Rozdział 1
Bóg jeden wie, jakim cudem
przeżył. Kula wystrzelona z jego służbowej broni utkwiła pod żebrem,
nie powodując spustoszenia ani w płucach, ani strategicznych naczyniach
krwionośnych. Całe konsylium z kilkoma sławami polskiej medycyny
na czele głowiło się, co z tym fantem, czyli kulą, zrobić. Byli
śmiałkowie, którzy chcieli ją wyciągnąć. Ostateczna decyzja
należała do niego. Postanowił, że ma zostać. Dopóki tam tkwi,
będzie mi przypominała, że mam rachunki do wyrównania - argumentował, odrzucając propozycję lekarzy.
Najgorsza
była bezbronność, kiedy leżał na mokrej trawie ranny po wybuchu
miny-pułapki. Pod palcami wyczuwał stertę liści. Chciał je
odgarnąć, ale ból pod łopatką paraliżował ruchy. Z trudem
unosił powieki. Widział zbliżającą się męską sylwetkę. Ktoś
pochylał się nad nim i przeszukiwał kieszenie. Rudi nie widział
jego twarzy, tylko dłoń kradnącą mu policyjną odznakę. Była
opleciona pajęczyną. Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym zobaczył
pająka. Pomyślał wtedy, że wygląda jak żywy, ale to musiał być
rysunek. Dłoń z tatuażem wyjęła mu z kabury glocka dziewiętnastkę
na trzydzieści trzy naboje, po czym wycelowała w leżącego obok Adama
- najlepszego kumpla z wydziału i przyjaciela z dzieciństwa.
Adam miał
roztrzaskane kolano, wił się z bólu. Mieli po szesnaście lat,
gdy na targowisku ogrywali frajerów w "trzy kubki", byli w tej
grze niekwestionowanymi mistrzami. Potrafili zarobić więcej niż
ich rodzice na etatach. "Trzy kubki" były zakazane, nie raz więc
musieli uciekać przed policją. Nigdy nie dali się złapać.
- Zdychaj, psie. - Chropowaty głos pająka wydał wyrok.
I wtedy
padł strzał, po którym ucichły jęki Adama, a dłoń z tatuażem
powędrowała w jego stronę. Otworzył usta, aby ostatni raz zaczerpnąć
powietrza. Miało smak kałuży, w której leżał, i jego własnej
krwi. Przed oczyma przewijały mu się obrazy, strzępki przeszłości
wypełnione pojedynczymi słowami. Słyszał głosy należące do ludzi,
o których istnieniu już dawno zapomniał. Więc tak wygląda koniec,
przemknęło mu przez myśl. Szkoda, że nie będę miał więcej
czasu. Na miłość, na rzeczy, których nigdy nie spróbowałem, na
wszystko. To kiepski czas na umieranie...
Zamknął
oczy. Chciał odpocząć.
Zamiast huku
kolejnego wystrzału otuliła go ciemność. Śmierć nie przyszła,
ale on jeszcze o tym nie wiedział.
Tamtej nocy Rudi
z Adamem poszli z kompanią antyterrorystyczną po braci Kramerów ze
Świnoujścia. Od dwóch lat poszukiwano ich listami gończymi za napady
i pobicie ze skutkiem śmiertelnym. To była sprawa Adama, pracował
nad nią od początku. Tomasz i Jerzy Kramerowie uciekli z więziennego
konwoju, a potem rozpłynęli się w powietrzu. Mówiono, że muszą
mieć kogoś w policji lub straży granicznej, bo zawsze byli o krok
przed tropiącymi ich służbami. W końcu, w wyniku żmudnego śledztwa
pod nadzorem prokuratury okręgowej, Adam rozpracował gangsterskie
powiązania braci i zlokalizował ich kryjówkę. Kramerowie schowali się
na odludziu pod Goleniowem, w domu z szyldami firmy budowlanej. Kompania
antyterrorystyczna poszła po nich w ciepłą październikową noc. Rudi
zawsze podziwiał "czarnych": poruszają się bezszelestnie jak koty,
w ciemnościach są niewidzialni.
Mieli z Adamem
pozostać na tyłach i obserwować. Rzeczywistość okazała się daleka
od scenariusza. W oknie na poddaszu paliło się światło. Kiedy zgasło
- dowódca AT dał sygnał do natarcia. Rudi odruchowo spojrzał na
zegarek. Były dwie minuty po drugiej.
Nic nie
zapowiadało piekła, jakie się rozpętało.
Pierwszy
funkcjonariusz zginął przy forsowaniu wejścia do willi, drugi - na
schodach pod szyldami. Nikt nie przewidział, że teren wokół domu może
być zaminowany. Ładunki wybuchowe eksplodowały jeden po drugim, całą
serią. Policjanci potracili palce u rąk, dwóm urwało stopy. Rażeni
odłamkami padali jeden po drugim. Dodatkowo bandyci prowadzili z góry
regularny ostrzał, mierząc do "czarnych" jak do kaczek. Jedna z kul
trafiła Adama. Wył z bólu, trzymając się za kolano. Kilka metrów od
niego zapaliła się sterta siana. Było po deszczu, a paliło się jak od
pochodni rzuconej w benzynę. Jeszcze chwila i spłonąłby żywcem. Rudi
był już blisko wejścia, gdy usłyszał krzyk przyjaciela. Pędem
zawrócił. Chwycił Adama za kamizelkę kuloodporną i odciągnął na
tyły posesji, skąd mieli obserwować akcję.
- Skąd, kurwa,
wiedzieli?! - wrzeszczał Adam, zrywając z twarzy kominiarkę.
- Nie musieli
wiedzieć - odpowiedział, sam w to nie wierząc.
- Daj spokój,
przygotowali się!
- Adam,
spierdalamy!
Rudi potknął
się o wystający z ziemi korzeń i runął jak kłoda. Adam wymiotował
z bólu.
- Rzepkę mi
rozjebali...
- Dasz radę
wstać?
- Nie dam - odpowiedział i rozpłakał się jak dziecko.
- Zaraz
nadejdzie pomoc, przyślą karetkę!
- Zaraz to ja,
kurwa, umrę... Zaminowali teren, czekali na nas, skurwysyny - mamrotał
Adam, wycierając usta rękawem.
Kule świszczały
w powietrzu, a oni nawet nie zdążyli wyciągnąć broni. Bracia
Kramerowie uczynili z kryjówki istną fortecę, zrzucali z góry koktajle
Mołotowa. Ogień zajął cały dół domu. Dwaj "czarni" tarzali
się po ziemi, a ich kombinezony płonęły. Inni, ranni w ręce i stopy,
histerycznie tamowali krwawienie z kikutów. Rudi - nie bez trudu - zarzucił sobie na plecy ważącego co najmniej sto kilo Adama. Ten
klął na czym świat stoi i darł się wniebogłosy. Wszechobecny
dym wgryzał się w oczy, ograniczał widoczność. Nagle,
tuż obok ogrodzenia, do którego właśnie zmierzali, wybuchła
kolejna mina-pułapka. Sakramencki ból pleców powalił Rudiego na
ziemię. Musiał na chwilę stracić przytomność, bo odgłosy walki
przycichły. Powieki zrobiły się ciężkie, a ciało bezwładne. Wtedy
pojawiła się ręka z tatuażem. Widział ją wyraźnie, ogień zamienił
noc w dzień. Obmacywała go, ukradła mu odznakę i glocka. Potem
dwukrotnie nacisnęła na spust, zabijając Adama, i bez ceregieli
wycelowała w jego stronę.
Pocisk przebił
się przez kevlarową kamizelkę. Wszedł w Rudiego jak w masło. Kiedy
wkładał ją w pośpiechu, trzy minuty przed wyjazdem na akcję,
machnął ręką na to, że jest trochę duża. Skąd miał wiedzieć, że
była "bita" - raz trafiona do niczego się nie nadawała. Próżno
szukać przyczyn, dla których wciąż trzymano ją w magazynie. Teraz
była dowodem w sprawie skierowanej do sądu przez prokuraturę.
Proces
przełożonych odpowiedzialnych za fatalną w skutkach akcję rozpoczął
się pół roku po tamtych wydarzeniach. Prokurator przez godzinę
odczytywał w sądzie akt oskarżenia. Śledztwo wykazało, że zawinił
obieg informacji pomiędzy komórkami policji, a przełożeni wykazali
się co najmniej lekkomyślnością. W gabinecie komendanta wojewódzkiego
zadecydowano, by zawodowych morderców - a za takich trzeba było
uważać Kramerów - zatrzymać jak zwykłych przestępców. Zespół
uderzeniowy nie dysponował żadnym karabinem maszynowym, niezbędnym
w razie przewidywania silnej obrony. Policjanci nie mieli też granatników
umożliwiających wystrzelenie na górne piętra ładunków z gazem lub
pocisków oślepiająco-ogłuszających. Kilku uczestników akcji doznało
nieodwracalnych uszkodzeń ciała. Porozrywane stawy to najlżejsze
z obrażeń. Karetka dotarła na miejsce dopiero po trzydziestu minutach,
więc ci, którzy kwadrans temu mieli jeszcze cień szansy na przeżycie,
właśnie się wykrwawiali.
Media od początku
były bezwzględne dla szefów policji. Szybko ustaliły, że w Komendzie
Głównej posiadano istotne informacje o międzynarodowych powiązaniach
przestępczych braci Kramerów. Już pół roku wcześniej wiązano ich
z handlem bronią i ładunkami wybuchowymi, można więc było przewidzieć,
że łatwo nie dadzą się zatrzymać. W gazetach pisano na pierwszych
stronach: "Prawdopodobnie już w chwili wejścia na posesję komandosi
zostali zauważeni, gdyż na górze włączono światło, a zaraz potem
je zgaszono. Według niektórych źródeł do kwietnika obok schodów,
gdzie był fugas, który poraził grupę szturmową, prowadził kabel
wypuszczony przez rynnę. Gdyby teren systematycznie obserwowano, np. za
pomocą zespołu obserwacyjno-strzeleckiego, można by to było wcześniej
wychwycić. Obu przestępców wspierał ktoś z policji, dzięki czemu
około miesiąca wcześniej jeden z nich uciekł w lesie z taksówki,
która była obserwowana".
Pogrom! Jeden
z największych w historii polskiej policji! - grzmiał w sądzie
prokurator i trudno było odmówić mu racji. Bracia Kramerowie
spalili się żywcem, ale na terenie posesji byli także inni,
nieznani policji przestępcy, a ci zdołali zbiec. Właśnie jeden
z nich zabił Adama i strzelał do Rudiego. Kilku antyterrorystów,
na skutek stresu pourazowego, na zawsze rozstało się ze służbą.
W Komendzie Głównej poleciały głowy, a w Szczecinie dymisję złożył
zastępca komendanta wojewódzkiego do spraw kryminalnych. Jego miejsce
zajął Wentyl, najlepszy gliniarz w tym kraju.
Prokuraturze
nie udało się ustalić, kto z policji pomagał przestępcom. Rudi
poprzysiągł na grobie Adama, że dopadnie drania.
Temu, kto wymyślił mu pseudonim,
chętnie dałby w mordę. Ksywka przylgnęła do niego jak spocona koszula
do karku, za cholerę nie chce się odkleić. Nikt już nie zwraca się
do niego po imieniu. Nawet własna siostra. Właściwie tylko wezwania
do sądu przypominają mu, że nazywa się Marek Rudnicki.
- Rudi? - Głos byłego szefa w słuchawce nasilił jego pragnienie mordobicia. - No gdzie ty, kurwa, jesteś?
Wentyl zawsze
klął jak szewc, a odkąd (była już) żona przyprawiła mu rogi
z listonoszem - bluzgał ze zdwojoną energią. Podobno nawet
przez sen. Pal diabli rogi, ale że z listonoszem - tego chyba
nigdy nie przełknie. Swoją drogą to on też ma przegwizdane z tą
ksywką. Wentyl... bez sensu... pypeć z nakrętką... po sąsiedzku
z dętką i pedałem.
- Mam przymusowe
badania techniczne - odpowiedział Rudi bez entuzjazmu.
Wstał lewą
nogą, wszystko go wkurzało. Właśnie zaparkował swojego starego
golfa przed budynkiem przychodni specjalistycznej MSWiA. Wyłączył
silnik i sięgnął do kieszeni po papierosy.
- Aaa... rozumiem. Tylko nie daj sobie wmówić, że nadajesz się do
złomowania. Sprawę mam.
- Sprawa musi
poczekać - wycedził przez zęby, przypalając papierosa.
- Sprawa tak,
ale ja nie. Sprężaj się, bo nie będę tu sam zapierdalał. Zamelduj
się po badaniach.
Wentyl miał
w zwyczaju rozłączać się bez ceregieli. Żadnego tam "no to
cześć", "do miłego" czy choćby "nara". Naciskał czerwoną
słuchawkę i już go nie było. Wczoraj obchodził urodziny. Równo
pięć krzyżyków. Nawet nie miał czasu wypić za swoje zdrowie, bo
ganiał po korytarzach komendy z jakąś delegacją z Niemiec. Jerzy
Wentlewski. Tak się nazywał i chyba stąd ten Wentyl. Niedawno
dostał stopień inspektora, a także awans na zastępcę komendanta
wojewódzkiego do spraw kryminalnych. Należało mu się. Nie ma
lepszego niż on, przynajmniej w Szczecinie. Zanim dostał ten
stołek, przez kilka lat był w Gdańsku naczelnikiem Centralnego
Biura Śledczego. Zasłynął z rozbicia bezkarnego przez lata gangu,
który porywał dzieciaki trójmiejskich biznesmenów. Te sukinsyny
obcinały ofiarom palce, wysyłały je potem rodzicom z żądaniem
okupu. Wentyl zrobił z nimi porządek. Jego ekipa z CBŚ wykopała
w lesie pod Wejherowem trzy trupy, każdy z kulką w czaszce. To była
robota tych z gangu, przez ich DNA zidentyfikowane na zwłokach posypała
się misternie przygotowana linia obrony. Mordercy dostali dożywocie,
a Wentyl kolejną belkę i propozycję przejścia do Biura Kryminalnego
Komendy Głównej Policji. Odmówił. Wybrał Szczecin.
Rudi wyrzucił
niedopalonego papierosa do kratki ściekowej. Powinien ograniczyć to
cholerstwo, w płucach mu świszczy. Minął portiera, nie pytając
o drogę. Pokój 302, trzecie piętro. Nie chciało mu się czekać na
windę, która zresztą utknęła gdzieś po drodze. Przeskakiwał po dwa
stopnie, aż w połowie drugiego piętra złapała go zadyszka. Do dupy
z taką kondycją. Pokój 302 mieścił się na końcu korytarza. Rudi
zwolnił tempo, żeby w gabinecie nie sapać. Spojrzał na zegarek. Był
o czasie. Stanął przed drzwiami, policzył do dziesięciu
i zapukał.
- Wejdź,
Rudi - usłyszał.
Odkaszlnął
i nacisnął klamkę.
Doktor Hanna Kruszyńska miała
specjalizację z psychiatrii i urodę gwiazdy filmowej. Wysoka jak
siatkarka blondyna z dużym biustem za każdym razem przyprawiała
go o szybsze bicie serca. Jasna cera i prawie niewidoczny makijaż
sprawiały, że nie wyglądała na swoje czterdzieści pięć lat. Rudi
zawsze się głowił, jak ona to robi, że w trakcie rozmowy przestaje
myśleć o niej jak o kobiecie. W gabinecie opowiadał różne rzeczy,
a potem się wstydził swojego mazgajstwa: że budzi się w środku
nocy i nie śpi do rana, że wciąż widzi twarz martwego kolegi
i to, że nadal płacze przy jego grobie. Rudi nigdy wcześniej nie
spotkał kobiety, która potrafiłaby tak słuchać jak ona. Ujęła
go prostolinijnością, wyciągnęła z zakamarków jego duszy
wszystkie złogi. Po kilku spotkaniach w pokoju 302 był przekonany,
że się w niej zakochał. I kiedy już chciał to powiedzieć, doktor
Kruszyńska wyraźnie wyznaczyła mu miejsce we wzajemnych relacjach:
na kozetce. Uświadomiła mu z chirurgiczną precyzją, że nawet
z kalibrem 9 mm pod sercem nie jest dla niej wyjątkowy. Nadmieniła,
że drugi znany jej przypadek odsiaduje dożywocie. Miał na imię
Duma, a kulkę przywiózł z Moskwy. Duma ukrywał się w Polsce przed
konkurencyjnym gangiem i ścigającymi go stróżami prawa. Przygarnęli
go bandyci spod Warszawy, został ich killerem. Wpadł na bramce
na Okęciu z fałszywym paszportem, kiedy urządzenie do wykrywania
metali piszczało jak najęte. Okazało się, że w mózgu miał jakąś
płytkę po przebytej operacji i to ona powodowała ten pisk. W śledztwie
udawał niepoczytalnego, ale w konfrontacji z powołaną do sprawy
w charakterze biegłego psychiatry doktor Kruszyńską okazał się bez
szans. W sumie banalna historia. I chociaż historia Rudiego banalna nie
była, to on sam niemal spalił się ze wstydu, gdy doktor Kruszyńska
zablokowała jego zaloty. Tłumaczył sobie, że po tym, co od niego
usłyszała, okazał się niewystarczająco męski. Miękka płaczliwa
dupa, po cholerę w ogóle wygadał takie rzeczy? Miotał się potem
urażony, cierpiał katusze, ale zrozumiał przynajmniej, że to wcale
nie była miłość. Teraz już nie potrzebował ani jej recept, ani
współczucia! Nadszedł czas, aby psychiatra przestała przedłużać
mu zwolnienie. Osiem miesięcy wystarczyło, by się ogarnąć.
Doktor
Kruszyńska wstała zza biurka, podała mu dłoń. Byli prawie równego
wzrostu. Złapała jego wzrok na swoich miseczkach D.
- Są prawdziwe
- powiedziała z udawaną naganą. - Siadaj. - Przesunęła krzesło
w jego stronę.
Jeszcze w myślach
czyta, pomyślał speszony i usiadł, dla odmiany wbijając wzrok w czubki
swoich butów. Postanowił nie wyrywać się przed orkiestrę. Niech ona
wykaże inicjatywę. Milczenie w ogóle go nie krępowało. Właściwie
szkoda, że podczas terapii nie mógł tak sobie pomilczeć.
- Milczenie
jest złotem - chyba naprawdę czytała w jego myślach - jednak
chciałabym wiedzieć, jak dzisiaj spałeś.
- Całkiem
nieźle, szkoda tylko, że na prochach - odpowiedział tak cicho,
aż sam się zdziwił.
- Powoli
będziemy je odstawiać, ale jeszcze nie teraz.
Człowiek
z tatuażem wciąż był jego sennym koszmarem. Prześladował go, nie
pozwalając przespać nocy. Rudi nie chciał już o tym opowiadać,
nawet gdyby zmieniono mu psychiatrę na mężczyznę. Uważał, że
psychoanaliza marzeń sennych jest niemęska, ma w sobie wiele z użalania
się nad sobą. Był zodiakalnym Skorpionem, raczej szorstkim w obyciu,
nie okazywał słabości. Sny to sny. Niektóre są dobre, niektóre
złe, a że jego do przyjemnych nie należały, to jeszcze nie powód,
by się uskarżać.
Doktor Kruszyńska
sięgnęła po teczkę z dokumentacją medyczną Rudiego, leżącą na
jej biurku. Przez dłuższą chwilę analizowała zapis z EEG i tabelki
z wynikami: od krwi począwszy, na moczu skończywszy. Zapisywała coś
w jego karcie.
- Całkiem
nieźle, całkiem nieźle - powtarzała pod nosem, nie patrząc na
Rudiego.
Przekartkowała
całą teczkę, by zatrzymać wzrok na pierwszej stronie.
- Marek
Rudnicki, w stopniu komisarza policji, lat trzydzieści pięć,
w służbie od dwunastu - czytała lub udawała, że czyta. - Trzydzieści dwa tygodnie zwolnienia lekarskiego. Odznaczony Medalem za
Zasługi dla Policji, postrzelony podczas akcji. - Przerwała na moment,
ale nie podniosła wzroku. - Pochodzi z rodziny o tradycjach mundurowych
- kontynuowała. - Jego ojciec, emerytowany instruktor w Wyższej
Szkole Policji w Szczytnie, szkolił pododdziały antyterrorystyczne. - Przeskoczyła wzrokiem kilka linijek i czytała dalej: - ...oczy
niebieskie, wzrost sto osiemdziesiąt pięć centymetrów. - Zawiesiła
głos. - Sto osiemdziesiąt pięć? - spytała z niedowierzaniem,
unosząc wreszcie wzrok znad kartek.
Nie wiedzieć
czemu speszył się nieco. Miał wrażenie, że lekarka świdruje
go spojrzeniem. Poczuł się jak na przesłuchaniu. Brakowało tylko
gestapowskiej lampy prosto w twarz.
- Sto
osiemdziesiąt siedem - poprawił w miarę głośno, ale wciąż nie
był z siebie zadowolony.
Doktor Kruszyńska
pokiwała głową z politowaniem. Poczuł się idiotycznie. Jeszcze
chwila, a się spoci.
- Garbię się
- wykrztusił.
- To
wiele tłumaczy - skomentowała lodowato, przenosząc wzrok z jego
(głupkowatej w tym momencie) twarzy na zapiski w teczce personalnej. - Pacjent skarży się na bezsenność, obniżenie nastroju i sporadyczne
zaburzenia błędnika - wyliczała beznamiętnie.
Skulił się do
rozmiarów łepka od szpilki. Idiota ze mnie, żeby tak się mazgaić! - ganił się w myślach. Przełknął ślinę i postanowił natychmiast
przywrócić się do porządku: poprawił się na krześle, założył
nogę na nogę i wziął głęboki oddech. Pomogło. Wpakował ręce do
kieszeni spodni, odruchowo szukając nie wiadomo czego. Przywrócą go
do służby czy nie - właściwie miał to w dupie.
- Co pan myśli
o wcześniejszej emeryturze? - zapytała doktor Kruszyńska.
Pomyślał
o niej: "doktor Mengele", ale postanowił do końca być
dżentelmenem.
- O niczym
innym nie marzę - odpowiedział z czarującym uśmiechem.
Burknęła
coś pod nosem i zaczęła wypełniać rubryki w papierach. Kiedy
skończyła, podniosła się z krzesła, podeszła do Rudiego i podała
mu wypis.
- Proszę
udać się z tym do gabinetu medycyny pracy - powiedziała sucho.
Już chciał
wyjść, gdy niespodziewanie zmieniła ton:
- Powiedz mi,
Rudi, ten pseudonim to od nazwiska, prawda? Zawsze chciałam cię o to
spytać, bo wiesz, różnie ludzie gadają...
- Koledzy
w Szczytnie tak mnie nazwali.
Uśmiechnęła
się tajemniczo.
- Byłem
przekonany, że to od nazwiska, ale to złośliwe bestie, najpierw
mówili Rudolfik.
- Co? - Roześmiała się szczerze.
- Od Rudolpha
Valentino, bo podobałem się kobietom - dokończył wreszcie swoim
głosem.
- Lowelasik
- rzuciła z przekąsem.
- Czy ja też
mogę panią o coś spytać?
- Wal śmiało,
Rudi.
- Jaką
bieliznę ma pani na sobie?
Do Wentyla zadzwonił
z samochodu. Komendant odebrał po pierwszym dzwonku, chyba czekał na
telefon.
- Zdolny do
służby - zameldował Rudi.
- No
i dobrze. Przyjeżdżaj do fabryki, bo mamy w chuj roboty.
- Jeszcze nie
podjąłem decyzji, sorry.
- Pogięło
cię? - uniósł się Wentlewski.
- Daj
mi dzień lub dwa. Muszę kończyć, mam drugą rozmowę. - Rudi
zamienił połączenia. Na ekranie komórki wyświetlało się "Doktor
Kruszyńska". - Tak, pani doktor - odebrał zaskoczony.
- Czarną
- usłyszał jej ciepły tym razem głos. - Mam na sobie czarną
bieliznę.
Godzinę później Wentyl wparował
bez ostrzeżenia. Rudi właśnie brał prysznic, więc stał teraz przed
nim na bosaka, przewiązany w pasie ręcznikiem, z mokrymi włosami. Woda
kapała na podłogę.
- Uważaj,
ślisko - powiedział ostrzegawczo.
Szef służb
kryminalnych w zachodniopomorskim wszedł prosto w kałużę. Żuł gumę,
a to oznaczało, że znów rzucał palenie. Rudi nie znosił, kiedy
Wentyl rzucał palenie, bo to oznaczało problemy - stary kąsał
wszystkich za byle co. Przypominał bombę zegarową. Przełożeni
nie powinni rzucać palenia, to źle wpływa na pracę zespołową,
pomyślał, usuwając się z drogi niezapowiedzianemu gościowi.
- Ogarnij się,
człowieku, schowaj ten pożal się Boże tors i zrób jakąś kawę
- wydał dyspozycje Wentlewski. - Najlepiej porządną, z mlekiem
bez laktozy, bo po normalnym mam wzdęcia. A że idę do prokuratury,
to sam rozumiesz, nie mogę pierdzieć.
Szybkim krokiem
przemierzał przedpokój, potykając się o buty Rudiego porzucone
pośrodku ciągu komunikacyjnego.
- Wypierdol te
spleśniałe trampki! - skomentował we właściwy sobie sposób.
Szedł prosto do
kuchni. Jak zwykle zresztą. Otworzył lodówkę i skrzywił się na widok
tego, co w niej zobaczył. W środku pustki, nie licząc kawałka sera
camembert, dwóch kawałków niedojedzonej pizzy w pudełku, słoiczka
z musztardą i baterii piw.
- Ty w ogóle
coś jesz?
Rudi wzruszył
ramionami i wstawił wodę na kawę, a niezbyt zadowolony Wentyl mruczał
coś pod nosem, grzebiąc w lodówce z nadzieją, że jednak znajdzie
w niej coś dla siebie. Ostatecznie wyciągnął pudełko z resztką
pizzy. Rozsiadł się na krześle i przez chwilę nic nie mówił,
zajadając pomarszczony ze starości kawałek margerity. Zaraz potem
oblizał palce i odruchowo sięgnął do kieszeni, szperając w niej
na próżno.
- Rzucam
palenie - zakomunikował zrezygnowany. - Lekarz zagroził, że nie
podbije mi świadectwa zdrowia. Straszy wieńcówką, zawałem, udarem
i chuj wie czym jeszcze.
- Rozumiem
- odpowiedział dyplomatycznie Rudi.
Wentlewski
sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. Otworzył
puste już pudełko po pizzy i wygrzebywał okruszki.
- To zrobisz
kawę?
- Jasne,
ale mleka bez laktozy nie mam.
- Może być
normalne.
- Też nie
mam.
Wentyl machnął
ręką zrezygnowany.
- Niech będzie
czarna.
- Ale mam
tylko sypaną.
- Ja pierdolę,
co z tobą, człowieku? - Zirytowany wstał z krzesła, głośno
szurając po podłodze. Skierował się do salonu, lecz zatrzymał się
w progu, omiatając pokój z niesmakiem. Wyglądał jak po przejściu
tsunami: sterta ciuchów na fotelu, na podłodze gazety, pudełka po
czekoladkach i chińskim żarciu na wynos. Na parapecie kwiatki
w doniczkach, które życie miały już za sobą. Wentlewski szukał
wzrokiem miejsca, gdzie mógłby usiąść, ale nie znalazł.
- Sorry, nie
spodziewałem się gości - tłumaczył się wyraźnie zawstydzony
Rudi, przesuwając rozgardiasz z jednej połowy kanapy na drugą. Ze
sterty ciuchów wyciągnął spodnie dresowe bez rozmiaru. Włożył je
pospiesznie, świecąc przez chwilę gołym tyłkiem.
- Bo się
porzygam od tego syfu wszędzie. - Wentyl klapnął na skrawek wolnego
miejsca na kanapie. - To jak? Zdecydowałeś się? - zapytał bez
ceregieli, zakładając nogę na nogę.
- Przyzwyczaiłem się... Zapuściłem korzenie... - odpowiedział
wymijająco Rudi, unikając jego wzroku.
- Przestań
chrzanić! Przychodzę tu i staram się o twoją rękę, a ty zwodzisz
mnie jak panienka! Jeszcze chwila, a pójdę podrywać kogoś
innego.
Wentyl zaniósł
się gwałtownym kaszlem, a kiedy atak minął - poluzował krawat,
rozpiął dwa guziki koszuli i westchnął ciężko. Pewnie miało
to związek z - uciążliwym przecież - zespołem abstynencji
nikotynowej, ale Rudi spojrzał na niego z lekkim niepokojem. Komendant
wyglądał na sercowca: nadwaga, nadciśnienie, do tego traumatyczne
doświadczenia małżeńskie...
- Moglibyśmy
razem pobiegać, wieczory miewam wolne - zaproponował Rudi.
- Jasne,
do Biedronki po piwko i z powrotem - próbował żartować Wentyl,
ale wyraźnie nie było mu do śmiechu. - Wstał z kanapy, podszedł do
okna, otworzył je na oścież i wziął głęboki oddech. - Potrzebuję
cię - powiedział odwrócony plecami do Rudiego. - Wiesz przecież,
że mogę załatwić to inaczej, przez oddelegowanie. Ale nie chcę
z tobą brutalnie, tylko po dobroci.
- Na sześć
miesięcy?
- Sześć na
początek, potem się zobaczy. Decyduje komendant CBŚ, ale chcę znać
twoje zdanie.
- Czyli
zsyłają mnie...
- Nie dramatyzuj. Co miałeś zrobić, to zrobiłeś, nic tam po
tobie. Główny jest tego samego zdania.
- To po co
pytasz mnie o zdanie, skoro decyzja zapadła?
- Z niewolnika
nie ma pracownika, a sam wiesz, że niewolników w naszej fabryce jest
od chuja. Jak ci się nie podoba, możesz napisać raport o zmianę
polecenia służbowego.
Rudi uśmiechnął
się krzywo i wyszedł do kuchni. Wrócił po chwili z kawą.
- O! Rozpuszczalna! - Wentyl ucieszył się jak dziecko, zaglądając
do kubka. - A mówiłeś, że masz tylko sypaną.
- Żartowałem. Zatem gdzie mnie przenosisz?
- Do
kryminalnego. Montuję ekipę zadaniową do spraw żywego towaru,
bezpośrednio pod moim nadzorem. Zmieniła się kwalifikacja prawna
i ranga zagadnienia. Teraz to już nie jest ściganie alfonsów, ale
handlarzy ludźmi. Prokuratura wzmacnia nadzór nad sprawami, organizuje
szkolenia dla naszych, nawiązuje współpracę z Niemcami. Reasumując:
zajebiście poważna sprawa.
- Czego ode
mnie oczekujesz?
- Ano tego,
że staniesz na czele zespołu. Znasz miasto z dupy strony, wiesz,
gdzie szukać tego zawszonego kurewstwa. Pozyskasz kilku koronnych,
rozpierdolisz zorganizowane grupy, a jak sądy przyklepią wysokie wyroki,
to sobie wrócisz do Centralnego Biura... Śniętych.
- Kogo mi dasz
do zespołu?
- Kogo
chcesz. Możesz wziąć Nowaka, zna ludzi w Europolu, po niemiecku gada
lepiej niż po naszemu.
- Marysia
mu wybaczyła?
- Chyba głupia
by była! Chciał poszaleć z cycatą abwerą, to teraz ma. Rozwód
będzie jak nic.
- Kogo jeszcze
dajesz?
- Młodego
i Kusą, oboje z komendy miejskiej - odpowiedział Wentyl, głośno
przy tym siorbiąc.
- Młodego
chyba kojarzę... Taki dzieciak z pryszczami?
- Dariusz
Adamowicz, podkomisarz. Niedawno był na szkółce. Na razie robi
za kierowcę, mówię ci, drugi Kubica. Do tego ma serce do roboty
i całkiem nieźle radzi sobie w terenie. Pokrzywdzeni lgną do niego jak
do terapeuty.
- A ta
Kusa?
- Dorota
Marecka. Nie znasz jej, przyszła z rejonu. Była z Młodym w Szczytnie
na tym samym roku. Dobra na "przykrywkę", ładna nawet.
- Ładne
rozpraszają.
- Ma na biurku
taki sam burdel jak u ciebie w chacie.
- Bardzo
śmieszne.
- Jest bystra
i prostolinijna. Chyba wpadła Młodemu w oko. Uważaj na nich. Jak
będą marcować, to pogonimy na ulicę krawężniki szlifować. Love
story to w kinach, a nie w robocie.
- To
wszyscy? - spytał lekko rozczarowany Rudi.
Wentlewski
spojrzał na niego z ukosa.
- A co, zespół
taneczny ci potrzebny? - wypalił. - Jak ci Nowak, Kusa i Młody nie
wystarczą, to weźmiesz sobie kogoś z naszej dochodzeniówki albo ze
Świnoujścia.
Komendant wstał
z kanapy. Zamaszystym krokiem ruszył w stronę Rudiego, by z całej
siły klepnąć go po plecach.
- To co,
dobiliśmy interesu? - bardziej stwierdził, niż spytał, znów
szukając czegoś po kieszeniach.
Rudi wyjął
swoją paczkę fajek, żeby go poczęstować.
- Spierdalaj
mi z tym świństwem! - obruszył się Wentyl, znajdując za pazuchą
to, czego szukał: białą, czystą kopertę. Wyjął z niej kolorowe
zdjęcie formatu 10 na 15 centymetrów. - A teraz skup się, bo ważne
rzeczy będę mówił - zapowiedział z grobową miną.
Dziewczyna
ze zdjęcia mogła mieć jakieś osiemnaście, dziewiętnaście
lat. Roześmiana brunetka w słomkowym kapeluszu, o wielkich oczach
i złotej skórze. Rudi z uznaniem pokiwał głową.
- Pierwsza
klasa. Mam u niej jakieś szanse?
Wentyl
uśmiechnął się półgębkiem, chociaż żart był taki sobie.
- Nazywa się
Kamila Soszyńska.
- Soszyńska?!
- No
właśnie.
- Córka
tego komucha, przez którego upadła stocznia i ludzie zostali bez
pracy?
- Wnuczka.
I nie komucha, tylko byłego ministra Transportu i Gospodarki Morskiej. Jej
dziadek wciąż dużo może.
- Jak zwał,
tak zwał. Powinien pod sąd trafić, a nie dużo móc. - Rudi
wyjął zdjęcie dziewczyny Wentylowi z ręki. - Całe szczęście,
że niepodobna do dziadka - zauważył.
- Dwa dni
temu spakowała kilka rzeczy i wybiegła z domu. Dotąd nie wróciła,
a jej telefon milczy.
- Jak ją życie
przeczołga, wróci z podkulonym ogonem... albo dużym brzuchem.
- Może tak,
może nie. Dopiero wczoraj jej przyjaciółka wygadała się, że wnuczka
pana ministra poznała w klubie jakiegoś Araba, który manipulował
Kamilą. Ona chyba się go bała, chociaż zarzekała się, że jest
zakochana bez pamięci. Ta przyjaciółka obawia się, że zniknięcie
Kamili nie jest zwykłą ucieczką z domu.
Rudi słuchał
Wentyla raczej od niechcenia, a ten wyraźnie dopiero rozkręcał się
w temacie.
- Alibaba
zapluty... haremu pewnie mu się zachciało! - mówił coraz
szybciej. - Co te małolaty widzą w takich brudasach? No nie mów mi,
że czarne oczy! Rżną tacy szejków i nasze kobitki, a potem tłuką
je jak bure suki, a my mamy ratować im tyłki. I gdzie tu, kurwa,
sprawiedliwość?
- Sprawiedliwości nie ma na tym świecie. Na tamtym też.
- No, ale wracam
do sedna, bo czasu szkoda - zdyscyplinował się Wentlewski. - Tej
przyjaciółce jeszcze się przypomniało, że z Alibabą był pewien
facet... - Zawiesił głos i zerknął na Rudiego. - Ten facet
miał spory tatuaż - kontynuował. - Rozumiesz?! Facet miał
pajęczynę!
Rudi
znieruchomiał. W jednej chwili poczuł mrowienie - najpierw na
plecach, sekundę później na całym ciele. Serce przyspieszało,
szumiało mu w uszach. Wentyl wciąż coś mówił, ale on już nic nie
słyszał. Patrzył tylko na komendanta, który przypominał mu teraz
rybę bezgłośnie ruszającą pyszczkiem. Co za idiotyczne skojarzenie... taki świąteczny karp, który patrzy na ciebie i kłapie dziobem,
a ty i tak - choćbyś chciał - nie usłyszysz najmniejszego
dźwięku.
Przez szum
w uszach zdołały się przebić do Rudiego jedynie ostatnie słowa
Wentyla:
- ...no
i dlatego, kurwa, tak mi na tobie zależy.