Pajęcza sieć - Mike Omer

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Two­rząc play­li­stę pio­se­nek do słu­cha­nia pod­czas jog­gingu, Ken­dele nie tra­ciła czasu na zasta­na­wia­nie się: A jeśli przy tym umrę?. Zazwy­czaj takie pyta­nie nie przy­cho­dziło jej do głowy, choć aku­rat tego dnia chyba powinno. Pomy­ślała, że przy Shake It Off Tay­lor Swift miło będzie się truch­tało.

Ta pio­senka towa­rzy­szyła jej, kiedy bie­gła przez park w kie­runku gęstej kępy drzew.

O tak wcze­snej porze park prze­waż­nie był pusty. Nad trawą wisiała lekka mgiełka, okry­wa­jąca ją smut­nym sza­rym cału­nem. Wokół parku cią­gnęła się długa bru­ko­wana ścieżka, zakrę­ca­jąca wokół stawu But­ter­mere i pro­wa­dząca potem do małego zagaj­nika. Wła­śnie tędy Ken­dele bie­gła teraz bla­dym świ­tem, słu­cha­jąc Tay­lor Swift i myśląc o tym, jak rośnie jej klien­tela oraz dochody. Zanim dotarła do sztucz­nego stawu na środku parku, była już zlana potem. Zimny poranny wie­trzyk miło chło­dził jej skórę. Pod­czas biegu spo­glą­dała na spo­kojną ciemną wodę, patrząc, jak odbi­ja­jące się w niej drzewa przy­bie­rają dziwne, zde­for­mo­wane kształty. Była umiar­ko­wa­nie szczę­śliwa. Trak­to­wała szczę­ście tak, jak uczące się cho­dzić dziecko. Zmie­rzała do niego deli­kat­nie, ostroż­nie, nie­pew­nymi kro­kami. Nie chciała, żeby szczę­ście spa­dło na nią znie­nacka. Bo w ten spo­sób można się nara­zić na ból.

A nie chciała, żeby znowu ktoś ją zra­nił.

W swoim nowym życiu naj­bar­dziej lubiła abso­lutną kon­trolę. Kon­tro­lo­wała sie­bie, swoją sytu­ację finan­sową, roz­kład dnia. Kon­tro­lo­wała bez reszty wszyst­kich ludzi, z któ­rymi była bli­sko.

A ich liczbę ogra­ni­czała do nie­zbęd­nego mini­mum.

Zbli­ża­jąc się do stawu, poko­nała zakręt ścieżki i nagle coś eks­plo­do­wało w jej pra­wej skroni. Na chwilę pociem­niało jej w oczach, a gdy znów odzy­skała wzrok, wszystko było roz­myte. Klę­czała z jedną ręką opartą na ziemi, drugą zaś przy­ci­skała do głowy, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się stało.

Tay­lor Swift śpie­wała o hej­te­rach.

Ktoś chwy­cił ją za rękę i wykrę­cił ją za ple­cami. Krzyk­nęła, gdy pode­rwał ją na nogi. Usi­ło­wała obej­rzeć się przez ramię, ale nie mogła obró­cić głowy; świat był nie­wy­raźną plamą. Napast­nik pchnął ją do przodu. Potknęła się i pew­nie by upa­dła, gdyby sto­jący za nią czło­wiek nie przy­trzy­mał jej za wykrę­coną rękę. Odnio­sła wra­że­nie, że chce jej wyrwać ramię ze stawu. Krzyk­nęła z bólu i zaczęła bła­gać, by prze­stał, kim­kol­wiek jest. Pró­bo­wała coś z tego zro­zu­mieć. Kim jest ten czło­wiek? Czego od niej chce?

Uświa­do­miła sobie, dokąd ją pro­wa­dzi, i zaczęła się sza­mo­tać, chciała się wyrwać. Coś ude­rzyło ją w tył głowy - czy­jaś bru­talna dłoń. Poznała, że to dłoń, bo dobrze znała uczu­cie, kiedy ktoś bije. Ale to już ni­gdy nie miało się powtó­rzyć. Nie tutaj.

Jesz­cze dwa kroki i poczuła zimno na nogach. Napast­nik zmu­sił ją, żeby weszła do stawu; jak przez mgłę widziała migo­czącą w poran­nym słońcu powierzch­nię wody. Stop­niowo udało jej się sku­pić wzrok, uświa­do­miła sobie, że w tle na­dal śpiewa Tay­lor Swift i nama­wia ją, żeby się otrzą­snęła.

I nagle kolejny prze­szy­wa­jący ból, ręka wykrę­cona jesz­cze wyżej. Znów krzyk­nęła, oczy zaszły jej łzami. Tam­ten zmu­sił ją, by zgięła się wpół i padła na kolana, tak że chlu­po­cząca woda prze­mo­czyła jej szorty. Beł­ko­tała bła­gal­nie, nie wie­działa, co się dzieje, nie widziała napast­nika, który przy­ci­skał ją coraz moc­niej i moc­niej. Krę­ciło jej się w gło­wie, zbie­rało na mdło­ści, czuła, że lada chwila zemdleje.

A potem ogar­nął ją ziąb. Zaszo­ko­wana, chciała nabrać powie­trza, ale do jej ust i gar­dła wpa­dła tylko zimna woda. Czy­jaś ręka trzy­mała jej głowę pod powierzch­nią. W przy­pły­wie paniki, nie zwa­ża­jąc na ból ramie­nia, sza­mo­tała się, byleby tylko móc ode­tchnąć. Przed oczami tań­czyły jej czarne plamy, błot­ni­sta woda wiro­wała, two­rząc coraz ciem­niej­sze wzory. Dłoń napast­nika nie­ubła­ga­nie wci­skała jej głowę w piasz­czy­ste dno stawu, mokry pia­sek zaty­kał jej nos, ocie­rał się o zęby... a muzyka wciąż grała.

Zapa­dała się w ciem­ność, była otu­ma­niona, jej płuca roz­ry­wał ból. Ostatni odruch pod­po­wia­dał jej, że musi się prze­bić na powierzch­nię, wrzesz­czał na nią, że musi ucie­kać, musi ode­tchnąć.

Nic z tego... Była za słaba, zbyt bez­bronna.

Śled­czy Mit­chell Lon­nie szedł bie­gnącą przez park ścieżką, zmie­rza­jąc na miej­sce zbrodni. Padał deszcz, wła­ści­wie była to tylko lekka mżawka, ale wystar­czyła, by poża­ło­wał, że zosta­wił para­sol w domu. Zgar­bił się i posta­wił koł­nierz kurtki, bo po karku spły­nęły mu zimne kro­ple. Szare niebo dosko­nale kore­spon­do­wało z jego nastro­jem, gdy myślał o minie Pau­line, kiedy powie­dział jej, że dostał wezwa­nie, więc musi odwo­łać ich wspólny lunch. Miała ten swój błysk w oczach, który poja­wiał się, gdy była wście­kła, cho­ciaż wie­działa, że nie powinna się na niego gnie­wać. Ostat­nio pra­wie nie mieli dla sie­bie czasu, więc mimo że ludzie w każ­dej chwili mogą paść ofiarą mor­der­stwa, byłaby im wdzięczna, gdyby nie robili tego w week­endy.

Can­dace, dys­po­zy­torka, prze­ka­zała mu przez tele­fon, że w pobliżu stawu But­ter­mere zna­le­ziono zwłoki. Wresz­cie dostrzegł miej­sce zbrodni - było tam już kilka osób obok ścieżki bie­gną­cej koło kępy drzew. Już wcze­śniej zauwa­żył samo­chód swo­jego part­nera, sto­jący na par­kingu koło radio­wozu, który jako pierw­szy został wysłany do zgło­sze­nia. W sumie to dobrze, że padało. W sło­neczny sierp­niowy week­end park byłby pełny ludzi i musie­liby uże­rać się z tłu­mem gapiów, któ­rzy nie­wąt­pli­wie by się tu zle­cieli. A tak to w parku było pusto i na miej­scu krzą­tało się rap­tem pięć... nie, sześć osób, z któ­rych znał pra­wie wszyst­kie.

Zatrzy­mał się na chwilę, pró­bu­jąc zacho­wać w pamięci tę scenę. Kate i Noel, z patrolu, roz­ma­wiali z mło­dym, wyraź­nie prze­stra­szo­nym nasto­lat­kiem - Laty­no­sem w żół­tym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, z ple­ca­kiem i z mokrym gol­den retrie­ve­rem na smy­czy. Para tech­ni­ków kry­mi­nal­nych, Matt Lowery i Vio­let Todd, kucała obok płyt­kiego dołu. Matt ostroż­nie kopał łopatką, a Vio­let robiła zdję­cia małym apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym. Koło nich stał part­ner Mit­chella, śled­czy Jacob Cooper, w swo­jej kul­to­wej fedo­rze na łysej jak kolano gło­wie i z czar­nym para­so­lem w ręce. Był to bar­czy­sty facet o impo­nu­ją­cej postu­rze, ema­nu­jący wła­dzą. Miał lodo­wato nie­bie­skie, wiecz­nie czujne oczy, któ­rym nic nie umy­kało. Słu­żył w poli­cji od dwu­dzie­stu pię­ciu lat i był jed­nym z naj­by­strzej­szych śled­czych w histo­rii docho­dze­niówki w Glen­more Park.

Mit­chell pod­szedł do Jacoba i podał mu rękę.

- Co tu mamy? - zapy­tał.

- Zwłoki zna­lazł pies tego dzie­ciaka - odparł Jacob, wska­zu­jąc nasto­latka. - Były zako­pane pół metra pod zie­mią. Jak tylko chło­pak zdał sobie sprawę, co to jest, od razu do nas zadzwo­nił.

- I zupeł­nym przy­pad­kiem spa­ce­ro­wał sobie w parku pod­czas desz­czu? - zdzi­wił się Mit­chell.

Jacob wzru­szył ramio­nami.

- Jesz­cze z nim nie gada­łem - odparł.

Mit­chell pod­szedł do grobu. Odko­pano go tylko czę­ściowo, widać było jedy­nie stopy i głowę ofiary, reszta ciała pozo­sta­wała zakryta. Matt, któ­rego ciemny kark poły­ski­wał na desz­czu, powoli usu­wał war­stwę gleby, uwa­ża­jąc, żeby w żaden spo­sób nie uszko­dzić dowo­dów rze­czo­wych. Klę­cząc, wyglą­dał na jesz­cze niż­szego niż zwy­kle. Był jed­nym z naj­niż­szych męż­czyzn, jakich znał Mit­chell, a prze­zwi­sko Krótki praw­do­po­dob­nie od lat sta­no­wiło powód jego nie­usta­ją­cej zgry­zoty.

W powie­trzu uno­sił się smród zgni­li­zny i śmierci; Mit­chell oddy­chał szybko i płytko przez usta. Zwłoki nie były świeże, prze­ciw­nie; na widok poczer­nia­łej, błysz­czą­cej skóry żołą­dek pod­szedł Mit­chellowi do gar­dła. Z tego, co widział, była to kobieta, z maka­brycz­nie wytrzesz­czo­nymi oczami oraz wywa­lo­nym języ­kiem. Jej włosy były po czę­ści ode­rwane od czaszki. Mit­chell cof­nął się o krok i odru­chowo ode­tchnął głę­boko.

- Patrz pod nogi - rzu­cił Matt, nie odwra­ca­jąc się.

Mit­chell rozej­rzał się po ziemi wokół swo­ich stóp. Kilka cen­ty­me­trów od lewego buta ujrzał roz­bryzg żół­ta­wej mazi.

- Co to jest? - spy­tał stłu­mio­nym gło­sem, zasła­nia­jąc usta i nos mokrą koszulą.

- Czę­ściowo stra­wione śnia­da­nie, wkład dzie­ciaka, który zna­lazł zwłoki - wyja­śnił Matt.

Wymio­ciny. To brzmiało logicz­nie. Jakiś metr od plamy rzy­go­win zoba­czył kolejny roz­bryzg.

- To też? - zapy­tał, wska­zu­jąc pal­cem.

- A to już zosta­wił Noel - odparł Matt.

- Jasne - rzu­cił Mit­chell, zasta­na­wia­jąc się, czyby nie wnieść swo­jego wkładu. Pusty żołą­dek wyraź­nie się bun­to­wał.

U jego stóp leżał stos toreb na dowody rze­czowe, zawie­ra­ją­cych głów­nie zie­mię. Obok nich stało kilka pojem­ni­ków, w któ­rych, jak zauwa­żył, peł­zały jakieś owady.

- Jak myślisz, długo ci tu zej­dzie? - spy­tał Mit­chell.

- Bo ja wiem? - mruk­nął Matt. - Odko­pię całe ciało i pobiorę dodat­kowe próbki owa­dów i gleby. Prze­szu­kam naj­bliż­sze oto­cze­nie, ale nie spo­dzie­wam się tu zna­leźć żad­nych dowo­dów. Codzien­nie prze­cho­dzą tędy setki osób, a nie jest to świeża zbrod­nia.

- Potra­fisz okre­ślić, kiedy ją zabito? - spy­tał Mit­chell. - Choćby w przy­bli­że­niu?

- Nie - odparł zwięźle Matt.

- Dobra, w porządku - rzu­cił Mit­chell. Odsu­nął się i dołą­czył do Jacoba, który szedł w stronę Noela i nasto­latka. Noel, z powagą w oczach, ruchem głowy wska­zał chło­pa­kowi obu śled­czych. Był porząd­nym gliną i ni­gdy nie prze­ja­wiał nie­chęci wobec poli­cjan­tów z docho­dze­niówki, co zda­rzało się wielu mun­du­ro­wym patro­lu­ją­cym ulice.

- Jestem śled­czy Jacob Cooper - doko­nał pre­zen­ta­cji Jacob. - A to jest mój part­ner, śled­czy Mit­chell Lon­nie. Jak się nazy­wasz?

- Daniel. Daniel Her­nan­dez - odparł dzie­ciak. Jego jasno­brą­zowa twarz była mokra od desz­czu, czarne włosy lepiły się do głowy. Widząc jego wciąż zaczer­wie­nione oczy, Mit­chell nabrał podej­rzeń, że chło­pak wcze­śniej pła­kał. Jego gol­den retrie­ver leżał ponuro na ziemi, z potar­ganą mokrą sier­ścią i łbem opar­tym na wycią­gnię­tych przed­nich łapach.

- Możesz nam opo­wie­dzieć, jak zna­la­złeś te zwłoki?

- To mój pies je zna­lazł, nie ja - odparł Daniel.

- Czy pod­no­si­łeś tu coś albo cze­goś doty­ka­łeś, zanim zna­la­złeś ciało albo potem? - wypy­ty­wał dalej Jacob, mru­żąc oczy.

- Nie. Zna­czy się... może i cze­goś dotkną­łem, ale na pewno nie ciała. Tak mi się zdaje. A może dotkną­łem go raz, przez przy­pa­dek. Prze­pra­szam. - Chło­pak znów zaczął pła­kać, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

Mit­chell kuc­nął obok i deli­kat­nie dotknął jego ramie­nia. Daniel uniósł głowę i napo­tkał współ­czu­jące spoj­rze­nie śled­czego. Mit­chell zoba­czył, jak chło­pak się odpręża, a jego ramiona opa­dają - uznał, że zna­lazł przy­ja­ciela. Była to tania sztuczka. Obaj śled­czy dosko­nale wie­dzieli, że ludzie odru­chowo nabie­rają do Mit­chella sym­pa­tii. Jacob odgry­wał rolę twar­dego, zasad­ni­czego poli­cjanta, a w sto­sow­nej chwili wkra­czał Mit­chell i zdo­by­wał zaufa­nie. Choć w tym przy­padku raczej nie było to konieczne. Mieli do czy­nie­nia z dzie­cia­kiem, który zna­lazł się w nie­wła­ści­wym miej­scu w nie­wła­ści­wym cza­sie, nic wię­cej.

- Nie martw się, Danielu - powie­dział Mit­chell łagod­nie. - Nie zro­bi­łeś nic złego.

Chło­pak kiw­nął głową, pocią­ga­jąc nosem.

- W jaki spo­sób twój pies zna­lazł te zwłoki? - zapy­tał Mit­chell.

- Ta suka nic tylko węszy za smro­dem. Na kilo­metr wyczuwa, że coś gdzieś gnije czy cuch­nie, i od razu leci tam jak po sznurku. Lubi się tarzać w mar­twych zwie­rza­kach.

- Rozu­miem - mruk­nął Mit­chell, choć na myśl o tym znowu zebrało mu się na mdło­ści. - Czyli je wywą­chała?

- Pew­nie tak - przy­tak­nął Daniel, z iry­ta­cją patrząc na sukę. - Zacią­gnęła mnie tu i zaczęła kopać. Pozwo­li­łem jej kopać... wła­śnie ese­me­so­wa­łem z moją dziew­czyną, więc nie mia­łem nic prze­ciwko temu, żeby tu sobie chwilę postać. Ale potem zoba­czy­łem coś na ziemi. To... to była głowa. Natych­miast zadzwo­ni­łem na poli­cję.

- Miesz­kasz w pobliżu, Danielu? - inda­go­wał dalej Mit­chell.

- Tak. Zna­czy, jakieś pięt­na­ście minut od parku.

- Czę­sto wypro­wa­dzasz tu psa na spa­cer?

- Cza­sami, w week­endy. - Daniel wzru­szył ramio­nami.

- Nawet jeśli pada?

- Pies musi się zała­twić, no nie?

- No dobrze, a więc zna­la­złeś zwłoki i nas zawia­do­mi­łeś. Co robi­łeś potem?

- Nic. Po pro­stu cze­ka­łem. Poli­cja przy­je­chała jakieś dwa­dzie­ścia minut póź­niej.

- A kiedy cze­ka­łeś, zauwa­ży­łeś może coś nie­zwy­kłego?

- Nie.

- Nikt tędy nie prze­cho­dził?

- Nie.

- W porządku. Dzięki, Danielu.

- Mogę już iść?

- Jasne - powie­dział Jacob. - Tylko zostaw nam namiary na sie­bie, na wypa­dek gdy­by­śmy musieli się z tobą skon­tak­to­wać.

Daniel podał im swój adres oraz numer tele­fonu i już chciał odejść, ale Mit­chell rzu­cił:

- Chwi­leczkę.

- O co cho­dzi?

- Daj mi na chwilę swój tele­fon, Danielu.

- Po co?

- Po pro­stu mi go daj.

Daniel z posępną miną podał Mit­chel­lowi komórkę. Śled­czy otwo­rzył biblio­tekę zdjęć i obej­rzał ostat­nie foto­gra­fie. Wes­tchnął. Trzy naj­now­sze to były sel­fie zro­bione przez Daniela, z wyraźną głową zwłok w tle. Mit­chell poka­zał je Jaco­bowi, a ten pokrę­cił głową.

- Danielu, sel­fie ze zwło­kami? Dajże spo­kój - rzekł Jacob.

- Ja tylko chcia­łem...

- Nie - prze­rwał mu Mit­chell. - Nic z tego. - Ska­so­wał zdję­cia.

- Wysła­łeś je komuś? - zapy­tał Jacob.

- Nie.

- Czy aby na pewno? Spraw­dzimy.

- Nie! Nikomu ich nie wysła­łem.

- W porządku. - Mit­chell oddał tele­fon chło­pa­kowi.

- Słu­chaj­cie, a czy wobec tego mogę sobie zro­bić sel­fie z któ­rymś z was? - spy­tał Daniel. - Chcę mieć coś do poka­za­nia kole­gom.

- Jasne - odparł Jacob. - Zrób sobie sel­fie ze śled­czym Lon­niem.

Mit­chell zgro­mił part­nera spoj­rze­niem, ale szczę­śliwy Daniel już się usta­wiał obok niego i stu­kał w ekran komórki. Zarzu­cił poli­cjan­towi rękę na szyję, jakby byli dawno nie­wi­dzia­nymi przy­ja­ciółmi, i zro­bił kilka fotek, zara­zem nama­wia­jąc Mit­chella, żeby sta­rał się wyglą­dać bar­dziej "po poli­cyj­nemu".

W końcu Mit­chell ode­tchnął z ulgą, gdy Daniel odszedł, a jego suka powlo­kła się za nim.

Pod­szedł do Vio­let, która krą­żyła po tere­nie, uważ­nie oglą­da­jąc zie­mię.

- Zna­la­złaś coś cie­ka­wego? - zapy­tał.

- Zużyty kon­dom - odparła, pod­no­sząc głowę i spo­glą­da­jąc mu w oczy. - I dwie butelki po piwie.

Mit­chell zapi­sał sobie w pamięci słowa o kon­do­mie, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę, czy nie doszło tu do zbrodni na tle sek­su­al­nym. Odwró­cił się i jesz­cze raz spoj­rzał na grób.

Matt wciąż tam klę­czał z ponurą miną i cier­pli­wie usu­wał zie­mię ze zwłok. Odwró­cił się do Jacoba.

- Dziwne miej­sce na ukry­cie ciała - orzekł.

- Uhm - przy­tak­nął Jacob. - Tu zwy­kle roi się od ludzi. - Spoj­rzał na coś w oddali; Mit­chell popa­trzył w ślad za jego wzro­kiem. Zbli­żały się trzy osoby: dwaj męż­czyźni z noszami i idąca obok nich kobieta.

- Załóżmy, że zabójca przy­wiózł tutaj zwłoki - rzekł Mit­chell. - Musiałby je prze­nieść kawał drogi do zagaj­nika, wyko­pać dół, wrzu­cić ciało i zako­pać, a wszystko tak, żeby nikt nic nie zauwa­żył.

- I po kiego miałby to robić? - dorzu­cił Jacob. - Jest milion lep­szych miejsc i spo­so­bów na pozby­cie się zwłok.

Tam­tych troje było już cał­kiem bli­sko. Mit­chell roz­po­znał Annie Tur­ner i jej rude włosy, teraz kom­plet­nie mokre.

- Witam panów śled­czych - ode­zwała się Annie, pod­cho­dząc do nich. Była medy­kiem sądo­wym Glen­more Park. Świet­nie się z nią pra­co­wało, bo z całych sił sta­rała się wyja­śniać swoje medyczne usta­le­nia w taki spo­sób, żeby zro­zu­miał ją nawet naj­bar­dziej tępy poli­cjant z docho­dze­niówki.

Była w żół­tym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, bia­łych spodniach i koszuli. Kwa­dra­towe oku­lary, które zawsze nosiła, były tak mokre od desz­czu, że Mit­chell zasta­na­wiał się, czy cokol­wiek przez nie widzi. Zapro­wa­dził ją do grobu. Matt usu­nął już więk­szość ziemi z tuło­wia ofiary. Strzępki cze­goś, co kie­dyś było chyba spor­to­wym sta­ni­kiem, nie­spe­cjal­nie okry­wały roz­kła­da­jące się ciało kobiety. Mimo że Mit­chell słu­żył w poli­cji od dzie­wię­ciu lat, ten widok dzia­łał na niego przy­gnę­bia­jąco; odwró­cił wzrok i spoj­rzał na Annie. Pode­szła do grobu z waha­niem, ostroż­nie sta­wia­jąc drobne kroczki.

- O... witaj, Matt - ode­zwała się.

Tech­nik odchrząk­nął.

- Cześć, Annie - rzu­cił.

Kobieta uklę­kła przy zwło­kach, przy­glą­da­jąc im się uważ­nie.

- Widzę, że już zabez­pie­czy­łeś jej dło­nie toreb­kami - powie­działa cicho.

- N... no tak - bąk­nął Matt. - Chcesz, żebym następ­nym razem zacze­kał na cie­bie? Mogę, abso­lut­nie. Masz rację, powi­nie­nem był pocze­kać...

- Ależ nie, skąd, w porządku. Nie było potrzeby cze­kać. Zro­bi­łeś to, co do cie­bie należy. - Annie wyrzu­ciła to z sie­bie lekko zde­ner­wo­wana.

Mit­chell gapił się na nich ze zdu­mie­niem. Zupeł­nie jakby obser­wo­wał parę nasto­lat­ków zbie­ra­ją­cych się na odwagę, by wysko­czyć z zapro­sze­niem na stud­niówkę. Co z nimi jest nie tak?

- Nie musia­łaś przy­jeż­dżać - rzekł Matt. - No wiesz, prze­cież nie musisz stwier­dzać zgonu tu na miej­scu. Tylko prze­mok­niesz.

- Skąd, żaden pro­blem. Chcia­łam zoba­czyć... zwłoki. - Annie schy­liła się, by dotknąć dłoni ofiary w chwili, gdy Matt usu­wał ze zwłok zie­mię. Ich palce musnęły się i szybko cof­nęli ręce.

- Zaraz koń­czę - wybą­kał Matt.

- Jasne! Dobrze. - Annie wstała i odwró­ciła się do dwóch męż­czyzn, z któ­rymi przy­szła. - Roz­kła­daj­cie nosze. Matt zaraz skoń­czy.

Mit­chell okrą­żył grób i jesz­cze raz obró­cił się do Jacoba.

- Wygląda na to, że miała na sobie strój do bie­ga­nia - powie­dział.

- Pew­nie zro­biła sobie prze­bieżkę - odparł Jacob.

- Pew­nie tak.

- Poszła bie­gać do parku, a zabójca się tu na nią zasa­dził.

- Podej­rze­wam, że to było albo skoro świt, albo póź­nym wie­czo­rem - cią­gnął Mit­chell. - Kiedy w parku jest nie­wielu ludzi.

- A zabiw­szy, pogrze­bał ją na miej­scu - dodał Jacob.

- Otóż to.

Pozo­stali na miej­scu, gdy Annie zabie­rała zwłoki zapa­ko­wane do czar­nego worka. Matt wło­żył do torebki klu­czyk do samo­chodu zna­le­ziony w tyl­nej kie­szeni szor­tów ofiary i zebrał kilka dodat­ko­wych pró­bek. Dwaj śled­czy i dwoje tech­ni­ków kry­mi­nal­nych zakryli miej­sce zbrodni bre­zen­tem. Oprócz bute­lek po piwie i kon­domu w pro­mie­niu pięt­na­stu metrów od grobu zna­leźli jesz­cze stare pióro, nie­do­pa­łek papie­rosa oraz papie­rek po bato­nie.

Przy zwło­kach nie było żad­nego dowodu toż­sa­mo­ści.

Nie mieli powodu śpie­szyć się ze śledz­twem. Zbrod­nia nie była świeża - Annie szybko oce­niła, że popeł­niono ją co naj­mniej przed tygo­dniem - a iden­ty­fi­ka­cja ofiary, by można było zawia­do­mić rodzinę, nastrę­czała sporo trud­no­ści. Krótko mówiąc, nie mieli żad­nego pre­tek­stu do pracy w godzi­nach nad­licz­bo­wych. Komen­dantka szybko poin­for­mo­wała kapi­tana Baileya, że jego wydział może pocze­kać z roz­po­czę­ciem śledz­twa do ponie­działku.

Jak nale­żało się spo­dzie­wać, nikt nie miał nic prze­ciwko temu.

Reszta week­endu minęła bez nie­spo­dzia­nek. Mimo że śled­czy oraz ekipa tech­ni­ków badali pogrze­bane roz­kła­da­jące się zwłoki, nie zamie­rzali dopu­ścić do tego, żeby ten incy­dent popsuł ich plany week­en­dowe.

Jed­nakże śmierć potrafi się sączyć nawet w chwi­lach spo­koj­nej zadumy. Nie prosi o pozwo­le­nie, wdziera się w umy­sły ludzi, zanim zdążą się poła­pać, że ich dopa­dła.

Pod­czas sobot­niej kola­cji Amy, córka Jacoba, popro­siła, żeby podał jej miskę z sałatką. Musiała powta­rzać prośbę trzy­krot­nie; za każ­dym razem ojciec patrzył przez nią na wylot, jakby się stała nie­wi­dzialna. W końcu odchrząk­nął i podał jej sol­niczkę. Amy poro­zu­miała się wzro­kiem z Marissą, żoną Jacoba. Reszta kola­cji upły­nęła im w mil­cze­niu.

Matt jechał wła­śnie auto­stradą, gdy naraz dopa­dło go doj­mu­jące poczu­cie samot­no­ści. Skrę­cił w naj­bliż­szy zjazd, zatrzy­mał się na pobo­czu i z oczu pocie­kły mu łzy. Wyjął tele­fon, zasta­na­wia­jąc się, do kogo by zadzwo­nić. Prze­wi­nął listę kon­tak­tów, ale tylko z jedną z tych osób naprawdę chciałby poroz­ma­wiać. Nie zadzwo­nił jed­nak, tylko wszedł na Twit­tera. Pró­bo­wał wymy­ślić coś zabaw­nego albo głę­bo­kiego, czym mógłby się podzie­lić, a skoro nic mu nie przy­szło do głowy, podał dalej czyjś tweet. Nie wia­domo czemu pod­nio­sło go to na duchu, więc wró­cił na drogę.

Mit­chell i Pau­line leżeli nadzy w łóżku i się cało­wali. Pau­line prze­su­wała ręką z tyłu jego nogi, muska­jąc pal­cami udo, ale on nagle się odsu­nął.

- Co się stało? - spy­tała.

- Nic - odparł. Nie potra­fił wyja­śnić, że jej ciało przy­po­mniało mu nagle ciało ofiary zabój­stwa, które widział wcze­śniej, i strzępki sta­nika, które już nie zakry­wały roz­kła­da­ją­cych się piersi dziew­czyny. Poca­ło­wał ją lekko w usta. Uśmiech­nęła się, ale w jej oczach malo­wała się tro­ska.

Zasnęła, a Mit­chell obej­mo­wał ją od tyłu i nasłu­chu­jąc jej głę­bo­kiego odde­chu, zasta­na­wiał się, czy mar­twa dziew­czyna miała kogoś, kto tęsk­nił za jej cia­łem, jej cie­płem i miło­ścią.

Annie, która widziała znacz­nie wię­cej tru­pów niż pozo­stali, raczej się nie przej­mo­wała. A jed­nak na chwilę, na jedną kró­ciutką chwilę, gdy stała pod prysz­ni­cem, w jej myśli wdarł się widok twa­rzy tam­tej dziew­czyny.

Wyrzu­ciła go z głowy, wyszła spod prysz­nica, ubrała się i poszła do kina.

W ponie­dzia­łek rano prze­pro­wa­dziła sek­cję zwłok zabi­tej kobiety. Zro­biła to bez niczy­jej pomocy, wybie­ra­jąc samot­ność. Pod­czas sek­cji zwłok ofiar mor­der­stwa nie lubiła obec­no­ści asy­sten­tów, choć nie potra­fi­łaby wyja­śnić dla­czego. Skoń­czyw­szy, zadzwo­niła do Jacoba i prze­ka­zała mu, że chce się podzie­lić pew­nymi wnio­skami.

Roz­dział 2

Mit­chell posta­no­wił posma­ro­wać się pod nosem maścią Vapo­Rub, by zama­sko­wać odór zwłok i nie naro­bić sobie wstydu w kost­nicy. Gdy stał przy meta­lo­wym wózku na kół­kach, na któ­rym leżała ich nie­zi­den­ty­fi­ko­wana ofiara, przy­szło mu na myśl, że Vapo­Rub ma za zada­nie roz­sze­rzać prze­wody nosowe, więc może jed­nak nie był to naj­lep­szy pomysł. Smród zbi­jał z nóg, żołą­dek pod­cho­dził mu do gar­dła.

Pró­bo­wał nie zwra­cać uwagi na swoje odczu­cia i sku­pić się na tym, co Annie mówiła do niego i Jacoba. Pod­czas roz­mowy wska­zy­wała na zwłoki; ostre białe świa­tło kost­nicy pod­kre­ślało pozba­wioną koloru skórę trupa.

- Denatka miała około dwu­dzie­stu lat - poin­for­mo­wała Annie. - Biała, rudo­włosa, metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu. Trudno pre­cy­zyj­nie usta­lić wagę, ale była dość szczu­pła. Nie potra­fię podać wam dokład­nego czasu zgonu. Zie­mia w miej­scu pochówku była wil­gotna, a tem­pe­ra­tura w lecie znacz­nie się waha. Matt wydo­był jed­nak kilka larw z jej otwo­rów ciała i z ota­cza­ją­cej ziemi, więc po połu­dniu zasię­gniemy opi­nii sądo­wego ento­mo­loga. Myślę, że wie­czo­rem będę mogła wam podać przy­bli­żony czas zgonu.

- W porządku - rzekł Jacob.

- Kiedy zna­leź­li­śmy zwłoki, żołą­dek i jelita były już w sta­nie płyn­nym, więc nie jestem w sta­nie okre­ślić ich zawar­to­ści. Za to cie­kawe próbki pobra­łam z zatok przy­no­so­wych. - Pode­szła do zasta­wio­nej sło­ikami półki i wzięła jeden, żeby im poka­zać.

- Co to jest? - spy­tał Mit­chell, spo­glą­da­jąc krzywo na nie­wielką grudkę czar­nej sub­stan­cji.

- Jakaś roślina - odparła Annie.

- Wcią­gnęła ją? - zapy­tał Jacob.

- Na to wygląda - przy­znała Annie. - Mogło się tak zda­rzyć z kilku powo­dów, ale naj­bar­dziej praw­do­po­dobne jest uto­nię­cie. Ofiary uto­nię­cia cza­sami wcią­gają wodną roślin­ność, kiedy pró­bują zaczerp­nąć powie­trza. Poza tym w ustach miała cząstki cze­goś nie­pa­su­ją­cego do ziemi, w któ­rej ją pogrze­bano; mam je w tam­tym słoju. - Wska­zała inny pojem­nik. - Nie­wiele nam to jed­nak mówi, skoro mogła się nawdy­chać tych czą­ste­czek, jeśli bie­gała w wietrzny dzień, a w powie­trzu uno­sił się pył. Zba­da­łam też jej szpik kostny i zna­la­złam tam nieco okrze­mek...

- Co to jest? - prze­rwał jej Mit­chell.

- Wła­śnie do tego zmie­rza­łam - rzu­ciła z iry­ta­cją Annie. - Okrzemki to fito­plank­ton, jed­no­ko­mór­kowe glony żyjące w śro­do­wi­sku wod­nym. Kiedy ludzie się topią, wcią­gają do płuc te orga­ni­zmy, które następ­nie odkła­dają się w szpiku kost­nym.

- Ale czy topie­lec nie powi­nien mieć wody w płu­cach? - zapy­tał Mit­chell.

- Nie­ko­niecz­nie - odparła Annie. - Mniej wię­cej pięt­na­ście pro­cent uto­nięć to tak zwane uto­nię­cia suche, czyli takie, kiedy do płuc nie docho­dzi ani kro­pla wody.

- Czyli że jed­nak uto­nęła? - upew­nił się Jacob.

- No... - Annie zawa­hała się. - Test z okrzem­kami nie roz­strzyga tego osta­tecz­nie. Ale wska­zuje, że uto­nię­cie jest praw­do­po­dobne. Jeśli dodamy do tego rośliny zna­le­zione w jej zato­kach przy­no­so­wych, to praw­do­po­do­bień­stwo, że uto­nęła, jest naprawdę wyso­kie.

- Jak wyso­kie?

Annie wzru­szyła ramio­nami.

- Czy ta roślin­ność i pył mogły pocho­dzić z wody w sta­wie w parku?

- Zde­cy­do­wa­nie tak - potwier­dziła Annie.

- Możesz spraw­dzić, czy pasują?

- Chyba tak. Znam eks­perta od tych rze­czy, skon­tak­tuję się z nim.

- No dobrze - rzekł Jacob. - Wiemy, że to dwu­dzie­sto­latka, która praw­do­po­dob­nie uto­nęła. Masz dla nas coś jesz­cze?

- Wysła­łam próbki DNA do labo­ra­to­rium, mają je spraw­dzić w CODIS1 - odparła Annie. - Nie­stety nie zdo­ła­łam pobrać żad­nych odci­sków pal­ców. Ale zna­la­złam ślady kana­ło­wego lecze­nia zęba, na oko dosyć stare. Zapewne z cza­sów dzie­ciń­stwa. Jeśli iden­ty­fi­ka­cja budzi wąt­pli­wo­ści, możemy sko­rzy­stać z danych sto­ma­to­lo­gicz­nych.

Jacob i Mit­chell ski­nęli gło­wami. To się mogło przy­dać, cho­ciaż liczyli na wię­cej.

- Coś jesz­cze? - zapy­tał Mit­chell.

- Myślę, że w dzie­ciń­stwie była mal­tre­to­wana - oświad­czyła Annie.

- Skąd takie przy­pusz­cze­nie? - spy­tał Jacob.

- Widzi­cie? - Annie pode­szła do ściany, na któ­rej wisiało kilka zdjęć rent­ge­now­skich. - Dwa stare zła­ma­nia trze­ciego lewego żebra i dodat­kowo zła­ma­nie czwar­tego. Dwu­krot­nie miała zła­maną lewą rękę, a poza tym kilka zła­mań pal­ców.

- Może brała udział w jakimś wypadku? - pod­su­nął Mit­chell.

Annie pokrę­ciła głową.

- Zła­ma­nia pocho­dzą z róż­nych okre­sów życia. Nie, mamy tu do czy­nie­nia z kimś, komu z jakie­goś powodu wiele razy łamano kości. Cza­sem widuję takie rze­czy u osób upra­wia­ją­cych sporty eks­tre­malne, ale te zła­ma­nia są naprawdę stare, nie­które pocho­dzą z czasu, kiedy miała dzie­sięć, jede­na­ście lat. Co pod­waża teo­rię o spor­tach eks­tre­mal­nych.

- Rozu­miem. - Jacob ski­nął głową.

- Uda się jakoś spraw­dzić, czy przed śmier­cią była napa­sto­wana sek­su­al­nie? - spy­tał Mit­chell.

Annie pokrę­ciła głową.

- Nie można tego usta­lić ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią, ale nie zna­la­złam żad­nych śla­dów potwier­dza­ją­cych taką teo­rię. Jej szorty i bie­li­zna w zasa­dzie były nie­tknięte.

Jacob ski­nął głową.

- Dzięki, Annie.

Ich ofiara zabój­stwa wciąż pozo­sta­wała ano­ni­mowa.

Po powro­cie do pokoju wydziału Mit­chell pod­szedł do szafki na akta. Nie inte­re­so­wało go nic, co było w środku - obec­nie nie­mal wszyst­kie akta mogli obej­rzeć w for­mie cyfro­wej. Szafka peł­niła jed­nak ważną funk­cję sto­jaka pod eks­pres do kawy. Zapa­rzył mocną kawę, nalał do dwóch kub­ków i podał jeden Jaco­bowi, który jak sza­lony stu­kał już w kla­wia­turę kom­pu­tera. Eks­pres do kawy - absur­dal­nie drogi model zaku­piony rok wcze­śniej przez kapi­tana Freda Baileya - był naj­cen­niej­szą wła­sno­ścią jed­nostki. A dla Mit­chella waż­niej­szą nawet niż wszy­scy śled­czy razem wzięci.

Oparł się o biurko Jacoba, jedno z czte­rech w pomiesz­cze­niu. Cała poli­cja Glen­more Park skła­dała się z czte­rech śled­czych i kapi­tana. Kie­dyś mieli też porucz­nika, ale z powodu cięć budże­to­wych komen­dantka posta­no­wiła, że obejdą się bez niego; decy­zja ta wciąż budziła kon­tro­wer­sje i była sze­roko kry­ty­ko­wana.

- Jak skoń­czysz pisać raport, to mi wyślij, wpro­wa­dzę go do sys­temu - powie­dział Mit­chell.

Jacob spoj­rzał na niego z wdzięcz­no­ścią. Jego podej­ście do pro­gramu rapor­tów wewnętrz­nych cecho­wała nie­uf­ność, a wła­ści­wie wręcz go nie­na­wi­dził. Cza­sami przy­po­mi­nał Mit­chel­lowi jego matkę, która regu­lar­nie dzwo­niła do niego ze skar­gami w rodzaju: "Inter­net nie gra pio­senki, którą klik­nę­łam na ekra­nie" albo "Napi­sa­łam mejla, ale kom­pu­ter spra­wił, że znikł, a teraz nie mogę zna­leźć moich zdjęć".

Mit­chell pod­szedł do dwóch tablic wiszą­cych po dru­giej stro­nie pokoju. Uży­wano ich do burzy mózgów i gro­ma­dze­nia infor­ma­cji w naj­waż­niej­szych śledz­twach. Teraz pokry­wały je bazgroły, główne przed­sta­wia­jące kaczki. Starł je wszyst­kie, nie wyłą­cza­jąc kaczek, i napi­sał na górze: "Mor­der­stwo nie­zna­nej kobiety - park But­ter­mere". Potem poszedł do gabi­netu kapi­tana spraw­dzić, czy jest na miej­scu, by mógł go poin­for­mo­wać o postę­pach.

Gabi­net kapi­tana sąsia­do­wał z poko­jem wydziału, oba pomiesz­cze­nia oddzie­lały roz­kle­ko­tane drew­niane drzwi, które lada chwila mogły się roz­le­cieć na dobre, bo kapi­tan w chwi­lach iry­ta­cji z lubo­ścią nimi trza­skał. Mit­chell zapu­kał kil­ka­krot­nie, po czym wró­cił i usiadł do swo­jego kom­pu­tera. Infor­mo­wa­nie kapi­tana Baileya mogło pocze­kać.

Otwo­rzył na kom­pu­te­rze NAMUS2 - Kra­jowy Sys­tem Osób Zagi­nio­nych i Nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych. Szu­ka­jąc zagi­nio­nych kobiet w sta­nie Mas­sa­chu­setts, tra­fił na pięć przy­pad­ków z ostat­niego roku. Dwa doty­czyły osób w wieku czter­dzie­stu sze­ściu i osiem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat. Pomi­nął je i sku­pił się na pozo­sta­łych trzech. Jedną była Afro­ame­ry­kanka, więc ją także skre­ślił. Zosta­wały dwie. Ich ryso­pisy nie zga­dzały się w stu pro­cen­tach z wyglą­dem denatki, ale widy­wał już ryso­pisy krań­cowo róż­niące się od wyglądu osób, któ­rych doty­czyły. Wolał to spraw­dzić oso­bi­ście.

Pod­niósł słu­chawkę tele­fonu, lecz nagle się zawa­hał. Sekundę póź­niej odło­żył ją, wyjął swoją komórkę i zadzwo­nił do Pau­line. Jak zwy­kle nie ode­brała. W pracy rzadko kiedy odbie­rała tele­fon, ale miał nadzieję, że tym razem zrobi wyją­tek. Ostat­nio pra­wie nie mieli dla sie­bie czasu - on był zajęty cały dzień, a ona po pracy cho­dziła na kursy wie­czo­rowe. Bra­ko­wało mu ich roz­mów. Im dłu­żej nad tym myślał, tym bar­dziej zda­wał sobie sprawę, o ile szczę­śliw­szy był pod­czas tych krót­kich minut, które uda­wało im się wykraść. Posta­no­wił bar­dziej się sta­rać, by mieć dla niej jak naj­wię­cej czasu, a przy­naj­mniej żeby czę­ściej móc z nią poroz­ma­wiać.

Po chwili na ekra­nie jego komórki poja­wiła się nie­uchronna wia­do­mość - "Nie mogę teraz roz­ma­wiać, przpr". Ese­me­su­jąc, pra­wie ni­gdy nie skra­cała słów, poza "Prze­pra­szam" i "Dobra­noc", które przy­bie­rały postać "przpr" i "dnoc". Z wes­tchnie­niem scho­wał komórkę do kie­szeni, po czym pod­niósł słu­chawkę służ­bo­wego tele­fonu i wybrał numer pierw­szej zagi­nio­nej kobiety.

W słu­chawce usły­szał kobiecy głos.

- Halo?

- Witam - powie­dział Mit­chell. - Tu śled­czy Lon­nie z poli­cji Glen­more Park. Czy mówię z panią Brody?

- Tak, to ja.

- Dzwo­nię w sprawę pani córki Patri­cii.

- Dla­czego? - spy­tała kobieta. - Czy coś jej się stało?

- O ile wiem, dwa mie­siące temu zgło­siła pani jej zagi­nię­cie. Tak?

- Ow­szem.

- Otóż w spra­wie poja­wiły się pewne oko­licz­no­ści i być może mamy nowe tropy...

- Moja córka wró­ciła dwa dni po tym, jak znik­nęła - prze­rwała mu.

- Aha. - Mit­chell zabęb­nił pal­cami w blat stołu. - Dla­czego nas pani nie zawia­do­miła?

- Nie pomy­śla­ły­śmy o tym.

- Rozu­miem. Kiedy ostat­nio widziała pani córkę?

- Pięt­na­ście minut temu. Poje­chała do swo­jego chło­paka.

- Uhm. No nic, dzię­kuję, pani Brody. Następ­nym razem pro­szę...

- To ten sam chło­pak, z któ­rym ucie­kła ostat­nim razem.

- Tak, rozu­miem. Ale następ­nym razem pro­szę nas zawia­do­mić, gdyby...

- Z niego jest nie­złe ziółko, mówię panu.

- Dzię­kuję pani - powtó­rzył Mit­chell i odło­żył słu­chawkę.

Wybrał drugi numer. I usły­szał opry­skliwy, nie­cier­pliwy głos:

- Mówi Bob Vern.

- Witam pana, tu śled­czy Lon­nie z poli­cji Glen­more Park. O ile wiem, trzy mie­siące temu zagi­nęła pań­ska córka.

Chwila mil­cze­nia.

- Tak?

- Otóż poja­wiły się nowe oko­licz­no­ści i chcemy spraw­dzić, czy mają zwią­zek ze sprawą pań­skiej córki.

- Jakieś tropy? - Teraz głos był cich­szy, naglący. - Wie­cie, gdzie ona jest?

- Chciał­bym panu zadać kilka pytań na temat pań­skiej córki.

- Wal pan.

- W rapor­cie podano, że jej wzrost to...

- Metr sie­dem­dzie­siąt dwa. Ma rude włosy... tak zwany tru­skaw­kowy blond... i zie­lone oczy. I bli­znę z tyłu pra­wego kolana. Wie­cie, gdzie ona jest?

Annie nic nie wspo­mi­nała o bliź­nie, a włosy nie­zna­nej denatki były ciem­no­rude, nawet nie ocie­rały się o blond. Mimo to Mit­chell musiał spy­tać:

- Czy miała kie­dyś lecze­nie kana­łowe zęba?

- Nie.

- Może pan nie pamięta, mogła być wtedy małym dziec­kiem. Ja...

- Jestem den­ty­stą, pro­szę pana. Sam zaj­muję się zębami swo­ich dzieci.

- Rozu­miem.

- Zakła­dam, że w tej sytu­acji te nowe oko­licz­no­ści nic nie wno­szą?

- Przy­kro mi.

- Do tej pory powi­nie­nem się już tego nauczyć - powie­dział Vern z gory­czą. - Kiedy dzwo­ni­cie, nie wolno robić sobie nadziei. A jed­nak to tak działa, za każ­dym razem.

- Naprawdę bar­dzo mi przy­kro, pro­szę pana.

Męż­czy­zna odło­żył słu­chawkę.

- Rejestr osób zagi­nio­nych guzik dał - poin­for­mo­wał Mit­chell part­nera.

- Trudno - odparł Jacob. - Wobec tego musimy pójść śla­dem klu­czyka do samo­chodu.

- Racja - przy­znał Mit­chell. - Gdyby miesz­kała obok parku, nie bra­łaby ze sobą klu­czyka do auta. Praw­do­po­dob­nie zapar­ko­wała gdzieś w pobliżu.

- To dosyć praw­do­po­dobne - rzekł Jacob. - Skoro przy zwło­kach nie było klu­cza do miesz­ka­nia ani zresztą niczego innego, to pew­nie zosta­wiła wszystko w samo­cho­dzie i poszła pobie­gać.

- No dobra - rzu­cił Mit­chell, otwie­ra­jąc w prze­glą­darce mapę mia­sta. - Tu mamy park But­ter­mere. Jeśli zosta­wiła samo­chód od połu­dnia, na Val­ley Vista Road, to z pew­no­ścią na któ­rymś z tych par­kin­gów. - Wska­zał na mapie dwa punkty. - Na Vista Road nie ma innych miejsc, gdzie można zapar­ko­wać.

- Zgoda. - Jacob patrzył nad ramie­niem Mit­chella. - Gdyby zapar­ko­wała po wschod­niej stro­nie parku, to żeby się tu dostać, musia­łaby biec po paskud­nym tere­nie, więc na razie załóżmy, że tam jej auta nie ma. Ale mogła je zosta­wić gdzie­kol­wiek na Fire­stone Drive. To spo­kojna uliczka i jest tam dużo wol­nych miejsc dla samo­cho­dów.

- Gdyby tak zro­biła i jej samo­chód stał tam przez ponad tydzień, mogli go odho­lo­wać.

- Słuszna uwaga - pochwa­lił Jacob. - Zacznijmy od tego.

Wstał i wło­żył kape­lusz.

- A ty dokąd? - zapy­tał Mit­chell.

- Do dro­gówki.

- Dro­gówka mie­ści się w tym budynku - zauwa­żył Mit­chell. - Więc po co ci kape­lusz?

- To mój kape­lusz - burk­nął Jacob, wyraź­nie ura­żony. - Część mojego stroju. Czy ty zaglą­dasz do dro­gówki bez spodni?

- Cza­sami - odparł Mit­chell. - Jeśli zależy mi, żeby mnie potrak­to­wali poważ­nie.

- Dobra, ale na razie nie ścią­gaj por­tek, z łaski swo­jej. Zaraz wra­cam. Na moim kom­pu­te­rze czeka raport, który trzeba prze­słać.

Kiedy Jacob wszedł do pomiesz­czeń dro­gówki, jedyną obecną tam osobą był sier­żant Wal­lace. Jacob znał go od wielu lat. Wstą­pili do poli­cji w tym samym cza­sie, a w aka­de­mii byli na jed­nym roku.

Mimo że pozo­sta­wali w przy­ja­znych sto­sun­kach, w głębi ducha Jacob uwa­żał Wal­lace'a za jed­nego z naj­bar­dziej bez­u­ży­tecz­nych poli­cjan­tów w komen­dzie. W aka­de­mii też był bez­na­dziejny, zawsze o włos od wyrzu­ce­nia, a kiedy już został gli­nia­rzem, na­dal był nie­przy­datny. W cza­sach stu­diów nikt z ich pokoju go nie lubił, bo chra­pał. A każde jego chrap­nię­cie było dłu­gim, stale zmie­nia­ją­cym się bzy­czą­cym dźwię­kiem, to wzno­szą­cym się, to opa­da­ją­cym, i ury­wa­ją­cym się znie­nacka. Wszy­scy w pobliżu się spi­nali, pewni, że oddy­cha­nie Wal­lace'a ustało w końcu na dobre, że wresz­cie zadu­sił się na śmierć. Mijały sekundy - jedna, druga, trze­cia... - i nagle ze skrzy­wio­nych zatok przy­no­so­wych nie­dojdy wyry­wało się kolejne bzy­czące chrap­nię­cie. Tego dźwięku nie dało się igno­ro­wać, nie można było do niego przy­wyk­nąć, a budził ich co noc i nie dawał spać, choć każda sekunda snu była na wagę złota. Rano, gdy Wal­lace się budził, wokół jego łóżka pełno było butów, któ­rymi rzu­cali w niego wku­rzeni współ­lo­ka­to­rzy.

Wal­lace był śred­niego wzro­stu, gru­bawy i opa­lony na brąz. Łysiał, ale w prze­ci­wień­stwie do Jacoba wciąż miał koronę siwych wło­sów ota­cza­jącą łysinę na czubku głowy. Mimo że chra­pał, miał dość sze­roki, wydatny nos, domi­nu­jący w twa­rzy. Zoba­czyw­szy Jacoba, uśmiech­nął się i odchy­lił na krze­śle, na chwilę pre­zen­tu­jąc brzuch.

- Cooper! - zawo­łał. - Co cię spro­wa­dza do naszego skrom­nego wydziału?

- Cześć, Wal­lace - odparł Jacob. - Pró­buję zlo­ka­li­zo­wać samo­chód. Mogli go kie­dyś odho­lo­wać z Fire­stone Drive.

- W porzą­dalu - rzu­cił wesoło Wal­lace. - Masz jego opis albo numery reje­stra­cyjne?

- Nie.

- Wiesz, kiedy go odho­lo­wali?

- W ogóle nie wiem, czy go stam­tąd zabrano - przy­znał Jacob.

- No to może być trudno. - Wal­lace wes­tchnął. - Rozu­miesz, w ciągu ostat­niego roku z Fire­stone Drive odho­lo­wano dzie­siątki samo­cho­dów. W jaki spo­sób poznamy, że to ten, któ­rego szu­kasz?

- Tym ja już się zajmę - odparł Jacob.

- Cho­dzi o to, że gdy­bym miał jakiś dokład­niej­szy opis, zaosz­czę­dził­bym ci czasu.

- Wiem, ale nie mam opisu.

- Ani nawet frag­mentu numeru reje­stra­cyj­nego? Może zauwa­żył go jakiś świa­dek? Ludzie dostrze­gają prze­dziwne rze­czy. Pyta­li­ście miesz­kań­ców, czy widzieli jego numer reje­stra­cyjny?

- Nie, Wal­lace, nie będzie tego numeru.

- Trudna sprawa, co? Nie uła­twiasz nam życia. Kto wie, ile samo­cho­dów odho­lo­wano w ciągu...

- Możesz to spraw­dzić?

- Jasne, jasne. Będzie trudno, ale spraw­dzę. Tylko wiesz... poszłoby nam szyb­ciej, gdy­byś wygrze­bał jakieś szcze­góły. Ale zoba­czymy, co da się zro­bić. - Wal­lace obró­cił się na krze­śle, twa­rzą do kom­pu­tera. - Jak się ma Melissa?

- Marissa - spro­sto­wał z naci­skiem Jacob. - Świet­nie, zna­ko­mi­cie.

- Miło sły­szeć, naprawdę - rzekł Wal­lace, powoli stu­ka­jąc w kla­wia­turę jed­nym pal­cem. Był dwu­krot­nie roz­wie­dziony i uwiel­biał opo­wia­dać każ­demu, kto był gotów go słu­chać, o kosz­ma­rze, jaki prze­cho­dził przy oka­zji roz­wo­dów. - Tra­fiła ci się nie­zła sztuka.

- Dzięki. Też tak sądzę.

- No dobra, w ciągu ostat­niego pół­ro­cza z Fire­stone Drive nie odho­lo­wano żad­nego samo­chodu.

- Ani jed­nego?

- Ani-ani.

Jacob był z sie­bie nie­zwy­kle dumny, bo podzię­ko­wał Wal­lace'owi uprzej­mie. Wró­cił do pokoju, przy­su­nął sobie krze­sło do biurka Mit­chella i usiadł. Zato­piony w myślach Mit­chell gapił się na ekran i nawet na niego nie spoj­rzał.

Przy Mit­chellu Jacob zawsze czuł się tro­chę stary. Młody śled­czy miał trzy­dzie­ści dwa lata, dwa­dzie­ścia cztery mniej niż Jacob. Gdy Jacob awan­so­wał do docho­dze­niówki, jego obecny part­ner uczył się, że kredki są do ryso­wa­nia, a nie do jedze­nia. Poza tym Mit­chell był przy­stojny, co stale powta­rzała Jaco­bowi żona, nasto­let­nia córka i kilku kole­gów z pracy: wysoki, bar­czy­sty, szczu­pły i musku­larny, a do tego opa­lony. W prze­ci­wień­stwie do Jacoba miał też włosy, iry­tu­jąco bujne i gęste.

No i, rzecz jasna, miał oczy typowe dla rodziny Lon­niech - obda­rzone było nimi całe rodzeń­stwo. Zie­lone jak nefryt, o głę­bo­kim spoj­rze­niu, ide­alne. Była w nich mądrość i smu­tek, wyglą­dały jak oczy sta­rego mędrca, który napa­trzył się aż za bar­dzo na ludz­kie nie­go­dzi­wo­ści. Kie­dyś Mit­chell wyznał Jaco­bowi, że to nie przy­pa­dek. Że przy­cina sobie brwi, dzięki czemu ma ten zasmu­cony wyraz twa­rzy. Jacob nie potra­fiłby przy­strzyc sobie brwi, nawet gdyby zale­żało od tego życie jego żony.

Cho­ciaż Jacob wie­lo­krot­nie udo­wod­nił, że ma moc­niej­szą głowę od mło­dego, i to jak - piwa potra­fił wypić trzy razy wię­cej.

Odchrząk­nął.

- W ciągu ostat­niego pół­ro­cza z Fire­stone Drive nie odho­lo­wano żad­nego samo­chodu.

- W porządku. - Mit­chell odwró­cił się do niego. - Wobec tego jedźmy spraw­dzić par­kingi na Val­ley Vista Road.

Wsie­dli do samo­chodu i poje­chali. Ruch był taki, że droga na pierw­szy par­king przy Val­ley Vista Road zajęła im bli­sko pół godziny. Zaczęli spraw­dzać czter­na­ście sto­ją­cych tam samo­cho­dów. Klucz paso­wał do czwar­tego - był to prze­cho­dzony nie­bie­ski che­vro­let cobalt.

Zgod­nie z nume­rem reje­stra­cyj­nym pojazd nale­żał do Ken­dele Byers.

Roz­dział 3

W bagaż­niku samo­chodu Ken­dele Byers znaj­do­wała się mała torebka, w któ­rej Jacob i Mit­chell zna­leźli dwa klu­cze na kółku oraz port­fel zawie­ra­jący pięć­dzie­siąt sie­dem dola­rów, prawo jazdy i kartę kre­dy­tową. Wró­ciw­szy na poste­ru­nek, zdali samo­chód i jego zawar­tość, po czym pod­pi­sali odbiór klu­czy na kółku.

Ken­dele miesz­kała przy Hali­fax Drive 76 - pod tym adre­sem mie­ścił się jedyny w mie­ście par­king dla przy­czep kem­pin­go­wych, o nazwie Hali­fax Gar­dens Mobile Home Park. Co prawda, miesz­kało tam wielu z naj­bar­dziej zubo­ża­łych oby­wa­teli Glen­more Park, ale Hali­fax Drive była czy­stą i cichą uliczką. Przy­czepy kem­pin­gowe - małe beżowe domy - ukry­wały pod­wo­zie i koła za bia­łymi drew­nia­nymi szta­che­tami. Na pierw­szy rzut oka wszyst­kie wyglą­dały tak samo. Takie same ściany, takie same okna i dachy. Ale przy bliż­szym spoj­rze­niu natych­miast ujaw­niały się róż­nice. Jedną ota­czały okrą­głe donice z małymi drzew­kami. W oknach dru­giej wisiały szyte na miarę czer­wone zasłony. Więk­szość miała od frontu maleń­kie podwórka, utrzy­mane w roz­ma­itym sta­nie - od nie­na­gan­nej czy­sto­ści po kosz­marny bała­gan.

Przy­czepa Ken­dele była nie­mal pusta, wyglą­dała, jakby dopiero co ją kupiono i posta­wiono tutaj, tyle że była nieco brud­niej­sza od pozo­sta­łych.

W środku pano­wał zaduch. Mit­chell przy­po­mniał sobie, że kie­dyś tak samo pach­niało w jego miesz­ka­niu, gdy wró­cił z dłu­gich waka­cji. Wnę­trze było zaska­ku­jąco prze­stronne. Otwarta kuch­nia miała barek śnia­da­niowy oddzie­la­jący ją od salonu, wypo­sa­żo­nego w wytartą szarą kanapę, przed którą stał poobi­jany niski sto­lik, a za nim mały tele­wi­zor.

Zlew był na szczę­ście pusty. Mit­chell wszedł raz do domu zagi­nio­nej dwa mie­siące wcze­śniej kobiety. W zle­wie zosta­wiła kilka brud­nych tale­rzy z reszt­kami jedze­nia. Zanim zja­wiła się poli­cja, robaki i muchy obla­zły je tak, że nie dało się na to patrzeć... nie wspo­mi­na­jąc już o zapa­chu.

Na sto­liku stał mały czarny lap­top. Nie był pod­łą­czony do prądu, a gdy Mit­chell spró­bo­wał go uru­cho­mić, ekran nie roz­błysł. Mit­chell zna­lazł pod sto­li­kiem kabel, pod­łą­czył kom­pu­ter, po czym wszedł za Jaco­bem do sypialni.

Wyglą­dało na to, że Ken­dele była dosyć schludna. Ubra­nia wisiały porząd­nie w sza­fie wnę­ko­wej, pod nimi stała odra­pana komoda. Na łóżku leżała czer­wona bluza - Mit­chell domy­ślił się, że Ken­dele wkła­dała ją do spa­nia. Na noc­nym sto­liku zauwa­żył tele­fon. Podob­nie jak lap­top, nie był pod­łą­czony do prądu i jego ekran był ciemny. Na tym samym sto­liku leżała łado­warka. Mit­chell ją pod­łą­czył. Przez chwilę czuł się nie­swojo, jak zawsze, gdy musiał szpe­rać w rze­czach zmar­łego. Jak by się czuła Ken­dele, wie­dząc, że kiedy umrze, dwaj obcy męż­czyźni będą prze­glą­dali jej skromny doby­tek, wści­biali nos w jej sprawy? Nie sądził, żeby jej się to podo­bało.

Jacob spraw­dzał łazienkę. Otwo­rzył małą szafkę nad umy­walką i zaj­rzał do niej.

- Cym­balta - powie­dział. - To anty­de­pre­sant, mam rację?

- Masz - przy­tak­nął Mit­chell.

- Jest tu kilka pude­łek.

Mit­chell zer­k­nął do środka. Mała łazienka nie mogła pomie­ścić dwóch męż­czyzn. Podob­nie jak w całej przy­cze­pie, także tu na wszyst­kim zale­gała war­stwa kurzu i pyłu, ale w ostrym świe­tle jarze­niówki dużo bar­dziej rzu­cała się w oczy. Zauwa­żył mały kosz na pra­nie; na wierz­chu leżały bluzki, spodnie i skar­petki.

Odwró­cił się. Chciał spraw­dzić lap­top i komórkę. Jeśli mieli zna­leźć jakieś cie­kawe infor­ma­cje, to wła­śnie w nich. Upew­nił się, że oba urzą­dze­nia się ładują, a następ­nie prze­szedł do kuchni i meto­dycz­nie prze­szu­kał wszyst­kie szafki i szu­flady. Nie zna­lazł nic war­tego uwagi. Otwo­rzył lodówkę - nie było w niej aż tak źle, jak się spo­dzie­wał. W pojem­niku na dole gniły jakieś warzywa i wyraź­nie śmier­działo zepsutą żyw­no­ścią, ale ta lodówka raczej nie była nie­uży­wana od mie­sięcy. Wziął kar­ton mleka i zer­k­nął na datę przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Minęła przed dwoma tygo­dniami. Kiedy Ken­dele je kupiła? Pięć tygo­dni temu?

Wró­cił do sypialni. Zafra­so­wany Jacob zaglą­dał do otwar­tej szafy.

- Co jest? - spy­tał Mit­chell.

- Spodnie. - Jacob wska­zał pal­cem. - Bluzki, z dłu­gimi i krót­kimi ręka­wami. Kilka spód­nic. Trzy sukienki. Szu­flada ze skar­pet­kami. W dru­giej szu­fla­dzie są sta­niki i dwie pary raj­stop. Na dole stoją buty. Zauwa­ży­łeś coś dziw­nego?

Mit­chell zasko­czył dopiero po kilku sekun­dach.

- Nie ma maj­tek - odparł w końcu.

- Wła­śnie.

Mit­chell pomy­ślał o koszu na pra­nie. Wszedł do łazienki i wyrzu­cił jego zawar­tość na pod­łogę. Tu też nie było maj­tek. Wró­cił do sypialni.

- Dziwne - bąk­nął. - Może w ogóle cho­dziła bez maj­tek.

Jacob pokrę­cił głową.

- Nie - zaprze­czył. - Kiedy ją zna­leź­li­śmy, miała na sobie majtki, tak nam mówiła Annie.

Mit­chell pró­bo­wał to sobie prze­my­śleć. Czyżby ktoś zabrał stąd majtki? Ale w sza­fie nie było pustej półki, a szu­flada ze sta­ni­kami była pełna. Rozej­rzał się po sypialni, szu­ka­jąc innego miej­sca, gdzie można by trzy­mać bie­li­znę.

- Ten tap­czan chyba się otwiera - powie­dział. Pod­szedł i pod­niósł jeden koniec. Cała rama łóżka unio­sła się, odsła­nia­jąc scho­wek. Znaj­do­wało się w nim kilka par wyso­kich butów, kolejne dwie sukienki, trzy torebki oraz dwa wiel­kie pudła. Jedno było zakle­jone taśmą. Dru­gie, otwarte, było do połowy wypeł­nione majt­kami.

- Cie­kawe... - mruk­nął Jacob. Wycią­gnął otwarte pudło z tap­czanu, posta­wił je na pod­ło­dze i przej­rzał zawar­tość. - Tutaj jest ze sto par - oznaj­mił.

Mit­chell też zaj­rzał do pudła. Majtki we wszel­kich moż­li­wych kolo­rach i faso­nach. Figi od bikini, mniej lub bar­dziej skąpe stringi, bok­serki, a nawet kilka par cze­goś, co wyglą­dało na wyjęte z bie­liź­niarki babci. Wycią­gnął dru­gie pudło i roze­rwał pokrywę. Kolejne majtki. Wszyst­kie nowe.

- Komu potrzeba tyle maj­tek, do licha? - zdzi­wił się.

Jacob wzru­szył ramio­nami.

- Może miała jakąś dziwną fobię. Na przy­kład nie nosiła tych samych maj­tek dwa razy.

- Cho­lera wie - mruk­nął Mit­chell. - Ale o czymś takim jesz­cze nie sły­sza­łem.

- Codzien­nie uczymy się cze­goś nowego.

Mit­chell pod­szedł do komórki i ją włą­czył. Cze­kał cier­pli­wie, aż pokaże się ikona sys­temu ope­ra­cyj­nego Android. Z ulgą prze­ko­nał się, że tele­fon nie jest zabez­pie­czony hasłem. Zdzi­wiło go, że nie ma apki z pocztą elek­tro­niczną, to było nie­zwy­kłe. Wszedł w ostat­nie połą­cze­nia. Roz­mowy przy­cho­dzące pocho­dziły czę­ściowo z nie­zna­nych nume­rów, ale był też jeden tele­fon od jakie­goś Leona, kilka razy dzwo­niła Deb­bie i dwa razy Ver­non. Ostat­nie połą­cze­nie wycho­dzące wyko­nano do Deb­bie, cztery i pół tygo­dnia temu. Przej­rzał przy­gnę­bia­jąco krótką listę kon­tak­tów. Ken­dele nie pro­wa­dziła buj­nego życia towa­rzy­skiego.

Zer­k­nął na ese­mesy. Kilka o tre­ści "Zadzwoń" i "Dla­czego nie odbie­rasz, oddzwoń" od Deb­bie. Wia­do­mość z biura podróży z reklamą jakie­goś jeziora i załą­czo­nym obraz­kiem oraz trzy ese­mesy od kogoś ofe­ru­ją­cego pre­nu­me­ratę gazety.

I w końcu wymiana ese­me­sów z Leonem, z dwu­dzie­stego lipca, a więc sprzed czte­rech tygo­dni. Ot, przy­pad­kowe strzępy infor­ma­cji. Ken­dele spy­tała go, jak się czuje, Leon odpi­sał, że lepiej, ona na to, że marzy, żeby szybko się z nim spo­tkać, na co obie­cał, że ma nadzieję zna­leźć kilka dni w okre­sie Bożego Naro­dze­nia. W jed­nym z ese­me­sów nazwał ją "sio­strzyczką".

Ten wątek koń­czył się kil­koma wia­do­mo­ściami, w któ­rych coraz bar­dziej zmar­twiony Leon pytał, dla­czego Ken­dele nie odbiera tele­fonu; w ostat­nim ese­me­sie, sprzed tygo­dnia, gro­ził, że jeśli natych­miast nie odbie­rze, to zadzwoni na poli­cję i zgłosi jej znik­nię­cie. Mit­chell był cie­kaw, dla­czego tego nie zro­bił. Może dla­tego, że wie­dział o jej śmierci, a ese­me­so­wał tylko po to, żeby zapew­nić sobie alibi?

Mit­chell posta­no­wił, że dokład­niej spraw­dzi tele­fon po powro­cie do biura. Wszedł znów do pierw­szego pomiesz­cze­nia, gdzie Jacob prze­szu­ki­wał jedną z szu­flad w kuchni. Mit­chell już wcze­śniej to zro­bił, ale wyglą­dało na to, że poza tym nie ma gdzie szpe­rać.

- Mam wycho­dzącą wia­do­mość z jej tele­fonu z dwu­dzie­stego lipca - powie­dział.

- Faj­nie.

- Wtedy pew­nie jesz­cze żyła.

- Pew­nie tak.

Mit­chell włą­czył lap­top. Po kilku sekun­dach otwo­rzył się sys­tem Win­dows. I tutaj nie było hasła. Zoba­czył ikonkę poczty Thun­der­bird i klik­nął ją dwu­krot­nie.

- O masz! - rzu­cił.

- Co jest? - zain­te­re­so­wał się Jacob.

- Z jej tele­fonu wynika, że miała nie­zbyt pasjo­nu­jące życie towa­rzy­skie, za to jej skrzynka jest pełna przy­cho­dzą­cych mejli. Z dzie­siąt­ków róż­nych adre­sów. - Prze­biegł je wzro­kiem. - Więk­szość z pew­no­ścią od męż­czyzn - dodał.

Spoj­rzał na tematy. Nie­które doty­czyły paczek, które jesz­cze nie doszły, albo infor­mo­wały o zło­że­niu zamó­wie­nia. W kilku tema­tach poja­wiało się słowo "abo­na­ment". Dwa wska­zy­wały na nie­li­chą despe­ra­cję - same wiel­kie litery. Ktoś pytał "GDZIE MOJA PACZKA???", inny zaś bła­gał: "ODPISZ, POTRZE­BUJĘ WIĘ­CEJ!".

- Myślę, że mogła han­dlo­wać pro­chami - oświad­czył Mit­chell, prze­wi­ja­jąc mejle, aż dotarł do ostat­niej odczy­ta­nej wia­do­mo­ści. Pocho­dziła z 20 lipca.

- Dla­czego? - spy­tał Jacob.

- Tematy tych mejli... Zacze­kaj. - Klik­nął na mejl zaty­tu­ło­wany "Dane do zamó­wie­nia".

Wia­do­mość była krótka.

Cześć, pan­ty­Girl, oto szcze­góły zamó­wie­nia:

1. Dwie pary nie­bie­skich strin­gów noszo­nych przez cały dzień.

2. Jedne zwy­kłe majtki noszone w nocy; kolor obo­jętny, zrób mi nie­spo­dziankę.

3. Jedne zwy­kłe majtki, czer­wone, noszone pod­czas bie­ga­nia, co naj­mniej dwu­krot­nie.

Wyślij je na ten sam adres co zawsze, razem z rachun­kiem. Na mój gust to zamó­wie­nie wynie­sie 210 dola­rów, mam rację? Bo ostat­nim razem pła­ci­łem po 40 dola­rów dodat­kowo za każdą prze­bieżkę.

Dzięki i baw się dobrze w week­end!!!

Mit­chell zer­k­nął na Jacoba, który badał okno.

- Nie han­dlo­wała pro­chami - poin­for­mo­wał go. - Sprze­da­wała swoje uży­wane majtki.

Kapi­tan Fred Bailey wcze­śniej zakoń­czył pracę. Miał ode­brać syna z przed­szkola i tym razem za nic nie chciał się spóź­nić. Wolał nie sta­nąć znowu przed wście­kłą przed­szkolanką, nie mówiąc już o roz­cza­ro­wa­niu i smutku syna. Sid uwiel­biał zada­wać pyta­nia w rodzaju: "Dla­czego ode­bra­łeś mnie dopiero wtedy, jak wszy­scy już sobie poszli, a ja pła­ka­łem?" albo "Dla­czego to ja zawsze ostatni idę do domu?". Po takim czymś Fred przez kilka dni nie mógł dojść do sie­bie. Ni­gdy wię­cej.

Wyszedł z gabi­netu do pokoju wydziału, gdzie Jacob i Mit­chell stali przed jedną z tablic. Zatrzy­mał się za nimi i odchrząk­nął. Obaj śled­czy się odwró­cili.

- Cześć, kapi­ta­nie - przy­wi­tał się Jacob.

- Jak się posuwa śledz­two? - spy­tał Bailey.

- Denatka nazy­wała się Ken­dele Byers - odparł Jacob. - Miesz­kała w przy­cze­pie kem­pin­go­wej. Przed godziną stam­tąd wró­ci­li­śmy. Kie­row­nik par­kingu dla przy­czep powie­dział, że wpro­wa­dziła się tam w stycz­niu.

- A gdzie miesz­kała wcze­śniej?

- Tego mu nie zdra­dziła. Twier­dził, że była bar­dzo spo­kojna i zamknięta w sobie. Przez pierw­szy kwar­tał spóź­niała się z mie­sięcz­nym czyn­szem i omal jej nie wyrzu­cił. Aż nagle, w kwiet­niu, zapła­ciła mu za cztery mie­siące z góry.

- Czyli tra­fiła jej się forsa - skwi­to­wał kapi­tan.

- Hm... - mruk­nął Jacob. - Zało­żyła docho­dowy inte­res. Sprze­da­wała w inter­ne­cie swoją uży­waną bie­li­znę.

- Serio? I da się na tym zaro­bić?

- Opie­ra­jąc się na jej wpły­wach na Pay­Pal, które widzie­li­śmy, oce­niamy, że zara­biała prze­cięt­nie jakieś sto pięć­dzie­siąt dola­rów dzien­nie - odparł Mit­chell.

- No, no - rzu­cił kapi­tan. - Jak mawiał mój ojciec, każda zebra w sta­dzie jest inna.

- Co prawda, to prawda - przy­tak­nął Jacob, wska­zu­jąc wydru­ko­waną mapę, którą przy­le­pili do tablicy. - Tutaj zna­leź­li­śmy jej samo­chód. Ostat­nia aktyw­ność w jej tele­fo­nie i poczcie elek­tro­nicz­nej pod­cho­dzi z dwu­dzie­stego lipca.

- Czyli zakła­damy, że potem zgi­nęła - powie­dział Bailey.

- Wła­śnie dzwo­niła Annie z infor­ma­cją, że ona i Matt okre­ślili datę śmierci. Według nich Ken­dele zgi­nęła mię­dzy dzie­więt­na­stym a dwu­dzie­stym dru­gim.

- Zga­dza się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki