Paka z domku na drzewie. Tom 2: Zagadka szkolnej szatni - Kasia Keller

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nazy­wam się Pola Zga­dula, ale zapewne już to wie­cie. Pew­nie zna­cie też moją Agen­cję Detek­ty­wi­styczną PAKA. A wła­ści­wie nie moją, tylko naszą. Czemu PAKA, rów­nież wie­cie - to pierw­sze litery imion wszyst­kich człon­ków agen­cji: P jak Pola, A jak Antek, mój brat bliź­niak, K jak Kuba, nasz naj­lep­szy kum­pel, i A jak As, nasz czwo­ro­nożny przy­ja­ciel. Nasze biuro detek­ty­wi­styczne działa od ponad roku. Dokład­nie 17 marca, tuż przed pierw­szym dniem wio­sny, nad drzwiami bazy na drze­wie zawi­sła tabliczka oznaj­mu­jąca, że pod tym adre­sem każda sprawa znaj­dzie roz­wią­za­nie. Od tej pory nie­mal wszyst­kie wolne chwile spę­dzamy na roz­wi­kły­wa­niu zaga­dek, które spę­dzają sen z powiek nie tylko miesz­kań­com naszego mia­steczka, ale głów­nie miej­sco­wej poli­cji. I dla­tego też dzia­łamy wspól­nie i w poro­zu­mie­niu z lokal­nym stró­żem prawa, poste­run­ko­wym Przy­pad­kiem.

Zupeł­nie przy­pad­kiem nasza pierw­sza sprawa doty­czyła kra­dzieży w hotelu, w któ­rym pra­cuje moja mama. Ale tę histo­rię też pew­nie już zna­cie. Nie powiem, łatwo nie było. Jed­nak PAKA sta­nęła na wyso­ko­ści zada­nia, a zło­dzieje tra­fili tam, gdzie ich miej­sce.

Tym razem cze­kało nas coś rów­nie trud­nego. A może nawet trud­niej­szego? Ale od początku...

Afera wybu­chła mniej wię­cej mie­siąc przed koń­cem roku szkol­nego. Wszy­scy żyli­śmy już waka­cjami. Trudno o nich nie myśleć, gdy za oknem maj, a czło­wiek sie­dzi zamknięty w kla­sie jak w akwa­rium. Tem­pe­ra­tura na zewnątrz docho­dziła do trzy­dzie­stu stopni Cel­sju­sza w cie­niu. Jakoś nie mogli­śmy się sku­pić na czy­tan­kach i tabliczce mno­że­nia. W każ­dym razie ja nie mogłam, choć aku­rat mate­ma­tyka jest moją mocną stroną. Wola­ła­bym być gdzie­kol­wiek indziej, tylko nie w szkole. Na przy­kład nad jezio­rem albo w domku na drze­wie. No ale rok szkolny trwał w naj­lep­sze i trzeba było wytrwać.

- Mamy robotę - powie­dział Kuba, gra­mo­ląc się na para­pet, który był miej­scem naszych zbió­rek w cza­sie przerw mię­dzy lek­cjami.

- Serio? - spy­ta­łam od nie­chce­nia, prze­rzu­ca­jąc kartki w pod­ręcz­niku od pol­skiego.

To nie tak, że nie inte­re­so­wało mnie, co kum­pel mówi, ale za chwilę cze­kał mnie spraw­dzian. Niby nic trud­nego, ale te cza­sow­niki, przy­miot­niki i rze­czow­niki cią­gle mi się kić­kają.

- I to duuużą. - Kuba roz­cią­gnął samo­gło­ski, jakby na moment się przy­ciął.

- Ehe! - odpar­łam, wciąż wer­tu­jąc pod­ręcz­nik.

- Ale widzę, że jesteś zajęta.

Zatrza­snę­łam książkę z hukiem, zda­jąc sobie sprawę, że i tak już niczego wię­cej się nie nauczę.

- Mówi­łeś coś? - spy­ta­łam.

- Pola! - Kuba spoj­rzał na mnie z poli­to­wa­niem. - Pół godziny się pro­du­kuję.

- Żar­tuję - zaśmia­łam się. - Dobry detek­tyw ma podzielną uwagę.

- Dobry... tak - odparł zadzior­nie.

- O, ty! - Klep­nę­łam go w ramię.

Tym­cza­sem dołą­czył do nas mój bliź­niak. Roz­siadł się na "naszym para­pe­cie" i wycią­gnął z ple­caka jabłko.

- No to mów - pocią­gnę­łam Kubę za język. - Co to za sprawa?

- Kra­dzież. A nawet seria kra­dzieży.

- Że co?

- A to, że w szkole ktoś krad­nie.

- W sumie, tak pre­cy­zyj­niej mówiąc - wtrą­cił Antek, gry­ząc jabłko - to mamy zło­dzieja w kla­sie.

- W naszej kla­sie?! - zdzi­wi­łam się.

Nie mogłam uwie­rzyć, że coś takiego może doty­czyć ludzi, z któ­rymi prze­by­wam codzien­nie po kilka godzin. Prze­cież znam ich od zerówki.

- Nie - doda­łam sta­now­czo. - To nie­moż­liwe.

- A jed­nak wszystko na to wska­zuje. - Antek wes­tchnął.

Potem chłopcy opo­wie­dzieli mi histo­rię, która mogłaby posłu­żyć za fabułę książki. Do kra­dzieży docho­dziło przed wuefem w chło­pię­cej szatni, do któ­rej dziew­czyny nie mają wstępu. A jako że ostat­nio chłopcy zamiast z panią Stę­kałą ćwi­czą głów­nie z tre­ne­rem, bo szy­kują się do zawo­dów mię­dzysz­kol­nych - ja o niczym nie wie­dzia­łam. W innej sytu­acji na pewno wieść o kra­dzie­żach by mnie nie omi­nęła.

- Nikt się niczego nie domy­ślał, bo zło­dziej był sprytny. No i do dziś zado­wa­lał się drob­nicą - opi­sy­wał Kuba.

- Nawet nie to, że się nie domy­śli­li­śmy. Po pro­stu trudno było połą­czyć fakty - dopo­wie­dział Antek.

- W rze­czy samej! - zgo­dził się Kuba.

- Nic z tego nie rozu­miem. Może­cie jakoś jaśniej? Albo po kolei?

- Naj­pierw kilka dni temu Stasz­kowi zawie­ru­szył się dłu­go­pis, który zosta­wił na ławce - zaczął tłu­ma­czyć Antek. - Potem Jan­kowi zgi­nął bre­lo­czek od ple­caka. Nie mówili o tym, nie zgła­szali, bo to fanty małej war­to­ści. No i myśleli, że rze­czy­wi­ście je zgu­bili.

- Może tak było? - zasta­na­wia­łam się na głos.

- Może. Ale zgi­nęły też inne rze­czy. Fran­kowi meta­lowa zapinka z czapki, Wojt­kowi nożyczki, a Micha­łowi bidon.

- Hmm... - To naprawdę zaczy­nało mi wyglą­dać podej­rza­nie.

- I nikt, abso­lut­nie nikt nie połą­czyłby tego w jedno, gdyby nie to, że dziś Jul­kowi zgi­nął zega­rek - dodał Kuba.

- O! Teraz robi się poważ­niej - zauwa­ży­łam prędko.

- Wła­śnie! Uwa­żam więc, że to zada­nie dla PAKI. Jesz­cze nie wiem, jak możemy to ugryźć. - Kuba podra­pał się po nosie. Zawsze tak robi, gdy nad czymś inten­syw­nie myśli. - Ale na pewno coś wymy­ślimy.

Naszą roz­mowę zakoń­czył dzwo­nek, który bez­li­to­śnie oznaj­mił koniec prze­rwy. I, co gor­sze, przy­po­mniał mi o spraw­dzia­nie z pol­skiego. Zesko­czy­łam z para­petu i ruszy­łam jak na ścię­cie w stronę sali.

- Zapo­mnia­łaś! - Kuba mnie dogo­nił i wrę­czył mi pod­ręcz­nik.

- Umiesz coś? - spy­ta­łam, paku­jąc książkę pod pachę.

- Z czego? - zdzi­wił się.

- No, z pol­skiego?

- Z powodu? - zdzi­wił się jesz­cze bar­dziej.

- Mamy kla­sówkę z czę­ści mowy.

- Nie do wiary - zaśmiał się. - Pani "dobry detek­tyw" pomie­szała ter­miny.

- Co? Nie kumam. - Teraz ja popa­trzy­łam na niego sze­roko otwar­tymi oczyma.

- Dziś mamy powtórkę mate­riału, a spraw­dzian dopiero w pią­tek - wyja­śnił.

- Serio?!

- Naj­se­rio - odparł.

Ufff! W życiu nie czu­łam się lepiej. Przy­znam, że cza­sem zda­rza mi się coś pokrę­cić, w tym daty. I zwy­kle źle na tym wycho­dzę. Ale tym razem wyjąt­kowo mi się upie­kło. Pew­nie pierw­szy raz w życiu ucie­szyło mnie moje gapio­stwo.

Rozdział 2

Na pol­skim zamiast o przy­miot­ni­kach myśla­łam o zło­dzieju. Roz­glą­da­łam się po kla­sie i zga­dy­wa­łam - kto może się kryć za kra­dzie­żami. Było dla mnie oczy­wi­ste, że musiał to być jeden z chło­pa­ków. Dziew­czyny miały wuef oddziel­nie i szat­nię z dru­giej strony kory­ta­rza. No i raczej trudno byłoby im wejść nie­zau­wa­żo­nym do szatni chło­pa­ków. Nie. To musiał być chło­pak.

W kla­sie mamy ich trzy­na­stu. Jak z tego grona wyty­po­wać win­nego? Naj­le­piej drogą eli­mi­na­cji. Antek i Kuba byli poza podej­rze­niem. Wia­domo. Za ich uczci­wość mogę ręczyć wła­snym życiem. A zatem zostało jede­na­stu. Z listy można też wykre­ślić wszyst­kich, któ­rym coś zgi­nęło - Staszka, Janka, Franka, Wojtka, Michała oraz Julka. Jede­na­ście minus sześć daje nam pięć. Piątkę teo­re­tycz­nie podej­rza­nych. Piątkę, za którą jesz­cze pół godziny temu dała­bym sobie obciąć rękę.

Przy­glą­da­łam się im kolejno. Za żadne skarby świata nie potra­fi­ła­bym wybrać. Nikt nie paso­wał do pro­filu zło­dzie­jaszka. Nie­mniej jeden z nich był winny. Nie ma innej moż­li­wo­ści. A może jest?

- Podej­rze­wa­cie kogoś? - spy­ta­łam chło­pa­ków, gdy wra­ca­li­śmy ze szkoły do domu.

- Ja nie zamie­rzam strze­lać - odparł Antek. - Każdy jest nie­winny, dopóki nie udo­wodni mu się winy.

- No, wiem, wiem - potak­nę­łam. - Ale od cze­goś musimy zacząć.

- Może poga­damy z poste­run­ko­wym Przy­pad­kiem? - zapro­po­no­wał Kuba, znowu pocie­ra­jąc czu­bek nosa.

- Po co? - zdzi­wił się Antek.

- Pod­py­tamy, jak on zabrałby się do takiego śledz­twa. Bądź co bądź to deli­katna sprawa. A poza tym może poznał jakieś nowe triki w tema­cie łapa­nia zło­dziei?

- Dobra myśl - pochwa­li­łam Kubę. - W końcu to facho­wiec.

- Ja bym nie prze­sa­dzał z tym fachow­cem. - Antek zachi­cho­tał. - Ale macie rację, nie zawa­dzi zasię­gnąć języka.

Jak posta­no­wi­li­śmy, tak zro­bi­li­śmy. Jesz­cze tego samego dnia zamiast do bazy na drze­wie ruszy­li­śmy na poste­ru­nek poli­cji.

- O! Kogóż moje piękne oczy widzą! - wykrzyk­nął Przy­pa­dek, gdy sta­nę­li­śmy w drzwiach. - Moja tajna komórka we wła­snych oso­bach.

- Dzień dobry, panie poste­run­kowy! - zawo­ła­li­śmy chó­rem.

- Wchodź­cie, wchodź­cie. Co was do mnie spro­wa­dza?

- Hmm... - Antek prze­jął pałeczkę. - Mamy kilka pytań z teo­rii.

- Tak?

- A kogo mamy spy­tać, jak nie samego sze­ryfa?

Antek wie­dział, jak uro­bić Przy­padka. Poste­run­kowy był łasy na pochleb­stwa jak kró­lik na mar­chewkę. A już szcze­gól­nie uwiel­biał, gdy nazy­wano go sze­ry­fem.

- Pew­nie, pew­nie! Wia­domo! Pytaj­cie, dzie­ciaki. Co tam się wam uro­dziło?

- Wyobraźmy sobie, czy­sto hipo­te­tycz­nie - włą­czył się Kuba - że po mie­ście gra­suje zło­dziej.

- Gdzie? - Poste­run­kowy poło­żył dłoń na kabu­rze pisto­letu.

- Hipo­te­tycz­nie - powtó­rzył Kuba.

- A, no tak. - Przy­pa­dek podra­pał się po gło­wie. - No jasne, że tak. Zatem gra­suje i co dalej?

- Krad­nie, rzecz jasna - kon­ty­nu­ował Kuba.

- Wia­domo, bo to zło­dziej. - Przy­pa­dek roz­ło­żył dło­nie i zro­bił minę, jakby roz­wią­zał naj­trud­niej­sze zada­nie z Kan­gura Mate­ma­tycz­nego. - Co mógłby innego robić?

- Pyta­nie: co pan by zro­bił? - Spró­bo­wa­łam go spro­wa­dzić na wła­ściwe tory.

- Jak to co? Zła­pał­bym i wsa­dził do aresztu, łotra jed­nego.

- Ale jak by pan go zła­pał? - dopy­ty­wa­łam.

- Za frak! - Poste­run­kowy gło­śno zare­cho­tał.

Antek z Kubą wymow­nie wes­tchnęli. Chyba tra­cili cier­pli­wość. Musia­łam inter­we­nio­wać, zanim pal­nę­liby coś, czym znie­chę­ci­liby Przy­padka.

- Panie poste­run­kowy, bar­dziej cho­dzi nam o to, jak pan doszedłby do wykry­cia sprawcy. Tak po kolei. W punk­tach.

- Och! To... to... to trudne pyta­nie. - Poli­cjant roz­siadł się wygod­niej na krze­śle. - Będzie­cie noto­wać?

Spoj­rza­łam bła­gal­nie na moich wspól­ni­ków. Naprawdę się bałam, że mają dość. A oni w odpo­wie­dzi łyp­nęli tylko, jakby chcieli mi powie­dzieć: "zrób coś, bo wyj­dziemy z sie­bie".

- Nie musimy. - Wyję­łam na biurko tele­fon. - Nagramy wszystko na dyk­ta­fon.

- Bar­dzo chwa­lebny pomysł! Bar­dzo! - Przy­pa­dek się ucie­szył. - Wtedy zawsze będzie­cie mogli sobie do tego wró­cić albo ewen­tu­al­nie wykuć na bla­chę.

- No więc...? - pró­bo­wa­łam go pona­glić.

- Jest kra­dzież, dajmy na to... yyy... w skle­pie. Rozu­mie­cie?

Zgod­nie kiw­nę­li­śmy gło­wami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki