4
Obudziły ją jakieś hałasy.
Ludzie kłócący się za ścianą. Mężczyzna i kobieta. Ich głosy były przygłuszone grubymi ścianami, ale ton nie pozostawiał wątpliwości. Przemawiali do siebie z nieustępliwą złością, wskazującą na długoletnią praktykę.
Robin usiadła, odgarnęła włosy z twarzy i przymrużyła oczy.
Głosy przycichły, a potem rozległy się na nowo.
- Która godzina, Alex?
- Za dwadzieścia szósta.
Odetchnęła głęboko. Usiadłem na łóżku i objąłem ją. Miała wilgotne ciało.
- Za dwadzieścia minut kolacja - powiedziała. - Woda na pewno wystygła.
- Napuszczę ci nowej.
- Kiedy wstałeś?
- O piątej. - Opowiedziałem jej o jaszczurce. - Więc nie przestrasz się, jeśli znów tu przyjdzie.
- Był ładny?
- A kto powiedział, że to on?
- Dziewczyny nie zaglądają ludziom przez okno.
- Teraz wydaje mi się, że strzelał okiem w twoją stronę. - Zmrużyłem oczy i cmoknąłem. - Najwyraźniej amator kobiet.
Roześmiała się i wyskoczyła z łóżka. Włożyła szlafrok i przeszła się po pokoju, poruszając dłonią w nadgarstku.
- Boli?
- Jest dużo lepiej. Dzięki ciepłu.
- I nieróbstwu.
- Tak - powiedziała. - Uzdrawiająca siła bezczynności.
Włożyła białą suknię bez rękawów, kontrastującą z jej oliwkową skórę. Kiedy zbliżaliśmy się do schodów, ktoś zawołał:
- Dzień dobry!
Z sąsiedniego pokoju wyszła para. Kobieta zamknęła drzwi na klucz. Mężczyzna powtórzył powitanie.
Obydwoje byli wysocy, po czterdziestce, ubrani w stroje koloru khaki, z krótkimi rękawami i naramiennikami. Strój mężczyzny sprawiał wrażenie znoszonego, ale kobiety był prosto ze sklepu.
On miał czerwony, łuszczący się nos, na którym tkwiły okulary w grubej oprawie, długą, sięgającą piersi, siwiejącą brodę i nieco ciemniejsze, cienkie, przygładzone włosy na głowie. Kieszenie bluzy odstawały wypchane. Ona była piersiasta i barczysta, o brązowych, zaczesanych do tyłu włosach i okrągłej twarzy.
Ruszyli w naszą stronę, trzymając się za ręce. A nie dalej jak pół godziny temu lżyli się nawzajem.
- Doktor i pani Delaware, jak się domyślam? - Jego głos był niski i szorstki. Oddech czuć było alkoholem. Z bliska skóra tego człowieka wyglądała jak piegowate suszone mięso, a nos zawdzięczał swoją czerwień spękanym naczynkom, a nie działaniu słońca.
- Robin Castagna i Alex Delaware - powiedziałem.
- Jo Picker i Lyman Picker. Doktor Jo Picker i Lyman Picker.
- Prawdę powiedziawszy doktor Lyman Picker, ale któż by dbał o takie bzdury - dodała kobieta. Mówiła kontraltem. Jeżeli mieli dzieci, z pewnością ryczały jak syreny holowników.
Z szerokim uśmiechem przyjrzała się badawczo Robin. Jasnobrązowe oczy, prosty nos, nieco zbyt wąskie usta. Jej opalenizna była tak świeża jak ubranie.
- Słyszałam, że zajmuje się pani rzemiosłem - powiedziała. - Fascynujące.
- Nie mogłem się doczekać, żeby was poznać - dodał Picker. - Wypełnicie pustkę przy stole, zastąpicie gospodarza.
- Często jest nieobecny? - spytałem.
- Cały czas pracuje, nie zabawia się. Nie mam pojęcia, kiedy ten człowiek sypia. Jesteście wegetarianami tak jak on? Bo my nie. W mojej pracy jada się wszystko, albo umiera się z głodu.
- Co to za praca? - spytałem, czując, że tego oczekuje.
- Epifytologia. Botanika. Tropikalne zarodniki.
- Prowadzi pan badania z doktorem Morelandem?
Roześmiał się bryzgając śliną.
- Nie, rzadko opuszczam równik. To tylko krótka przejażdżka w chłodniejsze okolice. - Objął żonę ramieniem. - Dotrzymuję towarzystwa połowicy. Obecna tu doktor Jo jest cenionym meteorologiem. Bada prądy powietrzne. Wuj Sam przepada za tym, a więc ma zagwarantowane pieniądze.
Jo uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Badam wiatry. Jak minęła podróż?
- Była długa, ale spokojna.
- Przypłynęliście łodzią dostawczą? - spytał Picker.
- Tak.
- Z Saipan czy z Rota?
- Z Saipan.
- My także. Piekielnie nudne. Samolotem, to co innego. Dziwne, mają tu wielkie lotnisko w Stanton, a marynarka nie pozwala go używać.
- Doktor Moreland napisał w liście, że lotnisko jest nieczynne.
- Bo używa go marynarka. Przeklęte łodzie.
- Och, nie było tak źle, Ly - powiedziała Jo. - Pamiętasz rybę latającą? Piękne zjawisko.
Skierowaliśmy się w stronę schodów.
- Typowa głupota tych bubków z rządu - powiedział Picker. - Taki wielki szmat ziemi i nikt go nie używa. Pewnie to zasługa jakiegoś komitetu. Prawda, kochanie? Ty się znasz na metodach rządowych.
- Chciałabym - odparła Jo z wymuszonym uśmiechem.
- Byliście na Guam? - dopytywał się jej mąż. - Czytaliście te turystyczne foldery? Rozwijać Oceanię, wykorzystywać talenty tubylców. A co robią tutaj? Blokują jedyne ogniwo łączące bazę wojskową z resztą wyspy.
- Co to za ogniwo? - spytałem.
- Południowa droga wzdłuż wybrzeża. Strona zawietrzna jest niedostępna od północy, wszędzie są skalne ściany, począwszy od North Beach aż po wygasłe wulkany. Jedyna droga wiodła wzdłuż południowego wybrzeża i przez las figowcowy. Marynarka zamknęła tę drogę w ubiegłym roku. Dla mieszkańców wioski oznacza to: żadnych kontaktów z wojskiem, żadnego handlu. Tutejsza gospodarka została doszczętnie zrujnowana.
- A co z drogą przez las?
- Japończycy nafaszerowali ją minami.
Żona Pickera wyswobodziła się spod jego ramienia.
- Co pani robi, Robin? - spytała.
- Instrumenty muzyczne.
- Bębny?
- Gitary i mandoliny.
- Lyman gra na gitarze.
Picker poskrobał się po brodzie.
- Zabrałem gitarę w hoyos środkowego Ekwadoru - to dopiero było miejsce - oceloty, tapiry, szopy południowoamerykańskie. Tutejszym stworzeniom brak kręgosłupa, a moja ptaszyna pogardza bezkręgowcami, prawda?
- Gra bardzo dobrze - zapewniła Jo.
- Prawdziwy Segovia. - Picker udał, że brzdąka na gitarze. - Siedziałem przy ognisku z Indianami Auca i próbowałem ich zachęcić, żeby zaprowadzili mnie do Cordyceps militaris - grzyba pasożytującego na larwach owadów. Wilgoć rozpuściła klej gitary i następnego ranka miałem już tylko kupkę rozmokłych desek. - Roześmiał się. - Struny przydały się, żeby udusiś coś na kolację, a reszta nadawała się tylko na wykałaczki.
Zeszliśmy na dół. W pokoju frontowym był Ben Romero z KiKo na ramieniu. Picker przyjrzał się zwierzątku.
- Takie także jadałem. Mają kruche mięso. Nie dają się udomowić, wie pan o tym?
- Dobry wieczór, Ben - powiedziała Jo. - Jak zwykle na świeżym powietrzu?
Ben skinął głową.
- Doktor Bill trochę się spóźni.
- A to ci niespodzianka - powiedział Picker.
Przeszliśmy przez hol. Ściany obite surowym jedwabiem, a na nich blade akwarele, realistycznie przedstawiające pejzaże. Na wszystkich ten sam podpis: "B. Moreland". Jeszcze jeden talent doktora?
Ben poprowadził nas poprzez duży żółty salon z kominkiem z wapienia, brokatowymi kanapami, chińskimi stolikami i porcelanowymi lampami z pergaminowymi abażurami. Nad kominkiem wisiał portret olejny czarnowłosej kobiety. Jej wyniosła uroda przypominała malarstwo Sargenta.
Okna pokoju wychodziły na taras z nakrytym stołem - jaskrawoniebieski obrus, serwis ze starej porcelany na siedem osób.
Słońce muskało horyzont, zalewając purpurą niebo i wodę, która wyglądała jak krwawiąca rana. Poniżej, we wsi, dachy domów lśniły pomiędzy drzewami niczym maleńkie pieniążki. Droga wiodąca do posiadłości przypominała uśpionego szarego węża z głową spoczywającą przy głównych wrotach. Pomyślałem o jeńcach, szturmujących dom od strony baraków. O przyglądających się im japońskich generałach, bezsilnych, zdających sobie sprawę, że to koniec.
Lyman Picker dotknął gardła i mrugnął na Bena.
- Burbon - powiedział Ben bez uśmiechu. - Czysty.
- Doskonała pamięć, przyjacielu.
- A dla pani, Mrs Picker?
- Tylko woda sodowa, jeśli nie sprawi to kłopotu.
- Bardzo proszę, panna Castagna? Doktor Delaware?
- Nie, dziękuję - odpowiedziałem.
Robin spojrzała na mnie.
- Ja także.
- Na pewno?
- Tak.
Ben wyszedł.
- Bardzo skrupulatny - powiedział Picker.
Jo zaczęła oglądać sztućce. Robin i ja podeszliśmy do sosnowej poręczy.
- A więc przyjechał pan pracować ze starym - odezwał się Picker. Dobry odpoczynek na słońcu. Miał szczęście, że udało mu się pana zwabić. Tutaj nie uświadczysz poważnego naukowca.
Roześmiałem się.
- Kiedy mówię coś poważnego, mam na myśli nas, oderwanych od tematu teoretyków. Utytułowanych żebraków, podzwaniających zlewkami i błagających o zasiłek. Jeśli ktoś chce dostać stypendium, nie bada tej części globu, tylko Melanezję albo Polinezję. Wielkie, żyzne wyspy, pełne fauny i flory, sympatycznych, kolorowych plemion, z własną mitologią dla lubiących folklor tłumów.
- Aruk nie ma tego wszystkiego?
Odkaszlnął nie zakrywając ust.
- Mikronezja, przyjacielu, to dwa tysiące plamek na trzech milionach mil kwadratowych wody, większość z nich to nie zamieszkane wybrzuszenia z koralowca. To wybrzuszenie należy do najbardziej dziwacznych. Czy wie pan, że nie było tu ludzi, dopóki Hiszpanie nie przywieźli ich do uprawiania trzciny cukrowej? Z tych upraw nic nie wyszło i Hiszpanie wynieśli się, zostawiając pracowników na pastwę losu. Wtedy przybyli Niemcy, którzy nie mieli pojęcia o życiu w koloniach. Całymi dniami przesiadywali czytając Goethego. A potem pojawili się Japończycy i znów próbowali szczęścia z tą cholerną trzciną, używając do pracy niewolników. - Roześmiał się. - I co osiągnęli? Bomby MacArthura wysłały ich na tamten świat, a niewolnicy orzekli, że nadeszła pora zapłaty. Noc długich noży. - Przejechał palcem po brodzie.
Podeszła Jo.
- Częstuje was opowieściami o swoich przygodach z krańców świata?
- Nie - odparł gderliwie Picker. - Wspominam tutejszą historię. - Znów zakaszlał. - Gdzie ten drink?
- Zaraz będzie, Ly. Co panią skłoniło, by zostać rzemieślnikiem, Robin?
- Kocham muzykę i lubię pracować rękami. A może pani powie nam coś o swoich badaniach, Jo?
- To nic specjalnie interesującego. Wysłano mnie, abym obserwowała wiatry na wyspach kompleksu Mariańskiego, i Aruk jest ostatnią z nich. Wynajmowaliśmy maleńkie mieszkanko, ale Bill był tak miły i zaprosił nas do siebie. Za tydzień wyjeżdżamy.
- Nie przedstawiaj swojej pracy jako ustalania prognozy pogody, dziewczyno. Jej rachunki reguluje Departament Obrony. Jest ważnym dla kraju pracownikiem. Jak się człowiek z taką ożeni, od razu ma opłacone wakacje.
Klepnął żonę po plecach, niezbyt lekko. Zesztywniała, ale zmusiła się do uśmiechu.
- Mieszkacie w Waszyngtonie? - spytała Robin.
- Mamy dom w Georgetown - odparła Jo - ale większość czasu spędzamy na wyjazdach.
Odskoczyła gwałtownie. Mała jaszczurka, taka sama jak ta, którą widziałem przez okno, przebiegła po poręczy. Mąż Jo połaskotał jaszczurkę palcem i roześmiał się, gdy umknęła.
- Wciąż się boisz? - zapytał z wyrzutem. - Mówiłem ci, że są nieszkodliwe. Hemidactylus frenatus. Gekon domowy, na wpół udomowiony. Ludzie karmią je w pobliżu domostw, więc kręcą się tu i zjadają całe robactwo.
Pokiwał palcem przed twarzą żony. W szkole ciągnął pewnie dziewczynki za warkocze.
Uśmiechnęła się z przymusem.
- Jakoś nie mogę przywyknąć, że łażą po moim parawanie.
- Jest przeczulona - oświadczył nam Picker. - A oznacza to, że nie mogę przynosić mojej pracy do domu.
Jo zarumieniła się pod opalenizną.
Nadeszła służąca Cheryl. Przyniosła tacę z napojami dla Pickerów i wodą mineralną dla Robin i dla mnie.
- Zapóźniona w rozwoju - poinformował nas Picker, gdy wyszła. Wzniósł szklankę. - Za bezkręgowce.
Czerwone światło, odbite od oceanu, padło na jego brodę.
Jo napiła się, odwracając od niego wzrok.
Robin odciągnęła mnie na bok.
- Czarujący, prawda? - spytałem.
- Dlaczego nie chciałeś zamówić drinków?
- Bo widziałem wyraz twarzy Bena. Jest pielęgniarzem i nie chce, by go traktowano jak lokaja. Zauważ, że przysłał Cheryl z tacą.
- Och, ty mój psychologu. - Objęła mnie i położyła mi głowę na ramieniu.
- Sekrety zakochanych? - zawołał w naszą stronę Picker? - Jego szklanka była pusta.
- Daj im żyć, Ly - powiedziała Jo.
- Wygląda na to, że żyją sobie zupełnie dobrze.
- Witamy w raju - mruknąłem.
Robin stłumiła śmiech. Zabrzmiało to jak czkawka.
- Za dużo piłaś? - wyszeptałem.
- Przestań - powiedziała, przygryzając usta.
Pochyliłem się nad nią.
- Czeka nas wspaniała zabawa, dziewczyno. Przypiekane mięso i dusze, a po kolacji on uraczy nas bajdami o wielkich członkach członków plemienia Matahuaxl. Ludzie na trzech nogach. Bardzo męscy.
Oblizała się i wyszeptała:
- O, tak. Wyrastają im z pomalowanego na barwy wojenne krocza.
- Kochanie! - zawołał Picker z przeciwległego końca tarasu. - Wiesz, jeszcze bym się napił.
Jednakże jego żona nawet nie drgnęła. W ciszy, która zapanowała, rozległy się lekkie kroki. Odwróciłem się i zobaczyłem idącą ku nam blondynkę o miłej aparycji.
Około trzydziestki, szczupła talia, chłopięce biodra, małe piersi, długie nogi. Ubrana była w jedwabną bluzkę brzoskwiniowego koloru i czarne spodnie z krepy. Przytrzymywane czarną opaską włosy opadały jej na ramiona. Rysy miała drobne i regularne: szerokie usta, gładki podbródek, delikatne uszy. Niebieskie skośnawe oczy nadawały jej twarzy wyraz smutku.
Gdyby nie jasna karnacja, mogłaby uchodzić za kobietę z portretu nad kominkiem.
- Doktor Delaware i panna Castagna? Jestem Pam, córka doktora Morelanda. - Łagodny, melodyjny, brzmiący nieco powściągliwie głos. Uśmiechała się ujmująco, ale podając nam rękę odwróciła wzrok. Miewałem takich pacjentów, unikających patrzenia w oczy; wszyscy jako dzieci byli chorobliwie nieśmiali.
- I także doktor - wyjaśnił Picker. - Ach, te wszystkie zrealizowane kobiety i ich udawana skromność.
Pam Moreland spojrzała na niego z pobłażliwym uśmiechem.
- Dobry wieczór, Lyman. Cześć, Jo. Przepraszam, że się spóźniłam. Tatuś powinien wkrótce nadejść. Jeśli nie, zaczniemy bez niego. Gladys przyrządziła doskonałe kurczęta. Tatuś jest wegetarianinem, ale toleruje nas, barbarzyńców.
Uśmiechnęła się pięknie, ale jej oczy pozostały smutne i zacząłem wątpić, czy jedynym tego powodem była anatomia.
- Właśnie dałem naszym nowym kolegom lekcję historii, pani doktor. Powiedziałem im, że naukowcy unikają tego miłego zakątka, ponieważ Margaret Mead wykazała, że kluczem do popularności są szamani, rytuały związane z dojrzewaniem i śniade dziewczyny o nagich piersiach. - Skierował wzrok na biust Pam.
- Interesująca teoria. Czy podać kawę?
- Nie, dziękujemy, moja droga. Jednak można by jeszcze raz napełnić tę szklankę.
- Ly - odezwała się Jo, nie ruszając się ze swego kąta.
- Słucham cię, kochanie? - powiedział zwrócony do niej plecami Picker.
- Chodź tutaj i spójrz na zachód słońca.
Szarpnął wąsy.
- Stara metoda odwracania uwagi? Niepokoisz się o moją wątrobę?
- Ja tylko...
Zwrócił się do niej twarzą.
- Skoro zawiodły Entamoeba histolytica i Fasciola hepatica, naprawdę sądzisz, że poskutkuje odrobina Wild Turkey, Josephine?
Jo zbyła go milczeniem.
- Całymi miesiącami żyłem na metronodizolu i bithionolu - Picker zwrócił się do Pam. - Mam duże zaległości w ćwiczeniach gimnastycznych. - Czy są jakieś rady?
- Nie, chyba że wybiera się pan do Filadelfii.
- Ach, miasto braterskiej miłości - odparł Picker. - Nie mam brata. A czy kochałbym go, gdybym miał? - Odszedł, rozważając tę kwestię. - A jednak bym się napił, doktor Pam - zawołał przez ramię.
- Tak właśnie wygląda jego kolacja - powiedziała Pam bardzo cicho. - Przepraszam.
Wróciła z butelką Wild Turkey, podała ją zaskoczonemu Pickerowi i powróciła do nas.
- Tatuś przeprasza, że nie może was należycie powitać.
- Meduzy - powiedziałem.
Skinęła głową. Rzuciła okiem na swój lady rolex.
- Myślę, że powinniśmy zaczynać.
Usadziła nas z Robin na miejscu z widokiem na zachód słońca, Pickerów po przeciwnej stronie, a sama usiadła z boku. Pozostały dwa puste krzesła. Po chwili nadszedł Romero i zajął jedno z nich. Miał teraz na sobie brązową sportową marynarkę.
- Zazwyczaj wracam do domu koło szóstej - powiedział rozkładając serwetkę - ale żona zaprosiła gości na karty, nasze niemowlę śpi, a starsze dzieci są poza domem.
- Następnym razem zaprosimy Clarę - powiedziała Pam. - Jest doskonałą skrzypaczką. Dzieci także.
Ben roześmiał się.
- To będzie świetny relaks.
- Masz wspaniałe dzieciaki, Ben.
Wniesiono jedzenie. Całe mnóstwo.
Sałatka z rukwi wodnej z sosem z awokado, purée z marchwi, potrawka z grzybów z orzechami włoskimi i laskowymi. A wreszcie kurczęta, kruche i soczyste.
Butelka białego burgunda pozostała nietknięta. Picker nalał sobie resztkę burbona. Jego żona odwróciła głowę, woląc tego nie widzieć.
- Chyba Gladys nie nauczyła się tak gotować w bazie wojskowej - rzekła Robin.
- Komendant lubił smacznie zjeść - odparła Pam. - A ona jest bardzo pomysłowa, na szczęście dla taty.
- Czy zawsze był wegetarianinem?
- Odkąd skończyła się wojna z Koreą. To, co tam widział, sprawiło, że postanowił nigdy więcej nie zabijać.
Picker chrząknął.
- Jednak zawsze był tolerancyjny - powiedziała Pam. - Kiedy przyjechałam, sprowadził dla mnie mięso statkiem.
- Pani tu stale nie mieszka?
- Nie, przyjechałam w październiku zeszłego roku. Miał to być tylko przystanek w drodze na zjazd lekarzy w Hongkongu.
- W czym się pani specjalizuje? - spytałem.
- Interna i zdrowie publiczne. Pracuję w przychodni dla studentów przy Uniwersytecie Temple. - Zamilkła na chwilę. - Prawdę powiedziawszy, była to podróż służbowa i zarazem chwila wytchnienia. Właśnie się rozwiodłam.
Nalała sobie wody do szklanki i wzruszyła ramionami.
- Czy tutaj spędziła pani dzieciństwo? - spytała Robin.
- Nie całkiem. Możemy przystąpić do deseru?
Picker spojrzał za nią, gdy wychodziła.
- Tęskni za jakimś głupkiem z Filadelfii.
Ben zmierzył go wzrokiem.
- Jeszcze jedna butelka, panie Picker?
Picker spojrzał na niego.
- Nie, dziękuję, amigo. Wolę zachować przytomność. Jutro lecę. - Jo odłożyła widelec. Picker wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Tak, kochanie, postanowiłem się ruszyć.
- Czym pan leci? - zapytał Ben.
- Samolotem do opryskiwania roślin, ale w bardzo dobrym stanie. Należy do faceta o nazwisku Amalfi.
- Jeden z tych gruchotów Harry'ego Amalfi? Nie latały od lat.
- Są zupełnie w przyzwoitym stanie, przyjacielu. Sam je oglądałem. Latały nad dżunglą przez piętnaście lat i mam zamiar polecieć na jednym z nich jutro rano. Ja i pani doktor. Zrobię trochę zdjęć lotniczych, żeby udowodnić chłopakom z instytutu, że naprawdę tu byłem i nic nie znalazłem.
Jo zmięła palcami obrus.
- Ly...
- To nie jest dobry pomysł, doktorze Picker - powiedział Ben.
Picker spojrzał na niego z pełnym wyrozumiałości uśmiechem.
- Pańska uwaga została uznana za nudziarstwo, przyjacielu.
- Las należy do marynarki. Aby tam lecieć, musi pan mieć urzędowe pozwolenie.
- Nieprawda - powiedział Picker. - Do marynarki należy tylko wschodnia część. Część zachodnia jest dostępna dla wszystkich, marynarka nigdy nie rościła do niej pretensji. Przynajmniej tak twierdzi moja pani doktor na podstawie posiadanych map.
- To prawda - powiedziała Jo - ale i tak...
- A co, wolałabyś może, żebym się tu zanudził na śmierć?- krzyknął Picker.
- Las ma zaledwie półtora kilometra szerokości - powiedział Ben. - Trudno będzie utrzymać kurs...
- Troszczysz się o mnie, amigo? - zapytał Picker z niespodziewaną szorstkością. Uniósł butelkę po burbonie, jakby zamierzał ją stłuc. A potem odstawił z przesadną ostrożnością i wstał. - Wszyscy tak się o mnie troszczą. Wzruszające. - Brodę miał pokrytą okruchami. - Są tacy uprzejmi, a poza mymi plecami mówią, że jestem pijanym bufonem. - Spojrzał na żonę. - Idziesz, aniele?
Usta jej zadrżały.
- Wiesz, co sądzę o małych samolotach, Ly...
- Czy idziesz wreszcie?
Nie spuszczając z niej wzroku, wziął z talerza kawałek kurczaka i ugryzł. Żując z otwartymi ustami, spojrzał ponuro na Romero.
- To metafora, przyjacielu.
- Co? - spytał Ben.
- To miejsce. I inne cholerne wybrzuszenia, sterczące z oceanu. Wulkany wybuchają, a potem wygasają. Przybywają pełni nadziei zdobywcy, żeby wkrótce wynieść się chyłkiem lub umrzeć, i wszystko porasta ten przeklęty koralowy pasożyt. Entropia.
Jo odłożyła widelec.
- Proszę nam wybaczyć.
Picker odłożył kurczaka na talerz i brutalnie chwycił ją za ramię.
- Wszystko tonie - powiedział.