Pajączek z Betlejem
Pajączek Leon, którego pajęczyna wisiała tuż nad betlejemskim żłóbkiem, w końcu opowiada, jak to naprawdę było z tym Bożym Narodzeniem
Pajączek Leon mieszkał w stajence betlejemskiej, odkąd pamiętał. Jego pajęczyna znajdowała się na najwyższej belce.
Było mu tam dobrze, bo miał z góry doskonały widok. Co wieczór schodził na dół, aby przespacerować się wokół stajenki i zaczerpnąć świeżego powietrza.
Często patrzył wtedy w niebo. Znał je bardzo dobrze, bo nieraz próbował policzyć gwiazdy. Oczywiście nigdy mu się to nie udało.
Nie dlatego, że liczba światełek na sklepieniu niebieskim wydawała mu się nieskończona, ale dlatego, że umiał liczyć tylko do stu czterdziestu siedmiu.
Niby niewiele, ale do zabawy w liczenie wystarczyło.
Tego wieczoru niebo wyglądało inaczej niż zwykle. Gdy Pajączek Leon skierował wzrok ku górze, aby znów pobawić się w liczenie, zobaczył coś zupełnie nowego.
Nad jego głową świeciła przepiękna Gwiazda. Zdecydowanie nie widział jej nigdy wcześniej.
Była większa niż pozostałe, a do tego miała ogon. Taki jak u psa, tylko trochę szerszy, no i - rzecz jasna - dużo jaśniejszy.
Ten widok bardzo się spodobał Pajączkowi. Był totalnie zauroczony niecodziennym zjawiskiem na betlejemskim niebie.
- To musi być Gwiazda, która spełnia życzenia - powiedział z całkowitą pewnością.
Nie tracąc czasu, zamknął oczy i wypowiedział na głos swoje pierwsze marzenie:
- Chciałbym mieć żonę.
Życzenie zostało przedstawione tak zrozumiale, że nie mogło być mowy o nieporozumieniu.