Rozdział 1
Wrzesień oznaczał dla mnie wiele zmian, na
które zupełnie nie miałam wpływu. Po pierwsze, zmieniła się pogoda.
Nadal było ciepło, ale nie tak upalnie jak w sierpniu. Szkoda, bo dla
mnie słońce mogłoby prażyć cały rok na okrągło. Z ubolewaniem
stwierdziłam też, że wcześniej zapada zmierzch, a to już poważny
problem, kiedy prowadzi się agencję detektywistyczną. Po drugie, okazało
się, że wyrosłam z halówek. A właściwie moje stopy wyrosły. I tu znowu
szkoda, bo miałam halówki jedyne w swoim rodzaju. Sama specjalną farbą
do tkanin wymalowałam na nich słoneczniki. Były cudne. Z żalem musiałam
uznać, że nie wcisnę w nie stóp, chyba że skorzystam ze sposobu
przyrodnich sióstr Kopciuszka. Ale za bardzo lubię swoje paluchy, żeby
uciekać się do tak drastycznych działań. Uznałam, że lepiej spróbować
wymalować nowe słoneczniki na halówkach w pasującym rozmiarze.
Jednak największa modyfikacja czekała na mnie w szkole. Szybko
przekonałam się, że czwarta klasa to nie przelewki. Nowe przedmioty,
nowi nauczyciele. Dotąd wszystkie lekcje mieliśmy z panią Stękałą i ten
system bardzo mi odpowiadał.
Naszą nową wychowawczynią została pani Przekora, nauczycielka historii.
Wystarczyły raptem dwie lekcje, byśmy zgodnie całą klasą przemianowali
historyczkę na "histeryczkę". Wyobraźcie sobie, że już na pierwszej
lekcji zadała nam pracę domową. Serio.
Nie wiem, jak wy, ale ja potrzebuję nieco czasu, żeby po wakacjach na
powrót wciągnąć się w tryb szkolny. A tu na dzień dobry zadanie.
- No to poszły konie po betonie - podsumował Antek, gdy wyszliśmy na
przerwę.
- Coś czuję, że to będzie ciężki rok - westchnęłam niepocieszona.
Samo zadanie nie było takie złe. Mieliśmy przygotować genezę swoich
nazwisk, czyli sprawdzić, skąd w ogóle się wzięły. Nie jest żadną
tajemnicą, że kiedyś miałam mały problem ze swoim nazwiskiem. Wiecie, że
koledzy trochę się ze mnie naigrywali. Co przerwa wołali za mną: "Zgaduj
zgadula! Zgaduj zgadula!". Na szczęście te czasy minęły bezpowrotnie,
gdy z Antkiem i Kubą otworzyliśmy naszą agencję. W sumie dziś mogę
powiedzieć, że to był podwójnie dobry ruch. Nie dość, że zrobiliśmy się
sławni - oczywiście nie bez powodu, bo nasza agencja ma na koncie spore
sukcesy - to jeszcze moje nazwisko zyskało na znaczeniu. Detektyw
Zgadula brzmi bardzo odpowiednio, prawda?
Ale wróćmy do zadania od histeryczki.
- Możecie skorzystać ze strony Ministerstwa Cyfryzacji - podpowiedziała
łaskawie, gdy w klasie podniosły się głosy oburzenia.
Muszę przyznać, że do tej pory nawet nie wiedziałam, że takie
ministerstwo w ogóle istnieje. Już sama nazwa mocno mnie zaintrygowała.
Wiecie, że jestem fanką cyferek. Matematyka to mój konik. "Cyfryzacja"
brzmiała jak coś specjalnie dla mnie. A potem było tylko lepiej.
Strona okazała się kopalnią informacji. Głęboką kopalnią. W lot uporałam
się z genezą Zgadulów. Chyba nigdy tak prędko nie odrobiłam pracy
domowej. A potem odkryłam coś niesamowitego. Mianowicie to, że moje
nazwisko jest całkiem dobre. W każdym razie nie jest zupełnie złe. A dokładniej, że są tacy, co mają o wiele, wiele gorzej.
Ktoś, kto nazywa się Gamoń, Ciapciak czy Męczywór, z pewnością ma w szkole przechlapane. I żeby nie było, niczego nie zmyślam, to
autentyczne nazwiska.
Ale to nie wszystko. Znalazłam też inne ciekawe przypadki, na przykład
Bzdura i Porażka. Z pewnością nikt nie chce się tak nazywać.
Pola Porażka, brrr!
Jedno nazwisko szczególnie mnie ubawiło. Jest co prawda rzadkie, ale
istnieje. Naprawdę. A brzmi ono... uwaga... Jakoktochce. Pola Jakoktochce -
to dopiero brzmiałoby przekomicznie.
A wiecie, że najkrótsze nazwiska zarejestrowane w Polsce mają zaledwie
dwie litery? Spotkaliście kogoś, kto nazywałby się Oe, Oo albo Om? Ja
przyznam, że nigdy. Tak mnie to zaciekawiło, że zasięgnęłam języka u dziadków. Żyją trochę dłużej, więc teoretycznie mieli większą szansę
natknąć się na jakiegoś pana Oma. Ale oni również nie poznali nikogo
takiego. Za to dziadek zaskoczył mnie czymś innym.
- Paschalis Ochedoski vel Ochenduszko - wyrecytował z pamięci i bez
zająknięcia, czym wprawił w zdziwienie nie tylko mnie, ale i babcię. -
To, zdaje się, jest najdłuższe nazwisko.
- A skąd ty to wiesz? - spytała babcia, unosząc wysoko brwi.
- Nie tylko Pola lubi wtykać nos w statystyki. - Dziadek uśmiechnął się
i puścił do mnie oczko.
To by tłumaczyło moje dziwaczne zainteresowania. Genu nie wydłubiesz,
jak mówi Kuba.
Ale, ale... Tak się rozgadałam, że zupełnie zgubiłam wątek. A miało być o genezie i pochodzeniu. Zadanie z historii zrobiłam na piątkę. Pani
Przekora pochwaliła moją wnikliwość. No cóż, dobry detektyw musi być
staranny i skrupulatny. A ja jestem dobrym detektywem. I wciąż pracuję
nad byciem jeszcze lepszym. Nie ma tygodnia, żeby PAKA nie miała
klienta. Wciąż ktoś prosi nas o pomoc. A nasza agencja nikomu nie
odmawia. Czasem zlecenia są na tyle proste, że załatwiamy je od ręki.
Jednak są też sprawy wymagające większego zaangażowania, dłuższej
obserwacji i głębszej analizy problemu. Jak ta, która wydarzyła się tej
jesieni. Zagadka ta w dużej mierze wiązała się z pochodzeniem. A dokładniej z dobrym pochodzeniem, bo dotyczyła psów z rodowodem.
Rozdział 2
Wystawa psów rasowych to jedno z najgłośniejszych wydarzeń w naszym mieście. Głównym organizatorem jest
Miejski Dom Kultury, ale włączają się w nie prawie wszyscy miejscowi
politycy i ważniejsi przedsiębiorcy. Prawdopodobnie wynika to z faktu,
że większość z nich ma psy. Choć według mojego taty niektórym zależy
wyłącznie na tym, by pokazać się publicznie.
- Nic tak dobrze nie robi na wizerunek jak fotka z czworonożnym
przyjacielem krążąca w internecie - twierdzi tata.
I może mieć rację. Na wystawę zjeżdża cała masa dziennikarzy, więc
okazja jest co najmniej dobra. Wystarczy się tylko odpowiednio ustawić,
szeroko uśmiechać i sprawa załatwiona.
Na pewno pamiętacie, że my też mamy psa. Adoptowaliśmy go ze schroniska
dla bezdomnych zwierząt. Trafił tam po tym, jak jakiś bezduszny człowiek
porzucił go w lesie. A właściwie niechybnie skazał na śmierć. Na
szczęście przypadkiem znalazł go jakiś spacerowicz. Nawiasem mówiąc, As
to najmądrzejszy pies na świecie. On też jest częścią PAKI. Można
powiedzieć, że jest psim detektywem. Niestety, a może stety, As nie ma
szans na zdobycie nagrody na wystawie, ponieważ nie może pochwalić się
rodowodem. Należy do tej sporej grupy psów, które określa się
wielorasowymi. Czyli jest po prostu kundelkiem.
- Gdyby sędziowie oceniali miłość i przywiązanie albo inteligencję, to
As na sto procent stanąłby na podium - żartował Antek.
Przyznacie, że Antek potrafi wszystko ładnie ubrać w słowa. Ale w sumie
ma rację. As rzeczywiście wygrałby w takich kategoriach. Miłość ma
wypisaną na psiej mordce. Kocha nas najbardziej na świecie. A my
oddajemy mu z nawiązką. Wszyscy. Nie tylko ja z Antkiem, ale i dziadkowie, rodzice, a także sąsiedzi. No, może poza panią Malinowską,
właścicielką rudego kota Kilera. Ona akurat za Asem nie przepada. Ale
wiecie, jak to jest - nie bez powodu mówi się, że psiarze i kociarze
wciąż drą KOTY. I my, chociaż bardzo się staramy, nie stanowimy wyjątku
od reguły.
Mniejsza o to. Miało być o wystawie.
Co roku rozpoczyna się ona 15 października. Jednak dyrektor Miejskiego
Domu Kultury, skądinąd dumny właściciel dwóch dobermanów, zwykle już od
września przygotowuje się na przyjęcie gości. Impreza odbywa się na
naszym stadionie - trawnik jest tam odpowiednio duży, by pomieścić
chętnych wystawców, i są trybuny dla kibiców czy też obserwatorów
widowiska. Do tego stadion ma nagłośnienie, oświetlenie i inne
techniczne bajery. Jednym słowem, nadaje się idealnie. Ale żeby nie było
tak różowo, to jest też jeden zasadniczy minus. Od września do dnia
wystawy stadion jest zamknięty na głucho. Jak mówiłam, dyrektor dość
wcześnie zaczyna przygotowania i niektórym się to nie podoba. Na
przykład miejscowej drużynie piłkarskiej, która musi na ten czas
zawiesić treningi. Ewentualnie może ćwiczyć w szkolnej sali
gimnastycznej, jednak rozmiarami nijak nie dorównuje ona boisku. Trener
drużyny zjawił się nawet na zebraniu organizacyjnym, na którym gromadnie
stawiają się wszyscy zainteresowani wydarzeniem, i tonem pełnym
oburzenia poskarżył się samemu burmistrzowi:
- Tak nie może być! - pokrzykiwał. - Drużyna musi trenować! Moi chłopcy
nie mogą pozwolić sobie na półtoramiesięczny urlop. A gdzie mamy
ćwiczyć? Na trawniku przed domem? Trzeba natychmiast skończyć z tą
samowolą szanownego pana dyrektora. Stadion należy do całego miasta. A zwłaszcza do sportowców.
Nic jednak nie wskórał.
- Panie trenerze - odparł spokojnie burmistrz. - Drużyna ma stadion
niemal na wyłączność przez dziesięć miesięcy w roku.
- A co to ma do rzeczy? - żachnął się trener.
- Niech pan na to spojrzy z drugiej strony. Wystawa psów ściąga do
naszego miasta wielu ludzi. A co za tym idzie, generuje zyski. Dzięki
nim możemy utrzymać stadion w znakomitym stanie. Jak to mówią, coś za
coś.
- Ale wystawa trwa trzy dni, a stadion zamknięty jest...
- Rozumiem pana stanowisko - przerwał trenerowi burmistrz. - Proszę
zrozumieć też moje.
- Próbuję, jak piłkę kocham, próbuję! I mimo że bardzo się staram, nie
rozumiem. Dlaczego te przygotowania muszą tyle trwać?
No i wybuchła awantura.
- Poczułem się wywołany do tablicy. - Dyrektor Miejskiego Domu Kultury
wstał z miejsca. - Chciałbym uprzejmie zaznaczyć, że nasza wystawa to
prestiżowe wydarzenie. W związku z tym musimy się spisać. A to oznacza
odpowiednią konserwację trybun, trawnik w idealnym stanie i mnóstwo
innych prac, które należy wykonać.
Dyrektor wyliczał na palcach, machając zamaszyście dłonią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki