Paka z domku na drzewie. Tom 4: Tajemnica gwiazdy - Kasia Keller

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Lubi­cie zimę? Ja zde­cy­do­wa­nie wolę let­nie mie­siące. Słońce, wygrze­wa­nie się na plaży, bose spa­cery po cie­płym pia­sku. Ale muszę przy­znać, że i zima ma kilka nie­za­prze­czal­nych atu­tów. Oczy­wi­ście mniej niż lato, jed­nak nie spo­sób o nich nie wspo­mnieć. Na przy­kład uwiel­biam, gdy w świą­teczne dni zie­mię otula puchowa pie­rzynka ze śniegu. To bar­dzo przy­jemny widok. Wyobraź­cie sobie - sie­dzi­cie w cie­płym domu przy gorą­cym kakao albo pysz­nym barsz­czu z uszkami, w kominku bucha ogień, na cho­ince migo­czą kolo­rowe lampki, a za oknem w bla­sku latarni wirują śnie­gowe płatki. Antek, mój bliź­niak, pew­nie lepiej opi­sałby tę sytu­ację, bar­dziej pla­stycz­nie, bo on ma ogromny talent pisar­ski. Ale chyba i mnie poszło cał­kiem przy­zwo­icie, prawda?

Jest jesz­cze jeden powód, dla­czego lubię ten okres. W tym cza­sie w moim mie­ście dzieje się praw­dziwa magia. Nie taka z Harry'ego Pot­tera, do któ­rej potrzebne są spe­cjalne zaklę­cia, cza­ro­dziej­skie elik­siry czy różdżki, tylko taka codzienna, mię­dzy­ludzka. Trudno to wytłu­ma­czyć. Gene­ral­nie cho­dzi o to, że ludzie stają się milsi, życz­liwsi, bar­dziej pomocni. I uśmie­chają się do sie­bie. Choć nie wszy­scy. O tym wła­śnie opo­wiem wam tym razem.

Wszystko zaczyna się 6 grud­nia, dokład­nie w miko­łajki. Tego dnia na placu przed ratu­szem staje wiel­gachna cho­inka. Naprawdę ogromna. No, wła­ści­wie to sama nie staje, tylko zostaje tam posta­wiona. Leśnicy wybie­rają naj­więk­sze i naj­pięk­niej­sze drzewko w lesie, ści­nają je i dostar­czają na plac ratu­szowy. Wtedy do akcji wkra­czają stra­żacy, w tym mój tata. Naj­pierw poma­gają zamo­co­wać drzewko w spe­cjal­nym sto­jaku, tak by się nie prze­wró­ciło i nie przy­gnio­tło jakie­goś nie­szczę­śliwca. A potem roz­sta­wiają dra­biny, by inni odde­le­go­wani przez ratusz ludzie, zwy­kle sprzą­taczka pani Zosia i dozorca pan Edmund, mogli roz­wie­sić na cho­ince dłu­gie sznury lam­pek. Cza­sem poma­gają im ucznio­wie ze star­szych klas. Nam, nie­stety, jesz­cze się to nie przy­tra­fiło, ale nie porzu­cam nadziei. Chęt­nie wyrwa­ła­bym się z lek­cji i zajęła przy­go­to­wa­niem deko­ra­cji. Może w przy­szłym roku?

Gdy wszystko jest gotowe, nastę­puje wiel­kie otwar­cie okresu przed­świą­tecz­nego. Wie­czo­rem przy cho­ince zja­wia się nie­mal całe mia­sto.

I to jest moment, kiedy pękam z dumy, bo mój tata pod­czas imprezy ma bojowe zada­nie. Ściąga mun­dur stra­żacki - oczy­wi­ście nie przy ludziach, robi to w remi­zie - i wkłada strój elfa, to zna­czy zie­lony kubra­czek i śmieszną spi­cza­stą czapkę. Przy swoim słusz­nym wzro­ście wygląda w tym prze­za­baw­nie. Potem pod­jeż­dża na plac ratu­szowy wozem z wysię­gni­kiem. Sam wysię­gnik też w niczym nie przy­po­mina czę­ści wypo­sa­że­nia wozu stra­żackiego. Jest przy­stro­jony zie­lonymi gir­lan­dami i lamp­kami. Wygląda tro­chę jak sanie Miko­łaja. Nie bez powodu. To pojazd przy­go­to­wany dla gospo­da­rza mia­sta, naszego pana bur­mi­strza, który zaj­muje miej­sce w wysię­gniku. Nie dla­tego, żeby wszy­scy dobrze go widzieli, nawet ci, któ­rzy stoją daleko. Pan bur­mistrz wsiada do wysię­gnika, by doko­nać donio­słej czyn­no­ści - umie­ścić na czubku cho­inki gwiazdę. I to nie byle jaką. Ta gwiazda to arcy­ważny sym­bol naszego mia­sta. Jej histo­ria sięga dzie­sią­tek lat wstecz.

Dokład­nie sto lat temu wykuł ją pan Żelazko, arty­sta, któ­rego nazwi­sko znają w mia­steczku wszy­scy. Wła­ści­wie to nie wiem, kiedy kon­kret­nie ją wykuł, ale fak­tem jest, że w tym roku gwiazda miała poja­wić się na naszej cho­ince już setny raz. Pan Żelazko zasły­nął nie tylko w naszym mie­ście. Jego rzeźby i inne prace zdo­bią wiele gale­rii w całym kraju. Ale tylko my mamy jego gwiazdę. Jedyną i nie­po­wta­rzalną. Pan Żelazko wyko­nał ją spe­cjal­nie dla nas. Nie do końca się orien­tuję, z czego została zro­biona, ale to tak naprawdę nie ma żad­nego zna­cze­nia. Ta gwiazda to sym­bol. Chyba nikt nie wyobraża sobie bez niej świąt. I to już od stu lat.

Sami więc rozu­mie­cie, że szy­ko­wała się histo­ryczna chwila. Z tego powodu w mie­ście pano­wało ogromne poru­sze­nie. Skle­pi­ka­rze prze­ści­gali się w świą­tecz­nym deko­ro­wa­niu witryn. Każdy chciał mieć ład­niej­szą, barw­niej­szą, bogat­szą. Szyby w aptece, kawiarni i lodziarni też już od jakie­goś czasu migo­tały kolo­ro­wymi świa­teł­kami. Miesz­kańcy przy­stra­jali dachy, płotki i krzaki przed domami. Okna w szkole były ozdo­bione kar­to­no­wymi śnie­żyn­kami, bomb­kami i łań­cu­chami. Wszy­scy chcieli zdą­żyć przed 6 grud­nia. Nawet na drzwiach wej­ścio­wych komi­sa­riatu poja­wił się zie­lony wie­niec. Pew­nie posta­rał się o to poste­run­kowy Przy­pa­dek. Co prawda wia­nek był pla­sti­kowy, ale zawsze. Zresztą z daleka wyglą­dał jak praw­dziwy.

- My też powin­ni­śmy jakoś ude­ko­ro­wać sie­dzibę - oznaj­mi­łam chło­pa­kom. - Nie możemy być gorsi.

- Gorsi od kogo? - spy­tał zaczep­nie Kuba.

- No wiesz, tak w ogóle... - odpar­łam. - Całe mia­sto tonie w świa­teł­kach. Wszyst­kie ważne miej­sca mają świą­teczny wystrój. A prze­cież biuro PAKI to też ważne dla miesz­kań­ców miej­sce.

- Wia­domo - poparł mnie Antek.

I tak oto pod tara­sem naszego domku na drze­wie zawisł sznur ledo­wych lam­pek imi­tu­ją­cych sople lodu. Tym samym byli­śmy gotowi na wiel­kie otwar­cie sezonu przed­świą­tecz­nego.

Rozdział 2

Ale zanim opo­wiem o miko­łaj­ko­wej fecie i o tym, że magia świąt nie na wszyst­kich działa, jestem wam winna inną histo­rię. Pamię­ta­cie kociaki Bezy i Kilera?

Pani Mali­now­ska, wła­ści­cielka rudego kocura, choć począt­kowo wąt­piła, by Kiler mógł mieć coś wspól­nego z kocimi dziećmi, szybko poczuła się bab­cią na peł­nym eta­cie. Zajęła się malu­chami jak należy. Prze­ba­dała je u wete­ry­na­rza i zadbała o wszel­kie potrzeby. Pod jej czuj­nym okiem i przy naszym codzien­nym wspar­ciu kotki rosły jak na droż­dżach, aż stały się zupeł­nie samo­dzielne. Trzeba było zatem zna­leźć im kocha­jące rodziny, co wcale nie jest takie łatwe. Tylko jeden z kocia­ków miał zapew­nioną przy­szłość. Mam tu na myśli blon­da­ska, na któ­rego od samego początku cze­kało cie­płe, puchate lego­wi­sko u sprze­daw­czyni ze sklepu ryb­nego. Śnie­żynka - bo takie imię dostało kocię - już od tygo­dnia miesz­kała w nowym domu. I było jej tam zna­ko­mi­cie. Ale trzy pozo­stałe kociaki - rudy, łaciaty i czarny - wciąż cze­kały w domu pań­stwa Mali­now­skich.

- Myśli­cie, że zdą­żymy zna­leźć im rodziny do świąt? - spy­tał Kuba, dra­piąc się po nosie.

Jak wie­cie, on zawsze dra­pie się po nochalu, gdy się nad czymś zasta­na­wia. To jego znak roz­po­znaw­czy.

- Zoba­czymy. - Antek roz­ło­żył ręce.

- Ale miło by było, gdyby mogły spę­dzić święta w nowych domach - cią­gnął Kuba.

- Nie jestem pewien, ale koty chyba nie obcho­dzą świąt - zaśmiał się Antek.

- Jeśli koniecz­nie musisz, to możesz to spraw­dzić - odparł poważ­nie Kuba. - Ponoć w Wigi­lię o pół­nocy zwie­rzęta mówią ludz­kim gło­sem. Będzie szansa, by je spy­tać.

- Żar­tow­niś się zna­lazł. - Antek klep­nął Kubę w ramię. - A ja sły­sza­łem, że wtedy nie tylko zwie­rzęta mówią po ludzku. Nie­któ­rzy ludzie też.

- Ha, ha, ha! Skoń­czy­li­ście? - prze­rwa­łam chło­pa­kom, bo oba­wia­łam się, że będą to cią­gnąć do samych świąt. - Żarty żar­tami, ale zobo­wią­za­li­śmy się, że znaj­dziemy im miej­sce. Kotki nie mogą cały czas oku­po­wać garażu pani Mali­now­skiej.

- Masz jakiś pomysł? - Kuba spoj­rzał na mnie badaw­czo.

- Może przy­go­tu­jemy ogło­sze­nie i roz­wie­simy na szy­bach w skle­pach?

- Teraz? Nie ma szans. Każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy witryn zaj­mują deko­ra­cje.

- No tak - wes­tchnę­łam.

Zupeł­nie o tym zapo­mnia­łam. Całe mia­sto świe­ciło się, migało i błysz­czało. Nikt w tym wszyst­kim nie zauwa­żyłby ogło­sze­nia, nawet gdyby miał je pod nosem.

- A może gazeta? - włą­czył się Antek.

- Warto spró­bo­wać - przy­zna­łam.

To był cał­kiem dobry pomysł. Nasza lokalna gazeta "Nowinki" publi­kuje miks wia­do­mo­ści z całego mia­sta. Mama mówi, że jej wła­ści­ciel dba, żeby nie stała się typo­wym plot­kar­skim bru­kow­cem, choć obok waż­nych infor­ma­cji czy notek o wyda­rze­niach czę­sto można tam zna­leźć garść nieco błah­szych tre­ści - kto z kim i po co. I dla­tego mia­łam nadzieję, że uda nam się prze­ko­nać szefa "Nowi­nek", by zamie­ścił ogło­sze­nie o kot­kach.

Nie tra­cąc czasu, uda­li­śmy się do sie­dziby gazety. Ni­gdy wcze­śniej tam nie byli­śmy, więc tro­chę się oba­wia­łam, że nie wpusz­czą nas do środka. Uznają, że to nie miej­sce dla dzieci. O dziwo, nic takiego nas nie spo­tkało. Wręcz prze­ciw­nie.

- Wy jeste­ście z PAKI, prawda? - spy­tała pani, która sie­działa za kon­tu­arem naprze­ciwko drzwi wej­ścio­wych.

- Tak. - Uśmiech­nę­łam się do niej rado­śnie. Nie powiem, zdzi­wiło mnie jej pyta­nie, ale i dało nadzieję, że potrak­tuje nas poważ­nie. - Ja jestem Pola, a to Antek, Kuba i As.

- Pola, Antek, Kuba i As - powtó­rzyła pani z recep­cji. - To już wiem, skąd wzięła się "PAKA".

Byłam pod wra­że­niem. Naprawdę mnie zasko­czyła.

- Czy mogli­by­śmy poroz­ma­wiać z wła­ści­cie­lem? - Dalej uśmie­cha­łam się naj­mi­lej, jak tylko potra­fi­łam.

- W jakiej spra­wie? Służ­bo­wej?

- W zasa­dzie to bar­dziej pry­wat­nej - przy­zna­łam. - Chcie­li­by­śmy zamie­ścić ogło­sze­nie w gaze­cie.

- Aha, rozu­miem. W takim razie wystar­czy, że poroz­ma­wia­cie ze mną. Ogło­sze­nia to moja działka.

Tro­chę żało­wa­łam, że nasza wyprawa skoń­czy się przy drzwiach. Skoro już byli­śmy w sie­dzi­bie gazety, to z chę­cią zaj­rza­ła­bym dalej. Weszła­bym do redak­cji i zoba­czyła, jak to wszystko wygląda od środka. Ale cóż... Naj­waż­niej­sze, że sprawa, z którą przy­szli­śmy, znaj­dzie szczę­śliwy finał.

Wytłu­ma­czy­li­śmy pani, o co cho­dzi. A ona skwa­pli­wie noto­wała w zeszy­cie nasze słowa.

- Trzy kotki, rudy, czarny i łaciaty, szu­kają dobrego domu. Są zadbane, nauczone czy­sto­ści, samo­dzielne i bar­dzo wesołe - odczy­tała na głos.

- Może by dopi­sać, że szu­kają odpo­wie­dzial­nych i opie­kuń­czych wła­ści­cieli? - Kuba znowu podra­pał się po nosie.

Oba­wiam się, że jak będzie tę kichawę tak męczył, to kie­dyś wycią­gnie mu się ona aż do brody. Cho­ciaż może to lep­szy nawyk niż na przy­kład obgry­za­nie paznokci?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki