim słusznym wzroście wygląda w tym
przezabawnie. Potem podjeżdża na plac ratuszowy wozem z wysięgnikiem.
Sam wysięgnik też w niczym nie przypomina części wyposażenia wozu
strażackiego. Jest przystrojony zielonymi girlandami i lampkami. Wygląda
trochę jak sanie Mikołaja. Nie bez powodu. To pojazd przygotowany dla
gospodarza miasta, naszego pana burmistrza, który zajmuje miejsce w wysięgniku. Nie dlatego, żeby wszyscy dobrze go widzieli, nawet ci,
którzy stoją daleko. Pan burmistrz wsiada do wysięgnika, by dokonać
doniosłej czynności - umieścić na czubku choinki gwiazdę. I to nie byle
jaką. Ta gwiazda to arcyważny symbol naszego miasta. Jej historia sięga
dziesiątek lat wstecz.
Dokładnie sto lat temu wykuł ją pan Żelazko, artysta, którego nazwisko
znają w miasteczku wszyscy. Właściwie to nie wiem, kiedy konkretnie ją
wykuł, ale faktem jest, że w tym roku gwiazda miała pojawić się na
naszej choince już setny raz. Pan Żelazko zasłynął nie tylko w naszym
mieście. Jego rzeźby i inne prace zdobią wiele galerii w całym kraju.
Ale tylko my mamy jego gwiazdę. Jedyną i niepowtarzalną. Pan Żelazko
wykonał ją specjalnie dla nas. Nie do końca się orientuję, z czego
została zrobiona, ale to tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Ta
gwiazda to symbol. Chyba nikt nie wyobraża sobie bez niej świąt. I to
już od stu lat.
Sami więc rozumiecie, że szykowała się historyczna chwila. Z tego powodu
w mieście panowało ogromne poruszenie. Sklepikarze prześcigali się w świątecznym dekorowaniu witryn. Każdy chciał mieć ładniejszą,
barwniejszą, bogatszą. Szyby w aptece, kawiarni i lodziarni też już od
jakiegoś czasu migotały kolorowymi światełkami. Mieszkańcy przystrajali
dachy, płotki i krzaki przed domami. Okna w szkole były ozdobione
kartonowymi śnieżynkami, bombkami i łańcuchami. Wszyscy chcieli zdążyć
przed 6 grudnia. Nawet na drzwiach wejściowych komisariatu pojawił się
zielony wieniec. Pewnie postarał się o to posterunkowy Przypadek. Co
prawda wianek był plastikowy, ale zawsze. Zresztą z daleka wyglądał jak
prawdziwy.
- My też powinniśmy jakoś udekorować siedzibę - oznajmiłam chłopakom. -
Nie możemy być gorsi.
- Gorsi od kogo? - spytał zaczepnie Kuba.
- No wiesz, tak w ogóle... - odparłam. - Całe miasto tonie w światełkach.
Wszystkie ważne miejsca mają świąteczny wystrój. A przecież biuro PAKI to też ważne dla mieszkańców miejsce.
- Wiadomo - poparł mnie Antek.
I tak oto pod tarasem naszego domku na drzewie zawisł sznur ledowych
lampek imitujących sople lodu. Tym samym byliśmy gotowi na wielkie
otwarcie sezonu przedświątecznego.
Rozdział 2
Ale zanim opowiem o mikołajkowej fecie i o tym, że magia świąt nie na wszystkich działa, jestem wam winna inną
historię. Pamiętacie kociaki Bezy i Kilera?
Pani Malinowska, właścicielka rudego kocura, choć początkowo wątpiła, by
Kiler mógł mieć coś wspólnego z kocimi dziećmi, szybko poczuła się
babcią na pełnym etacie. Zajęła się maluchami jak należy. Przebadała je
u weterynarza i zadbała o wszelkie potrzeby. Pod jej czujnym okiem i przy naszym codziennym wsparciu kotki rosły jak na drożdżach, aż stały
się zupełnie samodzielne. Trzeba było zatem znaleźć im kochające
rodziny, co wcale nie jest takie łatwe. Tylko jeden z kociaków miał
zapewnioną przyszłość. Mam tu na myśli blondaska, na którego od samego
początku czekało ciepłe, puchate legowisko u sprzedawczyni ze sklepu
rybnego. Śnieżynka - bo takie imię dostało kocię - już od tygodnia
mieszkała w nowym domu. I było jej tam znakomicie. Ale trzy pozostałe
kociaki - rudy, łaciaty i czarny - wciąż czekały w domu państwa
Malinowskich.
- Myślicie, że zdążymy znaleźć im rodziny do świąt? - spytał Kuba,
drapiąc się po nosie.
