Pajęczyna - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pajęczyna

O parę godzin drogi od jednego z większych miast prowincyonalnych, przed obszernym dworcem kolei żelaznéj stał na platformie różnolity tłum ludzi i przypatrywał się stojącemu pociągowi z długim szeregiem wagonów i buchającéj dymem lokomotywie. Widok to był powszedni, zwyczajny, niemniéj jednak zajmujący i elektryzujący ludność prowincyonalną, spragnioną jakiejkolwiek rozrywki i wrażenia.

W długim, gołemi ławkami opatrzonym wagonie trzeciéj klassy siedziało ze dwadzieścia osób, przedstawiając wielką rozmaitość ubiorów i fizyonomii. Byli tam Izraelici z długiemi brodami i chałatami, znudzeni długą podróżą i nawpół śpiący, kobiéty w kolorowych chustkach na głowach i z dziećmi na kolanach, jakiś szlachcic zagonowy, który na téj właśnie stacyi wsiadł do wagonu i widocznie po raz pierwszy puszczał się w podróż bez koni, bo z tajonym lecz niedającym się zupełnie utaić niepokojem rozglądał się około, dwóch czy trzech urzędników niższego stopnia drzémiących lub poziewających, dwóch czy trzech jeszcze wojskowych swobodnie rozpartych i grube kłęby tytuniowego dymu wypuszczająch

z ust prosto w twarze sąsiadów i sąsiadek.

Pośród tego pstrego zebrania grubych lub nic nieznaczących postaci, trzy osoby wyraźnie odznaczały się tak stosunkowo do otoczenia w jakiém się znajdowały wytwornością ubioru, jak zajmującym charakterem fizyonomii. Jedną z nich była kobiéta w popielatéj sukni z niedrogiéj materyi, ale uszytéj bez zarzutu i włożonéj z wdziękiem, w czarnym skromnym kapelusiku, ozdobionym gałązką drobnych białych kwiatów. Mogła miéć lat 25, ale z wyrazu jéj fizyognomii poznać było można, że każdy dzień jéj życia znaczył dla niéj więcéj, jak dla wielu innych ludzi lata mnogie; na wysokiém bladém jéj czole i w wielkich błękitnych oczach leżało zamyślenie, delikatne usta łagodno były i spokojne, ale po bladości ich i pewném zagięciu, znać było przyzwyczajenie do cichego, zamkniętego w sobie cierpienia. Z pod kapelusza wysuwały się grube sploty ciemnopłowych włosów i okrywały białą o pięknych kształtach szyję. Głowę opierała na drobnéj ręce, ociągniętéj ciemną rękawiczką i profilem zwrócona do towarzyszów podróży, wyglądała przez otwarte okno wagonu spokojném i zamyśloném wejrzeniem błękitnych źrenic, ścigając w górze białe obłoki, które przesuwały się pod rozpogodzoném.

majowém niebem. Naprzeciw zamyślonéj kobiéty znajdowało się dwóch mężczyzn w pięknych podróżnych ubraniach, tak nawet pięknych, że aż niestosownych do skromnego miejsca, w jakiém podróżowali. Jeden z nich wyglądał na lat 50 z górą, miał szpakowate włosy, zaokrągloną figurę, pulchną, bardzo starannie utrzymaną rękę i twarz o rumianych okrągłych policzkach, pąsowych ustach, ocienionych bujnym wąsem i szarych niewielkich a ruchliwych oczach. Z pozoru można go było wziąść za właściciela ziemskiego, zasiedziałego trochę na wsi, utuczonego zrazami i obwarzaną kaszą ale jowialnego, dowcipnego, wrodzonym sprytem i wielką otwartością charakteru obdarzonego poczciwca. W ręku trzymał długi cybuch z osadzoną na nim bursztynową fajeczką, na głowie miał szary kapelusz, z pod którego szerokich brzegów widniały gęste, siwiejące brwi i błyszczały ruchliwe, zarazem dobroduszne oczki. Siedzący obok szpakowatego pana mężczyzna stanowił z nim powierzchownością swą zupełny kontrast, - o ile bowiem tamten rumiany był, zaokrąglony i dobroduszny, o tyle ten wydawał się wyżyty i zamknięty w sobie. Wiek jego trudnoby było odgadnąć, bo ściągłe jego policzki pokryte były chorobliwą żółtością i mnóstwo zmarszczek tworzyło się koło ust i oczu, wtedy gdy pomiędzy światłemi, rzadkiémi włosami, wyglądającémi z pod kapelusza nie było jeszcze ani jednego białego, a z za grubych, obwisłych warg widniały dwa rzędy zębów zdrowych i całych a tylko żółtych i nazbyt dużych. Oczy miał wielkie i bardzo wypukłe, uderzające składem białek, które tworzyły pośrodku lekką spiczastość. Na spiczastości téj znajdowały się dwie malutkie, bladawe i zamglone źrenice, nieruchome najczęściéj, a niekiedy tylko z gorączkową niemal szybkością rzucające się w różne strony, jakby pod wpływem obawy albo niespokojnego poszukiwania. Na głowie, mężczyzna z żółtą twarzą i spiczastemi oczami miał takiż kapelusz o szerokich brzegach. Scisła znać znajomość łączyła obu panów, bo zamieniali pomiędzy sobą częste pół-słowa, wymawiane pół-głosem, po których starszy wybuchał rubasznym, jowialnym śmiechem, a młodszy wprawiał w szybki ruch swoje małe omglone źrenice. Po wykwintności ubrania, swobodzie układu, delikatności rąk i złotych kosztownych zegarkach, na jakie spoglądali niekiedy, każdyby się domyślił, że tanie i niepokaźne miejsce w trzeciéj klassie wagonów obrali nie przez potrzebę oszczędności, ale dla dogodzenia fantazyi albo wyłącznego im tylko wiadomego celu.

Kwadrans jeszcze czasu zostawało do odejścia pociągu, z wagonów wychodzili ludzie i znikali w głębi dworca, albo przechadzali się po platformie. Dwaj tylko mężczyźni, szpakowaty i żółto-twarzy nie ruszyli się z miejsc swoich ni razu i nie ruszała się ze swego miejsca zamyślona kobiéta, lubo z tamtymi nie zdawała się miéć nic wspólnego i wcale nie na nich patrzyła, ale na obłoki płynące w górze, albo na świéżą zieleń drzew, otaczających dworzec i kołysanych miłym powiewem nadchodzącego wieczoru.

Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi i do wagonu lekko i zgrabnie wskoczył nowy przybysz. Był nim wysmukły, kształtny młodzieniec, najwięcéj dwudziestotrzyletni. Z podróżną torebką, zawieszoną na popielatym, zgrabnie leżącym paltocie, z odkrytą głową i z czapeczką w ręku. Wskoczył do wagonu, przystanął i pogodnym wesołym wzrokiem wielkich szafirowych oczu, długą ozdobionych rzęsą rozejrzał się w około. Rozejrzał się w około i zatrzymał spojrzenie na zamyślonéj kobiécie i dwóch wykwintnie ubranych panach, w téjże chwili uśmiechnął się, smagła twarz jego zapromieniała młodzieńczą swobodą, a z za warg koralowych, ciemnym osienionych wąsikiem, błysnęły dwa rzędy białych jak śniég zębów. Wydawał się być wtedy wcieleniem młodości świeżéj, nietkniętéj, pełnéj barw i słonecznych połysków. Dwaj panowie zwrócili na niego spojrzenia wtedy jeszcze gdy był na stopniach wagonu. Szpakowaty patrząc nań uśmiechał się dobrodusznie, towarzysz jego wydobywał z kieszeni paltota kosztowną cygarnicę z kości słoniowéj, srebrem inkrustowaną.

Młody człowiek powściągnął uśmiech zadowolenia, jakiego może doświadczył na widok osób, których powierzchowność zdawała się obiecywać miłe towarzystwo i z wielką przyzwoitością, a nawet skromnością ruchów, zbliżył się i umieścił w pobliżu dwóch panów. Nie zaczynał jednak rozmowy, lubo wiadomém było, że miał wielką do tego ochotę, wydobył z torebki książkę, ale jéj nie otworzył, a tylko spoglądał na tytuł i od czasu do czasu przelotne na swych sąsiadów rzucał wejrzenia. Może nieśmiałość powstrzymywała go w rozpoczęciu rozmowy, może téż chiał przyjrzéć się wprzódy czy warto i należy ją rozpoczynać. Uwagi jednak jakie czynił nad powierzchownością i fizyonomią nowych towarzyszy, mogły tylko na ich korzyść przemawiać. Szpakowaty pan z miną pierwotnéj niewinności i z niewysłowioną pogodą oblicza nakładał sobie fajeczkę, a żółto-twarzy podtrzymywał mu cybuch i woreczek z tytoniem z wielką prostotą, a zarazem grzecznością i nawet uszanowaniem. W przeciągu dwóch czy trzech minut raz tylko zamienili pomiędzy sobą znaczące wejrzenia; starszy podniósł swe gęste brwi i głową lekko skinął w stronę nowo-przybyłego mężczyzny, młodszy na ten milczący znak odpowiedział potakującém mrugnięciem powiek i szybkim ruchem warg, który mógł wyrazić i ironię i ukontentowanie zarazem. Niema ta rozmowa trwała zaledwie przez jedno mgnienie oka i umknęła całkiem uwadze pięknego młodzieńca, który w téj właśnie chwili spoglądał na tytuł swéj książki. Skończyło się nakładanie fajeczki i szpakowaty pan z cybuchem w ustach zwrócił się do młodzieńca.

- Szanowny łaskawco, wymówił z odrobiną nieśmiałości, ja do pana po ogień jak do jasnéj świécy, ani ja, ani mój towarzysz nie mamy przy sobie zapałek, a panu z uczu patrzy, że nosisz z sobą sporą dozę ognia!

Przy ostatnich wyrazach rozśmiał się trjowialnie i żartobliwie mrugnął parę razy oczami. Młodzieniec niedał sobie po dwa razy prośby powtarzać, pośpiesznie sięgnął do torebki i wydobył pudełko z zapałkami. Szpakowaty pan zapalił fajkę i w téjże chwili towarzysz jego podał nieznajomemu młodzieńcowi kosztowną swą cygarnicę, w któréj pomiędzy papierosami, od niechcenia zapewne, włożony bawił się sturublowy papierek. Młody człowiek z ukłonem i pięknym swoim uśmiechem przyjął ofiarowany papieros i usiadł zupełnie już obok szpakowatego pana.

- Tak, tak, mówił ten ostatni zwolna wypuszczając z ust błękitne kłęby, u was młodych zawsze ogień się znajdzie, niestanie zapałki, to go sobie z serca wykrzeszecie albo z oczów, co palą jak żużle! a nam starym, to już tylko patrzyć na was i coś rościć i własne młode lata wspominać! oj, tak, tak! młodość to radość, a starość nieradość!

I westchnął sobie podżyły pan i głową pokiwał smutnie.

- Stryjaszek zaczyna melancholizować, ozwał się żółto-twarzy, ale ani pan wierz w to aby się w duszy uważał za starego ... Niech no tylko zobaczy ładną twarzyczkę, a wnet mu się zda, że jeszcze dwudziestu lat pełnych nie przeżył....

- Bredzisz Guciu! zawołał szpakowaty, bierzesz z siebie miarę. Bo to, ciągnął zwracając się do nowego towarzysza, nieuwierzysz pan co to za wietrznik z tego mego synowca! Jemu tylko dawaj jaką zabawę, wesołych kolegów, wojaż, błyszczące oczki.. na koniec świata pójdzie łaskawco za błyszczącemi oczkami... to i mnie chce przed panem dobrodziejem ogadać.. ale to nieprawda! niewierz mu pan! ja człowiek stateczny, a przytém, ha, stary... stary...

I mówiąc to śmiał się i wzdychał i głową kiwał na przemian.

- Stary ale jary, zabrał głos nowo-przybyły, pan dobrodziéj doskonale wyglądasz...

- Szósty krzyżyk, szósty krzyżyk, łaskawco! a kłopoty majątkowe, gospodarstwo, interesa, a familia liczna na karku, dziatki drobne jeszcze, a na mojéj tylko zostające opiece, bo matki panie dobrodzieju nie mają... wdowcem jestem.

I przesunął dłoń po oczach, które zwilgotniały nagle.

Młodzieniec przypatrywał mu się z wielką życzliwością i widoczném zajęciem.

- Pan dobrodziéj jest właścicielem ziemskim, obywatelem? wysunął się nieśmiało z pytaniem.

- A tak łaskawco, mam majątek niedaleko ztąd, nie wielki mająteczek, ale złote jabłko, gleba pszenna, lasu kawał, spory młyn wodny, słowem mąka i łąka, grzyby i ryby...

- I synowczyk w sąsiedztwie, dorzucił żartobliwie pan żółto-twarzy.

- A tak, tak, w sąsiedztwie, zaśmiał się szpakowaty, ale mało z ciebie korzyści wietrzniku, bo jak fruniesz w świat, to tyle ciebie i widział czasem przez całą zimę...

- A zawsze jednak tęsknię do stryjaszka i wracam! wyrzekł synowiec i nawpół wesoło, nawpół z rozrzewnieniem pocałował stryja w ramię.

Nowo-przybyły młodzieniec zdawał się być całkiem już ujętym dla nieznanych towarzyszy, bo patrzył na nich wzrokiem, w którym malowała się młoda poczciwa wiara i ta serdeczna radość, jakiéj doświadcza każde szlachetne serce na widok czegoś, co może pochwalić i uszanować.

- A pan dobrodziéj z jakich stron, czymożna wiedziéć? zapytał po chwili pan szpakowaty. - Pochodzę z guberni A. i tam udaję się teraz do starego ojca, ale jadąc z M. (tu wymienił jedno z większych miast cudzoziemskich), po drodze wstąpiłem do siostry za mężnéj i mieszkającéj o mil kilka od téj stacyi, bawiłem u niéj parę tygodni i dziś dopiéro puszczam się w dalszą podróż!

- A, zapytał - weteran, za kimże to siostra pańska? znam cały powiat, ba, nawet gubernią, może i szwagra pańskiego miałem kiedy zaszczyt spotykać..

Młodzieniec wymienił nazwisko o jakie go pytano.

- Znam, znam! z wybuchem radości zawołał pan szpakowaty, od dziecka znam, na ręku nosiłem! z ojcem jego żyliśmy jak dwaj bracia. No proszę! więc pani N. to siostra pańska! szczególny wypadek! śliczna kobiecina, a dobra choć do rany przyłóż i rozumek nie lada! a jakże godność pańska? bo doprawdy nie pomnę już jak pani N. z domu!

- Władysław R. wyrzekł młodzieniec z ukłonem. Weteran splasnął rękami ze zdziwieniem i najżywszą radością.

- A toż ja z ojcem pana kolegowałem w szkołach! zawołał, żyliśmy z sobą jak dwaj bracia, pamiętam, pamiętam, mój Boże, a teraz już się syna doczekał, takiego ślicznego syna. Kochany Wicuś! wszak Wincenty ma imię? czy tak?

- Nie, panie dobrodzieju, Wacław!

- Wacław, Wacław! poprawił się weteran uderzając się w czoło. Starość nieradość, pamięć chybia, najlepszych przyjaciół imiona wylatują z głowy, ale za to tu, tu zostają; (pulchną dłonią po kilka razy uderzył się w piersi). Kochany Waciek! Waćkiem zwaliśmy go w szkołach! jakie to było poczciwe serce, jaka wielka dusza! co za umysł bystry i obejmujący! celujący w naukach, najsilniejszy w grach, najserdeczniejszy w przyjaźni! takim był twój ojciec młodzieńcze w szkołach, a i potém w téj wielkiéj szkole, która się światem nazywa, takim był! Wiem o tém, że takim był w téj wielkiéj szkole, która się światem nazywa, boć wiele o nim słyszałem! naśladuj twego ojca młodzieńcze, naśladuj twego ojca! to ozdoba obywatelstwa naszego, podpora chwiejącéj się społeczności, wzór dla młodego pokolenia! naśladuj twego ojca młodzieńcze!

Tym razem oczy szanownego weterana zaszły dwiema grubemi łzami, które otarł nieznacznie pulchną dłonią, niby wstydząc się swego rozczulenia.

Młody mężczyzna słuchając pochwał, jakie oddawano jego ojcu, promieniał całą radością i dumą; serdecznym ruchem wyciągnął rękę do szpakowatego pana i wymówił, że bardzo by rad wiedziéć nazwisko dawnego przyjaciela swego ojca. Weteran otworzył mu swe ramiona, powiedział swoję imię i nazwisko, imię swego ojca i imię i nazwisko swéj matki, a bodaj jeszcze i babki i macierzystego dziada, a wymawiając te wszystkie imiona i nazwiska, oczywiście wycałował młodzieńca w oba policzki okryte puchem świeżéj młodości.

- Ale cóż u Boga! zawołał po skończonéj akkoladzie, cóż u Boga porabiasz w M? toż to miasto na drugim końcu świata położone!

- Studiosus sum z uśmiechem odpowiedział młodzieniec, uczęszczam na uniwersytet, na wykład literacki, jeden już tylko rok pozostał mi do ukończenia nauk, a teraz jadę na wakacje, aby nacieszyć się z ukochanym ojcem, posłuchać słowika i odetchnąć powietrzem ukochanych naszych rodzinnych pól i borów...

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.