O parę godzin drogi od jednego z większych miast
prowincyonalnych, przed obszernym dworcem kolei żelaznéj stał na
platformie różnolity tłum ludzi i przypatrywał się stojącemu
pociągowi z długim szeregiem wagonów i buchającéj dymem
lokomotywie. Widok to był powszedni, zwyczajny, niemniéj jednak
zajmujący i elektryzujący ludność prowincyonalną, spragnioną
jakiejkolwiek rozrywki i wrażenia.
W długim, gołemi ławkami opatrzonym wagonie trzeciéj
klassy siedziało ze dwadzieścia osób, przedstawiając wielką
rozmaitość ubiorów i fizyonomii. Byli tam Izraelici z długiemi
brodami i chałatami, znudzeni długą podróżą i nawpół śpiący,
kobiéty w kolorowych chustkach na głowach i z dziećmi na kolanach,
jakiś szlachcic zagonowy, który na téj właśnie stacyi wsiadł do
wagonu i widocznie po raz pierwszy puszczał się w podróż bez koni,
bo z tajonym lecz niedającym się zupełnie utaić niepokojem
rozglądał się około, dwóch czy trzech urzędników niższego stopnia
drzémiących lub poziewających, dwóch czy trzech jeszcze wojskowych
swobodnie rozpartych i grube kłęby tytuniowego dymu wypuszczająch
z ust prosto w twarze sąsiadów i sąsiadek.
Pośród tego pstrego zebrania grubych lub nic nieznaczących
postaci, trzy osoby wyraźnie odznaczały się tak stosunkowo do
otoczenia w jakiém się znajdowały wytwornością ubioru, jak
zajmującym charakterem fizyonomii. Jedną z nich była kobiéta w
popielatéj sukni z niedrogiéj materyi, ale uszytéj bez zarzutu i
włożonéj z wdziękiem, w czarnym skromnym kapelusiku, ozdobionym
gałązką drobnych białych kwiatów. Mogła miéć lat 25, ale z wyrazu
jéj fizyognomii poznać było można, że każdy dzień jéj życia znaczył
dla niéj więcéj, jak dla wielu innych ludzi lata mnogie; na
wysokiém bladém jéj czole i w wielkich błękitnych oczach leżało
zamyślenie, delikatne usta łagodno były i spokojne, ale po bladości
ich i pewném zagięciu, znać było przyzwyczajenie do cichego,
zamkniętego w sobie cierpienia. Z pod kapelusza wysuwały się grube
sploty ciemnopłowych włosów i okrywały białą o pięknych kształtach
szyję. Głowę opierała na drobnéj ręce, ociągniętéj ciemną
rękawiczką i profilem zwrócona do towarzyszów podróży, wyglądała
przez otwarte okno wagonu spokojném i zamyśloném wejrzeniem
błękitnych źrenic, ścigając w górze białe obłoki, które przesuwały
się pod rozpogodzoném.
majowém niebem. Naprzeciw zamyślonéj kobiéty znajdowało się
dwóch mężczyzn w pięknych podróżnych ubraniach, tak nawet pięknych,
że aż niestosownych do skromnego miejsca, w jakiém podróżowali.
Jeden z nich wyglądał na lat 50 z górą, miał szpakowate włosy,
zaokrągloną figurę, pulchną, bardzo starannie utrzymaną rękę i
twarz o rumianych okrągłych policzkach, pąsowych ustach,
ocienionych bujnym wąsem i szarych niewielkich a ruchliwych oczach.
Z pozoru można go było wziąść za właściciela ziemskiego,
zasiedziałego trochę na wsi, utuczonego zrazami i obwarzaną kaszą
ale jowialnego, dowcipnego, wrodzonym sprytem i wielką otwartością
charakteru obdarzonego poczciwca. W ręku trzymał długi cybuch z
osadzoną na nim bursztynową fajeczką, na głowie miał szary
kapelusz, z pod którego szerokich brzegów widniały gęste, siwiejące
brwi i błyszczały ruchliwe, zarazem dobroduszne oczki. Siedzący
obok szpakowatego pana mężczyzna stanowił z nim powierzchownością
swą zupełny kontrast, - o ile bowiem tamten rumiany był,
zaokrąglony i dobroduszny, o tyle ten wydawał się wyżyty i
zamknięty w sobie. Wiek jego trudnoby było odgadnąć, bo ściągłe
jego policzki pokryte były chorobliwą żółtością i mnóstwo
zmarszczek tworzyło się koło ust i oczu, wtedy gdy pomiędzy
światłemi, rzadkiémi włosami, wyglądającémi z pod kapelusza nie
było jeszcze ani jednego białego, a z za grubych, obwisłych warg
widniały dwa rzędy zębów zdrowych i całych a tylko żółtych i nazbyt
dużych. Oczy miał wielkie i bardzo wypukłe, uderzające składem
białek, które tworzyły pośrodku lekką spiczastość. Na spiczastości
téj znajdowały się dwie malutkie, bladawe i zamglone źrenice,
nieruchome najczęściéj, a niekiedy tylko z gorączkową niemal
szybkością rzucające się w różne strony, jakby pod wpływem obawy
albo niespokojnego poszukiwania. Na głowie, mężczyzna z żółtą
twarzą i spiczastemi oczami miał takiż kapelusz o szerokich
brzegach. Scisła znać znajomość łączyła obu panów, bo zamieniali
pomiędzy sobą częste pół-słowa, wymawiane pół-głosem, po których
starszy wybuchał rubasznym, jowialnym śmiechem, a młodszy wprawiał
w szybki ruch swoje małe omglone źrenice. Po wykwintności ubrania,
swobodzie układu, delikatności rąk i złotych kosztownych zegarkach,
na jakie spoglądali niekiedy, każdyby się domyślił, że tanie i
niepokaźne miejsce w trzeciéj klassie wagonów obrali nie przez
potrzebę oszczędności, ale dla dogodzenia fantazyi albo wyłącznego
im tylko wiadomego celu.
Kwadrans jeszcze czasu zostawało do odejścia pociągu, z wagonów
wychodzili ludzie i znikali w głębi dworca, albo przechadzali się
po platformie. Dwaj tylko mężczyźni, szpakowaty i żółto-twarzy nie
ruszyli się z miejsc swoich ni razu i nie ruszała się ze swego
miejsca zamyślona kobiéta, lubo z tamtymi nie zdawała się miéć nic
wspólnego i wcale nie na nich patrzyła, ale na obłoki płynące w
górze, albo na świéżą zieleń drzew, otaczających dworzec i
kołysanych miłym powiewem nadchodzącego wieczoru.
Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi i do wagonu lekko i
zgrabnie wskoczył nowy przybysz. Był nim wysmukły, kształtny
młodzieniec, najwięcéj dwudziestotrzyletni. Z podróżną torebką,
zawieszoną na popielatym, zgrabnie leżącym paltocie, z odkrytą
głową i z czapeczką w ręku. Wskoczył do wagonu, przystanął i
pogodnym wesołym wzrokiem wielkich szafirowych oczu, długą
ozdobionych rzęsą rozejrzał się w około. Rozejrzał się w około i
zatrzymał spojrzenie na zamyślonéj kobiécie i dwóch wykwintnie
ubranych panach, w téjże chwili uśmiechnął się, smagła twarz jego
zapromieniała młodzieńczą swobodą, a z za warg koralowych, ciemnym
osienionych wąsikiem, błysnęły dwa rzędy białych jak śniég zębów.
Wydawał się być wtedy wcieleniem młodości świeżéj, nietkniętéj,
pełnéj barw i słonecznych połysków. Dwaj panowie zwrócili na niego
spojrzenia wtedy jeszcze gdy był na stopniach wagonu. Szpakowaty
patrząc nań uśmiechał się dobrodusznie, towarzysz jego wydobywał z
kieszeni paltota kosztowną cygarnicę z kości słoniowéj, srebrem
inkrustowaną.
Młody człowiek powściągnął uśmiech zadowolenia, jakiego
może doświadczył na widok osób, których powierzchowność zdawała się
obiecywać miłe towarzystwo i z wielką przyzwoitością, a nawet
skromnością ruchów, zbliżył się i umieścił w pobliżu dwóch panów.
Nie zaczynał jednak rozmowy, lubo wiadomém było, że miał wielką do
tego ochotę, wydobył z torebki książkę, ale jéj nie otworzył, a
tylko spoglądał na tytuł i od czasu do czasu przelotne na swych
sąsiadów rzucał wejrzenia. Może nieśmiałość powstrzymywała go w
rozpoczęciu rozmowy, może téż chiał
przyjrzéć się wprzódy czy warto i należy ją rozpoczynać.
Uwagi jednak jakie czynił nad powierzchownością i fizyonomią nowych
towarzyszy, mogły tylko na ich korzyść przemawiać. Szpakowaty pan z
miną pierwotnéj niewinności i z niewysłowioną pogodą oblicza
nakładał sobie fajeczkę, a żółto-twarzy podtrzymywał mu cybuch i
woreczek z tytoniem z wielką prostotą, a zarazem grzecznością i
nawet uszanowaniem. W przeciągu dwóch czy trzech minut raz tylko
zamienili pomiędzy sobą znaczące wejrzenia; starszy podniósł swe
gęste brwi i głową lekko skinął w stronę nowo-przybyłego mężczyzny,
młodszy na ten milczący znak odpowiedział potakującém mrugnięciem
powiek i szybkim ruchem warg, który mógł wyrazić i ironię i
ukontentowanie zarazem. Niema ta rozmowa trwała zaledwie przez
jedno mgnienie oka i umknęła całkiem uwadze pięknego młodzieńca,
który w téj właśnie chwili spoglądał na tytuł swéj
książki. Skończyło się nakładanie fajeczki i szpakowaty pan z
cybuchem w ustach zwrócił się do młodzieńca.
- Szanowny łaskawco, wymówił z odrobiną nieśmiałości, ja do pana
po ogień jak do jasnéj świécy, ani ja, ani mój towarzysz nie mamy
przy sobie zapałek, a panu z uczu patrzy, że nosisz z sobą sporą
dozę ognia!
Przy ostatnich wyrazach rozśmiał się trjowialnie i żartobliwie
mrugnął parę razy oczami. Młodzieniec niedał sobie po dwa razy
prośby powtarzać, pośpiesznie sięgnął do torebki i wydobył pudełko
z zapałkami. Szpakowaty pan zapalił fajkę i w téjże chwili
towarzysz jego podał nieznajomemu młodzieńcowi kosztowną swą
cygarnicę, w któréj pomiędzy papierosami, od niechcenia zapewne,
włożony bawił się sturublowy papierek. Młody człowiek z ukłonem i
pięknym swoim uśmiechem przyjął ofiarowany papieros i usiadł
zupełnie już obok szpakowatego pana.
- Tak, tak, mówił ten ostatni zwolna wypuszczając z ust błękitne
kłęby, u was młodych zawsze ogień się znajdzie, niestanie zapałki,
to go sobie z serca wykrzeszecie albo z oczów, co palą jak żużle! a
nam starym, to już tylko patrzyć na was i coś rościć i własne młode
lata wspominać! oj, tak, tak! młodość to radość, a starość
nieradość!
I westchnął sobie podżyły pan i głową pokiwał smutnie.
- Stryjaszek zaczyna melancholizować, ozwał się żółto-twarzy, ale
ani pan wierz w to aby się w duszy uważał za starego ... Niech no
tylko zobaczy ładną twarzyczkę, a wnet mu się zda, że jeszcze
dwudziestu lat pełnych nie przeżył....
- Bredzisz Guciu! zawołał szpakowaty, bierzesz z siebie miarę. Bo
to, ciągnął zwracając się do nowego towarzysza, nieuwierzysz pan co
to za wietrznik z tego mego synowca! Jemu tylko dawaj jaką zabawę,
wesołych kolegów, wojaż, błyszczące oczki.. na koniec świata
pójdzie łaskawco za błyszczącemi oczkami... to i mnie chce przed
panem dobrodziejem ogadać.. ale to nieprawda! niewierz mu pan! ja
człowiek stateczny, a przytém, ha, stary... stary...
I mówiąc to śmiał się i wzdychał i głową kiwał na przemian.
- Stary ale jary, zabrał głos nowo-przybyły, pan dobrodziéj
doskonale wyglądasz...
- Szósty krzyżyk, szósty krzyżyk, łaskawco! a kłopoty majątkowe,
gospodarstwo, interesa, a familia liczna na karku, dziatki drobne
jeszcze, a na mojéj tylko zostające opiece, bo matki panie
dobrodzieju nie mają... wdowcem jestem.
I przesunął dłoń po oczach, które zwilgotniały nagle.
Młodzieniec przypatrywał mu się z wielką życzliwością i widoczném
zajęciem.
- Pan dobrodziéj jest właścicielem ziemskim, obywatelem? wysunął
się nieśmiało z pytaniem.
- A tak łaskawco, mam majątek niedaleko ztąd, nie wielki
mająteczek, ale złote jabłko, gleba pszenna, lasu kawał, spory młyn
wodny, słowem mąka i łąka, grzyby i ryby...
- I synowczyk w sąsiedztwie, dorzucił żartobliwie pan
żółto-twarzy.
- A tak, tak, w sąsiedztwie, zaśmiał się szpakowaty, ale mało z
ciebie korzyści wietrzniku, bo jak fruniesz w świat, to tyle ciebie
i widział czasem przez całą zimę...
- A zawsze jednak tęsknię do stryjaszka i wracam! wyrzekł synowiec
i nawpół wesoło, nawpół z rozrzewnieniem pocałował stryja w ramię.
Nowo-przybyły młodzieniec zdawał się być całkiem już ujętym dla
nieznanych towarzyszy, bo patrzył na nich wzrokiem, w którym
malowała się młoda poczciwa wiara i ta serdeczna radość, jakiéj
doświadcza każde szlachetne serce na widok czegoś, co może
pochwalić i uszanować.
- A pan dobrodziéj z jakich stron, czymożna
wiedziéć? zapytał po chwili pan szpakowaty. - Pochodzę z guberni
A. i tam udaję się teraz do starego ojca, ale jadąc z M. (tu
wymienił jedno z większych miast cudzoziemskich), po drodze
wstąpiłem do siostry za mężnéj i mieszkającéj o mil kilka od téj
stacyi, bawiłem u niéj parę tygodni i dziś dopiéro puszczam się w
dalszą podróż!
- A, zapytał - weteran, za kimże to siostra pańska? znam cały
powiat, ba, nawet gubernią, może i szwagra pańskiego miałem kiedy
zaszczyt spotykać..
Młodzieniec wymienił nazwisko o jakie go pytano.
- Znam, znam! z wybuchem radości zawołał pan szpakowaty, od
dziecka znam, na ręku nosiłem! z ojcem jego żyliśmy jak dwaj
bracia. No proszę! więc pani N. to siostra pańska! szczególny
wypadek! śliczna kobiecina, a dobra choć do rany przyłóż i rozumek
nie lada! a jakże godność pańska? bo doprawdy nie pomnę już jak
pani N. z domu!
- Władysław R. wyrzekł młodzieniec z ukłonem. Weteran splasnął rękami ze zdziwieniem i najżywszą radością.
- A toż ja z ojcem pana kolegowałem w szkołach! zawołał, żyliśmy z
sobą jak dwaj bracia, pamiętam, pamiętam, mój Boże, a teraz już się
syna doczekał, takiego ślicznego syna. Kochany Wicuś! wszak
Wincenty ma imię? czy tak?
- Nie, panie dobrodzieju, Wacław!
- Wacław, Wacław! poprawił się weteran uderzając się w czoło.
Starość nieradość, pamięć chybia, najlepszych przyjaciół imiona
wylatują z głowy, ale za to tu, tu zostają; (pulchną dłonią po
kilka razy uderzył się w piersi). Kochany Waciek! Waćkiem zwaliśmy
go w szkołach! jakie to było poczciwe serce, jaka wielka dusza! co
za umysł bystry i obejmujący! celujący w naukach, najsilniejszy w
grach, najserdeczniejszy w przyjaźni! takim był twój ojciec
młodzieńcze w szkołach, a i potém w téj wielkiéj szkole, która się
światem nazywa, takim był! Wiem o tém, że takim był w téj wielkiéj
szkole, która się światem nazywa, boć wiele o nim słyszałem!
naśladuj twego ojca młodzieńcze, naśladuj twego ojca! to ozdoba
obywatelstwa naszego, podpora chwiejącéj się społeczności, wzór dla
młodego pokolenia! naśladuj twego ojca młodzieńcze!
Tym razem oczy szanownego weterana zaszły dwiema grubemi łzami,
które otarł nieznacznie pulchną dłonią, niby wstydząc się swego
rozczulenia.
Młody mężczyzna słuchając pochwał, jakie oddawano jego ojcu,
promieniał całą radością i dumą; serdecznym ruchem wyciągnął rękę
do szpakowatego pana i wymówił, że bardzo by rad wiedziéć nazwisko
dawnego przyjaciela swego ojca. Weteran otworzył mu swe ramiona,
powiedział swoję imię i nazwisko, imię swego ojca i imię i nazwisko
swéj matki, a bodaj jeszcze i babki i macierzystego dziada, a
wymawiając te wszystkie imiona i nazwiska, oczywiście wycałował
młodzieńca w oba policzki okryte puchem świeżéj młodości.
- Ale cóż u Boga! zawołał po skończonéj akkoladzie, cóż u Boga
porabiasz w M? toż to miasto na drugim końcu świata położone!
-
Studiosus sum z uśmiechem odpowiedział młodzieniec,
uczęszczam na uniwersytet, na wykład literacki, jeden już tylko rok
pozostał mi do ukończenia nauk, a teraz jadę na wakacje, aby
nacieszyć się z ukochanym ojcem, posłuchać słowika i odetchnąć
powietrzem ukochanych naszych rodzinnych pól i borów...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.