Jak wiecie, on zawsze drapie się po nochalu, gdy się nad czymś
zastanawia. To jego znak rozpoznawczy.
- Zobaczymy. - Antek rozłożył ręce.
- Ale miło by było, gdyby mogły spędzić święta w nowych domach - ciągnął
Kuba.
- Nie jestem pewien, ale koty chyba nie obchodzą świąt - zaśmiał się
Antek.
- Jeśli koniecznie musisz, to możesz to sprawdzić - odparł poważnie
Kuba. - Ponoć w Wigilię o północy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Będzie
szansa, by je spytać.
- Żartowniś się znalazł. - Antek klepnął Kubę w ramię. - A ja słyszałem,
że wtedy nie tylko zwierzęta mówią po ludzku. Niektórzy ludzie też.
- Ha, ha, ha! Skończyliście? - przerwałam chłopakom, bo obawiałam się,
że będą to ciągnąć do samych świąt. - Żarty żartami, ale zobowiązaliśmy
się, że znajdziemy im miejsce. Kotki nie mogą cały czas okupować garażu
pani Malinowskiej.
- Masz jakiś pomysł? - Kuba spojrzał na mnie badawczo.
- Może przygotujemy ogłoszenie i rozwiesimy na szybach w sklepach?
- Teraz? Nie ma szans. Każdy centymetr kwadratowy witryn zajmują
dekoracje.
- No tak - westchnęłam.
Zupełnie o tym zapomniałam. Całe miasto świeciło się, migało i błyszczało. Nikt w tym wszystkim nie zauważyłby ogłoszenia, nawet gdyby
miał je pod nosem.
- A może gazeta? - włączył się Antek.
- Warto spróbować - przyznałam.
To był całkiem dobry pomysł. Nasza lokalna gazeta "Nowinki" publikuje
miks wiadomości z całego miasta. Mama mówi, że jej właściciel dba, żeby
nie stała się typowym plotkarskim brukowcem, choć obok ważnych
informacji czy notek o wydarzeniach często można tam znaleźć garść nieco
błahszych treści - kto z kim i po co. I dlatego miałam nadzieję, że uda
nam się przekonać szefa "Nowinek", by zamieścił ogłoszenie o kotkach.
Nie tracąc czasu, udaliśmy się do siedziby gazety. Nigdy wcześniej tam
nie byliśmy, więc trochę się obawiałam, że nie wpuszczą nas do środka.
Uznają, że to nie miejsce dla dzieci. O dziwo, nic takiego nas nie
spotkało. Wręcz przeciwnie.
- Wy jesteście z PAKI, prawda? - spytała pani,
która siedziała za kontuarem naprzeciwko drzwi wejściowych.
- Tak. - Uśmiechnęłam się do niej radośnie. Nie powiem, zdziwiło mnie
jej pytanie, ale i dało nadzieję, że potraktuje nas poważnie. - Ja
jestem Pola, a to Antek, Kuba i As.
- Pola, Antek, Kuba i As - powtórzyła pani z recepcji. - To już wiem,
skąd wzięła się "PAKA".
Byłam pod wrażeniem. Naprawdę mnie zaskoczyła.
- Czy moglibyśmy porozmawiać z właścicielem? - Dalej uśmiechałam się
najmilej, jak tylko potrafiłam.
- W jakiej sprawie? Służbowej?
- W zasadzie to bardziej prywatnej - przyznałam. - Chcielibyśmy
zamieścić ogłoszenie w gazecie.
- Aha, rozumiem. W takim razie wystarczy, że porozmawiacie ze mną.
Ogłoszenia to moja działka.
Trochę żałowałam, że nasza wyprawa skończy się przy drzwiach. Skoro już
byliśmy w siedzibie gazety, to z chęcią zajrzałabym dalej. Weszłabym do
redakcji i zobaczyła, jak to wszystko wygląda od środka. Ale cóż...
Najważniejsze, że sprawa, z którą przyszliśmy, znajdzie szczęśliwy
finał.
Wytłumaczyliśmy pani, o co chodzi. A ona skwapliwie notowała w zeszycie
nasze słowa.
- Trzy kotki, rudy, czarny i łaciaty, szukają dobrego domu. Są zadbane,
nauczone czystości, samodzielne i bardzo wesołe - odczytała na głos.
- Może by dopisać, że szukają odpowiedzialnych i opiekuńczych
właścicieli? - Kuba znowu podrapał się po nosie.
Obawiam się, że jak będzie tę kichawę tak męczył, to kiedyś wyciągnie mu
się ona aż do brody. Chociaż może to lepszy nawyk niż na przykład
obgryzanie paznokci?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki