Pageboy. Autobiografia - Elliot Page

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

PAULA

Paulę po­zna­łem, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia lat. Sie­działa na ka­na­pie u na­szej przy­ja­ciółki, ja­dła mig­dały, przy­ci­ska­jąc ko­lana do piersi, i przed­sta­wiła się:

- Je­stem Paula.

Jej głos ema­no­wał cie­płem, życz­li­wo­ścią. Nie cho­dziło o to, że jej oczy za­lśniły, ale o to, że cię od­na­la­zły. Czu­łem, że pa­trzy.

Wy­bra­li­śmy się do Re­flec­tions. To był pierw­szy raz, gdy po­sze­dłem do baru dla ge­jów, i miał się oka­zać ostat­nim na długi czas. Ni­gdy nie szło mi we flir­cie. Flir­to­wa­łem, kiedy nie chcia­łem, a kiedy chcia­łem, ro­biło się dziw­nie. Sta­li­śmy bli­sko sie­bie, ale nie za bli­sko. Po­wie­trze było tak gę­ste, że mo­głem w nim za­nur­ko­wać.

Tego lata po­pły­nę­li­śmy łódką zna­jo­mego na nie­za­miesz­kaną wy­spę i roz­bi­li­śmy obóz. Usa­do­wieni wo­kół ogni­ska bra­li­śmy grzyby i pie­kli­śmy ło­so­sia za­wi­nię­tego w fo­lię alu­mi­niową. Gwiazdy pul­so­wały, roz­cią­gały się, jakby two­rzyły całe zda­nia. Po grzy­bach za­wsze pła­ka­łem, ale ona je uwiel­biała; w końcu moje nie­spo­kojne łzy za­mie­niły się w ra­dość. Za­zdro­ści­łem jej pew­no­ści sie­bie. Tań­czy­li­śmy na plaży. Na zmianę gra­li­śmy na gi­ta­rze gów­niane co­very.

Aku­rat wró­ci­łem z mie­sięcz­nej po­dróży po Eu­ro­pie z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa Mar­kiem. Za­czę­li­śmy w Pra­dze i po­je­cha­li­śmy po­cią­giem do Wied­nia, Bu­da­pesztu, Bel­gradu i Bu­ka­resztu. Miesz­ka­li­śmy w ho­ste­lach z wy­jąt­kiem jed­nego dnia w Bu­ka­resz­cie, kiedy Mark był tak chory, że wy­na­ję­li­śmy po­kój z kli­ma­ty­za­cją. Ku­pi­łem w spo­żyw­czaku po­je­dyn­czo pa­ko­wane pla­stry sera i wło­ży­łem je do ma­łej za­mra­żarki mi­ni­lo­dówki w po­koju ho­te­lo­wym. Kiedy się mro­ziły, po­ło­ży­łem Mar­kowi na karku i wzdłuż krę­go­słupa wil­gotne szmatki. Póź­niej po­roz­kła­da­łem na to za­mro­żone pla­stry sera; wy­da­wało się, że to tro­chę po­mo­gło. W po­koju było ja­cuzzi, więc sie­dzie­li­śmy w nim bez wody i prze­rzu­ca­li­śmy ka­nały te­le­wi­zyjne, aż tra­fi­li­śmy na por­nosa, któ­rego ak­cja rów­nież miała miej­sce w ja­cuzzi. Mark zjadł ser.

Działo się to przed erą smart­fo­nów. Ogar­nia­nie po­cią­gów, ho­steli, lu­dzi, wszystko z jed­nym be­de­ke­rem. Z ka­fe­jek in­ter­ne­to­wych wy­sy­ła­li­śmy wia­do­mo­ści do domu. "Hej, ży­jemy". Sła­łem mejle do Pauli, tę­sk­niąc za nią. My­śla­łem o niej bez prze­rwy - kiedy je­cha­li­śmy przez Au­strię i ga­pi­łem się na mo­rze sło­necz­ni­ków; kiedy pi­łem piwo ja­go­dowe w piw­nicy w Bel­gra­dzie, z pur­pu­ro­wymi ustami i he­li­kop­te­rem w gło­wie, ta­kim sa­mym, jak wtedy, gdy ca­ło­wa­li­śmy się po raz ostatni, a za­ra­zem pierw­szy; w dwu­na­sto­go­dzin­nej po­dróży z Bel­gradu do Bu­ka­resztu pod­czas jed­nej z naj­gor­szych fali upa­łów od dzie­się­cio­leci. Le­że­li­śmy z Mar­kiem obok sie­bie na tej sa­mej ku­szetce, przy otwar­tym oknie, z gło­wami tak bli­sko niego, jak tylko się dało. Nie było kli­ma­ty­za­cji, nie mie­li­śmy wody. Słu­cha­li­śmy Cat Po­wer przez jedne słu­chawki i po­pi­ja­li­śmy ab­synt. Czy słu­chasz tego wła­śnie te­raz? Płyty, którą ci na­gra­łem? za­sta­na­wia­łem się, pra­wie wy­po­wia­da­jąc te słowa na głos. Ob­ser­wo­wa­łem mi­ja­jącą noc, serb­ski kra­jo­braz, wiej­ski, nie­ru­chomy, z rzad­kimi, ulot­nymi świa­tłami. My­śla­łem o Pauli.

Ten czas w Re­flec­tions oka­zał się dla mnie czymś no­wym, prze­by­wa­nie w qu­eero­wej prze­strzeni i by­cie obec­nym, czer­pa­nie z tego ra­do­ści. Wstyd wwier­cił się w moje ko­ści w od­le­głych cza­sach i wal­czy­łem, żeby oczy­ścić ciało z tego sta­rego, tok­sycz­nego i ero­zyj­nego szpiku. W sali pa­no­wało szczę­ście, pod­no­siło mnie na du­chu, wy­mu­siło na szczęce re­ak­cję, bez­wiedny, pewny uśmiech. Ta­niec, pot spły­wa­jący po ple­cach i klatce pier­sio­wej. Pa­trzy­łem, jak włosy Pauli skrę­cają się i pod­ska­kują, gdy po­ru­sza się bez wy­siłku, cha­otycz­nie, ale z kon­trolą, zmy­słowa i silna. Przy­ła­pa­łem ją na tym, że na mnie spo­gląda. A może na od­wrót? Chcie­li­śmy dać się przy­ła­pać. Je­leń w świe­tle re­flek­to­rów. Za­sko­czeni, ale wpa­trzeni.

- Mogę cię po­ca­ło­wać? - za­py­ta­łem, wstrzą­śnięty wła­sną śmia­ło­ścią, która po­ja­wiła się jakby zni­kąd, być może na­krę­cona mu­zyką elek­tro­niczną, ob­wód wy­zwo­le­nia, żą­da­nie, żeby zo­sta­wić ha­mulce za drzwiami.

A po­tem to zro­bi­łem. W qu­eero­wym ba­rze. Na oczach wszyst­kich. Za­czy­na­łem ro­zu­mieć, o czym są te wszyst­kie wier­sze, o co tyle za­mie­sza­nia. Wcze­śniej wszystko wy­da­wało się zimne, nie­ru­chome, po­zba­wione emo­cji. Żadna ko­bieta, którą ko­cha­łem, nie od­wza­jem­niała mo­ich uczuć, a ta, która być może ko­chała, ko­chała mnie w nie­wła­ściwy spo­sób.

A te­raz pro­szę, ja na par­kie­cie z ko­bietą, która chciała mnie po­ca­ło­wać. Swar­liwy, okrutny głos, który do­tych­czas za­le­wał mi głowę, ile­kroć czu­łem po­żą­da­nie, umilkł. Może przez se­kundę mo­głem po­zwo­lić so­bie na przy­jem­ność. Po­chy­li­li­śmy się, tak że na­sze usta się mu­snęły, czubki ję­zy­ków le­dwo się ze­tknęły, sma­ku­jąc się, wy­sy­ła­jąc elek­trow­strząsy do koń­czyn. Wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie, ci­che za­zna­wa­nie.

Sta­łem nad prze­pa­ścią. Zbli­ży­łem się do swo­ich pra­gnień, ma­rzeń, ja, bez nie­zno­śnego cię­żaru wstrętu do sa­mego sie­bie, który no­si­łem w so­bie od tak dawna. Ale wiele może się zmie­nić w ciągu kilku mie­sięcy. A za kilka mie­sięcy pre­mierę miał film Juno.

2

ZA­KŁADY O SEK­SU­AL­NOŚĆ

ZA­KŁADY O SEK­SU­AL­NOŚĆ EL­LEN PAGE - prze­czy­ta­łem na­głó­wek i z twa­rzy od­pły­nęła mi krew. Ar­ty­kuł Mi­cha­ela Mu­sto w "Vil­lage Vo­ice" po­ja­wił się w cza­sie naj­więk­szych trium­fów Juno. Prze­le­cia­łem wzro­kiem resztę tek­stu. Wśród spe­ku­la­cji na te­mat sek­su­al­no­ści dwu­dzie­sto­latki Mi­chael na­pi­sał: "Cho­dzi mi o to, no ej, czy ona jest??? No wie­cie, Li­banką! Z pew­no­ścią ubiera się jak chłop­czyca. [...] Złóżmy do kupy les­bo­ka­wałki. Czy Juno jest... no wie­cie!".

Z dnia na dzień zna­la­złem się w cen­trum uwagi. Gdy do­ra­sta­łem w Ka­na­dzie, wiele razy na­zy­wano mnie lesbą. W li­ceum znę­ca­nie się na­brało no­wej ja­ko­ści, od drob­nych żar­tów ze strony po­pu­lar­nych dziew­czyn po dość okropne po­pisy, gdy zmu­szono mnie do wej­ścia do mę­skiej ła­zienki. Już w środku, z noz­drzami zmarsz­czo­nymi od ob­cego, pi­su­aro­wego smrodu, od­cze­ka­łem chwilę, na­słu­chu­jąc, czy ich ra­dość wy­pa­ruje, zła­god­nieje wraz z od­le­gło­ścią - po czym wy­sze­dłem i sta­ną­łem twa­rzą w twarz z su­ro­wym na­uczy­cie­lem an­giel­skiego: "Na­tych­miast do ga­bi­netu!". Prze­pro­si­łem. Nie po­wie­dzia­łem, że zo­sta­łem we­pchnięty.

Nie­długo przed tym, jak na­si­liło się znę­ca­nie, na czas tur­nieju piłki noż­nej za­kwa­te­ro­wano mnie z dziew­czyną o imie­niu Fiona w aka­de­miku Uni­wer­sy­tetu St. Fran­cis Xa­vier. Sa­int FX znaj­duje się w An­ti­go­nish, mie­ście na pół­nocno-za­chod­nim krańcu No­wej Szko­cji, rzut be­re­tem od Cape Bre­ton. Jest go­spo­da­rzem naj­star­szych ist­nie­ją­cych za­wo­dów Hi­gh­land Ga­mes poza Szko­cją. Ka­na­dyj­ska Nowa Szko­cja to po ła­ci­nie Nova Sco­tia, ale tam­tej­sze zie­mie pier­wot­nie no­siły na­zwę Mi'kma'ki. Mik­ma­ko­wie miesz­kają tu od po­nad dzie­się­ciu ty­sięcy lat.

Wciąż pa­mię­tam śmiech Fiony. Sły­szę go po­nad wszel­kimi in­nymi dźwię­kami, przez wszyst­kie szumy, jak świ­druje moje uszy, puch­nie we mnie. Chcia­łem być bli­sko niej, chcia­łem, żeby mnie chciała. By­łem po­moc­ni­kiem bocz­nym; szyb­kim, ma­łym, ale zwin­nym. Ona grała w de­fen­sy­wie, była ostat­nią li­nią obrony na­szej dru­żyny i współ­ka­pi­tanką z po­moc­niczką środ­kową. Była uro­dzoną przy­wód­czy­nią, wład­czą, ale miłą. Kryła nas. Uwiel­bia­łem pa­trzeć, jak ko­pie piłkę - płyn­nie, z mocą i pew­no­ścią sie­bie, któ­rej jej za­zdro­ści­łem. Pod­ko­chi­wa­łem się w niej.

Le­że­li­śmy na twar­dych łóż­kach po prze­ciw­le­głych stro­nach po­koju, ściany wy­ło­żono ciemną ta­nią bo­aze­rią. Spoj­rza­łem na su­fit i głę­boko wcią­gną­łem po­wie­trze. Za­trzy­mać dla sie­bie czy wy­pu­ścić? Wra­że­nie było nad­przy­ro­dzone, jak­bym pod­glą­dał po­ten­cjalną przy­szłość.

- My­ślę, że mogę być bi­sek­su­alna.

Po­wie­dzia­łem to po­zor­nie od czapy, ni­gdy ni­komu nie mó­wi­łem cze­goś ta­kiego.

- Wcale że nie - od­parła na­tych­miast, nie­malże od­ru­chowo, po czym za­chi­cho­tała.

Tym ra­zem jej śmiech był ostry i przej­mu­jący. Mimo to chcia­łem się śmiać z nią. W końcu by­cie qu­eer jest za­bawne i wy­cze­sane, no nie? Po sło­wie "ho­mo­sek­su­alizm" wy­po­wie­dzia­nym zwy­czaj­nie na za­ję­ciach z edu­ka­cji zdro­wot­nej na­stą­pi­łaby ka­ko­fo­nia chi­cho­tów. Wszyst­kie sit­comy, które oglą­da­łem po po­wro­cie ze szkoły, tylko to po­twier­dzały. Ile­kroć ktoś darł ze mnie ła­cha lub gdy sam to ro­bi­łem, żart przy­wie­rał; gówno na po­de­szwie mo­jego buta. Re­flek­tor oświe­tla­jący scenę od prawa do lewa. Ste­po­wał­bym wo­kół niego. Jak mo­kry pies pró­bo­wał­bym się otrze­pać, strzą­snąć to.

Nie pa­mię­tam, co zo­stało po­wie­dziane póź­niej, tylko echo śmie­chu i twardą po­wierzch­nię sztyw­nego łóżka.

Nie mo­głem spać, wy­mkną­łem się więc w oko­li­cach pią­tej rano na flu­ore­scen­cyjny ko­ry­tarz. Usia­dłem na pod­ło­dze, żeby po­czy­tać. Kurt Von­ne­gut był pierw­szym pi­sa­rzem, któ­rego na­prawdę po­lu­bi­łem, gra­jąc na no­sie wie­cie komu. Czy­ta­łem Matkę noc, po­wieść o mo­ral­nej nie­jed­no­znacz­no­ści. "Je­ste­śmy tym, kogo uda­jemy, i dla­tego mu­simy bar­dzo uwa­żać, kogo uda­jemy"[1]. Sie­dząc sa­mot­nie w ko­ry­ta­rzu, prze­żu­wa­łem te słowa. Wstyd swoją stałą falą prze­le­wał się w moim ciele. Coś prze­śli­zgnęło mi się mię­dzy pal­cami. Nie pró­bo­wa­łem tego ła­pać. Cze­ka­łem, aż wzej­dzie słońce.

Je­dli­śmy wszy­scy śnia­da­nie w czę­ści wspól­nej. Były baj­gle z sieci Tima Hor­tona i duża torba po­ma­rań­czy przy­nie­siona przez któ­re­goś z ro­dzi­ców. Do­ro­śli przy­glą­dali się nam, po­pi­ja­jąc kawę. Ja­dłem w mil­cze­niu. Nie wie­dzia­łem, jak spoj­rzeć Fio­nie w oczy, i uzna­łem, że naj­le­piej bę­dzie tego nie ro­bić. Chwy­ci­łem ochra­nia­cze na go­le­nie, po­sta­no­wi­łem do­trzeć wcze­śniej na bo­isko i roz­grzać się przed me­czem.

- Lesba.

Słowo mnie spo­licz­ko­wało, wy­po­wie­dziane zza tego sza­tań­skiego uśmieszku, który tak do­brze po­znam. Jakby się cheł­piła: "Ha, nie je­stem taka jak ty". Po­wie­działa je po­pu­larna przy­ja­ciółka Fiony. I to za­kłuło. Jed­no­ra­zowy ból, le­d­wie słowo, ale tak na­prawdę zo­staje na za­wsze.

Po­tem sy­tu­acja się zmie­niła. Coś się ze­rwało. Wy­czu­wa­łem szepty, zmianę ener­gii, spe­ku­la­cje. Może to było do­bre? Ten chwie­jący się ząb na­le­żało wy­rwać.

Kilka mie­sięcy póź­niej wraz z oj­cem od­wie­dzi­li­śmy moją bab­cię w Loc­ke­port, ma­łej wio­sce ry­bac­kiej, gdzie miesz­kało nieco po­nad pięć­set osób, po­ło­żo­nej na po­łu­dnio­wym wy­brzeżu pro­win­cji. W por­cie ło­dzie ry­bac­kie cią­gnęły się wzdłuż dłu­giego molo, ko­lo­rowe jak lampki cho­in­kowe. Zu­żyta żółć, wy­bla­kła czer­wień, różne od­cie­nie błę­kitu. Pocz­tówka z No­wej Szko­cji.

Kiedy by­łem dziec­kiem, oj­ciec za­bie­rał mnie do Loc­ke­port pierw­szego lipca, w święto zwane Dniem Ka­nady. Po­my­śl­cie o czwar­tym lipca, ale z mniej­szą nie­za­leż­no­ścią od Ko­rony, coś bar­dziej jak "uro­dziny Ka­nady". Jako białe dziecko do­ra­sta­jące w No­wej Szko­cji nie mia­łem po­ję­cia o na­szej hi­sto­rii. Nie uczono mnie tego, roz­mia­rów na­szego lu­do­bój­czego dzie­dzic­twa, sys­te­mo­wego ra­si­zmu, se­gre­ga­cji.

My­śla­łem, że w Dniu Ka­nady cho­dzi o fa­jer­werki, pa­radę, kru­che cia­sto z tru­skaw­kami w pod­zie­miach ko­ścioła i moje ulu­bione wy­da­rze­nie tego dnia: "śli­ski słup". Na końcu molo przy­mo­co­wuje się długą cienką kłodę, tak żeby wy­sta­wała w port i zni­żała się ku wo­dzie. W twarde drewno wciera się sma­lec, żeby było śli­skie. Na da­le­kim końcu, tuż nad ta­flą oce­anu, znaj­dują się bank­noty przy­mo­co­wane ka­wał­kami smalcu, i to o nie wal­czą kon­ku­renci. Tak na­prawdę są tylko dwie stra­te­gie. Jedna: na brzu­chu, po­woli, mały ślizg do przodu, po­tem ko­lejny. To zwy­kle koń­czy się nie­po­wo­dze­niem.

Klu­czem do suk­cesu wy­daje się ślizg tak szybki, jak to moż­liwe, i zgar­nię­cie tyle pie­nię­dzy, ile się da. To wiąże się jed­nak z nie­unik­nioną po­dróżą w kie­runku mroź­nego Atlan­tyku. Wy­pły­nąw­szy na po­wierzch­nię, czło­wiek zbiera od­kle­jone bank­noty i stara się igno­ro­wać szok ter­miczny. Nad głową krążą mewy, które raz po raz nur­kują za uno­szą­cym się na wo­dzie tłusz­czem. Nie, ni­gdy tego nie pró­bo­wa­łem.

Bab­cia na­dal miesz­kała w domu, w któ­rym do­ra­stał mój oj­ciec. Nie­wielki, pię­trowy, z trzema sy­pial­niami i bia­łym saj­din­giem. Za do­mem roz­cią­gał się las, nie­koń­czący się las. Po dru­giej stro­nie ulicy znaj­do­wał się sklep wie­lo­bran­żowy mo­jego dziadka, Page's Store. Na­dal działa, cho­ciaż nie je­stem pe­wien, jak się te­raz na­zywa. Do­dali dys­try­bu­tor pa­liwa.

Sy­pial­nie na pię­trze były po­łą­czone gar­de­robą, którą prze­cho­dziło się z jed­nego po­koju do dru­giego. Jako dziecko ucie­ka­łem tam, wska­ku­jąc do wy­ima­gi­no­wa­nego wy­miaru przez drzwi tak małe, jakby za­pro­jek­to­wano je dla mnie. Po­cią­ga­łem łań­cu­szek przy go­łej ża­rówce, oświe­tla­jąc cały asor­ty­ment skar­bów. Wszystko wy­glą­dało bar­dzo fil­mowo. Prze­glą­da­łem pu­dełka z na­bo­jami, lu­stro­wa­łem je z przy­mknię­tymi oczami jak ju­bi­ler, za­fa­scy­no­wany tym, że coś tak ma­leń­kiego może za­bić je­le­nie, które wi­dy­wa­łem prze­bie­ga­jące przez las. Ich sto­ic­kie ciała ko­ły­szą się, po­zor­nie zbyt wspa­niałe, by paść od tak ma­łej rze­czy.

- Den­nis, co zro­bisz, je­śli El­len okaże się lesbą? - za­py­tała bab­cia mo­jego ojca, gdy sie­dzie­li­śmy na jej oszklo­nej we­ran­dzie. Jej głos miał ten sam ostry ton, któ­rego uży­wała, kiedy mó­wiła ra­si­stow­skie rze­czy. Jak na iro­nię ro­dem z pio­senki Ala­nis Mo­ris­sette, była to ta sama bab­cia, która dała mi niedź­wie­dzia z tę­czo­wymi ła­pami i uszami, kiedy się uro­dzi­łem.

Mia­łem wtedy szes­na­ście lat i nie­dawno ogo­li­łem głowę na po­trzeby filmu. Grali To­ronto Blue Jays - bejs­bol był jej ulu­bio­nym spor­tem, Blue Jays uko­chaną dru­żyną. A może Red Soxs z Bo­stonu? To był je­den z ostat­nich mo­men­tów, kiedy wi­dzia­łem bab­cię przed jej śmier­cią. Cie­kawe, co by te­raz po­my­ślała o swoim wnuku, gdyby na­dal żyła? Wąt­pię, czy po­now­nie wy­bra­łaby tę­czę. Nie­któ­rzy jed­nak się zmie­niają.

Suk­ces Juno zbiegł się z wy­mo­giem, który ja­sno po­sta­wili przede mną lu­dzie z branży, że nikt nie może się do­wie­dzieć, że je­stem qu­eer. Że to nie by­łoby dla mnie do­bre, że po­wi­nie­nem mieć wy­bór, ufać, że tak bę­dzie naj­le­piej. No­si­łem więc su­kienki i ma­ki­jaż. Bra­łem udział w se­sjach zdję­cio­wych. Ukry­wa­łem Paulę. Wal­czy­łem z de­pre­sją i mia­łem ataki pa­niki tak silne, że za­pa­da­łem się w so­bie. Le­dwo mo­głem funk­cjo­no­wać. Odrę­twiały i ci­chy, z gwoź­dziami w brzu­chu, nie by­łem w sta­nie wy­ra­zić głębi bólu, jaki od­czu­wa­łem, zwłasz­cza że "speł­niały się moje ma­rze­nia". Przy­naj­mniej tak mi mó­wiono. Od­rzu­ci­łem swoje uczu­cia jako zbyt te­atralne, besz­ta­łem się za nie­wdzięcz­ność. Czu­łem się zbyt winny, żeby po­wie­dzieć, że cier­pię, że je­stem ubez­wła­sno­wol­niony, że nie wi­dzę przy­szło­ści.

Po prze­czy­ta­niu ar­ty­kułu Mi­cha­ela Mu­sto za­dzwo­ni­łem do swo­jej me­ne­dżerki, ale póź­niej na­tkną­łem się na ko­lejny wpis na blogu szcze­gó­łowo opi­su­jący ich roz­mowę te­le­fo­niczną: ""Za­sta­na­wia­nie się, czy ktoś jest ge­jem, nie jest wredne", wrza­sną­łem obu­rzony". Ja­sne, nie jest wredne zwy­czajne za­sta­na­wia­nie się, czy ktoś jest ge­jem. To, co było bez­myślne i nie­bez­pieczne, to pi­sa­nie cze­goś bez tro­ski o uczu­cia mło­dej qu­eero­wej osoby.

Pre­mie­rowy po­kaz Juno od­był się na Mię­dzy­na­ro­do­wym Fe­sti­walu Fil­mo­wym w To­ronto i wy­wo­łał go­rący od­zew. Nie mia­łem już wtedy oso­bi­stej rzecz­niczki. Zde­cy­do­wa­łem, że mogę iść sam po tym, jak nie­winne py­ta­nie na­sto­latki - "Czy oglą­da­łaś Xenę?" - spo­tkało się z od­po­wie­dzią: "Nie, po­nie­waż nie je­stem les­bijką". Cie­szy­łem się, że już nie pra­cuję z tą ko­bietą - jej ko­men­ta­rze ilu­strują Hol­ly­wood, przed któ­rym wszy­scy ostrze­gają. Pla­sti­ko­wym, pu­stym, ho­mo­fo­bicz­nym. Tyle że nie by­łem przy­go­to­wany ani wy­star­cza­jąco do­świad­czony, by sa­mo­dziel­nie po­ru­szać się po tej sce­nie w bla­sku nowo zdo­by­tej sławy.

Dziw­nie jest do­ra­stać jako ak­tor w Ka­na­dzie, zwłasz­cza w cza­sach mo­jego do­ra­sta­nia. Ka­nada nie miała po­złotki. Nie mie­li­śmy ob­se­sji na punk­cie olśnie­wa­nia. Pre­sja, by się ma­sko­wać, przy­szła wraz z Juno.

Na świa­tową pre­mierę Juno za­mie­rza­łem wło­żyć dżinsy i ko­szulę jak z we­sternu. Po­my­śla­łem, że będę wy­glą­dał cool, no i miała koł­nie­rzyk. Ele­gancko, no nie? my­śla­łem. Kiedy ekipa re­kla­mowa Fox Se­ar­chli­ght do­wie­działa się o mo­ich pla­nach, na­tych­miast za­brała mnie do domu to­wa­ro­wego Holt Ren­frew na Bloor Street, z dra­ma­tycz­nym po­śpie­chem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla hol­ly­wo­odz­kiego układu krą­że­nia. Za­pro­po­no­wa­łem gar­ni­tur. Uznali, że po­wi­nie­nem wło­żyć su­kienkę i szpilki. Prze­ga­dali to z re­ży­se­rem, który po chwili do mnie za­dzwo­nił. Po­wie­dział, że się z nimi zga­dza, na­le­gał, że­bym da­lej grał rolę. Mi­chael Cera miał wy­pa­sione te­ni­sówki, spodnie i ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem. Wy­glą­dał ele­gancko. Za­sta­na­wia­łem się, dla­czego nie za­brali go do Holt Ren­frew? Pew­nie nie miał nic do ukry­cia, zo­stał za­twier­dzony. Pa­so­wał do roli.

Słu­cha­nie, że je­stem nie­od­po­wiedni, że na­stą­piła po­myłka i je­stem ma­łym dzi­wa­dłem, które trzeba scho­wać, a za­ra­zem otrzy­my­wa­nie po­chwał za wy­rze­ka­nie się sie­bie, przy­po­mi­nało śli­skie zbo­cze, po któ­rym zjeż­dża­łem, od­kąd się­gam pa­mię­cią. I błonę przy­kle­joną do skóry, któ­rej nie mogę zmyć. Przy­mus roz­ry­wa­nia wła­snego ciała, coś w ro­dzaju kary - po­czu­łem do sie­bie taką od­razę, jaką czuli do mnie oni.

Co­raz wię­cej czasu spę­dza­łem w Los An­ge­les. Kon­fe­ren­cje pra­sowe o Juno, spo­tka­nia, "se­zon na­gród", czyli tak na­prawdę dwa se­zony. Gdy wró­ci­łem do No­wej Szko­cji, w ko­lej­nym ar­ty­kule ana­li­zo­wano moją sek­su­al­ność, być może pró­bu­jąc wy­grać "sek­su­alny za­kład" Mi­cha­ela Mu­sto. "Frank", "ma­ga­zyn" wy­da­wany w Ha­li­fak­sie od 1987 roku, uwa­żał się za cza­so­pi­smo sa­ty­ryczne, ale w rze­czy­wi­sto­ści bar­dziej przy­po­mi­nał ta­bloid. Ba­wi­łem w Santa Mo­nica, kiedy za­dzwo­nił do mnie oj­ciec i po­wie­dział, że je­stem na okładce: moje zdję­cie z Sun­dance z wiel­kim na­głów­kiem, który brzmiał: CZY EL­LEN PAGE JEST LES­BIJKĄ?

Świat za­wi­ro­wał. Le­żąc w łóżku w domku go­ścin­nym bli­skiej mi osoby, mocno za­ci­sną­łem mo­kre oczy, łzy spły­wały po po­licz­kach. Pro­szę, niech to bę­dzie sen. Pro­szę.

Kiedy wró­ci­łem do Ha­li­faxu, ga­zeta była wszę­dzie. Za­wsze w za­sięgu wzroku w spo­żyw­czaku, na sta­cji ben­zy­no­wej, w skle­pie na rogu... i wszy­scy za­da­wali to py­ta­nie: "Czy El­len Page jest les­bijką?". Paula od­wra­cała ma­ga­zyn ty­łem. Cho­wała za in­nymi ga­ze­tami. Kie­dyś ukra­dła sporo eg­zem­pla­rzy ze sta­cji ben­zy­no­wej na po­łu­dnio­wym krańcu mia­sta.

Swo­boda, którą od­czu­wa­łem pod­czas wa­ka­cji z Paulą, do­bie­gła końca.

W środku wy­dru­ko­wano zdję­cie, na któ­rym wid­niała Paula. Na­sza mała grupka na im­pre­zie. Pa­mię­tam tę noc, spo­tka­nie w miesz­ka­niu w jed­nym z po­nu­rych apar­ta­men­tow­ców, któ­rych wciąż jest bez liku w Ha­li­fak­sie. W ar­ty­kule spe­ku­lo­wano, czy je­ste­śmy w związku czy nie, spraw­dzano plotki. Paula na­dal nie wy­outo­wała się przed swoją ro­dziną. Wpa­tru­jąc się w to zdję­cie, coś so­bie uświa­do­mi­łem: mu­siał im to wy­słać ktoś z mo­ich przy­ja­ciół. Ni­gdy się nie do­wie­dzia­łem kto.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

OD AU­TORA

Na prze­strzeni mi­nio­nych lat kilka razy my­śla­łem o na­pi­sa­niu książki, ale ni­gdy nie wy­da­wało się to ani wła­ściwe, ani - szcze­rze mó­wiąc - moż­liwe. Le­dwo mo­głem usie­dzieć na miej­scu, a co do­piero tkwić nie­ru­chomo na tyle długo, żeby wy­ko­nać tak wy­ma­ga­jące za­da­nie. Ener­gia mo­jego mó­zgu szła na zmar­no­wa­nie, stale wy­cie­kała, pró­bu­jąc ukryć i kon­tro­lo­wać mój dys­kom­fort. Ale te­raz jest ina­czej. Na nowo. Na­resz­cie mogę żyć w zgo­dzie ze sobą, w tym ciele, w te­raź­niej­szo­ści - i go­dzi­nami stu­kać w kla­wia­turę w to­wa­rzy­stwie mo­jego psa Mo wy­le­gu­ją­cego się na słońcu, z wy­pro­sto­wa­nymi ple­cami i wy­ci­szo­nym umy­słem. To nie­gdyś nie­wy­obra­żalne za­do­wo­le­nie nie po­ja­wi­łoby się bez opieki zdro­wot­nej, którą otrzy­ma­łem, a po­nie­waż ataki na opiekę afir­mu­jącą płeć się na­si­lają, po­dob­nie jak wy­siłki, żeby nas uci­szyć, wy­daje się, że nad­szedł wła­ściwy czas, by prze­lać słowa na pa­pier.

Oto więc je­stem, wdzięczny i prze­ra­żony, pi­szący bez­po­śred­nio do was. Osoby trans spo­ty­kają się z ro­snącą prze­mocą fi­zyczną, a o na­szym czło­wie­czeń­stwie re­gu­lar­nie "de­ba­tuje się" w me­diach. Kiedy mamy zaś moż­li­wość sa­mo­dziel­nego opo­wie­dze­nia na­szych hi­sto­rii, qu­eerowe nar­ra­cje bar­dzo czę­sto są dzie­lone na czworo lub, co gor­sza, uni­wer­sa­li­zo­wane - jedna osoba staje się fi­gurą wszyst­kich. Ist­nieje nie­skoń­czona liczba spo­so­bów by­cia qu­eer i trans, a moja hi­sto­ria opo­wiada tylko o jed­nym z nich. Jak pi­szę da­lej, wszy­scy je­ste­śmy tylko pył­kiem we wszech­świe­cie i mam na­dzieję, że mó­wiąc prawdę, do­dam jesz­cze je­den py­łek, aby roz­wiać cią­głą dez­in­for­ma­cję do­ty­czącą ży­cia osób qu­eer i trans. Je­śli ktoś z was jesz­cze tego nie zro­bił, za­chę­cam do po­szu­ka­nia in­nych ob­szer­nych i róż­no­rod­nych nar­ra­cji au­tor­stwa pi­sa­rek i pi­sa­rzy, ak­ty­wi­stek i ak­ty­wi­stów oraz osób LGBTQ+. Jest w czym wy­bie­rać. Ruch na rzecz trans­wy­zwo­le­nia do­ty­czy nas wszyst­kich. Każdy do­świad­cza płci - ra­do­śnie lub opre­syj­nie - na różne spo­soby. Jak pi­sze Le­slie Fe­in­berg w Trans Li­be­ra­tion: "Ten ruch da ci wię­cej prze­strzeni na od­dech - na by­cie sobą. Na od­kry­cie głęb­szego zna­cze­nia, co to zna­czy być sobą".

Pi­sząc tę hi­sto­rię, przy­po­mi­na­łem so­bie każdą chwilę naj­le­piej, jak po­tra­fi­łem. Kiedy nie mo­głem przy­wo­łać szcze­gó­łów, kon­tak­to­wa­łem się z tymi, któ­rzy dzie­lili ze mną ja­kieś do­świad­cze­nie, żeby uzy­skać więk­szą kla­row­ność. Kilka imion zo­stało zmie­nio­nych, po­dob­nie jak pewne fakty, gdy ko­nieczna stała się ochrona czy­jejś toż­sa­mo­ści. W nie­któ­rych frag­men­tach od­no­si­łem się do sie­bie, uży­wa­jąc po­przed­niego imie­nia i daw­nych za­im­ków. To wy­bór, który wy­da­wał mi się słuszny, kiedy mó­wi­łem o prze­szło­ści, ale nie jest to za­pro­sze­nie, żeby ro­bić tak samo. Na­leży rów­nież pa­mię­tać, że cho­ciaż w moim ży­ciu płeć i sek­su­al­ność pro­wa­dziły cią­gły dia­log, są to dwie od­rębne rze­czy. Co­ming out jako osoba qu­eer był zu­peł­nie in­nym do­świad­cze­niem niż co­ming out jako osoba trans, a to, kim je­stem, ewo­lu­owało, gdy uwol­ni­łem się od ocze­ki­wań in­nych. Te wspo­mnie­nia mają nie­li­ne­arną nar­ra­cję, po­nie­waż qu­eero­wość z na­tury jest nie­li­ne­arna, to droga, która za­kręca i wije się. Dwa kroki do przodu, je­den w tył. Spę­dzi­łem dużą część ży­cia, do­ko­pu­jąc się do prawdy, za­ra­zem prze­ra­żony, że wszystko ru­nie. Opi­suję to w ten spo­sób. Pod wie­loma wzglę­dami ta książka jest hi­sto­rią mo­jego roz­plą­ty­wa­nia się.

Akt pi­sa­nia, czy­ta­nia i dzie­le­nia się do­świad­cze­niami jest waż­nym kro­kiem w prze­ciw­sta­wia­niu się tym, któ­rzy chcą nas uci­szyć. Nie mam nic no­wego ani głę­bo­kiego do po­wie­dze­nia, nic, co nie zo­stało po­wie­dziane wcze­śniej, ale wiem, że książki mi po­mo­gły, a na­wet mnie ura­to­wały, więc być może ta po­może ko­muś po­czuć się mniej sa­mot­nie, bar­dziej sobą, bez względu na to, kim jest i na ja­kim eta­pie po­dróży się znaj­duje. Dzię­kuję, że chcesz prze­czy­tać o mo­jej.